blog Darka Wołowskiego
RSS
czwartek, 08 czerwca 2017

Wszystko co wielkie w rumuńskiej piłce zaczęło się od niego i na nim skończyło. W sobotę na Stadionie Narodowym piłkarzy tej klasy w kadrze rywala nie zobaczymy.

Twarz Gheorghe Hagiego rozjaśnił szeroki uśmiech. W jakimś stopniu wywołany wpływem szampana. 29 marca 1995 roku w Bukareszcie złota rumuńska generacja oblewała zwycięstwo nad Polską w eliminacjach angielskich mistrzostw Europy.

Gdyby wierzyć plebiscytowi Złota Piłka Hagi był wtedy czwartym piłkarzem świata za Christo Stoiczkowem, Roberto Baggio i Paolo Maldinim. Mundial w USA był dziejowym wzlotem Rumunów - jedyny raz dotarli do ćwierćfinału, odsyłając do domu Argentynę. Tamto spotkanie na Rose Bowl w Pasadenie było hitem mistrzostw. Zdyskwalifikowany za stosowanie efedryny i czterech innych substancji dopingujących Diego Maradona patrzył z trybun jak jego faworyzowani rodacy padają po ciosach skromnych Rumunów. Trzecią bramkę wbił Hagi jak gwóźdź do trumny wielkiej wtedy Argentyny (mistrz z 1986 i wicemistrz z 1990).

Siedem dni później na Stanford Stadium 83,5 tysiąca kibiców przeżyło wielki bój, w którym Rumuni prowadzili w dogrywce z broniącymi się w dziesiątkę Szwedami. Mimo tego odpadli z mistrzostw po serii rzutów karnych. Pudłowali Dan Petrescu i Miodrag Belodedici.

Po mistrzostwach Hagi trafił do Barcelony, gdzie miał zastąpić Michaela Laudrupa sprzedanego do Realu Madryt. Ale podbój Camp Nou mu się nie udał, tak jak wcześniejszy, również dwuletni pobyt na Santiago Bernabeu. Transfer z 1990 roku był jednak symboliczny dla całej Rumunii.

Hagi trafił do Steauy Bukareszt mając 21 lat, zaraz po tym jak w 1986 roku pokonała Barcelonę w finale Pucharu Europy. Zmienił klub z osobistego nakazu Nicolae Ceausescu, który kochał sukces sportowy jak każdy dyktator. Na kolejny finał Steaua wybrała się już z Hagim trzy lata później na Camp Nou, gdzie poległa z Milanem 0:4 po bramkach Ruuda Gullita i Marco van Bastena. W grudniu w Rumunii obalono komunizm wykonując wyrok śmierci na Nicolae Ceausescu. Hagi był pierwszym rumuńskim piłkarzem, który wyjechał do zagranicznego klubu.

Bukareszt z marca 1995 roku, gdy pojechała tam drużyna Henryka Apostela, był miastem okresu przejściowego - głęboko zaniedbanym. Milionerzy tacy jak Hagi odbywali podróż sentymentalną w rodzinne strony, gdzie kiedyś przy pomocy piłki wyrywali się z biedy. Po zwycięstwie 2:1 nad Polakami drużyna gwiazd ruszyła do ekskluzywnej dyskoteki. Tam do późna w nocy czekałem na Hagiego, by poprosić o chwilę rozmowy. Zdumienie piłkarza Barcy zadziałało na moją korzyść. Zaprosił mnie do restauracyjnej kuchni, by opowiedzieć o sentymencie do Polaków.

- Deyna, Gadocha i Lato, a potem Boniek byli bohaterami naszego dzieciństwa - mówił. Dodał, że to polscy piłkarze na mundialu w 1974 roku jako pierwsi potrafili obalić symbolicznie Żelazną Kurtynę. Dzieliła ona futbol na zachodni i wschodni, czyli lepszy i gorszy, lub też bogaty i biedny. Hagi miał wtedy 9 lat, patrzył z otwartymi ustami jak ludzie Wschodu, tacy jak on zaczynali coś znaczyć w światowej piłce. Na graczach z ZSRR nikt z jego pokolenia wzorować się nie chciał.

W 1995 roku trzydziestoletni Hagi wierzył, że weźmie jeszcze rewanż za feralny mecz ze Szwecją. Na Euro’96 Rumuni nie zdobyli punktu, dwa lata później na mundialu we Francji pokonali Anglię i Kolumbię, ale w drodze do ćwierćfinału pobili ich wspaniali wtedy Chorwaci (sięgnęli po brąz). „Maradona Karpat” dotarł jeszcze z drużyną do ćwierćfinału mistrzostw Europy w Belgii i Holandii wyprzedzając w grupie Anglię i Niemcy, ale nie dając rady Włochom. Przed turniejem stanął na czele buntu, który doprowadził do zmiany selekcjonera.

W 125 meczach dla Rumunii zdobył rekordową liczbę 35 bramek. Grał w sześciu wielkich turniejach między 1984 i 2000. rokiem opuszczając tylko mundial w Meksyku oraz Euro 88 i 92, gdy niezwykła generacja piłkarzy przepadała w kwalifikacjach. Złoty okres rumuńskiej piłki ma jego twarz. Odkąd rozegrał swój pożegnalny mecz, na który przybyli Cruyff, Platini, Butragueno, Ronald Koeman i Hugo Sanchez, reprezentacja Rumunii nigdy nie zagrała już w mistrzostwach świata.

poniedziałek, 05 czerwca 2017

Od narcystycznego indywidualisty, po lidera wielkiej drużyny - taką drogę przeszedł Cristiano Ronaldo, by zostać jednym z najlepszych piłkarzy w historii.

„Tylko nie tu. Wszędzie indziej, byle nie tu” - mówił po rewanżowym meczu z Bayernem. Tamtego wieczoru wbił hat-tricka, który dał Realowi półfinał Ligi Mistrzów. Emilio Butragueno, Zinedine Zidane, Paco Gento tłumaczyli mu, że gwizdy Santiago Bernabeu poznał każdy - nawet Don Alfredo di Stefano. W Madrycie tak już jest, że nawet największe zasługi piłkarzy, szybko idą w niepamięć. Kpił z tego stoper Gerard Pique, kiedy fani z Camp Nou pożegnali Barcelonę oklaskami po porażce z Juventusem zaledwie 24 godziny po tym, jak Real odprawił Bawarczyków.

Ale Ronaldo z gwizdami Bernabeu pogodzić się nie chce. Mimo 32 lat na karku, wielu doświadczeń, także trudnych. „Lustereczko powiedź przecie, kto jest najpiękniejszy na świecie”. Lustereczko latami odpowiadało, że Leo Messi uznawany za Mozarta piłki nożnej.

Portugalczyk marzy o tym, by mieć na Bernabeu status nietykalnego, na jaki Messi zapracował na Camp Nou. Porównywano ich niemal od początku. Argentyńczyk był znakiem firmowym Barcelony, wychowankiem tamtejszej szkoły „La Masia”, CR7 najemnikiem za blisko 100 mln euro o chorobliwie przerośniętym ego. Pierwszy był najlepszy, drugi najdroższy. Pierwszy skromny, nieśmiały, genialny, drugi pracowity i silny. Fizyczność CR7 była jego dumą, ale i przekleństwem, stąd wzięło się przekonanie, że kiedy mięśnie zaczną go zawodzić, błyskawicznie stoczy się w przeciętność.

Dziś wiadomo, że 32-latek zakpił sobie z tych przepowiedni. Wtedy w kwietniu, gdy Real rywalizował z Bayernem prezes Bawarczyków Karl Heinz Rummenigge zauważył, że z biegiem lat Portugalczyk zaczął w nim budzić sympatię. Przestał symulować, wymachiwać rękami, a poza boiskiem dopominać się uwielbienia. Każdy kibic piłki miał w pamięci garść jego bon motów w stylu: „Gwiżdżą na mnie, bo jestem bogaty, piękny i wspaniale gram w piłkę”.

CR7 w piłkę grał zawsze bardzo dobrze, ale był tak niemiłosiernie skupiony na sobie, że zdawało się, iż sport zespołowy wybrał przez przypadek. Jego strzeleckie rekordy podkreślały tylko kłopoty Realu. Messi pracował dla drużyny, Ronaldo dla siebie.

- W mojej mentalności nie ma miejsca na myślenie, że ktoś mógłby być lepszy ode mnie - mówił. A los jakby się uparł, by nauczyć go pokory. W lidze hiszpańskiej Real notorycznie oglądał plecy Barcelony. Nawet w jego mieście, stolicy Hiszpanii, do gardła skoczyło mu Atletico. Wybawieniem okazał się Puchar Europy. „Królewscy” odkurzyli slogan z lat 50-tych, że te rozgrywki zostały stworzone dla nich.

W czterech ostatnich sezonach Real zasiadł na europejskim szczycie trzykrotnie. Ronaldo oddał Messiemu tylko 2015 rok. Długo był hegemonem fazy grupowej, obijał hat-trickami słabeuszy. I nagle wszystko się zmieniło. Tym razem zdobył jesienią dwie bramki w Champions League. Przez 180 minut rywalizacji z Legią Warszawa nie pokonał Arkadiusza Malarza ani razu, choć jego koledzy zrobili to ośmiokrotnie. Strzelanie zaczął od ćwierćfinału, a i tak zdążył wyprzedzić Messiego w klasyfikacji najskuteczniejszych. Z dwoma bramkami w finale z Juventusem został królem strzelców Ligi Mistrzów po raz szósty w karierze.

Agent CR7 Jorge Mendes często powtarzał, że jego klient ma ambicję zostać nr 1 w historii piłki. Brzmiało to jak fanfaronada. Dziś już brzmi inaczej. CR7 wygrał Ligę Mistrzów cztery razy, tak jak Messi. Był mistrzem Europy z Portugalią, swoją piątą Złotą Piłkę, bardziej zasłużoną niż kiedykolwiek, odbierze na koniec roku i w tej dziedzinie też dorówna Argentyńczykowi. W Pucharze Europy wbił 106 bramek, w całej karierze 600. Na boisku przestał być podejrzewany o narcyzm i egoizm. Czy można go postawić w jednym rzędzie z Pele, Cruyffem, Diego Maradoną i Messim? Nie trzeba, ale można, bez względu na to, czy jest się jego wielbicielem, czy nie. Kiedy skończy grać zatęsknią nawet jego przeciwnicy.

niedziela, 04 czerwca 2017

Real Madryt znów jest numerem 1 na świecie. Stworzył własne legendy, rozbił obce legendy.

Jeśli było coś szokującego w finale w Cardiff, to siła i autorytet z jakim drużyna Zinedine’a Zidane’a unicestwiła każdy aspekt włoskiej organizacji gry. Juventus stracił więcej goli w 90 minut, niż wcześniej przez cały sezon rywalizacji w Lidze Mistrzów. Cristiano Ronaldo jest pierwszym piłkarzem, który zdobył bramki w trzech meczach finałowych (2008, 2014 i 2017), Zidane jest pierwszym trenerem, który obronił trofeum w erze Champions League, czyli ostatnim ćwierćwieczu. Piłkarze Massimiliano Allegriego nie mieli nawet nad czym boleć, czego opłakiwać. Odbili się od przeciwnika ogromnego. Musieli mieć uczucie podobne do tego, które towarzyszyło piłkarzom Manchesteru United w dwóch finałach z Barceloną w 2009 i 2011 roku. Z sześciu meczów finałowych Realu od 1998 roku, żaden nie był wygrany tak bezdyskusyjnie.

Florentino Pereza długo uważano za jednego z najbardziej niecierpliwych ludzi w europejskim futbolu. Podczas swojej pierwszej kadencji, kiedy galaktycznych dopadł kryzys, wymieniał trenerów nawet trzy razy w roku, zanim na początku 2006 roku wymienił siebie. 40 miesięcy później zszokował futbol raz jeszcze wracając na stanowisko z transferami za ćwierć miliarda euro. 22 maja 2010 roku finał LM miał się odbyć na Santiago Bernabeu, ale Ronaldo, Benzema, Ramos i Kaka przepadli w 1/8 finału z Lyonem. Pereza uratował Inter z Jose Mourinho, który w półfinale pokonał Barcelonę.

Podbijanie rynku transferowego i gromadzenie gwiazd długo miało się nijak do budowy wielkiej drużyny. Real zaczął żyć w głębokim cieniu Barcelony budowanej wokół wychowanego w La Masia Leo Messiego. Argentyńczyk sprawił, że to Katalończycy mogli się czuć królami Europy. „Królewscy” z Cristiano Ronaldo cierpieli kolejne upokorzenia.

Perez wciąż zmieniał, kupował, nauczył się sprzedawać i oduczył przepłacać, zważywszy na to, że Luka Modric, Toni Kroos i Casemiro, czyli cała obecna linia pomocy kosztowała w sumie 60 mln euro. Trzy triumfy w Champions League w cztery lata tworzą jeden z najświetniejszych okresów w historii klubu. Real kompletnie przyćmił Barcelonę w ostatnich dwóch sezonach. Juventus zrobił z Katalończykami w ćwierćfinale co chciał.

Dziś „Królewscy” są w końcu na szczycie, CR7 odbierze piątą Złotą Piłkę, by zrównać się z Messim. Królem strzelców Ligi Mistrzów był sześć razy, jest też rekordzistą w liczbie bramek zdobytych w rozgrywkach (106). Sam sobie zbudował pomnik. A Real - z pierwszym dubletem od 59 lat - znów ma drużynę, którą cały świat podziwia.

piątek, 02 czerwca 2017

Gdyby spojrzeć na dokonania krajowe, w finale Ligi Mistrzów w Cardiff mierzą się dwaj giganci. Jeśli na międzynarodowe, Real i Juventus dzieli przepaść.

25-letni pomocnik Michał Kopczyński wrócił do Legii z Wigier Suwałki. Jak wielki krok musiał wykonać 2 listopada 2016 roku, gdy w tunelu prowadzącym na boisko przy Łazienkowskiej 3 stanął obok Toniego Kroosa. Niemiecki mistrz świata budzi w nim największe podziw z wszystkich gwizd Realu Madryt. Realu, który sensacyjnie zremisował w Warszawie 3:3, sensacyjnie nie wygrał grupy w Lidze Mistrzów, ale zgodnie z przewidywaniami dotarł do finału w Cardiff.

Drużyna Zinedine’a Zidane’a zaczęła kampanię w obronie tytułu najlepszej drużyny Europy ocierając się o porażkę ze Sportingiem Lizbona na Santiago Bernabeu. „Królewscy” przegrywali do 89. min, a wtedy najpierw Cristiano Ronaldo, a potem rezerwowy Alvaro Morata odwrócili losy rywalizacji. Madryckie media miały jeszcze jeden dowód, że w Pucharze Europy nad Realem czuwa potężny duch opiekuńczy.

Zinedine Zidane jest najdalej o dwie godziny od statusu trenera, który w 18 miesięcy zdobył dwa razy najważniejsze trofeum. To niemal taki sam cud, jakby po jednym strzale zdobyć dwie bramki. Francuz pobierał nauki bardzo szybko, jeszcze przed finałem 2014 roku zdawało się wszystkim, że wciąż mógłby wybiec na boisko w Lizbonie. Real prowadził stateczny Carlo Ancelotti, jego asystent, zamiast patrzeć na gwiazdy z filozoficznej oddali, wolał na treningach uganiać się z nimi za piłką. - Dobrze mieć Zidane’a, bo zawodnicy go słuchają - mówił wtedy Ancelotti. Francuz wciąż zachowywał się jakby pewniej czuł się na murawie niż ławce trenerskiej.

Swoje obserwacje Zizou jednak zrobił. Ancelotti zaniedbał rotacje w składzie, uważał, że drużyna powinna mieć skład galowy, po to, by pielęgnować automatyzm między graczami. Włoch przegrał wiosnę 2015, bo przeliczył się z siłami. Zidane rotuje składem od początku swojej kadencji, nawet Ronaldo namówił na dozowanie wysiłku. Zmianom w składzie nie podlega właściwie tylko jeden piłkarz Realu. Toni Kroos ma w nogach w tym sezonie 4080 minut. Więcej niż Marcelo, który formalnie jako jedyny w kadrze nie ma zmiennika, bo trudno tak traktować Fabio Coentrao.

W 11 meczach tej edycji Ligi Mistrzów Niemiec wykonał zaledwie 51 niecelnych podań. W lidze hiszpańskiej skuteczność jego zagrań osiągnęła 92,2 procenta, w Champions League nawet 93,5. Wydaje się, że swoje błędy z ostatnich 12 miesięcy Niemiec mógłby wyliczyć z pamięci.

Latem 2014 roku, po triumfie na mundialu w Brazylii, Kroos postanowił opuścić Monachium. Co więcej mógł zdziałać w Bundeslidze? Ligę Mistrzów wygrał z Bayernem na Wembley rok wcześniej. Przenosiny do Madrytu były dla niego naturalnym krokiem, kiedyś mówił o tym, że jeśli nawet sportowo różnica między Bayernem i Realem jest minimalna, to medialnie bez porównania większa. Klub z Santiago Bernabeu to jedna z największych globalnych marek i Bayern jeszcze długo tak mocno kibiców w Azji, Afryce i Ameryce kręcił nie będzie.

Na Allianz Arena Kroos ustawiany był za napastnikiem, w Madrycie zajął miejsce przed obrońcami. Bywało, że grał jako defensywny pomocnik, ale jak mówi, jest mu wszystko jedno, byle jak najczęściej mieć kontakt z piłką.

Na jednym z ostatnich treningów przed wylotem do Cardiff spojrzał na nieprzerwany tłum dziennikarzy z całego świata, dziesiątki kamer i mikrofonów. - Zbliża się jakiś wielki mecz? - zapytał po angielsku wywołując powszechną wesołość.

Niemcy od dekad sprzedawali Hiszpanom dyscyplinę, poświęcenie, odpowiedzialność i dobrą organizację. Wyjątkiem był może ekscentryczny Bernd Schuster, który w Barcelonie, Realu i Atletico spędził 13 lat. Kroos ma podobne zalety na boisku i bez porównania mniej konfliktowy charakter. W dodatku Zidane bezgranicznie mu ufa. Jesienią Francuz chciał dać odpocząć Niemcowi w jakimś meczu. - Powiedział, że on w ogóle tego nie potrzebuje, bo regeneracja jego organizmu trwa tylko 24 godziny - opowiadał Zizou. Luka Modric więcej biega, Casemiro więcej walczy, Kroos najwięcej myśli na boisku. Nietrudno zgadnąć, który z nich uważany jest dziś za mózg królewskiej drużyny.

Kroos rządzi i dzieli w pomocy Realu stając się niemiecką wersją Xaviego Hernandeza. Hiszpan wyznał kiedyś, że niecelne zagranie sprawia mu wręcz fizyczny ból.

W sobotę w Cardiff Real stanie przed szansą na 12. Puchar Europy w swojej historii i trzeci w ostatnich czterech latach. Rywala ma nieprawdopodobnie mocnego - Juventus jest maszyną do wygrywania. 39-letni Gianluigi Buffon wyjdzie na Millennium Stadium licząc na katharsis po finałowych porażkach z Milanem w 2003 roku i Barceloną 24 miesiące temu. Triumf w Lidze Mistrzów wyznacza legendarnemu włoskiemu bramkarzowi szczyt kariery.

12 lat młodszy Kroos w finale zagra czwarty raz, ale odniósł już dwa zwycięstwa. Ostatnią porażkę w decydującym starciu Ligi Mistrzów Real zanotował 36 lat temu, gdy grali w nim Vincente del Bosque i Niemiec Uli Stielike. W minionych dwóch dekadach „Królewscy” docierali do ostatniego meczu w rozgrywkach pięciokrotnie i zawsze schodzili z boiska jako najlepszy zespół Europy. Można więc powiedzieć, że oni przegrywać finałów nie potrafią.

Wystarczy spojrzeć na piłkarską karierę Zinedine’a Zidane’a. Dopóki nosił biało-czarne pasy Juventusu Puchar Europy mu się wymykał. Gdy zmienił je na barwy królewskie, natychmiast zdobył trofeum.

Real grał w finale Pucharu Europy 14 razy i tylko trzykrotnie przegrał. Juve dotarło na ten etap rozgrywek ośmiokrotnie i tylko dwa razy podniosło trofeum. Jak na takich gigantów różnica jest wręcz ogromna.

poniedziałek, 29 maja 2017

53-letni Ernesto Valverde zastąpił Luisa Enrique na stanowisku trenera Barcelony. „Przyszedł czas na trudne wyzwanie” - powiedział podpisując kontrakt na dwa sezony. Ma przywrócić Katalończykom miejsce, które w ostatnich dwóch latach zajął Real Madryt.

Zwycięstwo w finale Pucharu Króla nad Alaves (3:1) dało zespołowi z Camp Nou trofeum pocieszenia. Kolejny wielki mecz Leo Messiego pozwolił wznieść najmniej ceniony z ważnych pucharów po raz 29. w historii klubu. Jego szefowie nie przewidzieli z tej okazji żadnych uroczystości z udziałem kibiców. W takich przypadkach Hiszpanie mawiają, że to trofeum spełniło rolę makijażu dla słabego sezonu.

Luis Enrique wytrwał na ławce Barcy trzy lata. Zdobył 9 trofeów: z czego Puchar Króla trzykrotnie. Tendencja była zniżkowa: w pierwszym sezonie potrójna korona (mistrzostwo, Liga Mistrzów, Puchar), w drugim podwójna (mistrzostwo i Puchar), w trzecim zespół gwiazd wypadł zdecydowanie poniżej oczekiwań. Już 1 marca Enrique ogłosił, że 36 miesięcy w klubie o tym rozmiarze ambicji i presji, wyczerpały jego siły. Liczył, że jego decyzja o odejściu zmobilizuje piłkarzy. Stało się to tylko na chwilę. Wtedy Barca pokonała PSG 6:1 i uratowała ćwierćfinał Ligi Mistrzów po porażce w Paryżu 0:4. Potem jednak Juventus nie dał jej szans na półfinał, a Real Madryt nie pozwolił się wyprzedzić w lidze, mimo iż Katalończycy wygrali klasyk na Santiago Bernabeu.

Enrique coraz częściej puszczały nerwy, prowadził nieustanną wojenkę z mediami. Jego następca to człowiek o nienagannych relacjach z dziennikarzami. Valverde jest powszechnie lubiany, uważa na słowa, potrafi się dogadać ze wszystkimi, choć z takimi gwiazdami jak Messi, Neymar, czy Luis Suarez rzecz jasna jeszcze nie pracował. Ostatnio prowadził Athletic Bilbao do siódmego miejsca w La Liga (poza strefą europejskich pucharów). To dobry trener, bez wielkich osiągnięć i wielkiego nazwiska.

Barcelona proponowała mu już pracę dwa razy, ale Valverde nie chciał zrywać kontraktów z poprzednimi klubami. Za trzecim razem się udało, nie przedłużył kontraktu z Athletic bez skandalu.

Jego charakter doskonale oddaje przydomek „Txingurri” - czyli po baskijsku „Mrówka”. Valverde nie jest Baskiem, urodził się w Extramadurze, ale jego rodzina przeniosła się do baskijskiej Vitorii, stąd do zawodowej piłki startował z Alaves. Zabłysnął jako piłkarz Espanyolu zajmując z nim miejsce na ligowym podium w 1987 roku. Rok później dotarł z nim do finału Pucharu UEFA, w którym klub z Katalonii ograł w pierwszym meczu Bayer Leverkusen 3:0, by przegrać rewanż 0:3 i gorzej strzelać rzuty karne (2:3).

W tym drugim meczu Valverde nie zagrał z powodu urazu. Kontuje sprawiły, że przepadła jego szansa na wielki futbol. W swojej książce „Moi piłkarze i ja” nieżyjąca legenda Barcy Johan Cruyff napisał, że Valverde był napastnikiem z tego gatunku, który najbardziej lubił. Urazy nie pozwoliły mu wygrać rywalizacji na Camp Nou z Julio Salinasem i Gary Linekerem. Gdy został pierwszy raz powołany do kadry Hiszpanii, uległ kontuzji na zgrupowaniu, za co jego trener w Athletic Bilbao miał ogromny żal do federacji.

Gdy Valverde skończył karierę przez sześć lat pracował z młodzieżą w Athletic w jednej z najlepszych i najsłynniejszych hiszpańskich akademii. Pierwszy zespół przejął od Niemca Juppa Heynckesa. Z Espanyolem w 2007 roku miał szansę zrobić to, co 19 lat wcześniej nie udało mu się jako piłkarzowi. W finale Pucharu UEFA zespół z Barcelony przegrał bratobójczy pojedynek z Sevillą. Znów po rzutach karnych.

Czy Valverde to trener o rozmiarze kapelusza godnym Barcelony? Z pewnością staje przed najcięższym testem w swoim życiu. Prezes klubu Josep Maria Bartomeu obiecał kibicom efektowne transfery: mówi się stoperze, prawym obrońcy (wychowany w Barcy Hector Bellerin z Arsenalu), by wychowanek Sergi Roberto mógł grać w pomocy. Z wielkich nazwisk padają: Marco Verratti (PSG), Philippe Coutinho (Liveropool) i Ander Herrera (Manchester United), tylko jak wyciągnąć graczy od tak wielkich i bogatych rywali?

W klasyfikacji najbogatszych klubów świata MU i Barcelona wyprzedziły niedawno Real Madryt. Tyle, że Real w ostatnich dwóch sezonach odebrał Barcy miejsce na europejskim szczycie. I właśnie Valverde ma je odzyskać.

środa, 24 maja 2017

Real Madryt wygrał wyścig z Barceloną, PSG i Manchesterem City. 16-letni Vinicius Junior, piłkarz Flamengo Rio de Janeiro przeniesie się na Santiago Bernabeu za rok lub dwa lata. Szokujący jest koszt tej operacji.

„Perła, która przybywa” - madrycki dziennik „Marca” nie miał wątpliwości, że brazylijskie dziecko zasługuje na zajęcie całego miejsca na jego okładce. I to teraz, gdy Cristiano Ronaldo z kolegami po pięciu latach odzyskali tytuł mistrza Hiszpanii i szykują się do finału Ligi Mistrzów w Cardiff. Ale kibice „Królewskich” przenieśli się w czasie aż do lata 2018 lub nawet 2019 roku, kiedy według umowy między Realem i Flamengo oraz zgodnie z przepisami FIFA zakazującymi zatrudniania nieletnich, Vinicius Junior przybędzie do Madrytu. Aby zaklepać sobie transfer nastolatka, królewski klub musi wydać 45 mln euro! Więcej z brazylijskich gwiazd piłki kosztował dotąd tylko Neymar (Barcelona) i Kaka (Real Madryt).

Ten pierwszy miał z transferem Viniciusa sporo wspólnego. W 2006 roku 14-letni wtedy Neymar był na testach w Realu, ale szefowie klubu nie zdecydowali się zapłacić pół miliona euro! Siedem lat później Neymar trafił do Barcelony i został jej gwiazdą. Do dziś nie wiadomo ile Katalończycy za niego zapłacili, ale jest to kwota bliska 100 mln. Nad zawiłościami tego transferu wciąż głowią się urzędy skarbowe i sądy.

Prezes „Królewskich” Florentino Perez odebrał stratę Neymara jako osobistą porażkę. Kolejną poniósł niedawno w wyścigu po 20-letniego Gabriela Jesusa, który za 32 mln euro trafił do Manchesteru City. Perez uznał, że do trzech razy sztuka. Real nie tylko zdecydował się wykupić Viniciusa Juniora z Flamengo za 45 mln euro, ale musiał przekonać zawodnika i jego rodzinę, że Madryt to dla niego najlepsze miejsce na ziemi. Szefowie klubu zaprosili całą rodzinę piłkarza do stolicy Hiszpanii, by olśnić ją warunkami w ośrodku Valdebebas, gdzie za dwa lub trzy lata Vinicius Junior będzie kontynuował karierę. Transfer negocjował Wagner Ribeiro, ten sam agent, który sprowadzał Robinho na Santiago Bernabeu, i który 11 lat temu przywiózł do Madrytu Neymara.

Real zapłaci kilka rat za Viniciusa Juniora: od razu 30 mln i 15 mln rozłożonych w czasie.

Oczywiście koszt operacji wzbudził wielkie poruszenie. - Widzicie jaki jest ten futbolowy rynek. Real zapłacił fortunę za dziecko - powiedział Pep Guardiola, trener Manchesteru City pytany jakich zmian dokona w klubie podczas letniego okna transferowego.

Transfer 16-latka to wielkie ryzyko. Czy się opłaci? Historia piłki pełna jest cudownych dzieci, które popadły w przeciętność i niczego nie osiągnęły. Pochodzący z Ghany 15-letni Amerykanin Freddy Adu miał być nowym Pele, dziś mając 27 lat nie znaczy w piłce nic. Dwa i pół roku temu Real kupił 16-letniego Norwega Martina Odegaarda, pozwolił mu nawet zadebiutować w pierwszym zespole, ale potem odesłał do holenderskiego klubiku Heerenven. 17-letni Belg Adnan Januzaj był wschodzącą gwiazdą Manchesteru United, gdy prowadził go legendarny Alex Ferguson, ostatni sezon spędził w Sunderlandzie, gdzie nie zdobył bramki.

Kim jest Vinicius Junior? Agenci usłyszeli o nim w 2015 roku, gdy Brazylia wygrała mistrzostwa Ameryki Płd w kategorii do lat 15. 14-letni Vinicius został królem strzelców: zdobył 6 goli i miał 5 asyst w sześciu meczach. Już wtedy Nike podpisało z nim kontrakt. Półtora roku później Brazylia była najlepsza w kontynentalnych mistrzostwach do lat 17 rozgrywanych w Chile. Vinicius zdobył 7 bramek i oprócz tytułu króla strzelców został uznany za najlepszego gracza imprezy. Kibice zapamiętali jedną z akcji w meczu z Paragwajem, gdy Vinicius założył „sombrero” (czyli przerzucił piłkę nad głową) trzem kolejnym rywalom. „Oto rodzi się nowa wielka gwiazda brazylijskiej piłki” - wykrzyczał wtedy komentator brazylijskiej telewizji.

Kibice chętnie w to uwierzyli. Gdy 14 maja Vinicius debiutował w pierwszej drużynie Flamengo 50 tys fanów na legendarnym stadionie Maracana skandowało jego imię. Tak rodzą się legendy. Czas pokaże czy prawdziwe. Niezliczeni fani Flamengo najbardziej popularnego klubu w Brazylii długo czekają na gwiazdę. Poprzednią był Adriano, genialny napastnik, który wielki talent przebalował.

Skromną siedzibę klubu zdobi odlany w brązie pomnik Zico - największej gwiazdy w historii Flamengo. Ten sam Zico, dziś trener, przestrzega, by świat nie wywarł zbyt wielkiej presji na Viniciusa. By pozwolił mu się spokojnie rozwijać. Inny gwiazdor „Canarinhos” Bebeto uważa, że kluczowa jest rodzina, która powinna teraz chronić nastolatka. - Znam tego chłopca i jego bliskich. To dobrzy, rozsądni ludzie - zapewnia.

Wkrótce Flamengo ma ogłosić, że przedłuża kontrakt z Viniciusem do 2022 roku. Ale będzie grał w nim do 2018 roku, aż zostanie pełnoletni. Wtedy Real zdecyduje, czy bierze go na Santiago Bernabeu, czy wypożycza na kolejny rok. Kim będzie wtedy cudowne dziecko? Następcą Neymara, czy następnym zaprzepaszczonym talentem? Póki co Real świętuje, że transferowy wyścig z Barceloną tym razem udało się wygrać. Klub już ubezpieczył nogi Viniciusa, gdyby podczas dalszego ciągu kariery w lidze brazylijskiej przytrafiła mu się ciężka kontuzja.

Tagi: real
14:06, wod
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 maja 2017

Po pięciu latach Real Madryt odzyskał tytuł mistrza Hiszpanii. Tego samego dnia Juventus Turyn przedłużył passę zwycięstw we włoskiej Serie A do sześciu. 3 czerwca w Cardiff zderzą się w finale Ligi Mistrzów.

- Mam ochotę wskoczyć na stół i zatańczyć - wyznał roześmiany od ucha do ucha Zinedine Zidane. I dodał, że to najszczęśliwszy dzień w jego życiu, odkąd zostałem trenerem Realu Madryt. 17 miesięcy temu, gdy prezes Florentino Perez zwalniał Rafaela Beniteza, by powierzyć los rozbitej drużyny w ręce Francuza, na konferencji prasowej zjawiła się cała rodzina Zidane’ów. Hiszpańska żona Zinedine’a Veronique Fernandez, była modelka, tancerka i mażoretka, włożyła na tę specjalną okazję czerwoną suknię. W podniosłej chwili ojca wspierali też czterej synowie: Enzo, Luca, Elyaz i Theo trenujący w sekcjach juniorskich królewskiego klubu. Wszyscy chcieli pokazać, że ich serca biją dla Realu.

Veronique, która wyszła za Zinedine’a 24 lata temu nigdy nie interesowała się futbolem. Poznali się w 1991 roku, gdy syn emigrantów z Algierii był jeszcze mało znanym piłkarzem AS Cannes. Rodzice Veronique pochodzą z hiszpańskiej Almerii, przenieśli się do Paryża w poszukiwaniu lepszego życia. Kiedy w 2001 roku Zizou podpisywał kontrakt z Realem, jego rodzina sprowadziła się do Madrytu, skąd już się nie ruszyła. Nawet wtedy, gdy Zizou zaraz po traumatycznym zakończeniu mundialu w Niemczech w 2006 roku (w finale Francja - Włochy uderzył głową Marco Materazziego i wyleciał z czerwoną kartką) ogłosił, iż definitywnie zrywa z kopaniem piłki.

Dla Florentino Pereza przyjaźń Zidane’a była bezcenna. Z nim konsultował się wiosną 2009 roku, gdy postanowił wrócić na stanowisko prezesa Realu. Zizou był kochany przez wymagających kibiców z Santiago Bernabeu, jego poparcie pomogło Perezowi odzyskać władzę w klubie. Wtedy zawarli umowę, że Zidane ma zdobyć wykształcenie trenerskie, by w odpowiedniej chwili Perez powierzył mu królewską drużynę.

Ta chwila nadeszła 4 stycznia 2016 roku. Perez nie zważał na protesty sceptyków przestrzegających go, że Zizou nie poradził sobie nawet jako trener trzecioligowych rezerw Realu.

- Dobrze mieć przy sobie Zidane’a, bo piłkarze go słuchają - tłumaczył trzy lata temu Carlo Ancelotti. Francuz był jego asystentem w Realu. W 2014 roku, po 12 latach oczekiwania, razem zdobyli „La Decima” - 10. w dziejach klubu Puchar Europy. To prawda, że Cristiano Ronaldo, czy Sergio Ramos - czyli dzisiejsi liderzy Realu wciąż widzą w Zizou idola swojej młodości. Gdy zdobywał dla Realu słynnego gola w finale Ligi Mistrzów 2002 roku, Ronaldo miał 17 lat, Ramos 16. I jak wszyscy wtedy podziwiali Francuza.

Jego bajeczna technika przetrwała próbę czasu. Gdy pracował jako asystent Ancelottiego brał udział w wewnętrznych gierkach na treningu. I wciąż świetnie sobie radził wśród obecnych gwiazd królewskich.

Zidane do dziś kaleczy hiszpański. Mówi w tym języku słabo, jak na kogoś mieszkającego w Madrycie 16 lat. Konferencje prasowe z nim są mało błyskotliwe, Francuz powtarza oczywistości. Stąd część dziennikarzy uważa, że jego charyzma to wyłącznie efekt dawnych dokonań na boisku.

Ale to pozory. Zidane jako pierwszy trener potrafił przekonać Cristiano Ronaldo, by przestał obsesyjnie myśleć o swoich strzeleckich rekordach. Gdy po ciężkiej kontuzji kolana w finale Euro 2016 Portugalczyk chciał przyspieszyć rehabilitację, by zdążyć na 9 sierpnia na mecz Realu z Sevillą o Superpuchar Europy, francuski trener oznajmił, że nie ma takiej potrzeby. - Będę cię potrzebował w maju. Wtedy masz być zdrowy i w szczycie formy fizycznej - powiedział. CR7 miał się oszczędzać, by służyć drużynie wtedy, gdy będą się ważyły losy najważniejszych trofeów: w lidze hiszpańskiej i Lidze Mistrzów.

Ronaldo wrócił do gry dopiero 10 września, czyli miesiąc po Superpucharze, który Real zdobył bez niego. Z 59 meczów rozegranych przez drużynę w tym sezonie, Zidane dał 32-letniemu Portugalczykowi wolne w 11. W poprzednich latach było to nie do pomyślenia, bo CR7 był tak pazerny na grę i gole. Teraz strzelał nie na ilość, ale na jakość. Z 40 bramek dla Realu aż 14 zdobył w kwietniu i maju. Rozstrzygnął ćwierćfinał Ligi Mistrzów z Bayernem (pięć bramek) i półfinał z Atletico (trzy). To on strzelił pierwszego gola w niedzielnym meczu z Malagą, gdy Real zapewniał sobie tytuł mistrzowski.

Zidane potrafił zarządzać siłami i ambicjami wszystkich graczy Realu. Buntował się tylko Kolumbijczyk James Rodriguez, reszta była posłuszna decyzjom trenera. Sergio Ramos, który ma równie wielkie ego jak Ronaldo, seryjnie zdobył w tym sezonie gole w ostatnich minutach, czym w lidze uratował Realowi aż 9 pkt. Bez nich nie byłoby tytułu.

„Królewscy” byli królami ostatnich 10 minut meczów, kiedy zwykle zadawali rywalom decydujące ciosy. Jeśli przegrywali to z wielkimi: Barceloną, Sevillą i Valencią, tymczasem broniący tytułu Katalończycy polegli z przeciętniakami w Maladze, La Corunii, Vigo, czy na Camp Nou z Alaves. I to sprawiło, że po pięciu latach tytuł mistrzowski wrócił na Santiago Bernabeu.

Frajda jest wielka. Zizou wyznał, że cieszy się bardziej niż po zwycięstwie przed rokiem w Lidze Mistrzów. „Byłeś najlepszym piłkarzem, jesteś najlepszym trenerem” - pod takim hasłem świętują piłkarze i kibice klubu z Santiago Bernabeu.

3 czerwca w Cardiff Zidane poprowadzi Real przeciw innemu swojemu byłemu klubowi Juventusowi Turyn mając realną szansę jako pierwszy obronić trofeum w erze Ligi Mistrzów. Także w niedzielę, gdy biała część Madrytu ruszyła pod fontannę Kybele ogarnięta wielkim wybuchem radości, „Stara Dama” zapewniła sobie szósty z rzędu tytuł mistrza Włoch. Takiej serii nie miał dotąd nikt: ani we Włoszech, ani Hiszpanii, ani w Niemczech, gdzie przecież Bayern ekonomicznie bije rywali na głowę. I pomyśleć, że klub z Turynu dokonał tego zaledwie dekadę po tym, jak wydobył się z drugiej ligi, gdzie zdegradowano go za udział w aferze Calciopoli.

Największy symbol Juve Gianluigi Buffon mógł zostać kolegą z boiska Zinedine’a Zidane’a. Ale tamtego lata 2001 roku, gdy klub z Turynu kupił go z Parmy za rekordowe do dziś dla bramkarza 52 mln dolarów, Real zapłacił za Francuza 65 mln dol. Po 16 latach drogi legend skrzyżują się w Cardiff. Zanim Zizou wygrał Ligę Mistrzów z Realem (2002), przegrał dwa finały z Juventusem (1997 i 1998). Mówiono wtedy, że nie dorósł do wielkich meczów. Francuz obalił potem tę teorię kilka razy.

wtorek, 16 maja 2017

Remis w Vigo i zwycięstwo w Maladze, albo odwrotnie. Cztery punkty w cztery dni zapewnią Realowi odzyskanie tytułu mistrza Hiszpanii. Trzy kroki dzielą Królewskich od powrotu do raju, który opuścili 59 lat temu.

Latem Sergio Ramosowi wyrwało się stwierdzenie, że batalia o przerwanie hegemonii Barcelony w lidze hiszpańskiej jest dla Realu ważniejsza od obrony tytułu w Lidze Mistrzów. Kapitan „Królewskich” wyrażał uczucia większości kibiców. Na europejski szczyt drużyna wdrapała się dwa razy w ostatnich trzech sezonach. Tymczasem w swoim kraju nie przestała cierpieć upokorzeń. Barcelona - symbol separatystycznej Katalonii - zdobyła sześć tytułów mistrza Hiszpanii w ostatnich ośmiu latach. Realowi udało się to w tym okresie zaledwie raz.

Kiedy na początku stycznia 2016 roku prezes Florentino Perez zdecydował się zwolnić trenera Rafaela Beniteza, Real był trzeci w tabeli za Atletico i Barceloną zaledwie jeden punkt przed czwartym Villarreal. Zinedine Zidane stanął na czele drużyny rozbitej. Potwierdziła to porażka w jego pierwszych derbach Madrytu, po których Francuz publicznie oskarżył piłkarzy o to, że nie podjęli walki. Jako trener Zidane nie miał żadnych osiągnięć. Rezerwy klubu utrzymał w trzeciej lidze. I tyle.

Miał jednak jedną kluczową cechę, nie jest piłkarskim technokratą jak jego poprzednik wierzący w zbawienną moc zawiłości taktycznych. Zizou sam był wielkim graczem i od początku wierzył w talent swoich następców. Real to drużyna gwiazd, której trzeba było pozwolić rozwijać skrzydła. W 145 dni zaowocowało to triumfem w Pucharze Europy. W finale w Mediolanie „Królewscy” pokonali Atletico, to samo, które trzy miesiące wcześniej obnażyło brak motywacji i apatię w ich szatni.

Pod kierunkiem Zizou Real stał się maszynką do wygrywania. Zaliczył rekordową w hiszpańskim futbolu serię 40 spotkań bez porażki. W ostatnich 62 meczach nigdy się nie zdarzyło, żeby zespół Realu nie zdobył bramki.

Zidane rotuje składem, więc gracze podstawowego składu mają kiedy odpocząć. Francuz ma najmocniejszą ławkę rezerwowych w klubowej piłce, wartą ponad ćwierć miliarda euro. 32-letni Ronaldo przestał bić indywidualne rekordy, ale jego bramki i gra służą drużynie lepiej niż kiedykolwiek.

I tak Real dotarł do momentu w tym sezonie, gdzie jest o krok od przełamania dwóch barier. W środę gra zaległy mecz w Vigo, w niedzielę kończy ligę w Maladze. Jeśli zdobędzie w tych dwóch spotkaniach 4 pkt, odzyska tytuł najlepszej drużyny Hiszpanii.

Potem zostanie mu już tylko czerwcowy finał Ligi Mistrzów z Juventusem Turyn. Jest szansa, by w erze Champions League ktoś w końcu obronił tytuł. Gdyby te trzy ostatnie mecze sezonu przebiegły po myśli Zidane’a, Real zakończyłby go w podwójnej koronie: pierwszy raz od 59 lat był najlepszy i w kraju i w Europie.

W tamtej legendarnej drużynie z 1958 roku grali tak mityczni piłkarze jak Raymond Kopa, Alfredo di Stefano, Paco Gento i Ferenc Puskas. Obecny prezes Realu Florentino Perez oglądał ich z otwartymi ustami jako 11-latek. Wiele lat później plakat tamtej drużyny zawisł na ścianie w jego biurze przypominając szefowi największej w Hiszpanii firmy budowlanej, o jego marzeniu z dzieciństwa. Perez chciał wskoczyć w buty legendarnego prezesa Santiago Bernabeu i stworzyć w Realu drużynę na wzór tej sprzed prawie sześciu dekad.

Z tą myślą sprowadził do Madrytu Zidane’a i innych gigantów takich jak Luis Figo, Brazylijczyk Ronaldo, czy David Beckham. „Galaktyczni” wygrali Ligę Mistrzów w 2002 roku po czym popadli w głęboki kryzys, a Perez trzy i pół roku po tamtym wielkim sukcesie podał się do dymisji. Wracał latem 2009 roku, zaraz po tym jak Barcelona zdobyła potrójną koronę, a w meczu gigantów na Santiago Bernabeu upokorzyła Królewskich sześcioma golami. Perez wydał od tamtej pory na transfery prawie 700 mln euro, ale trzeba było ośmiu lat pracy aż pięciu trenerów, by Real wyleczył się z kompleksu Barcelony.

czwartek, 11 maja 2017

3 czerwca w Cardiff w finale Ligi Mistrzów zderzą się dwie legendarne firmy: Real Madryt, który jest hegemonem rozgrywek i Juventus Turyn, który wycierpiał w nich najwięcej ze wszystkich.

Slalom Karima Benzemy między Diego Godinem, Stefanem Savicem i Jose Gimenezem przeszedł do historii Pucharu Europy. Trzej środkowi obrońcy Atletico Madryt, którzy obrzydzili życie dziesiątkom napastników, zostali wkręceni w ziemię przez Francuza - paradoksalnie piłkarza cieszącego się ostatnio najmniejszym uznaniem kibiców Realu Madryt. Dobiegała końca 43. minuta rewanżu na Vicente Calderon. Atletico prowadziło 2:0 i wciąż miało prawo marzyć o finale w Cardiff, kiedy rajd Benzemy i gol Isco ostatecznie rozstrzygnęły sprawę. „Królewscy” w obecności 55 tys fanów lokalnego rywala przedłużyli nadzieje na 12. tytuł najlepszej drużyny Europy. „Te rozgrywki zostały stworzone dla Realu” - przekrzykiwały się hiszpańskie media.

Faktycznie. Klub z Santiago Bernabeu zagra w finale Pucharu Europy po raz 15. - to oczywiście rekord. I tylko trzy razy przegrał: w 1962 roku z Benfiką, dwa lata później z Interem Mediolan i w 1981 roku z Liverpoolem. Odkąd ćwierć wieku temu powołano rozgrywki Ligi Mistrzów, „Królewscy” docierali do finału pięciokrotnie i zawsze zwyciężali. Era Realu rozpoczęła się w Amsterdamie 28 maja 1998 roku od sensacyjnej wygranej z Juventusem 1:0. To był czas, gdy w rozgrywkach dominowały kluby włoskie.

Piłkarzem Juve był wtedy Zinedine Zidane, którego prezes Realu Florentino Perez uczynił najdroższym piłkarzem świata trzy lata później. To był drugi wielki transfer ery galaktycznej, której szczytowym momentem był finał Ligi Mistrzów na Hampden Park w Glasgow, gdzie spektakularny wolej Zidane’a dał „Królewskim” dziewiąty tytuł najlepszej drużyny Europy. Aby wywalczyć jubileuszowy, trzeba było czekać długie 12 lat. W 2005 roku w 1/8 finału Real wyeliminował Juventus, co zapoczątkowało fatalną passę sześciu porażek klubu z Madrytu na tak wczesnym etapie rywalizacji.

Na Santiago Bernabeu wciąż importowano największe gwiazdy. Porażka z Lyonem w walce o ćwierćfinał 2010 roku zdarzyła się, gdy na Santiago Bernabe pojawili się już Cristiano Ronaldo i Karim Benzema. Szybko nastał czas hossy, do dziś „Królewscy” nigdy nie przepadli w Lidze Mistrzów przed półfinałem. W 2014 i 2016 roku pokonali w finale Atletico dzięki czemu w klasyfikacji najlepszych drużyn ery Champions League wyprzedzili Barcelonę, która zaliczyła w tym czasie cztery triumfy.

Kiedy za cztery tygodnie obaj giganci zjadą do Cardiff, kibice Realu będą się czuli jakby przybyli po swoje. Ostatni finał ich klub przegrał 36 lat temu, większość z nich nie będzie mogła nawet tego pamiętać. Klub z Turynu motywację ma akurat przeciwną - przerwać fatum ciążące nad nim. Z ośmiu finałów Pucharu Europy przegrał aż sześć - więcej niż ktokolwiek inny. Legendarny 39-letni bramkarz Gianluigi Buffon wydłuża karierę, by sięgnąć wreszcie po upragnione trofeum. Zdobył siedem tytułów mistrza Włoch, w Lidze Mistrzów przeżył traumę dwóch finałowych porażek - z Milanem w 2003 roku i z Barceloną dwa lata temu. W półfinale 2015 roku Juventus wyeliminował Real dzięki bramce wychowanka „Królewskich” Alvaro Moraty, który tego lata wrócił na Santiago Bernabeu.

Drużyna Massimiliano Allegriego była budowana inaczej niż Real. Długo nie kupowała gwiazd, raczej dawała szansę piłkarzom poturbowanym, których odrzucił inny potentat (jak Morata). Sami Khedira przyszedł za darmo z Realu, gdzie odmawiano mu statusu gwiazdy. Od Mario Mandżukica Bayern Monachium wolał Roberta Lewandowskiego, Chorwat nie sprawdził się też w Atletico Madryt. Kontrakt z Juve podpisał latem 2015 roku po tym jak klub z Turynu przegrał finał z Barceloną. Tego samego lata sprowadzono wschodzącą gwiazdę Serie A Paulo Dybalę. I dopiero 10 miesięcy temu klub z Turynu zdecydował się na transfer, który wstrząsnął światową piłką. Za Gonzalo Higuaina właściciele Juventusu dali 90 mln euro. Mieli jednak z czego płacić, bo Manchester United zapłacił im francuskiego pomocnika Paula Pogbę za rekordową kwotę 105 mln euro.

Wielki, niespodziewany prezent klubowi z Turynu zrobiła Barcelona, która oddała za darmo 33-letniego Daniego Alvesa uważanego na Camp Nou za zgraną kartę. Alves rozstrzygnął półfinał z Monaco niemal w pojedynkę (gol i trzy asysty).

A więc w Cardiff zmierzy się drużyna gwiazd, której ławka rezerwowych warta jest według transfermarkt 250 mln euro. Przy tym portal wycenia Marco Asensio na 15 mln euro, a wiadomo, że Real uważa, że warty jest cztery razy tyle.

Klub z Turynu operuje kwotami bez porównania mniejszymi. Ale krok po kroku stworzył maszynę do wygrywania. W tej edycji Ligi Mistrzów Buffon puścił trzy bramki, w fazie pucharowej zaledwie jedną, kiedy w półfinałowym dwumeczu z Monaco Włosi prowadzili 4:0. Real stracił 17 bramek, ale zdobył aż 32 o 12 więcej od Juve. Zespół z Turynu, choć mocarny w defensywie, ma też ogromny potencjał ofensywny. Potrafi grać w ataku pozycyjnym, z kontry, wysokim pressingiem - umie wszystko. Jest też lepiej zorganizowany niż Real bazujący na geniuszu jednostek. Jeśli ktoś ma wreszcie obronić trofeum w erze Ligi Mistrzów to najlepszym kandydatem są „Królewscy”.

środa, 10 maja 2017

40 tys kibiców na Vicente Calderon nie ruszyło się z miejsc po sobotnim meczu ligowym z Eibarem. Zgotowali piłkarzom Diego Simeone gorącą owację, zagrzewając ich do walki przed dzisiejszym starciem z Realem Madryt. Stawką jest finał Ligi Mistrzów w Cardiff.

 „To był tak czarny dzień dla Atletico, jak czarny był kolor jego koszulek” - napisał dziennik El Pais. 2 maja 2017 roku to jedna z najboleśniejszych dat najnowszej historii klubu z Vicente Calderon. Hat-trick Cristiano Ronaldo w pierwszym meczu półfinału Ligi Mistrzów rzucił drużynę Diego Simeone na kolana. Argentyński trener robił co w jego mocy, by wiara w możliwość odwrócenia losów rywalizacji nie przepadła. Mówił o tym, że w jego sercu i mentalności jego piłkarzy nie ma miejsca na niemożliwe. Kiedy obolała po porażce 0:3 drużyna wróciła do pracy, na stadionie powitał ją transparent „Aż do śmierci, moi się jej nie obawiają”. To cytat z Simeone, Argentyńczyk powiedział niedawno te słowa w telewizji.

Nastrój przygnębienia mieszał się z frustracją i wzburzeniem. Granice przekroczył jednak pomocnik Saul Niguez, który napisał na twitterze odezwę do kibiców Atletico. „Wy zabilibyście dla nas, my umrzemy dla was”. W Hiszpanii wywołało to wielkie poruszenie. Przecież w listopadzie 2014 roku ultrasi z tak zwanego Frente Atletico zatłukli w bójce fana Deportivo. Zdanie Saula odebrano jako podżeganie do przemocy. Emocje przed dzisiejszym rewanżem z Realem są ekstremalne, ale „wojna” ma ograniczyć się do boiska.

To prawda, że w ostatnich czterech latach w Lidze Mistrzów Atletico wycierpiało przez bogatszego sąsiada bardzo wiele. Dwa razy przegrało w finałach w Lizbonie (2014 po dogrywce) i Mediolanie (2016 po karnych). W 2015 roku w ćwierćfinale Real wygrał dwumecz 1:0, Atletico straciło jedyną bramkę grając w dziesiątkę. Rywalizacja zawsze była ekstremalnie zacięta, ale zawsze kończyła się łzami i frustracją dla piłkarzy i fanów z Vicente Calderon.

2 maja Atletico jechało na Santiago Bernabeu z postanowieniem rewanżu. Simeone mówił, że morale jego zespołu jest niezniszczalne. Porażka 0:3 była więc wyjątkowo dotkliwa. Szansa na finał w Cardiff przepadła? Ku pokrzepieniu serc pomocnik Koke przypomniał, że 7 lutego 2015 roku w meczu ligowym Atletico pokonało Real na Vicente Calderon aż 4:0.

„Colchoneros” lubią przedstawiać Real jako klub, w którym nadrzędną wartością są pieniądze. - Wygląda, jakbyśmy wszyscy wychowali się w Beverly Hills - żartował kapitan „Królewskich” Sergio Ramos. - Ale my jesteśmy skromnymi chłopakami. Jedziemy na Vicente Calderon z pokorą, zapominając o przewadze z pierwszego meczu. I chcemy wygrać. Atmosfera na trybunach? Niech będzie tak samo gorąca jak była na Santiago Bernabeu.

Dziś legendarny stadion Atletico żegna się z derbami Madrytu. W następnym sezonie klub przenosi się na nowy obiekt. Z tej okazji dziennik „El Pais” napisał reportaż o pobliskim barze „Kolonia”, w którym od dziesięcioleci przy krewetkach i piwie piłkarze Atletico świętowali swoje sukcesy. Bywał tam nieżyjący już Luis Aragones, który zdobył bramkę w finale Pucharu Europy z Bayernem w 1974 roku. Atletico czekało na kolejny finał 40 lat. I znów go przegrało - z Realem.

Być może dziś na boisko wróci kontuzjowany prawy obrońca Juanfran. To dla Atletico kluczowe, bo w pierwszym meczu atakowało Real właściwie wyłącznie lewym skrzydłem.

Triumf w Champions League jest obsesyjnym marzeniem „Colchoneros”: Simeone, piłkarzy, kibiców. Wygląda jednak na to, że znów się nie uda. Real jest teraz w wielkiej formie, na ławce u Zinedine’a Zidane’a siedzą piłkarze warci dziesiątki milionów. W dodatku grają jak z nut, kiedy trener puszcza ich na boisko. W sobotnim spotkaniu ligowym w Grenadzie James Rodriguez i Alvaro Morata zdobyli cztery bramki w pół godziny. Zizou rotuje składem, stąd piłkarze podstawowej jedenastki są zdrowi i wypoczęci. Zagrali w sobotę w lidze o 401 minut mniej niż gracze Simeone.

Zidane posłał przeciw Granadzie zaledwie dwóch zawodników podstawowego składu. A przecież Real bije się z Barceloną o tytuł mistrza Hiszpanii. Trener ufa rezerwowym bezgranicznie, Morata strzelił przecież więcej bramek niż podstawowy napastnik Karim Benzema.

Real zdobywał gole w 60 poprzednich meczach. Jeśli strzeli dziś na Vicente Calderon, wyrówna rekord Bayernu Monachium. I zmusi Atletico do wygrania aż 5:1! Misja niemożliwa.

Po sobotnim, wymęczonym zwycięstwie nad Eibarem 1:0 w lidze, fani z Vicente Calderon pozostali na trybunach. Zgotowali piłkarzom Simeone taką owację, że ci musieli wrócić z szatni na boisko. Atletico pragnie wielkiego rewanżu, ale czy jest dziś na świecie drużyna zdolna w tak ważnym meczu pokonać Real 4:0?

Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac