blog Darka Wołowskiego
RSS
środa, 25 kwietnia 2018

Real jest pod ścianą, ale czuje się królem Ligi Mistrzów. Żądny rewanżu Bayern chce udowodnić, że jest kimś więcej niż panem własnego podwórka. Dziś starcie w Monachium.

Kiedy w styczniu 2016 r. Real zatrudnił trenera Zinédine’a Zidane’a, Ottmar Hitzfeld powiedział, że to obłęd. Były szkoleniowiec Bayernu poważnie się pomylił. Zespół Zizou został hegemonem LM, do dziś nie przegrał żadnego dwumeczu w fazie pucharowej. Czy Bayern jest w stanie stanąć mu na drodze do trzeciego finału?

– Ja czuję się dobrze, zespół jest w perfekcyjnej formie – usłyszeli wysłannicy „Asa” od Roberta Lewandowskiego. Na dłuższe rozmowy Polak czasu nie miał. Przed półfinałem Bawarczycy trenowali przy drzwiach zamkniętych.

Korespondenci madryckiego dziennika, który najczęściej spekulował o transferze Polaka na Santiago Bernabéu, i tak pochwalili Lewandowskiego. Napisali, że jako jedyny z Bayernu zatrzymał się za bramą ośrodka, by rozdać autografy. Inni odjeżdżali z piskiem opon.

Real jest pod ścianą – LM to jedyne rozgrywki, które może wygrać w tym sezonie. Ale w Madrycie wyczuwa się spory optymizm. W zaciekłej ponad 40-letniej rywalizacji obu klubów ostatnie nokautujące ciosy zadał Real. Wyeliminował Bayern w półfinale (2014) i ćwierćfinale (2017), po czym sięgał po trofeum.

Królewscy mają prawo czuć się królami Pucharu Europy. Wygrywali go w sumie 12 razy, Bayern zaledwie pięć. W sześciu ostatnich sezonach nie zdarzyło się, by ktoś zdobył w LM więcej goli niż Cristiano Ronaldo. W sumie uzbierał ich w tym czasie 82, Lewandowski prawie o połowę mniej (44). Oczywiście „El Pais” przypomina, że Bayern żyje z bramek Polaka, który w Bundeslidze zdobywa je co mecz. Ale w LM w tym sezonie CR7 jest trzy razy skuteczniejszy (15-5). Przed rokiem pojedynek Ronaldo – Lewandowski zakończył się wynikiem 5:1. Polak z powodu urazu nie zagrał w pierwszym meczu, a po rewanżu kipiał wściekłością. – Wynik wypaczyły błędy sędziego – mówił. W obu spotkaniach Bawarczycy dostali czerwone kartki (Javi Martinez i Arturo Vidal). W dogrywce na Santiago Bernabéu arbiter uznał gola Ronaldo ze spalonego. – Zostaliśmy ograbieni, oszukani – krzyczał Vidal, który teraz leczy kontuzję.

Te wypowiedzi wcale nie należały do najostrzejszych. W 2014 r. prezes Karl-Heinz Rummenigge zapowiadał, że w Monachium zapłoną nawet drzewa. Ale Real wygrał aż 4:0.

„Piłkarze Realu robią w portki, gdy się ich przyciśnie” – powiedział kiedyś pomocnik Bayernu Hasan Salihamidzić, a bramkarz Oliver Kahn stwierdził, że galaktyczni z Madrytu ładnie wypadają w reklamach, ale w piłkę grać nie umieją. Do tego można przypomnieć, jak Augenthaler pokazał kibicom z Santiago Bernabéu rogi, a Mark van Bommel gest Kozakiewicza. Madrytczycy nie pozostawali dłużni: Roberto Carlos uderzył w twarz Martina Demichelisa (2004), w 1987 r. legendarny Juanito nadepnął na głowę Lothara Matthaeusa, za co dostał pięć lat dyskwalifikacji. W 1976 r., gdy Real mierzył się z Bayernem pierwszy raz, oszalały kibic wbiegł na murawę i pobił Gerda Müllera oraz sędziego Linemayera.

Klamrą tę rywalizację spina Jupp Heynckes. Trener, który w 1998 r. zdobył z Realem Puchar Europy po 32 latach oczekiwania. I natychmiast odszedł po konflikcie z piłkarzami. To on poprowadził Bayern do ostatniego triumfu w LM w 2013 r., po czym poszedł na emeryturę, by ustąpić miejsca Guardioli. W tym sezonie wrócił, bo Bayern potrzebował ratunku po zwolnieniu Carlo Ancelottiego. I znów przywrócił zespół do pionu.

Sytuacja Bayernu wydaje się bardziej komfortowa. Jest mistrzem Niemiec, gra w finale Pucharu, ale to LM ma zweryfikować, czy Bawarczycy wciąż zaliczają się do europejskich gigantów. W ostatnich czterech latach przegrywali z zespołami z Hiszpanii: Realem, Barceloną i Atlético. Są głodni rewanżu, ale czy ich obecna klasa i forma są wystarczające? W tej edycji LM grali tylko z jednym zespołem z czołówki – PSG. Przegrali 0:3 w Paryżu i wygrali u siebie 3:1. Z drużyną, którą Real dwukrotnie pokonał w 1/8 finału, Królewscy wygrali dwa razy. I to oni są faworytem.

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Zagrał swój ostatni finał w Barcelonie, zdobył gola i 31. trofeum w karierze. Na Wanda Metropolitano w Madrycie Katalończycy rozbili Sevillę 5:0 i sięgnęli po Puchar Króla - 30 raz w historii klubu.

W 86. minucie Iniesta odczepił z rękawa kapitańską opaskę i spokojnym krokiem ruszył ku linii bocznej. Po drodze żegnali go koledzy z Barcelony, a 68 tys ludzi na trybunach Wanda Metropolitano zerwało się z miejsc, czując, że są świadkami czegoś unikalnego. „Nigdy w życiu nie widziałem piłkarza tak kochanego na wszystkich stadionach” - powiedział komentator telewizji hiszpańskiej. Te słowa potwierdzały obrazki z sektorów zajmowanych przez fanów Sevilli. Ich drużyna została w finale Pucharu Króla „stłamszona”, „rzucona na kolana”, „starta z powierzchni ziemi” - jak potem napisano w prasie. Przegrywała 0:5 także za sprawą Iniesty, który wzniósł się na wyżyny, zdobył jedną z bramek. Kamery pokazywały jak jeden z liderów kibiców z Andaluzji mobilizuje resztę do powstania. Ze złamanymi sercami stali i klaskali, bo 34-letni rywal Andres Iniesta na to zasługiwał.

Po meczu Iniesta powiedział, że decyzję dotyczącą swojej przyszłości ogłosi w następnym tygodniu. Wiadomo już, że po zakończeniu sezonu wyjedzie do ligi chińskiej. W Barcelonie spędził 22 lata, zdobył 31 trofeów. 32. będzie tytuł mistrza Hiszpanii. Na pięć kolejek przed końcem rozgrywek, zespołowi z Camp Nou brakuje trzech punktów.

Kariera Iniesty jest nierozerwalnie związana z Leo Messim. To Argentyńczykowi oddał opaskę kapitana Barcelony, gdy w sobotę opuszczał boisko. W 31. min finału wypracował gola Messiemu, w 52. minucie Leo zrewanżował się asystą przy bramce Andresa. Od przyszłego sezonu trzeba będzie przyzwyczaić się do Barcelony bez współpracy tej pary geniuszy. Aby załatać dziurę po Inieście klub wydał 150 mln euro na Philippe’a Coutinho. Brazylijczyk zaliczył w sobotnim finale gola i asystę.

Dla Barcelony Puchar Króla to osobna historia. Pełna paradoksów. Podczas finału w 1968 roku na Santiago Bernabeu wściekli kibice z Madrytu obrzucili butelkami piłkarzy Barcelony po ich zwycięstwie nad Realem. Żona jednego z ministrów rządu generała Franco powiedziała wtedy „Przecież Katalonia to także Hiszpania, prawda?”. Prezes Barcelony odpowiedział jej „niech pani nie pieprzy”.

Dziś sytuacja polityczna jest wciąż bardzo napięta. Dziennik „El Pais” komentuje, że król Filip VI był w loży honorowej samotny. Politycy z Katalonii i Madrytu nie dopisali, a monarcha wysłuchał festiwalu gwizdów fanów Barcelony, gdy zabrzmiał hiszpański hymn. Dla równowagi fani Sevilli zgotowali królowi owację.

Jeszcze niedawno obrońca Barcy Gerard Pique miał powiedzieć do piłkarzy Realu przed finałem „zdobędziemy dziś Puchar waszego króla”. Tak donosiły media w Madrycie. Ale od strony sportowej te „obce” rozgrywki odegrały ważną rolę dla Barcelony. Klub z Katalonii wygrał je rekordowe 30 razy. Był najlepszy w czterech ostatnich edycjach: pokonując w finałach Athletic Bilbao (2015), Alaves (2017) i dwa razy Sevillę (2016 i 2018). Nikt wcześniej takiej serii nie miał.

Kiedy w 1990 roku legendarny Johan Cruyff zabierał zespół na finał do Walencji, ważyły się jego losy jako trenera. Barca pokonała Real, Holender przetrwał na stanowisku, by stworzyć słynny „Dream Team”. Pierwsze trofeum, które zdobył Pep Guardiola to Puchar Króla w 2009 roku po finale z Athletic Bilbao naznaczonym gwizdami i obelgami nacjonalistów wobec króla Juana Carlosa (ojca Filipa VI). Tamto zwycięstwo Barcy było początkiem nienotowanej wcześniej serii - skończyło się na sześciu trofeach w tamtym roku. Sześć lat później także trener Luis Enrique zaczął od zwycięstwa w Pucharze Króla, by sięgnąć po drugą w historii klubu potrójną koronę. Ernestowi Valverde się to nie uda. Porażka z Romą w ćwierćfinale Ligi Mistrzów kładzie się cieniem na dokonaniach obecnego szkoleniowca Barcelony. Iniesta wyjedzie do Chin bez piątego triumfu w Champions League.

piątek, 20 kwietnia 2018

Po raz pierwszy od 16 lat trener Barcelony wystawił w meczu ligi hiszpańskiej drużynę bez jednego choćby wychowanka. W świecie piłki wywołało to zdumienie i dezorientację.

A przecież to było tak niedawno. Przeciwna skrajność. 25 listopada 2012 roku zmarły potem na raka trener Tito Vilanova zagrał przeciw Levante drużyną złożoną z 11 piłkarzy wychowanych w La Masia. W 15. minucie meczu kontuzji doznał Brazylijczyk Dani Alves, którego zastąpił Martin Montoya. I na placu gry znajdowała się jedenastka napełniająca dumą całą Barcelonę i wprowadzająca w zachwyt Europę. Valdés; Montoya, Piqué, Puyol, Jordi Alba; Xavi, Busquets, Fabregas; Pedro, Messi i Iniesta. Jedenastu ludzi „de casa”, czyli pochodzących z domu, a więc ze szkółki klubu z Katalonii.

Można było się czepiać. Przecież urodzony w Rosario Argentyńczyk Leo Messi zaczynał w Newell’s Old Boys, a do Barcelony trafił, mając 12 lat. Ale formalnie jest wychowankiem Barcy. Andres Iniesta też zaczynał w Albacete, ale jako 12-latek trafił do Barcy, gdzie wyrósł na megagwiazdę. Fabregas wrócił do domu z Arsenalu, Pique z Manchesteru United. Ale wystarczyło spojrzeć na ich grę, by wiedzieć, gdzie szlifowano ich talent.

Szkółka Barcelony zreformowana przez Johana Cruyffa na wzór akademii Ajaxu Amsterdam przeżywała swoje apogeum. W 2010 roku trzej jej wychowankowie - Messi, Iniesta i Xavi Hernandez - zajęli całe podium plebiscytu Złota Piłka. To było wydarzenie bez precedensu w historii piłki.

20 października 2011 roku La Masia została przeniesiona ze starej owczarni obok stadionu Camp Nou do nowej pięknej siedziby. Ale sportowo zatrzymała się w rozwoju, przestała kwitnąć. Jej wychowankowie padali ofiarą agentów wyciągających chłopaków do innych klubów, gdzie mieli dostać szansę gry szybciej: jak kiedyś Fabregas w Arsenalu czy Pique na Old Trafford.

Kryzys szkoleniowy był widoczny gołym okiem. Coraz mniej piłkarzy ze szkółki przebijało się do pierwszej drużyny z Camp Nou. A przecież jeszcze niedawno poprzedni dyrektor sportowy Andoni Zubizarreta powiedział, że największym atutem Barcy jest niespotykana odwaga, z jaką stawia na wychowanków.

„Real kupuje, Barca wychowuje” - to hasło wymyślili polscy fani klubu z Katalonii, które zawieźli na Camp Nou, gdzie bardzo się spodobało. Barcelona szczyciła się wychowankami, dlatego to, co się stało we wtorek w Vigo, zostało odebrane z takim zdumieniem. Trener Ernesto Valverde wystawił na mecz z Celtą 11 graczy, wśród których nie było nikogo z La Masii. Co prawda pomocnik Denis Suarez spędził w niej dwa lata, grał w drugiej drużynie Barcy, ale jednak jest wychowankiem Celty.

Prasa hiszpańska zauważyła, że taki fakt, by Barca zaczęła mecz ligowy bez wychowanka zdarzył się pierwszy raz od 16 lat. W 2002 roku trener Carles Rexach nie wystawił ani jednego gracza rodem z La Masii w meczu przeciwko Athletic Bilbao. Rexach to człowiek, który szefował szkółce Barcy, przyjmował do niej Messiego w 2000 roku, podpisując z nim pierwszy, słynny kontrakt na serwetce w kawiarni.

Oczywiście skład Katalończyków na wtorkowy mecz z Celtą był jednym wielkim eksperymentem. Valverde zachował Iniestę, Messiego, Busquetsa, Jordiego Albę, Sergiego Roberto i Gerarda Pique na sobotni finał Pucharu Króla z Sevillą. Dał odpocząć sześciu wychowankom, którzy zagrają na Wanda Metropolitano o pierwsze trofeum w tym sezonie. Więc nie jest tak, że Barcelona przestała nagle być klubem, gdzie stawia się na swoich.

Mimo wszystko La Masia jest w kryzysie. Druga drużyna Katalończyków spada właśnie do III ligi hiszpańskiej. A bywały okresy, gdy mogła bić się o awans do Primera Division.

Może szkółce Barcy zaszkodziły sankcje FIFA? Zakaz transferów nałożony na klub z Katalonii za podpisywanie kontraktów z nieletnimi pochodzącymi z zagranicy. A może po prostu musi minąć sporo czasu, by w murach La Masii pojawili się nowi Xavi z Iniestą?

Fakty są jednoznaczne. Gdy latem Barcelona straciła Neymara, poszła na wielkie zakupy, bo nikt ze szkółki nie rokował nawet na tyle, by dawał cień nadziei na zastąpienie Brazylijczyka. Próbowano z odzyskanym z Milanu Gerardem Deulofeu, ale nic z tego nie wyszło. Dziś nie ma go już w klubie. Za to Osmane Dembele i Philippe Coutinho kosztowali Barcelonę blisko 300 mln euro.

Złośliwi pytali, czy Barca aby na pewno wciąż nie kupuje, tylko wychowuje?

czwartek, 19 kwietnia 2018

Po sobotnim finale Pucharu Króla 34-letni Andres Iniesta ogłosi, że opuszcza Barcelonę, by grać i zarabiać w Chinach. Podobno za wszystkim stoi wino.

- Decyzja zapadła - powiedział Iniesta. - Dzięki za niezliczone przejawy serdeczności, ale nie mogą one już jej zmienić - dodał. Tajemniczy, a jednak wystarczająco jednoznaczny, by prasa hiszpańska ogłosiła, że z końcem sezonu dobiegnie kresu epoka. Epoka jedynego w swoim rodzaju artysty piłki.

Kiedy 15 kwietnia Andres powiesił na Twitterze zdjęcie drużyny, w której zaczynał, z podpisem: „Wspominając początki”, kibice wyczuli co się święci. Rzesze fanów Barcelony upraszały swojego kapitana, by nie opuszczał Camp Nou. Ale sprawa jest ponoć przesądzona, choć wciąż nie znamy nazwy klubu z Chin, który gotowy jest płacić Inieście 30 mln euro za sezon. Madrycki dziennik „Marca” wyjaśnia jednak, że za decyzją legendarnego pomocnika stoi wino. W 2010 roku w rodzinnej miejscowości Fuentealbilla w samym sercu Manchuelli w dorzeczu rzek Cabriel i Jucar Iniesta zbudował nowoczesną winnicę. „Bodega Iniesta” ma sprzedawać na rynek chiński około 2 mln butelek wina rocznie, oczywiście z nazwiskiem piłkarza na etykiecie.

Nikt w Barcelonie nie odbiera Inieście prawa do decydowania o swojej przyszłości. Dla klubu z Camp Nou zrobił więcej niż ktokolwiek inny, może nawet więcej niż sam Leo Messi. Andres jest nie tylko geniuszem piłki, ale też człowiekiem o nieposzlakowanej opinii. Nigdy nie przyłożył ręki do podsycania konfliktów w Hiszpanii spolaryzowanej przez Real i Bacelonę. Kibice Espanyolu nienawidzący rywala z Camp Nou, Iniestę gotowi nosić na rękach. Za gest po złotym golu w 116. minucie finału mundialu w RPA, gdy pokazał światu napis na podkoszulce „Dani Jarque, zawsze z nami”. Dani Jarque, piłkarz Espanyolu, przyjaciel Iniesty zmarł nagle na zgrupowaniu swojego klubu, rok przed mundialem. Kiedy 11 lipca 2010 roku w Johannesburgu Andres zapewniał Hiszpanii tytuł mistrza świata, komentujący mecz z Holandią Jose Antonio Camacho były obrońca, potem trener i symbol Realu Madryt wrzasnął w ekstazie „To jest Iniesta mojego życia”. Po mundialu na każdym stadionie w Hiszpanii piłkarz Barcy witany był owacyjnie.

Opisywanie klasy Iniesty, jest jak opisywanie Himalajów. Lepiej milczeć, patrzeć i podziwiać. Ligę Mistrzów wygrał cztery razy, tak jak Messi i Xavi Hernandez. Ale jako jedyny piłkarz w historii Barcelony wystąpił w czterech zwycięskich finałach, w tym pierwszym w 2006 roku przeciw Arsenalowi wszedł na boisko w drugiej połowie i odmienił losy rywalizacji. Xavi z Messim leczyli wtedy kontuzje.

22-letni Iniesta rzucany był na różne pozycje na boisku. Grał nawet na lewej obronie. Ale już dwa lata później na Euro 2008 hiszpański selekcjoner Luis Aragones uczynił z Xaviego i Iniesty kluczowe postaci „La Roja”. To był początek złotej ery.

Pomocnicy Barcy mieli pecha, że przyszło im grać w epoce Cristiano Ronaldo i Messiego, dlatego żaden z nich nie zdobył Złotej Piłki. Iniesta był drugi w 2010 roku, trzeci w 2012, czwarty w 2009 i 2011.

Razem z Xavim wynieśli tiki-takę do rangi zjawiska kultowego. A zaczęło się od frustracji i morza łez. 12-letni Andres zalewał się nim, gdy w 1996 roku rodzina odwoziła go do internatu w Barcelonie, gdzie jego talent miał rozbłysnąć. Wychowany w szkółce „La Masia” przybysz z Albacete został wzorcowym przykładem wartości w niej wpajanych. Ale po ciuchu nie zgadza się ze stereotypami na swój temat. W biografii napisał, że zbyt wielu kibiców uważa, iż wystarczy w Google’a wpisać „Iniesta”, by go poznać. „Nie jestem tak małomówny jak się ludziom wydaje. To nieprawda, że nigdy nie wdałem się w pyskówkę. Ci, którzy mnie znają, oskarżali mnie nawet o to, że zdarzało mi się ich przytłaczać i próbować urządzać im życie”.

Pierwszy rozdział biografii nosi tytuł „Otchłań”. Iniesta opowiada w niej o depresji wywołanej serią urazów przed mundialem w RPA. „Czułem się jakbym bezwładnie spadał, jakby wszystko spowił mrok. Poszukałem lekarza i powiedziałem mu, że już nie zniosę więcej”.

Nawet tak cichy, opanowany i utytułowany piłkarz musiał zapłacić za sukces. Niedawno podczas fatalnego dla Barcelony meczu z Romą trener zdjął Iniestę w 81. min. Za chwilę Barca straciła trzecią bramkę i awans do półfinału Ligi Mistrzów. Widok wspartego bezradnie o daszek ławki dla rezerwowych 34-letniego Iniesty pozostanie nam jako wspomnienie jego ostatniego meczu w najważniejszych klubowych rozgrywkach. Zagrał w Champions League 129 razy. W Rzymie po raz setny wystąpił w niej u boku Messiego. I na tym koniec? Wszystko na to wskazuje.

sobota, 14 kwietnia 2018

Bayern Monachium i Real Madryt zmierzą się ze sobą już 13. raz w walce o tytuł najlepszej drużyny Europy. Bilans jest doskonale równy, ale ostatnio dwa razy lepsi byli Królewscy. Liverpool wpadł na Romę, to rewanż za finał sprzed 34 lat.

Kiedy latem 2014 roku Robert Lewandowski przenosił się z Dortmundu do Monachium chciał zwiększyć swoje szanse na wygranie Ligi Mistrzów. Rok wcześniej dotarł z Borussią do niemieckiego finału na Wembley, ale w bratobójczym boju lepsi byli Bawarczycy (wygrali 2:1). Bayern dawał Polakowi realną szansę na najbardziej prestiżowe trofeum w klubowej piłce zdobywane przez Zbigniewa Bońka (1985, Juventus), Józefa Młynarczyka (1987, Porto), czy Jerzego Dudka (2005, Liverpool).

Bawarski kolos liczył bardzo na polskiego napastnika. W półfinale 2014 roku dostał sromotne lanie od Realu Madryt (0:5 w dwumeczu). Lewandowski uchodził za kata Królewskich po tym jak wbił im cztery gole jako napastnik Borussii, w drodze na Wembley w 2013 roku. To był logiczny transfer dla obu stron, choć pogłoski, że o Polaka zabiegał również Real Madryt nie ucichły do dziś.

Media hiszpańskie informowały, że na przenosiny do stolicy Hiszpanii Lewandowskiego namawiał nie tylko prezes Florentino Perez, ale także największe gwiazdy Sergio Ramos i Cristiano Ronaldo. 26-letni Polak uznał jednak wtedy, że Monachium to jest właściwy wybór.

W jakimś sensie na pewno miał rację. Klub z Bawarii jest hegemonem Bundesligi. Niedawno zapewnił sobie szósty tytuł mistrzowski z rzędu. Nienasycony pozostaje jednak w rywalizacji europejskiej. W Lidze Mistrzów już z Lewandowskim w składzie Bayern odbił się od hiszpańskich rywali trzy razy. Najpierw od Barcelony, potem Atletico Madryt, wreszcie Realu. 12 miesięcy temu w ćwierćfinale Bawarczycy (bez kontuzjowanego Polaka) przegrali na Allianz Arena 1:2. W rewanżu na Santiago Bernabeu Lewandowski przezwyciężył ból i nawet zdobył gola z rzutu karnego. W dogrywce rozbłysła gwiazda Cristiano Ronaldo, choć kluczową bramkę zdobył ze spalonego. Sędzia to przeoczył, Bawarczycy się już nie pozbierali i odpadli z rozgrywek.

Przed rozpoczęciem piątkowego losowania w Nyonie UEFA zawiesiła na swojej oficjalnej stronie zdjęcie Ronaldo i Lewandowskiego. Gwiazdorzy obu drużyn dziękowali sobie za walkę na Santiago Bernabeu przed rokiem. Czy wszystkim wydawało się nieuniknione, że w półfinale tej edycji giganci znów muszą wpaść na siebie? Mówił o tym Florentino Perez, jeszcze zanim drużyny z Madrytu i Monachium zapewniły sobie awans. Real i Bayern rywalizowały ze sobą w Pucharze Europy 12 razy: w sumie rozegrały 24 mecze z bilansem: 11 zwycięstw, 11 porażek i dwóch remisów. A jednak do finału Real - Bayern nie doszło nigdy.

Faworytem w tym roku będą Królewscy. Ronaldo znów strzela jak nakręcony, zdobył 15 goli w rozgrywkach, niemal dwa razy więcej niż następni Roberto Firmino i Mohamed Salah z Liverpoolu (po 8). Lewandowski ma pięć bramek. Ale to za chwilę może nie mieć znaczenia. Jeśli pomoże Bayernowi przełamać hiszpańską barierę, on pojedzie 26 maja na finał do Kijowa. Real zagra z nożem na gardle, na inne trofeum w tym sezonie szansy już nie ma. Bayern jest w grze o potrójną koronę, ale Liga Mistrzów jest jego największym marzeniem. Królewscy wygrali rozgrywki 12 razy, mają szansę na trzeci kolejny triumf - ostatnio udało się to Bayernowi w latach 1974-76.

Od zwycięstwa Bayernu w 2013 roku, hiszpańskie drużyny dominują w Lidze Mistrzów nieprzerwanie. Po losowaniu madryckie media zareagowały obawą nie przed Polakiem, ale Jamesem Rodriguezem. Kolumbijczyk został kupiony do Realu wtedy, gdy Lewandowski przenosił się do Monachium. Ale się nie przebił i ostatniego lata trafił do Bayernu. On naznaczany jest przez hiszpańskie media na kata Realu i Zinedine’a Zidane’a.

W drugim półfinale Liverpool zmierzy się z Romą, to powtórka finału Pucharu Europy z 1984 roku w Rzymie. Anglicy wygrali wtedy po rzutach karnych. I teraz będą faworytem. Od tamtej pory Roma już nigdy nie wspięła się na poziom półfinału. Liverpool wraca do niego po dekadzie. Trener The Reds Juergen Klopp zna już smak finału. Tego samego, co Lewandowski z 2013 roku przegranego przez Borussię z Bayernem.

czwartek, 12 kwietnia 2018

- Sędzia ma kosz na śmieci w miejscu serca - powiedział 40-letni Gianluigi Buffon po prawdopodobnie ostatnim swoim występie w Lidze Mistrzów.

Nikt nie mógł nawet przypuszczać, że ta niezwykła historia dobiegnie końca w tak dramatycznych okolicznościach. Po porażce w Turynie 0:3 Buffon i cały Juventus przybył na Santiago Bernabeu pożegnać się godnie z Ligą Mistrzów. Fani Realu zgotowali owację 40-latkowi, który jest gigantem jako sportowiec i człowiek. Ale słaba gra i błędy Królewskich stworzyły okoliczności dla dokonania cudu. Było blisko, po godzinie gry Juventus odrobił straty z pierwszego meczu. A wydawało się, że nie istnieje drużyna, która przybyłaby do Madrytu z deficytem trzech goli i jeszcze się Realowi postawiła.

Szkoda, że ta historia rozwiązała się w taki sposób. Bez względu na to, czy Benatia faulował Lucasa Vasqueza w doliczonym czasie gry. Powtórki wyjaśniają niewiele, obrońca Juve skrzydłowego Realu dotknął, ale czy z taką mocą by go ściąć z nóg, czy też upadek Vazqueza był jego pomysłem? Ćwierćfinał rozstrzygał niuans, który w zawodnikach i kibicach Juve wzbudził niesmak, poczucie krzywdy, a nawet myśl o spisku.

Wyprowadzić z równowagi Buffona nie jest łatwo. Ale angielskiemu sędziemu Michaelowi Oliverowi się udało. Arbiter twierdzi, że legendarny bramkarz mu ubliżył. Buffon zagrał w Lidze Mistrzów ponad 100 spotkań i w tym ostatnim wyleciał z boiska. Pierwszy raz. Gdy od półfinału dzielił go krok.

Prezes Juve zażądał, by w Lidze Mistrzów pojawił się VAR, ale powtórki niczego by nie wyjaśniły w tym przypadku. Trzeba by zmierzyć impet z jakim obrońca wpada na skrzydłowego i ustalić jaka jest granica dopuszczalna.

40-letni bramkarz Juve był mistrzem świata w 2006 roku, po finale wygranym przez Włochy z Francją w serii rzutów karnych. W słynnym meczu, który Zinedine Zidane zakończył z czerwoną kartką po ataku na Marco Materazziego. Już wtedy zaliczano Buffona go grona najwybitniejszych bramkarzy w historii. W plebiscycie Złota Piłka z tamtego roku zajął drugie miejsce.

Przez następne 12 lat kibice zastanawiali się, czy zdoła wygrać Ligę Mistrzów. Sytuacji nie ułatwiła degradacja Juve. Stanęło na trzech porażkach w finale Champions League (2003, 2015, 2017) z Milanem, Barceloną i Realem. W piłce nie dostaje się trofeów za zasługi. To co się Buffonowi należy, a to co jest, to dwie różne sprawy.

Można ubolewać nad tym, że fantastyczna pogoń Juve na Santiago Bernabeu znalazła rozwiązanie w tak kontrowersyjnych okolicznościach. Trzeba jednak przyznać Zidane’owi, że jako trener wykazał się odwagą. Przy stanie 0:2 zdjął defensywnego pomocnika Casemiro, wierząc, iż Real może obronić awans do półfinału, tylko przez atak na bramkę Buffona. Zupełnie inaczej niż szkoleniowiec Barcy Ernesto Valverde, który przy stanie 0:2 w Rzymie zmienił Andreasa Iniestę na Andre Gomesa. Bezradny Iniesta patrzył jak zespół odpada z rozgrywek. Być może opuści Barcelonę, być może i on zagrał ostatni mecz w Lidze Mistrzów. Tyle, że wygrał ją aż cztery razy. Apetyt na piąty miał pewnie jednak taki sam, jak Buffon na pierwszy.

Ale z Buffonem nigdy nie wiadomo do końca. Miał się pożegnać z kadrą Włoch po porażce w barażu o rosyjski mundial. Po raz pierwszy od 1958 roku Italia nie zagra w MŚ. Wydawało się, że 40-latek po przeżyciu takiej traumy, nigdy nie wejdzie już do włoskiej bramki. Ale wrócił. Może zmieni zdanie także w sprawie Ligi Mistrzów? Może nie zechce odchodzić w tak dramatycznych okolicznościach? Stracić na tym może tylko Wojciech Szczęsny, który od nowego sezonu miał być w Juve numerem 1. Ale wydaje się, że Polak też głęboko polubił legendarnego bramkarza, iż pewnie jakoś wybaczyłby mu zmianę planów.

PS. - Ani przez moment nie pomyśleliśmy, że spotka nas to co Barcelonę, ponieważ jesteśmy Realem Madryt - powiedział brawurowo obrońca Królewskich Marcelo. Jego błędy w rewanżu pomogły Juventusowi, ale w końcu wynik przyznaje mu rację.

środa, 11 kwietnia 2018

Hiszpańskie media trąbią o najboleśniejszej porażce Barcelony w historii Ligi Mistrzów. Wręcz zawstydzającej. Po 0:3 z Romą w Rzymie zespół z Camp Nou trzeci raz z rzędu w ćwierćfinale odpadł z rozgrywek.

Tylko nieliczni gracze Barcy zdołali wyksztusić z siebie słowo. Leo Messi jak duch przemknął przez strefę wywiadów Stadionu Olimpijskiego. Pięciokrotny laureat Złotej Piłki w czwartym kolejnym sezonie nie zdobył bramki w ćwierćfinale Champions League. W 2015 roku nie miało to znaczenia: Luis Suarez i Neymar rozstrzelali PSG, a Barcelona pomknęła do Berlina po główne trofeum. W fazie grupowej kolejnej edycji rozbiła Romę 6:1. Kryzys nastąpił później: w ćwierćfinale 2016 roku zespół z Camp Nou odpadł z Atletico Madryt, rok później z Juventusem Turyn, teraz z Romą. I legendarny Messi nie zrobił nic był zapobiec nieszczęściom.

Z pewnością ta ostatnia porażka jest najbardziej sensacyjna i niespodziewana. Barcelona nie potrafiła utrzymać przewagi trzech goli zdobytej w pierwszym meczu na Camp Nou. Drużyna, która w 31 kolejkach ligi hiszpańskiej nie przegrała, a w dziewięciu poprzednich meczach tej edycji Ligi Mistrzów straciła trzy bramki, najmniej ze wszystkich.

Cios przyszedł znienacka i wywołał szok. Przecież dzień losowania ćwierćfinałów był w Barcelonie świętem. W szatni zespołu z Camp Nou nie było ponoć piłkarza, który obawiałby się Romy. To był wymarzony rywal, by przełamać barierę i wrócić do czwórki najlepszych w Europie. Dla zespołu z Rzymu ćwierćfinał był wielkim sukcesem, Roma wróciła na ten poziom Ligi Mistrzów po dekadzie.

Starcie Dawida z Goliatem zakończyło się tak jak w biblii. Wywołując w Barcelonie frustrację i wstyd. - Skłamałbym, gdybym powiedział, że ta porażka posłuży nam w jakikolwiek sposób - powiedział Sergio Busquets. - Czekają nas ciężkie dni - dodał Ernesto Valverde. Trener, który odmienił Barcelonę przebył w 90 minut drogę ze szczytu na dno. Wychwalano go za równowagę między grą w ataku i obronie. Drużyna z Camp Nou traci w lidze hiszpańskiej tak samo mało bramek jak fenomen w tej dziedzinie Atletico Madryt. Tak się złożyło, że Atletico starło się z Romą w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Odpadło, ale nie pozwoliło Romie zdobyć bramki w dwumeczu. Obrona Barcelony w Rzymie rozsypała się na drobne kawałki. W dodatku Messi i Suarez w ogóle nie zagrażali bramce gospodarzy.

W 80. minucie, gdy Barcelona przegrywała 0:2 Valverde zdjął Andresa Iniestę zastępując go Andre Gomesem. To był czytelny sygnał, że trener chce ochronić zespół przed stratą trzeciego gola, a nie zaatakować i rozstrzygnąć losy awansu. Starczyła jedna bramka, ale graczom Barcy zabrakło odwagi, by pójść do przodu.

- To dla nas bolesny cios, wyjątkowo ponury dzień - skomentował prezes Josep Maria Bartomeu. A przecież Stadion Olimpijski w stolicy Włoch to miejsce, gdzie dziewięć lat temu Barca wygrała finał Ligi Mistrzów z Manchesterem United. Wtedy Messi wygrał swój pierwszy wielki pojedynek z Cristiano Ronaldo, odebrał starszemu rywalowi Złotą Piłkę i zapanował nad europejską piłką. Trenerski debiutant Pep Guardiola stworzył zespół kultowy, który wyniósł tiki-takę na szczyty. Po Guardioli z Barceloną pracowało trzech trenerów, miewali wzloty jak w 2015 roku, ale mit zjawiskowej drużyny gasł. Po porażce w Rzymie zostały z niego głównie wspomnienia.

A przecież w tym roku Barcelona wydała na transfery rekordową kwotę 300 mln euro. Ousmane Dembele wszedł w na boisko w Rzymie przy 0:3 i zmarnował okazję na złotego gola. Philippe Coutinho przyszedł z Liverpoolu zimą, więc w Lidze Mistrzów grać z Barcą nie może, nawet sprowadzony za 40 mln Paulinho, którym tak zachwycano się na początku sezonu, teraz przestał odgrywać w zespole jakąkolwiek rolę, nowy stoper Yerry Mina nie gra. Od niemal dekady zespół z Camp Nou walczy z uzależnieniem od Messiego i w Rzymie dostał kolejny dowód, że nie robi w tym względzie postępów. Kiedy Argentyńczyk ma zły dzień, Barcelona przeżywa męki. Ale nawet to nie tłumaczy do końca klęski w Rzymie.

Los sprawił, że tego samego wieczoru, gdy Barca padła pod ciosami Romy, z Ligą Mistrzów pożegnał się Guardiola. Z niego Katalończycy są również bardzo dumni. Trener Manchesteru City w otwarty sposób wspiera starania regionu o odłączenie się od Hiszpanii. We wtorek jego drużyna miała odrabiać trzy gole straty do Liverpoolu, ale drugi raz przegrała.

Marzenie Barcy o potrójnej koronie legło w gruzach. A przecież przed wyprawą do stolicy Włoch, Katalończycy wybiegali myślą do finału w Kijowie, gdzie miało dojść do pierwszego El Clasico, czyli starcia z Realem Madryt o Puchar Europy. Po zwycięstwie Barcy nad Romą (4:1) w pierwszym meczu i podboju Turynu przez Królewskich, największy hiszpański dziennik „El Pais” napisał tekst o wyższości hiszpańskiej piłki nad włoską. Dziś ten sam dostojny „El Pais” wspomina o kompromitacji Barcy, która wystawiła się na pośmiewisko Europy. Czy nie ma racji trener Realu Zinedine Zidane, kiedy mówi, że w piłce niebo od piekła dzieli zwykle 90 minut?

sobota, 07 kwietnia 2018

Derby Madrytu to już tylko gra o drugie miejsce w lidze hiszpańskiej. Ale będący na fali Cristiano Ronaldo ma własny plan na niedzielę.

Wywołał sensację odwiedzając hotel, w którym zatrzymali się piłkarze Sportingu Lizbona. Klub, który wychował CR7 przybył do Madrytu na pierwszy mecz z Atletico w ćwierćfinale Ligi Europy. Na oficjalnym koncie twitterowym Sportingu pojawiła się informacja, że najlepszy piłkarz świata chciał przekazać „dodatkową moc” swoim rodakom. Misja się jednak nie udała. Goście z Lizbony popełniali na Wanda Metropolitano głupie gafy, co skończyło się golami Koke i Antoine’a Griezmanna.

Po zwycięstwie Atletico 2:0 prasa hiszpańska oceniła, że drużyna Diego Simeone żerowała na błędach Portugalczyków. Pozwalała im grać, by znienacka spadać jak jastrząb i zadawać ciosy. Nic w tym nowego, czy odkrywczego - ten styl od lat jest wizytówką madryckiego klubu. Tak samo Atletico zagra w niedzielę na Santiago Bernabeu w ligowych derbach Madrytu. Choć to ono ma większe szanse gonienia Barcelony. Na osiem kolejek przed końcem sezonu zespół Simeone traci do lidera z Katalonii 9 pkt. Real aż 13.

Mimo wszystko Cristiano Ronaldo przeżywa właśnie chwile uniesienia. Jego gol przewrotką zdobyty w ćwierćfinale Ligi Mistrzów z Juventusem wywołał powszechny entuzjazm wokół gwiazdy tak kontrowersyjnej. Nikt nie ośmielał się kwestionować sportowej klasy pięciokrotnego laureata Złotej Piłki, ale kibice często gwizdali na niego posądzając o egoizm graniczący z narcyzmem. Po tym co stało się w Turynie, wszyscy pochylili czoła przez 33-letnim Portugalczykiem. Sięgnął nogą piłki lecącej na wysokości 220 cm i nadał jej prędkość 83 km/h. Gianluigi Buffon nawet nie próbował interweniować.

Być może liga hiszpańska przestała być priorytetem dla Realu już wiele tygodni temu. A jednak Zinedine Zidane zdaje się myśleć inaczej. Od połowy stycznia obrońcy tytułu potknęli się w Primera Division tylko dwa razy (remis z Levante i porażka z Espanyolem) będąc w tym czasie najlepszą drużyną ligi. Wzrost formy potwierdza się w Lidze Mistrzów, gdzie Królewscy zmierzają po trzeci z kolei tytuł.

Jesienią, gdy Real grał w lidze koszmarnie, a Ronaldo notorycznie pudłował, czara goryczy się przepełniła. 5 listopada Królewscy pokonali Las Palmas 3:0, ale bramki zdobyli Casemiro, Asensio i Isco. Po 11 kolejkach CR7 miał w Primera Division zaledwie jednego gola. Bukmacherzy oceniali, że jego szanse na tytuł króla strzelców są jak 1 do 17. Leo Messi z Barcelony uzbierał w tym czasie aż 12 bramek.

Mimo wszystko następnego dnia Ronaldo przyszedł na trening Realu i z całą bezczelnością ogłosił kolegom, że to on zdobędzie tytuł najskuteczniejszego piłkarza La Liga. Nie od razu wziął się do dzieła. Następny mecz to były debry z Atletico na Wanda Metropolitano zakończone bez bramek. Dopiero pod koniec listopada w meczu z Malagą na Santiago Bernabeu Cristiano zdobył zwycięskiego gola (3:2).

Prawdziwe odrodzenie nastąpiło jednak w 2018 roku, kiedy CR7 zdobył już we wszystkich rozgrywkach 23 bramki. Strzela jak nakręcony, w Lidze Mistrzów zmierza po swój siódmy tytuł króla strzelców. W lidze hiszpańskiej jego strata do Messiego stopniała do czterech goli. Obietnica z listopada nabrała realnych kształtów. I to jest dodatkowa motywacja CR7 by zagrać w niedzielnych derbach. Nie ma sensu się oszczędzać, po wygranej 3:0 w Turynie rywalizacja w Lidze Mistrzów z Juventusem jest rozstrzygnięta. Gareth Bale jest ostatnio w niełasce u Zidane’a i zapewne w starciu z Atletico będzie chciał pokazać jak bardzo trener się myli.

W ostatnich siedmiu latach, gdy Atletico prowadzi Simeone derby Madrytu nabrały blasku. Ich prestiż wykracza poza stolicę i Hiszpanię. W La Liga nikt nie napsuł Realowi tyle krwi ile lokalny rywal. Z kolei Królewscy przez cztery poprzednie lata brutalnie rozbijali największe marzenie Atletico o triumfie w Champions League. Dwa razy ograli je w finale, raz w ćwierćfinale i przed rokiem w półfinale. Rachunki do wyrównania są obfite. Nikt nie będzie zwracał uwagi na to, że w niedzielę zwycięstwo Realu, lub remis na Santiago Bernabeu przybliży Barcelonę do tytułu mistrza Hiszpanii.

piątek, 06 kwietnia 2018

- Wszyscy myślą, że już przegraliśmy. Że jesteśmy pogrzebani. My sami dziś tak czujemy. Ale jutro postaramy się przekonywać siebie, że to nieprawda - mówi Pep Guardiola.

Obrzucany butelkami, puszkami, kamieniami i zapalonymi racami autobus z piłkarzami Manchesteru City nie nadawał się do dalszej jazdy. Na Anfield Road w Liverpoolu trzeba było ściągnąć nowy, by po meczu odwiózł drużynę na Etihad Stadium. Trener Pep Guardiola wściekł się na ochroniarzy na stadionie. Zarejestrowano jak ironicznie dziękował im za opiekę, rzucając na koniec słowo „wstyd”.

Tłumy agresywnych fanów Liverpoolu zrobiły jednak swoje. Przez pół godziny pierwszego starcia ćwierćfinału Ligi Mistrzów faworyzowana drużyna gości wyglądała na Anfield jak podszyta strachem. Gracze Liverpoolu Salah, Oxlade-Chamberlain i Mane rozbili w proch i pył najdroższą defensywę w dziejach piłki. „Maszyna do wygrywania” była na kolanach. Przez następną godzinę podejmowała próby, by się podnieść. Bez efektu. Po oddaniu 11 niecelnych strzałów zabrała do Manchesteru wynik 0:3.

Czy to ostateczny wyrok na lidera ligi angielskiej? Rewanż we wtorek na Etihad Stadium.

Świadkowie twierdzą, że jeszcze nigdy nie widzieli Guardioli tak załamanego jak w Liverpoolu. Angielskie media obiegły zdjęcia jak siedzi na ławce pochylony z twarzą ukrytą w dłoniach. To osobista klęska trenera, który w dwa lata wydał na transfery 19 piłkarzy ponad 500 mln euro. Czterej najdrożsi: Laporte, Mendy, Stone i Walker to obrońcy. Kuriozalny błąd tego ostatniego był przyczyną straty pierwszego gola. Od tego zaczęła się seria nieszczęść City.

Ale zawiodła nie tylko defensywa. Bez kontuzjowanego „Kuna” Aguero lider Premier League nie oddał ani jednego celnego strzału. A przecież w najbogatszej lidze świata drużyna Guardioli jest najlepsza i w ataku (88 bramek zdobytych) i obronie (21 straconych). Przegrała zaledwie raz. W Liverpoolu.

W 48 spotkaniach we wszystkich rozgrywkach pokonała bramkarzy rywali aż 124 razy. U bukmacherów uzyskała status faworyta Ligi Mistrzów. Nie było to wcale takie oczywiste, żaden angielski zespół nie dotarł do finału od 2012 roku. Przed rokiem ostatni przedstawiciel Premier League Leicester przepadł w ćwierćfinale.

Środowa porażka na Anfield Road odbierana jest jako osobista klęska Guardioli. A nawet jego filozofii futbolu. Kiedy wygrywał Ligę Mistrzów z Barceloną w 2009 i 2011 roku uznano go za największego wizjonera i stylistę wśród młodych trenerów. Prowadzący wtedy Borussię Dortmund Juergen Klopp ustawił się w opozycji. W głośnym wywiadzie dla angielskiego „The Guardian” z 2013 roku powiedział, że gdyby Barca Guardioli była pierwszą drużyną, którą zobaczył w grze jako dziecko, zająłby się tenisem. Dla Niemca futbol to przede wszystkim walka wręcz, bieganie i harówka, a nie utrzymanie się przy piłce i nadmierna, często jałowa wymiana podań.

Klopp odważnie skomentował przeprowadzkę Guardioli do Bundesligi, gdzie Katalończyk podjął się pracy w Bayernie Monachium w 2013 roku. - Zobaczymy jak sobie poradzi, gdy nie będzie miał w drużynie Messiego, Xaviego i Iniesty - stwierdził. I na powitanie, w meczu o Superpuchar Niemiec jego Borussia pokonała Bayern 4:2.

Z czasem obu młodych trenerów zaczęto sobie przeciwstawiać. Klopp wypadał lepiej. W Bundeslidze prowadził drużynę z niższej półki finansowej, a jednak dotrzymywał kroku Bawarczykom. To samo w lidze angielskiej, gdzie obaj się przeprowadzili. Niemiec w październiku 2015 roku, Katalończyk kilka miesięcy później. I znów City to klub o nieograniczonych możliwościach, czego nie da się powiedzieć o Liverpoolu, który niedawno sprzedał do Barcelony Philippe’a Coutinho. Klopp sprowadził latem Mohameda Salaha z Romy, który robi furorę (38 goli w 42 meczach Liverpoolu). Mecz z City zakończył z bramką, asystą, ale i urazem.

W sobotę w lidze Guardiola zmierzy się z Jose Mourinho, swoim największym antagonistą z czasów, gdy pracował w Barcelonie, a Portugalczyk w Realu Madryt. Derby Manchesteru to mecz na szczycie Premier League, ale City ma aż 16 pkt przewagi nad United. Prawdziwy wróg odwiedzi Pepa we wtorek. Jeśli City nie odrobi trzech bramek straty do Liverpoolu, Guardiola przeżyje ciężkie chwile. Z Barceloną wygrywał Ligę Mistrzów, z Bayernem nie przekroczył granicy półfinału, z City przed rokiem odpadł w 1/8 finału. Gdyby to się powtórzyło, wrogowie Pepa i jego filozofii mieliby używanie. Guardiola i tak był ostatnio w Anglii na cenzurowanym po tym jak publicznie manifestował poparcie dla ruchów zabiegających o oderwanie się Katalonii od Hiszpanii.

czwartek, 05 kwietnia 2018

- Można je porównać, ale moja bramka z finału w Glasgow była jednak ładniejsza - żartował Zinedine Zidane. „Mój boże, co on właściwie zrobił” - pomyślał trener Realu zaraz po spektakularnym strzale przewrotką 33-letniego Portugalczyka.

Jeszcze niedawno trwała debata, który z nich pierwszy osiągnie w Lidze Mistrzów granicę stu goli. Dziś, gdy dopadł jej Leo Messi, Cristiano Ronaldo ma już 120. Czy ten niebotyczny rekord ktokolwiek będzie w stanie poprawić, poza samym Portugalczykiem?

Wygrana Realu w Turynie 3:0 rozstrzyga właściwie sprawę awansu do półfinału. Więcej uwagi można było poświęcić temu swoistemu dziełu sztuki, które w 63. minucie wyszło spod nogi Cristiano Ronaldo. Po centrze od Daniego Carvajala Portugalczyk wykonał przewrotkę, po której legendarny bramkarz Gianluigi Buffon tylko patrzył bezradnie.

Pytany przez hiszpańskich dziennikarzy trener Juve Massimiliano Allegri powiedział, że nie podejmuje się oceny, czy była to najpiękniejsza bramka w historii piłki. - Ale była cudowna - dodał.

„Grazie” - powiedział Ronaldo tysiącom kibiców Juventusu, którzy wznieśli się ponad własne sympatie. - Tę owację zapamiętam na zawsze, to było coś wspaniałego - dodał CR7. Buffon stwierdził, że Portugalczyka i Messiego można stawiać w jednym rzędzie z takimi gigantami jak Diego Maradona i Pele.

Na Ronaldo spada deszcz zachwytów. Lider środka pola Realu Luka Modric mówi, że aby zdecydować się na tak trudny strzał w tak ważnym meczu, trzeba mieć nadludzką ilość wiary we własne siły. Komentator dziennika „El Pais” napisał nieco pompatycznie, że w polu karnym Portugalczyk czuje się jak w niebie.

Trudno uniknąć porównań i odniesień do historii. Real ostatni raz wygrał w Turynie w 1962 roku po bramce Alfredo di Stefano, a obecny prezes klubu Florentino Perez zawsze twierdził, że CR7 jest kolejnym wcieleniem Argentyńczyka. Współczesny Di Stefano zaczyna na serio zagrażać pierwowzorowi. Argentyńczyk wygrał Puchar Europy pięciokrotnie, Ronaldo już cztery razy (pierwszy z Manchesterem United w 2008 roku).

Kiedy inny wielki poprzednik Portugalczyka Zidane zdobywał dla Realu zwycięską bramkę w finale Ligi Mistrzów w Glasgow w 2002 roku, 17-letni Ronaldo wchodził do pierwszej drużyny Sportingu Lizbona. Tamten słynny wolej po podaniu Roberto Carlosa był przez kolejne lata wizytówką najbardziej prestiżowych rozgrywek. Francuz, już jako trener, pojawił się w szatni Królewskich, zaledwie dwa lata temu. Od tamtej pory Real stał się hegemonem Ligi Mistrzów. Nie poniósł jednej znaczącej porażki.

Różnie oceniany jest trenerski talent Zidane’a, jedno nie podlega dyskusji. Potrafił wykorzystać status idola z młodości Ronaldo i jego kolegów. Zizou to dla współczesnych graczy Realu były geniusz piłki, któremu dorównać na boisku może jedynie CR7.

Kiedy w finale Euro 2016 Portugalia - Francja (1:0) Ronaldo doznał kontuzji i płacząc opuszczał boisko, wydawało się, że znalazł się na szczycie równi pochyłej. Przez lata uważano go przede wszystkim za fenomen fizjologiczny, który swoje niezwykłe osiągnięcia strzeleckie zawdzięcza sprawności, szybkości i sile wypracowanym w siłowni. Tacy starzeją się zwykle brzydko. Potwierdzały to statystyki dryblingów wykonywanych przez Portugalczyka. Indywidualne pojedynki wygrywał coraz rzadziej.

Ale Ronaldo, chorobliwie pazerny na gole, znalazł na siebie nowy pomysł. Ze skrzydłowego przekwalifikował się w środkowego napastnika, który rozsądnie i efektywnie gospodaruje siłami. Powoli wchodzi w sezon, bardzo długo osiąga najwyższe obroty. Tej jesieni był taki moment, że miał zaledwie dwie bramki w Primera Division. Wtedy sfrustrowany założył się z kolegami z Realu, że zostanie jeszcze królem strzelców ligi hiszpańskiej. Jedni się śmiali uważając to za przejaw pychy, inni uważali za niewykonalne.

W 2018 rok CR7 wszedł z 23 bramkami, znów jest najskuteczniejszym graczem Ligi Mistrzów zmierzając po siódmy tytuł króla strzelców rozgrywek. Pierwszy zdobył przed dekadą, jeszcze w Manchesterze United, a potem odebrał Złotą Piłkę. W kolejnych czterech sezonach najlepszym strzelcem LM był Messi. Od 2013 roku CR7 nie opuszcza szczytu. W niespełna sześć lat zdobył w Champions League aż 81 bramek. I co najważniejsze, kiedyś rekordy Ronaldo służyły Ronaldo, dziś służą Realowi Madryt.

- Kiedy patrzę na formę Cristiano, kolejny triumf w Lidze Mistrzów wydaje mi się realny - powiedział w Turynie Luka Modric.

Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac