blog Darka Wołowskiego
RSS
wtorek, 18 września 2018

Królewski klub przystępuje do obrony trofeum w Lidze Mistrzów bez największej legendy rozgrywek. Co nie znaczy, że wyścig Cristiano Ronaldo z Leo Messim dobiegł końca.

- Rozpaczał jak dziecko, które właśnie straciło matkę. Był zupełnie sam, usiadłem obok i przez chwilę płakaliśmy razem - specjalista od przygotowania fizycznego reprezentacji Argentyny opowiada jak Messi przeżywa porażki. Ukojenie znajdował w klubie, pierwszy raz Ligę Mistrzów z Barceloną wygrał jako 18-latek. Finał z Arsenalem opuścił z powodu kontuzji, ale po zwycięstwie jego wielki idol Ronaldinho zaciągnął go na murawę, by wziął udział w dekoracji. Wydawało się, że te rozgrywki są dla Messiego stworzone. W 2009 roku w finale z Manchesterem United przyćmił Cristiano Ronaldo. Odebrał mu Złotą Piłkę, a w czterech następnych sezonach był królem strzelców Ligi Mistrzów. Gdy wydawało się, że historię będzie pisał samotnie, nastąpił wielki kontratak Portugalczyka.

Od sezonu 2012-2013 nigdy się nie zdarzyło, by ktoś strzelił więcej bramek w Champions League niż CR7. 82 gole w sześciu ostatnich edycjach LM to wynik kosmiczny, bez którego czterech triumfów Realu Madryt by nie było. Biografowie Ronaldo podkreślali, że wyścig z Messim stał się jego obsesją. Miliony kibiców śledziły pojedynek geniusza z chorobliwie ambitnym pracusiem, w którym ten starszy i skromniej obdarowany przez naturę coraz częściej występował w roli zwycięzcy.

Dziewięć lat temu Real wydał na niego 96 mln euro, by gonić Barcelonę. Dziś to Królewscy po hat-tricku w Lidze Mistrzów są punktem odniesienia w europejskiej piłce.

Jak unikalna jest pozycja Ronaldo pokazał jego transfer do Włoch. Rozsądnie gospodarujący Juventus zapłacił 105 mln euro za piłkarza, który w lutym skończy 34 lata. Szefowie hegemona Serie A wierzą, że Portugalczyk zarazi szatnię pewnością siebie. Juventus docierał do finału Pucharu Europy aż siedmiokrotnie i tylko dwa razy wygrał. Ronaldo wznosił trofeum pięć razy i tylko raz, prawie dekadę temu uznał wyższość Messiego.

Dziś role się odwróciły. To Argentyńczyk musi gonić Portugalczyka. Obaj wracają do Ligi Mistrzów po bolesnej porażce na rosyjskim mundialu. Niedawno na Camp Nou 31-letni Messi został zaprezentowany jako nowy kapitan Barcelony. Obiecał tysiącom kibiców, że odzyska tytuł najlepszej drużyny Europy. Sytuacja polityczna w regionie jest napięta, a głód sukcesu wyjątkowy. W ostatnich trzech sezonach, gdy Barcelona żegnała Ligę Mistrzów w ćwierćfinale, triumfy Realu potęgowały poczucie klęski w Katalonii.

- Real wciąż jest dobry, ale bez Ronaldo jednak trochę mniej - ocenił niedawno Messi. Choć Argentyńczyk i Portugalczyk są od dekady hegemonami Champions League, a Real i Barca zgarnęły wszystkie trofea w ostatnim pięcioleciu, trudno redukować rozpoczynającą się dziś edycję rozgrywek do ich wewnętrznego wyścigu. Przeciwnie. Liga Mistrzów dawno nie miała aż tylu faworytów. Aspiracje hiszpańskie wzmacnia Atletico, zbudowane wygraną batalią z Barceloną o Antoine’a Griezmanna. Tego lata Francuz był o krok od przeprowadzki na Camp Nou, tuż przed mundialem w Rosji ogłosił, że zostaje, by cztery tygodnie później wznieść Puchar Świata.

Atletico kieruje żądza rewanżu podobna do Juventusu. Grało w finale Ligi Mistrzów trzy razy i zawsze przegrało w dramatycznych okolicznościach (powtórzony mecz z Bayernem w 1974, dogrywka z Realem w 2014 i karne z Realem w 2016). A przecież finał 2019 odbędzie się na Wanda Metropolitano w Madrycie. Najlepsze miejsce, by rozliczyć się z bolesną historią.

Nie mniej argumentów ma Paris Saint Germain, gigant budowany za katarskie petrodolary nasycił się dominacją we Francji i chce zdobyć Europę. Ma najdroższy atak w historii piłki: Mbappe-Cavani-Neymar kosztowali 462 mln euro. 19-letni Francuz podbił właśnie świat na turnieju w Rosji, od czasu Pelego żaden nastolatek nie zdziałał tyle w mistrzostwach świata. O ile Juventus i Atletico to drużyny z charakterem, to PSG zawsze go brakowało. Gwiazdy Paryża najczęściej pogrążone były w wojnach wewnętrznych. Czy 40-letni Gianluigi Buffon pomoże zaprowadzić porządek w rozkapryszonej szatni? Włoch grał w finale Champions League trzy razy, bez powodzenia. Ostatni dzwonek by spełnić marzenia. Jego miejsce w bramce Juventusu zajął Wojciech Szczęsny.

W XXI stuleciu kluby najbogatszej ligi świata zaledwie trzy razy zdobywały Puchar Europy: Liverpool (2005), Manchester United (2008) i Chelsea (2012). Cztery miesiące temu Liverpool przegrał finał z Realem po kuriozalnych błędach bramkarza Lorisa Kariusa, latem wydał aż 72,5 mln euro na Brazylijczyka Alissona.

Pep Guardiola ma przełamać kompleksy Manchesteru City, a Jose Mourinho uratować posadę i podupadły prestiż w United. Jeśli nie, to jego następcą może być Zinedine Zidane opromieniony trzema triumfami w LM z Realem. Wszystkie te kluby mają graczy mogących myśleć o rywalizacji z Ronaldo i Messim. Zanosiło się kiedyś, że wyłomu dokona Robert Lewandowski, ale w Bayernie Polak nie dotarł nawet do finału LM. A pozycja Bawarczyków w Europie jest z roku na rok słabsza.

czwartek, 13 września 2018

Niespełna dwa miesiące po bezprecedensowym sukcesie na mundialu w Rosji wicemistrzowie świata Chorwaci doznali najwyższej porażki w swojej historii. 0:6 z budowaną od nowa kadrą Hiszpanii.

Dla Luki Modrica to był cios bolesny. Kiedy sędzia gwizdnął ostatni raz, kapitan Chorwatów zakrył zmęczoną twarz koszulką i jak napisały hiszpańskie media, „brakowało tylko, żeby się rozpłakał”. Gwiazdor Realu Madryt jest w Hiszpanii wielbiony. Tak on jak Ivan Rakitic z Barcelony dają co tydzień w Primera Division dowody piłkarskiego geniuszu Chorwatów. Na mundialu w Rosji obaj poprowadzili drużynę narodową do srebrnego medalu. Imponujący klasą, elegancją i sercem do walki Modric został wygrany na gracza mistrzostw, niedawno w plebiscycie UEFA na piłkarza sezonu, wyprzedził Cristiano Ronaldo. - To największy geniusz jakiego kiedykolwiek wydał nasz kraj - mówi o nim Rakitic.

Kiedy w Rosji Chorwaci olśniewali świat, Hiszpanie lizali rany po dotkliwej porażce. W meczu 1/8 finału z gospodarzami wymienili ponad tysiąc bezproduktywnych podań i w żenującym stylu pożegnali się z mistrzostwami. To był ostatni mecz dla La Roja Andresa Iniesty, Davida Silvy i Gerarda Pique, hiszpańskich ikon złotej dekady.

Tymczasowego trenera Fernando Hierro zastąpił były szkoleniowiec Barcelony Luis Enrique, który zanim odbył pierwszy trening z drużyną narodową musiał się tłumaczyć z antymadridismo, czyli niechęci do Realu Madryt.

Dziś brzmi to jak kiepski żart, we wtorek przeciw Chorwatom wystawił sześciu graczy Królewskich do podstawowego składu. I tylko jednego piłkarza Barcelony, niezłomnego Sergi Busquetsa, lidera środka pomocy.

Chorwacja przybyła do Hiszpanii na mecz Ligi Narodów bez kilku wicemistrzów świata. Napastnik Juve Mario Mandżukic pożegnał się z kadrą po mundialu. Ale zespołu Zlatko Dalica Hiszpanie i tak bali się znacznie bardziej, niż pokonanych trzy dni wcześniej na Wembley Anglików - czwartej drużyny rosyjskich mistrzostw. Wystarczą nazwiska Modrica i Rakitica, by poruszyć półwysep Iberyjski.

Misja Luisa Enrique jest jasna. Ma uprościć grę Hiszpanii. Tiki taka ma się wyzbyć bezproduktywnego posiadania piłki, nie posuwających akcji podań w poprzek boiska w stylu „ja do ciebie, ty do mnie”. La Roja ma grać bezpośrednio, oddawać jak najwięcej strzałów, nie wstydzić się długich, prostopadłych piłek do napastników. I tak próbuje grać. Na Wembley w sobotę drużyna Luisa Enrique pobiła Anglików (2:1). To był wymarzony debiut nowego selekcjonera, ale to co się stało we wtorek przeszło najśmielsze marzenia.

Jest takie zdjęcie zrobione po meczu z Chorwacją jak nowy trener Hiszpanów podaje rękę Zlatko Dalicowi z taką miną jakby chciał go z całego serca przeprosić za te sześć goli.

Festiwal rozpoczął Saul Niguez, wschodząca gwiazda nowej La Roja (na Wembley dał Hiszpanom gola na 1:1). Po długim przerzucie i centrze od bocznego obrońcy Daniego Carvajala, Saul uderzył piłkę głową. I Chorwacja przegrywała 0:1. - Czy Saul ma jakieś wady - zapytano Carvajala. - Widzę jedną ogromną. Jest piłkarzem Atletico - odpowiedział obrońca Realu.

Bohaterem starcia z Chorwatami był jednak piłkarz Królewskich Marco Asensio. Na Webley rezerwowy, we wtorek wszedł na boisko w podstawowej jedenastce. Zdobył dwa wspaniałe gole i zaliczył trzy asysty. Czegoś takiego w meczu kadry nie dokonał wcześniej żaden hiszpański piłkarz. Asensio ma 22 lata. Od trzech lat Hiszpanie sławią jego wielki talent, ale przez ten czas piłkarz nie wywalczył miejsca w podstawowym składzie Realu Madryt. Dopiero teraz, gdy Królewscy sprzedali Cristiano Ronaldo, jest miejsce dla niego obok Karima Benzemy i Garetha Bale’a.

Najcudowniejszego gola zdobył we wtorek Isco. Inny zdolniacha z Realu, który w klubie rozpaczliwie walczy o miejsce w jedenastce. Przyjął piłkę w chorwackim polu karnym tak, że ośmieszył stoperów wicemistrza świata, by uderzyć w okienko bramki. To był szósty gwóźdź do trumny Chorwatów.

Hiszpania Luisa Enrique już gra inaczej, choć w starciu z Chorwatami była przy piłce ponad 70 proc czasu. Oddała jednak aż 14 strzałów, z tego połowę celnych. - Naprawdę wystawiłem aż sześciu graczy Realu w podstawowym składzie? - dziwił się nowy selekcjoner. - Nawet nie wiedziałem i nic mnie to nie obchodzi - dodał.

Hiszpańskie media pękają z radości i dumy, choć takie mecze zdarzały się już ich drużynie narodowej. Przed mundialem La Roja pokonała Argentynę 6:1 i nic z tego potem w Rosji nie wyniknęło. Co wyniknie tym razem...

Modric? Być może na koniec roku otrzyma Złotą Piłkę przerywając dekadę hegemonii Cristiano Ronaldo i Leo Messiego.

środa, 12 września 2018

Piłka to taki okrągły, krnąbrny, wredny, nieposłuszny przedmiot, który w zetknięciu z gnuśną, ciężką, źle wyważoną nogą polskiego piłkarza żyje własnym życiem.

Nie, to staje się nie do zniesienia. Coś ty robił wczoraj we Wrocławiu polski piłkarzu, który miałeś rehabilitować się w oczach kibica za rosyjskim mundial? Przecież to takie proste: zagraj i wyjdź na pozycję licząc, że partner z drużyny natychmiast odegra ci piłkę. Tymczasem we wtorek na jedyną taką akcję reprezentacji Polski trzeba było czekać 88 minut. Mateusz Klich i Arkadiusz Milik pokazali, że można, wcześniej trwał jednak koncert kociej muzyki: czyli snucia się po murawie bez ładu, składu, pomysłu i chęci.

Prezes PZPN Zbigniew Boniek powiedział przed kamerami TVP, że kilku piłkarzy „przeszło obok meczu”. Sam, gdy ponad 40 lat temu miał zadebiutować w reprezentacji, przez dwa dni, przed lustrem uczył się śpiewać hymnu. Potem trafił do klubu wybitnego reprezentanta, w Hiszpanii zdobył medal mistrzostw świata i dziś serce musi mu krwawić, gdy patrzy na etos swoich następców.

Kandydat do kadry może nie umieć, ale nie może nie chcieć. Nawet gdy mecz jest towarzyski, bo to ponoć okazja, by pokazać swoją wartość selekcjonerowi. Piłkarz spłaca też na boisku dług wobec kibica. Tego, który zapłacił za bilet i w chłodzie zdziera gardło na trybunach. Mógłby zostać w domu, odpalić sobie w telewizji mecz Hiszpanów z Chorwatami, a jednak wydaje pieniądze i biegnie na stadion, bo czyje, że tam jego miejsce, gdzie barwy biało-czerwone.

Nie, nie chcę faszerować piłki narodową ideologią, wymagam tylko elementarnego poszanowania zasad sportu. Jeśli z wysokości trybun fani patrzą na jedenastu ludzi przewracających się o własne nogi, to chcą czuć, że oni, nawet jeśli nie potrafią, to przynajmniej robią co mogą.

Rozumiem i akceptuję, że selekcjoner Jerzy Brzęczek zachował w starciu z Irlandią Roberta Lewandowskiego i Piotra Zielińskiego. Ich miejsce w drużynie narodowej jest niepowtarzalne. Nie wiem co musiał czuć kapitan Lewandowski, którego zaraz czekają mecze w Lidze Mistrzów i Bundeslidze, spoglądający na młodszych kolegów z kadry odgrywających taką chałturę. Byli na boisku we Wrocławiu debiutanci, byli tacy, którzy wciąż chcą się do kadry przebić, byli w końcu i tacy, który muszą zrobić wszystko, by z drużyny nie wypaść. I ta wybuchowa mieszanka bezwstydnie wyprodukowała jedną sensowną akcję na 90 minut.

Kibicu drogi, mam dla Ciebie też dobrą wiadomość. Dzięki Lidze Narodów mecze towarzyskie umierają śmiercią nagłą i zasłużoną. W grze bez stawki można oglądać piłkarzy nieźle wyszkolonych, frajda bierze się z obserwowania jak podają, dryblują, przyjmują piłkę, bądź strzelają. W wypadku znakomitej większości polskich graczy popychających krnąbrny, okrągły przedmiot kolanem, można się emocjonować wyłącznie grą o stawkę. Bo na doznania estetyczne to jeszcze poczekamy bardzo długo.

niedziela, 26 sierpnia 2018

Już w tym sezonie Barcelona lub Real Madryt mają rozegrać oficjalny mecz ligi hiszpańskiej w USA. Protestują kibice, a kapitanowie drużyn Primera Division grożą strajkiem.

Droga z Barcelony do Nowego Jorku to prawie 6200 km, czyli 7 godzin lotu. Być może właśnie w największym amerykańskim mieście 27 stycznia 2019 roku dojdzie do pierwszego oficjalnego meczu ligi hiszpańskiej na obczyźnie. Media w Katalonii spekulują, że w USA zostanie rozegrane spotkanie 21. kolejki Girona - Barcelona. Girona, kataloński klub z Primera Division należy do City Football Group, razem z New York City FC drużyną z MLS.

Wielki amerykański sen futbolu hiszpańskiego realizuje szef ligi Javier Tebas. Podpisał na 15 lat umowę z medialnym konsorcjum Relevant, które ma się zająć promocją hiszpańskich klubów w USA i Kanadzie. Tebasowi chodzi o mniej znane zespoły, bo trzy największe, czyli Real, Barca i Atletico razem z piętnastoma innymi wielkimi klubami z całego świata biorą udział w International Champions Cup, czyli wakacyjnych, towarzyskich turniejach rozgrywanych od 2013 roku w USA, Chinach, Australii i Singapurze. International Champions Cup organizuje właśnie Relevant.

Tebas postanowił wykonać kolejny krok. Badania wykazują, że ponad 30 proc ludzi interesujących się piłką nożną w USA pochodzi z krajów hiszpanojęzycznych. Promocja miałaby być korzystna dla obu stron, przecież w 2026 roku, czyli za 8 lat w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Meksyku odbędą się piłkarskie mistrzostwa świata.

Bezwzględnie chodzi jednak o pieniądze. Tebas przywołuje przykład największych amerykańskich lig: koszykarskiej NBA, baseballowej MLB i futbolowej NFL, które od wielu lat przekraczają granice. W 1990 roku koszykarze Phoenix i Utah polecieli do Tokio, by rozegrać tam mecz NBA. Potem gwiazdy ligi odwiedzały Meksyk. 4 marca 2011 roku Londyn był pierwszym europejskim miastem goszczącym ligowy pojedynek NBA Toronto - New Jersey.

W 1996 roku baseballiści z MLB polecieli do meksykańskiego Monterrey, a potem do Tokio, Sydney, Porto Rico, w przyszłym roku zagrają w Londynie. Najdłużej zwlekali futboliści amerykańscy, do 2005 roku gdy zagrali na Estadio Azteków w Meksyku. Od tamtej pory poza USA rozegrano 34 mecze ligowe NFL.

Podbijanie światowych rynków to w sportowym biznesie norma. Ale piłka nożna jest dyscypliną konserwatywną, z nią nie będzie tak łatwo. Kilka lat temu próbowały władze angielskiej Premier League, ale zrezygnowały pod naciskiem protestujących piłkarzy, kibiców i klubów. To samo dzieje się dziś w Hiszpanii.

Pierwszy krok został jednak zrobiony. Niedzielny mecz o Superpuchar Hiszpanii Barcelona i Sevilla rozegrały w Maroku. Po zwycięstwie Barcy 2:1 trenera Ernesto Valverde zostano o plany organizowania spotkań ligowych w USA. - Latać do Maroka na Superpuchar wydawało nam się dziwne, a jednak to zrobiliśmy. Piłka nożna przekracza granice sportu. Szokuje nas to, ale z czasem się z tym oswajamy. Nie wiem jako to wszystko się skończy - powiedział.

Znacznie mniej dyplomatyczni są hiszpańscy kibice i piłkarze. Szef stowarzyszenia piłkarzy David Aganzo nazwał plany Tebasa „szaleństwem” i „nieumiarkowaną pazernością’. Opowiadał, że na spotkaniu kapitanów klubów Primera Division wszyscy byli przeciwni. - Podejmować takie decyzje za naszymi plecami to całkowity brak szacunku - mówi. I zapowiada, że piłkarze będą stanowczo protestowali, a jeśli będzie trzeba, dojdzie do strajku. - Futbol tworzą gracze dla kibiców. Tebas zignorował jednych i drugich - zakończył.

W mediach hiszpańskich pojawiły się informacje, że szefowie klubów nie są już tak jednomyślni. Ponoć Real Madryt jest zdecydowanie przeciw, ale Barcelonie plany Tebasa wydają się interesujące.

Piłka od lat walczy o poszerzenie strefy wpływów, zdobycie rynków w Azji, USA, czy Australii. Pionierami byli Włosi. W roku 1993 Superpuchar rozegrali w Waszyngtonie, w 2002 w Trypolisie, rok później w Nowym Jorku. Od 2009 roku rozgrywano go na stadionie olimpijskim w Pekinie (trzy razy). Na mocy umowy z lat 2011-2013 za mecze Superpucharu Serie A otrzymała od Chińczyków 10 mln euro. W 2014 roku Superpuchar Italii odbył się w Katarze, potem w Szanghaju, i znów w Katarze. Nikt jeszcze nie zdecydował się na organizowanie poza krajem spotkań ligowych. Hiszpanie będą pierwsi?

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Po 9 latach skończył się niepowtarzalny wyścig Leo Messiego z Cristiano Ronaldo w lidze hiszpańskiej. Głód Realu Madryt wciąż nie jest jednak zaspokojony.

„Jak odpowie CR7?” - żaden hiszpański komentator nie zada więcej tego pytania. W sobotę na inaugurację sezonu Primera Division Leo Messi wbił dwa gole Alaves prowadząc Barcelonę do zwycięstwa 3:0. Zaledwie cztery godziny wcześniej Cristiano Ronaldo zadebiutował w Serie A: bez bramki, ale świętując triumf Juventusu nad Chievo 3:2. Drogi dwóch najlepszych piłkarzy świata ostatniej dekady rozeszły się. Koniec epoki.

80 tysiącom fanów Realu, którzy 6 lipca 2009 roku zapełnili legendarny stadion Santiago Bernabeu, by powitać Ronaldo, nie było do śmiechu. Dwa miesiące wcześniej w tym samym miejscu Barcelona rozbiła Królewskich 6:2. Cztery tygodnie później pokonała Manchester United w finale Ligi Mistrzów w Rzymie, by zająć miejsce na europejskim szczycie. Messi i debiutujący w roli trenera Pep Guardiola stali się synonimem tego co najlepsze w klubowej piłce.

Pogrążony w kryzysie najbogatszy klub świata skazany był na pogoń. Prezesem znów został Florentino Perez. Ronaldo miał być madrycką odpowiedzią na Messiego. I sam pewnie nie przypuszczał jak monumentalne wyzwanie przed nim.

W 9 sezonów Portugalczyk zdobył w lidze hiszpańskiej aż 311 goli, co wystarczyło Realowi do zaledwie dwóch tytułów mistrzowskich (2012 i 2017 rok). Barcelona wygrała w tym czasie ligę sześciokrotnie, a Argentyńczyk pokonał bramkarzy 329 razy. Gdyby nie Liga Mistrzów wielką misję Ronaldo należałoby traktować jako fiasko. Ale w Europie to on był górą.

W ostatnie pięć lat Portugalczyk stworzył siebie na nowo. Zamiast narcystycznej maszyny do śrubowania strzeleckich rekordów, zobaczyliśmy lidera najlepszej drużyny świata. Cztery triumfy w Champions League to wizytówka obecnego Realu, który latem sprzedał swoją 33-letnią gwiazdę do Turynu za 100 mln euro. Drożej niż zapłacił Manchesterowi United w 2009 roku (96 mln).

Hiszpanie żartują, że tytuł najlepszej drużyny Europy stał się ostatnio dla Królewskich trofeum pocieszenia. Całkiem poważnie mówił o tym trener Zinedine Zidane, który za swój największy sukces uznawał mistrzostwo Hiszpanii wydarte Barcelonie 15 miesięcy temu. - Żeby wygrać Ligę Mistrzów wystarczy dobrze grać od święta, ja chcę, by drużyna grała dobrze na co dzień - przekonywał.

Celem numer 1 jego następcy Julena Lopeteguiego jest triumf w Primera Division, co wydaje się zadaniem ekstremalnie trudnym. Zidane odszedł, bo uważał, że najlepszej drużynie Europy potrzebny jest nowy impuls. Zarządzający klubem Perez jest innego zdania. Latem Real kupił tylko belgijskiego bramkarza Chelsea Thibauta Courtoisa. Nie udało się zatrzymać Mateo Kovacica, o odejściu ponoć myśleli nawet tak emblematyczni piłkarze jak Luka Modric i Marcelo.

Prezes Realu chce, by z cienia Ronaldo wyszli Gareth Bale i Karim Benzema. Ten drugi przybył do Madrytu razem z Portugalczykiem. W 9 lat zdobył 192 bramki we wszystkich rozgrywkach, Ronaldo - 450, czyli trzy razy więcej. Odpowiedzialność za wyniki Królewskich mają wziąć na siebie reprezentanci Hiszpanii Isco i Marco Asensio, a może też młodzi Vinicius Jr i Martin Odegaard. Gdyby coś poszło nie tak, w kasie czeka 300 mln euro. Perez trzyma je do następnego lata, by wykupić Neymara z PSG. Chyba, że paryski klub dostanie karę od UEFA za złamanie zasad finansowego fair play, wtedy transakcja może zostać przyspieszona.

Porażka z Atletico w meczu o Superpuchar Europy była dla Realu pierwszym ostrzeżeniem. Gdyby Lopetegui zaczął od falstartu także rozgrywki ligowe, Perez musiałby w panice ruszyć na zakupy. Pośpiech bywa złym doradcą, niewielu jest piłkarzy, którzy dawaliby gwarancję sukcesu w tak wielkim klubie.

Królewscy muszą zachować skupienie od początku. W poprzednim sezonie stracili 7 pkt w trzech pierwszych kolejkach i już nie umieli ich odrobić. Barcelona była prawie pewna tytułu po rundzie jesiennej, na koniec Real stracił do niej aż 17 pkt. Drużynę Zizou wyprzedził w lidze także zespół Diego Simeone.

Tym razem w Realu liczą, że ich najwięksi krajowi rywale Barca i Atletico skupią się przede wszystkim na Lidze Mistrzów. Katalończycy nie kryją, że obrona tytułu mistrzowskiego jest dla nich celem numer 2. To samo „Colchoneros”, którzy chcieliby przełamać traumę Champions League. Trzy razy grali w finale, trzy razy przegrywając (lata 1974, 2014, 2016). W tym dwa razy z Realem. Kolejny finał odbędzie się na Wanda Metropolitano, nowym stadionie Atletico.

poniedziałek, 06 sierpnia 2018

Pokonali Leo Messiego i Cristiano Ronaldo, nie dali się wykiwać całej drużynie najwybitniejszych graczy. Wzięli się nawet za superagenta Mendesa. Bo ukrywanie dochodów to w futbolu dyscyplina dodatkowa.

- Kto nie jest winny, nie musi się bać - mówił rok temu pewny siebie CR7. Był oburzony, że ktoś w ogóle śmie go oskarżać. W piątek hiszpańska agencja EFE potwierdziła, że były gwiazdor Realu Madryt dogadał się z hiszpańskim fiskusem. Zgodził się zapłacić 18,8 mln euro grzywny oraz przyjąć wyrok dwóch lat więzienia. Gdyby poszedł w zaparte i trafił do sądu, groziło mu siedem lat, a wtedy po prostu wylądowałby za kratkami.

Według śledczych Gestha - hiszpańskiego ministerstwa finansów wykroczenia popełnione przez Ronaldo, były znacznie poważniejsze, niż te, za które Leo Messi został skazany na 21 miesięcy. Portugalczyka oskarżono o cztery przestępstwa podatkowe popełnione w latach 2011-2014 na łączną kwotę 14,7 mln euro. Messi w latach 2007-2009 zdefraudował 4,1 mln.

Wyroki więzienia dla Argentyńczyka i Portugalczyka są akurat takie, że nie grozi im aresztowanie. W Hiszpanii sędzia może odstąpić od wykonania wyroku, jeśli oskarżony nie jest skazany na więcej niż dwa lata. Z kolei oskarżony może prosić sąd, by wyrok zamieniono mu na grzywnę.

Sprawa Messiego była zdecydowanie głośniejsza. W 2013 roku, kiedy wybuchła, proceder ukrywania dochodów z tytułu praw do wizerunku, za pomocą przepuszczania ich przez fikcyjne firmy w rajach podatkowych, nie był jeszcze powszechnie znany. Argentyńczyk zapłacił fiskusowi 5 mln euro i ogłosił, że jego pieniędzmi zajmuje się ojciec Jorge. - Ja tylko gram w piłkę - padły słynne słowa.

Ojciec piłkarza stwierdził z kolei, że doradzała mu firma podatkowa, bo on nie ma pojęcia o przepisach skarbowych. - Dla mnie to chińszczyzna - powiedział. Sprawa trafiła na wokandę, toczyła się aż do 2016 roku, kiedy trybunał w Barcelonie wydał wyroki. Sędzia uznał, że nieznajomość prawa nie jest usprawiedliwieniem, zwłaszcza, jeśli oskarżeni nie zrobili nic, żeby je poznać. Mieszkająca w Barcelonie od 2001 roku rodzina Messich odwołała się jeszcze do Sądu Najwyższego, który w maju 2017 roku utrzymał karę 21 miesięcy więzienia dla piłkarza, ale skrócił wyrok ojcu z 21 do 15 miesięcy.

W tym czasie kibice na całym świecie przywykli do procesów i wyroków na piłkarzy. W lutym 2016 roku bramkarz Realu Iker Casillas zapłacił skarbówce 2 mln euro, by uniknąć procesu. W jego przypadku śledczy przyjęli tłumaczenie, że nieświadomie popełnił pomyłkę. Niedawno przed sądem w Madrycie stanął Xabi Alonso i jego agent oskarżeni, że przepuszczali pieniądze przez firmę Kardzali w portugalskiej Maderze, by uniknąć płacenia podatków. Baskowi, który już zakończył karierę, grozi oprócz grzywny 5 lat więzienia.

W styczniu 2016 roku, gdy wszyscy żyli sprawą Messiego, jego ówczesny kolega z Barcelony i reprezentacji Argentyny Javier Mascherano przyznał się do winy. Za namową swoich doradców podatkowych zrobił to samo co Messi, czyli scedował prawa do wizerunku na fikcyjne firmy z siedzibą w rajach podatkowych. Mascherano przyjął wyrok roku więzienia i poprosił, by zamieniono mu go na grzywnę.

Czy sprawa Ronaldo jest szczególna? Ze względu na jego agenta. Kiedy sądzono rodzinę Messich, kierujący finansami Portugalczyka jego rodak Jorge Mendes wydawał się jeszcze wszechmocny i nietykalny. Dziś sam trafił do sądu, tak jak jego inni znakomici klienci Kolumbijczycy Radamel Falcao i James Rodriguez. Pierwszy w trybunale w Madrycie już przyznał się do zdefraudowania 5,66 mln euro w czasie gdy grał w Atletico. Aby uniknąć aresztowania zapłaci 8,225 mln. Grający dziś w Bayernie Monachium James jako piłkarz Realu oszukał hiszpańskiego fiskusa na 6,35 mln euro za co zapłaci 11,65 mln wliczając w to karę i odsetki.

28 grudnia 2014 roku, kiedy Real grał na mundialu klubów w marokańskiej Casablance, James podpisał umowę z Mendesem przekazując mu za 12 mln euro prawa do swojego wizerunku. Od tej kwoty zapłacono tylko minimalny podatek, zamiast 4,9 mln. Mimo wszystko hiszpański fiskus zinterpretował to jako pomyłkę piłkarza, a nie celowe działanie.

Na tym nie kończy się lista oskarżonych trenerów i piłkarzy Realu. Jose Mourinho zapłacił 5,2 mln, Luka Modric milion, Fabio Coentrao - 1,7 mln, Marcelo - 0,5 mln. Wszyscy działali w klasyczny sposób korzystając ze statusu dla „nie rezydentów”.

Sprawy podatkowe stoją prawdopodobnie także za głośnym transferem Ronaldo do Juventusu. We Włoszech przepisy stanowią, że od dochodów wizerunkowych płaci się stałą kwotę 100 tys euro rocznie. W Hiszpanii za 2014 rok Ronaldo musiał zapłacić podatek od praw do wizerunku w wysokości 8,5 mln euro. Różnica 85-krotna.

Kontekst spowity jest mgłą domysłów i tajemnic. Prasa madrycka pisała, że Ronaldo najbardziej oburzony był faktem, że w jego sprawie nie chciał interweniować Real Madryt. Cała Barcelona poparła przecież Messiego. „Kto wyciąga rękę przeciw Leo, podnosi ją na nasz klub i miliony jego kibiców” - grzmiał prezes Josep Maria Bartomeu. W Katalonii doszło do sytuacji wręcz kuriozalnej. Kiedy niezawisły sąd w Barcelonie dowodził winy piłkarza, pracownicy klubu sfotografowali się z tabliczkami z napisem „Wszyscy jesteśmy Messim”. Dziennik „El Pais” pytał ich wtedy, czy to znaczy, że wszyscy oszukują na podatkach? I czego uczą swoje dzieci? Że jeśli ktoś jest geniuszem piłkarskim, może łamać prawo?

Wydaje się rzeczą oczywistą, że tak popularnego sposobu „oszczędzania” na podatkach nie wymyślili ludzie piłki. Afera „Panama Papers” udowodniła, że tego typu oszustwa są normalnością w świecie: artystów, polityków i celebrytów. Trudno się przestrzega przepisów, gdy pojawiają się doradcy pokazujący jak łatwo można „zaoszczędzić” i jak powszechnie wykorzystywane jest to przez innych ludzi ze środowiska.

Zawodowy futbol to nie miejsce dla idealistów. Wystarczy przeanalizować doniesienia portalu Football Leaks, by przekonać się, że na mapie piłkarskich patologii oszustwa podatkowe to zaledwie wierzchołek góry lodowej.

sobota, 28 lipca 2018

Kupiony do Liverpoolu za 73 mln euro Brazylijczyk Alisson Becker pobił 17-letni rekord Gianluigiego Buffona po sezonie pełnym spektakularnych wpadek bramkarskich, które zmieniają status speców od gry rękami.

Loris Karius nie dostanie drugiej szansy. 25-letni Niemiec przez cały miniony sezon strzegł bramki Liverpoolu prezentując dobrą i równą formę. Jego dwa kiksy były jednak spektakularne. Zawalił finał Ligi Mistrzów pomyłkami, które przyniosły mu światowy rozgłos. Część rozjuszonych fanów groziła mu po tym śmiercią, inni pochylili się z żalem nad ludzką tragedią. Do historii przeszły obrazki, jak po porażce 1:3 z Realem Madryt w Kijowie zapłakany Karius dotyka swojej piersi, po czym kieruje błagalne gesty do kibiców Liverpoolu.

Nie wiadomo, czy z innym bramkarzem „The Reds” wygraliby finał z Królewskimi. Kolejne pytanie dotyczyło przyszłości Kariusa. Czy Juergen Klopp da mu drugą szansę? Wydaje się, że nie. Kilka dni temu Liverpool wydał 73 mln euro (67 mln funtów) na Alissona Beckera z Romy. Brazylijczyk został najdroższym bramkarzem w historii, bijąc 17-letni rekord Gianluigiego Buffona, za którego Juventus zapłacił Parmie w 2001 roku 52 mln dolarów.

Od tamtej pory nikt nie zbliżał się do tej kwoty. Ceny za graczy z pola, zwłaszcza pomocników i napastników rosły lawinowo, najpierw przekroczyły 100 mln, a potem 200, gdy 12 miesięcy temu PSG wykupiło Neymara z Barcelony. Obrońcy też przestali być tani. W grudniu 2017 roku Liverpool wydał 84 mln euro na holenderskiego stopera Virgila van Dijka.

Do niedawna na liście najdroższych bramkarzy miejsca za Buffonem zajmowali: Manuel Neuer, za którego Bayern zapłacił Schalke 20 mln euro, David de Gea (Manchester United, 18 mln) i Jan Oblak (Atletico Madryt, 12 mln). Kwoty wręcz śmieszne jak za graczy na tym poziomie.

Wyłomu dokonał Pep Guardiola. 12 miesięcy temu trener Manchesteru City zdecydował się dać aż 40 mln euro za bramkarza Benfiki Lizbona Edersona. Już wtedy spekulowano, czy Brazylijczyk nie jest droższy niż Buffon, ze względu na inne przeliczniki kursu dolara do euro w 2001 i 2017 roku.

Dziś podium bramkarskie zbudowane na podstawie kwot transferowych wygląda tak: 1. Alisson, 2. Buffon, 3. Ederson.

Szokujący może wydać się fakt, że dwóch z tej trójki to Brazylijczycy. A przecież stereotyp głosi, że Brazylia nie jest krajem bramkarzy. Każdy chłopak urodzony w Rio, czy Sao Paulo chce być jak Pele, Ronaldo, czy Neymar, a nie Moacir Barbosa, antybohater z 1950 roku, którego miliony rodaków uczyniły winowajcą za przegrany finał mistrzostw świata z Urugwajem. Dość powiedzieć, że kolejnym ciemnoskórym bramkarzem w kadrze Brazylii był dopiero robiący karierę w Milanie Dida. Na mundialach we Francji (1998) oraz w Korei i Japonii (2002) patrzył jak medale zdobywali Claudio Taffarel i Marcos, a do bramki „Canarinhos” wszedł dopiero na nieudanych mistrzostwach w Niemczech (2006).

Niedawno Alisson z Edersonem (rezerwowy) nie zbawili Brazylii na mundialu w Rosji. W ćwierćfinale przyćmił ich Belg Thibaut Courtois, o którego gorączkowo zabiega Real Madryt. A więc także drugi bramkarz z ostatniego finału Ligi Mistrzów Jesus Navas może dostać od działaczy nóż w plecy. Kostarykanin wygrał z Królewskimi trzy kolejne edycje Champions League, ale i tak nie zdobył całkowitego zaufania i uznania w klubie. Nie może tego zrozumieć Jerzy Dudek, który uważa, że Navas to absolutny światowy top. Jego instynktowna interwencja w finale z The Reds przy stanie 0:0, uratowała Real.

Błędy Kariusa to nie jedyne, które w minionym sezonie zwróciły uwagę świata na bramkarzy. W półfinale Ligi Mistrzów dwumecz z Realem zawalił Bayernowi Monachium Sven Ulreich, zastępujący kontuzjowanego Neuera. W finale mundialu w Rosji Hugo Lloris fatalnie skiksował przy bramce Mario Mandżukica w 60. minucie. Na szczęście dla niego i Francji był to gol na 4:2, drużyna Didiera Deschampsa i tak sięgnęła po Puchar Świata. Życiowego meczu nie zagrał też Chorwat Danijel Subasic, który mógł lepiej zareagować przy bramkach Paula Pogdy i Kyliana Mbappe.

Nagle do wszystkich dotarło, że nie tylko napastnicy rozstrzygają mecze, ale także bramkarze. Może w takim samym, lub nawet większym stopniu? Nie chodzi tylko o ich błędy. Są tacy, którzy twierdzą, że bez Arkadiusza Malarza Legia nie byłaby w tym roku mistrzem Polski. 38-latek bronił w nieprawdopodobnych sytuacjach.

Czy to wszystko znaczy, że przyszedł czas, kiedy rynek transferowy przestanie traktować bramkarzy jak towar trzeciej kategorii?

piątek, 20 lipca 2018

636 dni gehenny: osiem operacji, infekcja, gangrena, groźba amputacji stopy i niezłomne marzenie, by wrócić. No i wreszcie jest na boisku, z nierozłącznym uśmiechem. Santi Cazorla.

17 lipca Villarreal grał sparing z trzecioligowym Herculesem Alicante. Nikt by o tym słyszeć nie chciał, gdyby w 67. minucie na boisku nie pojawił się 33-letni pomocnik o wzroście 165 cm. Jak napisał dziennik „El Pais” od pierwszej chwili Cazorla odnalazł z piłką intymny kontakt. Jak zwykle traktował ją ze słodyczą i taktem właściwym piłkarzom klasy Andresa Iniesty, czy Davida Silvy. Ci dwaj nigdy nie zostawili go samego. W najgorszych chwilach, gdy po serii operacji Cazorla usłyszał od lekarzy, że będzie inwalidą do końca życia, utrzymywali z nim codzienny kontakt. Także David Villa grający za oceanem w amerykańskiej MLS.

Wielkie sukcesy odnosili razem. Na Euro 2008 u Luisa Aragonesa, który zastał hiszpańską kadrę drewnianą, a zostawił murowaną, Cazorla zagrał we wszystkich meczach. W kluczowym starciu z Włochami w ćwierćfinale, które znaczyło dla Hiszpanów tyle, co przełamanie bariery niemocy, Santi wykorzystał drugiego karnego. I „La Roja” pognała po złoto. A on od dziennika „Nowa Hiszpania” otrzymał tytuł „Asturyjczyka miesiąca”.

Cazorla urodził się w Llanerze. Jak pisał Cervantes w średniowiecznej Hiszpanii wszyscy mieszkańcy Asturii uważali się za szlachtę, bo księstwo oparło się najazdowi Maurów. W czasach dyktatury generała Franco prowincja straciła historyczną nazwę. Przywrócono ją wraz z demokracją. Dziś tylko 20 proc mieszkańców zna asturyjski, który nie ma w Hiszpanii statusu języka oficjalnego. Wokół Asturyjczyków krążą legendy i przesądy. Hiszpanie śmieją się, że mają skórę z neoprenu (kauczuk syntetyczny), by kąpać się w morzu Kantabryjskim, którego temperatura nie przekracza 15 stopni C.

Cazorla skórę na pewno ma wyjątkową. Na skutek źle leczonej kontuzji, błędów lekarskich stracił 8 cm ścięgna Achillesa, gdzie przeszczepiono mu skórę z ręki z tatuażem z imieniem jego dziecka. Nieszczęście przyszło niepostrzeżenie. We wrześniu 2013 roku podczas towarzyskiego meczu z Chile został kopnięty w piętę, co doprowadziło do pęknięcia kości. Kolejne cztery lata grał z bólem. Był liderem środka pola Arsenalu, klub go potrzebował. Opowiadał, że po rozgrzewce wchodził na boisko czując się lepiej, ale gdy stopa się schłodziła, na przykład w przerwie, z bólu płakał podczas gry. Dwa sezony później przeszedł operację więzadła w lewym kolanie. Kłopoty z Achillesem wciąż trwały.

Jego pierwszą sportową tragedią były urazy, które wyeliminowały go z mundialu w RPA, skąd Hiszpania po golu Iniesty w finale z Holandią przywiozła złoto. Na otarcie łez dostał od losu tytuł mistrzowski z Euro 2012 w Polsce i na Ukrainie, a potem wyjazd na mistrzostwa świata do Brazylii, fatalne dla obrońców tytułu, którzy przepadli w grupie.

Już wtedy Santi był w stanie wytrzymać wiele. Dla niego frajda z gry, jest tak samo ważna jak tytuły. Tak mówi wielu piłkarzy? Jemu akurat można wierzyć. Jest wolny od wszelkich przejawów megalomanii i gwiazdorstwa. Wystarczy spojrzeć na wiecznie uśmiechniętą twarz piłkarza, który przeszedł przez piekło.

W pewnym momencie groziła mu amputacja stopy. W dzienniku „Marca” pokazywał zdjęcia rany na ścięgnie Achillesa, która wciąż się otwierała po kolejnych operacjach. Było ich osiem w ciągu roku. Niektóre media, w tym „El Pais” podają, że dziewięć. Nic tylko sala operacyjna, rehabilitacja, szpital, zabieg i tak w kółko. W końcu lekarze na Wyspach powiedzieli mu, że jeśli wyjdzie kiedyś jeszcze do parku na spacer z dziećmi, to będzie cud.

Przyznaje, że był wtedy wściekły, obrażony na świat. Ale coś się w nim burzyło, nie chciał się pogodzić z losem inwalidy.

Kiedy trafił do doktora Mikel Sancheza w Vitorii okazało się, że ma gangrenę. A w ścięgnie Achillesa brakuje 8 cm. Seria zabiegów antybiotykowych zwalczyła bakterie. Przeszczep z ręki pomógł przy rekonstrukcji ścięgna. Doktor Sanchez zwyciężył, choć sam mówił, że zetknął się z takim przypadkiem pierwszy raz w życiu.

Potem przyszedł czas rehabilitacji. Gdy brat Santiego zobaczył jak biega, nie potrafił opanować łez. - To były dwa lata, podczas których płakał każdy z nas - wspomina Cazorla. Miał wrócić do gry w styczniu, ale znów się nie udało.

19 października 2016 roku w meczu Arsenalu z Ludogorets w Lidze Mistrzów zagrał ostatni raz. Ostatni raz czuł się jak piłkarz, a potem przez 636 dni pytał siebie, czy to się jeszcze kiedyś powtórzy. W Londynie rozwiązał kontrakt, przygarnął go Villarreal, klub w którym się wychował i zadebiutował w Primera Division. Grał tam jeszcze z Juanem Romanem Riquelme, Marcosem Senną i Robertem Piresem. Tamten zespół w 2006 roku otarł się o finał Ligi Mistrzów przegrywając walkę z Arsenalem, bo Riquelme w ostatnich minutach rewanżu w półfinale zmarnował karnego.

Dziś Villarreal odzyskuje swojego ulubieńca. Kibice wierzą, że Santi będzie wreszcie zdrowy. A wtedy wesprze drużynę. Kiedyś Senna mówił o nim: - Najlepszy na świecie jest Leo Messi, ale ja na co dzień obserwuję fenomen Cazorli. Gra co prawda tylko w Villarreal, ale gdyby trafił do Realu Madryt, lub Barcelony, to kto wie komu przypadłaby wtedy Złota Piłka.

Już wiadomo, że piłkarzem roku na świecie Santi nigdy nie będzie. Ale to nie ma dla niego dziś żadnego znaczenia. On znów się uśmiecha.

środa, 18 lipca 2018

Przypadki piłkarskiej reprezentacji Francji dowodzą, że różnorodność etniczna nie jest warunkiem wystarczającym odniesienia sukcesu.

Dwie dekady temu była euforia. 1,5 mln ludzi na Polach Elizejskich świętowało pierwszy dla Francji Puchar Świata. Tamta drużyna była dowodem na potencjał tkwiący w różnorodności etnicznej i kulturowej. Mający algierskie korzenie Zinedine Zidane podarował reprezentacji „Trójkolorowych” pierwiastek geniuszu. Urodzony w Ghanie i adoptowany przez francuskiego dyplomatę Marcel Desailly, razem z Laurentem Blankiem tkwili przed bramkarzem Fabienem Barthezem jak tarcza. Na bokach obrony szalał Bixente Lizarazu z pochodzenia Bask oraz urodzony w Gwadelupie Lilian Thuram.

I tak w każdej formacji. Youri Djorkaeff ma korzenie ormiańskie ze strony matki i kałmucko-polskie po ojcu. Christian Karembeu urodził się na Lifou w Nowej Kaledonii, a jego dziadek należał do grupy wojowników pokazywanych mieszkańcom Paryża podczas wystawy kolonialnej w 1931 roku. W tej drużynie dorastali napastnicy Thierry Henry, którego ojciec pochodził z Gwadelupy i David Trezeguet, syn argentyńskiego piłkarza Jorge. A także urodzony w Senegalu Patrick Vieira. Nicolas Anelka, którego rodzina pochodzi z Martyniki, dołączył trochę później.

Podczas francuskiego mundialu rolę środkowego napastnika w mistrzowskiej drużynie Aime Jacqueta dzielili Stephane Guivarch i Christophe Dugarry - tak samo nieudolni pod bramką rywali jak w Rosji Olivier Giroud.

Jacquet nie był na nich skazany. Przed mundialem skreślił z listy Erica Cantonę i Davida Ginolę, wychodząc z założenia, że reprezentacja kraju to nie jest prosta suma piłkarzy o najwyższym potencjale. Nie ma w niej miejsca dla zawodników skłonnych rozsadzać szatnię od środka. Podjął ryzyko i wygrał, a jeszcze okazał się genialnym nauczycielem dla swoich następców. Kapitan jego drużyny Didier Deschamps zrobił dokładnie to samo jako selekcjoner dwie dekady później. Dawno postawił krzyżyk na napastniku Realu Madryt Karimie Benzemie, uwikłanym w skandal związany z szantażowaniem kolegi z kadry Marhieu Valbueny. Benzema już wcześniej miewał swoje fochy, nie chciał śpiewać francuskiego hymnu przed meczami, bo jak mówił „Marsylianka nawołuje do wojny”, a jemu się to nie podoba.

Dwa lata temu Deschamps poniósł dotkliwą porażkę. Na Euro 2016 jego drużyna przegrała finał w Paryżu z Portugalią. W tym samym czasie 16-letni Kylian Mbappe zdobył bramkę dla kadry do lat 19 w starciu z Chorwacją. Wystarczyły 24 miesiące, by drużyna Deschampsa z Mbappe sięgnęła po Puchar Świata.

Deschamps wymienił Griezmanna, Mbappe, Umtitiego i Pogbę, by dać świadectwo, że są w jego zespole gwiazdy. Jest on tak samo multikulti jak ten Jacqueta sprzed 20 lat. Umtiti urodził się w Jaunde, stolicy Kamerunu. Pogba pochodzi z Gwinei, matka Mbappe jest Algierką, ojciec Kameruńczykiem. Najlepszy stoper mundialu w Rosji Raphael Varane ma korzenie na Martynice, a pomocnik o napędzie atomowym N’Golo Kante w Mali. Znów można by się odwołać do argumentu o wielkim wielokulturowym zwycięstwie. Dziś robi się to ostrożniej, ze względu na skandal w RPA w 2010 roku, który miał twarz Anelki. Napastnika genialnego, tak jak Henry, Trezeguet, a także Mbappe. Wszystkich wychował słynny ośrodek Clairefontaine, francuska akademia piłkarska. Oszlifowała ona talent Anelki, ale charakteru zmienić nie mogła. Gdziekolwiek się pojawił, sprawiał kłopoty.

Przed mistrzostwami w Południowej Afryce Raymond Domenech mający także drużynę różnorodną etnicznie z Sagną, Abidalem, Gallasem, Maloudą, Henrym, podjął ryzyko. Francuzi skompromitowali się konfliktem wywołanym przez rozjuszonego Anelkę, a kulturoznawcy twierdzili, że tamta drużyna okazała się odbiciem Francji: podzielonej, skłóconej, niespójnej, niezdolnej do porozumienia.

Deschamps potrafił wyciągnąć wnioski, tak z nauk Jacqueta, jak z błędów Domenecha. Stworzył zespół, zwarty, gotowy, świadomy swojej siły. Drużyny oparte na jednostkach: Argentyna z Messim, Portugalia z Ronaldo, Brazylia z Neymarem poniosły w Rosji klęskę. - Mam w kadrze gwiazdy, ale są na usługach drużyny. Naszą siłą było to, że mówiliśmy jednym głosem - mówi selekcjoner Francji. Tak trochę wzorem Niemców.

Wniosek jest prosty. Wielokulturowość może być atutem, ale nie jest warunkiem wystarczającym odniesienia sukcesu. Deschamps wcale nie miał łatwo: Pogba to wulkan. Ale selekcjoner potrafił sprawić, że erupcja pomocnika Manchesteru United, który drze koty w klubie z Jose Mourinho, skierowana była na zewnątrz, przeciw rywalom Francji. Mądry, spokojny przywódca, emanował na swoich podwładnych. Robili o co prosił i wygrali mundial. Skala ich talentu jest niewiarygodna, ale akurat to można było powiedzieć o każdej drużynie francuskiej w ostatnim dwudziestoleciu.

poniedziałek, 16 lipca 2018

Aby osiągnąć szczyt Francja musiała się zaprzeć pokrewieństwa z piłką hiszpańską wskakując do włoskiego buta.

Hiszpanie byli w szoku, gdy okazało się, że choć Zinedine Zidane od kilkunastu lat mieszka w Madrycie, szkolę trenerską postanowił skończyć we Francji. Po co jeździć aż do Centrum Prawa i Ekonomii Sportu w Limoges, skoro człowiek skazany jest na pracę w Realu Madryt?

Szkoła francuska była Zizou bliższa i wydawała mu się bardziej wszechstronna. Różnica polega na tym, że o ile w Hiszpanii dominuje się rywala z piłką przy nodze, we Francji można robić to bez niej.

Gdy dwa i pół roku temu Florentino Perez sadzał Zidane’a na ławce królewskiego klubu, oczekiwał, że nowy trener znajdzie miejsce w pomocy dla Isco lub Jamesa Rodrigueza. Dwóch piłkarzy ofensywnych, kreatywnych, na których wydał ponad 110 mln euro. Zidane uznał jednak, że Toni Kroos i Luka Modric muszą dostać wsparcie gracza zdecydowanie defensywnego. Casemiro był dla Francuza zawodnikiem kluczowym, gwarantującym drużynie równowagę między defensywą i ofensywą. To było posunięcie zgodne z zasadami szkoły francuskiej. Trzy kolejne triumfy w Lidze Mistrzów przyznały rację Zizou.

„Zostań nowym Zidane’m” - tak reklamował swoją szkołę dla trenerów jeden z Hiszpanów, który wcześniej składał na Francuza donosy dowodząc, że nie ma wystarczającego wykształcenia, by pracować w zawodzie.

Dekady temu futbol francuski i hiszpański były krewniakami. Jedni i drudzy patrzyli przede wszystkim do przodu, co owocowało bolesnymi rozczarowaniami. Szczególnie na mundialach. W 1958 roku w Szwecji Francja dotarła do strefy medalowej pierwszy raz. To była drużyna z Raymondem Kopą i królem strzelców imprezy Justem Fontaine (13 bramek). W półfinale z Brazylią zdobyła dwa gole, ale straciła pięć - w tym hat trick Pelego w 23 minuty. Zakończyła mistrzostwa z brązowym medalem i niebotycznym stosunkiem bramek 23-15! W sześciu meczach, bo w tamtych czasach po fazie grupowej, grano ćwierćfinały.

Tak naprawdę Francuzi przekonali się, że mundiale wygrywa się defensywą w latach swojej wielkości 1982-1986, kiedy ich drużyną rządził kolejny geniusz środka pola Michel Platini. Ta drużyna sięgnęła po mistrzostwo Europy, ale na mundialach w Hiszpanii i Meksyku przeżyła traumę półfinału. Dwie porażki z Niemcami - przy czym ta pierwsza w wyjątkowo dramatycznych okolicznościach, gdy do 102. min dogrywki „Trójkolorowi” wygrywali 3:1. To był ten legendarny mecz, gdy niemiecki bramkarz Harald Schumacher wysłał do szpitala Patricka Battistona, za co sędzia powinien był go wyrzucić z boiska. Ale tego nie zrobił.

Platini różnił się jednak od Kopy i Zidane’a, on nie robił kariery w Realu Madryt, ale w Juventusie - w lidze włoskiej będącej synonimem perfekcji w defensywie. Serie A była w jego czasach w rozkwicie, czołowi francuscy gracze wyjeżdżali do niej i tam dokonywała się zmiana w ich mentalności. Mówił o tym Platini przy okazji mundialu w 1998 roku, kiedy zespół francuski kierowany przez Zidane’a w siedmiu meczach w drodze po złoto stracił zaledwie dwa gole. - Pokażemy wam czego się od was nauczyliśmy - powiedział Platini przed ćwierćfinałem Francja - Włochy, gdzie bramki padły dopiero w serii rzutów karnych po 120 minutach wyniszczającej walki na zero w tyłach.

Dziś drużyna Didiera Deschampsa nie ma takiego lidera jak Kopa, Platini, lub Zidane. Chyba, że uznamy za niego napastnika Antoine’a Griezmanna. Jego akurat Francja zawdzięcza Hiszpanii, bo na standardy szkoły francuskiej był za mały. Niechciany w ojczyźnie Griezmann uratował karierę w Realu Sociedad. Ale Deschamps, który jako defensywny pomocnik grał pięć lat w Juventusie (u boku Zidane’a), ustawia swoją drużynę w myśl zasad, że bazą jest gra defensywna. Przed parą ogromnych stoperów Varane - Umtii, jest aż trzech defensywnych pomocników: Pogba, Kante i z boku Matuidi. Atak napędzają Griezmann i Mbappe oraz boczni obrońcy. Kulą u nogi drużyny jest środkowy napastnik Olivier Giroud, który nie zdobył w Rosji gola. Ale Deschamps wykorzystuje jego talent do walki powietrznej w defensywie. Przy stałych fragmentach gry dla rywala Giroud cofa się pod bramkę Llorisa i tam wykonuje bezcenną pracę dla drużyny.

Dwa lala temu w finale Euro w Paryżu Francuzi byli skazani na sukces w starciu o złoto z Portugalią. I presji nie unieśli. Mbappe grał wtedy z kadrą U19 zdobywając bramkę w meczu z Chorwacją. 24 miesiące wystarczyły, by nastolatek i cała drużyna zrobili postęp godny Pucharu Świata.

Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac