blog Darka Wołowskiego
RSS
piątek, 10 marca 2017

Zinedine Zidane stworzył drużynę na własne niepodobieństwo. Real Madryt to najbardziej ekonomiczny zespół świata i najlepszy w powietrzu.

Stawianie pomników Ramosowi? Przesada. Choć lista jest imponująca. 7 marca jego dwie główki w Neapolu wprowadziły Real do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. 10 grudnia 2016 roku zdobył bramkę głową w doliczonym czasie meczu z Deportivo, w którym „Królewscy” pobili hiszpański rekord meczów bez przegranej. Dziennik „Marca” zasugerował wtedy, by 93. minutę nazwać oficjalnie „minutą Ramos” i wprowadzić do międzynarodowej nomenklatury.

3 grudnia Barcelona prowadziła z Realem na Camp Nou 1:0, gdy Sergio wyskoczył ponad wszystkich. Burę dostał biedny Arda Turan za faul na lewym skrzydle, a nie na przykład środkowi obrońcy gospodarzy. Bo wiadomo, że jak jest wolny w ostatniej minucie, to szanse Realu i Ramosa rosną.

10 sierpnia główka Ramosa dała Realowi dogrywkę w Superpucharze Europy. I szansę na pokonanie Sevilli. 

20 grudnia 2014 roku Ramos zdobył gola głową w finale klubowych mistrzostw świata, a cztery dni wcześniej jego główka otworzyła wynik w meczu półfinałowego z meksykańskim Cruz Azul. Za całokształt dostał tytuł najlepszego piłkarza tamtego turnieju. Przekonaliśmy się, że Real może mieć inną twarz niż wszechobecna Cristiano Ronaldo.

24 maja 2014 roku Ramos oddał głową strzał najważniejszy. W 93. minucie finału Ligi Mistrzów z Atletico Madryt przy stanie 0:1. Dwa lata później jego bramka też da „Królewskim” dogrywkę i zwycięskie karne w finale z Atletico. Tyle, że wtedy wepchnie piłkę do bramki nogą.

29 kwietnia 2014 roku dwie główki Ramosa rozbiły faworyzowany Bayern Monachium w półfinale Champions League. Lista niewiarygodna jak na środkowego obrońcę.

Ale w skłonności do kreowania bohaterów jednostkowych nie powinniśmy przesadzać. Ktoś potrafi tę piłkę zagrać tak, by Ramos mógł wyskoczyć ponad innych i strzelać. Toni Kroos, Dani Carvajal, Marcelo, Luka Modric to asystenci doskonali. Real w ogóle nie ma sobie równych w grze w powietrzu. Ani w Hiszpanii, ani w Europie.

5 lutego 2017 roku po bezbramkowym meczu w lidze z Celtą bilans Realu wyglądał tak: z 98 bramek w sezonie, aż 22 „Królewscy” zdobyli strzałami głową. Co daje 22,4 procenta. Ciekawy jest jednak fakt, że te 22 bramki główkami strzelało aż 11 piłkarzy. Zdecydowanie najwięcej Ramos, ale też Mariano, Asensio, Lucas Vazquez i James.

Zinedine Zidane stworzył dzieło osobliwe. Jego Real rzadko zachwyca, kreuje grę, odpala fajerwerki. Najczęściej dostosowuje swój wysiłek do klasy rywala. Czasem przesadzi z ekonomiką ruchów jak w ligowym meczu z Las Palmas. Real prowadził, a potem dał sobie wbić trzy bramki. Stracił Garetha Bale’a, ale odrobił dwa gole w dziesiątkę. W 89. min RC7 zawisł w powietrzu dwa piętra ponad obrońcami i strzałem głową doprowadził do remisu.

A jak zdobył Karim Benzema wyrównującą bramkę w pierwszym meczu z Napoli na Santiago Bernabeu? Głową.

Gareth Bale? Proszę bardzo. 26 lutego do 64. minuty Real przegrywał wyjazdowy mecz z Villarreal 0:2. Zanosiło się na katastrofę, gdy Walijczyk zdobył główką gola kontaktowego. A w 83. minucie Marcelo zacentrował z lewego skrzydła na głowę Alvaro Moraty i „Królewscy” wygrali 3:2.

Real zdobywa gole niekonwencjonalnie. W książce „Futbonomia” autorzy stawiają tezę, że trenerzy angielskich klubów powinni zakazać strzałów zza pola karnego. Bo w Premier League tylko 2 procent prób kończy się bramką. Tymczasem gracze Zidane’a w pierwszym meczu z Napoli zdobyli dwa gole po strzałach z dystansu. Jak widać Zidane nie jest wyznawcą futbolu statystycznego.

Francuz przeżył bardzo to co się stało z Realem po zdobyciu La Decima. Widział jak po wspaniałym roku 2014 drużyna Carlo Ancelottiego wiosną całkowicie opada z sił. I zostaje z niczym na koniec sezonu. Dlatego jako trener sam zawzięcie stosuje rotację. James i Isco siedzą na ławce, ale odgrywają swoje role. Odpoczywa nawet Ronaldo przez lata traktujący swój organizm jak maszynę. Real nie chce miażdżyć, rozbijać, dominować rywali, chce wygrywać najniższym nakładem sił. Czasem się to mści, jak w Walencji, czy Sewilli, gdzie „Królewscy” zostawili 6 pkt ligowych. W tym drugim meczu Ramos zdobył samobója, co przypomina, że nie jest bohaterem bez skazy. Póki co drużyna Zidane’a wychodzi jednak na swoje.

W czterech z ostatnich siedmiu meczów Real pierwszy tracił gola. W pięciu z nich przegrywał, trzy razy nawet dwoma bramkami, co podkreśla jego umiejętność odwracania losów spotkań. Z tych siedmiu meczów „Królewscy” wygrali pięć, jeden zremisowali, jeden przegrali.

Zizou był wirtuozem na boisku, na ławce zachowuje się jak ekonomista. U niego gracze o bardzo dużym potencjale grają tak, jakby zachwycać nie chcieli, a chwilami myśleli wręcz już o następnym meczu. Po co robić demonstracje siły, przedstawienia, rozbijać rywali w proch i pył na oczach Europy? Tylko wzmaga się w nich stan gotowości i chęć odwetu. Lepiej wygrywać skromnie, chwilami drepcząc. Tak też da się zajść do celu. Udowodnił to Real przed rokiem, gdy w tak mało atrakcyjny sposób wygrał Ligę Mistrzów.

czwartek, 09 marca 2017

Kiedy w 94. minucie i 39. sekundzie Sergi Roberto zdobył szóstą bramkę, Leo Messi pobiegł świętować na trybuny. Barcelona dokonała rzeczy, która nie udała się nikomu w rozgrywkach europejskich, odwracając losy rywalizacji po porażce 0:4.

Unai Emery stwierdził, że na katastrofę PSG wpłynął sędzia. Rzeczywiście karne na Neymarze i Luisie Suarezie były dyskusyjne, szczególnie ten drugi, kiedy Urugwajczyk wykonał dramatyczny pad w polu karnym jakby otrzymał niewidzialny cios karate w szyję. Javier Mascherano przyznał też, że w 85. minucie sfaulował Angela di Marię biegnącego sam na sam z Markiem Andre ter Stegenem. Kontrowersji w tym dziwacznym meczu było kilka, wielu komentatorów po golu Edinsona Cavaniego w 62. minucie ogłosiło już nawet, że w ćwierćfinale Ligi Mistrzów jest PSG.

Jeszcze na trzy minuty przed końcem wynik wciąż brzmiał 3:1, więc Barcelonie do awansu brakowało kolejnych trzech bramek. Wtedy na Camp Nou objawił się pewien iluzjonista i nie był to tym razem Leo Messi.

Zdjęcie Argentyńczyka górującego nad jedną z trybun Camp Nou ze wzniesioną ręką przypomina Michaela Jordana w locie z piłką nad koszykarską obręczą. Barcelona dokonała niemożliwego, dziennik „Marca” napisał, że cuda się jednak zdarzają. Gol Sergiego Roberto był w jakimś stopniu symboliczny, to przecież wychowanek klubu, który jako nastolatek tak bardzo chciał spełniać marzenia na Camp Nou, że odrzucił ofertę Realu Madryt.

Sergi Roberto grał świetnie na początku sezonu, ale ostatnio przeżył zapaść formy. Tak jak cała Barcelona, która trzy tygodnie temu dostała ciężkie lanie w Parku Książąt. Przed rewanżem na Camp Nou trzeba było szukać rozwiązań nadzwyczajnych - przecież do środy nikomu w jakichkolwiek europejskich rozgrywkach nie udało się odwrócić losów rywalizacji po porażce w pierwszym meczu 0:4.

Osiem dni przed rewanżem z PSG Luis Enrique ogłosił, że po sezonie rozstaje się z klubem. W swojej pożegnalnej mowie wspomniał o ekstremalnym wyzwaniu w Lidze Mistrzów, które najbardziej leży mu na sercu. Tego samego dnia Barca odzyskała pozycję lidera ligi hiszpańskiej. Zaczął się błyskawiczny proces przekonywania wszystkich, że w rywalizacji z PSG nie wszystko stracone. Uwierzyli w to piłkarze Enrique.

Trener Barcy zdecydował się na grę w ustawieniu 3-4-3, Sergi Roberto, podobnie jak drugi z bocznych obrońców Jordi Alba wylądował na ławce. Rolę fałszywego skrzydłowego spełniał Rafinha, w 76. min, gdy duża część kibiców Barcelony ocierała łzy rozczarowania, zastąpił go Roberto. W tym czasie gospodarze opierali swoje nadzieje na Neymarze, który plątał się w jałowych dryblingach, tracąc piłkę. PSG wyjeżdżało z kontrami, po których powinno zdobyć drugą bramkę - gwóźdź do trumny Barcelony. Goście zgrzeszyli jednak nadmiarem nonszalancji. Kara miała być za to najwyższa.

W 88. minucie Neymar zabrał się na poważnie za spełnianie swojej obietnicy, że sam wbije dwa gole. Perfekcyjnie wykonany rzut wolny, kopnięta przez niego piłka wpadła w górny róg bramki, co wywołał oklaski na Camp Nou. Brzmiały one jak podziękowanie kibiców za poświęcenie i wiarę do końca, które pozostały bez nagrody. Chwilę później Suarez padł w polu karnym, a sędzia wskazał na jedenastkę. Minęła 90. minuta, gdy Neymar zdobył gola na 5:1. Temperatura na Camp Nou była już bliska wrzenia.

5 doliczonych minut nadziei udało się wykorzystać. Pod bramkę PSG pobiegł Ter Stegen, a Neymar dopadł do odbitej piłki. Za plecami nie miał nikogo, ale odważył się na drybling, po czym przerzucił piłkę lewą nogą nad całą linią obrony PSG. Sergi Roberto sięgnął jej wyciągniętą nogą, Kevin Trapp był bez szans na reakcję.

Wśród migawek pokazujących eksplozję radości na Camp Nou, można znaleźć film jak kibice otoczyli samochód Messiego. Leży na nim tłum pukający w szybę i skandujący nazwisko gwiazdora. - A teraz co - pyta żona. - A teraz już stąd nie wyjedziemy nigdy - odpowiada piłkarz z uśmiechem.

Jedną z tajemnic tej niepowtarzalnej, historycznej nocy w Barcelonie jest fakt, że Messi nie rozegrał wcale wielkiego meczu. Podobnie Luis Suarez. Tym razem bohater był zbiorowy, wysiłek wszystkich, wysoki pressing, walka wręcz o każdy metr z silniejszymi fizycznie rywalami okazała się kluczem do bram ćwierćfinału.

Wychowanek Realu Madryt Jese, który został sprzedany do PSG, skąd Emery odesłał go do Las Palmas przypominał przed meczem, że Barcelona nie jest specjalistką od spektakularnego odwracania losów rywalizacji. Nie ma tego w tradycji, w DNA, wielkie „remontady” to domena Realu. W Madrycie wspomina się ducha Juanito, legendarnego wojownika, który nie był piłkarskim geniuszem, ale przewyższał innych sercem do walki. Kogoś takiego Barcelonie brakowało. Znakiem rozpoznawczym zespołu z Camp Nou jest ofensywny, kombinacyjny futbol. Tiki-taka zaprowadził go na szczyty.

W ostatnich 11 latach Barca wygrywała Ligę Mistrzów cztery razy doganiając pod względem liczby triumfów Bayern Monachium (pięć). Przed nią jest tylko Real (11 zwycięstw) i Milan (7). Te cztery barcelońskie zwycięstwa w Champions League łączą nazwiska Messiego i Andresa Iniesty zdjętego w środę z boiska w 65. min, po golu Cavaniego, który wydawał się rozstrzygać dwumecz na korzyść PSG.

Niedawno w sklepach Barcelony pojawiło się piwo z etykietą upamiętniającą zwycięskiego gola Ronalda Koemana z finału Pucharu Europy w 1992 roku na Wembley. Niemal ćwierć wieku temu Barca przełamała fatum tych rozgrywek, wcześniej przegrywała w finale dwa razy (1961, 1986). Mówiło się, że ma kompleks Pucharu Europy. Dziś już o tym pamięta niewielu, Messi z Iniestą zatarli to w zbiorowej pamięci. Katalończycy zmienili się w zwycięzców, ale dzięki talentowi, polotowi, finezji. PSG zmogli jednak twardością i sercem do walki na przekór stereotypom.

środa, 08 marca 2017

Dzisiejszy rewanż z PSG może mieć znaczący wpływ na przyszłość Barcelony. Katalończycy musieliby jednak dokonać rzeczy niebywałej, by odrobić cztery gole straty z Paryża i ocalić awans do ćwierćfinału Ligi Mistrzów.

W sobotę Leo Messi zagrał 371. mecz w lidze hiszpańskiej. I znów był Messim z Play Station. Dwa gole po indywidualnych rajdach, dwie asysty i udział przy bramce Ivana Rakitica - Barcelona rozbiła Celtę 5:0 i na Camp Nou wrócił optymizm. Drużyna z Vigo regularnie wygrywa ostatnio z Katalończykami na swoim boisku. Ale Barca potrafiła wziąć rewanż. Dziś taki sam wynik z PSG, dałby jej upragniony ćwierćfinał Ligi Mistrzów.

„A dlaczego nie?” - pyta kataloński dziennik „Sport” zamieszczając jednak karykaturę Luisa Enrique balansującego na nitce rozpostartej między palcami wielkoluda. Z jednej strony trzeba wierzyć, z drugiej wierzyć trudno. 14 lutego w Paryżu drużyna Unaia Emery’ego rozbita Katalończyków w proch i pył.

Z Celtą Messi pobił rekord Roberto Carlosa, który 370 razy reprezentował w La Liga Real Madryt. Nie ma i nie było w Hiszpanii obcokrajowca z większą liczbą spotkań w Primera Division rozegranych dla tego samego klubu. Argentyńczyk jest legendą na Camp Nou, ale jego przyszłość to wciąż niewiadoma. Kontrakt wygasa w połowie 2018 roku, kiedy Messi skończy 31 lat. Przed nim ostateczna decyzja: zostać do końca kariery w Barcelonie, czy nowego wyzwania szukać gdzie indziej?

Kilkanaście dni temu do Katalonii przybył ojciec i agent piłkarza Jorge. Negocjacje trwają, ale nic nie jest pewne. Dziennik „El Pais” spekulował, że decyzja Messiego zależy od pomysłu na drużynę. Argentyńczyk był ponoć tak zdruzgotany klęską w Paryżu, że zastanawiał się, czy nie dotarł do ściany. Pięć dni po porażce z PSG Messi zdobył zwycięską bramkę w ligowym meczu z Leganes wykorzystując karnego w 90. minucie. Ale był wciąż tak przybity, że nie wykonał swojego normalnego gestu: nie podniósł rąk i wzroku do nieba, by dedykować bramkę zmarłej babci Celii. To z kolei wywołało spekulacje, że w Barcelonie przestaje być szczęśliwy. Ile w tym wszystkim prawdy, a ile wróżenia z fusów?

35 mln euro za sezon - według hiszpańskiej prasy taką pensję przygotowali dla Argentyńczyka szefowie klubu z Katalonii w nowym kontrakcie. Zgoda Messiego ma zależeć od perspektyw zespołu. Na Camp Nou dobiega końca pewien etap. 1 marca Luis Enrique ogłosił, że będzie pracował tylko do końca sezonu.

Rewanż z PSG jest diagnozą aktualnego stanu Barcelony. Podobno zbudowany wygraną nad Celtą Neymar założył się z kolegami, że wbije dziś co najmniej dwa gole. Już raz tego dokonał. Dwa lata temu, gdy Barcelona wygrywała z PSG w ćwierćfinale Ligi Mistrzów Brazylijczyk zdobył na Camp Nou obie bramki.

Dziś przekonamy się, czy to co widzieliśmy w Parku Książąt to był tylko fatalny dzień Katalończyków. Od tamtej pory Barca wygrała cztery mecze w lidze i jest liderem. Czy to jednak możliwe, by ocaliła swoje mikre szanse na ćwierćfinał Ligi Mistrzów?

Nikt jeszcze w rozgrywkach europejskich nie odwrócił losów rywalizacji przegrywając pierwszy mecz 0:4. Coś takiego spotkało Barcelonę w starciu z Bayernem w półfinale LM cztery lata temu. Przed rewanżem na Camp Nou Katalończycy wciąż prężyli muskuły, ale znów polegli 0:3. Wtedy kontuzjowany Messi oglądał jednak mecz z trybun.

W następnym sezonie Barca odpadła z Ligi Mistrzów z Atletico. Odbudował ją nowy trener Luis Enrique. Z nim Messi, Neymar i Luis Suarez zdobyli potrójną koronę i dublet (mistrzostwo i Puchar Króla) przed rokiem. Teraz Barca chciała odzyskać tytuł numeru 1 w Europie. Była faworytem, zanim PSG nie sprowadził jej z obłoków na ziemię. Dziś ostatni moment na reakcję.

Unai Emery zabrał na Camp Nou 23 piłkarzy, w tym Grzegorza Krychowiaka. Przeżywający gehennę w Paryżu Polak nie grał w pierwszym zespole 76 dni (uraz kolana). Wystąpił ostatnio w lidze przeciw Nancy, jednak trener zdjął go już w przerwie zastępując Blaise Matuidim. I gra PSG w drugiej połowie wyglądała lepiej. Polak dostał niskie noty w prasie francuskiej.

Liga Mistrzów to priorytet także dla PSG - hegemona Ligue 1. Po to katarscy właściciele wydali setki milionów na transfery, po to sprowadzili latem Emery’ego, by Paryż cieszył się pierwszym triumfem w Pucharze Europy. Rozgrywki wymyślili Francuzi 60 lat temu, ale tytuł numeru 1 na kontynencie zdobyli zaledwie raz - Olympique Marsylia w 1993 roku.

Angel Di Maria, Adrien Rabiot i Thiago Motta narzekają na urazy i nie wiadomo czy zagrają, ale do Barcelony przylecieli. Trzy tygodnie temu PSG górowało nad Barcą pod każdym względem, ale przede wszystkim dynamiką, siłą i szybkością. Jeśli dziś będzie podobnie, o emocjach na Camp Nou można zapomnieć. Margines błędu dla gospodarzy nie istnieje.

sobota, 04 marca 2017

Od wyników dzisiejszego konkursu drużynowego zależy ocena całych mistrzostw świata w Lahti. Bez względu na to nie ma wątpliwości, że mamy teraz najsilniejszy zespół w historii polskich skoków.

Trzeba było widzieć wyraz twarzy Macieja Kota po dekoracji medalistów konkursu indywidualnego na dużej skoczni. 25-letni skoczek wybiegł w przyszłość o 24 godziny wyobrażając sobie jak tłum kibiców na głównym placu w Lahti wsłuchuje się w Mazurka Dąbrowskiego. Kot jako jedyny ma odwagę jasno mówić o złocie. Dla niego srebro będzie rozczarowaniem, choć tego poglądu nie podzielają nawet koledzy z kadry.

Kot mówi o Piotrze Żyle „mój przyjaciel”. I wzajemnie. Mieszkają razem na zgrupowaniach, nie odstępują na krok, choć są jak ogień i woda. Maciek powściągliwy, spokojny, wyważony, czasem lekko flegmatyczny, dlatego w jego ustach tak kategoryczne stwierdzenie jak: „liczy się tylko złoto” brzmi wyjątkowo dobitnie.

Ale dlaczego nie marzyć, skoro drużyna jest tak mocna? Oczekiwania Kota mają mocne uzasadnienie, choćby Kamil Stoch, Dawid Kubacki i Piotr Żyła obawiali się, że młodszy kolega ściąga na nich zbyt dużą presję.

Cała trojka chowa się za psychologicznym parawanem opowiadając, że ma w głowie tylko dobre skoki. Ale przecież wiadomo, że nawet jeśli Polacy będą skakali dziś świetnie, ale wylądują poza podium, będzie to dla nich dotkliwym rozczarowaniem.

To byłaby ogromna sportowa niesprawiedliwość. Cała czwórka Polaków skacze w Lahti dobrze, Kubacki i Żyła wręcz świetnie. W czwartkowym konkursie na dużej skoczni wszyscy zmieścili się w czołowej ósemce. To był taki mecz Polska - Reszta Świata, w której Żyła uratował nasze medalowe aspiracje.

Kamil Stoch głośno i otwarcie tego nie powie. Ale sukces drużyny spleciony jest w Lahti nierozerwalnie z jego osobistym sukcesem. Była faworytem nr 1 na skoczni normalnej, poprawił jej rekord w kwalifikacjach, by w konkursie wylądować tuż za podium. Pech.

Jego pierwszy skok treningowy na dużej skoczni był rewelacyjny - 131,5 m. W konkursie dwa takie dałby złoto z ogromną przewagą. A jednak Polak znów wylądował w klasyfikacji dalej - na siódmym miejscu za plecami aż dwóch rodaków.

Sportowa złość musi dziś kipieć w dwukrotnym mistrzu olimpijskim z Soczi. Czuje, że jest w formie, przewodzi w Pucharze Świata, wygrał Turniej Czterech Skoczni, w Lahti skacze dobrze, choć wyjątkowo nieszczęśliwie. To samo Kot, któremu wiatr nieustannie wieje w plecy podczas konkursów. Czy dziś to wszystko może się odwrócić?

Wiatr nie musi sprzyjać Polakom, byle nie przeszkadzał. Skoczkowie Stefana Horngachera zasługują w Lahti na złoto jak nikt inny. Austriak Stefan Kraft ma już trzy medale, tak jak Niemiec Andreas Wellinger. A przecież nie są w jakiejś nieziemskiej formie, poza zasięgiem Stocha, Kota, czy Żyły.

Ze sprawiedliwością w sporcie bywa jednak różnie. Nie ci wygrywają, którzy na to zasługują przed konkursem, ale ci, którzy zasłużą w konkursie. Ale te zawody zapowiadają się pasjonująco. Jak ostatni akord wielkiej imprezy. Od pierwszego dnia mistrzostw w Lahti było jasne, że jeśli Polacy mają na nich wziąć złoto, to najbardziej prawdopodobne, że po skokach drużyny.

piątek, 03 marca 2017

Medal zadedykował dzieciom, po czym spuścił głowę, a łzy pociekły mu z oczu. Nie mieliśmy sumienia męczyć dalej pytaniami brązowego medalisty konkursu o mistrzostwo świata na dużej skoczni

- Nie wiem, nie pamiętam - wycedził Żyła na oficjalnej konferencji prasowej, gdy prowadzący zapytał go o wspaniały lot z drugiej serii, który dał mu miejsce na podium. Jako jedyny w stawce przekroczył granicę 130 m, walkę o złoto ze Stefanem Kfartem przegrał zaledwie o 2,6 pkt. Zaważyły na tym noty, bo najdłuższe skoki miał Polak. Do srebrnego Andreasa Wellingera stracił 1,3 pkt, choć w drugim skoku przeskoczył go aż o dwa metry.

Jeszcze konkurs trwał, gdy do Piotra Żyły podbiegł Kamil Stoch i powiedział: „masz medal”. Dwukrotny mistrz olimpijski był rozczarowany siódmym miejscem, ale złość na siebie mu odpuściła, gdy popatrzył na Piotrka. - Cieszę się jego radością, bo mu się to należało. Za to jak ciężko pracował przez lata, za to jakim jest kolegą, za to jakim jest człowiekiem - mówił Stoch. Cieszył się Maciej Kot, także rozczarowany sobą. On był w konkursie szósty, ale Piotrek spełnił marzenia całej grupy.

Adam Małysz nie odstępował nieprzytomnego ze wzruszenia skoczka nawet na krok. Żyła nie rozumiał pytań dziennikarzy, w końcu ktoś zagadnął, czy wie gdzie jest i co się właściwie stało. Sportowca tak sparaliżowanego sukcesem nikt z nas nigdy nie widział. Cała maska zgrywusa, którą Żyła nosił przez lata, nagle opadła.

Po reakcji Stocha, Kota, Dawida Kubackiego czuło się, że Żyła ma w tej kadrze szczególny status. Niedawno skończył 30 lat, a życie sportowe raczej go nie rozpieszczało. Pracował na wizerunek zgrywusa, zbyciarza, wesołka, ale tak naprawdę zawsze marzył o sukcesach na skoczni. Jedni mówili, że zaprzedał talent w swoim celebryctwie, inni, że w niezdrowym uporze.

Przez lata Żyła skakał inaczej niż wszyscy, trwał przy swoim kuriozalnym „garbiku” i „fajeczce” na rozbiegu. Były czasy, kiedy wyleciał z kadry, wrócił bo ma wielki talent i ogromny zapał do skakania.

O zmianę pozycji dojazdowej Żyły długo dopominał się najsłynniejszy członek jego rodziny Adam Małysz. Żyła ożenił się z kuzynką „Orła z Wisły”, który zawsze był dla Piotrka sportowym natchnieniem. Sukcesy Małysza pchnęły Żyłę na skocznię, ale cały ten wielki autorytet jaki ma Adam u Piotrka nie wystarczył, by Żyła wyrzekł się złych nawyków. Trwał przy garbiku i przegrywał.

Po igrzyskach w Soczi Małysz publicznie powiedział, że z Żyły nic nie będzie, jeśli nie zmieni złych przyzwyczajeń. Piotrek zawalił wtedy Polakom brązowy medal w konkursie drużynowym.

Przez lata powtarzano, że Żyła jest motorycznie silny jak Stoch. Ale nie ma mistrzowskiej odporności psychicznej. Zwykle gdy pojawiała się nadzieja na sukces, Piotrek ją marnował. A potem pokrywał rozczarowanie żartami, czasem niewybrednymi, dzięki którym zdobył ogromną popularność w mediach społecznościowych. Z polskich sportowców pod tym względem wyprzedza go tylko Robert Lewandowski.

Wczoraj zobaczyliśmy inną twarz Żyły. Żyły, który wreszcie wygrywa i z emocji płacze jak dziecko. A potem zapada się we własnym świecie, do którego nikt nie ma wstępu.

A przecież był już drugi w Turnieju Czterech Skoczni. Tyle, że tego się spodziewał, skakał równo i dobrze. Stefan Horngacher odmienił Piotrka na ostatniej prostej jego kariery. Znikła fajeczka i garbik, Żyła zaczął skakać jak pan Bóg przykazał i zaczął odnosić sukcesy. Regularnie kończył konkursy w czołowej dziesiątce.

Na mistrzostwach w Lahti Żyła skakał jednak przeciętnie. Przed samym wylotem do Finlandii stracił pozycję w dziesiątce klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Na skoczni normalnej był najgorszy z Polaków (19. miejsce). Pojawiły się spekulacje, że na konkurs indywidualny na dużej skoczni, a także w drużynówce Horngacher wymieni go na Jana Ziobro.

- Ależ to wierutna bzdura - komentował Małysz. - Janek mógł wskoczyć do konkursu za Dawida Kubackiego, ale nigdy za Piotrka. Piotrek jest w kadrze numerem 3 po Kamilu i Maćku. Miejsce ma pewne.

Małysz prosił dziennikarzy, by nie męczyli Żyły pytaniami. - Dajcie mu spokój, musi się wyspać, uspokoić. Jutro wróci do równowagi - mówił. Sami się szybko zorientowaliśmy, że naciskanie na brązowego skoczka nie ma sensu. Prowadzący oficjalną konferencję prasową zapytał o sobotni konkurs drużynowy, ale Żyła stwierdził tylko: - Tak, mamy teraz mocną drużynę.

- Ja chcę złota - zadeklarował Kot. - Nie zadowoli mnie w sobotę nic innego. Stoch gdy to usłyszał, trochę się nawet zdenerwował, bo uważa, że drużyna startuje w Lahti i tak pod zbyt dużą presją. Ale indywidualny konkurs na dużej skoczni pokazał siłę Polaków. Czterech w ósemce, choć tylko z jednym medalem.

Żyła był może najszczęśliwszy, ale też nieobecny, zatopiony w swoim medalowym letargu. - Nie wiem, nie wiem, nie wiem. Że co? A nie wiem, nie pamiętam - powtarzał.

Udało się od niego dowiedzieć tylko tego, że nie myślał o medalu ani przed pierwszym, ani drugim skokiem. A gdy wylądował bardzo daleko? - Też nie myślałem - mówił. Wszystko przyszło znienacka. Jakby wbrew oczekiwaniom samego Żyły. Fachowcy wymieniali wśród faworytów Stocha, lub Kota, ale nie Piotrka. W przeddzień konkursu jeden z dziennikarzy zapytał: - Wyobraża sobie pan swój sukces?

- Nie ma sensu zwyciężać przed czasem - powiedział z szerokim uśmiechem Żyła. Tak naprawdę jednak nie wierzył w sukces. W wywiadach powtarzał, że nie umiał dogadać się ze skocznią normalną, a i z dużą nie chce się z nim zaprzyjaźnić. - Sezon jest długi, jest jeszcze szansa dla mnie - dodał jakby myślami był już poza Lahti.

Tymczasem wyjedzie stąd jako największy polski bohater.

czwartek, 02 marca 2017

Luis Enrique ogłosił rozstanie z Barceloną w chwili, gdy jego drużyna wróciła na pozycję lidera Priemera Division.

0:2 z Valencią, 0:2 z Villarreal i 1:3 z Las Palmas - piłkarze Realu Madryt zachowują się ostatnio tak, jakby chcieli sprawdzić z jak głębokich tarapatów są w stanie wybrnąć. W tych trzech meczach zdobyli 4 pkt, stracili 5, co sprawia, że w wyścigu po mistrzostwo Hiszpanii Barcelona znów zależy od siebie.

A przecież tuż po klęsce w Paryżu w 1/8 finału Champions League, Katalończycy mordowali się na Camp Nou z Leganes. W 89. minucie Leo Messi zdobył zwycięską bramkę z karnego, nawet nie potrafił się cieszyć. Kac w Barcelonie był tak wielki. Komentatorzy zauważali jednak, że ten gol może mieć swoją wagę, wcześniej czy później Katalończycy musieli oprzytomnieć, nikt jednak nie przypuszczał w jakie kłopoty wpędzi się Real Madryt.

Wszystko przewróciło się do góry nogami w 11 dni - liczba symboliczna w piłce. Królewscy polegli w Walencji z drużyną z pozoru zupełnie rozbitą. Tuż po zwycięstwie nad Realem Valencia przegrała z Alaves. Tymczasem zespół Zinedine’a Zidane’a grał swoje. W Villarreal przegrywał 0:2, by zdobyć trzy bramki w 19 minut. W meczu z Las Palmas ataku szaleństwa dostał Gareth Bale wylatując z czerwoną kartką. Udało się odrobić dwie bramki straty w dwie minuty.

W tym roku Real rozegrał 14 meczów, osiem razy wygrał i trzykrotnie przegrał: z bilansem bramkowych 35-19. Dla takiej drużyny to oznaka kryzysu. Tak oceniają to hiszpańskie media.

Mimo wszystko „Królewscy” wciąż zależą od siebie. Jeśli wygrają zaległy mecz w Vigo, odzyskają pozycję lidera. Barcelonę podejmą na Santiago Bernabeu, choć to atut niejednoznaczny - w ubiegłym sezonie wygrali na Camp Nou i polegli u siebie aż 0:4.

Ciekawe jaki efekt w Barcy wywoła deklaracja Luisa Enrique? Odchodzi trener, który wygrał 76 proc meczów. Taki statystyk nie miał nawet Pep Guardiola. Trener City już zareagował: „tracimy najlepszego trenera, jakiego Barca mogła mieć” - powiedział.

Z pewnością Enrique by nie ogłaszał swojego odejścia, gdyby relacje z piłkarzami układały się znakomicie. Trener mówi o zmęczeniu, przypomina przy tym, że zespół wciąż jest w grze na trzech frontach. Tyle, że w Dzień Kobiet na Camp Nou zjedzie PSG. Batalia o ćwierćfinał wydaje się przegrana. Trzeba by zespół z Camp Nou wzniósł się na szczyty możliwości. A i tak skończy pewnie za burtą najważniejszych rozgrywek. W Paryżu obaj rywale byli w zupełnie innym miejscu jeśli chodzi o przygotowanie fizyczne. Człapiąc Barca nie ma szans przetrwać w Champions League. Pomimo człapania można wygrać 6:1 ze Sportingiem.

Patrząc na dwa największe hiszpańskie kluby odnosi się wrażenie, że bardziej racjonalne są kłopoty Barcelony. Drużyna z Camp Nou wygrywa dzięki skuteczności Luisa Suareza i przebłyskom klasy Leo Messiego. Cała drużyna nie czuje w sobie animuszu. Real fizycznie wygląda nieźle, kiedy chce potrafi zepchnąć do rozpaczliwej defensywny Valencię, Villarreal, a także Las Palmas grając w dziesiątkę. Coś złego stało się z grą w defensywie, zespół traci masę goli.

Mimo wszystko większymi przegranymi ostatnich dni są „Królewscy”. Gdyby i w tym roku stracili tytuł mistrza Hiszpanii to byłby dla nich koniec świata. Niedawno ich przewaga nad Barcą wynosiła wirtualnie aż 7 pkt. W tym roku Katalończycy stracili w lidze 4 pkt, „Królewscy” aż 10.

Jesienią straty Realu ograniczyły się do 6 pkt za trzy remisy, Barcelona cztery razy remisowała i dwa razy przegrała. Można było przestać wierzyć w szansę na pościg.

poniedziałek, 20 lutego 2017

Jedna porażka i aż tyle nieszczęścia. Leo Messi, Luis Enrique i Gerard Pique nie świętowali nawet zwycięskiej bramki z karnego w ostatniej minucie ligowego meczu z Leganes.

Gdyby ten gol nie padł, Katalończycy definitywnie straciliby pewnie szansę na obronę tytułu. Ale choć Leo Messi trafił do siatki, nie widać oznak życia w Barcelonie. A jeszcze tak niedawno, 22 października w podobnej sytuacji na Estadio Mestalla piłkarze Valencii mieli ogromny żal do Messiego, że zbyt ekspresyjnie cieszył się po zwycięskim golu z karnego na oczach ich sfrustrowanych fanów. Barca wygrała wtedy 3:2 zdobywając bramkę w ostatniej minucie.

Wygląda na to, że porażka, a właściwie klęska w Paryżu rozbiła w drużynie z Camp Nou wszelki entuzjazm. Przez ostatnie lata klub był wyjątkowo odporny na ciosy. Drużyna grała efektownie, została jedną z największych atrakcji turystycznych miasta, co nie przeszkadzało jej kosić trofeów jak dojrzałego zboża.

Frank Rijkaard stworzył wielki zespół, a gdy Ronaldinho popadł w stagnację, Pep Guardiola odbudował wszystko obsadzając w roli głównej Leo Messiego.

Argentyńczyk zapewnił Barcelonie najlepszy okres w jej historii. Po kryzysie Gerardo Martino na Camp Nou pojawił się Luis Enrique. Drużyna przeżyła kolejny wzlot i nic nie wskazywało na to, by dobijała do ściany. Przeciwnie: kosztem 122 mln poszerzyła latem kadrę i wzmocniła w niej rywalizację. To miał być najmocniejszy skład w historii klubu i nagle wszystko się rozpadło na kawałki. Po dotkliwej porażce w Paryżu w Lidze Mistrzów.

Nikt nie myśli dziś, że Barca miała tam słabszy dzień. Wszyscy twierdzą, że na to co się stało na Parc des Princes od jakiegoś czasu się zanosiło. Trudno wierzyć, by Katalończycy mieli się szybko podnieść. Odrobić cztery bramki straty? Niewykonalne. W meczu z Leganes drużyna nie pokazała najmniejszych symptomów sportowej złości. Trwała na boisku bez życia, choć do stracenia było sporo.

Media hiszpańskie zwróciły uwagę na smutek Messiego. A kiedy Leo jest smutny, to głowy nie podnosi cały zespół. Następny mecz na Vicente Calderon, gdzie Barcelona wygrała 1 lutego, niespełna trzy tygodnie temu. Ale do przeskoczenia Atletico potrzebna jest maksimum klasy i chęci. W taki nastroju jak dziś, Katalończycy raczej nie powinni wychodzić na boisko. Mają sześć dni na oprzytomnienie, jeśli je zmarnują, sezon się dla nich skończy na początku marca. Pozostanie majowy finał Pucharu Króla - jak wyrzut sumienia.

Być może czekają Katalończyków głębsze zmiany. Może Messi ma jednak ochotę na grę gdzie indziej? Za kilka miesięcy podpisze ostatni wielki kontrakt w swojej karierze. Nikt nie ma nawet pewności, czy powinien to być kontrakt z klubem z Camp Nou.

Każda era dobiega końca. Może dobiega właśnie barcelońska? Co nie znaczy, że klub czeka wiele sezonów chudych. Real czekał na dziesiąty Puchar Europy 12 lat, ale trudno powiedzieć, by w tym czasie na Santiago Bernabeu nic się nie działo. Działo się wiele. Być może z tej kumulacji rozczarowań zrodziła się w końcu bardzo mocna drużyna. Jeśli „Królewscy” zachowają przewagę nad konkurencją w Hiszpanii, Cristiano Ronaldo po strzeleniu 274 bramek w La Liga zdobędzie w końcu swój drugi tytuł mistrzowski. Messi swój drugi zdobył mając 7 goli i 19 lat.

piątek, 17 lutego 2017

Sportowców można podziwiać. Ale są tacy, których da się lubić. Do nich należy Maciej Kot, który w pięć dni wygrał dwa konkursy Pucharu Świata.

Kipiący wściekłością Stefan Horngacher zostanie mi w pamięci na długo. W piękny, słoneczny dzień na Bergisel w Innsbrucku rozmawialiśmy z Maciejem Kotem, tuż po kwalifikacjach do trzeciego konkursu Turnieju Czterech Skoczni.

Kot to ten typ sportowca, który zawsze mówi ciekawie. Dziennikarze żartują, że pytania są absolutnie zbędne, wystarczy podstawić dyktafon. Z ust Maćka płyną zdania niebanalne, opowiadające o dyscyplinie, o której większość skoczków mówi tak nieznośnie stereotypowo. Być może stąd biorą się zgrywy Piotra Żyły, by uciec od bla, bla bla.

Skoki się czuje, można chłonąć emocje na skoczni, ale wyjaśnić dlaczego lot był dobry, lub popsuty graniczy z wirtuozerią.

Nie wiem, czy Kota można nazwać wirtuozem, bo opowiada tak po prostu. Nie sili się na popisy, czy słowne fajerwerki. Nie opuszcza granic skromności. Nie napawa się swoimi słowami, mówi, by zostać zrozumianym.

I tak mówił pod Bergisel, gdzie był drugi w kwalifikacjach. Grupa dziennikarzy słuchała, a trener się wściekł, że przeszkadzają skoczkowi zachować równowagę i spokój. Następnego dnia przyszło załamanie pogody. Kot zajął na Bergisel wysokie szóste miejsce, w dramatycznym konkursie, w którym rządził wiatr, a Kamil Stoch upadł i mocno się potłukł w serii próbnej.

Jak wiadomo największym marzeniem sportowca jest sukces. Mistrzostwo nie w słowach, lecz czynach. Maciej Kot bardzo długo na nie czekał, choć już fiński weteran Hannu Lepistoe, trener Matti Nykaenena i Adama Małysza dostrzegł jego nieprzeciętny talent. W 2009 roku w Szczyrbskim Plesie Kot zdobył srebro mistrzostw świata juniorów.

Wydawało mu się wtedy, że droga do czołówki jest prosta. I tu się pomylił - była kręta, wyboista, pełna pułapek. Dobry start na igrzyskach w Soczi dodał mu nadziei, że jest tuż tuż. Następny sezon był jednak sportową katastrofą. Kot zajął 65. miejsce w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata z 17 pkt zdobytymi - to były okolice dna. Został zdegradowany do kadry B. Wrócił do pracy z psychologiem.

Odradzał się w ratach, najpierw przy Macieju Maciusiaku, a ostatnio przy Stefanie Horngacherze. Austriak go po prostu lubi, mówi, że z takim profesjonalistą praca jest frajdą dla trenera. - Maciek skacze w sposób klasyczny, bliski ideału, mnie to się wyjątkowo podoba - opowiada Austriak. Dodaje, że skoczek pozytywnie reaguje na każdą uwagę.

Kot odwzajemnia komplementy, mówi, że Horngacher odmienił jego skoki o 180 stopni. Trener twierdzi, że poprawił tylko detale, bo Maciek jest po prostu świetnym skoczkiem.

Wszystko jedno kto ma rację. Grunt, że efekty widać na skoczni. Inteligencja Kota nie służy mu już wyłącznie do wyjaśniania dlaczego osiąga wyniki poniżej możliwości.

Ten sezon, tak dobry dla Maćka i jego kolegów, wcale nie jest łatwy. Kot był czwarty na Turnieju Czterech Skoczni, co było życiowym sukcesem, choć nikt tego nie zauważył. Pozostał w cieniu Kamila Stocha i Piotra Żyły, którzy zajęli szczyt podium.

Kot skacze równo, choć ostatnio było gorzej. Pamiętam jak w Zakopanem razem z jednym z kolegów dziennikarzy trzymaliśmy kciuki za triumf Maćka. W konkursie drużynowym skakał świetnie. W indywidualnym nie wytrzymał presji. Sukces na Wielkiej Krokwi w Zakopanem, gdzie mieszka nie był mu dany (12. miejsce). Osłodził to wszystkim Stoch. - Kamil jest wielki - napisał Kot na Twitterze.

Robił swoje, bo Horngacher przekonał go, że spokojnie utrzymując się w czołówce, doczeka chwili triumfu. Ta chwila przyszła w Sapporo na Okurayamie, dokładnie 45 lat po złocie olimpijskim Wojciecha Fortuny. I pięć dni później w próbie przedolimpijskiej w Pjongczang.

25-letni skoczek, który dwa lata temu uważał się za przegranego i chciał zerwać ze sportem, dziś ma powody świętować. I prawo wierzyć, że triumfy w Pucharze Świata to wciąż tylko początek drogi do celu. Jak z doświadczenia wie droga wcale nie musi być jednak prosta.

czwartek, 16 lutego 2017

Klęska w Paryżu w 1/8 finału Champions League wywołała w Katalonii reakcje skrajne. Media piszą o kompromitacji, katastrofie, wieszcząc nawet koniec ery zespołu, który symbolizuje Leo Messi.

Szok jest głęboki. Przed meczami fazy pucharowej Ligi Mistrzów UEFA przeprowadziła symulację, z której wynikało, że Barcelona ma największe szanse na Puchar Europy. Była też faworytem bukmacherów. Kto mógł przypuszczać, że w Paryżu, w pierwszym meczu 1/8 finału wydarzy się coś tak niecodziennego. PSG, które mimo ogromnych inwestycji katarskich właścicieli notorycznie odbijało się od bariery ćwierćfinału, tym razem zmiotło faworyta z powierzchni boiska.

0:4 to dla Barcy najniższy wymiar kary. Załamany Neymar przyznał, że takiej bezradności i apatii na boisku nie przeżył nigdy w życiu, nawet w Santosie. Tym, którzy wierzą w cuda i odwołują się do rewanżu 8 marca na Camp Nou, historycy przypominają, że Barcelonie nigdy nie udało się odrobić takiej straty. W Lidze Mistrzów nie udało się to zresztą nikomu.

Poza histerycznymi reakcjami prasy katalońskiej piszącej o kompromitacji, katastrofie, czy dyshonorze, wiele europejskich mediów stawia sobie pytanie, czy to nie zmierzch ery wielkiej drużyny, która sięgała po Puchar Europy cztery razy (2006, 2009, 2011, 2015). Wspólnym mianownikiem dla zespołów Franka Rijkaarda, Pepa Guardioli i Luisa Enrique jest postać Leo Messiego, pięciokrotnego laureata Złotej Piłki. Argentyńczyk kończy w tym roku 30 lat, z pewnością wciąż może grać znakomicie. Ale na Parc des Princes pozostawił po sobie wspomnienie ociężałej, znużonej gwiazdy, która nie może wykrzesać z siebie już niczego. W 40. min stracił piłkę na swojej połowie, po czym stanął jak wryty, patrząc tylko jak gospodarze zdobywali drugiego gola. Tak samo bezradni i bezproduktywni jak Argentyńczyk byli Luis Suarez i Andres Iniesta - filary zespołu.

Nie wiadomo dokładnie jakie paryska klęska będzie miała konsekwencje. Przesądza prawdopodobnie los trenera. Luis Enrique przebąkiwał od dawna, że czuje się zmęczony i myśli nad zakończeniem pracy na Camp Nou. W Parku Książąt całkowicie stracił panowanie nad sobą. Według relacji świadków trzech ludzi musiało go powstrzymywać, bo chciał „ręcznie” wytłumaczyć coś dziennikarzowi hiszpańskiej TV3. Tymczasem Sergio Busquets ogłosił, że Barcelona zagrała bez planu. Że obrana taktyka okazała się fiaskiem. To była kropla przepełniająca czarę goryczy, jedna ze stacji radiowych doniosła, że relacje między trenerem i piłkarzami są zerwane.

Nikt nie kwestionuje, że PSG zagrało wielki mecz. Zapewne najlepszy od 2011 roku kiedy klub kupili Katarczycy. Ale według mediów to nie tłumaczy kompletnej apatii pokazanej na boisku przez wielkiego faworyta. Komentator dziennika „El Pais” przekonuje, że to co się stało w Paryżu jest logiczną konsekwencją kryzysu, którego nie chciał widzieć trener Barcelony, ani jej szefowie.

Jeśli Real Madryt wygra dwa zaległe mecze w La Liga odskoczy Barcy na 7 pkt. Szanse na obronę tytułu są więc małe. Ligę Mistrzów Katalończycy pożegnają w 1/8 finału, co ostatni raz zdarzyło się w 2007 roku. W kolejnych 9 edycjach tylko dwa razy Barcelona przepadała w ćwierćfinale, jej porażki z Atletico w 2014 i 2016 roku były minimalne.

Tymczasem mecz w Paryżu wpisany zostanie na listę największych klęsk w dziejach klubu z Katalonii. Ale jak w 1994 roku Barcelona przegrywała z Milanem 0:4 to był finał Ligi Mistrzów w Atenach. W erze Messiego przytrafiło się 0:4 w Monachium z Bayernem, ale wtedy Argentyńczyk był kontuzjowany i nie za bardzo mógł pomóc kolegom walczyć o finał. Oczywiście w 1997 roku Barca poległa 0:4 na Camp Nou z Dynamem Kijów, grała jednak fatalnie zajmując ostatnie miejsce w grupie.

Po każdej z takich szokujących porażek następowały zmiany. Jakie będą teraz? Zapewne kolejny trener podejmie się podnieść Messiego i resztę. Ale czas płynie i nie oszczędza nawet największych. Po klęsce w Paryżu nie widać światełka w tunelu. Puchar Króla to nie jest trofeum, które zaspokoi ambicje klubu. Może faktycznie coś jednak dobiega końca?

A to wszystko po letnich transferach za 120 mln euro, które miały uczynić kadrę najmocniejszą w historii klubu z Camp Nou.

wtorek, 14 lutego 2017

Największy faworyt Ligi Mistrzów został pobity na Parc des Princes 4:0 przez drużynę, która latami grała zdecydowanie poniżej możliwości. Zespołowi Luisa Enrique nie pozostało nic innego niż 8 marca w rewanżu dokonanie na Camp Nou cudu.

„Jedenastu zmęczonych ludzi” - tak wyglądali piłkarze Barcelony na Parc des Princes. Dodatkowo trafili na życiowy wzlot Paris Saint Germain. Porażki w ćwierćfinale Ligi Mistrzów z 2013 i 2015 roku maksymalnie zmotywowały drużynę Unaia Emerye’ego. To miało być starcie dwóch wielkich drużyn, z których jedna od lat utrzymuje się na szczycie, tymczasem druga notorycznie zawodzi. Z punktu widzenia presji, cała spadała na gości, którzy jej nie unieśli. Może poza Neymarem - jedynym graczem Barcy zdolnym wygrywać indywidualny pojedynek.

Symboliczna była sytuacja z 40. minuty, gdy przy prowadzeniu gospodarzy, zagubiony Leo Messi wrócił po piłkę na połowę Barcelony. Szybko ją jednak stracił, zrezygnował z walki i powrotu, tymczasem kupiony zimą Julian Draxler zakończył kontrę PSG kolejnym strzałem, po którym Marc Andre Ter Stegen był bezradny. Błąd pięciokrotnego laureata Złotej Piłki był wyjątkowo kosztowny. A przecież prasa hiszpańska pisała przed meczem, że Paryż drży w posadach, gdy zjawia się tam Messi.

Dla Katalończyków, faworytów nie tylko dwumeczu z mistrzem Francji, ale całych rozgrywek, porażka w 1/8 finału graniczy z katastrofą.

Wyglądało jednak na to, jakby gracze PSG od początku sezonu wszystko podporządkowali temu meczowi. Tymczasem Barcelony była znużona, zmęczona fizycznie i psychicznie, nie nadążała za rywalami. Ci biegali na wyższym biegu, z motywacją podrażnioną do żywego. Pierwszą bramkę już po 19 minutach zdobył z wolnego Angel Di Maria podsumowując fragment totalnej dominacji gospodarzy. Od tej chwili PSG mogło grać z kontry, zostawiając Barcy miejsce na jej połowie, ale ryglując przestrzeń na własnej. Drużyna Luisa Enrique skazana była na jałową wymianę podań: wolnych, przewidywalnych, w poprzek boiska.

W 54. minucie po kolejnym kontrataku Di Maria pokonał Ter Stegena wspaniałym strzałem z dystansu. W oczy Katalończyków zajrzał strach - rozstrzygały się losy nie tylko tego meczu, ale całej batalii o ćwierćfinał. PSG brało rewanż nie tylko na Katalończykach, ale za wszystkie swoje „krzywdy” w Lidze Mistrzów. Od 2011 roku, gdy w paryski klub zainwestowali Katarczycy, coraz droższa drużyna nie potrafiła przebić się powyżej ćwierćfinału. I nigdy nie wyeliminowała rywala tej klasy. Podczas poprzedniego meczu obu drużyn na Parc des Princes dwa lata temu: Neymar, Luis Suarez i Messi ośmieszyli gospodarzy wygrywając 3:1. Przesileniem była jednak porażka z Manchesterem City w boju o półfinał poprzedniej edycji.

Unaiem Emery miał to zmienić. Hiszpański trener zastąpił latem Laurenta Blanca, żeby zreformować drużynę. Zmienić ją tak, by dawała szansę na osiągnięcie sukcesu w Europie. Bo takie są ambicje katarskich właścicieli. Początki były trudne, do dziś PSG nie jest nawet liderem ligi francuskiej. Ale zespół jest wszechstronniejszy, nie gra wyłącznie atakiem pozycyjnym. Potrafi założyć wysoki pressing, lub cofnąć się i kontrować. Wszystkie te atuty pokazał przeciw Barcelonie. Ale największa zmiana dokonała się pod względem mentalnym: PSG ruszyło na wojnę, na co faworyzowany rywal nie znalazł odpowiedzi.

Słabo grał nie tylko Luis Suarez i Messi, ale także Andres Iniesta, który podawał niecelnie, lub grał do najbliższego partnera, na alibi. Nie wykonał ani jednego podania ze swojego repertuaru, który dał mu status geniusza drugiej linii. Został zmieniony na Ivana Rakitica tuż po czwartym golu.

W 71. min Barcelona została ostatecznie powalona golem Edinsona Cavaniego, który uderzył potężnie w krótki róg bramki Ter Stegena. Już w przerwie w internetowym wydaniu dziennik „Marca” przypominał klęskę Barcy w Monachium z Bayernem (0:4). To było w półfinale edycji 2012-2013. Katalończycy przeskoczyli wtedy w ćwierćfinale PSG, by paść przeciw Bawarczykom (0:7 w dwumeczu).

Katalońskie dzienniki komentowały na gorąco, że Barca została upokorzona, ośmieszona w Paryżu. Katalończycy brali pod uwagę porażkę, ale nikt nie liczył się z klęską. W 83. min Samuel Umtiti trafił piłką w słupek. Na skuteczniejszą reakcję gości nie było stać. "Śmiertelnie ranni" - napisał kataloński "Sport".

Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac