blog Darka Wołowskiego
RSS
niedziela, 19 listopada 2017

Bezbramkowy remis w pierwszych derbach na Wanda Metropolitano sprawia, że oba madryckie kluby tracą do lidera z Camp Nou 10 pkt. Trudno uwierzyć jednak w rozstrzygnięcie po 12 kolejkach ligi hiszpańskiej.

Zinedine Zidane przypomina, że gdy w styczniu 2016 obejmował Real, strata do Barcelony też była ogromna. Finisz Królewskich był wtedy spektakularny, łącznie z triumfem na Camp Nou, ale tytuł z minimalną przewagą jednego punktu i tak zdobyli Katalończycy. Real odebrał im go przed rokiem, mimo porażki na Santiago Bernabeu i gorszego bilansu klasyków. Zidane ma wszelkie podstawy, by wierzyć w drużynę dysponującą potencjałem tak ogromnym, że jako pierwsza potrafiła obronić trofeum w erze Ligi Mistrzów. Spektakularne powroty Królewscy mają wpisane w DNA i choćby na to nie wyglądało są groźni dopóki tabela daje im choćby cień szansy. W 12 kolejkach tego sezonu stracili do Barcy 10 pkt, ale w teorii są w stanie je odrobić w czterech następnych meczach. A więc mogą być liderem jeszcze przed końcem jesiennej rundy rozgrywek. Tyle, że patrząc na ich formę, niewiele na to wskazuje.

Zidane wie, że margines błędu przepadł. W 12 meczach Barcelona straciła dwa punkty, grając tak dalej, pobije wszystkie historyczne rekordy. Tylko czy ta niezwykła efektywność Katalończyków jest do utrzymania? Drużyna Ernesto Valverde nie olśniewa, ale zmieniła się w maszynę do koszenia punktów. Kostropata gra skrojona na miarę obecnej formy i potencjału zespołu, bardzo Katalończykom służy. Choć już w następnym meczu jadą na Estadio Mestalla z jednym stoperem (Gerad Pique będzie pauzował za żółte kartki). A przecież Valencia to wicelider ligi, gra w tym sezonie rewelacyjnie.

Valverde został w środku defensywy Samuel Umtiti - najlepszy transfer Barcy ostatnich lat. Zaczyna przypominać Erica Abidala, który na Camp Nou naznaczył własną erę. Kto będzie tym drugim stoperem? Javier Mascherano jest kontuzjowany, wystawienie Thomasa Vermaelena to ekstremalne ryzyko.

Znakomite wyniki Katalończycy zawdzięczają motywacji. Lanie w Superpucharze Hiszpanii jakie dostali od Realu, wywołało właściwą reakcję. Jak widać łatwiej się czasem otrząsnąć po porażkach niż zwycięstwach. Być może Królewscy poczuli się za wcześnie panami Europy. Ale de facto nimi są, trudno więc mieć pretensje. Albo oprzytomnieją, albo latem na Santiago Bernabeu będą zmiany. A może wreszcie pojawi się tam Robert Lewandowski?

Dla Atletico derby to kolejny remis-porażka. Z wielkim rywalem, ale jednak. Diego Simeone omal nie dostał zawału serca, gdy w trzeciej minucie Correa był sam na sam z bramkarzem i kopnął niecelnie. Taki cios zadany Realowi na początku, miałby kolosalne znaczenie.

Drużyna Simeone poniosła w tym sezonie zaledwie jedną porażkę z Chelsea w Lidze Mistrzów, ale jej sytuacja jest zła. Na nieskutecznego Antoine’a Griezmanna sypią się gromy. W styczniu, gdy do drużyny dojdą reprezentanci Diego Costa i Vitolo, będzie już ona grała prawdopodobnie w Lidze Europy, bez szans na tytuł w Hiszpanii. A przecież argentyński trener Atletico mówił, że będzie miał wtedy najsilniejszą kadrę w dziejach klubu.

Sobotnie derby Madrytu nie były meczem spektakularnym: ale walki nie zabrakło, trup ścielił się gęsto. Sergio Rams zszedł w przerwie ze złamanym nosem po ciosie Lucasa. Media w Hiszpanii znów piszą o konieczności wprowadzenia VAR czyli wideoarbitra, bo sytuacji kontrowersyjnych było wiele. Real czuje się oszukany, jak zwykle w tym sezonie, gdy traci punkty. - Jesteś taki słaby - powiedział Isco do międzynarodowego arbitra Davida Fernandeza Borbalana.

Kłótnie w Madrycie nie zmieniają faktu, że Karim Benzema zaliczył kolejny słaby mecz i kibice Realu ostatecznie tracą do niego cierpliwość. Zmieniło go cudowne dziecko Marco Asensio, ale to było za mało na twardą defensywę Atletico. Tyle, że prasa hiszpańska uważa, że wystawianie Benzemy kosztem Asensio to niemal sabotaż.

Cristiano Ronaldo wciąż ma w lidze jedną bramkę, „Marca” informuje, że w Realu to kwestia „wagi państwowej”. Niedawno CR7 tak się zdenerwował, że założył się z kolegami, iż będzie jeszcze w tym sezonie królem strzelców Primera Division. Do Leo Messiego z Barcelony, lidera najskuteczniejszych, traci już jednak 11 bramek. Wyśmiewany po transferze za 40 mln defensywny pomocnik Barcy Paulinho (rezerwowy na CN) ma tyle samo goli w lidze, co cała madrycka BBC.

poniedziałek, 13 listopada 2017

Uwięziony w strefie Concacaf nie porzuca mocarstwowych ambicji. Meksyk skrywa być może jedną z najdziwniejszych tajemnic światowej piłki. Dziś gra sparing z Polakami.

Tak samo jak Robert Lewandowski, najbardziej znany meksykański piłkarz Chicharito Hernandez nie zagra w Gdańsku z powodu urazu mięśniowego. Kolumbijczyk Juan Carlos Osorio podobnie do Adama Nawałki da szansę dublerom. Polacy nie wygrali z Meksykanami od mundialu w 1978 roku, gdy bramki zdobyli Zbigniew Boniek (dwie) i Kazimierz Deyna.

- Niektórzy nazwą mnie głupcem, albo szaleńcem, ale my do Rosji pojedziemy po tytuł mistrza świata - powiedział niedawno Andres Guardado. W piątek 31-letni piłkarz Betisu Sewilla zdobył gola z karnego w towarzyskim meczu z Belgią w Barukseli. Meksykanie zremisowali 3:3, choć piąta drużyna rankingu FIFA wystawiła najmocniejszy skład z Romelu Lukaku (Manchester United), Edenem Hazardem (Chelsea) i Kevinem de Bruyne (Manchester City) w ataku. Hazard zdobył gola, Lukaku dwa, Meksykanie odpowiedzieli bramkami Guardado i Hirvinga Lozano (PSV Eindhoven).

Guardado, dziś kapitan Meksyku zagrał w reprezentacji 143. spotkanie, niedawno wyprzedził legendarnego Rafaela Marqueza (141), który dwa razy wygrywał Ligę Mistrzów z Barceloną.

Kariera Guardado jest dość typowa dla jego kraju - gdy wystrzelił jako wielki talent, interesował się nim sam Real Madryt. Skończyło się na transferze za 7 mln euro do Deportivo la Coruna i przez dekadę gry w Europie: w Hiszpanii, Holandii i Niemczech nadzieja meksykańskiej piłki ugrzęzła w przeciętności. Tak samo jak Carlos Vela, bohater zwycięskiego dla Meksyku mundialu do lat 17 w 2005 roku. Albo bracia Giovani i Jonathan dos Santosowie, kiedyś wschodzące gwiazdy Barcelony, dziś dożywający swoich dni w Los Angeles Galaxy w amerykańskiej lidze MLS.

Całemu meksykańskiemu futbolowi można by dać tytuł „Niespełnienie”. Z dwoma wyjątkami. Hugo Sanchez i Rafael Marquez wspięli się na futbolowy szczyt z Realem i Barceloną. Ten drugi był kapitanem Meksyku na czterech mundialach (w Korei i Japonii, Niemczech, RPA, Brazylii). Ostatnio wybuchł skandal, gdy został oskarżony o kontakty z mafią narkotykową.

Fikołki Hugo Sancheza, którymi świętował swoje spektakularne gole dla Królewskich zdobywane często strzałem przewrotką, były synonimem najwyższego kunsztu na przełomie lat 80. tych i 90-tych. W książce „Blaski i cienie futbolu” Urugwajczyk Eduardo Galeano opisał historię jak podczas wojny domowej w Jugosławii nazwisko Sancheza uratowało dwóch meksykańskich dziennikarzy aresztowanych w Sarajewie. Żołnierze mierzyli do nich z karabinów maszynowych, gdy ich dowódca spojrzał w paszporty i wykrzyknął „Hugo Sanchez”. Ale miłość Sancheza i Meksyku nie należała do łatwych, zagrał w kadrze tylko 58 razy zdobywając 29 goli. Kulminacją był meksykański mundial w 1986 roku, gdy reszta kadrowiczów ogłosiła, że gwiazdora Realu w drużynie narodowej nie potrzebuje.

Ostatecznie zagrał, ale zdobył tylko jedną bramkę. Gospodarze dotarli do ćwierćfinału, gdzie zderzyli się z Niemcami. W 65. min Thomas Berthold dostał czerwoną kartkę i przez 35 minut Meksykanie nacierali w przewadze. Ale po bezbramkowym meczu historyczna szansa przedarcia się do strefy medalowej przepadła w serii rzutów karnych. Bo odporność psychiczna to od pokoleń pięta achillesowa Meksykanów.

Wystarczy przywołać mundial w Brazylii sprzed trzech lat, gdy w batalii o ćwierćfinał aż do 88. minuty Meksyk prowadził z Holandią 1:0. Ale zdążył stracić dwie bramki, drugą w czwartej minucie doliczonego czasu, po wyjątkowo wątpliwym karnym. Holendrzy pognali potem po medal, a 125 milionów Meksykanów znów pogrążyło się w zbiorowej depresji. Fatum jakieś? Na szóstym kolejnym turnieju o mistrzostwo świata drużyna narodowa Meksyku odpadała w 1/8 finału.

Jak wyjaśnić taką serię? Przecież biorąc pod uwagę potencjał: liczbę ludności i wielką popularność piłki, Meksyk powinien być co najmniej trzecią siłą Ameryki po Brazylii i Argentynie. Ale wciąż tkwi w izolacji w strefie Concacaf, gdzie jego rywalami są USA, Honduras, Gwatemala, Kostaryka, czy Panama. To prawda, że w 1993 roku Conmebol zaprosił Meksykanów do udziału w Copa America, gdzie z marszu, jeszcze z Hugo Sanchezem dotarli do finału, by ulec Argentynie 1:2. Ale, choć trudno to zrozumieć, mistrzostwa Ameryki wciąż są dla działaczy meksykańskich imprezą drugiej kategorii, czasem wysyłali na nie drugą reprezentację, lub młodzież, by pierwsza drużyna rywalizowała o Złoty Puchar Concacaf - imprezę prestiżową wyłącznie w Ameryce Środkowej.

Liga meksykańska jest bogata, piłkarze niechętnie z niej wyjeżdżają, nawet do Europy. A najsilniejsze meksykańskie kluby nie rywalizują w Copa Libertadores, bo grają w czymś tak egzotycznym jak Concachampions, czyli Lidze Mistrzów strefy Concacaf.

Izolacja tłumaczy wszystko? A może trzeba sięgnąć do korzeni cywilizacji. W ruinach Teotihuacan pod miastem Meksyk, Chichen Itza na Jukatanie czy Palenque w Chiapas zobaczyć można resztki boisk do gry w pelotę (czyli piłkę). To była gra rytualna, po której czasem składano ofiary z graczy. Starożytni Meksykanie (Majowie, Aztekowie i inni) byli katastrofistami, wierzyli, że świat zmierza ku nieuchronnej zagładzie. I tak katastrofa futbolowa spotyka Meksykanów do dziś, raz na cztery lata, gdy drużyna narodowa jedzie po tytuł mistrza świata, a wraca po pierwszym meczu fazy pucharowej.

piątek, 10 listopada 2017

Edinson Cavani zdobył dla Urugwaju aż 39 bramek z czego ani jednej w Copa America i tylko dwie w przegranych meczach na mundialu.

To było niemal dokładnie pięć lat temu. 14 listopada 2012 roku w towarzyskim meczu w Gdańsku Cavani i Luis Suarez zrobili trzykrotnie miazgę z polskiej defensywy. Każdy zdobył po golu, pierwszego wbił Kamil Glik, który skiksował po tym jak dał się wyprzedzić Cavaniemu pędzącemu do centry Suareza z lewego skrzydła. Zbigniew Boniek debiutował wtedy w roli prezesa PZPN, a piłkarska reprezentacja Polski była na zawstydzającym 54. miejscu światowego rankingu.

W piątek Suarez nękał Glika już nie będzie. Kryzys formy sprawił, że napastnik Barcelony, który w tym sezonie zdobył zaledwie trzy bramki, do Warszawy nie przyjechał. Duet z Salto od dekady straszący obrońców na całym świecie został rozbity. Na Stadionie Narodowym zagrożeniem dla Polaków będzie Cavani - w życiowej formie.

Dla 30-letniego Edinsona gra w reprezentacji Urugwaju jest spełnieniem marzeń. Ale też nieustającą próbą wyjścia z cienia. Najpierw Diego Forlana, największej gwiazdy mundialu w RPA, który poprowadził zespół do strefy medalowej. Potem Luisa Suareza, napastnika zaledwie o trzy tygodnie starszego, urodzonego w tym samym miejscu, w Salto porcie na rzece Urugwaj przy granicy z Argentyną. Suarez debiutował w kadrze dokładnie rok i dzień wcześniej od Cavaniego. Przeciw Kolumbii. Także Kolumbijczycy byli rywalem Urugwaju w debiucie Edinsona. W swoim pierwszym meczu w kadrze Suarez zdobył bramkę i wyleciał z boiska. Cavaniemu udało się zatrzymać na golu. 6 lutego 2008 roku na Estadio Centenario Urusi przegrywali z Kolumbią 0:2, gdy w 74. minucie Edinson wszedł za Forlana. I po trzech minutach zdobył bramkę, a niedługo potem wyrównał Suarez.

Od tej pory byli nierozłączni. Ich nazwiska figurują na czele listy najlepszych strzelców w dziejach reprezentacji Urugwaju. Luis zagrał w niej 95 razy, Edinson nawet o jeden mecz więcej. Ale to napastnik Barcelony częściej trafiał do siatki (49 bramek). Gdzie im jednak do osiągnięć legendarnych graczy Urusów - dwukrotnych mistrzów świata (1930 i 1950) i dwukrotnych mistrzów olimpijskich (1924 i 1928).

Na mundialu w RPA Suarez i Cavani przegrali 2:3 mecz o trzecie miejsce z Niemcami. Gole zdobyli wtedy Edinson i Forlan. Drugą swoją bramkę w mistrzostwach świata Cavani strzelił także w przegranym spotkaniu, na inaugurację w Brazylii Urugwaj uległ Kostaryce 1:3. Jedynym tytułem jaki dwie wielkie strzelby zdobyły dla kraju to triumf w Copa America 2011 roku w Argentynie. Cavani nie zdobył wtedy bramki, nie strzelił jej także w kolejnych dwóch edycjach imprezy. Większość ze swoich 39 goli dla reprezentacji wbił w eliminacjach i meczach towarzyskich.

Szczególnie dramatyczna była dla niego Copa America w Chile dwa lata temu, gdzie w ćwierćfinale obrońca gospodarzy Gonzalo Jara sprowokował Cavaniego wsadzając mu palce między pośladki. Cały mecz chodził za Urugwajczykiem powtarzając mu, że jego ojciec już nigdy nie wyjdzie z więzienia. Edinson był wstrząśnięty po tym jak Luis „Gringo” Cavani, były piłkarz jadąc pod wpływem alkoholu zabił motocyklistę. Napastnik Urusów uderzył Jarę i wyleciał z boiska, a grający w dziesiątkę goście stracili bramkę i odpadli.

Pierwszy trener Edinsona wspomina, że chłopiec był psotny. Często bił się z kolegami na treningach, a potem błagał, by nie dowiedział się o tym ojciec. Fascynowały go ptaki, polował na nie, ale gdy zobaczył gołębie w parku potrafił przyglądać się im godzinami. Mając 15 lat wyjechał z Salto do Danubio, gdzie 11 lat temu zadebiutował w pierwszej drużynie. Tam jeden z kolegów namówił go, by wstąpił do międzynarodowego zrzeszenia „Sportowcy dla Chrystusa”. Kościół pomógł mu przetrwać burzliwy wiek dojrzewania. Kiedyś Papież Franciszek zaprosił Edinsona do Watykanu, ale trener Urusów Oscar Tabarez nie pozwolił piłkarzowi opuścić zgrupowania.

Z Danubio trafił do Palermo (tam nadano mu przydomek „El Matador”), a potem Napoli, gdzie za ponad 100 goli był tak kochany, że pisano dla niego piosenki, nazwano pizzę jego nazwiskiem i wyprodukowano ciastka jego marki. Latem 2013 roku za 64 mln euro przeszedł do PSG, gdzie był najdroższym graczem w historii Ligue 1 do czasu letnich transferów Neymara i Mbappe. We trzech mają zdobyć dla Paryża Ligę Mistrzów, zaczęli od masy goli, ale też wewnętrznych konfliktów. Kłótnia z Brazylijczykiem o rzut karny w ligowym meczu z Lyonem była głośna w całej Europie. Co zwycięży? Rozsądek, czy wielkie ego każdego z nich?

czwartek, 09 listopada 2017

Zagrał w kadrze więcej razy niż Jan Tomaszewski i jakikolwiek inny polski bramkarz. Żegnając się meczem z Urugwajem może mieć jednak poczucie niespełnienia.

Był pogodny, letni dzień, ale nastroje w ekipie mroczne. Tracąc gola w 91. minucie meczu z gospodarzami Polska żegnała niemiecki mundial. Spotkaliśmy się we czterech w jakiejś skromnej knajpce nieopodal ośrodka kadry Pawła Janasa. To wtedy sfrustrowany Artur Boruc wypowiedział głośne zdanie: - Mundial jest raz na cztery lata, a my go spieprzyliśmy.

Te słowa trafiły na okładkę dodatku mundialowego „Gazety Wyborczej” jako najbardziej celne podsumowanie mistrzostw.

Nie. Mundial nie jest raz na cztery lata. Jest czasem raz w życiu. Tak było w życiu Boruca, który zawalił potem kwalifikacje do mistrzostw w RPA. Kiksy w meczach ze Słowacją i Irlandią Płn, całkowicie rozbiły zespół Leo Beenhakkera. I ani Boruc, ani żaden inny polski piłkarz na mundialu nie zagrał do tej pory.

Do Rosji nie pojedzie. 1 marca 2017 roku w wieku 37 lat ogłosił, że w kadrze już nie wystąpi. Miał dość pozycji rezerwowego za plecami Wojciech Szczęsnego i Łukasza Fabiańskiego. Gdyby na rosyjskie mistrzostwa się wybrał, byłby to wyjazd turystyczny.

Borucowi pozostanie więc wspomnienie z 2006 roku, gdy jako jedyny piłkarz kadry Janasa mógł wracać do kraju z podniesioną głową. Tego pięknego dnia, gdy rozmawialiśmy po porażce z Niemcami, przekonywał, że bronił tylko te strzały, które Lukas Podolski, Miroslav Klose i Michael Ballack oddali prosto w niego. Nie chciał przyjąć roli bohatera przegranej sprawy. Ale taką rolę wyznaczył mu los i w Niemczech i dwa lata później na Euro 2008 w Austrii i Szwajcarii. Wszyscy mówiliśmy, że był jedynym, który nie zawiódł. Zdaniem Zbigniewa Bońka pokazał wręcz klasę światową. Tyle, że grał w zespole, który nie dorastał do tego poziomu.

Jeszcze raz wspomnę nasze spotkanie po meczu z Niemcami. Gdy siedzieliśmy i rozmawialiśmy z Borucem i Michałem Żewłakowem do stolika podeszła grupa urodziwych kobiet z twarzami wymalowanymi na biało-czerwono. Poprosiły o autograf bramkarza. Dla nich Boruc był bohaterem.

Jego problem polegał jednak na tym, że nadmiar pewności i powodzenia mocno uderzał mu do głowy. Już z pierwszego zgrupowania kadry po Euro 2008 wyleciał za alkohol. Beenhakker przywrócił go do drużyny na eliminacje MŚ w RPA i to właśnie tam - w 28 marca 2009 roku na Windsor Park w Belfaście Boruc z Żewłakowem wyreżyserowali najbardziej kuriozalnego gola jakiego reprezentacja Polski straciła w całej swojej historii.

Boruc wyleciał z kadry nie raz. Za alkohol usunął go także Franciszek Smuda przed Euro 2012 w Polsce i na Ukrainie. Posłał do bramki młodego Szczęsnego i kipiał z wściekłości, gdy Wojtek powtarzał w wywiadach, że najlepszym polskim bramkarzem jest Boruc.

Bo potencjał Boruca był właściwie nieodgadniony. Opowiadał o tym Tomasz Frankowski, który zdobył w ekstraklasie 167 goli i był cztery razy królem strzelców. „Franek, łowca bramek” przyznawał się do kompleksu Boruca, tłumaczył, że bramkarz ma taki spokój, poparty tak niezwykłym refleksem, że w pojedynku z nim napastnik się kurczy, gubiąc większość swoich atutów. Niektórzy twierdzili, że Boruc nie traktuje futbolu poważnie, stąd taki luz nawet w najbardziej dramatycznych momentach meczu.

Jest kontrowersyjny. Nawet jako bramkarz Celticu, jeździł na mecze Legii z jej fanatycznymi kibicami, urządzając na trybunach tak zwany „młyn”. Prowokował fanów protestanckiego Rangers, wykonując przed ich trybuną znak krzyża. Na brzuchu wytatuował sobie małpę z napisem „Rangers” na jej tyłku. Został nawet ukarany przez szkocką federację za pokazanie kibicom rywali środkowego palca. Celtic karał go za złamanie zakazu picia alkoholu podczas zgrupowania.

W 2007 roku „La Gazzetta dello Sport” uznała go za trzeciego bramkarza świata. Zasłynął interwencjami w meczach z Milanem i Manchesterem United w Lidze Mistrzów. Ale do wielkiego klubu nie trafił, wylądował w Fiorentinie, gdzie w dodatku długo walczył o pozycję numeru 1. Tak samo było w Anglii - w Southampton i Bournemouth. Na pewno nie pomagała mu niska pozycja polskiej piłki i słaba renoma naszych graczy, gdy był u szczytu możliwości.

Pożegnalny mecz z Urugwajem będzie jego 65. występem w kadrze. Legendarny Jan Tomaszewski zagrał w niej 63 razy. Gdyby jednak zestawić Boruca z najlepszymi na świecie: 40-letni Gianluigi Buffon wystąpił w reprezentacji Włoch 173 razy, 36-letni Iker Casillas w Hiszpanii 167 razy. Obaj mieli w sobie mniej szaleństwa poza boiskiem i zdecydowanie więcej rozsądku. Boruc bywał jak bomba zegarowa. Może dlatego klub z najwyższej półki nie był mu pisany? Może giganci unikali gracza tak nieobliczalnego? Jeśli więc zostanie legendą to w Polsce i Szkocji.

Tagi: Boruc
10:44, wod
Link Komentarze (1) »
piątek, 03 listopada 2017

W ostatnich dwóch dekadach wygrali Ligę Mistrzów dziesięć razy, w poprzednich czterech latach byli jej hegemonem. A może obecny sezon zwiastuje kres dominacji Primera Division?

Uniesiona dłoń i cztery palce Roberta Lewandowskiego przeszły do historii Pucharu Europy. 24 kwietnia 2013 roku Polak wbił cztery gole Realowi Madryt zagradzając mu drogę do finału na Wembley. Niestety dla kapitana reprezentacji były to tylko miłe złego początki. W każdym kolejnym sezonie jako napastnik Borussii Dortmund, a potem Bayernu Monachium mierzył się z rywalami z Hiszpanii. I choć zdobywał następne bramki, Real, Barcelona i Atletico stały się dla niego murem nie do zwalenia.

Lewandowski nie jest tu zresztą żadnym wyjątkiem. Niemiecki finał z 2013 roku poprzedzał erę czterech kolejnych triumfów hiszpańskich. Cały kontynent boleśnie poczuł siłę Primera Division. Do tradycyjnej pary gigantów La Liga Realu i Barcy dołączył zespół Diego Simeone. Od ponad 50 miesięcy do finału Champions League Hiszpanie wpuścili wyłącznie Juventus Turyn, po to tylko by Barcelona w Berlinie i Real w Cardiff spuściły mu tęgie lanie.

Dominację klubów La Liga w rywalizacji międzynarodowej podkreślają wyniki Ligi Europy, gdzie w poprzednich 14 latach Atletico, Sevilla i Valencia zwyciężały aż 8 razy.

Dlatego to co się dzieje w tym roku „uciśniona” Europa przyjmuje z ulgą. Hiszpańscy giganci, choć wciąż należą do faworytów Champions League, nie wyglądają już na nietykalnych. Brylują budowane za petrodolary Paris Saint Germain i Manchester City, komplet 12 pkt po czterech kolejkach fazy grupowej zdobył odradzający się pod ręką Jose Mourinho Manchester United.

Tymczasem Hiszpania się męczy. Atletico stanęło na granicy nieszczęścia. I to w sezonie, przed którym Simeone ogłosił, że klub dysponuje najmocniejszą kadrą w swojej historii. W styczniu, gdy wygaśnie zakaz transferów nałożony przez FIFA, do zespołu dołączą dwaj reprezentanci Hiszpanii: Vitolo i Diego Costa. Ale wtedy drużyna będzie już rywalizować prawdopodobnie w Lidze Europy. Dwa remisy z Azerami z Karabach Agdam to dla Atletico wręcz kompromitacja. Roma i Chelsea są już praktycznie poza zasięgiem. I tak klub, który dotarł do finałów w 2014 i 2016 roku, a od czterech lat w Lidze Mistrzów znalazł tylko jednego pogromcę (Real Madryt), teraz pożegna rozgrywki w fazie grupowej.

Największe poruszenie wywołuje jednak kryzys Królewskich. Pierwsza drużyna, która w erze Ligi Mistrzów obroniła trofeum, popadła w nagłą i niespodziewaną stagnację. Środowa klęska na Wembley z Tottenhamem 1:3 niczego co prawda nie przesądza, Real prawdopodobnie awansuje do 1/8 finału z drugiego miejsca w grupie. Ale w stolicy Hiszpanii szok jest ogromny. „Real sięga dna” - napisał dziennik „Marca”. A jeden z felietonistów „El Pais” mówi o destrukcji zespołu. Cristiano Ronaldo otwarcie skrytykował politykę klubu w letnim oknie transferowym tłumacząc, że Pepe, James i Morata, których prezes Florentino Perez się pozbył, czynili drużynę znacznie silniejszą.

W fazie grupowej Ligi Mistrzów Real nie przegrał od 5 lat. Z rywalem z Anglii od 2009 roku. Obie serie przerwał na Wembley Tottenham, który zaledwie cztery dni wcześniej przegrał ligowy mecz z Manchesterem United.

W ten scenariusz wpisuje się klęska Sevilli 1:5 ze Spartakiem w Moskwie dwa tygodnie temu, a także bezbramkowy remis Barcelony w Pireusie z Olympiakosem we wtorek. Oba hiszpańskie kluby zdołają pewnie wyjść z grupy, Katalończycy swoją prawdopodobnie wygrają. Barcelona wygląda najbardziej solidnie w całej Primera Division. W lidze ma aż 8 pkt przewagi nad Realem. Mimo wszystko też nie jest maszyną do wygrywania jaką była w czasach Pepa Guardioli i pierwszym sezonie Luisa Enrique. Latem straciła Neymara, 30-letni napastnik Luis Suarez jest cieniem siebie. Cały ciężar dźwiga na barkach Leo Messi, który oprócz kreowania gry w 14 meczach w lidze i Lidze Mistrzów zdobył 15 bramek.

wtorek, 31 października 2017

Największe marzenie Atletico Madryt znów się pewnie nie spełni. Kolejny remis z Karabach Agdam stawia zespół Diego Simeone w sytuacji bez wyjścia.

Ich styl gry podzielił Europę. Dla jednych są boiskowymi zabijakami bez cienia uroku. Atletico gra futbol defensywny, brzydki, jest zespołem dla koneserów, ale sercem do walki mogliby obdzielić pół kontynentu. Magnetyzm klubu zbudowały trzy porażki w finale Pucharu Europy. W 1974 roku po powtórzonym meczu z Bayernem, trzy dekady później po dogrywce z Realem i stracie gola w 93. minucie. Dwa lata temu od tytułu najlepszej drużyny Europy Atletico oddzieliły rzuty karne. Znów w meczu z Królewskimi, którzy wyrzucili ich z rozgrywek także w półfinale ostatniej edycji. Półtora roku temu po porażce w finale na San Siro Simeone chciał powiedzieć „pas”. Ale przekonano go, że bez niego Atletico będzie miało mniejszą szansę na spełnienie swojego największego marzenia.

Został. Z roku na rok starał się przebudowywać zespół na bardziej ofensywny. Stawiał na graczy kreatywnych, takich jak Antoine Griezmann, czy Yannick Carrasco. Argentyński trener rozumiał, że trzeba zwiększać siłę ofensywną zespołu, tyle, że nie naruszając fundamentu - genialnej gry w destrukcji.

W tym sezonie Atletico nie mogło się wzmocnić. Latem miało jeszcze zakaz transferów. Dlatego reprezentanci Hiszpanii: skrzydłowy Vitolo i środkowy napastnik Diego Costa dołączą do składu zimą. - Wtedy Atletico będzie miało najmocniejszą kadrę w historii - ocenił Simeone. Dodając do tego nowy, wspaniały stadion Wanda Metropolitano, który może pomieścić prawie 70 tys ludzi.

I właśnie teraz klub z Madrytu spotyka takie nieszczęście. Klub, który z Ligi Mistrzów wyrzucał ostatnio Barcelonę i Bayern Monachium, przepadnie w fazie grupowej. Roma i Chelsea są już niemal poza zasięgiem. Remis w Rzymie był dobrym startem dla Atletico, porażkę na nowym stadionie z „The Blues” można było przeboleć, ale strata punktów z Azerami debiutującymi w Lidze Mistrzów to katastrofa. A tak stało się dwa tygodnie temu. Dziś po pierwszej połowie Atletico przegrywało. Dopiero w drugiej części gry udało się przełamać Azerów, w których składzie grał Jakub Rzeźniczak. Przez pół godziny goście bronili się w dziesięciu.

Porażka Chelsea w Rzymie sprawia, że Atletico jest w sytuacji bardzo trudnej. Musi ograć Romę, a potem jeszcze zdobyć Stamford Bridge i liczyć na Karabach. Zadanie ekstremalne.

Porażka z Gironą to pierwszy moment, gdy słowo „kryzys” powszechnie pada nawet w mediach madryckich. W środę na Wembley najlepszy zespół Europy ma stawić czoła Tottenhamowi w Lidze Mistrzów.

Ani słowa o polityce? A jednak. Zawieszony przez premiera Hiszpanii Mariano Rajoya szef rządu Katalonii Carles Puigdemont ogłosił, że to, czego dokonali piłkarze walczącej o utrzymanie Girony jest lekcją dla całej Katalonii. To co dziś nie mieści się w głowie, jutro staje się faktem? Aluzja do sytuacji w regionie jest oczywista, nikt oprócz polityków nie chciał się jednak bawić w tego typu dywagacje.

Niedzielny mecz to nie było starcie Katalonii z Hiszpanią przeniesione na boisko, ale rywalizacja najbardziej utytułowanego klubu świata ze skromnym beniaminkiem Primera Division. Zinedine Zidane rzucił do boju najcięższe działa - nie zagrali tylko kontuzjowani Dani Carvajal i Gareth Bale. Niemal ten sam skład Realu, który w czerwcu w Cardiff pobił Juventus w finale Ligi Mistrzów aż 4:1, nie poradził sobie z marzącą o utrzymaniu drużyną ze stutysięcznego miasta w Katalonii.

Dziennik „Marca” pisze o kryzysie Królewskich podając 11 symbolicznych przyczyn. „Z wielkiej drużyny został już tylko Isco” - ocenił „As”, cytując Zidane’a, który uważa, że jego piłkarzom nie można odmówić braku ambicji. - Sytuacja wygląda źle, martwi mnie wszystko w naszej grze - przyznał brazylijski pomocnik Casemiro. Wystarczy spojrzeć na statystyki Cristiano Ronaldo, by złapać się za głowę. Jeden gol w lidze hiszpańskiej! Portugalczyka nie usprawiedliwia nawet fakt, że przez dyskwalifikację pauzował cztery mecze.

Tydzień temu w plebiscycie FIFA The Best CR7 został wybrany na piłkarza roku, a w jedenastce znalazło się aż pięciu graczy Realu (Ramos, Marcelo, Kroos, Modric, Ronaldo). Wszyscy zagrali w niedzielę z Gironą, ale jak piszą hiszpańskie media, duchem wciąż byli na gali w Londynie.

„Marca” dała tytuł: „Real opuszcza ligę hiszpańską”, w którym łatwo znaleźć podteksty. Wszyscy dywagowali ostatnio, że jeśli Katalonia zdoła odłączyć się od Hiszpanii, to Barcelona może zniknąć z Primera Division. Tymczasem opuścił ją Real, w sensie mentalnym.

A przecież sezon zaczął się tak pięknie. Po królewsku. Tuż po wakacjach Real pokonał Manchester United w Superpucharze Europy, po czym rozbił w dwumeczu Barcelonę w Superpucharze Hiszpanii. Załamany stoper Barcy Gerard Pique przyznał wtedy, że odkąd wrócił do katalońskiego klubu (lato 2008 roku) pierwszy raz czuje, że Real jest mocniejszy.

I to zapewne jeden z powodów obecnych kłopotów zespołu Zidane’a. Po obronie tytułu w Lidze Mistrzów, odzyskaniu mistrzostwa Hiszpanii, Królewscy poczuli, że sportowa wojna z Barceloną została wygrana. Z kolei piłkarze z Camp Nou na czele z Leo Messim dostali po nosie już na starcie, co ich tak zmobilizowało, że w 13 spotkaniach w lidze i Lidze Mistrzów zanotowali 12 zwycięstw i remis. Są zdecydowanym liderem Primera Division z czterema punktami przewagi nad Valencią i ośmioma nad Realem. Madryckie media spekulują, że przed początkiem listopada sprawa tytułu mistrza Hiszpanii jest bliska rozstrzygnięcia.

Brzmi kuriozalnie? Na pewno. Gdy jednak Barca utrzymała dotychczasowe tempo (28 pkt w lidze na 30 możliwych), Real nie miałby już szans jej dogonić. Choć oba klasyki jeszcze przed nami.

- Ten mecz zapisze się w historii naszego klubu, pokonaliśmy najlepszy zespół Europy, co nie znaczy, że w 90 minut staliśmy się kimś lepszym - tłumaczył trener Girony Pablo Machin. I dodaje, że wciąż myśli tylko o utrzymaniu.

To samo dotyczy Królewskich. W 90 minut na Estadi Montilivi nie zdegradowali się do roli przeciętniaka. Drzemie w nich ogromny potencjał. - Nie składajcie Realu do grobu, bo on z kryzysu zawsze wychodzi silniejszy - Isco przypomina wytarty frazes dotyczący klubu z Santiago Bernabeu.

Już w środę na Wembley okazja do rehabilitacji. Real mierzy się z Tottenhamem o pierwsze miejsce w grupie H Ligi Mistrzów. Nie wiadomo, czy angielski napastnik Harry Kane będzie gotowy do gry, w sobotę opuścił hitowy mecz w lidze angielskiej z Manchesterem United przegrany przez „Spurs” na Old Trafford 0:1.

niedziela, 29 października 2017

Spekulowano nawet o odwołaniu meczu, ale wizyta Realu Madryt w katalońskiej Gironie w czasie apogeum zawieruchy politycznej, zakończyła się szczęśliwie. Szczególnie dla gospodarzy – sensacyjnych zwycięzców.

Zinedine Zidane nie dał się wciągnąć w dyskusję pod żadnym pozorem. Już jakiś czas temu trener Realu ogłosił, że choć ma swój pogląd o konflikcie Katalonii z Hiszpanią, nie będzie go głosił publicznie. – Stadion to nie miejsce, żeby mówić o polityce – powiedział. Rzecz jasna dziennikarze nie zostawili go w spokoju.

O ile na trybunach Camp Nou w Barcelonie katalońscy kibice od lat manifestują poglądy niepodległościowe, o tyle oddalona o 100 km Girona uważana jest wręcz za centrum katalońskiego separatyzmu. W tym rejonie urodził się i działa szef katalońskiego rządu Carles Puigdemont, zawieszony w piątek przez rząd Hiszpanii zaraz po tym jak kataloński parlament ogłosił niepodległość. Puigdemont przybył zresztą do Girony w sobotę tego samego dnia, gdy pojawili się tam gracze Realu Madryt. Królewski klub jest symbolem Hiszpanii, jednym z jego kibiców jest premier rządu Mariano Rajoy. Ten sam, który zawiesił Puigdemonta i autonomię regionu.

Mecz 10. kolejki ligi hiszpańskiej między Realem i Gironą FC stał jakiś czas pod znakiem zapytania. Spekulowano, że w obawie przed reakcjami mieszkańców miasta, policja zawnioskuje o odwołanie spotkania.

Zaprotestowały obie strony. Szefowie Realu powiedzieli, że wybierają się na stadion Montilivi, a ochrona ekipy będzie taka jak zwykle, czyli licząca czterech ludzi. Dopiero na miejscu, w hotelu Bellavista w Gironie wynajęto dodatkową ochronę. Ekipę z Madrytu pilotowała policja katalońska, a czekający na nią około stu miejscowych kibiców skandowało nawet hasła o tym, że Katalonia też lubi Real.

Trener Girony 42-letni Pablo Machin urodził się w Sorii, w regionie Kastylii i Leon, ale ożenił z Katalonką. W marcu 2014 roku podpisał kontrakt z Gironą, by ratować ją przed spadkiem do III ligi. W poprzednim sezonie wprowadził skromny klub na salony Primera Division. Stał się w mieście osobą popularną, choć jak mówił, większość mieszkańców stutysięcznego miasta kibicuje bardziej Realowi czy Barcelonie, niż miejscowemu klubowi. – Najłatwiej trzymać kciuki za Barcę i Królewskich, najtrudniej za taki mały klubik jak Girona – przekonywał ich.

I w jakimś stopniu przekonał. Na mecz z Realem przyszedł komplet 13,5 tys widzów. Machin gwarantował za nich przed spotkaniem. – To ludzie grzeczni, odnoszący się do rywali z szacunkiem – przekonywał. Burmistrz Girony Marta Madrenas żałowała, że spotkanie odbywa się w takiej sytuacji, gdy opinia publiczna jest skupiona na polityce i nie ma okazji docenić to, czego dokonał klub.

Machin uważa, że Real ma drużynę znacznie bardziej wszechstronną niż Barcelona. – Barca zależy od Messiego, u Królewskich jest wielu graczy, którzy mogą zrobić ci krzywdę i zdobyć bramkę – tłumaczy. Dlatego Cristiano Ronaldo nie dostał specjalnego opiekuna. Czy słusznie? W 12. min oddał potężny strzał na bramkę, a dobitka Isco dała Realowi pierwszą bramkę. Potem jednak na Montilivi działy się cuda. W 240 sekund drugiej połowy, między minutą 54. i 58. Stuani i Portu zdobyli bramki dla beniaminka z Girony. I słowa trenera gospodarzy, że choć Real ma 99 proc szans na zwycięstwo, to jego drużyna uczepi się swojego jednego procenta, stały się prorocze. Obrońcy trofeum przegrali i do liderującej Barcelony tracą już 8 pkt.

Sukces Barcelony polega na tym, że i ona dystansuje się od polityki. Po ogłoszeniu niepodległości Katalonii władze klubu powstrzymały się od wydania oficjalnych komunikatów. Drużyna Ernesto Valverde całkowicie skupiona jest na piłce. W 10 meczach zdobyła 28 pkt, zaliczając najlepszy start w historii La Liga. Dziewięć zwycięstw i remis na otwarcie sezonu Barca zanotowała w sezonach 2012-2013 i 2013-2014, ale miała gorszy bilans bramkowy. Ten sam wynik (dziewięć zwycięstw i remis) osiągnął Real Madryt w sezonach 1968-69 i 1991-92, ale również z gorszą różnicą goli. Podczas gdy politycy, eksperci i kibice spekulują, gdzie zagrałaby Barca, gdyby Katalonia odłączyła się od Hiszpanii, drużyna z Leo Messim udowadnia jak dobrze czuje się w lidze hiszpańskiej. W sobotę wygrała 2:0 bardzo trudny mecz z Baskami z Athletic w ich twierdzy na San Mames w Bilbao. 

środa, 25 października 2017

Zesłany na ławkę w FC Porto, szuka nowego klubu. A przecież 36-letni legendarny bramkarz Iker Casillas marzył, by kończyć karierę jak jego o trzy i pół roku starszy przyjaciel i rywal Gianluigi Buffon.

- Być tutaj w wieku 40 lat, to dla mnie wielki honor - mówił Buffon na gali FIFA The Best, gdzie wybrano go na najlepszego bramkarza świata 2017 roku. Włoch, który karierę skończy następnego lata, ma przed sobą jeszcze dwa wielkie wyzwania. Chciałby bronić bramki Italii na mundialu w Rosji, choć najpierw musi „przeciągnąć” ją przez listopadowy baraż ze Szwecją. Obiecał, że to zrobi, choćby w pojedynkę.

Druga misja jest nie mniej ambitna. W styczniu Buffon skończy 40 lat i choć w Juventusie gra już 17. sezon nigdy nie zdobył z nim tytułu najlepszej drużyny Europy. Aż trzykrotnie zaznał smaku porażki w finałach Ligi Mistrzów: z Milanem (2003 rok), Barceloną (2017) i Realem Madryt w czerwcu w Cardiff. Jeśli teraz się nie uda, to już nigdy, od przyszłego sezonu Buffon zostawia Juve w rękach Wojciecha Szczęsnego, którego teraz krok po kroku wprowadza między słupki.

Buffon zejdzie ze szczytu jako jeden z największych bramkarzy w historii. A może w ogóle ten największy. Kilka lat temu w szranki z nim stawał Casillas, kapitan mistrzów świata z 2010 roku. Jeden z symboli złotego pokolenia hiszpańskiej piłki. Jego pocałunek z dziennikarką i partnerką Sarą Carbonero jest do dziś wizytówką mundialu w RPA.

Jeszcze dwa lata później Casillas był górą. Obaj stanęli naprzeciwko siebie w finale mistrzostw Europy w Kijowie. Hiszpanie rozbili Włochów w proch i pył, Buffon sięgał do siatki czterokrotnie. W doliczonym czasie gry, Casillas prosił sędziego, by zagwizdał ostatni raz, skracając męki upokorzonej Italii. Za swoje osiągnięcia i postawę dostał nagrodę Księcia Asturii.

Wydawało się wtedy, że Iker na zawsze zajął miejsce starszego Włocha. Nie mógł nawet przypuszczać jak szybko zostanie usunięty ze szczytu. Kilka miesięcy po obronie tytułu mistrza Europy wylądował na ławce w Realu Madryt. Trener Jose Mourinho oskarżył go o zdradę, wynoszenie tajemnic z szatni do mediów. Portugalskiemu trenerowi udało się przekonać do swojej wersji część kibiców, którzy gwizdali, gdy Iker wchodził między słupki.

Przesilenie nastąpiło po wygranym finale Ligi Mistrzów 2014 roku w Lizbonie, gdy Casillas popełnił błąd, po którym Real stracił gola w starciu z Atletico. Losy finału odwróciła bramka Sergio Ramos w 93. minucie, toteż uratowany bramkarz wyściskał go z wdzięczności po meczu. Wydawało się, że Ramos dawał Casillasowi nowe życie. Tylko na 12 miesięcy. Na Santiago Bernabeu zapanowało przekonanie, że wychowanek klubu przestał dorastać do jego klasy i ambicji.

Iker żegnał Madryt w samotności, nie mogąc powstrzymać łez. Poruszające zdjęcia obiegły świat. Odchodził do FC Porto, by ratować karierę u boku hiszpańskiego trenera Julena Lopotegui. Tego samego, który po Euro 2016 został selekcjonerem „La Roja”. I obiecał Ikerowi, że nie będzie zaglądał mu w metrykę.

Transfer Casillasa do Porto załatwiał superagent Jorge Mendes, którego klientami są Mourinho i Cristiano Ronaldo. W Portugalii Casillas miał się odbudować, przeszkodą była najwyższa pensja w zespole. Część z niej płacił przez jakiś czas Real, ale bramkarz musiał udowodnić, że zasługuje na wyjątkowe zarobki. Szybko mu się udało, został jednym z ulubieńców kibiców z Estadio do Dragao. Ostatniego lata chciał zmienić ligę na mocniejszą niż portugalska, by powalczyć o powrót do reprezentacji. Ale się nie udało. We wrześniu pobił rekord Porto - nie puszczając gola przez 530 minut poprawił wynik bramkarza Ze Beto z 1983 roku. Takiej skuteczności nie miał nawet w Realu Madryt.

W sezonie 2015-2016 Casillas obronił 68 proc strzałów w lidze portugalskiej, rok później już 78 proc, a w tym sezonie aż 81. I nagle wylądował na ławce. Najpierw w Pucharze Portugalii, potem w Lidze Mistrzów, wreszcie w meczu ligowym. Po porażce z RB w Lipsku w Champions League, trener Porto Sergio Conceicao powiedział: - Iker nie jest kontuzjowany, pozostawienie go na ławce to moja decyzja.

Bronił Jose Sa, 24-letni bramkarz kupiony tego lata do Porto, gdy wydawało się, że Casillas opuści klub. I nie zaszkodziło mu to, że w Lipsku zawalił przy starcie pierwszego gola.

Prezes Pinto da Costa ma kłopoty, w czerwcu UEFA ukarała klub za złamanie zasad finansowego fair play. Deficyt na 2018 rok ustalono na poziomie 25 mln euro. Do rozgrywek Ligi Mistrzów Porto mogło zgłosić tylko 22, a nie 25 graczy. To normalne, że szuka się oszczędności. Nikt otwarcie nie powiedział, że ma to związek z zesłaniem na ławkę legendarnego hiszpańskiego bramkarza. Casillas po raz kolejny zmienia się jednak z futbolowego bohatera w postać tragiczną.

wtorek, 24 października 2017

Po kłótni z Cavanim przyszedł czas na konflikt z trenerem i czerwoną kartkę w hicie ligi francuskiej z Olympique Marsylia. Neymar wykluczył się z gry, gdy PSG najbardziej go potrzebował.

Takiego show w lidze francuskiej Edinson Cavani chyba jeszcze nie dał. Choć ubiegły sezon zakończył z 35 golami, w tym wbił już dziewięć, a w piątym roku pracy w PSG zbliża się do setki ligowych bramek. Niedzielne starcie w Marsylii było hitem nie tylko w zapowiedziach. Emocje, napięcie, zaciętość kilkakrotnie przewyższyły wszystkie normy w Ligue 1, gdzie budowany za katarskie miliony klub z Paryża jest nietykalny dla większości przeciwników.

Marsylia spektakularnie się postawiła. Prowadziła po golu Luiza Gustavo, ale wyrównującą bramkę zdobył Neymar. Gol Floriana Thauvina w 78. min zupełnie zbił z tropu Paryżan. Szczególnie Neymara, który w dwie minuty dał się sprowokować do niesportowych zachowań. Dostał dwie żółte kartki i wyleciał z boiska. Idąc do szatni miał minę chłopca, który z poczuciem wyższości opuszcza podwórko, po stwierdzeniu, że koledzy nie bawią się według wyznawanych przez niego zasad.

Gwiazdor, na którego PSG wydało latem 222 mln euro, zostawił drużynę desperacko walczącą o punkt. W 93. minucie pod polem karnym Marsylii sfaulowany został Cavani. Sam wykonał rzut wolny tak perfekcyjnie, że piłka odbiła się od poprzeczki i wpadła do siatki. W dzikiej radości Urugwajczyka obserwatorzy odnaleźli drugie dno. Nie było to zresztą specjalnie trudne.

Cavani był największą gwiazdą ataku PSG do chwili, gdy tego lata na Parc des Princes pojawił się Neymar. Urugwajczyk wykonywał rzuty karne i wolne. Kilka tygodni temu, w meczu z Olympique Lyon piłkarze pokłócili się o to kto ma strzelać z wolnego i z jedenastu metrów. Konflikt mocno wstrząsnął gwiazdorską szatnią.

Od tamtej chwili relacje Neymara i Cavaniego były w mediach na cenzurowanym. Dziennikarze zwrócili uwagę, że pytany o „najlepszego piłkarza z jakim gram”, Urugwajczyk wymienił włoskiego pomocnika Marco Verrattiego. - Nie musimy się przyjaźnić - powiedział Cavani o Neymarze.

Brazylijczyk jest piłkarzem świetnym, ale chimerycznym i kontrowersyjnym. Kilka dni temu „L’Equipe” informował o jego kłótni z trenerem Unaiem Emerym, który nie pozwolił mu na udział w zajęciach przeznaczonych dla rezerwowych po meczu z Anderlechtem Bruksela w Lidze Mistrzów. Podobno Brazylijczyk przyjął to wyjątkowo źle.

Gdy właściciele PSG namawiali Neymara do opuszczenia Barcelony, obiecali, że w Paryżu zbudują drużynę dla niego. Zapewne trochę inaczej widzą to Emery, Cavani i inni piłkarze PSG. Stąd w szatni iskrzy. I powraca pytanie do czego to wszystko zaprowadzi?

„Neymar jest spektakularny, Cavani jest niezawodny” - ocenił hiszpański dziennik „El Pais”. Brazylijczyk ma duży wpływ na PSG, z marszu został w nim jednym z liderów. Ale nie jedynym. I musi się z tym pogodzić. Do niedzielnego spotkania z Marsylią, zespół z Paryża stracił punkty w lidze tylko raz, grając słabiutko bez kontuzjowanego Neymara przeciw Montpeller (0:0). To było tuż po konflikcie z Cavanim, media spekulowały nawet, że Brazylijczyk symulował uraz. Zaledwie cztery dni później PSG rozbiło w Lidze Mistrzów Bayern Monachium (3:0), a Neymar i Cavani zdobyli po golu. I wydawało się, że konflikt zażegnano.

To co stało się w niedzielę na Stade Velodrome dostarcza argumentów przeciwnikom Neymara, którzy uważają, że jest graczem znakomitym, bajecznie wyszkolonym, ale egoistycznym. Nie nadaje się na lidera, bo bardziej niż o drużynie, myśli o sobie.

Będzie jeszcze dość okazji, by zweryfikować tę tezę. Szejkowie z Kataru zatrudnili Brazylijczyka, by zaprowadził PSG na europejski szczyt. I póki co w fazie grupowej Ligi Mistrzów drużyna ma komplet 9 pkt i znakomity bilans bramkowy 12-0. Z tego Cavani zdobył cztery gole, Neymar trzy. Czas na poważny egzamin dla Urugwajczyka i Brazylijczyka przyjdzie wiosną.

Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac