blog Darka Wołowskiego
RSS
wtorek, 03 kwietnia 2018

- A może byliśmy zbyt pewni siebie? - zastanawia się Gianluigi Buffon wspominając przegrany 1:4 finał w Cardiff. 300 dni później Real Madryt znów staje na drodze Juventusu Turyn tym razem w ćwierćfinale Ligi Mistrzów.

Napastnik Juve Paulo Dybala przyznaje, że koszmar Cardiff prześladuje go do dziś. Buffon opowiada, że gdyby dało się cofnąć czas, wolałby jeszcze raz zagrać tamten mecz z Królewskimi, niż baraż ze Szwedami o udział Włoch w rosyjskim mundialu. Piłkarze, nawet ci najbardziej legendarni, bywają nienasyceni. 40-letni Buffon, najdroższy bramkarz w historii, który był mistrzem świata, wciąż marzy o pierwszym triumfie w Lidze Mistrzów. W finale przegrał już trzy razy (2003, 2015, 2017).

300 dni temu szansa wydawała się ogromna. Ale i skala trudności wyjątkowa. Real Madryt to najbardziej utytułowany klub w najważniejszych klubowych rozgrywkach, który aż 15 razy docierał do finału. I zaledwie trzy razy przegrał. Juventus przeciwnie. Jest drużyną, która aż siedmiokrotnie przeżywała koszmar porażki w najważniejszym meczu sezonu. To niechlubny rekord rozgrywek, opisujący dramat wielkiego klubu.

W Cardiff 23-letni Dybala miał rzucić wyzwanie Cristiano Ronaldo. 8,5 roku starszy Portugalczyk przyćmił dwoma golami Argentyńczyka polskiego pochodzenia. O skalę talentu Dybali wciąż trwają spory. Selekcjoner Argentyńczyków Jorge Sampaoli wymyślił, że Paulo nie jest mu w drużynie narodowej potrzebny, bo na boisku zachowuje się jak kopia Leo Messiego. Znacznie mniej udana od oryginału.

W Juventusie Dybala wyrasta jednak na gwiazdę. To on zdobył pierwszą bramkę w ostatnim meczu ligowym z Milanem. Klub z Turynu wygrał 3:1 tracąc jedynego gola po strzale Leonardo Bonucciego, swojego byłego stopera sprzedanego latem na San Siro za 40 mln euro. Transfer wydawał się kuriozum. 30-letni lider defensywy mistrza Włoch odchodził do zespołu znacznie słabszego zostawiając po sobie w Turynie wielką dziurę.

Ale nawet z Bonuccim w składzie Juventus nie dał rady Realowi 300 dni temu. W drugiej połowie finału na Millennium Stadium Buffon aż trzy razy wyciągał piłkę z siatki. Nie miał żalu do losu, choć dwa razy po strzałach Ronaldo i Casemiro rykoszety uniemożliwiły mu interwencje. W Cardiff wygrała po prostu lepsza drużyna. 40-letni włoski gigant otwarcie to przyznaje.

- Wystarczy spojrzeć na historię Realu, czyli 12 tytułów najlepszego w Europie, a także jego współczesność, czyli trzy triumfy w Champions League w ostatnich czterech latach, żeby się przekonać kto jest numer 1. I to bez dyskusji - mówi bramkarz Juve.

W sobotę w starciu z Milanem był o 16 minut od pobicia własnego rekordu ligi włoskiej. Nie puścił bramki przez 957 minut. Kiedy w marcu 2016 roku poprawił wynik Sebastiano Rossiego (973 minuty bez gola) napisał płomienny list do bramki pod tytułem „Będę cię bronił do końca”.

Passy Buffona dużo mówią o grze Juventusu, wielkiej drużyny, która osiągnęła mistrzostwo przede wszystkim w psuciu, obrzydzaniu gry swoich rywali. Klub z Turynu jest liderem Serie A, zmierzając po siódme kolejne scudetto. To ewenement w wielkich ligach Europy. Kiedy po porażce w Cardiff z Realem załamany trener Massimiliano Allegri rozważał czy podać się do dymisji, wizja siódmego z rzędu triumfu w Serie A ostudziła jego emocje.

Co się zmieniło u obu gigantów od ich ostatniego pojedynku 3 czerwca 2017 roku? - Wtedy miałem 39 lat, dziś mam 40 - żartuje Buffon. Po kłopotach z początku sezonu Juve znów gra znakomicie. W ostatnich 10 meczach Serie A „Stara Dama” straciła dwa punkty i tylko jedną bramkę.

O Realu można powiedzieć coś podobnego. Miał fatalną jesień, kiedy zaprzepaścił szansę na Puchar Króla i obronę tytułu mistrza Hiszpanii, ale w ostatnich 10 kolejkach ligowych zdobył o trzy punkty więcej niż lider z Barcelony. Cristiano Ronaldo przeżył swój kolejny futbolowy pogrzeb. Spekulowano, że to koniec 33-letniego Portugalczyka, kiedy parę miesięcy temu jego licznik ligowy zatrzymał się na ledwie dwóch zdobytych bramkach. Sfrustrowany gwiazdor założył się wtedy z kolegami z drużyny, że zdobędzie jeszcze tytuł króla strzelców. Teraz jest na drugiej pozycji, ma 22 gole, zalewie o 4 mniej od Messiego.

Liga Mistrzów to ostatnie trofeum jakie Real może zdobyć w tym sezonie. Zespół Zinedine’a Zidane’a zagra dziś w Turynie z nożem na gardle. Buffon przypomina, że w finałach Ligi Mistrzów (1998, 2017) lepszy był Real, ale gdy obie drużyny mierzyły się we wcześniejszych rundach rozgrywek, Juventus dawał sobie radę z Królewskimi. Tak było w latach 2003, 2005, 2009 i 2015.

W cieniu starcia gigantów Bayern Monachium zagra dziś w Sewilli. Bawarczycy są zdecydowanym faworytem, choć zespół Vincenzo Montelli wyeliminował w poprzedniej rundzie Manchester United, a w sobotę postawił się w lidze niepokonanej Barcelonie. Do 89. min było 2:0 dla Sevilli, ale Luis Suarez i Messi w 50 sekund ocalili remis dla Katalończyków.

Robert Lewandowski zdobył hat-tricka w niemieckim klasyku z Borussią Dortmund, który Bayern wygrał aż 6:0. Polak jest w tym sezonie jak cyrulik dla rywali Bawarczyków. W lidze zdobył aż 26 goli, dwa razy więcej niż następny w klasyfikacji Nils Petersen z Feiburga. Bayern ma 17 pkt przewagi na Schalke, kroczy po szósty kolejny tytuł mistrzowski. Marzy jednak o powrocie na tron europejski. Lewandowski tak jak Buffon stara się wymazać swoje nazwisko z listy wielkich piłkarzy, którzy nie wygrali nigdy Ligi Mistrzów. Do tego trzeba przełamać hiszpański kompleks. W ostatnich trzech latach drogę Polaka i Bayernu do finału Champions League zagradzały Barcelona, Atletico i Real Madryt. Sevilla to teoretycznie zdecydowanie najłatwiejsza z hiszpańskich przeszkód.

środa, 14 marca 2018

Po sześćdziesięciu latach Sevilla wraca do ćwierćfinału Pucharu Europy w momencie najmniej spodziewanym, w miejscu, gdzie coś takiego nie miało prawa się wydarzyć.

„Mówią, że nigdy się nie poddaje” - fragment poruszającego hymnu skomponowanego na stulecie klubu z Andaluzji, na Old Trafford w Manchesterze odśpiewało 2000 najbardziej niezłomnych fanów Sevilli. Wierzyć nie było łatwo. Zaledwie 75 godzin wcześniej drużyna Vincenzo Montelli przekonała się, że Liga Mistrzów nie jest jej pisana w przyszłym sezonie.

Ligowa porażka 0:2 z Valencią na Ramon Sanchez Pizjuan sprawia, że Sevilla wróci do Ligi Europy. Może miejsce skromnego klubu jest właśnie na drugim froncie? W ostatnich 12 latach Sevilla aż pięć razy wygrywała Ligę Europy. 10 miesięcy temu jej passę złamał Manchester United i Jose Mourinho. By zrobić krok ku Lidze Mistrzów.

To właśnie dzięki Lidze Europy Sevilla zaistniała w świadomości kibiców na kontynencie. Jest klubem specyficznym, który potrafił stworzyć piłkarzy takich jak Ever Banega, czy Grzegorz Krychowiak. Argentyńczyk nie sprawdził się w Valencii, nie dał sobie rady w Atletico, ani w Interze Mediolan, zawsze miał jednak drogę odwrotu do Andaluzji, gdzie czekała na niego koszulka z numerem 10.

W Sevilli cierpliwość przedkłada się zwykle nad chorobliwe ambicje. Opuszczenie Ramon Sanchez Pizjuan okazało się początkiem równi pochyłej dla Krychowiaka, który razem z trenerem Unaiem Emerym zapracował na transfer do finansowanego za katarskie miliardy PSG. Obaj w Paryżu odbili się jednak od ściany. Może powinni pójść drogą Banegi?

Co roku Sevilla buduje drużynę właściwie od początku. Najlepsi gracze odchodzą, jak latem 2014 roku Ivan Rakitic do Barcelony, sprowadzony do Andaluzji za 2,5 mln euro, sprzedany za kwotę 8 razy większą. Pół roku temu na przenosiny do Madrytu zdecydował się reprezentacyjny skrzydłowy Vitolo, choć Atletico miało akurat zakaz transferów. Historia klubu zna dziesiątki przykładów graczy, którzy na Ramon Sanchez Pizjuan powiększali wielokrotnie swoją piłkarską wartość. Daniego Alvesa dyrektor sportowy Monchi wykupił z brazylijskiego Bahia Salvador za 850 tys euro, by po pięciu latach sprzedać Barcelonie za 35 mln. To samo z Julio Baptistą sprowadzonym z Sao Paulo za 3 mln i oddanym do Realu za 25.

Klub z Andaluzji trudni się nie tylko handlem. W swojej szkółce wychował Jose Antonio Reyesa, Sergio Ramosa, Carlosa Marchenę, Antonio Puertę, Diego Capela, czy Jesusa Navasa, który niedawno wrócił z Manchesteru City.

Sevilla odnawia się i powstaje jak feniks z popiołów. Ale ćwierćfinał Ligi Mistrzów wydawał się dla niej granicą zaklętą. Choć w 2006 roku IFFHS (Międzynarodowe Stowarzyszenie Historyków i Statystyków Futbolu) przyznało jej tytuł najlepszej drużyny świata, po tym jak gładko pokonała Barcelonę w meczu o Superpuchar Europy. Wtedy Andaluzyjczycy za sprawą skazanego potem za korupcję prezesa Jose Marii del Nido przez chwilę zamarzyli o wielkości.

W 1957 roku tytuł wicemistrza Hiszpanii dla Sevilli zdobył legendarny trener Helenio Herrera. Rok później, już bez niego, klub z Andaluzji dotarł do ćwierćfinału Pucharu Europy, gdzie odbił się od dominującego wtedy niepodzielnie Realu Madryt. Na powtórkę trzeba było czekać 60 lat. Czy sen miał prawo spełnić się w „Teatrze Marzeń”? Sevilla przegrywała w 1/8 finału Ligi Mistrzów z Fenerbahce (2008 rok), CSKA Moskwa (2010) i Leicester (2017), zawsze będąc faworytem. Tymczasem w pojedynku z Manchesterem United wydawała się skazana na pożarcie.

9 sierpnia 2013 roku United zaprosił Sevillę na Old Trafford, by uczcić swojego legendarnego weterana Rio Ferdinanda. Czując powagę chwili goście z Andaluzji przywieźli do Manchesteru najlepszych piłkarzy. Angielski gigant miał wtedy jednak inne zmartwienia. Nowy trener David Moyes, który dostąpił zaszczytu kontynuowania dzieła Aleksa Fergusona, oszczędził gwiazdy przed meczem o Tarczę Dobroczynności z Wigan. Goście byli zdecydowanie lepsi, wygrali 3:1.

Powtórka 5 lat później nikomu nie mieściła się jednak w głowie. Moyesa już dawno w Manchesterze nie ma, najbogatszy klub świata poszedł drogą na skróty. Zatrudnił Jose Mourinho, który w dwóch ostatnich latach przeznaczył na transfery 350 mln euro. Klub z Andaluzji nie wydał tyle na piłkarzy w całej swojej historii.

Kolos z Old Trafford chciał wrócić do europejskiej elity, Sevilla wydawała się rywalem idealnym. 2000 fanów z Andaluzji nie traciło nadziej po bezbrakowym meczu na Ramon Sanchez Pizjuan. Właściwie zbudowany latach 50-tych obiekt miał nosić nazwę „Grand Stadium”, zmieniła to jednak nagła śmierć ówczesnego prezesa klubu.

Trzy tygodnie temu w Andaluzji Manchester przetrwał 90 minut ataków gospodarzy. Bohaterem został jego hiszpański bramkarz David de Gea. Cynizm Mourinho zdawał się triumfować. W rewanżu błysnął jednak Francuz Ben Yedder, który wszedł z ławki i zdobył dwie złote bramki dla Sevilli.

Latem gdy jako żywa legenda Monchi odchodził do Romy, napisał list, że Sevilla na zawsze pozostaje w jego sercu. Wydawało się, że dyrektor sportowy w klubie z Andaluzji był jedynym niezastąpionym pracownikiem. Następcę Oscara Ariasa ostro atakowano za złe transfery. Po wyprawie na Old Trafford jego praca nabiera jednak nowego sensu.

A Monchi? We wtorek świętował dwa razy. Tego samego wieczoru, gdy Sevilla zdobywała Old Trafford, Roma po dekadzie wróciła do ćwierćfinału Ligi Mistrzów.

poniedziałek, 12 marca 2018

Hat-trick w ligowym meczu z Hamburgiem (6:0) sprawił, że kapitan reprezentacji Polski został najlepszym zagranicznym strzelcem w historii Bayernu Monachium. Beczka miodu, z łyżeczką dziegciu.

- Mam nadzieję, że seria Roberta nie zostanie przerwana w reprezentacji Polski - powiedział kiedyś Zbigniew Boniek. W sobotę Lewandowski spełnił życzenie prezesa PZPN. W 86. minucie ligowego meczu z HSV Hamburg sędzia podyktował rzut karny dla Bayernu. Bawarczycy prowadzili już 5:0, kapitan reprezentacji Polski zdobył dwie bramki, w sumie uzbierał ich 99 w Bundeslidze w barwach monachijskiego giganta. To był doskonały moment na jubileusz.

Polak ustawił piłkę jedenaście metrów od bramki, by wykonać „wyrok” na bramkarzu HSV. Nikt z kibiców na Allianz Arena nie miał co do tego cienia wątpliwości. Od 17 sierpnia 2014 roku, czyli meczu I rundy Pucharu Niemiec z trzecioligowym Preussen Munster (wygranego przez Bayern 4:1), Lewandowski nie spudłował z karnego. Wykonywał w tym czasie aż 24 jedenastki i wszystkie zamienił na gole. Każda seria ma kres? Ta skończyła się 10 marca 2018 roku.

W meczu z HSV stało się coś absolutnie wyjątkowego. Polak zmylił bramkarza, ale kopnął piłkę za wysoko - nad bramką. To mu się nie zdarzyło jeszcze nigdy. W całej karierze zmarnował cztery jedenastki, ale trzy wcześniejsze obronili bramkarze.

Polak i tak jest najlepszym specem od karnych w światowej piłce. Takiej serii jak on, nie miał nikt. Cristiano Ronaldo z Realu, czy Leo Messi z Barcelony wykonywali znacznie więcej jedenastek, ale ich skuteczność jest mniejsza. U Argentyńczyka sięga 75 proc.

Trzeba przyznać Lewandowskiemu, że wybrał sobie najlepszy moment na pudło. Mecz i tak był wygrany, w dodatku cztery minuty później arbiter podyktował dla Bayernu kolejną jedenastkę. Do piłki znów podszedł Polak, a więc nie było mowy, by nieudana próba zachwiała jego pewnością siebie. Ani pewnością trenera Juppa Heynckesa kto powinien wykonywać karne dla Bayernu. Tym razem Lewadnowski zdobył bramkę na 6:0. Bayern wygrał, ma 20 pkt przewagi w ligowej tabeli nad wiceliderem Schalke.

Drugi karny Polaka zapisze się w historii jako jego setna bramka w Bundeslidze zdobyta dla Bawarczyków. Lewandowski potrzebował na to 121 spotkań. We wszystkich rozgrywkach strzelił dla Bayernu 142 gole i wyprzedził najlepszego do soboty zagranicznego snajpera bawarskiego klubu Brazylijczyka Giovane Elbera (140). Przed nim są już tylko Niemcy: Dieter Hoeness (145), Roland Wohlfarth (155), Thomas Mueller (171), Karl-Heinz Rummenigge (217) i Gerd Mueller (508). Realne dla 29-letniego Polaka wydaje się więc nawet miejsce na podium.

Rzecz jasna strzeleckie rekordy są tylko tłem dla tytułów i trofeów. We wtorek Bayern gra rewanż z Besiktasem w Stambule w 1/8 finału Ligi Mistrzów. Awans do ćwierćfinału ma pewny, po zwycięstwie w Monachium 5:0. Potem zaczną się schody.

Szanse Bayernu na sukces w najważniejszych rozgrywkach bukmacherzy oceniają wysoko. Za faworyta uchodzi Manchester City, zaraz za nim jest Real Madryt i Bawarczycy na trzeciej pozycji, przed Barceloną. Klub z Allianz Arena ostatni raz wygrał Ligę Mistrzów w 2013 roku, gdy jego trenerem był ...Jupp Heynckes. Wygrał wtedy na Wembley niemiecki finał z Borussią Dortmund (2:1), której gwiazdą był Lewandowski oraz dwójka pozostałych Polaków Kuba Błaszczykowski i Łukasz Piszczek.

Latem 2014 roku polski napastnik przeniósł się do Bawarii, by dać sobie szansę na triumf w najważniejszych klubowych rozgrywkach. Ich choć w Lidze Mistrzów zdobył dla Bayernu 28 bramek, nigdy nie wrócił do finału. Trzy razy Bawarczycy z Lewandowskim przegrywali rywalizację z Hiszpanami (Barceloną, Atletico i Realem). Problemem Bayernu jest fakt, że w Bundeslidze nie ma godnego siebie rywala, a potem, gdy przychodzi do walki z najlepszymi w Europie, nie daje rady. Najwyższy czas się przełamać.

Lewandowski był mistrzem Niemiec pięć razy (dwa z Borussią Dortmund, trzy z Bayernem). Zdobywał Puchar i Superpuchar Niemiec. Królem strzelców Bundesligi był dwukrotnie i pewnie kroczy po trzeci tytuł. Ma 23 bramki, jego najbliższy rywal Nils Petersen z Freiburga zaledwie 12. I wciąż nie wyprzedził Pierre’a-Emericka Aubameyanga (13), który zimą przeniósł się do Arsenalu.

środa, 07 marca 2018

Wykorzystali agresję ultrasów, Real Madryt potraktowali jak wielkiego wroga stojącego u bram Paryża. Nie pomogło. PSG przegrało jeszcze raz, odpadło z Ligi Mistrzów w 1/8 finału pogrążając się jak co roku w wielkiej frustracji.

To nie jest zwykła porażka na boisku. To jest klęska potężnego projektu. Przedsięwzięcia, które kosztowało katarskich właścicieli PSG grubo ponad miliard euro. Jeśli chodzi o same transfery.

- Jestem wściekły, bo naprawdę wierzyłem w awans - powiedział po przegranej z Realem 1:2 prezes Paryżan Nasser Al Khelaifi. Gdy zapytano go o dymisję trenera Unaia Emery’ego dodał, że tej nocy już niczego więcej nie powie. Los Baska wydaje się jednak przesądzony. Przychodził ze skromnej Sevilli, z którą wygrywał ponad stan w Lidze Europy. W Paryżu dostał nieograniczone możliwości i drugi rok kończy Ligę Mistrzów już w 1/8 finału. Cierpliwość szejków ma swoje granice.

Al Khelaifi poruszył piekło i ziemię, ale jego zbudowany niebotycznym kosztem zespół nawet nie napędził strachu Realowi Madryt. W myśl słów prezesa klubu, Paryż miał zapłonąć przed rewanżem. I zapłonął. Policja zatrzymała chuliganów, którzy urządzili pokaz pirotechniczny w nocy pod hotelem gdzie spali piłkarze Realu Madryt. Królewskich przyjęto w Paryżu jak najzacieklejszych wrogów: wyzwiska, agresja - było wszystko. W imię „świętej unii” terminologii zaczerpniętej z czasów I Wojny Światowej, gdy Francja jednoczyła się od prawej do lewej wobec wspólnego wroga. Nawet uznawany za najwyższą światową klasę w prasie sportowej dziennik „L’Equipe” pisał o tym meczu językiem wojennym.

Kilka dni przed rewanżem Al Khelaifi zaprosił na jeden z treningów swoich piłkarzy radykalny odłam ultrasów, z przeszłością kryminalną, by zmotywowali graczy do walki. Przyniosło odwrotny skutek. Przygniecieni presją piłkarze Emery’ego wyszli na Parc des Princes bez ducha. Snuli się po boisku zamiast rzucić się do odrabiania strat (1:3) z pierwszego meczu. W drugiej połowie trybuny zapłonęły od rac, ale zaraz po tej „manifestacji” gospodarze stracili gola (Ronaldo). Na domiar złego kilka minut później ich lider Marco Verratti rzucił się z pretensjami do arbitra, choć miał już żółtą kartkę. Dostał drugą i wyleciał z boiska. W bardziej głupi sposób najważniejszego meczu sezonu nie można było oddać.

To tylko pogłębiało zbiorową frustrację. Przecież to Francuzi wymyślili rozgrywki europejskie. Ich liga uchodzi za kopalnię talentów, rozkwitają one jednak gdzie indziej. Tak jak Karim Benzema w Realu Madryt, choć ostatnio ma tam bardzo niskie notowania. Zagrał we wtorek, znów wypadł przeciętnie, ale schodził z boiska jako wygrany.

Przez dekady liga francuska uchodziła za wzór jeśli chodzi o rozsądne gospodarowanie pieniędzmi. Francuzi byli racjonalni, cierpieli jednak na brak wielkich sukcesów. Od 1956 roku w rywalizacji o tytuł najlepszego klubu Europy, na szczyt wspiął się tylko Olympique Marsylia (1993). To były czasy, gdy klubem z Marsylii zarządzał kontrowersyjny prezes Bernard Tapie, aresztowany potem za korupcję.

Na jego przykładzie Francja uwierzyła jednak, że najwyższe laury w piłce się nie tylko wypracowuje, ale i kupuje. Były prezydent Nicolas Sarkozy namówił siedem lat temu rząd kataru, by zainwestował w paryskie PSG. Pieniądze popłynęły rzeką. Ostatniego lata Al Khelaifi znowu bił transferowe rekordy. Z Neymara (222 mln euro) i Kyliana Mbappe (180 mln) uczynił dwóch najdroższych graczy w historii. Ale nie dwóch najlepszych.

Neymar w ogóle na Parc des Princes nie zagrał. Jest w Brazylii, gdzie przeszedł operację. Po meczu napisał w mediach społecznościowych, że jest mu smutno. Z powodu porażki, a jeszcze bardziej dlatego, że nie mógł pomóc kolegom. Hiszpański „El Pais” donosi, że jeszcze przed zabiegiem Al Khelaifi wysłał do Brazylii swoich wysłanników, by przekonali Brazylijczyka do odłożenia zabiegu. Miał grać z Realem, choćby na jednej nodze. Przecież zrobiono go twarzą paryskiego projektu. Spełniano każdy kaprys od królewskiego powitania pod Wieżą Eiffla po 47 mln netto rocznych zarobków. Ponoć Brazylijczyk sam decydował jak i ile trenuje, w których meczach chce odpoczywać. Światowa prasa pisała też, że faworyzowanie Neymara rozbiło jedność w szatni PSG, i że gracze Emery’ego mieli pokazać we wtorek, jak są mocni bez Brazylijczyka. Nie pokazali niczego.

Pomocnik Adrien Rabiot poprosił kibiców po meczu o wybaczenie i obiecał, że to co się nie udało we wtorek, uda się za rok. Czy ktoś w to jeszcze wierzy? Lista porażek PSG w Lidze Mistrzów jest niewiarygodna. Na czele z tą sprzed roku, gdy także w 1/8 finału przepadli z Barceloną, choć pierwszy mecz wygrali aż 4:0! Wtedy w końcówce rewanżu na Camp Nou pogrążył ich Neymar (dwa gole i asysta). Latem rekordowym kosztem wyrwali go z Camp Nou. Obronili Verrattiego, o którego zabiegała Barcelona. Efekt jest taki jak zwykle.

Na otarcie łez pozostaje fakt, że PSG nie dało rady obrońcy trofeum, najbardziej utytułowanemu klubowi w historii rozgrywek. Ale drużyna Zinedine’a Zidane’a ma teraz bardzo duże problemy. Odpadła z Pucharu Króla z Leganes, do Barcelony traci w lidze 15 pkt. Liga Mistrzów jest dla Królewskich ostatnią deską ratunku w tym sezonie. Grali w Paryżu z nożem na gardle, w dodatku bez swojego lidera Luki Modrica, który trzy tygodnie leczył uraz. Z ławki wszedł Toni Kroos (także po urazie) i Gareth Bale - po serii kontuzji nie może odzyskać formy. Na PSG wystarczyło.

wtorek, 06 marca 2018

Uczepiony ostatniej deski ratunku w Lidze Mistrzów Real Madryt przybywa na Parc des Princes w Paryżu, gdzie piłkarze PSG chcą udowodnić ile są warci bez Neymara, swojej kontuzjowanej największej gwiazdy.

222 miliony za transfer z Barcelony, plus 47 mln euro netto rocznej pensji. Te dwie stratosferyczne liczby opisują status Neymara w PSG, ale nie mówią wszystkiego. Wersję oficjalną przedstawia trener Unai Emery. Na konferencji przed rewanżem z Realem Madryt powiedział, że koledzy z drużyny zrobią wszystko, by we wtorkowy wieczór podarować swojemu kontuzjowanemu liderowi awans do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Wersja nieoficjalna, przedstawiana przez dziennikarzy mówi raczej o tym, że najważniejszy mecz w tym sezonie to dla graczy z Paryża okazja, by udowodnić, że Brazylijczyk nie jest im potrzebny.

Nasser Al Khelaifi pobił tego lata wszystkie rekordy. Wydał 400 mln euro na Neymara i francuskiego nastolatka Kyliana Mbappe. Pierwszego podkupił Barcelonie o drugiego wygrał wyścig z Realem. O ile Francuz wszedł do szatni jako skromny chłopak i został zaakceptowany, o tyle buta Neymara jest ponoć dla kolegów z zespołu nie do zaakceptowania. O przywilejach jakie ma Brazylijczyk krążą legendy. Fakt, że gdy podpisywał kontrakt w Paryżu, barwami klubu zapłonęła Wieża Eiffla, a na jej szczycie wyświetlił się napis „Welcome Neymar”. Brazylijczyk na koszt PSG bawił się ze swoimi kumplami w Saint-Tropez.

Miał wynieść PSG na wyżyny, poprowadzić do triumfu w Lidze Mistrzów. I choć w 30 spotkaniach tego sezonu zdobył 29 goli i miał 17 asyst, w najważniejszym momencie, czyli na Santiago Bernabeu w Madrycie, gdzie PSG mierzyło się z Realem w pierwszym meczu 1/8 finału Ligi Mistrzów nie zdziałał nic szczególnego. Był w cieniu Cristiano Ronaldo zdobywcy dwóch bramek. PSG prowadziło, ale straciło dwa gole w końcówce i przegrało 1:3. Dziś musi wygrać 2:0, by wystąpić w ćwierćfinale. Bez Neymara, który w spotkaniu z Olympique Marsylia doznał poważnej kontuzji i przeszedł operację w Brazylii. Drużyna musi sobie radzić bez tego, który według katarskich właścicieli miał być jej wizytówką.

Pustkę po Brazylijczyku ma zapełnić 30-letni Angel di Maria, były piłkarz Realu. Został z niego sprzedany w 2014 roku, by zrobić miejsce dla gwiazdy mundialu w Brazylii Jamesa Rodrigueza.

Kiedy PSG kupiło Neymara, Di Marii chciało się pozbyć. Proponowano go Barcelonie i innym klubom, ale do transferu nie doszło. W tym sezonie Ligi Mistrzów Argentyńczyk zagrał zaledwie 67 minut, ale w starciu z Realem dostanie wielką szansę. Chce się jej uchwycić jak pozostali koledzy z PSG, którzy uważają, że sprowadzając Neymara i obsypując go lawiną niezasłużonych przywilejów właściciele rozbili jedność szatni. Aby zmotywować graczy Al Khelaifi zaprosił na trening ultrasów z najbardziej agresywnej i kryminogennej grupy.

Real Madryt ma zupełnie inne problemy, ale nie mniejsze. Broniący tytułu Królewscy uczepili się Ligi Mistrzów jako ostatniej deski ratunku. Z Pucharu Króla odpadli z Leganes, w lidze tracą do Barcelony 15 pkt. Stawką rywalizacji z PSG jest uratowanie twarzy i sezonu. Do treningów po trzech tygodniach leczenia kontuzji wracają pomocnicy Luka Modric i Toni Kroos, nie ma jednak pewności, czy Zinedine Zidane zaryzykuje wystawienie ich na Parc des Princes.

sobota, 03 marca 2018

Kryzys Realu Madryt nie wyssał emocji z La Liga. Atletico odrobiło do Barcelony 6 pkt i walka znów się zaczyna. Jutro bezpośrednia przez 90 minut na Camp Nou.

20 maja 2007 roku Leo Messi wbił pierwszego gola Atletico Madryt. Potem było ich jeszcze 26. Dość przykładów na poparcie tezy Diego Simeone, że jego rodaka nie da się kontrolować. Messi ma swoje wady: biega mało, za to w kluczowych momentach. Wtedy Barcelona staje się naprawdę niebezpieczna.

Do 26. kolejki sezonu dotarła bez porażki. Już wiele tygodni temu zaocznie przyznano jej mistrzostwo Hiszpanii. I nagle coś się zmienia. „Jest liga” - ogłosiły media po tym jak Atletico zbliżyło się na pięć punktów.

To nie znaczy, że drużyna Simeone zmieni cokolwiek w sposobie myślenia. Przyjeżdża na Camp Nou, by do maksimum wykorzystać błędy Katalończyków. Zwycięstwo byłoby bezcenne, ale z tego co mówi trener Atletico, remis także weźmie z pocałowaniem ręki. Ważne jest, by jak najdłużej wytrwać tuż za plecami faworyta. Barca walczy przecież na trzech frontach.

Ernesto Valverde uważa, że niedzielnego starcia nie da się nazwać finałem. To nie jest mecz o tytuł jak w 2014 roku. Do końca sezonu zostanie 12 kolejek, po zwycięstwie jego zespołu emocje by przygasły, a przewaga wzrosła do 8 pkt. I tak nie jest to dystans niemożliwy do odrobienia.

Jak mówi Simeone Atletico ma w tym sezonie najmocniejszą kadrę w swojej historii. W Lidze Mistrzów przepadło w grupie, w Pucharze Króla nie dało rady Sevilli. Liga Europy ma niższą rangę. Liga jest najważniejszym frontem. Niełatwym. Ale trzeba podjąć wyzwanie.

Od porażki z Sevillą w Pucharze Króla zespół Simeone wygrał siedem meczów. Bramki 21-3. Robi wrażenie. W tym czasie Barcelona straciła aż 6 pkt w Primera Division i tylko jeden mecz z Gironą wygrała wysoko. Ousmane Dembele i Philippe Coutinho, czyli dwaj najdrożsi piłkarze w historii klubu z Camp Nou, wciąż muszą walczyć o swoje miejsce. A Valverde wprowadza ich ostrożnie, tak by nie zaburzali równowagi w grze defensywnej.

No, ale Barcelona ma duet Messi - Luis Suarez, do tego Andresa Iniestę i Jordiego Albę. Bardzo dużo atutów indywidualnych, którym Atletico ma przeciwstawić serce do walki i perfekcyjną organizację. Czyli jak zwykle.

Kryzys Realu nie pozbawił hiszpańskich rozgrywek emocji i temperatury. Drużyna Simeone przegrała w tym sezonie tylko raz, wydaje się być w formie, która pozwala marzyć. Więcej do stracenia mają Katalończycy. Trudno sobie wyobrazić zaprzepaszczenie takiej serii - 26 spotkań ligowych bez porażki, z czego 20 wygranych.

Mimo wszystko, jeśli podnosić rękę na Barcelonę, to właśnie teraz. Zespół lekko przygasł, jakby 100 proc uwagi skupił na rywalizacji z Chelsea w LM. Atletico to jednak bardzo podobna skala wyzwania.

Od miesięcy dyskutuje się na temat przeprowadzki Antoine’a Griezmanna do Barcelony w kolejnym sezonie (tylko gdzie miałby grać?). Po tym jak francuski napastnik wbił cztery gole Leganes przypomniał, że 11 jego wizyt na Camp Nou zakończyło się bez zwycięstwa i bramki. Chciałby przełamać złą passę. Ale wcale nie musi, jeśli obrońcy perfekcyjnie wykonają swoją pracę. Wszyscy czekają na pojedynek Jana Oblaka z Markiem Andre ter Stegenem. Puścili w ligowym sezonie najmniej goli, wciąż trwają spory, który jest lepszy.

Największym atutem, który odzyskała Barcelona z pomocą Valverde jest cierpliwość. Na Wanda Metropolitano długo przegrywała, ale nie straciła nerwów. Wtedy z kryzysu budził się Luis Suarez. Centrował Sergi Roberto, Urugwajczyk wygrał główkę z obrońcami. To nie był gol w stylu Barcy. I takich goli miało paść potem jeszcze wiele.

Barca odzyskiwała i traciła nieprzewidywalność. Niełatwo wywróżyć na jaki moment Katalończyków trafi jutro Atletico.

poniedziałek, 19 lutego 2018

Jest jeden, a jakby ich było dwóch. Kamil zrównoważony przejął kontrolę nad tym wybuchowym i niesfornym, który w dzieciństwie z bezsilności często płakał na skoczni.

Ojciec powtarzał mu wtedy, że powinien się opamiętać, bo choć porażka boli, to jednak uczy więcej niż zwycięstwo. Kto w to zdoła uwierzyć, odnajdzie drogę w ciemności. Nie tylko dzieci mają z tym problem.

Ale pewnego dnia narodził się Kamil zrównoważony. Może stało się to na mistrzostwach świata w Predazzo w 2013 roku, zaraz po tym jak Kamil wybuchowy opłakiwał przed kamerami telewizji porażkę na normalnej skoczni? Miał 25 lat, od 2,5 roku był żonaty z Ewą. Ona też robiła co mogła, by pomóc w odnalezieniu Kamila spokojnego.

Zwrot na skoczni nadszedł 28 lutego 2013 roku. Został mistrzem świata, wytrzymał presję, niczego już nie popsuł. I przejął kontrolę nad sobą. Dziś jest fenomenem nie tylko sportowym, ale też psychologicznym. Nerwy nie zatruwają mu myśli, choć wciąż bywa wybuchowy, na skoczni zwykle jednak wygrywa tę wojnę emocji.

18 stycznia 2015 roku w Zakopanem stawał na szczycie Wielkiej Krokwi prowadząc po pierwszej serii. Był już dwukrotnym mistrzem olimpijskim z Soczi, ale sezon miał ciężki, naznaczony kontuzją i operacją stawu skokowego. Czekając na dole wśród rozszalałego tłumu rodaków, poczułem nagle, że coś złego się stanie. Zamknąłem oczy gdy wyszedł z progu i odtworzyłem dopiero wtedy, gdy dotknął ziemi.

Wygrał. Po raz pierwszy od 10 miesięcy. Pytałem potem jak to jest dźwigać w locie taki ciężar? Czy nie bał się, że coś mu nie wyjdzie i wielki entuzjazm rodaków pod Wielką Krokwią zmieni się w sportową stypę? - Myślałem o tym, że wystarczy dobrze skoczyć, by cieszyć się potem z tysiącami ludzi - powiedział. Tak zwane myślenie pozytywne. Któż z nas o nim nie słyszał, a jednak większość go nie zna.

Kamil wybuchowy nigdy jednak nie umarł. Wraca i upomina się o swoje. Wścieka się na dziennikarzy, gdy zagadują o kolejne zwycięstwa i medale. - Dla was nie liczy się mój wysiłek, ani moja praca. Kiedy w Soczi na dużej skoczni drugi skok miałem słabszy, to nikt tego nawet nie zauważył, bo zdobyłem złoto - mówi. Uważał też, że w konkursie drużynowym powinien był dać z siebie więcej.

Mają ze sobą sporo wspólnego. Ani Kamil wybuchowy, ani zrównoważony nie są łasi na komplementy. Gdy w Pjongczangu po drugim skoku treningowym wyrównał rekord dużej skoczni, jeden z dziennikarzy powiedział: - Dobrze, że nie skakał pan po raz trzeci, bo mógłby pan przeskoczyć obiekt. Odpowiedział Kamil wybuchowy, w imieniu Kamila zrównoważonego, bo obaj nie tolerują euforii. Zwłaszcza przed startem.

Psychologowie? Odegrali swoją rolę, najpierw był nim ojciec, potem Kamil jako zawodowy sportowiec współpracował z kolejnymi. Gdyby jednak sam siebie nie wymyślił na nowo, nic by z tego wszystkiego nie było.

Tagi: Stoch
02:05, wod
Link Komentarze (1) »
niedziela, 04 lutego 2018

Remis z Espanyolem był zły i dobry dla Barcelony. Drużyna Ernesto Valverde zaliczyła najlepszy start ligowy w historii klubu.

22 kolejki z ledwie czterema remisami. Takiej serii od początku rywalizacji w Primera Division nie miała nawet drużyna Pepa Guardioli, która w sezonie 2009-2010 była niepokonana w 21 spotkaniach. Z jednej strony zespół Valverde nie wygrał meczu derbowego, nie wykorzystał potknięcia Realu w wyjazdowym starciu z Levante, z drugiej temperatura wyścigu ligowego jest letnia, a może nawet chłodna. O pogoni za Barcą marzyć może Atletico Madryt, ale nie Królewscy, którzy tracą do lidera 19 pkt.

Bohaterem derbów Barcelony był Gerard Pique, jego bramka uratowała punkt liderowi. Leo Messi wszedł w drugiej połowie, akurat wtedy, gdy po ulewie murawa nie nadawała się do gry.

Real ma swoje problemy niezależne od dobrej passy Katalończyków. „Jak zostać najlepszą drużyną świata i w sześć miesięcy skurczyć się do najgorszej w historii klubu z Madrytu” - taki tytuł można znaleźć w dzienniku „Marca”. W dwóch poprzednich meczach ligowych drużyna Zinedine’a Zidane’a pokonała Deportivo 7:1 i Valencię na wyjeździe 4:1. Bilans fantastyczny, wydawało się, że im bliżej starć z PSG w 1/8 finału Ligi Mistrzów, tym Królewscy stają się coraz bardziej podobni do zespołu, który wygrał dwie ostatnie edycje rozgrywek.

Remis z Levante odtworzył atmosferę marazmu na Santiago Bernabeu. Wszyscy zastanawiają się co będzie 14 lutego, gdy nad francuskim szkoleniowcem Realu zacznie się sąd ostateczny. Tylko zwycięstwo nad drużyną z Paryża otworzy perspektywę na uratowanie sezonu. Inaczej z wielkiej euforii, kibice Realu spadną na dno depresji.

Co jest z trio BBC? Kiedy Neymar, Cavani i Mbappe idą jak burza, Benzema, Bale i Cristiano grzęzną w przeciętności. Ale Real ma coś, czego PSG brakuje. Tradycję i powagę, które przemawiają za nim. Zespół z Parc des Princes stoi gwiazdami uwikłanymi w wewnętrzne problemy, choć jeszcze niewiele zdziałały. To nie jest przeciwnik niewygodny, przeciwnie, Królewscy będą mieli okazję gry z kontry. Tego przywileju nie dało im Levante. Dlatego tak trudno wyciągać wnioski po fatalnym remisie w Walencji.

Real gra słabo, ale dopóki ma szansę, jest groźny. Za 10 dni stanie do walki o wszystko, a w takich meczach lubi wznosić się na wyżyny. Jakie będę te wyżyny tym razem? Trudno przewidzieć. W drużynie Zidane’a nie działa ostatnio prawie nic, ale ci piłkarze potrafią grać o wszystko. Co innego PSG, które chciałoby zapomnieć klęskę z Barceloną sprzed roku 1:6. Wtedy okazali się drużyną bez charakteru, czy po transferze Neymara i Mbappe aż tyle się u nich zmieniło? Real jest gotowy na problemy, co do Paryżan takiej pewności nie ma.

wtorek, 23 stycznia 2018

Odszedł największy artysta futbolu, a może tylko największy zaprzepaszczony talent? Wzlot i niespodziewany upadek Ronaldinho to jedna z największych tajemnic piłki ostatnich lat.

Dla Leo Messiego był wzorem. Niedoścignionym. To, co potrafił zrobić z piłką nie da się w żaden sposób opisać, ani sklasyfikować. Ronaldinho asystował 17-letniemu Messiemu przy jego pierwszym golu dla Barcelony w lidze hiszpańskiej. 1 maja 2005 roku Brazylijczyk przerzucił piłkę nad obrońcami Albacete, a Argentyńczyk przelobował bramkarza. Roześmiany od ucha do ucha Ronaldinho podbiegł potem do Messiego i wziął go na barana.

Messi kochał go i podziwiał. Od początku. Nie było wtedy piłkarza, który wielbiony byłby tak powszechnie. Na koniec 2005 roku odebrał Złotą Piłkę. Osiągnął szczyt. Mógł już tylko spaść i z tej możliwości konsekwentnie korzystał. To był jeden z tych sportowych upadków, przy którym cierpiały miliony kibiców. Miłość do tańca, wina i eskapad do nocnych klubów nie tłumaczyła wszystkiego. Który brazylijski piłkarz tego nie robi? Uwielbiano go do samego końca, zakochani kibice powtarzali, że przynajmniej Messiego nie wciągnął w swój nocny tryb życia.

Ronaldinho kochał piłkę, bawił się nią i bawił miliony. Jego wyobraźnia nie znała granic. Wielu graczy osiągnęło więcej, wielu zajmie w historii futbolu wyższe miejsce. Ale tylko nieliczni mieli taką charyzmę jak on i status artysty. Artysty, który piłką malował obrazy abstrakcyjne.

Kiedyś odwiedził Figueres, półtorej godziny jazdy na północ od Barcelony. To rodzinna miejscowość Salvadora Daliego, w której powstało jego muzeum. Piłkarz zastygł przed obrazem „Gala kontemplująca morze śródziemne" przedstawiający rozebraną żonę malarza patrzącą na wodę, na której powstaje odbicie twarzy prezydenta Lincolna. - Dali widział więcej niż inni. Ja także na boisku staram się widzieć więcej, chcę wymyślać rzeczy nowe, robić coś, czego jeszcze nikt przede mną nie zrobił - powiedział Ronaldinho.

I robił. W rewanżowym meczu 1/8 finału Ligi Mistrzów w 2005 roku Barcelona grała z Chelsea na Stamford Bridge. - Kiedy patrzę na tę bramkę, mam wrażenie, że ktoś włączył pauzę w DVD. Wszyscy się zatrzymują i tylko ja jakimś cudem się poruszam - wspomina Ronaldinho. To był gol nie z tej ziemi. Bo jak wytłumaczyć, że najlepiej zorganizowana obrona świata nagle stanęła jak wryta, przypatrując się kilku krokom samby? Najlepszy wtedy bramkarz świata Petr Cech nawet nie drgnął do kopniętej z 20 metrów piłki.

Jak zahipnotyzowani stali także obrońcy Realu Madryt, gdy w 2006 roku Brazylijczyk mijał ich slalomem, by poprowadzić Barcę do zwycięstwa 3:0 na Santiago Bernabeu. Ronaldinho został trzecim po Johannie Cruyffie i Diego Maradonie piłkarzem Barcelony, którego fani z Santiago Bernabeu nagrodzili owacją na stojąco.

Ronaldinho wierzył, że nie ma na boisku rzeczy niewykonalnej i był gotów porwać się na najtrudniejsze wyzwania, dryblingi, tricki i strzały. Piłkarski świat śledził z otwartymi ustami wszystko, co robił, nigdy nie było wiadomo, czy niezapomniany błysk geniuszu nie zdarzy się właśnie tym razem. Tak było w 90. min grupowego meczu Ligi Mistrzów z Milanem 2 listopada 2004 roku, kiedy Katalończycy złożyli już broń, a on niewyobrażalnym zwodem minął Alessandro Nestę i strzałem z lewej nogi pokonał Didę, zapewniając zwycięstwo 2:1.

Przyjechał do Barcelony zaledwie trzy lata wcześniej, zespół był w totalnej rozsypce. Znani gracze odrzucali propozycję z Katalonii w obawie, że zmarnują kariery. David Beckham wybrał Real. Wtedy zrozpaczony prezes katalońskiego klubu Joan Laporta ruszył po Ronaldinho. To był moment przełomu. Nikt do dziś nie ma wątpliwości, że to Ronaldinho odmienił kataloński zespół.

Kiedyś przed meczem Argentyna – Brazylia Maradona namaścił Ronaldinho na najlepszego piłkarza świata, i swojego następcę, co wielu rodaków miało mu za złe. Tak jak Maradona dokonywał aktów boiskowej magii, wysuwając język, tak Ronaldinho robił to z firmowym uśmiechem. Złośliwi żartują, że uśmiech jest anatomiczną cechą jego twarzy. On sam twierdził, że to efekt szczęśliwego dzieciństwa i radości z gry: - Mój rodzinny dom był wypełniony muzyką i śmiechem.

Jest klasycznym przykładem brazylijskiego chłopaka z dna, który całymi dniami uganiał się za piłką na brudnych ulicach faveli. - Kiedy nie grałem, tańczyłem sambę, a kiedy nie tańczyłem, to grałem - wspomina.

Urodził się 21 marca 1980 roku w robotniczej dzielnicy Porto Alegre, jako najmłodszy z trójki dzieci pracownika stoczni Joao de Assis Moreiry. Jego starszy syn Roberto grał w Gremio, w którym był wschodzącą gwiazdą.

Ronaldinho opowiadał, że w dzieciństwie największą frajdą dla niego nie było zdobywanie goli, ale utrzymanie piłki. On chciał ją na własność. - Kiwałem się ze wszystkimi: z kolegami, z psami, kamieniami na ulicy i meblami w domu. Tak powstawały najwymyślniejsze zwody.

Do akcji wkroczył ojciec, pierwszym nauczyciel synów. Zmusił Ronaldinho do gry z kolegami, na dwa kontakty. - Płakałem ze złości i żalu, ale teraz jestem mu wdzięczny - wspominał Ronaldinho. Tak naprawdę nazywa się Ronaldo, ale by odróżnić go od sławnego już wtedy superstrzelca, zaczęto zdrabniać jego imię.

W tamtym czasie trenerem Gremio był Luis Felipe Scolari, który 17 lat później poprowadził Brazylię z Ronaldinho do tytułu mistrza świata. Scolari wspomina, że starszy brat Ronaldinho był wielkim talentem, ale przychodził na treningi w towarzystwie ośmioletniego brata, który nie rozstawał się z piłką. - Dryblował wśród starszych bez żadnych kompleksów. Śmialiśmy się z niego, ale widzieliśmy skalę talentu - wspomina.

Kiedy Roberto miał 19 lat, podpisał pierwszy profesjonalny kontrakt z Gremio. Umowa zawierała klauzulę, że klub kupuje mu dom z basenem i ogrodem w eleganckiej dzielnicy miasta. Przeprowadzka z Vila Nova była wielkim wydarzeniem dla rodziny. Pewnego dnia podczas fiesty z okazji 19. rocznicy ślubu rodziców ojciec dostał ataku serca, pływając w basenie. Zmarł kilka dni później w szpitalu. Roberto został głową rodziny i, jak podkreśla Ronaldinho, zastępował mu ojca.

Po wzlocie w Barcelonie była już równa pochyła: w Milanie, lidzie brazylijskiej, meksykańskiej. U schyłku kariery odniósł ostatni sukces. Zdobył Copa Libertadores z Atletico Mineiro. Na klubowych mistrzostwach świata jego drużyna przegrała sensacyjnie w półfinale z Raja Casablanca (1:3), choć Ronaldinho zdobył gola z rzutu wolnego. Po ostatnim gwizdku sędziego, zwycięzcy podeszli do Brazylijczyka, by poprosić o pamiątkę: koszulkę, spodenki, podkoszulkę. Oddał im nawet buty. Schodził z boiska w majtkach, a tłum wiwatował na jego cześć. Na kibiców do końca działał jego magnetyzm.

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Ostatnią drużyną, która nie przegrała meczu w wielkich ligach Europy jest Barcelona. Katalończycy dokonali w San Sebastian rzeczy niecodziennej odrabiając dwa gole straty do Realu Sociedad.

Stadion Anoeta to dla Katalończyków miejsce przeklęte. W siedmiu poprzednich meczach Barcelona zdobyła tam zaledwie dwa punkty. Po 38 minutach niedzielnego spotkania wszystko wyglądało jak zwykle. Real Sociedad prowadził 2:0, a przybysze z Camp Nou przypominali rozbitków. Ostatni raz w tym miejscu Barcelona potrafiła odwrócić losy meczu w 1930 roku.

Wtedy zdarzył się jednak pierwszy przebłysk geniuszu Leo Messiego. Argentyńczyk rozpoczął kontrę, w której Luis Suarez zaliczył asystę przy bramce Paulinho. W drugiej połowie dwa gole zdobył Suarez - dla Urugwajczyka grającego w lidze hiszpańskiej czwarty sezon, to były pierwsze bramki na tym „przeklętym” obiekcie. Wielki wieczór spointował Messi golem z rzutu wolnego z 30 m. - Tak się zdobywa tytuły - napisał madrycki dziennik „Marca”.

Półtorej godziny przed tym zanim drużyna Ernesto Valverde wyszła na stadion Anoeta, w Premier League Manchester City poległ na Anfield w Liverpoolu (3:4). Katalończycy byli ostatnią drużyną w wielkich ligach Europy, która w tym sezonie nie przegrała meczu. 26 godzin wcześniej w swoim kolejnym ligowym pojedynku punktów nie zdobył Real Madryt. Katalończycy stawali przed szansą, by jeszcze w pierwszej rundzie rozgrywek oderwać się od broniących tytułu Królewskich na niewiarygodną wręcz odległość 19 pkt. - Gdybyśmy stracili taką przewagę, w Barcelonie by nas pozabijali - skomentował lewy obrońca Jordi Alba.

Barca mknie po tytuł z prędkością bolidu. W pierwszej rundzie rozgrywek zaliczyła 16 zwycięstw i trzy remisy. Ma 9 pkt przewagi nad wiceliderem z Atletico Madryt, Real już jej właściwie nie zagraża. Drużyna Valverde jest w stanie przekroczyć rekordową granicę 100 pkt. Mając 100 pkt tytuły zdobywał Real Madryt Jose Mourinho w 2012 roku i Barca Titio Vilanovy rok później.

A przecież drużyna Valverde ma jeszcze spore rezerwy. Do gry po kontuzji wraca kupiony latem za 140 mln euro francuski skrzydłowy Ousmane Dembele. Niedawno kataloński klub wydał 160 mln na Brazylijczyka Philippe Coutinho, który przybył z Liverpoolu z urazem i nie będzie grał jeszcze trzy tygodnie. W niedzielę na Anoeta Valverde oszczędzał 33-letniego Andresa Iniestę, który ma być w szczycie dyspozycji na kluczowe daty w Lidze Mistrzów. W 1/8 finału Barca zmierzy się z Chelsea.

Kilka dni temu na Camp Nou sprowadzono też kolumbijskiego stopera Yerry’ego Minę, by pozwolić odejść do Chin Javierowi Mascherano. Mina jest w trudnej sytuacji, bo odkryciem Valverde jest 32-letni Thomas Vermaelen osiągający szczyt swoich możliwości. Belg sam się dziwi, że jest w stanie sprostać wymaganiom takiej drużyny jak Barcelona. W niedzielę na Anoeta był jednym z najlepszych na boisku, świetnie bronił, a także asystował przy bramce Suareza na 3:2.

Barcelona Valverde nie przegrała 29 kolejnych spotkań. Do rekordu klubowego brakuje 10. Dwa lata temu drużyna Luisa Enrique była niepokonana w 39 meczach, ale jak już przegrała z Realem Madryt na Camp Nou, to kompletnie się rozsypała. W ubiegłym sezonie zdobyła tylko Puchar Króla, królem polowania został Real, który skompletował pięć trofeów. W Katalonii zmieniono trenera, na transfery wydano rekordowe 350 mln euro. Najbardziej udany był ten najtańszy, choć pół Europy zrywało boki, gdy latem Barcelona płaciła 40 mln na grającego w lidze chińskiej 29-letniego defensywnego pomocnika Paulinho. Dziś Brazylijczyk ma osiem goli w lidze hiszpańskiej, dwa razy więcej niż Cristiano Ronaldo. W klasyfikacji najskuteczniejszych dominują Messi (17 bramek), przed Suarezem (13). Barca zdobyła w lidze o 20 goli więcej niż Real, straciła o 8 mniej.

Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac