blog Darka Wołowskiego
RSS
piątek, 13 lipca 2018

Wybór Jerzego Brzęczka na selekcjonera jest dużym ryzykiem. To trener bez sukcesów. Tak jak Adam Nawałka pięć lat temu.

Pamiętam imprezę powitalną olimpijczyków z Barcelony. Odbyła się nie w PZPN, ale pomimo PZPN. Zorganizowana została przez popularnego biznesmena, osobistego sponsora młodych piłkarzy. To był w polskiej piłce czas przełomu. Dorosła reprezentacja kraju prowadzona przez Andrzeja Strejlaua ponosiła klęskę za klęską. Walił się system, kończyły czasy centralnego finansowania sportu, lewych etatów w kopalniach, hutach, fabrykach.

Nasz futbol wkraczał w nową rzeczywistość, w której szybciej zaaklimatyzowała się młoda drużyna Janusza Wójcika, mniej skażona peerelem. Tak nam się wtedy wydawało. Jan Krzysztof Bielecki przekonywał mnie, że droga i sukces olimpijski tamtego zespołu odzwierciedlają zmiany zachodzące w kraju. PZPN - jako peerelowska skamielina - nie nadążał. Stąd słowa Wojciecha Kowalczyka o wylaniu prezesów, selekcjonera, „zmienieniu szyldu i jazda” znalazły w Polsce entuzjastów. Potem rzeczywistość brutalnie zweryfikowała marzenia. Wójcik dorosłej kadry nie zbawił, został skazany za korupcję.

Kapitanem olimpijczyków był 21-letni wtedy Jerzy Brzęczek, nazywany przez kolegów „Papieżem”. Wygadany, bystry przywódca. 19 maja 1992 roku, czyli jeszcze przed igrzyskami w Barcelonie, Brzęczek zadebiutował w dorosłej reprezentacji Polski. I wypadł znakomicie. Polska pokonała na wyjeździe Austrię 4:2 w meczu towarzyskim, zaledwie 12 dni po tym, jak poległa w starciu ze Szwedami 0:5.

Przed startem eliminacji mistrzostw świata w USA Roman Kosecki mówił: „My mamy naszego Brzęczka”, kiedy pytano go, co odmieni drużynę narodową po porażkach w kwalifikacjach do trzech poprzednich wielkich turniejów. Zaczęło się obiecująco: od zwycięstwa z Turcją i remisu w Rotterdamie z Holandią (2:2), gdzie zespół złożony ze starszych kadrowiczów i olimpijczyków stawił czoła Frankowi Rijkaardowi, Marco van Bastenowi i Dennisowi Bergkampowi. To był legendarny pojedynek lat 90., w którym bramki zdobyli koledzy Brzęczka - olimpijczycy Marek Koźmiński i Wojciech Kowalczyk. Gwiazdą wieczoru był też nieżyjący już Włodzimierz Smolarek, piłkarz z poprzedniej epoki, medalista mundialu w Hiszpanii, który dał wtedy wspaniałą zmianę.

Ale dla olimpijczyków przygoda z dorosłą kadrą była jednak kompletnie nieudana. Brzęczek zagrał w niej 42 razy, zdobył cztery bramki, był kapitanem, ale na wielki turniej nigdy nie pojechał. W klubie z wyższej półki też nie zaistniał, robił karierę w Austrii, z roczną przerwą na grę w Izraelu. Jako trener ma doświadczenie wyłącznie ze słabszych zespołów polskiej ligi: Rakowa Częstochowa, GKS Katowice, w ekstraklasie pracował w Lechii Gdańsk i ostatnio w Wiśle Płock. Dlatego jego powołanie na selekcjonera reprezentacji Polski może się wydać tak zaskakujące.

Brzęczek odegrał kapitalną rolę w wychowaniu swojego siostrzeńca Kuby Błaszczykowskiego po tragedii rodzinnej, w której 11-latek stracił rodziców.

Co z tego wszystkiego wynika? Nic pewnego. Czy to właściwy człowiek, by podnieść drużynę narodową po porażce w Rosji? Niestety, szybko się przekonamy. Pierwszy mecz, jaki zagrają Polacy, to będzie starcie z Włochami o punkty w Lidze Narodów. Brzęczek z marszu musi wskoczyć na najwyższe obroty: 7 września rosyjski mundial będzie już odległą przeszłością.

Zbigniew Boniek ryzykuje, tak jak z Nawałką, którego doceniono za pracę w Górniku Zabrze, gdzie sukcesy zaczęły się od awansu do ekstraklasy, a skończyły na utrzymaniu. Nazwisko Brzęczek jeszcze mniej mówi ludziom spoza środowiska, dla nich to co najwyżej wujek Błaszczykowskiego. Dla wspólnego dobra wypada jednak wierzyć, że pseudonim "Papież" okaże się choć odrobinę trafiony.

wtorek, 10 lipca 2018

Rosyjski mundial przyniósł klęskę drużyn południowoamerykańskich. W półfinałach nie ma przedstawiciela kontynentu, który wydał tyle pokoleń artystów piłki. Czy to koniec wojny światów?

- Trudno będzie znaleźć w sobie siły, by w ogóle wrócić do gry w piłkę - wyznanie 26-letniego Neymara pokazuje skalę frustracji jaką przeżyli na mundialu w Rosji piłkarze Brazylii. O kibicach nie wspominając. W jednej chwili największy idol torcidy, zmienił się w kozła ofiarnego. W ankiecie portalu Globoesporte głosowało 300 tys ludzi, z czego aż 56 proc uznało, że za ćwierćfinałowy mecz z Belgią Neymar zasłużył na ocenę naganną.

Nastroje mogły być inne, gdyby w doliczonym czasie gry Thibaut Courtois nie zatrzymał piłki po wspaniałym uderzeniu gracza Paris Saint Germain. Belg spisał się jednak fenomenalnie i klęska pięciokrotnych mistrzów świata stała się faktem. „Canarinhos” byli ostatnim zespołem z Ameryki Płd, który odpadł z turnieju w Rosji.

W żałobie pogrążył się cały kontynent - nacje, które przez dziesięciolecia opierały się hegemonii Europy.

Część komentatorów nie widzi w tym nowej tendencji. Przecież z 21 turniejów o piłkarskie mistrzostwo świata, w pięciu giganci ze Starego Kontynentu nie wpuścili nikogo do strefy medalowej. Zaczęło się w 1934 roku, gdy w półfinałach rywalizowały: III Rzesza, Czechosłowacja, Włochy i Austria. Powtórzyło się to w 1966 w Anglii, w 1982 w Hiszpanii, w 2006 w Niemczech i w Rosji.

Większość ekspertów uważa jednak, że to co się dzieje z Latynosami jest ponurym znakiem naszych czasów. Młodzi geniusze z Brazylii, Argentyny, czy Urugwaju tak szybko emigrują do lig europejskich, że trudno ich uznać za klasyczny produkt szkolenia latynoskiego. Diego Maradona wyjechał do Barcelony mając 22 lata. Leo Messi zrobił to jako 13-latek. Obaj są gigantami argentyńskiej i światowej piłki, ale wobec tego drugiego kibice Albicelestes są zdecydowanie bardziej zdystansowani.

Mistrz świata z 1986 roku Jorge Valdano lubi patrzeć na futbol z filozoficznego dystansu. Uważa, że zapaść ekonomiczną w Argentynie i jej skutki: z wzrostem przestępczości i chaosu społecznego, można wyczytać ze sposobu gry drużyny narodowej. Valdano opowiada, że w jego dzieciństwie chłopcy zabijali się za piłką na ulicach miast i miasteczek, z miłości do gry. I dopiero potem pojawiała się myśl, że przez futbol można wyciągnąć rodzinę z biedy. - Dziś obsesja zwyciężania, którą zarazili się działacze, trenerzy, piłkarze i ich agenci, niszczy talent - mówi Valdano. - Nikt już w Argentynie nie słucha Menottiego - dodaje w rozmowie z „El Pais”. 80-letni dziś Cesar Luis Menotti zdobył dla Argentyny pierwszy tytuł mistrza świata (1978 rok) i wciąż romantycznie powtarza, że styl gry to najwyższa wartość, którą trzeba przedkładać nawet nad wynik. Przed mundialem w Rosji pytano Menottiego o szanse drużyn południowoamerykańskich. Nie wymienił Argentyny. Powiedział, że to może być turniej Neymara. Stało się inaczej.

Neymar doznał w Rosji nie tylko porażki na boisku, ale też klęski wizerunkowej. Najdroższego piłkarza świata wyśmiewały miliony fanów za histeryczne zachowania po starciach z rywalami. Teatralne pady przysłoniły kunszt gracza, który uosabiał to co najlepsze w piłce latynoskiej. A przecież miał być poetą boiska, spadkobiercą Ronaldo i Ronaldinho.

Tostao, kolega króla Pelego, mistrz świata z 1970 roku, przekonuje, że Brazylia nie jest już krajem, gdzie gra w piłkę jest przejawem radości. - Zawodnicy nie tańczą samby na boisku. To się skończyło bezpowrotnie - mówi. Bogowie piłki wymarli? - Trafia się u nas czasem piłkarz wyjątkowy jak Neymar, ale większość to przeciętniacy - twierdzi Tostao. - To samo w Argentynie, gdzie Messiego otaczają gracze poprawni. Posyłamy na mundiale dobre drużyny, ale daleko im do wybitności. Dlatego porażki Brazylii i Argentyny nikogo już nie szokują. To się bierze z kryzysu szkolenia w całej Ameryce Płd - kończy.

Według Valdano wszystkich drużyn południowoamerykańskich nie da się jednak wrzucić do jednego worka. - Urugwaj grał dobrze, nie zdradził swojego stylu, swojej tradycji i tożsamości - przekonuje.

Najbardziej dręczące jest jednak pytanie o przyszłość. Skoro futbol latynoski upodabnia się do europejskiego, wtapia się w niego, to co nas czeka na kolejnych mundialach? Liczyliśmy raczej, że do europejsko-południowoamerykańskiej wymiany ciosów włączy się Afryka, ale w Rosji żaden jej przedstawiciel nie wychylił nosa z grupy.

Historia mistrzostw świata to nieustanne ścieranie się stylów, tradycji, filozofii. Taktyki, dyscypliny, pragmatyzmu europejskiego z talentem, techniką i polotem Latynosów. Stereotypy? Może, ale czyniące futbol bogatym i różnorodnym. Starcie światów co cztery lata napędzało futbol. Ostateczne zwycięstwo jednej ze stron, zwiastowałoby kryzys spektaklu, którym żyjemy już niemal 90 lat.

piątek, 06 lipca 2018

Zdaniem mediów hiszpańskich i włoskich to już przesądzone. Od nowego sezonu 33-letni Cristiano Ronaldo będzie grał w Juventusie Turyn. Kwota transferu 100 mln euro.

Hszpański dziennik „Marca” opisuje spotkanie agenta Ronaldo Jorge Mendesa z Jose Angelem Sanchezem, prawą ręką Florentino Pereza, prezesa Realu. Odbyło się we wtorkowy wieczór, obie strony uzgodniły warunki na jakich Portugalczyk opuści Madryt. Podobno Mendes zapewnił, że mistrz Włoch jest gotowy zapłacić za 33-latka 100 mln euro. Załatwienie sprawy ma być kwestią godzin, najwyżej dwóch dni.

Jeśli to prawda, CR7 przeniesie się do Turynu. Wśród plotek i przecieków jest nawet zdjęcie koszulki Ronaldo, jaką założy w Juventusie. Oczywiście z magicznym numerem 7.

Prasa włoska spekuluje, że ten transfer będzie kosztował Juventus około 400 mln euro, biorąc pod uwagę również pensję piłkarza i prowizje. Ronaldo zarabia w Realu 23 mln euro rocznie (netto) i od dwóch lat nie może doprosić się o podwyżkę. Dlatego zdecydował się odejść, o czym mówił już w szatni po zwycięstwie nad Liverpoolem w finale Ligi Mistrzów. Portugalczyk użył wtedy wobec Realu czasu przeszłego i wywołał burzę. Uważano, że to fatalny moment na takie deklaracje. Potem, gdy zespół świętował z kibicami zdobycie trofeum, ci skandowali „Ronaldo zostań z nami”. Obiecał, że zostanie. Ale bez przekonania. Uważa, że nie jest tak doceniany jak na przykład drugi z pięciokrotnych laureatów Złotej Piłki Leo Messi w Barcelonie.

Jeśli chodzi o Juventus to najwięcej zarabia w nim trener Massimiliano Allegri - 8 mln euro rocznie (netto), dwaj Argentyńczycy Gonzalo Higuain i Paulo Dybala o pół miliona mniej. Klub z Turynu będzie musiał zrobić wyjątek dla Portugalczyka. Wprowadzić komin w swojej siatce płac. Czy to się opłaci?

Taka bomba transferowa uruchomi gigantyczne pieniądze. Ale najdroższym graczem w swojej historii Juventus uczyni piłkarza, który w lutym skończy 34 lata. Ronaldo to najdroższa marka w futbolu. Podpisze kontrakt w Turynie na cztery lata, czyli wypełni go w 37. roku życia. Czy jeszcze raz okaże się żyłą złota?

Dla Realu nią był. Przez 9 sezonów, w których zdobył 451 bramek. Kiedy latem 2008 roku wracający do Realu Perez płacił za niego 96 mln euro, wydawało się, że ten rekord transferowy przetrwa dekady. Tak naprawdę transfer CR7 wynegocjował już poprzedni prezes królewskiego klubu Ramon Calderon, umowa, którą podpisał 23-letni Portugalczyk została ujawniona pół roku później. Na jego prezentacji w Madrycie padł rekord frekwencji, nie pobity do dziś. Trybuny Santuago Bernabeu zgromadziły 80 tys ludzi, więcej niż w Neapolu, gdzie witano Diego Maradonę w 1984 roku. Ronaldo przedstawiał kibicom Perez razem z nieżyjącym już Alfredo di Stefano prezesem honorowym klubu. I zawsze powtarzał, że traktuje CR7 jako symbol klubu. Za deklaracjami stały jednak zawsze twarde negocjacje. Na starcie Ronaldo zarabiał 13 mln euro za sezon, potem dostawał podwyżki, ale nie astronomiczne. Stąd słynne stwierdzenie „jestem smutny”, które wywołało tyle zamieszania kilka lat temu. Wtedy po raz pierwszy mówiło się, że Ronaldo opuści Madryt.

Z początku jego strzeleckie rekordy nie przekładały się na tytuły dla Realu. Zmieniło to ostatnie pięć lat, w których królewski zespół cztery razy wygrał Ligę Mistrzów, a Ronaldo zdobywał tytuł króla strzelców rozgrywek. Dziś może czuć się piłkarzem absolutnie spełnionym. Gonił Messiego w liczbie Złotych Piłek i dogonił, a na koniec roku może nawet przegonić.

Portugalczyk ma podpisany kontrakt z Realem do 2021 roku. Z klauzulą odejścia miliard euro. Oczywiście to kwota zaporowa. Królewscy żądają 10 razy mniej, co i tak jest sumą astronomiczną.

Florentino Perez chce, by odejście Ronaldo odbyło się z honorami, bez kłótni, w atmosferze pożegnania legendy klubu. Rzeczywiście niewielu graczy zrobiło dla Realu aż tyle. A może CR7 jest nawet numerem 1 w historii Królewskich?

W tle nieporozumień Ronaldo z prezesem Realu są sprawy podatkowe. Hiszpański fiskus domaga się od piłkarza 14,7 mln euro za ukrywanie dochodów z tytułu praw do wizerunku. Piłkarz temu zaprzecza. Twierdzi, że podatkami zajmują się jego prawnicy, a oni postępowali zgodnie z prawem. Podobno Ronaldo ma żal do władz Realu, że nie stanęły w jego obronie. Dlatego już latem ubiegłego roku, gdy CR7 z reprezentacją Portugalii była w Rosji na Pucharze Konfederacji, prasa portugalska donosiła, że postanowił nie wracać do Hiszpanii, bo jest tam prześladowany. Wtedy skończyło się na pogłoskach. Ale dziś sprawa transferu wygląda zdecydowanie bardziej konkretnie.

14 miesięcy temu Real i Juventus spotkały się w finale Ligi Mistrzów. Ronaldo był gwiazdą wieczoru, zdobył dwa gole. W minionym sezonie Królewscy pokonali mistrza Włoch w ćwierćfinale, a CR7 znów był największym bohaterem. Jego gol zdobyty przewrotką w Turynie olśnił Europę. Z pewnością szefowie Juve mają dość powodów by doceniać Portugalczyka. Dzięki zatrudnieniu go, medialnie włoski klub osiągnie wyższy poziom.

wtorek, 03 lipca 2018

Kto by przypuszczał, że tak ekstremalnych emocji jest w stanie dostarczyć zespół, który ma na sumieniu kompromitującą końcówkę meczu z Polakami. Zrehabilitowana Japonia przebyła w starciu przeciw Belgii drogę z nieba do piekła.

Roberto Martinez promieniał. Swoją pomeczową tyradę przepełniony radością i dumą trener Belgii zaczął od hołdu dla Japończyków. - Grali wspaniale, byli perfekcyjne zorganizowali, włożyli w mecz całe serce, zmuszając nas do wysiłku ekstremalnego - mówił. Chwała zwyciężonym i chwała zwycięzcom.

45-letni Hiszpan nie przyznał, że stracił nadzieję. Do 68. minuty jego zespół przegrywał 0:2. Wtedy stało się coś niewiarygodnego. Będący z lewej strony pola karnego obrońca Jan Vertonghen chciał zgrać piłkę głową do środka, ale uderzył tak, że spadła za kołnierz Eiji Kawashimy jednego z najlepszych bramkarzy na mundialu w Rosji. To pierwszy gol w historii mistrzostw świata po główce z odległości przekraczającej 20 m.

Ale to był dopiero zwiastun emocji, które nadciągały nad stadion w Rostowie nad Donem. Belgijski trener może czuć reżyserem wydarzeń. W 65. min przy stanie 0:2 dokonał desperackiej, ale i brawurowej podwójnej zmiany, wprowadzając do gry Marouane’a Fellainiego oraz Nacera Chandliego. Obaj mieli zostać bohaterami gry o ćwierćfinał.

Martinez to wygnaniec z Hiszpanii. Odrzut, który jako piłkarz ratował karierę w niższych ligach angielskich. W 2005 roku kibice Wigan wybrali go na najlepszego gracza w historii klubu. W Swansea dorobił się opaski kapitana pomagając ratować walijski zespół przed utratą statusu zawodowego. Awansował z nim do trzeciej ligi. W 2007 roku wracał do Swansea by pełnić rolę grającego trenera. Dwa lata później walijski klub z sześcioma Hiszpanami w składzie otarł się o awans do Premier League. Martinez i tak tam trafił, zatrudnił go Wigan. A po spadku Everton, gdzie okazał się trenerem światowej klasy. 3 sierpnia 2016 roku po klęsce Belgii w ćwierćfinale Euro 2016, Martinez zastąpił Marca Wilmotsa. Kto jak nie on miał wydobyć maksimum z zespołu o tak gigantycznym potencjale?

Mecz z Japonią był wielkim testem charakteru dla Belgów. Martinez zwracał na to uwagę. W ćwierćfinale Euro 2016 Belgowie prowadzili z Walią, ale rozsypali się psychicznie i przegrali. W Rosji było odwrotnie. W 74. min Fellaini doprowadził do remisu, w swoim stylu. Mierzący 194 cm piłkarz wyskoczył ponad obrońców Japonii i zdobył gola głową. Właśnie na to liczył Martinez wpuszczając go na boisko.

Gdy dobiegał końca czwarta doliczona minuta gry, Japończycy mieli rzut rożny. Piłkę złapał bramkarz Thibault Courtois rozpoczynając kontrę, która trwała 8 sekund. Wystarczyło, by Chandli wbił piłkę do bramki Kawashimy po raz trzeci, wysyłając Japończyków do domu. Bez dogrywki.

To pierwszy przypadek od legendarnego starcia Niemcy - Anglia w ćwierćfinale mundialu 1970 roku, kiedy zespół, który przegrywa 0:2 odwraca losy rywalizacji i awansuje. 48 lat temu zrobili to Niemcy w Nuevo Leon. Do 68. minuty przegrywali dwoma golami z broniącymi tytułu Anglikami. Tyle, że zespół Helmuta Schoena potrzebował dogrywki i bramki Gerda Muellera w 108. min. Belgowie zmieścili się w czasie podstawowym.

Drużyna Martineza zmierzy się w ćwierćfinale z Brazylią. I to będzie ostateczny test dla Belgów. Japończycy pożegnali Rosję załamani, ale z podniesioną głową. To co zrobili w końcówce przegranego 0:1 meczu z Polakami w grupie, wzbudziło powszechny niesmak. Nie próbowali atakować, wiedząc, że minimalna porażka daje im 1/8 finału, bo w tym samym czasie Kolumbia wygrywa z Senegalem 1:0. Prawo gry z Belgami zdobyli dzięki nowemu przepisowi, zdecydowała mniejsza liczba żółtych kartek niż mieli Senegalczycy. W boju o ćwierćfinał Japonia zatarła tamte złe wspomnienia grając z Belgią cudowny futbol.

Martinez jest ostatnim przedstawicielem piłki hiszpańskiej w Rosji. Geniusze z „La Roja” po kompromitacji z gospodarzami turnieju, są już na smutnych urlopach.

poniedziałek, 02 lipca 2018

120 minut monotonnej gry na Łużnikach to było sportowe samobójstwo drużyny pełnej piłkarzy o nieprzeciętnych umiejętnościach. Reprezentacja Hiszpanii zawstydziła samą siebie.

Dla 34-letniego Andresa Iniesty ostatnie miesiące są nieustannym emocjonalnym rollercosterem. Nie tylko ze względu na życiową decyzję, że po 22 latach czas odejść z Barcelony. W klubowym archiwum pozostawia 32 trofea, ale przede wszystkim legendarnego gola na Stamford Bridge w półfinale Ligi Mistrzów 2009 roku, kiedy grająca w dziesiątkę zjawiskowa drużyna Pepa Guardioli była o włos od porażki z Chelsea. 9 lat później pożegnanie z rozgrywkami, które wyniosły Iniestę na szczyt okazało się dramatyczne. W kwietniu wsparty o daszek ławki dla rezerwowych patrzył jak jego drużyna traciła trzeciego gola na stadionie olimpijskim w Rzymie i sensacyjnie przepada w ćwierćfinale z Romą. Nie tak to miało wyglądać.

Te same słowa Iniesta powtarza teraz. W drużynie narodowej zagrał 131 razy, szczyt osiągnął w 2010 roku naznaczając go najważniejszym golem w historii „La Roja” - w finale mundialu w RPA z Holandią. W Rosji miał zagrać w kadrze ostatni raz, ale wierzył, że nie będzie to starcie o ćwierćfinał z gospodarzami. Selekcjoner Fernando Hierro posadził go na ławce, by w drugiej połowie starzejący się geniusz odmienił losy rywalizacji. Pożegnanie z reprezentacją przerodziło się jednak dla Andresa w kolejną traumę. Nie tak miało być.

Współczucie dla Iniesty nie jest jednak w hiszpańskich mediach tematem przewodnim. Dominuje rozczarowanie, bezradność, a nawet wstyd za sposób gry jaki „La Roja” zaprezentowała się w Rosji. Już mecze grupowe z Iranem i Marokiem wywołały w Hiszpanach wielką obawę. Młody gracz Realu Madryt Marco Asensio dziwił się nawet, że drużyna wygrała grupę, a media i kibice reagują jakby została skazana na powrót do domu. Nie czuł, że bierze udział w sportowej agonii odwleczonej o 120 minut rywalizacji z Rosją.

W maju minęło sześć lat hegemonii hiszpańskiej w Lidze Mistrzów. W półfinałach 2013 roku ostatni raz Barcelona i Real Madryt poległy z Bayernem Monachium i Borussią Dortmund. Od tamtej pory uszaty puchar zamieszkał w Hiszpanii na stałe. Drużyna Fernando Hierro pełna była graczy, którzy tak jak Iniesta Ligę Mistrzów wygrywali nawet po cztery razy. Asensio i Isco to wschodzące gwiazdy światowego futbolu, z grupy tak utalentowanych i znakomicie wyszkolonych graczy powstał zespół grający futbol wręcz ohydny: jałowy, powolny, nudny, pozbawiony odwagi, minimum ryzyka. Hiszpania, która w latach 2008-2012 była synonimem tego co w futbolu najpiękniejsze, odpadła z mistrzostw w Rosji i nikt za nią nie zatęskni. Nawet za Iniestą.

Rosjanie pokazali co prawda grę toporną, defensywną, ale pełną pasji i serca do walki. Ile można wymagać od graczy Stanisława Czerczesowa, którzy są w europejskiej piłce prowincjuszami. Tymczasem Hiszpanie o dumnie brzmiących nazwiskach jak ćma dążyli do samozagłady. Bijąc rekordy całkowicie bezproduktywnych podań (1114). Symbolem poziomu, na który stoczyła się „La Roja” w Rosji był David de Gea, uważany za najlepszego bramkarza świata. Obronił w mistrzostwach zaledwie jeden strzał, puścił sześć goli. W serii jedenastek z gospodarzami, czyli rosyjskiej ruletce na Łużnikach w Moskwie, absolutnie niczego nie zrobił dla drużyny.

Co na to selekcjoner Hierro? Powiedział, że jest zadowolony z wyników, bo jego zespół ani razu nie schodził z boiska pokonany. Hiszpanie nie przegrali w tych mistrzostwach ani razu, ale się skompromitowali.

Rosjanie nigdy jeszcze nie pokonali „La Roja”, ale są w ćwierćfinale. „Hiszpania cofa się o dekadę” - ogłosił „El Pais”. Przez 10 lat była drużyną wyjątkową, chwilami wręcz grała zjawiskowo, teraz maleje do przeciętniaka.

Prasa hiszpańska najłagodniej oceniła graczy rezerwowych Iago Aspasa (Celta Vigo) i Rodrigo Moreno (Valencia), którzy nieśmiało wcisnęli się do kadry zdominowanej przez gwiazdy Realu, Barcelony, Atletico. Zbyt wielu z nich nie dawało w Rosji oznak życia. Dziennik „El Pais” komentuje, że na mundialu zespół uległ stopniowemu rozkładowi, korozji, rozpoczętej kuriozalną sytuacją ze zmianą selekcjonera na 48 godzin przed pierwszym meczem. Potem z dnia na dzień było gorzej. Aż do katastrofy na Łużnikach.

Przekreślił marzenia Argentyny właściwie w pojedynkę. Kylian Mbappe jest najmłodszym piłkarzem od czasów Pelego, który zdobył dwa gole w meczu play off mistrzostw świata.

To co się stało w 11. minucie gry wywołało szok u 43 milionów Argentyńczyków. Włącznie z tymi jedenastoma na boisku w Kazaniu, którzy przegapili odpowiedni moment, by faulować. Mbappe ma opinię jednego z najszybszych graczy na świecie, nikt się jednak nie spodziewał, że gdy włączy turbodoładowanie 70 m pokona z piłką przy nodze w 8 sekund. Powalił go dopiero Marcos Rojo. W polu karnym. Jedenastkę wykorzystał Antoine Griezmann.

Akcja przypomniała najpiękniejszego gola, jakiego zdobył Brazylijczyk Ronaldo, w meczu Barcelony z Compostellą 22 lata temu. Didier Deschamps skrzywił się tylko na takie porównanie. - Brazylijczyk był mistrzem świata, Kylian dopiero zaczyna. Może jest nawet szybszy, ale potrzebuje więcej miejsca do gry. Ronaldo robił z piłką cuda na dwóch metrach - skomentował trener Francuzów.

Dziennikarzy nie zniechęciło to kolejnych porównań. Mbappe ma 19 lat i jest najmłodszym piłkarzem, który zdobył dwie bramki w meczu play off mundialu od sześciu dekad. 24 czerwca 1958 roku 17-letni Pele wbił hat-tricka w półfinale mistrzostw w Szwecji. Ofiarą nastolatka byli Francuzi z supersnajperem Justem Fontaine i przywódcą drużyny Raymondem Kopą. Pięć dni później Pele poprawił dwoma bramkami w zwycięskim finale ze Szwecją. Tak zaczęła się kariera „Króla Futbolu”.

- Porównanie do Pelego to dla mnie honor, ale to był jednak piłkarz z innej planety - mówił Mbappe zaraz po tym jak niemal w pojedynkę rozbił reprezentację Argentyny w 1/8 finału mistrzostw w Rosji. Schody dopiero się zaczynają. W ćwierćfinale czeka Urugwaj - absolutni mistrzowie gry obronnej. Stoperzy Diego Godin i Jose Gimenez dopuścili do straty zaledwie jednej bramki przez 360 minut tych mistrzostw. Ale Urusi mają też najlepszą parę napastników na turnieju w Rosji. Luis Suarez i Edinson Cavani dokonują rzeczy wielkich. Nikt nie może mieć pewności, czy będą to mistrzostwa Mbappe.

Jorge Sampaoli pytany jaki był jego pomysł na nastolatka z Francji, rozłożył ręce. - Plany trenerów walą się w gryzy, gdy piłkarz o takich możliwościach, ma taki wieczór jak dziś - powiedział trener Argentyny. Numer 10, który w przeszłości nosili na plecach Michel Platini i Zinedine Zidane, nie ciąży Kylianowi. Do wielkich wyzwań szybko się przyzwyczaja.

W grudniu 2015 roku miał 16 lat i 347 dni, gdy zadebiutował w lidze francuskiej. Poprawiał wyczyn Thierry’ego Henry’ego, który pierwszy ligowy mecz z Monaco zagrał w wieku 21 lat. Pierwszą bramkę Kylian zdobył w lutym 2016 (17 lat, 62 dni) wymazując z tabel kolejny rekord Henry’ego. Z pochodzenia jest Kameruńczykiem, urodził się w Paryżu, grał w reprezentacjach Francji do lat 17 i 19. Z tą drugą zdobył mistrzostwo Europy, był drugim strzelcem turnieju. Mając 18 lat i 95 dni zagrał w pierwszej drużynie powołany przez Deschampsa. W spotkaniu z Luksemburgiem w marcu 2017 roku zmienił Dimitriego Payeta w 78. min. Wtedy nosił na plecach numer 12. Zaledwie kilka miesięcy później PSG zapłaciło za niego 180 mln euro.

Dziś ma już trzy bramki w finałach mistrzostw świata. I dwie nagrody dla gracza meczu rosyjskiego turnieju. Jeśli nastolatek potrafił wysłać do domu Leo Messiego, trudno przypuszczać, by na tym się skończyło.

niedziela, 01 lipca 2018

Rozstali się z mundialem tego samego dnia, a widoki, że marzenie spełni się kiedykolwiek spadły w okolice zera. To symboliczny zmierzch ery Leo Messiego i Cristiano Ronaldo?

Łzy CR7 po porażce z Urugwajem były przejawem złości w takim samym stopniu jak bezsilności. Show skradł mu Edinson Cavani, tak jak cztery godziny wcześniej Messi okazał się bezsilny wobec eksplozji Kyliana Mbappe. Od czasów Pelego sześć dekad temu żaden nastolatek nie błysnął w tak olśniewający sposób w mistrzostwach świata. Wszystkie media donoszą o narodzinach gwiazdy.

Przez 90 minut meczu z Argentyną Mbappe dokonał czegoś, co Messiemu i Ronaldo się nie udało - zdobył bramki w fazie pucharowej mundialu. Portugalczyk swoją najwspanialszą przygodę z mistrzostwami przeżył w debiucie w 2006 roku. Drużyna dotarła do strefy medalowej zatrzymana przez Francję, na koniec był przegrany mecz z Niemcami o brązowy medal. 21-latek miał prawo wierzyć, że ciąg dalszy nastąpi.

Dziś wie, że mundial jest imprezą kapryśną, z której nie potrafił wyszarpać nic godnego swojego statusu. Podczas mistrzostw w Katarze będzie się zbliżał do 38. urodzin. I choć chwali się stanem swoich mięśni, bardzo mało prawdopodobne, by przetrwały tak długo.

Po porażce z Urugwajem zasugerował, że opuści drużynę narodową, choć trener Fernando Santos twierdzi, że wciąż go potrzebuje. Pobił wszystkie rekordy: w 154 meczach kadry dla kadry zdobył 85 bramek, jest mistrzem Europy, ale medalu mistrzostw świata i tytułu króla strzelców wciąż może zazdrościć Eusebio.

W Portugalii nigdy nie było kłopotów z ich porównywaniem. Eusebio, kiedy jeszcze żył, odnosił się do CR7 jak do syna.

Messi wciąż bezskutecznie gonił za Maradoną - choć i on w drużynie narodowej bił rekordy (128 meczów, 65 bramek). Najbliżej był 4 lata temu, ale Albicelestes przegrali dramatyczny finał z Niemcami. Ale to nie był turniej Leo, grał dobrze, strzelał bramki w każdym meczu grupowym, ale do legendy Maradony z Meksyku się nie zbliżył.

Z Messim część Argentyńczyków zawsze miała problem, podejrzewając, że mieszkający w Barcelonie od 18 lat piłkarz nie potrafi walczyć za rodzinne barwy z całą mocą. Nazywali go „Pecho frio”, czyli „zimne piersi” lub „zimne serce”. Skryty, małomówny, zamknięty w sobie chłopak przekonywał ich tylko wtedy, gdy wygrywał. Maradona do dziś mdleje, szaleje, wychodzi z siebie na trybunach - skrajne reakcje wobec narodowych barw są dla Argentyńczyków bardziej czytelne.

Podczas mundialu w Katarze Messi będzie miał 35 lat. Ale już dziś jest dość przesłanek by twierdzić, że w reprezentacji więcej nie zagra. Dotarł z nią do czterech finałów (trzy razy w Copa America, raz na mundialu), wszystkie przegrał. Ile razy można zaczynać od nowa?

Aż trudno uwierzyć, ale być może pożegnanie Messiego i Ronaldo odbyło się tego samego dnia - 30 czerwca 2018 roku. Porażka na mundialu nie pozbawia CR7 szans na szósty tytuł piłkarza roku. W Lidze Mistrzów zdobył z Realem trzeci kolejny tytuł, podkreślając go szóstą koroną króla strzelców. Nie wiadomo jednak czego jeszcze dokona Mbappe w Rosji. Być może to właśnie w tym roku Złotą Piłkę zgarnie ktoś trzeci. Kiedyś to się stać musi.

W 2010 roku mistrzami świata zostali Hiszpanie a Złotą Piłkę dostał Messi. W 2014 najlepsi w Brazylii byli Niemcy, a piłkarzem roku został Ronaldo. Ale wtedy formuła plebiscytu była inna. Dominowały głosy kapitanów i selekcjonerów narodowych drużyn. Teraz dziennikarze zagłosują na Mbappe, jeśli tylko da im dość powodów.

Od dekady wyścig Messiego i CR7 śledziły miliony ludzi. Czegoś podobnego nigdy nie było. Pobili wiele rekordów, zdobyli tony trofeów, przekraczali granice, ale ten najbardziej pożądany triumf wyślizgnął im się z rąk. W 1/8 finału mundialu w Rosji połączyła ich niewidzialna nić nieszczęścia. W reprezentacji nic tego już raczej nie odwróci.

sobota, 30 czerwca 2018

Czy drugie życie Argentyny potrwa dłużej niż 90, góra 120 minut? Rozhisteryzowanych wicemistrzów świata zmierzy w sobotę w Kazaniu chłodna Francja, która nie porywa nawet swoich kibiców.

Aż trudno uwierzyć, że po jedynym tytule mistrzów świata zdobytym dla Francji przez pokolenie Zinedine’a Zidane’a, na Polach Elizejskich w Paryżu świętowało 1,5 mln ludzi. Więcej niż po kapitulacji hitlerowskich Niemiec. Na co dzień fani „Trójkolorowych” traktują jednak drużynę narodową dość oschle. Do Rosji za zespołem Didiera Deschampsa pojechało raptem 2 tys rodaków. Mimo iż uchodzi on za jednego z faworytów.

W meczu grupowym Francuzi zupełnie zniknęli w tłumie znacznie biedniejszych Peruwiańczyków, który do Rosji musieli przebyć kilkanaście tysięcy kilometrów. I przyjąć porażkę 0:1.

Argentyńczycy są na przeciwnym biegunie wobec Francuzów. Nie ma na świecie nacji tak oszalałej na punkcie drużyny narodowej. Kraj pogrążony w głębokim kryzysie przeżył podczas rosyjskich mistrzostw drogę do piekła i z powrotem. Nastraszeni remisem z Islandią, w którym Leo Messi nie strzelił karnego, rozbici przez Chorwatów (0:3), dobijani przez Nigerię do 85. minuty (1:1).

Ale zwycięski gol obrońcy Marcosa Rojo znów rzucił sfrustrowanych fanów Albicelestes do stóp piłkarzy Jorge Sampaolego. Selekcjonera, którego media argentyńskie okrzyknęły największym nieudacznikiem jaki kiedykolwiek prowadził drużynę. Prasa informowała, że Sampaolego już właściwie nie ma, skład na Nigerię miała ustalić rada drużyny.

Histeryczne reakcje Diego Maradony, który podczas meczu z Nigerią zasłabł, a po golu Rojo wykonywał obsceniczne gesty wobec kibiców rywali, to najlepsze podsumowanie stanu ducha 43-milionowego kraju. Argentyńczycy patrzą jak męczy się na boisku Messi, jak nieporadni i sparaliżowani presją są otaczający go piłkarze. Jak zdesperowany Sampaoli co rusz zmienia skład i taktykę, a potem ogłasza, że pobłądził, bo gracze go nie zrozumieli.

Tego wszystkiego Argentyńczycy nie przyjmują do wiadomości. Zaraz po szczęśliwym awansie do 1/8 finału tysiące ludzi oblegało biura podróży, by za kosmiczne kwoty wybrać się w trwającą co najmniej dobę podróż do Kazania. To nic, że inflacja w kraju osiągnęła właśnie tegoroczne apogeum, to nic, że ukochana drużyna może wytrwać w turnieju zaledwie 90 minut, a fazę grupową zakończyła z ujemnym bilansem bramkowym. Trzeba ją wesprzeć za wszelką cenę.

Jakie argumenty mają Argentyńczycy? Messi? 31-letni geniusz pojawia się i znika. Gra w tym turnieju słabo, ale jego nagłą eksplozję w starciu z Francuzami trudno wykluczyć. I na to liczy cała Argentyna, mimo słabej pomocy, dziurawej obrony i zielonego bramkarza. 32-letni Franco Armani w 1/8 finału zagra zaledwie drugi raz w reprezentacji. Sampaoli raz stawia w ataku na Higuaina, raz na Kuna Aguero, z Francją napastnika Juventusu ma zastąpić skrzydłowy Christian Pavon. I to ma być tajna broń?

Być może sytuacja Francji nie byłaby wcale lepsza, gdyby nie spokój, a wręcz obojętność, które ją otaczającą. Deschamps ma najdroższą kadrę na mundialu. Trzech graczy: Pogba (Manchester United), Mbappe (PSG) i Dembele (Barcelona) kosztowało 450 mln euro. Barcelona miała dać za Griezmanna 100 mln, ale warty znacznie więcej Francuz zdecydował się zostać w Atletico Madryt.

Indywidualne możliwości Francuzów przyprawiają o zawrót głowy. Tworzą jednak drużynę, która w Rosji nie porwała nikogo. Wygrała grupę, ale uciułała ledwie trzy bramki, w tym jedna samobójcza zdobyta przez obrońcę Australii. As „Trójkolorowych” Griezmann, król strzelców ostatniego Euro, zdobył w Rosji jednego gola – z karnego. Dawał mniej oznak życia niż Messi, a zawiedziony Deschamps zdejmował go z boiska przed końcem gry.

Nieobliczalny Dembele stracił miejsce w składzie. Środkowy napastnik Oliver Giroud wygląda na zagubionego na tym poziomie. Słabo spisują się boczni obrońcy, toteż ofensywa Francji spoczywa na barkach nastoletniego Mbappe.

Znacznie lepiej jest w obronie. Defensywny pomocnik Chelsea N’Golo Kante to gracz z napędem atomowym. Trudno sobie wyobrazić jak Argentyna miałaby sforsować jego, Pogbę i parę stoperów Varane – Umtiti. Czy wzniosą oni przed bramką Hugo Llorisa ścianę płaczu dla Messiego?

Pięciokrotny laureat Złotej Piłki musiałby błysnąć geniuszem. Jeśli to się nie zdarzy, drugie życie Albicelestes w tych mistrzostwach nie potrwa dłużej niż 120 minut. Czy warto wydać majątek, pokonać 14 tys. km z Buenos Aires do Kazania? Warto jeśli się jest wyznawcą reprezentacji Argentyny. Francja na takie uwielbienie dopiero pracuje.

Na ostatnim treningu przed wylotem do Kazania drużyna Sampaolego ćwiczyła rzuty karne.

środa, 27 czerwca 2018

Poza cudem, który wydarzył się w Sankt Petersburgu, drużyna Jorge Sampaolego wreszcie zdradza oznaki życia. W sobotę Leo Messi i reszta znów zdają wielki egzamin. Z francuskiego.

Marcos Rojo oddał strzał życia na bramkę, za którą kibice Albicelestes rozpostarli transparent z trzema symbolami ich kraju: Diego Maradoną, papieżem Franciszkiem i Leo Messim. To zaledwie trzeci gol obrońcy dla reprezentacji Argentyny, był jednak efektem czegoś w rodzaju objawienia. - Zdobędę tę bramkę - powiedział kolegom i pobiegł do przodu. „Wolej wybawienia”, lub „wolej ocalenia” - tak media argentyńskie ochrzciły desperacki strzał zawodnika, który zagrał dla Argentyny 58 meczów.

Nigdy nie był gwiazdą, w Manchesterze United jest rezerwowym, ma za sobą sezon, w którym wystąpił zaledwie 9 razy w Premier League. W meczu z Chorwacją selekcjoner Jorge Sampaoli zesłał go na ławkę, ale szybko pożałował. Rojo jest dziś bohaterem drużyny, która wycierpiała na mundialu w Rosji więcej niż jakakolwiek inna.

„Argentyna żyje” - ogłosiły tamtejsze media po zwycięstwie 2:1 nad Nigerią. - To nagroda dla tych wszystkich, którzy nie pozwolili zatruć sobie głowy bzdurami - powiedział Leo Messi. Zdjęcia jak klęczy z uniesionymi rękami, obiegły świat. Tak jak urywki pokazujące ekstremalne reakcje Maradony. 58-letni Diego zasłabł w przerwie na stadionie, a lekarz kazał mu wracać do hotelu. - Odmówiłem, przecież graliśmy o życie - napisał potem do kibiców wyjaśniając, że po wizycie w szpitalu czuje się dobrze. - Diego jeszcze trochę z wami pobędzie - uspokoił.

Na wydarzenia na boisku reagował jednak jak obłąkany. Po golu Rojo wykonywał obsceniczne gesty w kierunku Nigeryjczyków. Żal było patrzeć na największą niegdyś gwiazdę piłki. Ale euforia udzieliła się wszystkim Argentyńczykom.

Marcos Rojo nigdy nie zdobył bramki w meczu towarzyskim. Zaczął od gola na 3:2, 25 czerwca 2014 roku w Porto Alegre, gdzie Argentyna wygrała z Nigerią 3:2 na mundialu w Brazylii. Rok później dołożył bramkę w chilijskim Concepcion, gdzie w Copa America Albicelestes rozbili Paragwaj 6:1. Rojo strzelił na 1:0. Minęły trzy lata i znów dokonał rzeczy wielkiej. Bez jego strzału w 86. minucie nie byłoby awansu Argentyny do 1/8 finału rosyjskich mistrzostw.

Prasa argentyńska podkreśla, że w grze o przetrwanie objawił się w końcu także Messi. Przez 180 minut meczów z Islandią i Chorwacją nie dawał znaku życia, a w pierwszej grze przestrzelił karnego. Z Nigerią zdobył wspaniałą bramkę na 1:0, a potem trafił piłką w słupek z wolnego. I cały czas dowodził drużyną.

Nikt w Argentynie nie zamartwia się na razie tym, że w sobotę w 1/8 finału sen znów może się skończyć. Albicelestes zmierzą się z Francją, która wygrała grupę i wygląda wyjątkowo solidnie. Miliony Argentyńczyków wierzą, że skoro ich zespół ocalał w sposób cudowny, to w jakimś wyższym celu.

Racjonalnie patrząc na formę Albicelestes, niewiele da się powiedzieć dobrego. Serc do walki nie wystarczy do zawojowania świata. Argentynę trzeba zaliczyć do drużyn nieobliczalnych. Dopóki ma Messiego. Dziennik „El Clarin” wydrukował tytuł „Zmartwychwstanie” komentując, że poza cudem, który wydarzył się w Sankt Petersburgu, zespół Sampaolego dał oznaki, by sądzić, że odnajduje swoją drogę.

Plan minimum został wykonany. Do starcia z Francuzami Albicelestes przystąpią bez tak paraliżującej presji. Porażka w grupie byłaby kompromitacją, teraz rywal jest naprawdę wielki.

Oczywiście media argentyńskie wciąż są bezlitosne dla selekcjonera. Donoszą, że Sampaoli pytał Messiego przed meczem, czy w ataku może zastąpić Kuna Aguero Gonzalo Higuainem. Czy tak rzeczywiście było? Trener wielokrotnie podkreślał, że komfort kapitana jest dla niego kluczowym czynnikiem. Ani Higuain, ani Aguero, który wszedł z ławki w 80. min, niczego specjalnego nie dokonali. W kadrze wciąż mogą uchodzić za napastników niespełnionych. Choć Messi zdobył dla Argentyny 65 bramek (najwięcej w historii), ci dwaj w sumie aż 69.

W 1/8 finału kluczowa może okazać się słaba gra defensywna Albicelestes. W trzech meczach grupowych stracili 5 bramek. Na Nigerię wymienili bramkarza. W kadrze zadebiutował 32-letni Franco Armani z River Plate. Przeciw Francji zagra dopiero drugi mecz.

poniedziałek, 25 czerwca 2018

Wśród 32 drużyn nieźle panujących nad piłką Polacy okazali się jedną z najgorszych.

Tak jak w 2002 r. kadra Jerzego Engela i cztery lata później Pawła Janasa. Adam Nawałka dołącza do tej trójki, choć marzyliśmy, by zobaczyć go obok Kazimierza Górskiego i Antoniego Piechniczka.

Walka była, ale bez planu. Piłkarze Nawałki rzucili przeciw Kolumbii wszystkie siły, nie mieli jednak żadnych atutów. Polski bilans mundialu w Rosji: 180 minut, zero punktów, bramki 1:5.

Fabiański – Glik – Krychowiak – Lewandowski – tak wyglądał na Euro 2016 kręgosłup drużyny. W Rosji został przetrącony w kilku miejscach. Glik uległ kontuzji, Krychowiak po dwóch straconych sezonach w klubie był tylko cieniem siebie. Niczym nie zasłużyli się ani Szczęsny, ani Lewandowski. Kolumbia oddała trzy celne strzały i wygrała 3:0. Przy stanie 0:1 w 57. min napastnik Bayernu przyjął długą piłkę i miał przed sobą tylko Ospinę. Kopnął mocno, ale w bramkarza. Jeszcze raz się okazało, że nie jest typem piłkarza, który wygrywa mecze w pojedynkę. Jeśli nie ma podań, nie strzela goli.

Ósme miejsce w rankingu FIFA oszukało nas wszystkich. I zakłamało rzeczywistość. Pozycja faworyta grupy H okazała się zbyt dużym obciążeniem dla drużyny o tak ograniczonej liczbie atutów.

Kluczem mogła być uważna, konsekwentna, rozsądna gra w tyłach tak jak na Euro 2016. Dzięki niej zrodził się ćwierćfinał 24 miesiące temu. Polacy zdobyli w pięciu meczach cztery bramki, ale stracili zaledwie dwie. Michał Pazdan był odkryciem, grając pod kierunkiem Kamila Glika. W Rosji nic z tego nie zaistniało.

Rosyjskie mistrzostwa skończyły dla Polski przed czasem. Przedwcześnie padły marzenia. W jednym z wywiadów Lewandowski mówił, że kluczem jest dobre wejście w turniej, ono mogło zbudować euforię w drużynie. A potem wszystko byłoby możliwe.

Ale drużyna Nawałki weszła w turniej z Senegalem, strzelając sobie gole sama. Wyrwę po Gliku widać było w głowach i na placu gry. Już po 90 minutach zespół stanął pod ścianą. I już się od niej nie odbił. Symbolicznym przypadkiem był Dawid Kownacki, który wszedł na Senegal i wyróżnił się tym, że nieco żwawiej poruszał nogami. Od razu wywindowało go to do podstawowej jedenastki, ale w meczu z Kolumbią nie zaistniał.

W ten sposób Polska została pierwszą drużyną z Europy, która odpadła z turnieju.

Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac