blog Darka Wołowskiego
RSS
wtorek, 04 kwietnia 2017

Włoska mafia wkracza do III ligi piłkarskiej w Hiszpanii. Ustawia wyniki meczów dla potrzeb za zakładów bukmacherskich oraz wyłudza pieniądze od zamożnych rodziców, którzy chcą, by ich dzieci zrobiły karierę w futbolu.

Zaczęło się od porażki 0:12. Eldense - klub z Eldy, prowincja Alicante poległ na Mini Estadi z Barceloną B. Samo w sobie nie było to skandalem, nikogo w Hiszpanii zbyt mocno nie poruszył wynik meczu w III lidze. Ale chwilę po nim wściekły Cheikh Saad, mauretański piłkarz zarzucił kilku kolegom z drużyny, że sprzedali mecz. Prezes zarządu klubu David Aguilar zgłosił sprawę na policję zeznając, że odkąd trzy miesiące temu do klubu wszedł włoski fundusz i zaczął rządzić zespołem, ustawianie wyników stało się w klubie z Eldy powszechne.

Historię opisał dziennik „El Pais”. Jest wielowątkowa. Przypuszcza się, że włoski fundusz, który obiecał szefom klubu inwestycje, nastawiony jest na zarabianie w sposób nielegalny.

Kevin Sanz, ma 21 lat. Już nie gra w Eldense, choć zaliczał się w nim do największych talentów. Pięć miesięcy temu grał jeszcze w pierwszym meczu z Barceloną B zakończonym porażką 0:1. Ale w styczniu nakazano mu się wynosić, bo do klubu szło nowe. Włoski fundusz, którego twarzą był Nobile Capuani, pozbył się 20 hiszpańskich piłkarzy zastępując ich obcokrajowcami. Są to dzieci zamożnych Włochów i ludzi innych nacji, którzy zamarzyli o karierze futbolowej dla swoich synów. I prawdopodobnie zapłacili Capuaniemu od 15 do 50 tys euro za to, by wylansował chłopaków w lidze hiszpańskiej. Dodatkowo pobrano od siedmiu z nich co najmniej 100 tys euro za zgłoszenie do rozgrywek. Obiecano im pensje w granicach 3 tys euro miesięcznie, ale nigdy ich nie wypłacono. W Hiszpanii kontrakty trzecioligowe są objęte gwarancją związku zawodowego piłkarzy, ale szybko okazało się, że umowy z graczami przesłane do federacji były nieprawidłowe i sfałszowane.

Rzecz jasna dodatkowe dochody stanowią wpływy z ustawiania meczów dla potrzeb bukmacherów.

Po meczu na Mini Estadi wściekły Cheikh Saad omal nie rzucił się z pięściami na kolegów. Czterech z nich oskarżył o udział w ustawianiu meczu. Dodał, że trener proponował mu wejście do spółki, ale odmówił. A potem biegał 90 minut i złościł się, że koledzy ignorują jego wysiłek spacerując po boisku.

Najbardziej szokujący jest fakt, że Eldense powtarza fatalne doświadczenie innego klubu Jumilla. Oba miasta dzieli zaledwie 58 km, niemożliwe wydaje się, że szefowie klubu z Eldy nie słyszeli, co fundusz Nobile Capuaniego w 2016 roku nawyrabiał w pobliskiej prowincji Murcja. Stało się dokładnie to samo, fundusz wydoił klub z pieniędzy, zarobił na nim co się dało, ustawiano mecze, pobierano nielegalne „prowizje” od grających, po czym przepędzono Włochów od których nie udało się wydobyć ani jednego euro z obiecanej inwestycji.

Tydzień przed meczem na Mini Estadi, zakłady na pojedynek Eldense zostały zablokowane. Podejrzewano, że dochodzi do manipulacji wynikami. 19 marca w spotkaniu Cornella - Eldense miały paść cztery bramki i wynik brzmiał 3:1 po podyktowaniu trzech karnych. Czy udział w tym wzięli też sędziowie, czy tylko piłkarze?

Według relacji „El Pais” cała kadra Eldense pogrążona jest w głębokiej depresji. Wszyscy czują się oszukani, nawet ci, którzy dla paru groszy wzięli udział w oszustwie. Zarząd klubu chce zawiesić udział Eldense w rozgrywkach III ligi hiszpańskiej.

Fundusz nic sobie z tego nie robi. Jego rzecznik prasowy wydał krótki komunikat przypominając, iż w myśl przepisów zarząd nie ma prawa wycofać drużyny z rozgrywek.

poniedziałek, 03 kwietnia 2017

Real Madryt wyprzedził Barcelonę o 8 godzin. Oba kluby mają ponad 100 mln fanów na Facebooku.

W sobotę rano klub z Katalonii był liderem wyścigu. Kiedy spece od mediów społecznościowych Realu zobaczyli, że ich wielki rywal osiągnął liczbę 99 mln fanów na Facebooku, przypuścili zmasowany atak. Królewski klub wsparli Sergio Ramos, Toni Kroos, trener Zinedine Zidane, byłe brazylijskie gwiazdy Kaka i Ronaldo Nazario, a także tenisista Rafael Nadal i piosenkarz Julio Iglesias. Wszyscy sławni ludzie posiadający miliony fanów na swoich profilach agitowali za Realem. A na oficjalnym koncie klubu zaproszono kibiców do losowania koszulki z podpisem CR7. Poskutkowało.

W sobotę o północy Real ogłosił, że jest pierwszym klubem, który osiągnął granicę 100 mln fanów na Facebooku. Barcelona, która z pomocy piłkarzy nie skorzystała, osiągnęła tę granicę 8 godzin później, w niedzielny poranek.

Jakie są korzyści z tych imponujących liczb? Wzmacniają markę, ale też przekładają się na dochody. Cristiano Ronaldo ma 95 mln fanów na Instagramie i 55 mln na Twitterze, i jak obliczają firmy specjalistyczne jeden jego wpis warty jest 260 tys euro. Bo pokazując się w nowej koszulce, spodenkach, butach może je zareklamować gigantycznej liczbie potencjalnych klientów. Klientów, którzy uważają CR7 za idola.

W tę samą niedzielę, w którą padły stumilionowe rekordy, swoje mecze w La Liga Real i Barca wygrały łatwo. W rezerwowych składach. Ale wyścig nie kończy się na boisku.

Hiszpańskie kluby rywalizują na płaszczyźnie ekonomicznej. Niedawno po 11 latach Real spadł z pierwszego miejsca najbogatszych piłkarskich przedsiębiorstw. W rankingu Football Money League przygotowywanym od dwóch dekad przez firmę Deloitte wyprzedził go Manchester United i Barcelona. Wpływy Realu wzrosły w ostatnim roku o 7,5 procenta osiągając 620,1 mln euro, ale wpływy angielskiego kolosa podskoczyły w tym czasie aż o 32,6 procenta i wynoszą 689 mln. Ponad 10-procentowy wzrost Barcelony pozwolił jej zachować drugą pozycję (620,2) tyle, że już nie za Realem, ale Manchesterem.

Zacznijmy od wpływów z dnia meczowego. W Realu spadły one minimalnie (0,6 proc) do poziomu 129 mln. W United wzrosły aż o 20 procent, co powoduje, że za bilety i dochody stadionowe angielski klub otrzymuje rocznie 137,5 mln. Barcelona 121,4 mln (wzrost 3,8 proc w stosunku do poprzednich 12 miesięcy).

Jeśli chodzi o wpływy z telewizji, Real wciąż jest najlepszy na świecie. Zarabia rocznie 227,7 mln euro, przy 202,7 mln dochodów Barcelony. Wpływy telewizyjne Manchesteru wzrosły o 32,6 procenta, ale do poziomu 188 mln.

Kluczem do zmian w rankingu Deloitte są dochody marketingowe i komercyjne. Umowa Barcelony z Nike z 65 mln za rok wzrosła do 100 mln. W sumie Barca zarobiła rocznie 296 mln, United aż 363 mln, choć umowa z Adidasem daje mu 100 mln. Ten sam Adidas płaci Realowi tylko 40 mln, kontrakt podpisany w 2012 roku był ogromny, dziś wygląda bardzo ubogo. A obowiązuje do 2020 roku. Niewykluczone, że Real zechce go renegocjować lub nawet zerwać, zapłacić karę i podpisać umowę na przykład z Nike. Tak zrobiła Chelsea w 2016 roku, zapłaciła Adidasowi 77 mln kary, ale nowa umowa z Nike gwarantuje jej 66 mln rocznie.

Przyszłość? Real z pewnością zechce renegocjować umowę z Adidasem, a także zarabiać więcej na stadionie, który zostanie wyremontowany za kwotę 400 mln. Ponoć klub planuje sprzedaż nazwy (dziś Santiago Bernabeu), to samo ma zamiar zrobić Barcelona, która na przebudowę Camp Nou wyda 600 mln. Od sezonu 2017-2018 w Katalonii w życie wchodzi umowa z Rekuten, który zapłaci 55 mln rocznie za reklamę na koszulkach. I właśnie wtedy koszulki Barcy mają być najdroższe na świecie. Chyba, że Real, lub Manchester przeprowadzą kontrofensywę.

czwartek, 30 marca 2017

System VAR wspomagający pracę sędziów piłkarskich za pomocą analizy wideo budzi kontrowersje. FIFA testowała go w towarzyskim meczu Francja - Hiszpania i to on zdecydował o zwycięstwie „La Roja” 2:0.

Prawdopodobnie Video Assistant Referee (VAR) będzie wykorzystywany już podczas mistrzostw świata w Rosji, choć FIFA twierdzi, że póki co tylko testuje system. Pierwsze próby odbyły się w grudniu podczas klubowych mistrzostw świata w Jokohamie i Osace, gdzie krytykowali go nawet zwycięzcy piłkarze Realu Madryt. Zawodziła komunikacja między asystentem analizującym materiał wideo, arbitrem technicznym i sędzią spotkania. Decyzje podejmowano za długo, wywoływały one dezorientację kibiców i piłkarzy.

We wtorek w Paryżu na Saint Denis FIFA zaprezentowała udoskonaloną wersję systemu VAR i jak się okazało technologia przyćmiła nawet wielkie gwiazdy biegające po boisku. Hiszpanów bardziej niż ich własna drużyna elektryzował występ 18-latka z Monaco Kyliana Mbappe, którego przyszłość już wiązana jest z Realem Madryt. Nawet tak spokojny piłkarz jak Antoine Griezmann wściekł się po meczu na dziennikarzy. - Kurde, ależ wy jesteście trudni do zniesienia. Zostawcie chłopaka w świętym spokoju, niech się cieszy grą z Monaco - stwierdził napastnik Atletico Madryt. O systemie VAR Griezmann powiedział tyle, że zmienia futbol. I dał do zrozumienia, że wcale nie na lepsze.

Nikt jednak nie był oburzony zwycięstwem Hiszpanów. Nawet francuskie media przyznawały, że było zasłużone. Bohaterem dnia został Gerad Deulofeu, który w 67. min został sfaulowany w polu karnym przez Laurenta Koscielny’ego, a w 77. zdobył bramkę na 2:0. W pierwszej chwili gol Deulofeu został anulowany ze względu na spalonego, ale sędzia Felix Zwayer skontaktował się z arbitrem pomocniczym Danielem Siebertem, a ten otrzymał sygnał od siedzącego przed wideo Niemca Tobiasa Stielera, że bramka była prawidłowa. Deulofeu na spalonym nie był.

Podjęcie decyzji zajęło 30-40 sekund. Przez te 40 sekund kibice i sami piłkarze czekali w ciszy i napięciu.

VAR odcisnął piętno na wyniku i przebiegu meczu już w 48. min, gdy Griezmann zdobył głową gola dla Francji przy stanie 0:0. 80 tysięcy ludzi na Saint Denis świętowało, posypało się z trybun konfetti, gdy arbiter główny konsultował decyzję z asystentem od wideo. Trwało to też koło 30 sekund. I okazało się, że w tej akcji były dwa minimalne spalone, czego na żywo sędziowie nie dostrzegli.

Radość Francuzów okazała się przedwczesna. Tłum sfrustrowanych fanów gwizdał potem z całych sił. Ale trener Francuzów Didier Deschamps pochwalił nowy system. - W tym meczu obie decyzje podjęte z pomocą VAR były na naszą niekorzyść, ale przecież wszyscy chcemy, by futbol był bardziej sprawiedliwy, no nie? Przyjdzie taki dzień, gdy technologia nam pomoże - powiedział.

Szkoleniowiec Hiszpanów Julen Lopetegui zauważył, że za wygraną Hiszpanii nie stoi VAR, ale jego drużyna. To Lopetegui dał szansę wychowankowi Barcelony Deulofeu, który jest piłkarzem Evertonu wypożyczonym do Milanu. Przez trzy lata, czyli do lipca 2018 roku Barca zachowuje prawo pierwokupu. Czy z niego skorzysta?

„Hiszpania lubi VAR” - napisał po meczu na Saint Denis madrycki dziennik „Marca”. Ale „El Pais” ma wątpliwości, bo koniec końców nawet z wykorzystaniem wideo decyzje podejmuje człowiek, który może się mylić. Karny Kościelnego na Deulofeu część kibiców uzna za wątpliwy nawet po obejrzeniu kilku powtórek z różnych ujęć kamery.

Wydaje się jednak, że VAR wkrótce wejdzie do futbolu na stałe, i z pewnością będzie miał wielu zwolenników i tyle samo krytyków. FIFA zastrzega, że sędziwie będą wykorzystywali podpowiedź asystenta od wideo tylko w szczególnych przypadkach: przy sprawdzeniu, czy piłka minęła linię bramkową, czy gol został zdobyty prawidłowo, czy drużynie należy się rzut karny, lub czy zawodnik powinien zostać ukarany czerwoną kartką.

Tak się dziwacznie złożyło, że w tym samym czasie materiał wideo legł u podstaw kary dla Leo Messiego. Podczas meczu Argentyna - Chile w eliminacjach MŚ w Rosji kapitan Albicelestes zwyzywał sędziego liniowego, ale nikt tego nie usłyszał, nawet poszkodowany. Analiza powtórek nie pozostawiła złudzeń, że Messi przeklinał na arbitra, za co FIFA zdyskwalifikowała go na cztery mecze. W lidze angielskiej takie praktyki są normalne.

W strefie wywiadów Saint Denis o technologię wideo zapytano stopera Barcelony Gerarda Pique. - Sędziowie zawsze sprzyjają tym, którzy grają w białych strojach - powiedział robiąc oczywistą aluzję do barw Realu Madryt (we wtorek białe stroje mieli Hiszpanie, Francuzi niebieskie). A potem Pique tak się nakręcił, tak ostro zaatakował królewski klub, że to jego kontrowersyjne zarzuty, a nie system VAR zdominowały czołówki hiszpańskich mediów.

Porażka 0:2 w La Paz dopełniła czary goryczy. Na cztery kolejki przed końcem eliminacji mundialu w Rosji wicemistrzowie świata są na piątym miejscu w tabeli dającym prawo tylko do baraży. I nie mają Leo Messiego.

31 sierpnia Argentyńczycy pojadą do Urugwaju. Krótka podróż może być brzemienna w skutki. To będzie piłkarski bój na śmierć i życie, „Urusi” przegrali trzy ostatnie spotkania w eliminacjach rosyjskich mistrzostw (z Chile, Brazylią, Peru) i z bezpiecznego miejsca osunęli się w rejony, gdzie gra idzie o najwyższą stawkę. Drugą w tabeli Kolumbię i ósme Peru dzieli zaledwie 6 pkt.

Argentyna jest na piątej pozycji, a czuła się już prawie wiceliderem. „Czarny dzień od początku do końca” - napisał o wtorku argentyński dziennik „El Clarin”. Kilka godzin przez meczem z nie walczącą już o nic poza honorem Boliwią przyszła wiadomość z FIFA, że za obrażenie sędziego liniowego po zwycięskim meczu z Chile kapitan Argentyny Leo Messi zostaje zawieszony na cztery kolejki. Wróci dopiero 10 października, kiedy wicemistrzowie świata będę kończyli eliminacje w Ekwadorze. Czy do tej pory zachowają szanse na awans?

Można w to wątpić patrząc na to co stało się w La Paz. Argentyna zagrała bez Messiego przegrywając 0:2 z zespołem, który dawno stracił szanse na awans. Sami Boliwijczycy byli rozczarowani, prezydent kraju Evo Morales napisał na Twitterze słowa wsparcia dla najlepszego piłkarza świata. Stwierdził, że zna futbol i wie, że taka kara spadła na Messiego tylko dlatego, że jest na świeczniku, komu innemu by ją darowano.

Argentyńskie media wietrzą spisek. „El Clarin” poinformował, że o karę dla Messiego postarał się brazylijski szef sędziów w Ameryce Płd Wilson Seneme. Sędziowie spotkania Argentyna - Chile nie wpisali skargi na pięciokrotnego laureata Złotej Piłki do protokołu meczowego, obserwator FIFA też niczego nie zauważył i nie słyszał. Zadzwonił do niego Seneme, który sytuację jak gwiazdor Barcelony ubliża arbitrowi bocznemu zobaczył w telewizji. I nakazał korektę raportu, na podstawie którego FIFA wydała wyrok o dyskwalifikacji.

Oczywiście federacja Argentyny odwoła się od decyzji, może kara zostanie skrócona. Tamtejsza prasa skontaktowała się już z Diego Maradoną, nowym ambasadorem FIFA, który powiedział jednak, że ze sprawą nie ma nic wspólnego. I nie będzie się mieszał.

Co stanie się z drużyną bez Messiego? Ostatnio Argentyna przepadła w eliminacjach do mundialu 47 lat temu. Nie pojechała w 1970 roku do Meksyku, gdzie po tytuł sięgał Pele z Brazylią. Od tamtej pory „Albicelestes” wywalczyli dwa tytuły mistrza świata, trzy lata temu przegrali dopiero finał z Niemcami na Maracanie. Do tego doszły dwie porażki w ostatnich finałach Copa America, co skłoniło Messiego do ogłoszenia, że kończy grę w reprezentacji. Cały kraj nakłonił go do powrotu, bo bez niego drużyna narodowa fatalnie zaczęła eliminacje do mistrzostw w Rosji zdobywając 5 pkt w czterech meczach. Z Messim w czterech kolejnych wywalczyła 9 pkt.

Wydawało się, że sytuacja jest opanowana. Po porażce z Boliwią prasa argentyńska przypomina jeden z najgorszych momentów w dziejach drużyny narodowej. Na mundialu w USA w 1994 roku Argentyńczycy grali bajecznie kierowani przez Maradonę. Po stracie zdyskwalifikowanego lidera natychmiast odpadli z turnieju.

Na drugim biegunie wobec Argentyny jest dziś Brazylia. Jeszcze 30 marca 2016 roku, czyli dokładnie rok temu „Canarinhos” zaglądał w oczy strach. Po sześciu meczach eliminacji mieli zaledwie 9 pkt i byli poza strefą awansu. Od tamtej pory wygrali 8 spotkań, Neymar i reszta zmartwychwstali, grają znów „jogo bonito”, lub jak pisze prasa europejska tiki-takę. Po drodze piłkarze Brazylii zdobyli w Rio złoty medal igrzysk, w eliminacjach mundialu mają w tabeli aż 9 pkt przewagi nad drugą Kolumbią i awans właściwie pewny. Różnica bramek Brazylii to plus 25, różnica bramek Argentyny to plus 1! Przepaść.

31 sierpnia w 15. kolejce spotkań Urugwajczycy i Argentyńczycy będą trzymać kciuki za Brazylijczyków, by pokonali zagrażający im Ekwador. Do czego to doszło.

poniedziałek, 27 marca 2017

Mimo sensacyjnego remisu w Kazachstanie piłkarzom Adama Nawałki wystarczyło zaledwie pięć meczów, by wypracować sześć punktów przewagi nad rywalami. Czy ktoś z nich ma jeszcze prawo wierzyć w doścignięcie Polaków w kwalifikacjach rosyjskiego mundialu?

Teoretycznie wszystko było dość łatwe do przewidzenia. W Podgoricy mierzyła się 64. drużyna rankingu FIFA z dwunastą. Zwycięstwo Polski nie jest więc sensacyjne. Ale jest ważne z kilku powodów. Trzy punkty przybliżają drużynę do mundialu, są też mocnym ciosem w morale przeciwników. Bo zapewne zaczęli oni właśnie walkę o drugie miejsce w grupie E i baraże.

Takiej przewagi w eliminacjach mundialu w Rosji nie wywalczyła żadna drużyna w strefie europejskiej. W grupie C Niemcy mają pięć punktów więcej od Irlandii Północnej.

Robert Lewandowski zdobył w tych kwalifikacjach 8 goli, tylko o jednego mniej niż Cristiano Ronaldo. W Podgoricy kapitan perfekcyjnie strzelił z wolnego, co od kilku miesięcy stało się jego specjalnością przybliżając go jeszcze bardziej do statusu napastnika totalnego. Tak jak kiedyś wysiłki Lewandowskiego nie miały przełożenia na wyniki zespołu narodowego, tak teraz rozstrzyga mecze mimochodem, bez konieczności wznoszenia się na wyżyny. Wczoraj zdobył 43. bramkę w reprezentacji, brakuje mu tylko dwóch do będącego na drugim miejscu w klasyfikacji wszech czasów Grzegorza Lato.

Swojego najważniejszego gola w kadrze zdobył też w Podgoricy Łukasz Piszczek. Ma wyjątkowe szczęście do eliminacji mistrzostw świata. Dotąd strzelał jednak w przegranym 1:3 meczu z Ukrainą i w wygranym 5:0 starciu z San Marino. Kwalifikacje do mundialu w Brazylii zakończyły się porażką Polski, wczorajszy gol Piszczka ma znacznie większe niż tylko statystyczne. Polacy pokonali wicelidera tabeli w jego twierdzy. Nie pękli w walce wręcz, a jeśli chodzi o umiejętności byli drużyną o znacznie wyższej kulturze gry.

Selekcjoner dostał też wczoraj potwierdzenie, że sensowny jest jego upór w sprawie Piotra Zielińskiego. Pomocnik Napoli błysnął kluczowym podaniem do Piszczka w chwili, gdy drużyna najbardziej tego potrzebowała. Czarnogóra wyrównała stan meczu, po czym wciągnęła sfrustrowanych Polaków w chaotyczną wymianę ciosów. Niespełna 23-letni Zieliński miał dość klasy, żeby uspokoić wydarzenia na boisku, które wymykały się spod kontroli. Cztery minuty przed zwycięskim golem Adam Nawałka zdecydował się wprowadzić do gry drugiego napastnika. Trzeba było zdjąć jednego z pomocników, teoretycznie tego najbardziej ofensywnego, by zachować równowagę w drużynie. Ale Nawałka wycofał Karola Linetty’ego rozgrywającego akurat przeciętny mecz. Zieliński został na boisku, by wziąć udział w najładniejszej akcji Polaków.

Przez dekady selekcjonerzy polskiej kadry bezskutecznie poszukiwali kreatywnego pomocnika. Przywykliśmy do gry bez niego tak mocno, że inaczej sobie już nie wyobrażamy. Jan Tomaszewski uważa, iż wystawianie w drugiej linii kogoś o tak ofensywnej charakterystyce, szkodzi drużynie, zakłóca równowagę między atakiem i obroną. Nawałka ma swoje zdanie, w Zielińskiego wierzył niezachwianie nawet po nieudanym eksperymencie z wystawieniem go w meczu z Ukrainą na Euro 2016.

W Podgoricy Polska poradziła sobie bez gracza tak fundamentalnego jak Grzegorz Krychowiak. To pokazuje, że Nawałka ma kilka opcji, a niezastąpiony jest tylko Lewandowski. To ważna informacja, bo w kolejnym meczu z Rumunią w Warszawie nie zagra ukarany za kartki Kamil Glik. Coś z tą wielką dziurą w środku obrony trzeba począć.

10 czerwca Polacy zaczną rundę rewanżową eliminacji do rosyjskich mistrzostw świata. Teoretycznie do awansu mogą wystarczyć im zwycięstwa nad Kazachami i Ormianami. Sytuacja drużyny Nawałki jest zaskakująco wręcz komfortowa. Czy to jeszcze w ogóle można zepsuć? Można, ale po co?

czwartek, 23 marca 2017

Zinedine Zidane, Diego Simeone, Luka Mordic, a nawet Andres Iniesta. Nie trzeba być Jose Mourinho, by od czasu do czasu zaprzeczać sobie.

Przerwa reprezentacyjna to czas, gdy media hiszpańskie cierpią najbardziej. Jak sprzedać czytelnikowi mecz z Izraelem, nawet jeśli stawką jest rosyjski mundial? Można pisać o tym jak Sergio Ramos i Gerard Pique zakopują na zgrupowaniu La Roja odwieczny topór wojenny. Wypomnieć im, co mówili o arbitrach po meczach przegranych, a co po zwycięstwach Realu, czy Barcelony.

Obaj są w gruncie rzeczy synami jednej matki. „O sędziach nie rozmawiam” - mówią, gdy błędy zdarzają się na korzyść ich zespołów, po czym uderzają w dzwony i tony ofiary, gdy pomyłki arbitrów krzywdzą ich drużyny. Ramos o sędziach nie mówi ostatnio, ale po półfinałach Ligi Mistrzów z 2011 roku mówił bardzo chętnie. „Są rzeczy, z którymi nie da się walczyć” - stwierdził wtedy po odpadnięciu Realu z Barceloną. Pique odwrotnie: w 2011 roku na temat pracy sędziów milczał, ostatnio bywał aktywniejszy, gdy w lidze Barca ogląda plecy „Królewskich”.

Ale to nie jest ulubiona gra dwóch reprezentacyjnych stoperów. W Hiszpanii w tę grę zaangażowani są niemal wszyscy, jakby kraj rozpadał się na dwie części. W dni wolne od rywalizacji ligowej media mają czas na wypominanie bohaterom ich pochopnych deklaracji sprzed lat.

Niedawno Diego Simeone ogłosił, że w Hiszpanii mógłby prowadzić inny klub niż Atletico, byle to nie był Real Madryt. Dziennik „Marca” natychmiast wyszukał publikację z 17 kwietnia 1994 roku, kiedy „Cholo” grał jeszcze w Sevilli. Stwierdził wtedy, że gdyby miał opuścić Ramon Sanchez Pizjuan to wyłącznie po to, by grać na Santiago Bernabeu. Potem przez lata zmieniło się w jego myśleniu wszystko.

20 grudnia 1998 roku laureat Złotej Piłki Zinedine Zidane zwierzał się magazynowi „Don Balon”, że najbardziej chciałby grać w Barcelonie. Trzy lata później był drugim galaktycznym w Realu. I do dziś jest jego symbolem.

Kilkanaście lat temu w rubryce „Temat dnia” dziennik „Marca” zrobił dwie strony o Rafaelu Marquezie. Meksykański stoper grał wtedy w Monaco, ale bez przeszkód pozwolił się sfotografować w koszulce Realu. Opowiadał, że tam widzi swoją przyszłość. I sukcesy. W 2003 roku podpisał kontrakt z Barceloną, w której zdobył wszystkie trofea i gral aż do 2010 roku.

9 lat temu dziennikarze katalońskiego „El Mundo Deportivo” odwiedzili w Zagrzebiu Lukę Modrica. Grał wtedy dla Dinama, ale mówił, że zainteresowanie Barcy to dla niego wyjątkowy zaszczyt. - Rozmawiam dużo o Barcelonie z Robertem Prosineckim, a kiedy wybrałem się na Camp Nou, wielu katalońskich kibiców mnie zaczepiało ze względu na podobieństwo do Johana Cruyffa - opowiadał.

Wyszukano też film, na którym mały Andrea Iniesta deklaruje się jako zapamiętały kibic Realu Madryt. Jak widać obu kolosów z „La Liga” nie dzieli aż tak wiele jak się z pozoru wydaje.

Na koniec o trenerze Manchesteru United Jose Mourinho, który ogłosił niedawno, że woli wygrać Ligę Europy niż zdobyć czwarte miejsce w Premier League. A jeszcze trzy i pół roku temu jako szkoleniowiec Chelsea mówił w wywiadzie dla BBC, że nie chce wygrać Ligi Europy. Było to niedługo po tym jak LE z Chelsea zdobył Rafa Benitez, którego „Mou” nie znosi. Wtedy Portugalczyk uważał, że przyzwyczajanie graczy Chelsea do faktu, że Liga Europy to istotne rozgrywki, jest poniżej godności klubu.

środa, 22 marca 2017

Na Camp Nou miało powstać kolumbarium dla prochów 30 tys zmarłych kibiców Barcelony. Sprzedano tysiąc miejsc, interes upadł, kibice zostali oszukani. Sprawa trafiła do sądu.

Prawnik Antoni Freixa był w zarządzie Barcelony do 2015 roku, kiedy sam stanął do wyborów na prezesa klubu i je przegrał. Pracował jednak w Barcy bardzo długo, za kadencji aż trzech prezesów: Joana Laporty, Sandro Rosella i Josepa Marii Bartomeu. Z tym pierwszym współpracował w latach 2003-2005, by po głośnym konflikcie razem z Rosellem podać się do dymisji. Gdy Rosell doszedł do władzy, Freixa został rzecznikiem zarządu klubu. Po odejściu Rosella, współpracował z Bartomeu.

I to właśnie Freixa przyniósł do Barcelony pomysł cmentarnego biznesu. Nie jest on nowy: kolumbaria mają inne hiszpańskie kluby: Betis Sewilla, Espanyol czy Atletico Madryt. Ich najwierniejsi kibice mogą spocząć na cmentarzach na stadionie, lub w okolicach. Barcelona ma swój cmentarz Les Corts, ale pomysł wygospodarowania miejsc na 30 tys urn z prochami w murach legendarnego stadionu Camp Nou miał wygenerować 90 milionów euro.

Co więcej Barcelona, a właściwie wynajęta przez nią firma, chciała sprzedać swój pomysł za granicę. O krok od zakupu był angielski Manchester City - klub gdzie pracuje trener Pep Guardiola, a wysokie funkcje pełnią byli działacze Barcy. City zrezygnowało, gdy firma reprezentująca Barcelonę zażądała od nich 3 mln funtów na początek. Były plany, by pomysł kupiło też brazylijskie Corinthians Sao Paulo.

Espai Memorial Barcelonista - tak miał nazywać się cmentarz na Camp Nou. Na pomysł wpadł biznesmen Santi Bach z firmy Giem Sports. Dotarł do szefostwa Barcelony przez szwagra Freixy. Wszystkim pomysł się spodobał, wszyscy mieli na tym zarobić. Okazało się, że w latach 2011-2015 kiedy pomysł powstał i upadł, Freixa dostał od Giem Sports 200 tys euro. Prawnik twierdzi, że to za wykonane dla firmy usług prawniczych, ale prowadzący śledztwo w sprawie mają poważne wątpliwości, czy nie mają do czynienia z korupcją. Aferę opisuje między innymi największy hiszpański dziennik „El Pais”.

Bach odszedł już z Giem Sports zmuszony do tego przez kibiców żądających zwrotu pieniędzy. W sądzie się nie stawia, póki co ignoruje wezwania.

Co na tym zyskiwała Barcelona? Bach obiecał jej 6 mln euro i 5 procent od sprzedaży patentu za granicę.

Pomysł nie doczekał realizacji, bo stadion Camp Nou będzie modernizowany. Dopiero wtedy można by wrócić do koncepcji Espai Memorial Barcelonista. A tymczasem trzeba było wykorzystać miejsce na cmentarzu Les Corts. Zmianę planów ogłoszono w 2014 roku, tyle, że niedługo potem Giem Sports zbankrutowała. Kibice, którzy kupili miejsca w kolumbarium podali do sądu Bacha, Freixę i prezesa Barcy Josepa Marię Bartomeu. W 2014 roku przedłużył on umowę klubu z Giem Sports.

Jest jeszcze jeden kluczowy szczegół w sprawie. W marcu 2013 roku szefowie Barcelony zapytali władze miasta o możliwość budowy kolumbarium na Camp Nou i dostali odpowiedź odmowną. „Legendarny stadion to obiekt sportowy w związku z czym nie można wykorzystywać go jako miejsca pochówku”.

Szefowie Barcelony nie czują się winni. Przeciwnie, też uważają się za ofiary Bacha i jego firmy. Twierdzą, że w całej tej sprawie cierpi wizerunek klubu i chyba w tym względzie akurat się nie mylą.

niedziela, 19 marca 2017

Drugie miejsce drużyny w Vikersund to jeden z najbardziej spektakularnych sukcesów polskich skoczków w tym sezonie. I być może klucz do zwycięstwa w Pucharze Narodów.

- Szalony, niesamowity, historyczny i tak można mnożyć epitety - mówił o konkursie drużynowym rozemocjonowany Maciej Kot. - Tylu tak dalekich lotów nigdy nie widziałem: dwa rekordy świata, dwa rekordy Polski, ufff. I to drugie miejsce w konkursie, świetne dla nas.

Adam Małysz opowiadał, że po wielu skokach dyrektor Pucharu Świata Walter Hofer głęboko oddychał z ulgą, widząc jak zawodnicy ocierają się o granicę bezpieczeństwa. Rekord świata bił Norweg Stefan Johansson (252), a potem Austriak Stefan Kraft. Piotr Żyła dwa razy poprawiał rekord Polski (243 i 245,5), a Maciej Kot (244,5) i Kamil Stoch (243) poprawili rekordy życiowe.

8 sekund w powietrzu - to daje skoczkom emocjonalnego kopa. Po konkursie nikt nie mówił o wynikach, ale o frajdzie z utrzymywania się w locie tak długo. To działa jak najlepszy motywator. Wszyscy to podkreślali.

Kot żałował trochę, że skrócił swoją rekordową próbę. Ale zabrakło mu doświadczenia. - Pierwszy raz byłem na tej skoczni aż tak daleko, minąłem już wszystkie linie, czułem, że mogę lecieć dalej, a jednak pojawił się odruch obronny. I spadłem ma ziemię. A mogłem polecieć ponad 250 m - spekulował.

Zachwycony był Stoch, który po obu lotach uderzał pięściami w pierś. Może rekord Polski wynosiłby jeszcze więcej, ale po rekordzie świata Krafta, sędziowie obniżyli Kamilowi rozbieg o dwie belki. Polak i tak skakał fenomenalnie, w nieoficjalnej klasyfikacji indywidualnej przegrał tylko z Kraftem. Awansował na trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej Raw Air wyprzedzając Norwega Andreasa Stjernena o 0,3 pkt! Niewyobrażalne, że różnica mogła być tak minimalna po ośmiu startach.

Ale najważniejsze tego dnia było zwycięstwo drużyny nad Austriakami i Niemcami. Jedni i drudzy niebezpiecznie zbliżali się do Polaków w Pucharze Narodów. Loty to raczej ich domena, a skocznia w Vikersund zachęca do skoków o długości ćwierć kilometra. Okazało się jednak, że stereotyp, iż Polacy nie są dobrymi lotnikami, w sobotę stanął pod ogromnym znakiem zapytania. Polacy powiększyli przewagę nad Austriakami o 50 pkt i nad Niemcami o 150. A poza tym odwrócili tendencję, bo w ostatnich konkursach rywale cały czas się do nich zbliżali.

- Dla mnie to żadna niespodzianka. Wiedziałem, że stać ich na wszystko - mówił Małysz. Ale i jemu trudno było zapanować nad emocjami.

Paradoksalnie Piotr Żyła, który dwa razy poprawił rekord Polski (w serii próbnej 243 i w pierwszej serii konkursowej 245,5) miał słabszą drugą próbę (192) i indywidualnie uzyskał dopiero 16. wynik dnia. Dawid Kubacki też miał pierwszy skok lepszy (210), ale w drugim wiatr wiał mu w plecy (194,5). Ogólnie Polacy nie zepsuli jednak ani jednego skoku i w tym tkwiła ich siła. Poza ich zasięgiem byli tylko Norwegowie, ale walka trwała do ostatniego skoku. Stający na rozbiegu jako ostatni Stjernen musiał uzyskać 210 m, by zapewnić gospodarzom zwycięstwo.

Stefan Horngacher uważa, że konkursy drużynowe są ciekawsze od indywidualnych. Być może przez austriackiego szkoleniowca Polaków przemawiają emocje osobiste. Jako skoczek zdobył pięć medali mistrzostw świata i dwa olimpijskie - wszystkie w drużynie. Patrząc na to co się działo w sobotę w Vikersund, można jednak przyznać Horngacherowi rację.

W tym sezonie jego skoczkowie zrobili kilka rzeczy spektakularnych. Zdominowali Turniej Czterech Skoczni, zdobyli tytuł mistrzów świata w Lahti. Ale koniec sezonu zapowiadał się na bardzo trudny, może nawet kryzysowy. Raw Air zmieniał się dla Polaków w drogę przez mękę. Stoch stracił tu pozycję lidera Pucharu Świata, do wczoraj zanosiło się na to, że i drużyna nie wytrwa do końca w plastronach liderów Pucharu Narodów. Polski kontratak nastąpił w najbardziej odpowiednim momencie. Żyła, Stoch, Kot i Kubacki pokazali, że mają dość charakteru, klasy i siły, by odeprzeć atak najwytrawniejszych lotników.

piątek, 17 marca 2017

Juventus - Barcelona i Bayern Monachium - Real Madryt to hity ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Borussia Dortmund trafiła na Monaco, a Atletico Madryt na Leicester.

Hiszpańskie stwierdzenie „Bestia Negra” przywoływane jest w takich przypadkach. Wystarczyło spojrzeć na kamienny wyraz twarzy Emilio Butragueno, by zrozumieć czym dla najbardziej utytułowanego klubu w Pucharze Europy jest taki rywal jak Bayern Monachium. Na Santiago Bernabeu wróci trener Carlo Ancelotti, który wygrywał z Realem „La Decima”, czyli zaliczył dziesiąty triumf w Lidze Mistrzów. Jego asystentem i uczniem był Zinedine Zidane, dziś prowadzący „Królewskich” samodzielnie. Przed rokiem Real triumfował w rozgrywkach jedenasty raz po finale z Atletico na San Siro. Ale kiedy w 2014 roku „Królewscy” wygrywali w Lizbonie po raz dziesiąty, w półfinale rozbili Bayern (5:0 w dwumeczu). I tego mogą obrońcy tytułu obawiać się najbardziej, bo w wieloletniej rywalizacji obu klubów wygrywa zwykle raz jeden raz drugi.

Z pewnością w chwili gdy Bayern trafiał na Real, całe Monachium zakrzyknęło: "uwaga na główkę Ramosa". A cały Madryt "uwaga na Polaka".

Robert Lewandowski znów zagra na Santiago Bernabeu jak w 2013 roku z Borussią Dortmund. Wtedy wbił cztery gole w pierwszym meczu półfinału w Dortmundzie i stal się marką globalną. Real zabiegał o Polaka cały poprzedni sezon, ale do transferu nie doszło. Kibice w Madrycie znów będą mogli się przekonać kto jest lepszy: Lewandowski, czy Karim Benzema. A może Polaka trzeba zestawiać raczej z Cristiano Ronaldo, bo to wśród napastników najwyższa półka, na którą Francuz wskakuje tylko od czasu do czasu.

To będą starcia porywające. Real gra futbol nieprawdopodobnie wyrachowany i ekonomiczny. Bayern gra bardziej kombinacyjnie, Ancelotti miał nawet uprościć jego styl po niemieckiej wersji tiki-taki wprowadzonej przez poprzednika Pepa Guardiolę. Niemcy są bardziej głodni sukcesu. Wygrali Ligę Mistrzów ostatni raz w 2013 roku. Potem Real zwyciężył w niej aż dwa razy. I ponoć bardziej liczy się dla niego mistrzostwo Hiszpanii. Taki rywal jak Bayern wywoła jednak na Bernabeu 110 proc mobilizacji.

Być może największy apetyt na triumf w rozgrywkach ma jednak Juventus Turyn. On najczęściej przegrywał w finałach, ostatnio z Barceloną w 2015 roku. W Berlinie Katalończycy triumfowali 3:1. Byli jednak w lepszej formie niż teraz. Za to Juventus wciąż rośnie w siłę. Szanse na półfinał są dziś 50:50. Dwa lata temu świat żałował Gianluigiego Buffona - legendarnego 37-letniego wtedy bramkarza, którzy bezskutecznie marzy o triumfie w Champions League. Gigi dał sobie kolejną szansę, być może wygra upragniony puchar tuż przed czterdziestką. Najpierw trzeba jednak pokonać Barcelonę, która miewa kryzysy, ale i przebłyski wielkiej gry. W 1/8 finału odrobiła cztery gole straty z Paryża w starciu z PSG. - Wygrana 6:1 na Camp Nou pozostaje w historii, ale żeby miała większy sens, powinniśmy wygrać całe rozgrywki - mówi stoper Barcy Gerard Pique.

Wszystko inne, czyli mecze Borussia Dortmund - Monaco i Atletico - Leicester będą w cieniu hitów. Pierwsza para to pojedynek polsko-polski Łukasza Piszczka z Kamilem Glikiem. Dwóch obrońców Adama Nawałki powalczy o półfinał, dla Piszczka to nic nowego, grał już w finale z 2013 roku, kiedy Borussia przegrała z Bayernem 1:2.

Niech Was nie zwiedzie niska pozycja Atletico w lidze hiszpańskiej. Po trzech porażkach w finale Pucharu Europy "Colchoneros" postawili na te rozgrywki. Leicester to wymarzony rywal, choć pokonał Sevillę wyprzedzającą Atletico w tabeli La Liga. Tym razem Anglicy muszą zrobić trzy razy tyle, by w rozgrywkach przetrwać. Po Barcelonie, Bayernie, Realu i Juventusie Atletico jest jednym z faworytów do zwycięstwa w tej edycji Champions League.

Pierwsze mecze odbędą się 11 i 12 kwietnia w Monachium, Turynie, Dortmundzie i na Vicente Calderon w Madrycie. Rewanże 18 i 19 kwietnia.

wtorek, 14 marca 2017

CR7 jest najlepiej główkującym graczem ligi hiszpańskiej, w której najwięcej goli głową w tym sezonie zdobył Sergio Ramos. Ale kibice i tak najchętniej dyskutują o błędach arbitrów.

Już pod koniec lutego dziennik „Marca” informował o powołaniu do życia nowych linii lotniczych. Gra słów w tytule odwoływała się do faktu, że piłkarze Realu Madryt zdobywają strzałami głową blisko 22,6 proc bramek. Od tamtej chwili nic się nie zmieniło, ostrzeżenie nie podziałało na rywali. W dwumeczu 1/8 finału Ligi Mistrzów Napoli, choć zdecydowanie górowało w rozgrywaniu piłki po ziemi, uciułało dwie bramki. „Królewscy” zdobyli trzy po główkach i dorzucili trzy wbite nogami.

Od lutego tendencja jeszcze się nasiliła. Ze 122 bramek zdobytych w tym sezonie, 31 gracze Zinedine’a Zidane’a wbili głową. A więc 25,4 proc. W La Liga z 68 goli, po główkach padło 20 - czyli 28,98 proc. Ostatni mecz ligowy z Betisem rozstrzygnęły głowy Cristiano Ronaldo i Sergio Ramosa. Real po raz kolejny przegrywał, tak jak w ostatnim czasie dwa razy z Napoli, z Villarreal, czy Las Palmas, ale potrafi odwracać losy rywalizacji. Często głową.

CR7 jest najlepszym w lidze hiszpańskiej specem od gry w powietrzu, zdobył głową 46 bramek, jedną więcej niż Bask Aritz Aduriz. Ramos jest liderem tego sezonu z sześcioma skutecznymi główkami w lidze i 10 we wszystkich rozgrywkach. Ciekawe co by było, gdyby trenerzy juniorów Sevilli nie pomylili się w ocenach i odkryli, iż Sergio nie jest materiałem na środkowego obrońcę, ale na środkowego napastnika. W defensywie popełnia czasem proste błędy, za to pod przeciwną bramką jest nieprawdopodobnie wręcz skoncentrowany.

Oczywiście mecz z Betisem nie obył się bez sędziowskich kontrowersji. Fani Barcelony uważają, że Mateu Lahoz był dwunastym graczem gospodarzy. I przeciwnie: fani z Madrytu nie chcą uznać „remontady” wszech czasów z PSG, bo ich zdaniem nie doszłoby do niej, gdyby nie pomyłki sędziego Deniza Aytekina.

Stereotyp mówi, że charakter ma Real. Zwracał na to uwagę sam Pep Guardiola uważając to za jedną z największych wartości w hiszpańskiej piłce. Jako dzieciak, a potem piłkarz Barcelony podziwiał u wielkich rywali głębokie przekonanie, że każdy wynik da się odwrócić. Po latach nauczyła się tego nawet reprezentacja Hiszpanii i „Duma Katalonii”.

Jeden z felietonistów dziennika „El Pais” napisał, że nie trzeba mieć wcale obsesji, by dyskutować o pracy arbitra. Aytekin popełnił błędy krzywdzące PSG, tak jak Lahoz błędy krzywdzące Betis. Kuriozalne jest jednak umniejszanie w ten sposób wysiłku rywali.

Mecz Barcelona - PSG komentowało dla telewizji angielskiej czterech byłych wielkich piłkarzy. Kiedy Sergi Roberto zdobył bramkę na 6:1, wszyscy zerwali się z miejsc w dzikim szale. Można zrozumieć Gary’ego Linekera, on grał w Barcelonie u Johana Cruyffa. Ale taki Michael Owen był przecież piłkarzem Realu Madryt. Rio Ferdinand zdobyłby dwa Puchary Europy więcej, gdyby w finałach z 2009 i 2011 roku jego Manchesterowi United nie stanęła na drodze Barcelona. Steven Gerrard też nie ma osobistych powodów, by kochać Katalończyków. Prawdopodobnie cała angielska czwórka przeżyła tak głęboką radość czując, że na Camp Nou dzieje się coś historycznego.

Rzecz jasna każdy z nas ma prawo sam oceniać jakie emocje są mu bliskie. Wielu ludzi uważa, że ukształtowały ich przeżycia meczów z podwórka. Wtedy przekonywaliśmy się jak trudno zrobić z piłką to, co wyprawia Leo Messi, czy CR7. Albo król przestworzy Serio Ramos.

O stopera Realu zapytano Juana Romana Riquelme. Odpowiedział, że w lidze argentyńskiej by sobie nie postrzelał, bo tam stoperzy nie pozwoliliby mu w ogóle wybić się w powietrze. Wniosek jest taki, że w Europie obrońcy pracują gorzej. To podobny argument jaki kiedyś wysunął Diego Godin wobec Messiego. Urugwajczyk powiedział, że w Hiszpanii większość obrońców kłania się w pas, gdy widzi, że Leo nadciąga z piłką. I na tym polega cały ten fenomen?

Aby obalić tezę Riquelme wystarczy zdanie z relacji z finału klubowych mistrzostw świata z 2014 roku, gdzie Real Madryt wygrał gładko 2:0 w Marrakeszu z San Lorenzo. „W 37. minucie z rzutu rożnego dośrodkował Toni Kroos, a Sergio Ramos zgubił w polu karnym kryjącego go Mario Yepesa i strzałem głową z pięciu metrów dał „Królewskim” prowadzenie”.

Teza Godina sama się wyśmiewa. Obrońcy w Europie są ciapami, w czasach, gdy każdy kopiący piłkę Latynos marzy o pracy w wielkich ligach?

Wolę myśleć, że Messi to zjawisko. Tak jak nadlatujący z nieba niczym jastrząb Sergio Ramos.

Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac