blog Darka Wołowskiego
RSS
środa, 14 czerwca 2017

Choć najmniejsze ze zmartwień Adama Nawałki dotyczy ponoć obszaru między słupkami polskiej bramki, a jednak w traktowaniu Wojciecha Szczęsnego i Łukasza Fabiańskiego wyczuwam pewną nierównowagę.

Nie wiem jaki wpływ na decyzje selekcjonera ma Jan Tomaszewski. Byli kolegami z boiska, kiedy Nawałka trafiał do kadry, Tomaszewski od lat był już uznanym w świecie gigantem bramki. Pamiętam jak przed Euro 2016 Tomaszewski przekonywał, że Nawałka powinien postawić na Szczęsnego. Wyczuwałem rodzaj słabości legendarnego bramkarza do jednego ze swoich następców. Po zwycięskim meczu z Niemcami w eliminacjach wielu z nas przypuszczało, że Szczęsny przez lata nie opuści miejsca między słupkami. Zagrał fenomenalnie, pokazując cały swój ogromny talent. Tomaszewski piał z zachwytu, ogłosił, że na ten poziom nie wzniósł się nigdy żaden z polskich bramkarzy. Nawet on sam w legendarnym meczu na Wembley, gdy w 1973 roku zatrzymywał Anglię.

Ale Szczęsny popadł w kłopoty w Arsenalu, więc w meczach decydujących o awansie do Francji bronił Fabiański. Bardzo dobrze zrobiła mu ucieczka z The Emiretes do Swansea, regularnie grał w Premier League, rozwinął się, odzyskał pewność siebie. Miało się wrażenie, że najbardziej potrzebował pokonania tej ostatniej bariery. Skromny, poukładany, grzeczny chłopak doczekał wreszcie traktowania jako bezdyskusyjny numer 1. Także w kadrze, której oddał ogromne usługi.

Gdy przyszło do Euro, Szczęsny był już w Romie. I Nawałka znów miał słodki dylemat - wybierając między dwoma graczami klasy światowej. Po raz kolejny postawił na Szczęsnego, którego uraz wyeliminował z mistrzostw już w pierwszym meczu z Irlandią Płn. Wtedy między słupki wrócił Fabiański i grał perfekcyjnie. W całym turnieju puścił dwa gole: po strzale życia Szwajcara Xherdana Shakiriego w 1/8 finału i Portugalczyka Renato Sanchesa w ćwierćfinale przy czym w tym drugim przypadku sięgnąłby piłki, gdyby ta nie odbiła się od Grzegorza Krychowiaka.

Szczęsny i Fabiański są podobnej klasy bramkarzami, ale jeśli chodzi o sposób bycia stoją na przeciwnych biegunach. Są jak ogień i woda. Szczęsny wciąż żartuje, jest pewny siebie, wszędzie go pełno. Fabiański stoi gdzieś w cieniu, we własnym świecie. Czasem wydaje się, że większa przebojowość daje przewagę pierwszemu.

Fakty są takie, że Fabiański, by stanąć do reprezentacyjnej bramki musi liczyć na to, że coś przytrafi się Szczęsnemu. Szczęsny wraca między słupki, mimo iż Fabiański gra bardzo dobrze i nie daje żadnego powodu do zmiany.

Selekcjoner musi wybrać numer 1. Zapewne stara się ze wszystkich sił zachować obiektywizm i bezstronność. Wygląda jednak na to, że też ma większą słabość do Szczęsnego.

Zsyłka z Arsenalu okazała się dla Szczęsnego szczęśliwym zrządzeniem losu. W Romie dojrzał wyrastając na jednego z najlepszych bramkarzy Serie A. Klub z Rzymu awansował do Ligi Mistrzów, zdobył wicemistrzostwo Włoch, podczas gdy Swansea ledwo utrzymała się w Premier League. Nie ulega wątpliwości, że Szczęsny gra w lepszej drużynie, a jeszcze być może zostanie następcą Gianluigiego Buffona w Juventusie. Tyle, że jeśli się na to zgodzi już teraz, do mundialu w Rosji znów większość czasu spędzi na ławce. I co wtedy?

Szczęsny traktowany jest jak ktoś, kto przyszedł na świat w bramkarskich rękawicach z naturalnym darem do sportu. Syn świetnego bramkarza Macieja, powszechnie lubianego i szanowanego. Na Fabiańskiego patrzymy jak na człowieka, który do sukcesu doszedł dyscypliną i pracą. Aby dać przykład z futbolowego topu wygląda to jak różnica między Leo Messim i Cristiano Ronaldo. Argentyńczyk naturalnie wspiął się tam, gdzie Portugalczyk mógł go dosięgnąć tylko dzięki hektolitrom potu wylanym na treningach. I choć wielu kibiców podziwia Messiego, część uważa, że to droga na szczyt CR7 budzi jednak większy szacunek.

Być może mylne jest wrażenie, że wyścig do reprezentacyjnej bramki nie jest w pełni sprawiedliwy. Ale w końcu Fabiański latami przegrywał ze Szczęsnym pojedynek o dres z numerem 1 w Arsenalu i wszyscy zdążyliśmy do tego przywyknąć. Opinię, że Szczęsny ma większy talent bardzo trudno zmienić. Nikt nie wie, czy to prawda, ale większość w to wierzy.

wtorek, 13 czerwca 2017

Prokuratura w Madrycie oskarża Cristiano Ronaldo o to, że oszukał hiszpański urząd skarbowy na kwotę 14,76 mln euro.

Według śledczych piłkarz Realu Madryt nie płacił podatków ukrywając dochody z tytułu praw do wizerunku w latach 2011-2014. W każdym z czterech lat nie zapłacił kwoty znacznie przekraczającej 120 tys euro, co sprawia, że jego przypadek kwalifikowany jest jak przestępstwo, a nie oszustwo podatkowe. Za tego typu przestępstwo w Hiszpanii grozi od roku do pięciu lat więzienia.

Zdaniem prokuratury przed transferem do Realu latem 2009 roku Ronaldo utworzył firmę Tollin Associates LTD na Brytyjskich Wyspach Dziewiczych i udał, że ceduje na nią prawa do swojego wizerunku, „po to, by uzyskać nielegalną oszczędność na podatkach, w okresie, gdy zamieszka w Hiszpanii”.

Firma Tollin Associates LTD z siedzibą w raju podatkowym, której jedynym właścicielem jest Ronaldo nie robiła faktycznie nic. Przekazała prawa do wizerunku piłkarza irlandzkiej spółce Multisports&Image Management LTD, która faktycznie zajmowała się zarabianiem na nim.

W swoim zeznaniu podatkowym w Hiszpanii Ronaldo twierdził, że w latach 2011-2014 zarobił 11,5 miliona euro, podczas, gdy jego faktyczne dochody wyniosły 43 mln.

Poza tym Ronaldo ukrył 28,4 mln euro z tytułu praw do wizerunku w latach 2015-2020, które przekazał firmie Adifore Finance LTD.

Prokuratura w Madrycie powołuje się na przypadek piłkarza Barcelony Leo Messiego, który za podobne przestępstwa został skazany na grzywnę i karę 21 miesięcy więzienia. 24 maja Sąd Najwyższy w Hiszpanii zatwierdził wyrok dla Argentyńczyka. Messi nie został jednak aresztowany, bo w Hiszpanii osoby niekarane nie idą do więzienia jeśli wyrok za przestępstwa skarbowe nie przekracza dwóch lat.

niedziela, 11 czerwca 2017

Drużyna narodowa przeżywa najbardziej spektakularne eliminacje mundialu w swojej historii. W pełni dojrzała do rewanżu za RPA i Brazylię?

Zwycięstwo nad Rumunią było kolejnym dowodem, że ćwierćfinał Euro 2016 nie był szczytem możliwości drużyny Adama Nawałki. A zaczęło się fatalnie. Szczęśliwie tysiące zażenowanych kibiców na Stadionie Narodowym oklaskami zagłuszyły gwizdy frustratów podczas rumuńskiego hymnu.

To był mecz z gatunku oczywistych, piłkarze Nawałki nie mieli innego wyjścia niż wygrać, potwierdzając rolę faworytów. A jak wiadomo nie jest to sytuacja w piłce łatwa, zwłaszcza od strony psychologicznej. Polacy zapracowali wcześniej na szeroki margines błędu, Rumuni byli przyparci do muru. Nic tylko się od niego odbić, lub przepaść definitywnie.

Robert Lewandowski przyjechał na zgrupowanie w trakcie urlopu, ostatni poważny mecz zagrał 20 maja, kiedy Bayern pokonał Freiburg 4:1 w ostatniej kolejce. Kapitan reprezentacji Polski nie zdobył w nim bramki, po czym okazało się, że nie będzie po raz trzeci w karierze królem strzelców Bundesligi.

Można było jednak zachować spokój, jeśli chodzi o poziom wytrenowania i mobilizacji piłkarza tak unikalnego jak Lewandowski. Ale kwestia zastępstwa dla ukaranego za kartki Kamila Glika, czy lekarstwo na kryzys formy Grzegorza Krychowiaka od roku przyklejonego w PSG do ławki, pozostawały palące. Raz jeszcze miało się okazać, że Nawałka stworzył coś więcej niż grupę dobrych piłkarzy.

Selekcjonera wspominam jeszcze z czasów zanim wymyślił, że występy w mediach przynoszą pecha jego drużynie. Początek jego kadencji to był czas, gdy Stadion Narodowy reagował na Lewandowskiego tak, jak wspominana grupa frustratów przywitała w sobotę reprezentację Rumunii. Buczeniem, gwizdami, kpinami. Polscy piłkarze byli akurat po dwóch kolejnych porażkach w eliminacjach do mundiali 2010 i 2014 oraz dotkliwym rozczarowaniu w roli gospodarzy Euro 2012. Złych emocji mieliśmy po dziurki w nosie w polskiej piłce. Tworzyły barierę trudną do pokonania. W prywatnych rozmowach część kandydatów do kadry powtarzała nawet, że powołań nie traktuje już jako zaszczytu.

Nawałka miał odwagę oburzyć się na to wszystko. Postawić piłkarzy do pionu krok po kroku. Znaleźć sprzymierzeńców. W sumie misja nie okazała się tak beznadziejna jak wydawało się w listopadzie 2013 roku, kiedy w debiucie Nawałki we Wrocławiu Polacy ulegli Słowakom 0:2. 15 marca 2014 roku w pierwszym meczu kadry Nawałki na Stadionie Narodowym w Warszawie drużyna była gorsza od Szkotów. I od tamtej pory na tym stadionie już więcej nie przegrała, a podejmowała tam różnych rywali jeszcze dziewięć razy. Z bilansem ośmiu zwycięstw i jednym remisem.

Kadra Nawałki podciągnęła się w rankingu FIFA z miejsca w ósmej dziesiątce. W najbliższym notowaniu będzie siódma. Rumunom w sobotę nie dała cienia szansy. W środku pomocy Krzysztof Mączyński przeszedł w 44 minuty samego siebie. Zanim uległ kontuzji. I sam był zdziwiony po meczu, że kibice śledzili to co się z nim działo z tak wielkim zaaferowaniem. Kadra stała się dla piłkarzy przepustką do serc ich kibiców. Mączyński, piłkarz popadającej w przeciętność Wisły Kraków, z drużyną narodową ma okazję zaistnieć w wielkiej piłce. Nietrudno uwierzyć, że na powołanie od Nawałki czeka z drżeniem serca i nadzieją. Jak wielu z nich.

Selekcjoner zbudował drużynę, która pozwala piłkarzom dać z siebie to, co najlepsze. Po przestrzeleniu karnego w ćwierćfinale Euro 2016 z Portugalią, Jakub Błaszczykowski wrócił do kraju jak bohater. Dla Piotra Zielińskiego francuskie finały były doświadczeniem trudnym, szybko okazało się jednak, że nieudany mecz z Ukrainą to tylko etap na drodze. Dyskusja kiedy dorośnie do drużyny szybko przestała mieć sens, dziś rządzi w drugiej linii spełniając wszystkie oczekiwania jakie wobec rozgrywającego można mieć.

Na Euro 2016 Glik pomógł wejść do składu Pazdanowi, w sobotę Pazdan zrobił to samo dla Thiago Cionka. Kiedy przypomnimy sobie jak niepewnie grał Cionek, gdy Nawałka wysyłał mu pierwsze powołania, a jak wypadł przeciw Rumunii, widać, że wielki krok do przodu z kadrą wykonali też gracze drugoplanowi.

Podczas Euro 2016 Nawałka ławkę miał krótką. Potem posypali mu się jeszcze niektórzy pewniacy, ale w ich miejsce wyrośli inni. Raz różnicę robi Piszczek, raz Błaszczykowski, kiedy indziej Grosicki, lub Zieliński. Lewandowski różnicę robi zawsze.

Nawałka? W meczu z Rumunią zszokował nawet swoich zapamiętałych wielbicieli. W końcówce, gdy Polacy prowadzili 3:0 i mogli bronić wyniku, wprowadził na boisko dwóch klasycznych napastników: Arkadiusza Milika (72. minuta) i Łukasza Teodorczyka (81.). Nawet najbardziej zdumiewające posunięcia trenera usprawiedliwiają zwycięstwa, punkty, pozycja w tabeli i ten wielki zbiorowy entuzjazm, który wywołują w kraju mecze jego piłkarzy.

Zwycięstwo 3:1 nad Rumunią otwiera reprezentacji Polski drzwi na rosyjski mundial. Do awansu wystarczą już być może tylko wygrane z Armenią i Kazachstanem.

Margines błędu to 6 pkt na cztery mecze przed końcem drogi do Rosji. Rumunia już się nie liczy, co nie dziwi nikogo, kto rzucił okiem na jej strachliwą grę na Stadionie Narodowym. Drużyna Adama Nawałki zagrała dojrzały, przemyślany i dobry mecz, mając na każdej pozycji piłkarza lepszego od rywali. W 29. min Piotr Zieliński zakręcił Rumunami w środku pola z czego wziął się rzut karny, którego Robert Lewandowski zamienił na bramkę. Osiem minut później powinien mieć drugą, ale po podaniu od Krzysztofa Mączyńskiego myślał, że jest na spalonym. I przegrał pojedynek z bramkarzem.

Mączyński nie dograł do końca pierwszej połowy, uderzony przez rywala, zszedł z boiska. Szkoda, bo grał naprawdę świetny mecz. Wynalazek Nawałki, który odnalazł go w Chinach i wstawił do pomocy drużyny narodowej, pokazuje, że to nie był wybór mniejszego zła. Ani ruch tymczasowy. Ale bohaterem meczu z Rumunią był też Piotr Zieliński, kolejny pomocnik któremu Nawałka zaufał bezwarunkowo. Na Euro 2016 się jeszcze nie przydał, ale w kwalifikacji na rosyjski mundial będzie miał ogromne zasługi. Jego podanie otworzyło Łukaszowi Piszczkowi drogę do zwycięskiej bramki z Czarnogórą, w starciu z Rumunami Zieliński miał udział przy wszystkich golach. Największą przy pierwszym, kiedy poszarpał na strzępy obronę Rumunów. A potem miał dwie asysty.

Lewandowski ma 46 bramek w drużynie narodowej i wyprzedził Grzegorza Lato. Przed nim już tylko Włodzimierz Lubański (48). W klasyfikacji najskuteczniejszych eliminacji MŚ w Rosji dopadł Cristiano Ronaldo.

Być może wszystkie te statystyki mają jednak znaczenie drugorzędne, najważniejsze, że emocje i nadzieje jakie pokładają kibice w Lewandowskim i jego kolegach z kadry po raz kolejny zostały podsycone. Polacy zagrali świetny mecz, wypełnili rolę faworyta od początku do końca. I wtedy, gdy był remis, a Rumuni w jedenastu stali wokół własnego pola karnego i wtedy, gdy trzeba było strzelać im kolejne bramki. Nie było chwili przestoju, Polacy nacisnęli pedał gazu do deski i trzymali go dotąd, aż rywal poczuł się bezbronny.

Każde takie zwycięstwo umacnia poczucie własnej wartości w drużynie. Od weteranów jak Błaszczykowski, czy Piszczek, którym nikt nie zagląda w metrykę, po Linetty’ego, Zielińskiego, którzy wnoszą do kadry nową jakość. W 76. min okazało się, jak ważne było wypracowanie przewagi, gdy po strzale z dystansu Bogdana Stancu i rykoszecie Rumuni zdobyli gola. Honorowego w dosłownym znaczeniu tego słowa, w dwumeczu z Polakami zdobyli 0 pkt przy różnicy bramek 1:6.

W 79. min po bardzo groźnym kolejnym strzale Rumunów Nawałka zdjął Zielińskiego wprowadzając Łukasza Teodorczyka - nominalnie trzeciego napastnika (Milik grał od ośmiu minut po tym jak zmienił Linetty’ego). Wyglądało to tak jakby selekcjoner ani przez chwilę nie chciał grać na utrzymanie wyniku. Polacy szubko opanowali sytuację dając kibicom zwycięstwo, garść pozytywnych wspomnień i masę dobrej energii. Drużyna w piątym kolejnym spotkaniu sprostała roli faworyta, wygrała mecz, który miała wygrać, co zawsze łatwiej jest powiedzieć, niż wykonać.

Na koniec trybunami Stadionu Narodowego wstrząsnął okrzyk „Dziękujemy” na 57 tys gardeł. Ta drużyna wygrywa, spełnia swoje marzenia i daje rodakom mnóstwo frajdy.

czwartek, 08 czerwca 2017

Wszystko co wielkie w rumuńskiej piłce zaczęło się od niego i na nim skończyło. W sobotę na Stadionie Narodowym piłkarzy tej klasy w kadrze rywala nie zobaczymy.

Twarz Gheorghe Hagiego rozjaśnił szeroki uśmiech. W jakimś stopniu wywołany wpływem szampana. 29 marca 1995 roku w Bukareszcie złota rumuńska generacja oblewała zwycięstwo nad Polską w eliminacjach angielskich mistrzostw Europy.

Gdyby wierzyć plebiscytowi Złota Piłka Hagi był wtedy czwartym piłkarzem świata za Christo Stoiczkowem, Roberto Baggio i Paolo Maldinim. Mundial w USA był dziejowym wzlotem Rumunów - jedyny raz dotarli do ćwierćfinału, odsyłając do domu Argentynę. Tamto spotkanie na Rose Bowl w Pasadenie było hitem mistrzostw. Zdyskwalifikowany za stosowanie efedryny i czterech innych substancji dopingujących Diego Maradona patrzył z trybun jak jego faworyzowani rodacy padają po ciosach skromnych Rumunów. Trzecią bramkę wbił Hagi jak gwóźdź do trumny wielkiej wtedy Argentyny (mistrz z 1986 i wicemistrz z 1990).

Siedem dni później na Stanford Stadium 83,5 tysiąca kibiców przeżyło wielki bój, w którym Rumuni prowadzili w dogrywce z broniącymi się w dziesiątkę Szwedami. Mimo tego odpadli z mistrzostw po serii rzutów karnych. Pudłowali Dan Petrescu i Miodrag Belodedici.

Po mistrzostwach Hagi trafił do Barcelony, gdzie miał zastąpić Michaela Laudrupa sprzedanego do Realu Madryt. Ale podbój Camp Nou mu się nie udał, tak jak wcześniejszy, również dwuletni pobyt na Santiago Bernabeu. Transfer z 1990 roku był jednak symboliczny dla całej Rumunii.

Hagi trafił do Steauy Bukareszt mając 21 lat, zaraz po tym jak w 1986 roku pokonała Barcelonę w finale Pucharu Europy. Zmienił klub z osobistego nakazu Nicolae Ceausescu, który kochał sukces sportowy jak każdy dyktator. Na kolejny finał Steaua wybrała się już z Hagim trzy lata później na Camp Nou, gdzie poległa z Milanem 0:4 po bramkach Ruuda Gullita i Marco van Bastena. W grudniu w Rumunii obalono komunizm wykonując wyrok śmierci na Nicolae Ceausescu. Hagi był pierwszym rumuńskim piłkarzem, który wyjechał do zagranicznego klubu.

Bukareszt z marca 1995 roku, gdy pojechała tam drużyna Henryka Apostela, był miastem okresu przejściowego - głęboko zaniedbanym. Milionerzy tacy jak Hagi odbywali podróż sentymentalną w rodzinne strony, gdzie kiedyś przy pomocy piłki wyrywali się z biedy. Po zwycięstwie 2:1 nad Polakami drużyna gwiazd ruszyła do ekskluzywnej dyskoteki. Tam do późna w nocy czekałem na Hagiego, by poprosić o chwilę rozmowy. Zdumienie piłkarza Barcy zadziałało na moją korzyść. Zaprosił mnie do restauracyjnej kuchni, by opowiedzieć o sentymencie do Polaków.

- Deyna, Gadocha i Lato, a potem Boniek byli bohaterami naszego dzieciństwa - mówił. Dodał, że to polscy piłkarze na mundialu w 1974 roku jako pierwsi potrafili obalić symbolicznie Żelazną Kurtynę. Dzieliła ona futbol na zachodni i wschodni, czyli lepszy i gorszy, lub też bogaty i biedny. Hagi miał wtedy 9 lat, patrzył z otwartymi ustami jak ludzie Wschodu, tacy jak on zaczynali coś znaczyć w światowej piłce. Na graczach z ZSRR nikt z jego pokolenia wzorować się nie chciał.

W 1995 roku trzydziestoletni Hagi wierzył, że weźmie jeszcze rewanż za feralny mecz ze Szwecją. Na Euro’96 Rumuni nie zdobyli punktu, dwa lata później na mundialu we Francji pokonali Anglię i Kolumbię, ale w drodze do ćwierćfinału pobili ich wspaniali wtedy Chorwaci (sięgnęli po brąz). „Maradona Karpat” dotarł jeszcze z drużyną do ćwierćfinału mistrzostw Europy w Belgii i Holandii wyprzedzając w grupie Anglię i Niemcy, ale nie dając rady Włochom. Przed turniejem stanął na czele buntu, który doprowadził do zmiany selekcjonera.

W 125 meczach dla Rumunii zdobył rekordową liczbę 35 bramek. Grał w sześciu wielkich turniejach między 1984 i 2000. rokiem opuszczając tylko mundial w Meksyku oraz Euro 88 i 92, gdy niezwykła generacja piłkarzy przepadała w kwalifikacjach. Złoty okres rumuńskiej piłki ma jego twarz. Odkąd rozegrał swój pożegnalny mecz, na który przybyli Cruyff, Platini, Butragueno, Ronald Koeman i Hugo Sanchez, reprezentacja Rumunii nigdy nie zagrała już w mistrzostwach świata.

poniedziałek, 05 czerwca 2017

Od narcystycznego indywidualisty, po lidera wielkiej drużyny - taką drogę przeszedł Cristiano Ronaldo, by zostać jednym z najlepszych piłkarzy w historii.

„Tylko nie tu. Wszędzie indziej, byle nie tu” - mówił po rewanżowym meczu z Bayernem. Tamtego wieczoru wbił hat-tricka, który dał Realowi półfinał Ligi Mistrzów. Emilio Butragueno, Zinedine Zidane, Paco Gento tłumaczyli mu, że gwizdy Santiago Bernabeu poznał każdy - nawet Don Alfredo di Stefano. W Madrycie tak już jest, że nawet największe zasługi piłkarzy, szybko idą w niepamięć. Kpił z tego stoper Gerard Pique, kiedy fani z Camp Nou pożegnali Barcelonę oklaskami po porażce z Juventusem zaledwie 24 godziny po tym, jak Real odprawił Bawarczyków.

Ale Ronaldo z gwizdami Bernabeu pogodzić się nie chce. Mimo 32 lat na karku, wielu doświadczeń, także trudnych. „Lustereczko powiedź przecie, kto jest najpiękniejszy na świecie”. Lustereczko latami odpowiadało, że Leo Messi uznawany za Mozarta piłki nożnej.

Portugalczyk marzy o tym, by mieć na Bernabeu status nietykalnego, na jaki Messi zapracował na Camp Nou. Porównywano ich niemal od początku. Argentyńczyk był znakiem firmowym Barcelony, wychowankiem tamtejszej szkoły „La Masia”, CR7 najemnikiem za blisko 100 mln euro o chorobliwie przerośniętym ego. Pierwszy był najlepszy, drugi najdroższy. Pierwszy skromny, nieśmiały, genialny, drugi pracowity i silny. Fizyczność CR7 była jego dumą, ale i przekleństwem, stąd wzięło się przekonanie, że kiedy mięśnie zaczną go zawodzić, błyskawicznie stoczy się w przeciętność.

Dziś wiadomo, że 32-latek zakpił sobie z tych przepowiedni. Wtedy w kwietniu, gdy Real rywalizował z Bayernem prezes Bawarczyków Karl Heinz Rummenigge zauważył, że z biegiem lat Portugalczyk zaczął w nim budzić sympatię. Przestał symulować, wymachiwać rękami, a poza boiskiem dopominać się uwielbienia. Każdy kibic piłki miał w pamięci garść jego bon motów w stylu: „Gwiżdżą na mnie, bo jestem bogaty, piękny i wspaniale gram w piłkę”.

CR7 w piłkę grał zawsze bardzo dobrze, ale był tak niemiłosiernie skupiony na sobie, że zdawało się, iż sport zespołowy wybrał przez przypadek. Jego strzeleckie rekordy podkreślały tylko kłopoty Realu. Messi pracował dla drużyny, Ronaldo dla siebie.

- W mojej mentalności nie ma miejsca na myślenie, że ktoś mógłby być lepszy ode mnie - mówił. A los jakby się uparł, by nauczyć go pokory. W lidze hiszpańskiej Real notorycznie oglądał plecy Barcelony. Nawet w jego mieście, stolicy Hiszpanii, do gardła skoczyło mu Atletico. Wybawieniem okazał się Puchar Europy. „Królewscy” odkurzyli slogan z lat 50-tych, że te rozgrywki zostały stworzone dla nich.

W czterech ostatnich sezonach Real zasiadł na europejskim szczycie trzykrotnie. Ronaldo oddał Messiemu tylko 2015 rok. Długo był hegemonem fazy grupowej, obijał hat-trickami słabeuszy. I nagle wszystko się zmieniło. Tym razem zdobył jesienią dwie bramki w Champions League. Przez 180 minut rywalizacji z Legią Warszawa nie pokonał Arkadiusza Malarza ani razu, choć jego koledzy zrobili to ośmiokrotnie. Strzelanie zaczął od ćwierćfinału, a i tak zdążył wyprzedzić Messiego w klasyfikacji najskuteczniejszych. Z dwoma bramkami w finale z Juventusem został królem strzelców Ligi Mistrzów po raz szósty w karierze.

Agent CR7 Jorge Mendes często powtarzał, że jego klient ma ambicję zostać nr 1 w historii piłki. Brzmiało to jak fanfaronada. Dziś już brzmi inaczej. CR7 wygrał Ligę Mistrzów cztery razy, tak jak Messi. Był mistrzem Europy z Portugalią, swoją piątą Złotą Piłkę, bardziej zasłużoną niż kiedykolwiek, odbierze na koniec roku i w tej dziedzinie też dorówna Argentyńczykowi. W Pucharze Europy wbił 106 bramek, w całej karierze 600. Na boisku przestał być podejrzewany o narcyzm i egoizm. Czy można go postawić w jednym rzędzie z Pele, Cruyffem, Diego Maradoną i Messim? Nie trzeba, ale można, bez względu na to, czy jest się jego wielbicielem, czy nie. Kiedy skończy grać zatęsknią nawet jego przeciwnicy.

niedziela, 04 czerwca 2017

Real Madryt znów jest numerem 1 na świecie. Stworzył własne legendy, rozbił obce legendy.

Jeśli było coś szokującego w finale w Cardiff, to siła i autorytet z jakim drużyna Zinedine’a Zidane’a unicestwiła każdy aspekt włoskiej organizacji gry. Juventus stracił więcej goli w 90 minut, niż wcześniej przez cały sezon rywalizacji w Lidze Mistrzów. Cristiano Ronaldo jest pierwszym piłkarzem, który zdobył bramki w trzech meczach finałowych (2008, 2014 i 2017), Zidane jest pierwszym trenerem, który obronił trofeum w erze Champions League, czyli ostatnim ćwierćwieczu. Piłkarze Massimiliano Allegriego nie mieli nawet nad czym boleć, czego opłakiwać. Odbili się od przeciwnika ogromnego. Musieli mieć uczucie podobne do tego, które towarzyszyło piłkarzom Manchesteru United w dwóch finałach z Barceloną w 2009 i 2011 roku. Z sześciu meczów finałowych Realu od 1998 roku, żaden nie był wygrany tak bezdyskusyjnie.

Florentino Pereza długo uważano za jednego z najbardziej niecierpliwych ludzi w europejskim futbolu. Podczas swojej pierwszej kadencji, kiedy galaktycznych dopadł kryzys, wymieniał trenerów nawet trzy razy w roku, zanim na początku 2006 roku wymienił siebie. 40 miesięcy później zszokował futbol raz jeszcze wracając na stanowisko z transferami za ćwierć miliarda euro. 22 maja 2010 roku finał LM miał się odbyć na Santiago Bernabeu, ale Ronaldo, Benzema, Ramos i Kaka przepadli w 1/8 finału z Lyonem. Pereza uratował Inter z Jose Mourinho, który w półfinale pokonał Barcelonę.

Podbijanie rynku transferowego i gromadzenie gwiazd długo miało się nijak do budowy wielkiej drużyny. Real zaczął żyć w głębokim cieniu Barcelony budowanej wokół wychowanego w La Masia Leo Messiego. Argentyńczyk sprawił, że to Katalończycy mogli się czuć królami Europy. „Królewscy” z Cristiano Ronaldo cierpieli kolejne upokorzenia.

Perez wciąż zmieniał, kupował, nauczył się sprzedawać i oduczył przepłacać, zważywszy na to, że Luka Modric, Toni Kroos i Casemiro, czyli cała obecna linia pomocy kosztowała w sumie 60 mln euro. Trzy triumfy w Champions League w cztery lata tworzą jeden z najświetniejszych okresów w historii klubu. Real kompletnie przyćmił Barcelonę w ostatnich dwóch sezonach. Juventus zrobił z Katalończykami w ćwierćfinale co chciał.

Dziś „Królewscy” są w końcu na szczycie, CR7 odbierze piątą Złotą Piłkę, by zrównać się z Messim. Królem strzelców Ligi Mistrzów był sześć razy, jest też rekordzistą w liczbie bramek zdobytych w rozgrywkach (106). Sam sobie zbudował pomnik. A Real - z pierwszym dubletem od 59 lat - znów ma drużynę, którą cały świat podziwia.

piątek, 02 czerwca 2017

Gdyby spojrzeć na dokonania krajowe, w finale Ligi Mistrzów w Cardiff mierzą się dwaj giganci. Jeśli na międzynarodowe, Real i Juventus dzieli przepaść.

25-letni pomocnik Michał Kopczyński wrócił do Legii z Wigier Suwałki. Jak wielki krok musiał wykonać 2 listopada 2016 roku, gdy w tunelu prowadzącym na boisko przy Łazienkowskiej 3 stanął obok Toniego Kroosa. Niemiecki mistrz świata budzi w nim największe podziw z wszystkich gwizd Realu Madryt. Realu, który sensacyjnie zremisował w Warszawie 3:3, sensacyjnie nie wygrał grupy w Lidze Mistrzów, ale zgodnie z przewidywaniami dotarł do finału w Cardiff.

Drużyna Zinedine’a Zidane’a zaczęła kampanię w obronie tytułu najlepszej drużyny Europy ocierając się o porażkę ze Sportingiem Lizbona na Santiago Bernabeu. „Królewscy” przegrywali do 89. min, a wtedy najpierw Cristiano Ronaldo, a potem rezerwowy Alvaro Morata odwrócili losy rywalizacji. Madryckie media miały jeszcze jeden dowód, że w Pucharze Europy nad Realem czuwa potężny duch opiekuńczy.

Zinedine Zidane jest najdalej o dwie godziny od statusu trenera, który w 18 miesięcy zdobył dwa razy najważniejsze trofeum. To niemal taki sam cud, jakby po jednym strzale zdobyć dwie bramki. Francuz pobierał nauki bardzo szybko, jeszcze przed finałem 2014 roku zdawało się wszystkim, że wciąż mógłby wybiec na boisko w Lizbonie. Real prowadził stateczny Carlo Ancelotti, jego asystent, zamiast patrzeć na gwiazdy z filozoficznej oddali, wolał na treningach uganiać się z nimi za piłką. - Dobrze mieć Zidane’a, bo zawodnicy go słuchają - mówił wtedy Ancelotti. Francuz wciąż zachowywał się jakby pewniej czuł się na murawie niż ławce trenerskiej.

Swoje obserwacje Zizou jednak zrobił. Ancelotti zaniedbał rotacje w składzie, uważał, że drużyna powinna mieć skład galowy, po to, by pielęgnować automatyzm między graczami. Włoch przegrał wiosnę 2015, bo przeliczył się z siłami. Zidane rotuje składem od początku swojej kadencji, nawet Ronaldo namówił na dozowanie wysiłku. Zmianom w składzie nie podlega właściwie tylko jeden piłkarz Realu. Toni Kroos ma w nogach w tym sezonie 4080 minut. Więcej niż Marcelo, który formalnie jako jedyny w kadrze nie ma zmiennika, bo trudno tak traktować Fabio Coentrao.

W 11 meczach tej edycji Ligi Mistrzów Niemiec wykonał zaledwie 51 niecelnych podań. W lidze hiszpańskiej skuteczność jego zagrań osiągnęła 92,2 procenta, w Champions League nawet 93,5. Wydaje się, że swoje błędy z ostatnich 12 miesięcy Niemiec mógłby wyliczyć z pamięci.

Latem 2014 roku, po triumfie na mundialu w Brazylii, Kroos postanowił opuścić Monachium. Co więcej mógł zdziałać w Bundeslidze? Ligę Mistrzów wygrał z Bayernem na Wembley rok wcześniej. Przenosiny do Madrytu były dla niego naturalnym krokiem, kiedyś mówił o tym, że jeśli nawet sportowo różnica między Bayernem i Realem jest minimalna, to medialnie bez porównania większa. Klub z Santiago Bernabeu to jedna z największych globalnych marek i Bayern jeszcze długo tak mocno kibiców w Azji, Afryce i Ameryce kręcił nie będzie.

Na Allianz Arena Kroos ustawiany był za napastnikiem, w Madrycie zajął miejsce przed obrońcami. Bywało, że grał jako defensywny pomocnik, ale jak mówi, jest mu wszystko jedno, byle jak najczęściej mieć kontakt z piłką.

Na jednym z ostatnich treningów przed wylotem do Cardiff spojrzał na nieprzerwany tłum dziennikarzy z całego świata, dziesiątki kamer i mikrofonów. - Zbliża się jakiś wielki mecz? - zapytał po angielsku wywołując powszechną wesołość.

Niemcy od dekad sprzedawali Hiszpanom dyscyplinę, poświęcenie, odpowiedzialność i dobrą organizację. Wyjątkiem był może ekscentryczny Bernd Schuster, który w Barcelonie, Realu i Atletico spędził 13 lat. Kroos ma podobne zalety na boisku i bez porównania mniej konfliktowy charakter. W dodatku Zidane bezgranicznie mu ufa. Jesienią Francuz chciał dać odpocząć Niemcowi w jakimś meczu. - Powiedział, że on w ogóle tego nie potrzebuje, bo regeneracja jego organizmu trwa tylko 24 godziny - opowiadał Zizou. Luka Modric więcej biega, Casemiro więcej walczy, Kroos najwięcej myśli na boisku. Nietrudno zgadnąć, który z nich uważany jest dziś za mózg królewskiej drużyny.

Kroos rządzi i dzieli w pomocy Realu stając się niemiecką wersją Xaviego Hernandeza. Hiszpan wyznał kiedyś, że niecelne zagranie sprawia mu wręcz fizyczny ból.

W sobotę w Cardiff Real stanie przed szansą na 12. Puchar Europy w swojej historii i trzeci w ostatnich czterech latach. Rywala ma nieprawdopodobnie mocnego - Juventus jest maszyną do wygrywania. 39-letni Gianluigi Buffon wyjdzie na Millennium Stadium licząc na katharsis po finałowych porażkach z Milanem w 2003 roku i Barceloną 24 miesiące temu. Triumf w Lidze Mistrzów wyznacza legendarnemu włoskiemu bramkarzowi szczyt kariery.

12 lat młodszy Kroos w finale zagra czwarty raz, ale odniósł już dwa zwycięstwa. Ostatnią porażkę w decydującym starciu Ligi Mistrzów Real zanotował 36 lat temu, gdy grali w nim Vincente del Bosque i Niemiec Uli Stielike. W minionych dwóch dekadach „Królewscy” docierali do ostatniego meczu w rozgrywkach pięciokrotnie i zawsze schodzili z boiska jako najlepszy zespół Europy. Można więc powiedzieć, że oni przegrywać finałów nie potrafią.

Wystarczy spojrzeć na piłkarską karierę Zinedine’a Zidane’a. Dopóki nosił biało-czarne pasy Juventusu Puchar Europy mu się wymykał. Gdy zmienił je na barwy królewskie, natychmiast zdobył trofeum.

Real grał w finale Pucharu Europy 14 razy i tylko trzykrotnie przegrał. Juve dotarło na ten etap rozgrywek ośmiokrotnie i tylko dwa razy podniosło trofeum. Jak na takich gigantów różnica jest wręcz ogromna.

poniedziałek, 29 maja 2017

53-letni Ernesto Valverde zastąpił Luisa Enrique na stanowisku trenera Barcelony. „Przyszedł czas na trudne wyzwanie” - powiedział podpisując kontrakt na dwa sezony. Ma przywrócić Katalończykom miejsce, które w ostatnich dwóch latach zajął Real Madryt.

Zwycięstwo w finale Pucharu Króla nad Alaves (3:1) dało zespołowi z Camp Nou trofeum pocieszenia. Kolejny wielki mecz Leo Messiego pozwolił wznieść najmniej ceniony z ważnych pucharów po raz 29. w historii klubu. Jego szefowie nie przewidzieli z tej okazji żadnych uroczystości z udziałem kibiców. W takich przypadkach Hiszpanie mawiają, że to trofeum spełniło rolę makijażu dla słabego sezonu.

Luis Enrique wytrwał na ławce Barcy trzy lata. Zdobył 9 trofeów: z czego Puchar Króla trzykrotnie. Tendencja była zniżkowa: w pierwszym sezonie potrójna korona (mistrzostwo, Liga Mistrzów, Puchar), w drugim podwójna (mistrzostwo i Puchar), w trzecim zespół gwiazd wypadł zdecydowanie poniżej oczekiwań. Już 1 marca Enrique ogłosił, że 36 miesięcy w klubie o tym rozmiarze ambicji i presji, wyczerpały jego siły. Liczył, że jego decyzja o odejściu zmobilizuje piłkarzy. Stało się to tylko na chwilę. Wtedy Barca pokonała PSG 6:1 i uratowała ćwierćfinał Ligi Mistrzów po porażce w Paryżu 0:4. Potem jednak Juventus nie dał jej szans na półfinał, a Real Madryt nie pozwolił się wyprzedzić w lidze, mimo iż Katalończycy wygrali klasyk na Santiago Bernabeu.

Enrique coraz częściej puszczały nerwy, prowadził nieustanną wojenkę z mediami. Jego następca to człowiek o nienagannych relacjach z dziennikarzami. Valverde jest powszechnie lubiany, uważa na słowa, potrafi się dogadać ze wszystkimi, choć z takimi gwiazdami jak Messi, Neymar, czy Luis Suarez rzecz jasna jeszcze nie pracował. Ostatnio prowadził Athletic Bilbao do siódmego miejsca w La Liga (poza strefą europejskich pucharów). To dobry trener, bez wielkich osiągnięć i wielkiego nazwiska.

Barcelona proponowała mu już pracę dwa razy, ale Valverde nie chciał zrywać kontraktów z poprzednimi klubami. Za trzecim razem się udało, nie przedłużył kontraktu z Athletic bez skandalu.

Jego charakter doskonale oddaje przydomek „Txingurri” - czyli po baskijsku „Mrówka”. Valverde nie jest Baskiem, urodził się w Extramadurze, ale jego rodzina przeniosła się do baskijskiej Vitorii, stąd do zawodowej piłki startował z Alaves. Zabłysnął jako piłkarz Espanyolu zajmując z nim miejsce na ligowym podium w 1987 roku. Rok później dotarł z nim do finału Pucharu UEFA, w którym klub z Katalonii ograł w pierwszym meczu Bayer Leverkusen 3:0, by przegrać rewanż 0:3 i gorzej strzelać rzuty karne (2:3).

W tym drugim meczu Valverde nie zagrał z powodu urazu. Kontuje sprawiły, że przepadła jego szansa na wielki futbol. W swojej książce „Moi piłkarze i ja” nieżyjąca legenda Barcy Johan Cruyff napisał, że Valverde był napastnikiem z tego gatunku, który najbardziej lubił. Urazy nie pozwoliły mu wygrać rywalizacji na Camp Nou z Julio Salinasem i Gary Linekerem. Gdy został pierwszy raz powołany do kadry Hiszpanii, uległ kontuzji na zgrupowaniu, za co jego trener w Athletic Bilbao miał ogromny żal do federacji.

Gdy Valverde skończył karierę przez sześć lat pracował z młodzieżą w Athletic w jednej z najlepszych i najsłynniejszych hiszpańskich akademii. Pierwszy zespół przejął od Niemca Juppa Heynckesa. Z Espanyolem w 2007 roku miał szansę zrobić to, co 19 lat wcześniej nie udało mu się jako piłkarzowi. W finale Pucharu UEFA zespół z Barcelony przegrał bratobójczy pojedynek z Sevillą. Znów po rzutach karnych.

Czy Valverde to trener o rozmiarze kapelusza godnym Barcelony? Z pewnością staje przed najcięższym testem w swoim życiu. Prezes klubu Josep Maria Bartomeu obiecał kibicom efektowne transfery: mówi się stoperze, prawym obrońcy (wychowany w Barcy Hector Bellerin z Arsenalu), by wychowanek Sergi Roberto mógł grać w pomocy. Z wielkich nazwisk padają: Marco Verratti (PSG), Philippe Coutinho (Liveropool) i Ander Herrera (Manchester United), tylko jak wyciągnąć graczy od tak wielkich i bogatych rywali?

W klasyfikacji najbogatszych klubów świata MU i Barcelona wyprzedziły niedawno Real Madryt. Tyle, że Real w ostatnich dwóch sezonach odebrał Barcy miejsce na europejskim szczycie. I właśnie Valverde ma je odzyskać.

środa, 24 maja 2017

Real Madryt wygrał wyścig z Barceloną, PSG i Manchesterem City. 16-letni Vinicius Junior, piłkarz Flamengo Rio de Janeiro przeniesie się na Santiago Bernabeu za rok lub dwa lata. Szokujący jest koszt tej operacji.

„Perła, która przybywa” - madrycki dziennik „Marca” nie miał wątpliwości, że brazylijskie dziecko zasługuje na zajęcie całego miejsca na jego okładce. I to teraz, gdy Cristiano Ronaldo z kolegami po pięciu latach odzyskali tytuł mistrza Hiszpanii i szykują się do finału Ligi Mistrzów w Cardiff. Ale kibice „Królewskich” przenieśli się w czasie aż do lata 2018 lub nawet 2019 roku, kiedy według umowy między Realem i Flamengo oraz zgodnie z przepisami FIFA zakazującymi zatrudniania nieletnich, Vinicius Junior przybędzie do Madrytu. Aby zaklepać sobie transfer nastolatka, królewski klub musi wydać 45 mln euro! Więcej z brazylijskich gwiazd piłki kosztował dotąd tylko Neymar (Barcelona) i Kaka (Real Madryt).

Ten pierwszy miał z transferem Viniciusa sporo wspólnego. W 2006 roku 14-letni wtedy Neymar był na testach w Realu, ale szefowie klubu nie zdecydowali się zapłacić pół miliona euro! Siedem lat później Neymar trafił do Barcelony i został jej gwiazdą. Do dziś nie wiadomo ile Katalończycy za niego zapłacili, ale jest to kwota bliska 100 mln. Nad zawiłościami tego transferu wciąż głowią się urzędy skarbowe i sądy.

Prezes „Królewskich” Florentino Perez odebrał stratę Neymara jako osobistą porażkę. Kolejną poniósł niedawno w wyścigu po 20-letniego Gabriela Jesusa, który za 32 mln euro trafił do Manchesteru City. Perez uznał, że do trzech razy sztuka. Real nie tylko zdecydował się wykupić Viniciusa Juniora z Flamengo za 45 mln euro, ale musiał przekonać zawodnika i jego rodzinę, że Madryt to dla niego najlepsze miejsce na ziemi. Szefowie klubu zaprosili całą rodzinę piłkarza do stolicy Hiszpanii, by olśnić ją warunkami w ośrodku Valdebebas, gdzie za dwa lub trzy lata Vinicius Junior będzie kontynuował karierę. Transfer negocjował Wagner Ribeiro, ten sam agent, który sprowadzał Robinho na Santiago Bernabeu, i który 11 lat temu przywiózł do Madrytu Neymara.

Real zapłaci kilka rat za Viniciusa Juniora: od razu 30 mln i 15 mln rozłożonych w czasie.

Oczywiście koszt operacji wzbudził wielkie poruszenie. - Widzicie jaki jest ten futbolowy rynek. Real zapłacił fortunę za dziecko - powiedział Pep Guardiola, trener Manchesteru City pytany jakich zmian dokona w klubie podczas letniego okna transferowego.

Transfer 16-latka to wielkie ryzyko. Czy się opłaci? Historia piłki pełna jest cudownych dzieci, które popadły w przeciętność i niczego nie osiągnęły. Pochodzący z Ghany 15-letni Amerykanin Freddy Adu miał być nowym Pele, dziś mając 27 lat nie znaczy w piłce nic. Dwa i pół roku temu Real kupił 16-letniego Norwega Martina Odegaarda, pozwolił mu nawet zadebiutować w pierwszym zespole, ale potem odesłał do holenderskiego klubiku Heerenven. 17-letni Belg Adnan Januzaj był wschodzącą gwiazdą Manchesteru United, gdy prowadził go legendarny Alex Ferguson, ostatni sezon spędził w Sunderlandzie, gdzie nie zdobył bramki.

Kim jest Vinicius Junior? Agenci usłyszeli o nim w 2015 roku, gdy Brazylia wygrała mistrzostwa Ameryki Płd w kategorii do lat 15. 14-letni Vinicius został królem strzelców: zdobył 6 goli i miał 5 asyst w sześciu meczach. Już wtedy Nike podpisało z nim kontrakt. Półtora roku później Brazylia była najlepsza w kontynentalnych mistrzostwach do lat 17 rozgrywanych w Chile. Vinicius zdobył 7 bramek i oprócz tytułu króla strzelców został uznany za najlepszego gracza imprezy. Kibice zapamiętali jedną z akcji w meczu z Paragwajem, gdy Vinicius założył „sombrero” (czyli przerzucił piłkę nad głową) trzem kolejnym rywalom. „Oto rodzi się nowa wielka gwiazda brazylijskiej piłki” - wykrzyczał wtedy komentator brazylijskiej telewizji.

Kibice chętnie w to uwierzyli. Gdy 14 maja Vinicius debiutował w pierwszej drużynie Flamengo 50 tys fanów na legendarnym stadionie Maracana skandowało jego imię. Tak rodzą się legendy. Czas pokaże czy prawdziwe. Niezliczeni fani Flamengo najbardziej popularnego klubu w Brazylii długo czekają na gwiazdę. Poprzednią był Adriano, genialny napastnik, który wielki talent przebalował.

Skromną siedzibę klubu zdobi odlany w brązie pomnik Zico - największej gwiazdy w historii Flamengo. Ten sam Zico, dziś trener, przestrzega, by świat nie wywarł zbyt wielkiej presji na Viniciusa. By pozwolił mu się spokojnie rozwijać. Inny gwiazdor „Canarinhos” Bebeto uważa, że kluczowa jest rodzina, która powinna teraz chronić nastolatka. - Znam tego chłopca i jego bliskich. To dobrzy, rozsądni ludzie - zapewnia.

Wkrótce Flamengo ma ogłosić, że przedłuża kontrakt z Viniciusem do 2022 roku. Ale będzie grał w nim do 2018 roku, aż zostanie pełnoletni. Wtedy Real zdecyduje, czy bierze go na Santiago Bernabeu, czy wypożycza na kolejny rok. Kim będzie wtedy cudowne dziecko? Następcą Neymara, czy następnym zaprzepaszczonym talentem? Póki co Real świętuje, że transferowy wyścig z Barceloną tym razem udało się wygrać. Klub już ubezpieczył nogi Viniciusa, gdyby podczas dalszego ciągu kariery w lidze brazylijskiej przytrafiła mu się ciężka kontuzja.

Tagi: real
14:06, wod
Link Dodaj komentarz »
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac