blog Darka Wołowskiego
RSS
czwartek, 19 stycznia 2017

To nadejść musiało, ale wszyscy i tak są wstrząśnięci. Po 40 meczach bez porażki drużyna Zinedine’a Zidane’a przegrała dwa razy. W Vigo musi zdobyć dwie bramki by przetrwać w Pucharze Hiszpanii.

 „Sevilla zrobiła nam krzywdę” - powiedział Zizou po porażce z Celtą 1:2 na Santiago Bernabeu. Trzy dni nie wystarczyły, by jego drużyna wyrzuciła z pamięci nieszczęśliwą porażkę w La Liga. Nieszczęśliwą ze względu na samobójczy strzał Sergio Ramosa, który do niej doprowadził. Maszyna wpadła w turbulencje i w pierwszym meczu ćwierćfinału Pucharu Króla pracowała z mniejszą pewnością siebie. Goście z Vigo wykorzystali do maksimum swoje szanse, Real bezustannie atakował - tracąc cierpliwość po każdej akcji. Pośpiech był złym doradcą, jak zwykle.

„Królewscy” obawiali się o swoje pierwsze mecze w 2017. Zwyczajowo klubowy mistrz świata nie potrafi zacząć roku, tak jak go skończył. Ale Real przedłużał serię. Aż do wizyty na Ramon Sanchez Pizjuan pięć dni temu. Trzy mecze z Sevillą to nie było wyzwanie z gatunku lekkich, zakończyło się sukcesem w Pucharze i porażką w lidze. Kiedyś ona musiała się przydarzyć, rekord 40 nie przegranych spotkań zaczynał ciążyć zespołowi. Ale kiedy w końcu przegrali, wszyscy poczuli się wstrząśnięci.

Rewanż w Vigo będzie trudny. Stawką jest półfinał. Real wciąż jest faworytem, ale będzie musiał się spieszyć. Jedna bramka nie rozwiąże problemu.

Póki co od dramatu wciąż daleko. Porażki bywają stymulujące i oczyszczające, jeśli nie zdarzają się seriami, lub w najważniejszym momencie. Real jest liderem ligi ze znaczącą przewagą, w Pucharze czeka go batalia o przetrwanie, ale nie jest to misja niemożliwa. A tacy piłkarze jak Lucas Vazquez - wychwalany pod niebiosa w ostatnim czasie, mają okazję zejść na ziemię. Z jego błędu wziął się zwycięski gol dla Celty.

Zidane wystawił skład galowy: poza linią ataku tworzoną przez Asensio, Vazqueza i Ronaldo. Ten ostatni miał grać jako środkowy napastnik, to nowa rola do której jest przyuczany. Real kończył mecz z trzema klasycznymi dziewiątkami, na boisko weszli Alvaro Morata i Karim Benzema, a więc Zizou rzucił na Celtę najcięższe armaty. Skończyło się na salwie Benzemy na wiwat, choć stał sześć metrów przed praktycznie otwartą bramką.

Dzwonki ostrzegawcze zabrzmiały na Bernabeu. I to właściwie wszystko. 8 miesięcy temu w podobne turbulencje po 39 nie przegranych meczach wpadła Barcelona. Udało się uratować wszystko poza Ligą Mistrzów, z której Katalończyków wyrzuciło Atletico. I perspektywa klasyku innego niż ligowy się oddaliła.

Rywalizacja Realu z Barceloną podnosi ciśnienie kibicom na całym świecie. Ostatnio kolosy potykały się wyłącznie w Primera Division. W Lidze Mistrzów nie wpadły na siebie od 2011 roku, w Pucharze Króla od finału 2014, w Superpucharze Hiszpanii od 2013. Dawno?

I jeśli Real nie odrobi strat w Vigo, szansa na to zmaleje. Zwłaszcza, że Barca mierzy się w ćwierćfinale z Realem Sociedad - rywalem bardzo dla niej niewygodnym.

niedziela, 15 stycznia 2017

Zazwyczaj poniża Neymar kuglarskimi sztuczkami. Teraz przytrafiło się to Sergio Ramosowi, który na Ramon Sanchez Pizjuan wykonał rzut karny w stylu Panenki.

Sytuacja nie była banalna. Wychowany przez Sevillę Ramos osiągnął futbolowy szczyt w Realu. Swój były klub i miasto zachował jednak w sercu bardzo głęboko. Niedawno Florentino Perez musiał mu zabronić pędzić do Sewilli w każdej wolnej chwili. Bo choć Ramos jest dziś symbolem całej Hiszpanii, jej stolicy, legendą w najbardziej utytułowanym klubie na ziemi, ale tak naprawdę u siebie jest wciąż gdzie indziej.

Banda stadionowych idiotów nie przyjmuje tego do wiadomości. Przyszli na stadion Ramon Sanchez Pizjuan na mecz w Pucharze Króla, żeby to zademonstrować piłkarzowi. Wyzywali go i lżyli z trybun, mimo że była duża szansa skupić się na grze. Sevilla prowadziła 3:1.

Pierwszy mecz na Santiago Bernabeu przegrała co prawda pechowo 0:3 i wciąż do awansu potrzebowała dwóch bramek, ale emocje były ogromne, gdy sędzia wskazał na karnego dla Realu.

Jak pamiętamy zespół Zinedine’a Zidane’a walczył o przedłużenie serii meczów bez porażki. Do 40.

Kto miał strzelać? Z tych, którzy wykonują w królewskim klubie jedenastki, na placu gry był tylko kapitan. Ale Ramos Sevilli pogrążać nie miał ochoty. W końcu podszedł jednak do karnego i strzelił w stylu Antonina Panenki. To rozpętało burzę, nawet rozsądni z pozoru ludzie, zaczęli krzyczeć, że mógł to sobie darować.

Stoper znalazł obrońców. Zidane przypomniał, że Sergio to dziś największy symbol hiszpańskiej piłki. Że może się równać nawet z Andresem Iniestą. Ale część ludzi wiedziała swoje. Ramos strzelał w stylu Panenki, by odegrać się na Sevilli. Bo gdyby był sewillistą jak deklaruje, kopnąłby piłkę w Kosmos.

Na szczęście Jorge Sampaoli zachował zdrowy rozsądek. Ramos powinien chcieć zdobyć gola z jedenastki, w przeciwnym razie nie byłby sportowcem. Nikogo nie poniżył, ani nie uraził. Tak jak nikogo nie poniża Neymar swoimi trickami. Między Brazylijczykiem i Hiszpanem jest dodatkowa różnica. Pierwszy jest ekstrawagancki z natury i na co dzień, drugi od święta. Raz na jakiś czas.

Podejrzewanie, że jest inaczej szkodzi piłce. Czym byłby ta dyscyplina, bez piłkarzy zdolnych nas zaskakiwać? Polityczna poprawność na boisku? Można o nią walczyć, ale wątpliwe, by służyła emocjom i widowisku.

Dziś Ramos wraca na Ramon Sanchez Pizjuan. W meczu na szczycie ligi hiszpańskiej Sevilla podejmuje Real. I może uczciwie odegrać się na boisku. Za porażkę w Superpucharze Europy, za porażkę w Pucharze Króla. Klub z Andaluzji i „Królewskich” dzielą w tabeli cztery punkty (plus mecz zaległy lidera). Trzeba mieć nadzieję, że rozsądek Sampaolego spłynie na fanów jego klubu.

Przez ostatnie lata Sevilla zapracowała na powszechny szacunek. W Lidze Europy była hegemonem przez trzy lata. Grała futbol piękny, ofensywny, wzbogaciła go o kilka sportowych horrorów, w dodatku stała się trampoliną dla kolejnego pokolenia piłkarzy z Grzegorzem Krychowiakiem. Tak jak kiedyś dla Ramosa. Obaj będą jej dozgonnie wdzięczni. Bo fakt, że Ramos jest sewillistą nie ulega kwestii.

czwartek, 12 stycznia 2017

18 w lidze, trzy w Pucharze Króla, po dwa w Lidze Mistrzów i Superpucharze Europy oraz jeden w Superpucharze Hiszpanii - Leo Messi wyrównał rekord Ronalda Koemana w liczbie goli zdobytych dla Barcelony z rzutów wolnych.

Już 26 razy bramkarze byli bezradni. Tak jak wczoraj Bask Gorka Iraizoz, który ledwo zdążył dosięgnąć wzrokiem piłki wpadającej mu między słupki. Nie było czasu na jakąkolwiek reakcję. To był gol na 3:1 otwierający Barcelonie drogę do ćwierćfinału Pucharu Króla. Gracze Athletic Bilbao bronili się dzielnie na Camp Nou, ale przebłysk sprytu i geniuszu Argentyńczyka był dla nich pocałunkiem śmierci.

Kiedy Messi wchodził do zespołu Barcelony specjalistami od wykonywania rzutów wolnych byli Ronaldinho i Deco. Argentyńczyk wzorował się na tym pierwszym, ale to drugi przekonał go do zabawy z pozoru niewinnej. Obaj zdejmowali buty po treningu i oddawali strzały z wolnych bosymi stopami. Portugalczyk uważał, że tak lepiej czuje się piłkę. Z czasem Messi poczuł jak nadać jej rotację. Sama siła by nie wystarczyła w jego przypadku.

Argentyńczyk dojrzewał do roli lidera krok po kroku. Z czasem został w Barcelonie specjalistą od rzutów karnych i wolnych. O ile ze strzałami z jedenastu metrów ma pewne problemy, o tyle uderzenia z dalszej odległości stały się jego znakiem firmowym. Wczoraj zdobył z wolnego 26. bramkę dla Barcelony. Tak się złożyło, że w tym roku strzelił trzy gole, wszystkie z wolnych. Pokonał Iraizoza w pierwszym meczu na San Mames, co dało Barcy nadzieję przed rewanżem. Porażkę 1:2 można było przekuć w zwycięstwo. Bramce w 90. minucie ligowego meczu z Villarrealem można by poświęcić poemat. To była futbolowa poezja w czystej postaci, choć dała tylko remis 1:1.

Na wczorajszego gola zareagował Ronald Koeman, legendarny, holenderski obrońca, którego strzał z wolnego dał Barcelonie triumf z Sampdorią w finale Pucharu Europy w 1992 roku. To była przez ponad dekadę najważniejsza bramka w historii katalońskiego klubu. Potem Messi zdobył tak samo ważne, w finałach Champions League 2009 i 2011 z Manchesterem United.

„Gratulacje Messi. Brakuje ci jednej bramki do rekordu” - napisał Koeman na Twitterze. Widać, że trener Evertonu życzy sobie, by jego wynik został pobity. Właściwie poprawiony już został, bo statystycy Barcelony zaliczają Holendrowi dwie bramki z rzutów wolnych pośrednich, gdy przed strzałem piłki dotknął inny gracz drużyny.

Koeman wbijał między słupki rywali „gwoździe”. Analizowano strukturę jego mięśni, by zrozumieć dlaczego potrafi kopnąć piłkę tak potężnie. Messi uderza z większą rotacją. Kto się chce przekonać ile w tym geniuszu, sprytu, niech spojrzy na wczorajszego gola. Iraizoz był zdezorientowany jak rzadko bywają bramkarze. A wyjmując piłkę z siatki miał minę człowieka, który zetknął się ze zjawiskiem paranormalnym.

Messi to niemy lider drużyny z Camp Nou. Ile potęgi jest w jego milczeniu okazuje się, gdy spojrzymy na inne gwiazdy zespołu. Gerad Pique miał ostatnio frontalny konflikt z sędziami, ogłaszając całemu światu, że sprzysięgli się przeciw Barcelonie. Wywołał tymi słowami burzę. Messi hałasu wokół siebie nienawidzi. Cóż z tego, skoro on, by poruszyć świat futbolu, nie musi się nawet odezwać. W tym sensie jest bratnią duszą Andresa Iniesty. Ci dwaj są wstanie wyciągnąć zespół z każdego konfliktu.

poniedziałek, 09 stycznia 2017

Nie można wygrać ligi w styczniu, ale w styczniu można ją przegrać. Rekordową serię Realu (39 meczów bez porażki) podkreślają kłopoty Barcelony.

Sprowadzanie wszystkiego do błędów sędziowskich to prastary, sprawdzony sposób. Opuszczając boisko Villarrealu Gerard Pique wrzasnął do siedzącego na trybunach szefa ligi hiszpańskiej Javiera Tebasa, czy widział co się działo podczas meczu. Stoperowi Barcy chodziło o dwa zagrania ręką w polu karnym, które nie przyniosły jedenastek jego drużynie. - W każdym kolejnym meczu arbitrzy dają dowody, że mam rację - powiedział Pique. Łatwo oskarżać Tebasa, to kibic Realu Madryt.

Powraca teoria spisku co ma w Hiszpanii długą tradycję. Gdy mistrzostwa kraju seryjnie zbierali Katalończycy (sześć razy w ostatnich ośmiu latach), Pique, który musi być w centrum uwagi, zajmował się czym innym. Dziś protestuje, bo Real ucieka na 5 pkt i ma mecz zaległy. Za chwilę będzie osiem punktów straty i szanse na obronę mistrzostwa staną się mgliste.

Rzeczywiście w ostatnim czasie Katalończycy nie mają szczęścia do decyzji sędziowskich. Przede wszystkim jednak brakuje im zimnej krwi i spokoju pod bramką rywali. W dwóch meczach 2017 roku zdobyli zaledwie dwie bramki. Obie wbił Leo Messi z rzutów wolnych. Tak właśnie w niedzielnym hicie ligowym z Villarreal uratowała remis w 90. minucie. Było to dzieło sztuki, perełka, strzał bliski perfekcji.

Barcelona nie grała źle, zawodziła jednak pod bramką. Luis Suarez walczył, ale jego rola w polu karnym jest inna. Neymar od dłuższego czasu bardzo niewiele daje drużynie. Jego sprinty, rajdy, dryblingi są bezproduktywne - czasem irytujące, wręcz śmieszne. W tej sytuacji wszystko opiera się na Messim. A wtedy drużyna Barcy staje się przewidywalna. Szczególnie dla rywala tak świetnego jak Villarreal.

Katalończycy mają dwa wyjścia - albo poprawią to co zależy od nich, albo będą się nad sobą użalali. „Voctimismo” - czyli robienie z siebie ofiary spisków ma długą tradycję i solidne podstawy. W teorię spiskową bez trudu uwierzą kibice. Nikt nie wie jaka jest prawda, wymyślić więc można wszystko.

Tymczasem po przeciwnej stronie barykady Zinedine Zidane przeżywa najlepszy okres w karierze. W pierwszym roku pracy w Realu został objawieniem, drugi zaczął jeszcze lepiej. Na pucharowy mecz z Sevillą mógł nie wystawić Cristiano Ronaldo. Gwiazdą został pokłócony i nadąsany James Rodriguez, który tak niedawno chciał uciekać z Santiago Bernabeu.

Siła Realu bierze się z gry zespołowej, z potencjału 20 piłkarzy. Fabio Coentrao zostawmy na boku, to jedyny piłkarz kadry pierwszego zespołu, który ma powody wstydzić się za siebie. W tym sezonie jest jedynym bez gola i asysty. Wszyscy inni dorzucili coś do wspólnego dzieła. Bramki zdobywało 21 piłkarzy, w tym gracz Castilli Enzo Zidane, sym trenera. Gola ma nawet Casemiro, klasyczny defensywny pomocnik, który kilka miesięcy leczył uraz. „Królewscy” już nie zależą wyłącznie od bramek Ronaldo i Benzemy. Są zbalansowaną drużyną. Ci, którzy wychodzą na boisko nie podpierają się nosami, ale są w dobrej formie fizycznej.

Z tego wzięła się seria 39 meczów bez porażki - wyrównany rekord Hiszpanii, ustanowiony 8 miesięcy temu przez zespół Luisa Enrique. Media w Madrycie już podśpiewują o potrójnej koronie dla „Królewskich”. Ale Zizou, tak jak niedawno Luis Enrique przypomina, że za zwycięskie serie nikt nie daje trofeów. Póki co - wiadomo jedno, udział w mundialu klubów nie wyczerpał zapału „Królewskich”. Ale to dopiero początek roku i pewnie w drodze po koronę piłkarzy Realu spotka jeszcze wiele zakrętów.

Czy Barcelona potrafi z tego skorzystać? Przed rokiem sytuacja była odwrotna. Katalończycy połykali kolejnych rywali, zdesperowany Real zmieniał trenera. Cierpliwość, umiejętność odbicia się od dna przyniosły efekt. Dziś poszukując najmocniejszej drużyny w Europie na myśl przychodzi jedna.

sobota, 07 stycznia 2017

Kamil Stoch przed Piotrem Żyłą, a Maciej Kot o zaledwie siedem i pół punktu od podium. Tak polskiego Turnieju Czterech Skoczni jeszcze nie było i już chyba nigdy nie będzie.

Najbardziej symboliczna scena jaką widziałem na Paul-Ausserleitner-Schanze, to jak ze szklącymi się od łez oczami Adam Małysz podnosił Kamila Stocha. W polskim obozie zapanował szał radości: wrzaski, gratulacje, uściski - taka euforia zdarza się rzadko na szczytach zawodowego sportu. Do wczoraj na podium klasyfikacji generalnej TCS z Polaków stawał tylko fenomenalny Małysz. 16 lat temu, gdy wygrał, wystrzelił w kosmos polskie skoki. Stoch, Żyła, Kot i cała reszta korzystają z koniunktury wtedy napędzonej.

Do wczoraj tylko Małysz wygrywał w Bischofshofen. Ani Stoch, ani Żyła nie byli tu nawet na podium. Przełamali i tę barierę. Stoch wysłuchał Mazurka Dąbrowskiego, potem wzruszony mówił do kibiców. Żyła był trzeci, drugi w klasyfikacji generalnej. To wielka sensacja, choć nie dla wszystkich.

Małysz przepowiadał, że będzie czarnym koniem, a potem w Innsbrucku wypalił, że wskoczy do trójki. Wtedy nic na to nie wskazywało. Do wczoraj Żyła był zaledwie dwa razy na podium w Pucharze Świata, ale w odległym 2013 roku. Po igrzyskach w Soczi Małysz otwarcie skrytykował jego kuriozalną pozycję dojazdową. - Nic z niego nie będzie, jeśli jej nie zmieni - powiedział. Żyła trwał przy swoim kolejne trzy lata. Nowy trener kadry Stefan Horngacher postawił mu ultimatum. I notoryczny zgrywus, który nie nigdy potrafił oddać dwóch równych skoków w konkursie, nagle na TCS oddał aż siedem bardzo dobrych. - I jak by trzeba było oddać ósmy, też byłby dobry - powiedział.

Dla Stocha to jest powrót na narciarski szczyt. Po dwóch latach przerwy. - Ale Kamil to wielka klasa, tu niespodzianki nie ma żadnej - mówił Małysz. Co prawda dwukrotny mistrz z Soczi musiał atakować Tandego w Bischofshofen, a w drugiej serii odeprzeć jego atak, był bezdyskusyjnie najlepszy w całej imprezie. Choć na Bergisel otarł się o dramat. Na TCS Stoch miał dotąd jedną ulubioną skocznię - w Innsbrucku. I właśnie na niej przeżył upadek w loteryjnym konkursie. Ale była okazja pokazać jak niezwykłe serce do walki bije pod brązowym kombinezonem. Nie zrezygnował, walczył z bólem i wygrał.

Wczoraj wszystko rozstrzygnęło się po drugim skoku Tandego. Atakujący pierwsze miejsce w Turnieju Norweg miał kłopot z wiązaniem u narty, zachwiał się w powietrzu, nie było mowy o tym, by walczył o odległość. Norweg runął na 117 metr zeskoku i w klasyfikacji generalnej spadł na trzecie miejsce. Małysz uważa, że nie wytrzymał psychicznie. Żyła, który do Bischofshofen przyjeżdżał jako czwarty skoczek TCS, awansował na drugie. Kot przeskoczył na czwarte, do podium zabrakło niewiele. - Szkoda, ale nie mam sobie wiele do zarzucenia. Gdybym nawet przewidział pecha Tande i tak nie zrobiłbym nic więcej. Skakałem tak jak mogłem najlepiej - mówił. Sprawiał wrażenie jedynego w zespole, który utrzymuje nogi na ziemi.

Małysz mówił o tym jak udało mu się nakłonić do pracy w Polsce Stefana Horngachera. - To my o niego zabiegaliśmy - mówił. Polskim skokom pomógł zbieg okoliczności - po 53. miejscu w poprzednim Rajdzie Dakar Małysz nie znalazł finansowania dla kontynuowania rajdowej kariery. Wrócił do skoków, namówił Hornachera do zastąpienia Łukasza Kruczka. Nikt jednak nie przypuszczał, że efekt przyjdzie po zaledwie pół roku. I to tak piorunujący.

Kot opowiadał o tym, że pierwszy raz widział coś więcej niż szacunek w oczach rywali. - Bali się nas - mówił. Dodał, że dobry nastrój po skokach kolegów z zespołu, nawet tych słabszych, zarażał i nakręcał tych najlepszych, walczących o najwyższe miejsca. Tak zrodził się ten niewiarygodny sukces. A przecież jeszcze rok temu Stoch był w klasyfikacji generalnej TCS 23., Hula 25., Kot 32., a Kubacki 35. Żyła zajął wtedy 64. pozycję, bo wystartował tylko w jednym konkursie. Po 48. pozycji w Oberstdorfie wrócił do domu.

Stocha zapytano o wkład w sukces Stefana Horngachera. - To najlepszy trener na świecie - odpowiedział.

Tak się składa, że za tydzień Puchar Świata w skokach przenosi się do Wisły, a potem do Zakopanego. - Cztery konkursy przed polskimi kibicami to fantastyczna perspektywa - powiedział Stoch. Kiedy Małysz wygrał TCS na wystąp przed rodakami czekał rok. I nawet wtedy pod Wielką Krokwią działy się dantejskie sceny.

Sukces Stocha, Żyły, Kota i reszty jest ogromnym kopem dla polskich skoków. Małysz mówił, że to mu się w ogóle w głowie nie może pomieścić. A jednak to co wygląda na sen, jest jawą. I trzeba z tym żyć. - Tak naprawdę sami sobie wytwarzamy presję - mówi Żyła. - Na TCS jechałem po miejsce w czołowej dziesiątce, a wylądowałem tuż za Kamilem. No to chyba jest się z czego cieszyć, co nie?

wtorek, 03 stycznia 2017

Stereotyp głosił, że Polacy źle znoszą Turniej Czterech Skoczni. Austriacki trener Stefan Horngacher pomógł im się z nim pojednać.

19,2 pkt przewagi nad czwartym w klasyfikacji Markusem Eisenbichlerem to już znacząca zaliczka. W przeliczeniu na metry daje to około 10. Dwa punkty za Austriakiem, na piątej pozycji jest Piotr Żyła, co podkreśla wyjątkowość 65. edycji Turnieju Czterech Skoczni. W noworocznym konkursie w Ga-Pa Polacy wypadli tak znakomicie, że wyprzedzili Niemców w drużynowej klasyfikacji Pucharu Narodów. Strata do liderów z Austrii wynosi zaledwie 80 pkt. A przecież ubiegły sezon polscy skoczkowie skończyli na szóstej pozycji.

To miara postępu jaki dokonał się z nowym trenerem Stefanem Horngacherem. Ale nie jedyna.

Świetny początek sezonu można było traktować z niedowierzaniem. Niemcy, Austriacy i inni rywale z topu traktują start jako poligon przed Turniejem Czterech Skoczni. Można się było obawiać, że w Obestdorfie, Ga-Pa, Innsbrucku i Bischorshofen skoczkowie Horngachera oddalą się od szczytu. Tak było zawsze. Powołano nawet do życia stereotyp, że TCS z racji swojej uciążliwości, polskim skoczkom nie leży. Zdecydowanie więcej sukcesów odnieśli na igrzyskach i w mistrzostwach świata.

W tym roku jest inaczej. W czołowej dziesiątce klasyfikacji generalnej TCS jest trzech Polaków, a w czołowej dwudziestce pięciu. Tak dobrze nie stoją nawet akcje gospodarzy.

Mówił o tym Maciej Kot żartując, że kiedyś, gdy Polak był w czołówce rywalizacji zostawał na szczycie skoczni sam otoczony Niemcami i Austriakami. Tak było z Małyszem i bardzo długo ze Stochem. Teraz, gdy ważyły się losy noworocznego konkursu w Ga-Pa, a na starcie pozostało sześciu najlepszych po pierwszej serii, połowa z nich to byli Polacy.

Kot mówi, że rywale zaczęli inaczej patrzeć na drużynę Horngachera. Z szacunkiem, nawet respektem. Inaczej polscy skoczkowie zaczęli postrzegać siebie sami. Dawid Kubacki - który osiąga życiowy wynik w TCS, jest zły, bo przed chwilą rywalizował z kolegami z kadry jak równy z równym i nagle mu oni odjechali.

Żyła opowiada, że Horngacher nauczył zespół ignorować i wyrzucać z pamięci słabsze skoki. Gdy coś się nie uda, nie należy przeżywać i rozpamiętywać tego zbyt długo. Po prostu ruszyć na skocznię i natychmiast się poprawić. Tak zrobił Stoch po słabej inauguracji sezonu w Kuusamo. Lądował w trzeciej dziesiątce, ale się tym nie martwił. Małysz bez wahania rozgłaszał w mediach, że dwukrotny mistrz igrzysk w Soczi dołączy do czołówki, gdy tylko przestanie spóźniać wyjście z progu. I faktycznie tak się stało.

Na 65. TCS Stoch pokazuje zegarmistrzowską wręcz regularność. Nie popsuł żadnego skoku, nawet na treningu. Jego przewaga nad Stefanem Kraftem jest maleńka - 0,8 pkt, ale Polak budzi nadzieję wszystkich tych, którzy nie chcą powrotu na Turniej austriackiej dominacji. Rzecz jasna fenomenalnie skacze też Norweg Daniel Andre Tande - trzeci w klasyfikacji generalnej. Na podium są więc przedstawiciele trzech nacji.

Skocznię w Innsbrucku Stoch lubi. Na Bergisel stawał już na podium. Gwarancji to nie daje żadnej, ale 4 stycznia Polak znów powinien powalczyć o zwycięstwo. Wskazują na to wszystkie znaki na ziemi i niebie. Jest w wielkiej, stabilnej formie, którą mogłoby załamać tylko coś niewytłumaczalnego. Takie rzeczy się w skokach zdarzają, ale naprawdę w przypadku Stocha nic na to nie wskazuje.

Dla lidera klasyfikacji generalnej 65. TCS najtrudniejszy może być ostatni konkurs w Bischofshofen. Ale nie wydaje się logiczne, by w takiej dyspozycji mógł wypaść poza podium. Pasjonująca jest też walka Żyły i Kota, każdy z nich ma realne szanse na życiowy wynik. Trzech Polaków w czołowej dziesiątce TCS byłoby rzeczą bez precedensu.

Obserwujemy najbardziej polski TCS w historii. Nigdy w czołowej dziesiątce klasyfikacji generalnej nie wylądowało nawet dwóch Polaków. Najbliżej było w sezonie 2000-2001, gdy wygrywał Małysz, a Wojciech Skupień był 13. Wtedy trener kadry Apoloniusz Tajner po raz pierwszy ogłosił, że będziemy mieli drużynę. Ambitny plan materializuje się dopiero 16 lat później, gdy były trener jest prezesem.

W 64 edycjach Turnieju Czterech Skoczni Adam Małysz jest jedynym Polakiem, który stawał na podium klasyfikacji generalnej. Byłby to wyjątkowy pech, gdyby w tym roku nie dołączył do niego Kamil Stoch.

niedziela, 01 stycznia 2017

Nie ulega wątpliwości, że Polak osiągnął formę, która daje mu prawo marzyć o zdobyciu ostatniego klejnotu w narciarskiej koronie. Pokonanie Austriaków na ich skoczniach, to jednak misja wyjątkowa.

- No i sam pan sobie odpowiedział na pytanie, czego mi jeszcze brakuje - zaśmiał się dwukrotny mistrz olimpijski, gdy po wspaniałym wyniku w Oberstdorfie zagadnąłem go o to, jak bardzo zależy mu na triumfie w Turnieju Czterech Skoczni. Poza zwycięstwami w Soczi, Stoch wygrał w tamtym niezapomnianym sezonie Kryształową Kulę. Był mistrzem świata w Val di Fiemme, zdobył dwa medale MŚ w drużynie. Ma wszystko, o czym skoczek narciarski może marzyć, zazdrości mu sam Adam Małysz, który prywatne muzeum trofeów ma najbogatsze, ale brakuje w nim złota igrzysk.

W tym sensie Stoch przypomina Simona Ammanna, 35-letnią legendę. Szwajcar wygrał niemal wszystko, jest jednym z najbardziej utytułowanych skoczków w historii, ale nigdy nie stanął na najwyższym stopniu podium w Turnieju Czterech Skoczni. Imprezie trudniejszej, bardziej wyczerpującej niż jakakolwiek inna, gdzie trzeba być na topie 10 dni, w czterech miastach, na czterech różnych pod względem wymagań technicznych skoczniach. W dodatku jeden słabszy skok może zniweczyć wszystko.

Ammann przyjeżdżał na TCS jako lider Pucharu Świata. I to dwa razy. Bez efektu. W tym roku próbuje już 19. raz. I szanse ma zerowe. W Oberstdorfie zajął dopiero 37. miejsce, nie awansował do rundy finałowej. W programie zapowiadającym 65. edycję TCS określono go jako postać tragiczną. Brzmi to paradoksalnie w przypadku kogoś, kto na najwyższym stopniu olimpijskiego podium stawał cztery razy.

Drugi w 2009 i 2011 roku, trzeci w 2007 i 2014 - to wszystko co Ammann ugrał na TCS. Kibice w Oberstdorfie przyjęli go owacją, niewiele to pomogło. Tego Turnieju wielki Szwajcar już nie wygra. Widać każdy ma piętę Achillesową. Nawet najwięksi.

Kamil Stoch na podium TCS nie był nigdy. Choć z imprezą w Niemczech i Austrii łączą go wspomnienia z dzieciństwa. Gdy miał 10 lat podziwiał triumf osiem lat starszego Słoweńca Promoża Peterki. Polak ma ogromną ochotę, by pójść w jego ślady. Przecież polskie skoki nie byłyby tym, czym są, gdyby nie wystrzał Małysza w 49. TCS. Te zawody są legendarne także dla nas.

Stoch ma sto powodów, by triumf w TCS traktować jak spełnienie ważnego marzenia. Nie wypada mu jednak mówić o tym otwarcie, by nie brać na siebie presji ponad siły. Psycholog z którym pracował nauczył go odpowiedniego podejścia do rywalizacji. Kamil mówi więc o radości z tego co robi, perfekcyjnym wykonaniu pracy na skoczni. Reszta od niego nie zależy, o czym przekonaliśmy się w Oberstdorfie. Stoch uzyskał tam życiowy wynik, ale i tak minimalnie lepszy był Stefan Kraft. - Wygrał zasłużenie, był dziś po prostu najlepszy - skomentował Polak.

2,8 pkt to jednak strata minimalna. Ale Stoch musi patrzeć za plecy, bo tuż za nim jest drugi z Austriaków Michael Hayboeck, Norweg Daniel Andre Tande, trzeci Austriak Manuel Fettner i najlepszy z Niemców Markus Eisenbichler. Piotr Żyła traci do Kamila 13,3 pkt, co można odrobić w jednym skoku.

Jak przewrotną dyscypliną bywają skoki pokazuje przykład niesamowitych braci Prevców ze Słowenii. 17-letni Domen przyjechał do Oberstdorfu jako rewelacyjny lider Pucharu Świata, Peter broni tytułu sprzed roku, tymczasem najlepszy był Cene - ten który do niedawna startował tylko w Pucharze Kontynentalnym, czyli narciarskiej drugiej lidze. Na Schatenbergshcanze osiągnął życiowy sukces lądując tuż za Żyłą. Niesamowite. Domen był dopiero 26. i już w walce o zwycięstwo w 65. TCS się nie liczy.

W Nowy Rok Stoch powalczy w Ga-Pa, na legendarnej skoczni olimpijskiej przygotowanej na igrzyska w Niemczech w 1936 roku. Rok wcześniej rozkazem Hitlera połączono dwie miejscowości Garmisch i Partenkirchen przez wieki rozdzielane rzeką Partnach. Pierwsze wzmianki o Partenkirchen pochodzą z XV wieku, kiedy było rzymskim Partanum. 1 stycznia 2007 roku w Ga-Pa odbył się ostatni konkurs na starej, olimpijskiej skoczni, jej rekordzistą pozostał Małysz. 14 kwietnia tamtego roku pod obiekt podłożono 28 ładunków i wyleciał w powietrze. W tym miejscu powstał nowy, gdzie w 2010 roku Ammann oddał skok na 143,5 m. Cztery lata później rekord poprawił Norweg Anders Jacobsen (145). Można tu latać bardzo daleko. I oddycha się historią. Co roku skoczkowie zajmowali uwagę świata występując w telewizji tuż po koncercie słynnych wiedeńskich filharmoników.

Stochowi duże skocznie i dalekie loty odpowiadają, choć w Ga-Pa akurat nigdy nie był na podium. W ramach TCS nie wygrał tu dotąd żaden Polak. Nawet Małysz. Pierwsze o co zapytał Kamila prowadzący konferencję prasową medalistów w Oberstdorfie, czy to jest moment przełamywania barier. Na Schattenbergschanze do piątku dwukrotny mistrz igrzysk w Soczi też nie stał na podium. Ale się przełamał.

Formę Polak ma mistrzowską. Jest doświadczony, umie wygrywać, z presją radzi sobie lepiej od rywali. Przy Stefanie Horngacherze wyeliminował błędy techniczne i poprawił prędkości na progu. To drugie szczególnie dokuczało mu w ostatnich, chudych latach. W Oberstdorfie w dwa dni skoków nie miał ani jednej nieudanej próby. Stabilizacja formy jest więc na poziomie najwyższym, a to na TCS kluczowe. Mówi się o tych zawodach, że co prawda nie można ich wygrać jednym skokiem, ale jednym skokiem można je przegrać.

Stoch jest gotów, ale nie wszystko zależy od niego. Polak bardzo lubi obiekt w Innsbrucku, gdzie odbędzie się trzeci konkurs, tam już stawał na podium. W Bischofshofen, gdzie 6 stycznia TCS będzie finiszował znów Polak będzie musiał przełamywać bariery. Austriacy będą tam w swoim żywiole. Przyzwyczajeni do statusu hegemonów.

Wydaje się, że najgroźniejszymi rywalami Polaka będą Kraft i Hayboeck. Ten pierwszy, po zwycięstwie w Oberstdorfie wprost promieniał. To jego pierwsza wygrana w sezonie, w najbardziej odpowiednim momencie. Ale tak już jest z Austriakami, że gdy zaczyna się TCS wszyscy podciągają się o jakieś 20 procent. To jest ich Turniej, który wygrywali nieprzerwanie od 2009 do 2015 roku. Loitzl, Kofler, Morgenstern, dwa razy Schlierenzauer, Diethart i Kraft. Patent na TCS odebrał im nieziemski w ubiegłym sezonie Peter Prevc. Czy kolejny będzie Kamil Stoch? Kto jeśli nie on?

piątek, 30 grudnia 2016

Dobiega końca rok, w którym piłkarska reprezentacja Polski i jej kapitan Robert Lewandowski weszli na wyższy poziom. Nie szkodzi, że dziennikarze głosujący w plebiscycie „France Football” nie umieli tego dostrzec.

 „Mamy zaszczyt poinformować, że Robert Lewandowski przedłużył kontrakt z Bayernem do 2021 roku” - napisał na swojej stronie internetowej bawarski klub. Media całego świata obiegły zdjęcia prezesa Karla-Heinza Rummenigge ściskającego dłoń kapitana reprezentacji Polski. W tym uścisku można było doszukać się pewnej symboliki. Rummenigge sam był jednym z najwybitniejszych napastników w dziejach Bayernu.

Symboliki jest jednak więcej. Poprzedni kontrakt Polaka obowiązywał do 2019 roku, czyli zawodnik wypełniłby go w 31. roku życia. Przedłużenie umowy jest dowodem, że klub docenia wartość Lewandowskiego. I chce się zabezpieczyć na dość odległą przyszłość. W 2021 roku Polak skończy 33 lata, nie jest pewne, czy kontrakt w Bawarii wypełni, bo Real Madryt o nim nie zapomniał. Bayern może być jednak spokojny, że w razie czego wynegocjuje odpowiednią kwotę transferu.

Aby nakłonić Polaka do przedłużenia umowy, trzeba było zaproponować mu wyższe zarobki. Bayern podniósł Lewandowskiemu pensję z 11 mln euro za sezon do 15 mln - to górna granica zaakceptowana przez zarząd. Polak będzie zarabiał tyle co Thomas Mueller, co też jest znaczące. Kilka lat temu, gdy w Borussii gwiazda Lewandowskiego dopiero zaczynała błyszczeć, jego agent Cezary Kucharski usłyszał od szefów klubu z Dortmundu, że u nich Polak nie może zarabiać tyle, co Niemcy. W Bayernie, najbogatszym, największym i najsławniejszym zespole Bundesligi Lewandowski przełamał wszelkie stereotypy. Przy okazji zostaje najlepiej zarabiającym polskim sportowcem.

Przedłużenie umowy z polskim napastnikiem odbyło się zaledwie dzień po ogłoszeniu wyników plebiscytu „France Football”. Dla Bayernu nie miało najmniejszego znaczenia, że klasyfikacji Złotej Piłki Lewadnowski spadł z czwartego na 16. miejsce. W tym roku zagłosowąło na niego zaledwie trzech dziennikarzy: z Polski, Słowenii i Mongolii. Wszyscy trzej umieścili go na trzecim miejscu swojego rankingu.

Zareagowali koledzy z kadry. Grający na co dzień w lidze francuskiej Kamil Grosicki wyśmiał werdykt na Twitterze. Skrzydłowy Stade Rennais doskonale wie jaki jest wkład kapitana w sukces reprezentacji. Na Euro 2016 Lewandowski zdobył jedną bramkę i to mu wypominają krytycy. Zwolennicy wskazują na fakt ile potu zostawił na murawie. Pracowitości, determinacji i poświęcenia graczowi Bayernu nie dało się odmówić, nawet jeśli podczas mistrzostw we Francji nie był w szycie formy. Wskazywał na to Zbigniew Boniek, prezes PZPN, opowiadając jak przykład Lewandowskiego ciągnie w górę całą drużynę. Wielu w kadrze go naśladuje, wszyscy chcieliby otrzeć się chociaż o taką karierę.

A przecież relacji prezesa z kapitanem podszyte są pewną ambiwalencją. Boniek i Lewandowski to kandydaci na gracza nr 1 w historii polskiej piłki. Kiedyś napastnik Bayernu pozwolił sobie na uwagę, że niedawno zdał sobie sprawę, iż Boniek strzelał po 5-6 bramek w sezonie. Sam zdobywa 10 razy więcej, ale trudno to wszystko przeliczyć, to dwaj inni piłkarze. Boniek był w Widzewie pomocnikiem, w Juventusie napastnikiem, a w Romie obrońcą. Lewandowski grywał na pozycji numer 10, ale właściwie przez całą karierę jest klasyczną dziewiątką.

Bońka i Lewandowskiego łączy jedno. Ten pierwszy prowadził reprezentację do medalu mistrzostw świata w Hiszpanii, w Meksyku w 1986 roku kadra zdołała tylko wyjść z grupy. Lata zapaści zmieniały się w dekady, dopiero drużyna Adama Nawałki z Lewandowskim potrafiła ponownie pojechać na wielki turniej i przetrwać pierwszą fazę. Ćwierćfinał Euro 2016 był największym sukcesem kadry od 30 lat.

Krytycy Lewandowskiego zauważają, że medalu nie zdobył. Tak jak wciąż nie pobił rekordu Włodzimierza Lubańskiego w liczbie goli zdobytych dla biało-czerwonych. Lubański ma 48, Lewandowski 42, rozdziela ich jeszcze Grzegorz Lato (45). Kwestią miesięcy jest kiedy napastnik Bayernu przeskoczy legendy. Czy ma szansę poprowadzić drużynę do medalu mundialu w Rosji, to kwestia zdecydowanie mniej oczywista. Spór o to kto był największy będzie trwał bez względu na wszystko. Lewandowski to jednak pierwszy piłkarz od 30 lat, który ma prawo stawać obok gigantów naszej piłki.

W mijającym roku zdobył 47 bramek. Wiosną został królem strzelców Bundesligi, jesienią jeszcze przykręcił śrubę. 26 goli w tym sezonie to najlepszy wynik na świecie. Dla kadry zdobył 7 bramek w kwalifikacjach mundialu w Rosji, dla Bayernu 12 w Bundeslidze, 5 w Lidze Mistrzów i trzy w Pucharze Niemiec. Imponująca regularność.

Trener Carlo Ancelotti powiedział kiedyś o Lewandowskim, że to typ poważny, który nie wchodzi do szatni sypiąc dowcipami. Najchętniej przemawia na boisku, jeden z najbardziej utytułowanych szkoleniowców w historii stawia Polaka obok Luisa Suareza i Gonzalo Higuaina w pierwszym rzędzie najlepszych obecnie środkowych napastników.

Był nim już w latem 2014 roku, gdy trafiał do Bayernu. W klubie z Bawarii miała paść ostateczna odpowiedź o granice możliwości Lewandowskiego. Nikt nie miał gwarancji, czy rozkwitnie jeszcze mocnej w tak gwiazdorskim gronie. Tymczasem wciąż szedł do przodu. W tym roku nauczył się wykonywać rzuty wolne, w ten sposób rozstrzygnął mecz z Atletico w Lidze Mistrzów.

Sceptycy nie mają mocnych argumentów. Ale trwają przy swoim, uważając, że pozycja Lewandowskiego w światowej piłce jest u nas przeceniana. Dlatego werdykt „France Football” ma być jak kubeł zimnej wody. Tyle, że to zabawa, plebiscyt, raczej test popularności niż klasy. Trzy dekady temu wygrał go napastnik tak przeciętny jak Igor Biełanow.

piątek, 23 grudnia 2016

Rok 2016 przyniósł spełnienie jednemu z najlepszych piłkarzy w historii. I do niedawna jednemu z najbardziej sfrustrowanych. CR7 wreszcie został żywym pomnikiem Realu Madryt.

„Messi jest mieszkańcem innej planety” - napisał madrycki dziennik „Marca” komentując akcję z 67. minuty derbów Barcelony, gdy na ośmiu metrach Argentyńczyk ograł czterech obrońców Espanyolu i oddał strzał na bramkę, co zakończyło się golem Luisa Suareza. Trwa 13. sezon Lionela w pierwszej drużynie klubu z Katalonii. Nigdy kibice z Camp Nou nie odwrócili się od niego. Zawsze wielbili go bezwarunkowo i bezgranicznie. Nawet gdy prokuratura skazywała jego i jego ojca za malwersacje finansowe, klub wydał komunikat: „kto podnosi rękę na Messiego, podnosi ją na Barcelonę”.

Lojalność klubu z Katalonii wobec swojej największej gwiazdy przekraczała czasem granice rozsądku. Jego szefowie spełniali wszystkie zachcianki Argentyńczyka, dbającego o to, by być najlepiej opłacanym graczem na świecie.

Zupełnie inaczej traktował Real Madryt Cristiano Ronaldo. A przecież w jednej ze swoich książek legendarny trener Manchesteru United Alex Ferguson wspomina, że CR7 porzucił uwielbiające go Old Trafford, by spełnić swoje największe marzenie. Marzeniem z dzieciństwa urodzonego na Maderze Portugalczyka były triumfy na Santiago Bernabeu. Gdy latem 2009 roku przenosił się do Madrytu nie mógł nawet przypuszczać, że jego relacje z kibicami Realu będą tak szorstkie i trudne. W osiem sezonów zdobył dla klubu nieziemską liczbę 380 goli, w 367 spotkaniach. Jest najlepszym strzelcem w jego historii, ale dopiero w ostatnich 12 miesiącach podbił serca kibiców.

„Możesz odejść, ale przynieś tyle kasy, żebym mógł kupić Messiego” - tymi słowami zwrócił się do CR7 prezes Florentino Perez, gdy cztery lata temu gwiazdor ogłosił dziennikarzom, że „jest smutny. I w klubie wiedzą dlaczego”. Z tej deklaracji Portugalczyka kpiło pół Europy. O ile Messi zawsze był cichutki i uważał na słowa, o tyle CR7 potrafił wypalić z grubej rury. Teorie o jego narcyzmie i monstrualnie wielkim ego znajdowały powszechne potwierdzenie. Tak jak stereotyp, że Messi to geniusz naznaczony ręką boską, a on przypomina tylko robokopa, lub podrasowany silnik bolidu Formuły 1.

CR7 przez lata kochało się trudniej niż Messiego. Zarzucano mu, że swoje rekordy stawia ponad dobro drużyny. Tylko raz poprowadził Real do mistrzostwa Hiszpanii. Nawet wśród kibiców „Królewskich” pokutowało przekonanie, że Ronaldo potrafi wbić cztery gole słabemu rywalowi, maltretować go w pojedynkę, ale kiedy trzeba poprowadzić zespół do wielkich wyzwań, brakuje mu osobowości. W zbiorowej pamięci fanów Realu funkcjonuje mit Junanito, w gruncie rzeczy piłkarza dość przeciętnego z przełomu lat 70-tych i 80-tych, który ze względu na niewiarygodną wolę walki prowadził drużynę do nieprawdopodobnych zwycięstw w rywalizacji europejskiej.

CR7 tej siły i charyzmy odmawiano. Aż do meczu z Wolfsburgiem w ćwierćfinale ostatniej edycji Ligi Mistrzów. Pierwszy mecz Real przegrał 0:2. Gdyby nie wygrał 3:0 rewanżu na Santiago Bernabeu i odpadł z rozgrywek, cały sezon poszedłby na marne. A debiut Zinedine’a Zidane’a na ławce trenerskiej Realu nie okazałby się takim hitem. Trzy gole Ronaldo, jego pasja, jego dowództwo pozwoliły przełamać Niemców. I „Królewscy” ruszyli po 11. triumf w Pucharze Europy.

Wreszcie kibice Realu, którzy kilka razy wygwizdywali Ronaldo, zobaczyli w nim wielkiego wojownika. A Perez postanowił zrobić z niego symbol klubu. Ustały debaty na Bernabeu, czy 31-letni gwiazdor nie znalazł się aby na równi pochyłej. Przecież jeszcze 12 miesięcy temu wydawało się prawdopodobne, że Real sprowadzi latem do Madrytu Roberta Lewandowskiego.

Dziś królewski klub jest w końcu syty. Wreszcie dostrzega w CR7 futbolowego giganta, godnego by wspierać go bez względu na wszystko i nosić na rękach. Tak jak Barcelona nosi na rękach Messiego. Ronaldo się odwdzięcza, nawet gdy nie jest w szczycie formy. W ostatnich derbach Madrytu z Atletico strzelił trzy bramki. W ostatnim meczu tego roku zdobył hat-tricka w klubowych mistrzostwach świata. Zanosiło się na sensację stulecia, w finale Real przegrywał 1:2 z japońską Kashimą, zespołem ze zdecydowanie niższej półki. CR7 grał słabo, ale trzy razy strzelił na bramkę i wystarczyło. - Ludzie uwielbiają mnie krytykować, jestem dla nich w piłce tym złym. A ja lubię udowadniać na boisku, że nie mają racji - powiedział. Dla kibiców Realu zabrzmiał wiarygodnie. Ich już na każdym kroku nie musi przekonywać.

wtorek, 20 grudnia 2016

53 mecze, zaledwie dwie porażki i aż trzy trofea - w klubowej piłce to był rok trenerskiego debiutanta, który podniósł z kolan Real Madryt.

Wymęczone zwycięstwo po dogrywce w finale klubowych mistrzostw świata z japońską Kashimą pozostawi w postronnych kibicach wspomnienia ambiwalentne. Czy to jest wielki sukces, gdy jedna z najdroższych drużyn w historii męczy się 120 minut z rywalem trzeciej kategorii? Zinedine Zidane patrzył na to inaczej. Dla trenera Realu jego piłkarze wygrali kolejny pojedynek z własną słabością. - Odkąd przyjechałem do Japonii, cierpię z powodu zmiany strefy czasowej. Ani jednej nocy nie przespałem normalne - powiedział. Francuzowi nie chodziło o siebie, ale o usprawiedliwienie piłkarzy. Real rozgrywał 53. mecz w 2016 roku przegrywając zaledwie dwa. Drużyna, która zdobyła trzy tytuły z pewnością zasłużyła na dobre słowo.

Triumfował Florentino Perez, dla którego wybór Zidane’a był sprawą honoru. Ich relacje są bardzo bliskie. Latem 2006 roku Francuz postanowił skrócić karierę na boisku zrzekając się rocznej pensji - kontrakt z Realem obowiązywał go do czerwca 2007. Nie postąpił tak żaden z galaktycznych.

Pereza na Santiago Bernabeu nie było od lutego 2006, jako pierwszy prezes Realu zrezygnował z posady licząc, że nowe władze zapanują nad chaosem w drużynie. Zidane został doradcą Pereza, który wiele razy korzystał z autorytetu Francuza. Na przykład w kluczowej chwili, gdy zaplanował swój powrót latem 2009 roku. Obiecał kibicom, że razem z nim do Realu wrócą powszechnie szanowani Jorge Valdano i Zizou.

Od tamtej chwili Francuz robił w klubie różne rzeczy. Valdano odszedł po konflikcie z Jose Mourinho, zamknięty w sobie Zinedine przetrwał wszystkie burze. Z „Mou” pracować nie chciał, dystansował się w milczeniu od wojny, którą Portugalczyk wydał Barcelonie. Jego pozycja i autorytet w klubie tylko rosły, nikt nie protestował, gdy zdecydował, że licencję trenerską zdobędzie we Francji, a nie Hiszpanii.

W Carlo Ancelottim Zidane znalazł pokrewną duszę. Uważa się za ucznia Włocha. Wydawało się, że przejmie po nim Real, ale Perez dał mu jeszcze czas, by nabył doświadczenia w rezerwach. Nie był to okres dla Zidane’a udany, ale też drużyna Rafy Beniteza popadła w kłopoty w ciągu zaledwie kilku miesięcy. Hiszpan chciał być surowym szefem dla piłkarzy, podjął walkę, w której skazany był na klęskę. Porażka z Barceloną 0:4 na Bernabeu pachniała nieszczęściem. Kompromitacja w Pucharze Króla, gdzie na mecz z Cadiz wystawiono nieuprawnionego Denisa Czeryszewa. Zespół Beniteza zdobył 37 pkt na 54 możliwych do zdobycia w La Liga. Sytuacja dojrzała do tego, by w nowym roku Real miał nowego trenera.

Zidane mówi mało. Do dziś jego hiszpański nie jest doskonały. Potrafi jednak wykorzystać tę niezwykłą aurę, którą zdobył przemawiając na boisku. Dla wielu z obecnych graczy Realu był idolem z dzieciństwa. Mówił o tym nawet Cristiano Ronaldo. W karierze Zizou tyle było wzlotów i upadków, że wystarczyłoby dla kilku graczy.

Zidane zganił swoich piłkarzy jeden raz, po pierwszej porażce w derbach z Atletico. Zauważył, iż w kluczowych pojedynkach z rywalami niektórzy odstawiali nogę od piłki. Potem mówił mało, zwykle chwalił, dodawał wiary w siebie. - Z natury jestem facetem myślącym pozytywnie, choć na to nie wygląda - opowiada.

Faktycznie jego zaciętość, małomówność tworzą wokół niego aurę postaci tragicznej. Kibice pamiętają niekontrolowane wybuchy na boisku, z tym definitywnym w finale mundialu w Niemczech.

Ale Zizou jako trener narzucił sobie optymizm. Nawet wbrew własnej naturze. Benitezowi nie chciało przejść przez gardło, że CR7 jest najlepszym graczem na świecie. Francuz stwierdził niedawno, że w całej swojej historii Real nie doczeka drugiego gracza, który zrobiłby dla niego więcej niż Ronaldo. Padło to z ust Zidane’a tak naturalnie, że nikt nie ośmielił się zaprzeczyć.

Francuz należy do tej grupy trenerów, którzy mocno wierzą w inwencję graczy. Sergio Ramos sugerował, że treningi Beniteza były żmudne, skomplikowane, nieczytelne, podczas gdy Zizou natychmiast wszystko uprościł. Jakby nie widział w futbolu wielkiej filozofii, jakby wszystko miało oprzeć się na talencie piłkarzy. Francuz zawsze wolał być w cieniu, taki jego charakter. Po zwycięskim finale Ligi Mistrzów na San Siro wyznał, że przemawianie do tłumów wciąż jest dla niego męczarnią. Mówi, bo musi.

Dziennik „Marca” napisał specjalny okolicznościowy tekst pod tytułem: „Historia pewnego uścisku”. Po odebraniu trofeum za klubowe mistrzostwo świata Perez wbiegł na murawę, by uścisnąć podopiecznego. Na transfery piłkarzy wydał grubo ponad miliard euro. Tymczasem jedną z najlepszych decyzji było postawienie na czele drużyny francuskiego introwertyka o wielkim autorytecie. Ten autorytet obronił Pereza, któremu 12 miesięcy temu kibice z Bernabeu powiewali białymi chusteczkami. Mało kto to pamięta, ale prezes na pewno.

Zidane kończy rok z nominacją do trójki najlepszych trenerów w plebiscycie FIFA. Sam by się tam nie umieścił. Ale nie to go zajmuje. Realowi przypomina się analogiczny rok 2014. Ancelotti zdobył cztery trofea, jesienią wywalczył tytuł klubowego mistrza świata. Wiosną drużyna słaniała się jednak na nogach, zakończyła sezon z pustymi rękami. Włoch został zwolniony z klubu. Podobno Zizou wie co zrobić, żeby się to nie powtórzyło. Jeśli jego Real różni coś od tego sprzed dwóch lat, to przede wszystkim fakt, że gra zdecydowanie bardziej ekonomicznie. Mecz z Kashimą nie był wyjątkiem, w całym 2016 roku królewska drużyna rzadko wygrywała łatwo. Może tylko w debiucie Zidane’a, gdy wbiła pięć goli Deportivo la Coruna. Pięć goli jak piątka, którą Francuz nosił dekadę temu na białej koszulce.

Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac