blog Darka Wołowskiego
RSS
sobota, 22 kwietnia 2017

Bez zdyskwalifikowanego Neymara, rozbita porażką w Lidze Mistrzów Barcelona jedzie do Madrytu, by ocalić swoje szanse na mistrzostwo Hiszpanii. W niedzielę na Santiago Bernabeu czeka Real w euforii.

 „Dzisiejsze łzy jutro przerodzą się w radość” - napisał na Twitterze Neymar. Rozpacz Brazylijczyka po klęsce z Juventusem w Lidze Mistrzów stała się symbolem depresji Barcelony. 180 minut rywalizacji z mistrzem Włoch było studium słabości zespołu z Katalonii. Bijąca strzeleckie rekordy trójka napastników Leo Messi, Luis Suarez i Neymar nie potrafiła ani razu pokonać Gianluigiego Buffona.

Neymar traci jednak największą okazję do rewanżu i rehabilitacji. Po czerwonej kartce za obrazę arbitra w meczu z Malagą, został zdyskwalifikowany na trzy kolejki i nie zagra w klasyku na Santiago Bernabeu. Po nim o radość w Barcelonie może być wyjątkowo trudno. Dla Katalończyków liczy się w niedzielę tylko zwycięstwo.

W środę po ostatnim gwizdku arbitra 98 tys ludzi na Camp Nou pożegnało zespół brawami. Dziękowali za walkę do końca z rywalem lepszym pod każdym względem. Gerard Pique obiecał kibicom, że w niedzielę z Madrytu Barcelona powiezie trzy punkty. Klasyk z Realem jest dla Katalończyków ostatnią deską ratunku. Porażka, a nawet remis postawią „Królewskich” w znakomitej sytuacji w drodze po tytuł mistrza Hiszpanii. Do końca zostanie 5 kolejek, Real ma trzy punkty więcej od Barcelony i mecz zaległy z Celtą w Vigo.

Co weźmie górę w niedzielę na Santiago Bernabeu? Frustracja Katalończyków, czy euforia „Królewskich”? W ćwierćfinale Ligi Mistrzów Real wyeliminował Bayern Monachium, co było dla niego gigantycznym zastrzykiem optymizmu. Podwójnej korony „Królewscy” nie wywalczyli od 1958 roku! W tym roku wciąż jest na to szansa.

Obolały po zderzeniu z Juve Pique pozwolił sobie na mocno ironiczną uwagę pod adresem Realu. Że jego kibice ze zdumieniem musieli przyjąć owację na Camp Nou, bo sami wygwizdują swoich piłkarzy nawet po zwycięstwach. To aluzja do grupy fanów z Bernabeu, którzy gwizdali na Cristiano Ronaldo podczas rewanżu z Bayernem. Zanim Portugalczyk zdobył hat-tricka grał przeciętnie. Gwizdy zabolały jednak CR7 do żywego: przecież jest legendą królewskiego klubu po zdobyciu dla niego 395 goli.

Ataki Pique na Real coraz bardziej wyglądają jednak na reakcję frustrata. Po latach dominacji Katalończyków sytuacja zaczyna się odwracać. Barcelona drugi już sezon ogląda plecy Realu w Lidze Mistrzów. I jest o krok od oddania mu dominacji w La Liga. Hierarchia bardzo szybko się zmieniła. Jeszcze rok temu przed klasykiem na Camp Nou były bramkarz „Królewskich” Jerzy Dudek mówił z żalem, że różnica między Barceloną i Realem dawno nie była tak duża. Katalończycy nie przegrali wtedy 39 kolejnych meczów pędząc po potrójną koronę. Na Santiago Bernabeu zbili Real aż 4:0! W rewanżu na Camp Nou prowadzili, ale rywal się podniósł, a zwycięską bramkę Ronaldo zdobył, gdy „Królewscy” grali w dziesiątkę.

To nie był incydent, ale przełom. Od tamtej pory drużyna Zinedine’a Zidane’a stała się maszyną do wygrywania, poprawiła rekord Barcelony nie przegrywając 40 kolejnych spotkań. Wygrała Champions League, Superpuchar Europy, klubowe mistrzostwo świata, a teraz mknie po mistrzostwo Hiszpanii. Rotacje w kadrze, długa i silna ławka rezerwowych, na której do gry palą się piłkarze tak dobrzy jak Isco, James, Asensio, Morata, Kovacic, Lucas Vazquez, Nacho, czy Pepe to klucz do utrzymania siły i formy. Zidane nauczył się tego jako asystent Carlo Ancelottiego. Włoch nie rotował kadrą, stawiał wciąż na tych samych piłkarzy i po wspaniałym 2014 roku, wiosną drużyna nie wytrzymała tempa, popadła w kryzys i nie zdobyła już nic.

Dziś dzięki Zizou Real osiągnął stabilność. Nie zachwyca grą, ale zachwyca wynikami. Francuz przekonał Cristiano Ronaldo, że z wiekiem powinien przekwalifikować się ze skrzydłowego w środkowego napastnika wykorzystując swój największy dar od natury - instynkt strzelecki. 32-letni Portugalczyk traci szybkość i wytrzymałość, ale w dwumeczu z Bayernem pięć razy pokonał Manuela Neuera, z czego aż cztery po jednym dotknięciu piłki jak urodzony snajper.

Realowi nie ciążą częste urazy Garetha Bale’a, bo Isco, Asensio, Vazquez mogą wiele dać drużynie. Walijczyk jest już jednak ponoć zdrowy po kontuzji w pierwszym meczu z Bayernem. Świetnie spisuje się niedoceniany latami Nacho, gdy leczą się stoperzy Varane i Pepe. To wszystko sprawia, że Zidane może być spokojny o posadę bardziej niż jego poprzednicy. Francuz jest jedenastym szkoleniowcem zatrudnianym przez prezesa Florentino Pereza.

Barcelona znalazła się na przeciwnym biegunie. Wiadomo, że Luis Enrique odchodzi po sezonie i od lata drużyna będzie miała nowego przywódcę. Rezerwowi, na których klub wydał latem 120 mln euro, zawodzą pod każdym względem. Jeden Samuel Umtiti zdołał się przebić do podstawowego składu. Kluczowi gracze Neymar, Luis Suarez, Iniesta, Busquets mają kłopoty ze stabilizacją formy. Barca ma wzloty, takie jak mecz na Camp Nou z PSG w Lidze Mistrzów, po którym jednak poległa z Deportivo w La Corunii. Wszystko w ciągu zaledwie czterech dni. Teraz także w cztery dni decyduje się bilans sezonu Barcelony. Z Ligi Mistrzów odpadła, w niedzielę okaże się, czy zdoła przetrwać w walce o tytuł.

czwartek, 20 kwietnia 2017

Łzy Neymara po porażce z Juventusem oddają nastrój na Camp Nou. Przez 180 minut rywalizacji w ćwierćfinale Ligi Mistrzów „najlepszy atak w historii piłki” nie potrafił zmusić do wysiłku Gianluigiego Buffona.

Leo Messi próbował na wszystkie sposoby. Obrona Juventusu miała odpowiedź na każdą sztuczkę pięciokrotnego laureata Złotej Piłki. Poza jednym genialnym podaniem do Andresa Iniesty jeszcze w pierwszym meczu w Turynie, Argentyńczyk miotał się jak złota rybka w sieci. Był aktywny, wracał po piłkę: rozgrywał, strzelał, dryblował i nic z tego nie wychodziło. Tak bezradnego Messiego oglądaliśmy wcześnie wyłącznie w meczach, w których nie podjął 100 procent wysiłków. W starciu z Juventusem bardzo chciał i tak samo bardzo nie mógł.

Największy atleta w Barcelonie Luis Suarez - odbił się od ściany muskułów środkowych obrońców. Jak bokser walczący w wyższej kategorii wagowej. Juventus przewyższał Barcelonę pod każdym względem. Katalończycy rzucili do walki wszystkie siły, ale nie potrafili nawet na chwilę wywołać paniki w zespole z Turynu. Drużyna Massimo Allegriego doskonale panowała nad wydarzeniami na Camp Nou - miejscu, gdzie tak wielu rywalom miękną nogi.

Po ostatnim gwizdku arbitra Dani Alves podniósł zapłakanego Neymara i przytulił. Brazylijczyk łkał jak ktoś, kto stracił wielką szansę, a do tego uświadomił sobie własne ograniczenia. Kreowany na następcę Messiego i Cristiano Ronaldo Brazylijczyk nie dokonał niczego, co by wskazywało na to, że czeka go świetlana przyszłość. Niespełna dwa lata temu zdobywał gola w finale Ligi Mistrzów w Berlinie, Barca biła Juventus, a Neymar spełniał marzenie o triumfie w najważniejszych rozgrywkach. Kolejne 23 miesiące okazały się jednak wielki krokiem do tyłu.

Całe trio MSN nazywane najlepszym w dziejach piłki, przeżyło 180 minut traumy w starciu z mistrzem Włoch. Lekcja pokory była spektakularna i dobitna, z gatunku tych, po których nie pozostaje nawet cień złudzeń.

Alves to znakomity przykład. Pokazuje jak Juventus budował swoją wielkość. Nie gardził piłkarzami sędziwymi i odrzuconymi. Przygarnął Brazylijczyka z Barcelony, dał szansę Samiemu Khedirze i Gonzalo Higuainowi, których w Realu uważano za graczy drugoplanowych. Rehabilitował Juana Cuadrado po katastrofie w Chelsea oraz Mario Mandżukica zbędnego w Bayernie i Atletico. Kiedy piłkarz chciał odejść jak Carlos Teves, Alvaro Morata, czy Arturo Vidal - odchodził.

Wielkie pieniądze szefowie Juve rzucili na szalę dopiero ostatniego lata, gdy wykupili z Napoli Higuaina. Wydawało się, że to wotum nieufności dla Mandżukica, tymczasem grają obaj. Allegri stworzył zespół doskonale zorganizowany, wyrachowany i dojrzały, ale też ofensywny. Juve wywołało Barcelonie otwarty pojedynek, to nie była partyzantka, czy wojna podjazdowa. I w tej batalii argumenty piłkarskie przemówiły na jego korzyść.

Drużyna Allegriego ma dość argumentów, by marzyć o trzecim w historii klubu triumfie w Pucharze Europy. Sześć przegranych finałów, łącznie z tym w Berlinie sprzed dwóch lat pokazuje głód międzynarodowego sukcesu u włoskiego hegemona. Serie A jest w kryzysie, Juventus to wyjątek w tamtejszej piłce. Ale wyjątek piękny.

Za trzy dni Barcelona gra klasyk na Santiago Bernabeu, musi go wygrać, by zachować szanse na obronę mistrzostwa Hiszpanii. Drugi rok pracy Luisa Enrique był gorszy od pierwszego, wygląda na to, że ostatni będzie kolejnym krokiem w tył. Po wyeliminowaniu Bayernu Real ma psychologiczną przewagę nad Katalończykami, czyli sytuacja się odwróciła w stosunku do lat minionych. W XXI wieku to „Królewscy” częściej skazani byli na spoglądanie z zazdrością na swojego największego przeciwnika.

Wczoraj kibice na Camp Nou pożegnali drużynę owacją. Suchy wynik rywalizacji z Juventusem jest porażający, ale fani nagrodzili wysiłek pokonanych. Nie brakuje jednak opinii, że ten zespół doszedł do ściany, wyczerpał swoje możliwości, a nowy trener powinien zbudować wszystko od podstaw.

W Barcelonie nie mają tyle cierpliwości co w Turynie, a żeby budować szybko potrzebny jest bardzo dobry plan i gigantyczne pieniądze. Katalończycy marzą o piłkarzach takich jak Paulo Dybala, Marco Verratti, czy Phillippe Coutinho, a to inwestycja wymagająca nie dziesiątek, ale setek milionów euro.

środa, 19 kwietnia 2017

96 tys ludzi przybędzie dziś na Camp Nou oczekując kolejnej magicznej nocy Barcelony. - To co się stało z PSG posłuży nam za przestrogę - mówi Paulo Dybala, gwiazdor Juventusu, który broni trzech goli przewagi.

W normalnej sytuacji tłumy kibiców Barcy wybierałyby się dziś na Camp Nou jak na stypę. Co najwyżej po to, by zobaczyć jak ich piłkarze z twarzą żegnają Ligę Mistrzów. Ale rewanż z Paris Saint Germain wygrany 6:1, po porażce 0:4 w Paryżu, zmienia optykę Katalończyków. Cuda się zdarzają, będąca w niestabilnej formie drużyna Luisa Enrique wciąż zdolna jest do wzlotów. 8 marca na Camp Nou w 88. minucie gry Barcelona potrzebowała jeszcze trzech goli do awansu do ćwierćfinału. Finisz wstrząsnął piłkarską Europą.

Po porażce 0:3 w Turynie Luis Enrique ponownie studiował grę Juventusu. Trener Barcy doszedł do wniosku, że jeśli można przebić się przez włoską defensywę, to tylko grając wysokim pressingiem. Katalończycy będą chcieli agresywnie zaatakować graczy Massimo Allegriego przy wyprowadzaniu piłki. Tylko wtedy mogą liczyć na dezorganizację w tyłach Juventusu. Atak pozycyjny może okazać się wyjściem nieefektywnym, bo kiedy Włosi ustawią potrójne zasieki przed własnym polem karnym, pod bramkę Gianluigiego Buffona mysz się nie prześlizgnie.

Gracze Barcelony są skazani na podjęcie ryzyka. Bo gdy ruszą z atakiem na wyprowadzających piłkę rywali, na ich połowie pozostanie sam Marc-Andre ter Stegen. Za plecami stoperów będzie dużo miejsca, by Dybala i Gonzalo Higuain przeprowadzali zabójcze kontry. Jedna udana sprawi, że sytuacja Barcelony stanie się dramatyczna. I tak jest ekstremalnie trudna - odrobienie trzech goli, zachowanie zera po stronie strat, graniczy z niemożliwym.

„Czarne dziury w obronie Barcy” - alarmowały hiszpańskie media po ostatnim meczu ligowym z Realem Sociedad. Katalończycy wygrali 3:2, ale tracili bramki w kuriozalny sposób. Mimo gry w środku obrony pary asów Gerard Pique-Samuel Umtiti oraz ustawieniu czwórką w tyłach.

Być może więc w dzisiejszym meczu z Juve Barcelona tak samo mocno będzie zależała od pracy swoich obrońców, jak od geniuszu Leo Messiego, Luisa Suareza i Neymara. Wszyscy muszą zagrać mecz doskonały.

- Mamy jeden procent szans - mówi Neymar. - 99 proc to walka, harówka i wiara do samego końca. W rewanżu w PSG to właśnie młody Brazylijczyk błysnął nieposkromionym wręcz optymizmem, w kilka minut zdobył dwa gole i zaliczył asystę. Ale w Turynie z Juve zagrał fatalnie, były obrońca Barcy Dani Alves mimo 34 lat nie miał z nim najmniejszych kłopotów. Do tego stopnia, że legendarny Xavi powiedział, że Katalończycy powinni odzyskać Alvesa.

Do drugiej linii Barcy wraca Sergio Busquets. To kluczowa informacja. Razem z Andresem Iniestą tworzą parę, która może ułatwić pracę napastnikom. Druga linia Barcy zawodzi w tym sezonie najbardziej. Ivan Rakitic jest cieniem siebie, Andre Gomes choć kosztował 35 mln euro, wciąż nie spełnia nadziei. Taki mecz jak ten jest dla obu wielką szansą na rehabilitację. Na którego postawi Enrique? A może na Sergiego Roberto, bohatera rewanżu z PSG, który zdobył wtedy szóstą bramkę?

Barca może zagrać w ustawieniu 3-4-3, lub 4-3-3. W Turynie zaczęła w tym drugim wariancie i kompletnie pokpiła sprawę. Dybala zdobył dwa gole jak na treningu. I zademonstrował swoją słynną cieszynkę z maską gladiatora. - Patrzyłem na pierwszą połowę meczu w Turynie i wydawało mi się, że to była trzecia połowa meczu w Paryżu - ocenił wściekły Luis Enrique. W szatni była burza. Jedna z ostatnich jaką wywołał trener, który już dawno ogłosił, że odchodzi po zakończeniu sezonu. Po przerwie Barca zagrała w ustawieniu z trzema obrońcami i choć straciła trzecią bramkę, wypadła lepiej.

Po meczu w Turynie dziennikarze z Hiszpanii zapytali Luisa Enrique, czy szanse w rewanżu są większe, czy mniejsze niż po klęsce 0:4 w Paryżu. Odpowiedział, że teraz trudniej mu zachować wiarę w awans. I to jest klucz do zagadki. Juventus to zespół o klasę lepszy od PSG. Bardziej zdyscyplinowany, wyrachowany, dojrzalszy, który przyjechał na Camp Nou grać, a nie trwać.

- Nie jesteśmy PSG - powiedział stoper Leonardo Bonicci. Ale Dybala i Higuain podkreślają, że nie uważają sprawy awansu do półfinału za przesądzoną. W pierwszym meczu Juventus miał przewagę fizyczną nad Barceloną. W rewanżu Katalończycy nie będą mogli liczyć na grę w powietrzu. Jeśli znów będą wolniejsi od rywali, na magiczną noc nie mogą liczyć. Ale wierzyć muszą do końca. To lekcja z 8 marca 2017 roku zapisana w annałach klubu z Katalonii.

Pięć sądnych dni Barcelony? W niedzielę drużyna Enrique jedzie na Santiago Bernabeu, by ocalić szanse na mistrzostwo Hiszpanii. Może być tak, że od poniedziałku zostanie jej do końca sezonu już tylko jeden ważny mecz. Z Alaves.

wtorek, 18 kwietnia 2017

Być może Bayern Monachium nie potrzebuje cudu, by dziś w Madrycie odwrócić losy szlagierowej rywalizacji z Realem o półfinał Ligi Mistrzów. Ale potrzebuje polskiego napastnika w szczycie możliwości.

„Polski gigant zagraża Santiago Bernabeu” - obwieszcza madrycki „As” oceniając, że Robert Lewandowski odpowiada za połowę siły Bayernu. Jako przykład podaje dwa ostatnie mecze (z Realem w Lidze Mistrzów i Bayerem Leverkusen w Bundeslidze), w których Bawarczycy zdobyli zaledwie jedną bramkę, a Arjen Robben, Franck Ribery i Thomas Mueller w ogóle nie zaistnieli. Leczący uraz barku Polak jeszcze raz został obsypany komplementami przez hiszpańskie media, nazywające go „maszyną do zdobywania goli”. „As” przypomina jednak, że choć w 2013 roku jeszcze w barwach Borussii Dortmund wbił Realowi cztery bramki w półfinale Ligi Mistrzów, ale w rewanżu Sergio Ramos zupełnie wyłączył go z gry. I na powtórkę dziś na Santiago Bernabeu liczą fani Realu.

Gospodarze zagrają bez Gatetha Bale’a, który leczy kolejną kontuzję. Zastąpi go Isco, choć pewne szanse ma też Marco Asensio. Pierwszy był bohaterem sobotniego meczu ligowego, w którym Zinedine Zidane wystawił rezerwy. Oszczędził na rewanż z Bayernem większość podstawowych graczy, choć Realowi bardzo zależy na odzyskaniu tytułu mistrza Hiszpanii. W Gijon Isco wyglądał jak piłkarz z innej, lepszej bajki. Zdobył dwa wspaniałe gole, ten drugi w 90. minucie dający „Królewskim” zwycięstwo 3:2.

W tym sezonie drużyna Zidane’a jest niezłomna. Z meczów, w których przegrywała, wyszarpała rywalom aż 19 pkt. W Lidze Mistrzów też potrafiła odwracać losy spotkań: ze Sportingiem Lizbona w fazie grupowej, z Napoli w 1/8 finału i co najcenniejsze - w pierwszym meczu z Bayernem na Allianz Arena. „Królewscy” zadali Bawarczykom cios, po którym podnieść się nie będzie łatwo.

Sześć dni temu pierwsza połowa należała do gospodarzy, w drugiej goście odpowiedzieli w sposób piorunujący. I choć przed startem szlagierowej rywalizacji bukmacherzy wyżej oceniali szanse Bayernu, dziś, po porażce w Monachium 1:2, wyglądają one niezbyt imponująco.

Nikt w Madrycie nie miałby wątpliwości kto zagra w półfinale, gdyby nie fakt, że w rewanżu Bawarczyków wzmocni Lewandowski. 26 goli w Bundeslidze, 7 w Lidze Mistrzów, 8 w eliminacjach mistrzostw świata w Rosji - Polak ma fenomenalny sezon, na liście najlepszych strzelców ustępuje tylko Leo Messiemu.

Pomocnik Arturo Vidal przekonuje, że Bayern wcale nie potrzebuje cudu, by znaleźć się w półfinale, ale co innego Chilijczyk ma powiedzieć? - Jesteśmy Bayernem - przypomina Xabi Alonso podkreślając, że takiego giganta jak klub z Monachium stać na wszystko.

Carlo Ancelotti ma kłopot na środku obrony. Obok Jerome Boatenga będzie musiał wystąpić David Alaba. Mats Hummels jest kontuzjowany, Javi Martinez pauzuje za czerwoną kartkę. Real może grać spokojnie, awans da mu nawet porażka 0:1. To Bawarczycy muszą się spieszyć, to oni stoją pod murem.

Ronaldo, Benzema, Modric, Kroos, Casemiro, Carvajal, Keylor Navas odpoczywali w sobotę w lidze, by wszystkie siły rzucić dziś na Bayern. Tymczasem Ancelotti wystawił w Leverkusen niemal podstawowy skład (jeszcze bez Lewandowskiego), ale Bawarczycy i tak nie potrafił wbić gola rywalowi kończącemu mecz w dziesiątkę.

Dla Bayernu starcie z Realem jest kulminacją sezonu. W Bundeslidze ma aż 8 pkt przewagi nad RB Leipzig. Ancelotti rzuca wszystkie siły na Lidze Mistrzów, ale pierwszy mecz z Realem pokazał, jak dużo traci Bayern bez Lewandowskiego. Gdyby Polak odwrócił losy rywalizacji na Santiago Bernabeu, byłoby to jedno z najbardziej spektakularnych dokonań w jego karierze.

Będzie o to ekstremalnie ciężko. W poprzednich trzech edycjach Ligi Mistrzów Bawarczycy odpadali z rywalami z Hiszpanii i ani Realowi (2014), ani Barcelonie (2015), ani Atletico (2016) nie zdołali wbić na ich boisku choćby jednej bramki.

W Bayernie nadzieje pokładają wszyscy ci, którzy mają dość hiszpańskiej hegemonii w Champions League. Kluby La Liga dominują w Europie od trzech lat. W tym czasie odbyły się dwa madryckie finały, w trzecim Barcelona pokonała Juventus.

Ale i dla Realu dwumecz z Bayernem jest kwestią wyjątkowo prestiżową. Nie tylko ze względu na historię: 23 mecze, których bilans jest dla „Królewskich” niekorzystny (10 zwycięstw, 11 porażek, dwa remisy). Gdy przed rokiem drużyna Zidane’a sięgała po Puchar Europy, zarzucano jej, że miała masę szczęścia w losowaniu i tylko sporadycznie pokazała grę godną numeru 1 na kontynencie. W tym sezonie też nikt Realem przesadnie się nie zachwyca. Bawarczycy mieli być dla niego etapem prawdy.

Zizou nie jest traktowany jak materiał na trenerskiego geniusza. Ot, były laureat Złotej Piłki, który potrafi korzystać z autorytetu, który zbudował sobie na boisku i talentu obecnych graczy Realu. Tymczasem Francuz staje na wysokości zadania. Rotuje składem, przekonał nawet Cristiano Ronaldo, że musi rozsądnie gospodarować siłami. CR7 nie bije rekordów strzeleckich, ale rozstrzyga ważne mecze. Takie jak na Allianz Arena.

Dziś Lewandowski będzie go musiał przyćmić, bo jeśli nie, „Królewscy” staną się największym faworytem tej edycji rozgrywek. W Pucharze Europy nikt nie obronił trofeum od czasów Milanu Arrigo Sacchiego, który triumfował w latach 1989 i 1990. Jeśli Real przeskoczy dziś Bayern, a potem wygra finał w Cardiff, Zidane zaliczy dwa zwycięstwa w Champions League po zaledwie półtora roku pracy.

sobota, 15 kwietnia 2017

Po latach ulegania własnemu ego Cristiano Ronaldo zszedł wreszcie do poziomu jednego z kilku kluczowych piłkarzy Realu Madryt. Zyskali na tym wszyscy.

To nie kwestia godzin spędzonych na siłowni, ani litrów potu wylanych w walce nad utrzymaniem wydolności. 32-letni CR7 przestaje być na boisku robokopem. Statystyki potwierdzają, że czas biegnie nieubładanie. Portugalczyk nie góruje już fizycznie nad rywalami jak jeszcze dwa sezony temu, gdy osiągał w lidze hiszpańskiej niebotyczną liczbę 48 bramek dorzucając do tego 12 trafień w Lidze Mistrzów. Kończył wtedy rozgrywki z najwyższą średnią w karierze (1,13 gola na mecz).

Dziś ta średnia wynosi 0,76. I żeby znaleźć niższą trzeba się cofnąć do 2009 roku, czyli czasów, gdy CR7 nosił jeszcze koszulkę Manchesteru United. To był ten pechowy sezon, w którym „Czerwone Diabły” ustąpiły Barcelonie miejsca na europejskim szczycie, a Ronaldo musiał oddać Złotą Piłkę Leo Messiemu. Można było odnieść wrażenie, że przez następne lata Portugalczyka owładnęło coś w rodzaju obsesji samotnej pogoni za Argentyńczykiem.

Transferowy rekord świata pasował do niego, tak jak przeprowadzka do Realu Madryt - najbardziej utytułowanego klubu w historii, który zapewnia piłkarzom status galaktyczny.

Ale Ronaldo gonił w pojedynkę. Drużynę zbudowano wokół niego i dla niego. Mijały lata, CR7 bił rekordy skuteczności, wszystko w Madrycie kręciło się wokół niego, by kończyć się zwykle wielkim rozczarowaniem. Portugalczyk przyćmiewał i onieśmielał na boisku swoich kolegów. Szanowali jego upór i ambicję, ale część z nich czuła, że Real zmienił się w orkiestrę jednego solisty. Kiedyś, już po odejściu do Neapolu Gonzalo Higuain stwierdził, że aby utrzymywać dobre relacje z Cristiano trzeba mu codziennie dawać do zrozumienia, że jest najlepszy.

Argentyńczyk wycofał się potem z tych ostrych słów, które jednak wyrażały tylko to co czuli wszyscy. Chorobliwa ambicja Ronaldo nie pozwalała mu dawać drużynie tyle, ile by mógł. Prasa hiszpańska twierdziła, że dlatego tak świetnie rozumie się z Karimem Benzemą, że Francuz utwierdza w nim poczucie wielkości. Nigdy, w żadnych rozgrywkach środkowy napastnik Realu nie zdobył więcej bramek od CR7.

Latem 2014 roku Ronaldo protestował ze wszystkich sił, gdy Florentino Perez wymieniał Mesuta Oezila na Garetha Bale’a. Choć Walijczyk powtarzał, że przychodzi na Santiago Bernabeu, by pomóc CR7 utrzymać pozycję numeru 1. Oezil służył Portugalczykowi pięknymi asystami, Walijczyk był kolejnym superstrzelcem. Przez dwa kolejne sezonu prasa hiszpańska opisywała zgrzytanie, jakie występowało między gwiazdorami.

Krytycy Ronaldo zarzucali mu, że ponad osiągnięcia klubu przedkłada własne rekordy. Absurd sytuacji pokazywała najprostsza statystyka: 260 bramek, które Portugalczyk wbił rywalom ligowym przez siedem sezonów gry w Realu starczyło do zdobycia zaledwie jednego tytułu mistrza Hiszpanii. Tyle samo w tym okresie wywalczyło Atletico. Barcelona i Leo Messi świętowali aż pięciokrotnie.

Nie wiadomo czy upływ czasu zmienił świadomość CR7, czy stało się to w jakimś stopniu przypadkiem. Portugalczyk coraz rzadziej decyduje się na indywidualne pojedynki i coraz rzadziej jest je w stanie wygrywać. Pod wpływem perswazji Zinedine’a Zidane’a zrozumiał, że nadszedł czas, by wybierał sobie mecze, w których gra. Na dzisiejsze spotkanie ze Sportingiem nie ma go w kadrze, choć drużyna walczy o tytuł. Trener Realu uznał, że w Gijon powinni poradzić sobie rezerwowi, by kilku graczy podstawowych odpoczęło przed rewanżem z Bayernem w Lidze Mistrzów.

CR7 długo upierał się przy grze na skrzydle. Uważał, że pozycja klasycznego środkowego napastnika ogranicza jego atuty. W końcu polubił ją jednak. Mniej się tam biega, mniej drybluje, a to dla Portugalczyka lepiej. Upływ czasu nie pozbawił go instynktu strzeleckiego, ani mocnego, celnego uderzenia. Przekonaliśmy się o tym w Monachium. W pierwszym meczu z Bayernem Ronaldo zdobył dwie bramki i zapracował na czerwoną kartkę dla Javiego Martineza, ale grać i błyszczeć pozwolił innym. Real wreszcie stał się drużyną, której los nie zależy wyłącznie od tego co zrobi Portugalczyk. Przeciwnie: to Ronaldo błyszczy dzięki grze innych: rajdom i asystom bocznych obrońców: Marcelo i Carvajala. Nawet kontuzja Garetha Bale’a nie jest problemem. Zastąpić go może aż czterech utalentowanych graczy Asensio, Isco, James i Lucas Vazquez.

Są piłkarze, którzy szybko się starzeją i tacy, którzy z biegiem lat dojrzewają. Upływ czasu stępia siłę, dynamikę, szybkość, co można rekompensować doświadczeniem. Kiedyś CR7 szalał po boisku, wszędzie go było pełno. Dziś jest tam, gdzie największą korzyść czerpie z tego drużyna. Jeszcze niedawno krytycy Portugalczyka uśmiechali się ironicznie, gdy przekonywał, że chce grać do czterdziestki. Zakrawało to na kolejną fanfaronadę gwiazdora, który nie ma odrobiny dystansu do siebie. Dziś łatwiej uwierzyć, że nową rolę w zespole jest w stanie spełniać jeszcze dość długo. Nie poprawi już indywidualnych rekordów, ale pomoże Realowi zdobywać trofea. I chyba w końcu sam się przekonał, że jest to znacznie ważniejsze.

Karl-Heinz Rummenigge zauważył niedawno, że zaszła ogromna zmiana w zachowaniu CR7 na boisku. Kiedyś był jak kapryśny, nieznośny dzieciak, który uprawia sport zespołowy tylko przez pomyłkę. Dziś wykorzystuje swoją pozycję dla dobra wspólnego: na boisku widać to w gestach, detalach, niuansach. Rummenigge zafascynował swoim zachowaniem w finale Euro 2016, gdy poważnie kontuzjowany wrócił na ławkę, by pomóc trenerowi mobilizować reprezentację Portugalii. A potem w szatni wygłosił tyradę do kolegów, że dzięki ich determinacji osiągnął największy sukces w karierze. - Takiego Ronaldo da się lubić - mówi prezes Bayernu.

czwartek, 13 kwietnia 2017

Gdy krytyka narasta, Portugalczyk odpowiada golami. Już nie jest maszyną do zdobywania bramek, ale wciąż rozstrzyga wielkie mecze, jak ten w Monachium z Bayernem w drodze do półfinału Ligi Mistrzów.

„Futbol to pudełko z niespodziankami” - powiedział Cristiano Ronaldo, po tym jak w pół godziny hitu w Monachium podwoił liczbę goli zdobytych w tej edycji Ligi Mistrzów. I jako pierwszy w historii rozgrywek europejskich sięgnął granicy 100 bramek. Statystyki schodzą na dalszy plan, kiedy odwraca się losy meczu sezonu. Hiszpański napis „Czarna Bestia” zawieszony na trybunach Allianz Arena miał przypominać „Królewskim” ból i znój wypraw do Monachium. Ale nowy obiekt Bayernu nie wywołuje w gościach z Madrytu paraliżującego lęku. Co by się jednak stało, gdyby w końcówce pierwszej połowy wykonujący karnego Arturo Vidal nie kopnął piłki na Księżyc?

Właśnie do tego kluczowego momentu odnoszą się słowa Ronaldo. Rewelacyjny tego wieczoru Dani Carvajal nie odbił piłki ręką w polu karnym. Sędzia popełnił błąd, więc po pudle Vidala w jakimś sensie sprawiedliwości stało się za dość. Gdyby nie kontuzja Roberta Lewandowskiego z jedenastu metrów uderzałby Polak. I zapewne zrobiłby to z innym skutkiem.

Po 45 minutach niewiele wskazywało na szczęśliwe zakończenie wyprawy Realu do Monachium. Wszystko zmieniło się bardzo szybko, kiedy centrę Carvajala CR7 zamienił na bramkę. W futbolu czas biegnie jak błyskawica. W sobotę Zinedine Zidane przełknął bolesny fakt straty punktów w derbach Madrytu. Ale zanim zdołało go to naprawdę zaboleć, z pocieszeniem pospieszyła Barcelona zostawiając punkty w Maladze. A więc droga do odzyskania tytułu mistrza Hiszpanii będzie łatwiejsza niż się powszechnie spodziewano?

Tak samo przebiegał mecz w Monachium od złego początku, ku szczęśliwemu rozwiązaniu. Czerwona kartka Javiego Martineza rozstrzygnęła sprawę. „Wywalczył” ją Ronaldo, który wbił potem zwycięską bramkę. I znów, po miesiącach debat, że się starzeje, że się kończy, że zwalnia, nie strzela jak nakręcony, został bohaterem wieczoru.

- Nie wiem kto jeszcze we mnie wątpi - powiedział po meczu prowokowany przez dziennikarzy. I zasugerował, że z tymi, którzy są przeciwko a priori, nie będzie walczył, ani dyskutował.

Dla Realu to był wyjątkowo słodki wieczór. Zwycięstwo w Monachium nad Bayernem, który w sobotę w tym samym miejscu rozbił Borussię Dortmund, to z pewnością sprawa wielkiego prestiżu. Rewanż na Santiago Bernabeu nie musi być horrorem. W ogóle zanosi się na to, że rywalizację z „Czarną Bestią” „Królewscy” są w stanie przebrnąć bez wypruwania się z wszystkich sił. Trzeba tylko pamiętać o tym, że w kolejnym ułamku sekundy (czerwona kartka, przestrzelony karny) może nastąpić następny zwrot w starciu o półfinał. Bayern przybędzie na Santiago Bernabeu z Lewandowskim, ale przyparty do muru. Każda kontra Realu będzie nosiła w sobie groźbę przedwczesnego rozwiązania problemu.

W Monachium wielką klasą błysnął Manuel Neuer. Gdyby nie bramkarza Bayernu, losy awansu byłyby już rozstrzygnięte. Jeśli Real przedwcześnie nie uwierzy w swoją szczęśliwą gwiazdę, może mieć wspaniały sezon. Droga po tytuł otwarta, droga do czwórki w Champions League także. Nic tylko dokończyć dzieła.

Od kilkunastu miesięcy „Królewscy” są najlepszą drużyną w Europie, ale wyjątkowo rzadko ich gra wywołuje podziw. Tak samo było w Monachium: mniej mówi się o wielkiej grze Realu niż o wielkim zwycięstwie. „Królewscy” są zespołem umiarkowanym jeśli chodzi o fajerwerki, ale zabójczo pragmatycznym i skutecznym. A z tego rodzą się trofea - cel nadrzędny.

środa, 12 kwietnia 2017

Trener Luis Enrique był wzburzony postawą swoich piłkarzy na Juventus Stadium. Czy da się wierzyć w odrobienie strat na Camp Nou? - Trudniej niż po klęsce w Paryżu - stwierdził.

Madrycki dziennik „As” zamieścił zdjęcie Leo Messiego, którego obejmuje Leonardo Bonucci wskazując coś Argentyńczykowi prawą ręką. Podpis: „tam jest wyjście” oddaje nastrój w Hiszpanii po klęsce Barcelony na Juventus Stadium 0:3. - Wydawało mi się, że pierwsza część gry w Turynie, była trzecią częścią meczu w Paryżu - wyznał trener Luis Enrique. I dodał, że jeśli po 0:4 na Parc des Princes wciąż tliła się w nim nadzieja na awans, tym razem podtrzymanie wiary przed rewanżem na Camp Nou kosztuje go znacznie więcej.

Turyn zaprezentował Europie przyszłego króla piłki? 23-letni Paulo Dybala zdobył dwie bramki spychając w cień gwiazdy Barcelony. Półtora roku starszy Neymar, który po rewanżu z PSG (6:1) rozgłaszał, że przeżywa najlepszy okres w karierze, na Juventus Stadium przypominał futbolowego rozbitka. Leo Messi próbował wziąć na siebie rolę lidera, ale atakowało go zwykle trzech, lub czterech obrońców. Naymar nie potrafił poradzić sobie z żadnym. 34-letni Dani Alves miał wyjątkowo spokojny wieczór. Odejście z Barcelony zabolało go mocno, ale z punktu widzenia zawodowego przyszło w najlepszym momencie.

To co stało się w Turynie oddaje formę Katalończyków w całym sezonie: chwiejną, niepewną, przeplataną wzlotami i tak samo bolesnymi upadkami. Tuż po remontadzie wszech czasów z PSG, Barca przegrała w La Corunii, zaraz po triumfie nad Sevillą 3:0, nie poradziła sobie w Maladze. Wydaje się, że Luis Enrique pożegna klub z najwyżej jednym trofeum - Pucharem Króla, czyli dokładnie tak jak w 2012 roku Pep Guardiola.

„Ukrzyżowani” - taki tytuł daje na swojej okładce kataloński „Sport”. Nikt nie jest bez winy. Luis Enrique wystawił w podstawowym składzie Jeremy’ego Mathieu 34-letniego obrońcę, który w tym sezonie zawodzi zawsze, gdy tylko postawi nogę na boisku. Niepewny, przestraszony, grający na alibi. Tak jak kilku innych piłkarzy Barcy skonsternowanych kontaktem z przeciwnikami, których rozpiera siła. Ivan Rakitic przeżywa głęboki kryzys formy, ale nie ma go kto zastąpić. Rafinha i Arda Turan są kontuzjowani, Andre Gomes wciąż nie spełnia oczekiwań. Bez Sergio Busquetsa starania Andresa Iniesty są mniej efektywne. Iniesta walczył w środku boiska, ale kiedy miał największą okazję wpłynąć na losy meczu zmarnował sytuację sam na sam z Gianluigi Buffonem. To był symboliczny wręcz pojedynek legend włoskiej i hiszpańskiej piłki.

Po przerwie, gdy Mathieu zastąpił Gomes mecz się wyrównał, choć Juventus miał Barcelonę pod kontrolą, a Giorgio Chiellini zdobył trzecią bramkę po rzucie rożnym. W Turynie zobaczyliśmy dwie wielkie drużyny: pierwszą w fazie rozkwitu, pełną entuzjazmu, drugą w fazie zmierzchu, w której przeważają piłkarze syci. Nic nie wskazuje na to, by siedem dni mogło cokolwiek zmienić w układzie sił.

Z pewnością rewanż na Camp Nou może być jednak porywający. Barca sięgnie do najgłębszych pokładów dumy. Trudno jednak uwierzyć w kolejny cud, taki jak z PSG. Juventus to rywal z wyższej półki: zdyscyplinowany, zorganizowany, mający w składzie indywidualności. Charakter zespołu Massimo Allegriego nie ma wiele wspólnego z rozkapryszeniem Paryżan. W Turynie budowany jest wielki zespół na innych, bardziej racjonalnych zasadach. Dopiero ostatniego lata Juventus pozwolił sobie na luksus wielkiego transferu czyniąc z Gonzalo Higuaina jednego z najdroższych graczy w historii. Ale Khedira, Alves, Cuadrado, czy Mandżukic to piłkarze z odzysku, których odrzuciły największe i najbogatsze kluby Europy. W Turynie potrafiono wykorzystać ich potencjał i sportową złość.

Za kilka tygodni Juventus zdobędzie szósty kolejny tytuł mistrza Włoch. W Turynie nie kryją, że ich marzeniem jest powrót na europejski szczyt. Być może 39-letni Buffon doczeka jeszcze triumfu w Lidze Mistrzów? Z Barceloną zabłysnął raz, ale był to moment kluczowy wygrywając pojedynek z Iniestą przy stanie 1:0.

„Sport” kataloński pisze o czarnym tygodniu, między sobotą i środą Barca postawiła pod znakiem zapytania cały sezon: Liga Mistrzów i tytuł mistrza Hiszpanii stały się celami mało realnymi.

Wiadomo, że w nowym sezonie Barcelona będzie miała nowego trenera, coraz trudniej jednak uwierzyć, że wystarczy kilka drobnych zmian, by Katalończycy wrócili na miejsce, do którego przywykli. A może jest to nawet początek końca wielkiej drużyny? Messi, Suarez, Pique kończą lub skończyli w tym roku trzydziestkę, Iniesta i Mascherano dawno już ją przekroczyli, a Busquets i Rakitic przekroczą w przyszłym sezonie.

Nie jest to oczywiście granica śmierci zawodowej w futbolu, Alves pokazał, że dojrzały piłkarz wciąż może mieć swoje miejsce w wielkiej piłce. Trudno jednak wykluczyć, że Katalończyków czeka okres zmian głębszych niż się można spodziewać.

Dziewięć zwycięstw Realu, dwa remisy i 11 triumfów Bayernu to bilans najbardziej klasycznej rywalizacji w Pucharze Europy. Dziś na Allianz Arena odcinek numer 23. Czy główną rolę zagra w nim piłkarz z Polski?

- Przy Florentino Perezie nie wymieniam nawet nazwiska „Lewadowski”. Prezes Realu sam wie, co jest możliwe, a co nie - powiedział madryckiemu dziennikowi „As” Karl-Heinz Rummenigge. Debata o przyszłości Polaka, prawdopodobieństwie jego przenosin do Madrytu nabiera intensywności z okazji starcia wagi ciężkiej w klubowej piłce. Bayern i Real rozegrały w Pucharze Europy najwięcej meczów. Najczęściej też mierzyły się ze sobą - 22 razy. Długoletnia, zaciekła, dramatyczna rywalizacja zasłużyła na miano klasycznej.

10 dni temu w Madrycie obchodzono 25. rocznicę tragicznego wypadku samochodowego, w którym zginął Juanito. Kariera legendarnego piłkarza Realu złamała się w starciu z Bawarczykami w półfinale Pucharu Europy 1987 roku, gdy w ataku furii nadepnął na głowę Lothara Matthaeusa. UEFA zdyskwalifikowała go na cztery lata.

Rummenigge wspomina obrońcę „Królewskich” Jose Antonio Camacho, przy którym można było przeżyć na boisku wyłącznie bijąc rekordy skoku wzwyż. „Bo na takiej wysokości rozdzielał kopniaki” - opowiada. Dziś prezes Bayernu woli skupić się na jasnej stronie mocy, czyli świetnych, osobistych relacjach z Florentino Perezem. I na tym opiera przekonanie, że w sprawie transferu Polaka prezes Realu będzie postępował fair.

Spokój i dobre maniery opuszczają Rummenigge, gdy z gabinetów prezesa przenosi się na boisko. - W Monachium zapłoną nawet drzewa - odgrażał się trzy lata temu przed rewanżem na Allianz Arena, gdy w pierwszym meczu półfinału Ligi Mistrzów Real pokonał Bayern na Santiago Bernabeu. Ale w Monachium gole zdobywali wyłącznie „Królewscy” i to aż cztery. Lewandowski był jeszcze wtedy graczem Borussii Dortmund, Toni Kroos grał w Bawarii, a Xabi Aloso w Madrycie. Latem 2014 roku dwaj ostatni zamienili się miejscami. A ówczesny trener Realu Carlo Ancelotti pracuje teraz w Bayernie. Dziś zmierzy się ze swoim asystentem z Madrytu Zinedine Zidane’m.

Na pytanie czy Lewandowski zasługuje na „Złotą Piłkę” prezes Bayernu powiedział dziennikarzowi „Asa”, że Polak musiałby nie tylko bić rekordy strzeleckie, ale zdobyć najważniejsze trofeum w klubowej piłce. - To jest taki piłkarz, który stawia sobie najwyższe cele i dlatego jestem optymistą - dodał. O Lewandowskim hiszpańskie media rozprawiają właściwie bez przerwy. Zdobył w tym sezonie więcej bramek niż Cristiano Ronaldo, kroku dotrzymuje mu już tylko Leo Messi. W ostatnią sobotę wbił dwa gole Borussii Dortmund i po faulu opuścił boisko z obolałym barkiem. Bawarski dziennik „TZ” doniósł, że wczoraj Lewandowski ćwiczył tylko kwadrans, kiedy trening oglądali jeszcze dziennikarze. Potem zajęcia zostały zamknięte, a Polak natychmiast wrócił do szatni. Hiszpanie wyciągają z tego wniosek, że dzisiejszy występ najlepszego strzelca Bayernu nie jest pewny, a jeśli zagra, to na środkach przeciwbólowych. Informacje na temat Lewandowskiego przyćmiły nawet sprawę kontuzji bramkarza Manuela Neuera. Niemiec przeszedł niedawno zabieg, z Borussią nie grał, choć na Real ma być gotowy.

Oba kluby dzieli i łączy wiele. W 2009 roku wracając do Realu Perez zrobił być może jeden kardynalny błąd. Wydał na nowych piłkarzy ponad ćwierć miliarda, sprowadził Ronaldo, Benzemę, Kakę, Alonso, ale uznał, że niepotrzebny mu będzie Arjen Robben. Kupiony do Bayernu 33-letni dziś Holender wciąż jest unikalnym skrzydłowym. Tak jak rok starszy Franck Ribery, który przy Ancelottim odzyskał pozycję w drużynie.

Kroczący po piąte mistrzostwo Niemiec Bayern jest nasycony triumfami krajowymi. W ostatnich trzech edycjach Ligi Mistrzów z Pepem Guardiolą na ławce nabawił się hiszpańskiego kompleksu. Rummenigge uważa, że w starciach z Realem, Barceloną i Atletico Madryt Guardiola był przemotywowany. Ancelotti emanuje na drużynę spokojem. Zbawiennym dla piłkarzy. Włoch sprawił, że na kluczową postać w Bawarii wyrósł nieobliczalny wychowanek Barcelony Thiago Alcantara, który z dobijającym kresu kariery Alosno i chilijskim wojownikiem Arturo Vidalem panują nad środkiem pola. Ancelotti żartuje, że gdyby miał zabrać jednego pomocnika na mecz, wybrałby Thiago, ale na wojnę Vidala. - Thiago jest w Bayernie po to, żebyśmy awansowali do finału Ligi Mistrzów, ale ja jestem po to, żebyśmy ten finał wygrali - mówi Chilijczyk.

Real nie gra ostatnio olśniewająco, nie zmiata rywali z powierzchni ziemi, jego atak Ronaldo-Benzema-Bale wciąż jest krytykowany, Luka Modric nie błyszczy, a jednak żaden z rywali nie miał dotąd dość klasy, by rzucić obrońcę trofeum na kolana.

wtorek, 11 kwietnia 2017

Pięć tytułów mistrza Serie A i szósty na wyciągnięcie ręki - włoski hegemon z Turynu poczuł w sobie moc, by podbijać Europę. Na przeszkodzie staje Barcelona, która podarowała sobie drugie życie. Dziś hit ćwierćfinału Ligi Mistrzów na Juventus Stadium.

„Pogram jeszcze ze trzy lata, a potem zobaczę” - w wyznaniu Gianluigiego Buffona z 6 czerwca 2015 roku było coś szczególnie dramatycznego. Na Stadionie Olimpijskim w Berlinie - tam gdzie 9 lat wcześniej włoski bramkarz zdobył tytuł mistrza świata - Juventus przegrał z Barceloną 1:3 w finale Ligi Mistrzów. Czyżby Buffon uważany za najwybitniejszego speca od gry rękami w historii piłki, miał nie sięgnąć po najważniejsze klubowe trofeum? Dla niego był to drugi przegrany finał. W 2003 roku na Old Trafford Juve uległo Milanowi po serii rzutów karnych.

Myśląc w tych kategoriach gigant z Turynu to najbardziej pechowy klub w całej historii rozgrywek. W finale Pucharu Europy poległ aż sześciokrotnie. Ale porażka w Manchesterze to był wstęp do prawdziwego dramatu, którym była afera Calciopoli zakończona odebraniem dwóch tytułów mistrza Włoch i degradacją w 2006 roku. Buffon przetrwał piłkarski czyściec wierny klubowi, który już na początku wieku uczynił z niego najdroższego bramkarza w historii. 52 mln dolarów to jedyny rekord transferowy nie pobity w piłce od 2001 roku.

Niedawno Gigi Buffon skończył 39 lat. - I wciąż jest największy ze wszystkich - uważa Paulo Dybala. Kiedy 23-letni Argentyńczyk polskiego pochodzenia mówi o bramkarzu Juve w jego głosie jest tyle samo uwielbienia co wobec Leo Messiego. Dzisiejsze starcie Barcelony w Turynie reklamowane jest jako pojedynek pięciokrotnego laureata Złotej Piłki i jego następcy. - Ja jestem tylko Dybala. Nie będzie drugiego Messiego, tak jak nie było drugiego Maradony - mówi Paulo. Dodaje, że Juventus zagra z Katalończykami właściwie bez presji. - To Barca musi, my możemy. Ale podkreśla, że on i koledzy są w szczycie formy, czego nie da się powiedzieć o wielkim rywalu. W Serie A klub z Turynu wyprzedza Romę o 6 pkt zmierzając po szósty kolejny tytuł mistrzowski. Tymczasem Barcelona poległa w sobotę ze słabą Malagą 0:2 tracąc wielką szansę doścignięcia Realu Madryt.

„Dybala idzie na wojnę” - napisał na pierwszej stronie kataloński „Sport” w zapowiedzi meczu w Turynie. Pod tymi słowami wydrukowano zdjęcie napastnika Juventusu z czarnymi pasami namalowanymi na twarzy. Dybala dobrze sprzedaje się w mediach, podsycana jest debata, czy taki piłkarz przydałby się Barcelonie. Wiadomo, że jest jej wielbicielem i wielbicielem Messiego. Po golach wykonuje tajemniczy gest odwołujący się do maski gladiatorów.

Mecz z Barcą Paulo uważa za najważniejszy w karierze. Ale spodziewanych kłopotów Barcy do Dybali nie da się sprowadzić. Juventus to maszyna do wygrywania zbudowana na najsolidniejszej defensywie w europejskim futbolu. Stracił o cztery gole mniej w Serie A niż w lidze hiszpańskiej Atletico Madryt słynące z gry obronnej. Gonzalo Higuain strzela jak nakręcony - zdobył w lidze 21 bramek. Dybala ma 8, ale ostatnio leczył uraz. Siła Juve zaklęta jest jednak w kolektywie. Klub z Turynu nie ma już chęci ukrywać: znużony hegemonią we Włoszech rzuca wyzwanie Europie. Nie tylko Barcelonie, ale Bayernowi, Realowi - wszystkim faworytom. Zespół Massimo Allegriego dojrzał do sięgnięcia szczytu. Przed rokiem odpadł z Bayernem dopiero po dogrywce. Ale wtedy nie miał jeszcze Higuaina.

Czy Barcelona jest faworytem w walce o półfinał? Legendarny trener Fabio Capello w to wątpi. Drużyna z Katalonii nie wygląda tak solidnie jak dwa lata temu, gdy biła Juve w berlińskim finale. Ale od czasu do czasu wciąż wznosi się na wyżyny, jak w rewanżu 1/8 finału z PSG wygrywając 6:1. Tamten mecz wstrząsnął piłkarską Europą. Po raz pierwszy w historii rozgrywek ktoś podniósł się po porażce 0:4 w pierwszym meczu. - Podarowaliśmy sobie nowe życie w Lidze Mistrzów - stwierdził Gerard Pique. - Ale żeby temu historycznemu starciu na Camp Nou nadać głębszy sens, powinniśmy teraz wygrać całe rozgrywki.

Dziś Barca gra bez ukaranego za kartki Sergio Busquetsa. Piłkarza absolutnie kluczowego. Może go zastąpić Javier Mascherano, ale on jest mocny w defensywie. Nie pokieruje grą zespołu, nie sprawi, by była tak samo płynna. Poza tym, gdyby Luis Enrique chciał zagrać w ustawieniu 3-4-3, Mascherano musiałby wystąpić w roli stopera obok Pique i Samuela Umtitiego. Jako defensywny pomocnik może wystąpić też Ivan Rakitic, ale tak czy siak straty Busquetsa nie da się zrekompensować. Bez niego Barcelonie trudniej utrzymać piłkę, czyli krócej jest w swoim żywiole.

Pytany o największy atut Katalończyków Dybala wskazuje trio napastników. Luis Suarez, Neymar i Messi mają za sobą traumę w Maladze. Jedno jest bezdyskusyjne: gdyby Barcy przytrafił się tak fatalny dzień jak w Paryżu w 1/8 finału, Juventus nie pozostawi jej cienia złudzeń.

piątek, 07 kwietnia 2017

Sobotnie derby Madrytu na Santiago Bernabeu są dla Realu kluczem do mistrzostwa Hiszpanii. Dla Atletico to sprawa honoru.

Historyczne zdjęcia z San Siro obiegają znów prasę hiszpańską. Zinedine Zidane chce rzucić w sobotę na Atletico Madryt tę samą jedenastkę, która zmogła je w ostatnim finale Ligi Mistrzów. Diego Simeone odpowie niemal tym samym, czyli składem najmocniejszym z możliwych, choć Atletico na mistrzostwo kraju szans nie ma. Do lidera traci 10 pkt.

Zatrzymajmy się na chwilę przy innej fotografii. Po kolacji z przyjaciółmi, Isco umieścił na Instagramie zdjęcie biesiadników bagatelizując leżącą na stole paczkę chipsów z reklamą Barcelony. Niechcący wywołał burzę, choć fotkę szybko zastąpił nową. Już bez chipsów. Niezręczność zbiegła się w czasie z plotkami, że znużony rolą rezerwowego w Realu przenosi się na Camp Nou. „Nie idę do Barcelony. Chciałem tylko pokazać, że schrupiemy ją jak smażone ziemniaki” - wyjaśnił piłkarz.

Frustracje, czy rozterki Isco podziela cała grupa świetnych piłkarzy. James Rodriguez posłał Zizou wiązankę przekleństw, gdy zmienił go w meczu z Leganes. Grały rezerwy Realu. Ronaldo, Bale, Benzema, Kroos, Carvajal odpoczywali przed derbami Madrytu, a i tak nie starczyło wakatów, by kupiony za 80 mln euro Kolumbijczyk wytrwał na boisku 90 minut. Trener zbagatelizował przekleństwa, uznał, że reakcja piłkarza, który chce grać, jest prawidłowa.

Co powiedzieć o Marco Asensio? Zagrał z Leganes świetnie, ale to ani o krok nie zbliżyło go do podstawowego składu. To samo dotyczy napastnika Alvaro Moraty, pomocników Mateo Kovacica, Lucasa Vasqueza, czy obrońcy Nacho. Real musi mieć szeroką kadrę, a ci, którzy są w cieniu gwiazd powinni się liczyć z tym, że z reguły siadają na ławce. Jamesowi przychodzi to z trudem i zapewne latem poszuka nowego miejsca pracy.

Rezerwy Realu, które zagrały z Leganes pokazały, że mogłyby się bić o najwyższe cele w każdych rozgrywkach.

Tylko co z tego? W sobotę na Santiago Bernabeu przybywa rywal najbardziej wymagający, co znaczy, że Isco, James i kilku innych świetnych graczy „Królewskich” wyląduje na ławce.

Real musi wygrać derby, by zachować przewagę nad Barceloną (dwa pkt i mecz zaległy). W marcu zespół Simeone stracił w lidze zaledwie dwa punkty. Wygrał pięć ostatnich spotkań. A poza tym starcie z „Królewskimi” to dla niego inny rozdział. W ostatnich latach Atletico napsuło bogatszemu sąsiadowi masę krwi w krajowych rozgrywkach, ale trzy potyczki w Champions League skończyły się dla niego traumatycznie. Szczególnie dwa przegrane finały w Lizbonie (po dogrywce) i w Mediolanie (po karnych). Nie ma rywala, który boleśniej zapadłby w pamięć Atletico.

Jedenastka Realu na San Siro wyglądała tak: Navas, Carvajal, Ramos, Pepe, Marcelo, Modric, Casemiro, Kroos, Ronaldo, Beznema, Bale. Simeone też wystawi zespół bardzo podobny do tego, który posłał do gry w Mediolanie: Oblak, Juanfran, Savic, Godin, Filipe, Koke, Gabi, Saul, Carrasco, Griezmann, Torres. Wtedy dziesięciu z nich znalazło się w podstawowym składzie, Carrasco wszedł w drugiej połowie doprowadzając do dogrywki.

W sobotę obaj szkoleniowcy rzucą na murawę co najlepsze, choć cztery dni później Real i Atletico zaczynają walkę o półfinał Champions League. Dla „Colchoneros” rozgrywki europejskie stały się obsesją, w lidze hiszpańskiej nie biją się już o tytuł, mimo wszystko derbów nie mogą grać na pół gwizdka. Na „Królewskich” czeka Bayern, ale starcie z Atletico traktowane jest jak priorytet.

Jeśli Real wygra derby pozostanie jedynym zespołem w walce o mistrzostwo, który zależy tylko od siebie. Przed nim będzie osiem meczów do końca rozgrywek, w tym zaległy w Vigo z Celtą. Z tych ośmiu spotkań najtrudniej przewidzieć wynik klasyku na Bernabeu. 23 kwietnia Barcelona może go wygrać, a nawet zapewne będzie musiała go wygrać. Nawet w wypadku porażki „Królewscy” i tak zachowają przewagę 2 pkt.

W ostatnich ośmiu latach Real był mistrzem Hiszpanii raz. Dla takiego klubu to katastrofa. Choć swoje ambicje zaspokajał w Lidze Mistrzów, jego kibice chcą widzieć w końcu „schrupaną” Barcelonę. W ostatnim czasie Katalończycy połykali tytuły jak plankton.

Odzyskanie mistrzostwa jest dla „Królewskich" priorytetem. Także dla ich lidera CR7. Zdobył dla Realu 390 bramek, z czego 279 w lidze i wywalczył jeden tytuł. Z pewnością czterokrotny laureat Złotej Piłki nie chce tego tak zostawić. Ostatnie derby Madrytu na Vicente Calderon rozstrzygnął hat trick Portugalczyka. Szkoda byłoby to zaprzepaścić.

Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac