blog Darka Wołowskiego
RSS
niedziela, 19 marca 2017

Drugie miejsce drużyny w Vikersund to jeden z najbardziej spektakularnych sukcesów polskich skoczków w tym sezonie. I być może klucz do zwycięstwa w Pucharze Narodów.

- Szalony, niesamowity, historyczny i tak można mnożyć epitety - mówił o konkursie drużynowym rozemocjonowany Maciej Kot. - Tylu tak dalekich lotów nigdy nie widziałem: dwa rekordy świata, dwa rekordy Polski, ufff. I to drugie miejsce w konkursie, świetne dla nas.

Adam Małysz opowiadał, że po wielu skokach dyrektor Pucharu Świata Walter Hofer głęboko oddychał z ulgą, widząc jak zawodnicy ocierają się o granicę bezpieczeństwa. Rekord świata bił Norweg Stefan Johansson (252), a potem Austriak Stefan Kraft. Piotr Żyła dwa razy poprawiał rekord Polski (243 i 245,5), a Maciej Kot (244,5) i Kamil Stoch (243) poprawili rekordy życiowe.

8 sekund w powietrzu - to daje skoczkom emocjonalnego kopa. Po konkursie nikt nie mówił o wynikach, ale o frajdzie z utrzymywania się w locie tak długo. To działa jak najlepszy motywator. Wszyscy to podkreślali.

Kot żałował trochę, że skrócił swoją rekordową próbę. Ale zabrakło mu doświadczenia. - Pierwszy raz byłem na tej skoczni aż tak daleko, minąłem już wszystkie linie, czułem, że mogę lecieć dalej, a jednak pojawił się odruch obronny. I spadłem ma ziemię. A mogłem polecieć ponad 250 m - spekulował.

Zachwycony był Stoch, który po obu lotach uderzał pięściami w pierś. Może rekord Polski wynosiłby jeszcze więcej, ale po rekordzie świata Krafta, sędziowie obniżyli Kamilowi rozbieg o dwie belki. Polak i tak skakał fenomenalnie, w nieoficjalnej klasyfikacji indywidualnej przegrał tylko z Kraftem. Awansował na trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej Raw Air wyprzedzając Norwega Andreasa Stjernena o 0,3 pkt! Niewyobrażalne, że różnica mogła być tak minimalna po ośmiu startach.

Ale najważniejsze tego dnia było zwycięstwo drużyny nad Austriakami i Niemcami. Jedni i drudzy niebezpiecznie zbliżali się do Polaków w Pucharze Narodów. Loty to raczej ich domena, a skocznia w Vikersund zachęca do skoków o długości ćwierć kilometra. Okazało się jednak, że stereotyp, iż Polacy nie są dobrymi lotnikami, w sobotę stanął pod ogromnym znakiem zapytania. Polacy powiększyli przewagę nad Austriakami o 50 pkt i nad Niemcami o 150. A poza tym odwrócili tendencję, bo w ostatnich konkursach rywale cały czas się do nich zbliżali.

- Dla mnie to żadna niespodzianka. Wiedziałem, że stać ich na wszystko - mówił Małysz. Ale i jemu trudno było zapanować nad emocjami.

Paradoksalnie Piotr Żyła, który dwa razy poprawił rekord Polski (w serii próbnej 243 i w pierwszej serii konkursowej 245,5) miał słabszą drugą próbę (192) i indywidualnie uzyskał dopiero 16. wynik dnia. Dawid Kubacki też miał pierwszy skok lepszy (210), ale w drugim wiatr wiał mu w plecy (194,5). Ogólnie Polacy nie zepsuli jednak ani jednego skoku i w tym tkwiła ich siła. Poza ich zasięgiem byli tylko Norwegowie, ale walka trwała do ostatniego skoku. Stający na rozbiegu jako ostatni Stjernen musiał uzyskać 210 m, by zapewnić gospodarzom zwycięstwo.

Stefan Horngacher uważa, że konkursy drużynowe są ciekawsze od indywidualnych. Być może przez austriackiego szkoleniowca Polaków przemawiają emocje osobiste. Jako skoczek zdobył pięć medali mistrzostw świata i dwa olimpijskie - wszystkie w drużynie. Patrząc na to co się działo w sobotę w Vikersund, można jednak przyznać Horngacherowi rację.

W tym sezonie jego skoczkowie zrobili kilka rzeczy spektakularnych. Zdominowali Turniej Czterech Skoczni, zdobyli tytuł mistrzów świata w Lahti. Ale koniec sezonu zapowiadał się na bardzo trudny, może nawet kryzysowy. Raw Air zmieniał się dla Polaków w drogę przez mękę. Stoch stracił tu pozycję lidera Pucharu Świata, do wczoraj zanosiło się na to, że i drużyna nie wytrwa do końca w plastronach liderów Pucharu Narodów. Polski kontratak nastąpił w najbardziej odpowiednim momencie. Żyła, Stoch, Kot i Kubacki pokazali, że mają dość charakteru, klasy i siły, by odeprzeć atak najwytrawniejszych lotników.

piątek, 17 marca 2017

Juventus - Barcelona i Bayern Monachium - Real Madryt to hity ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Borussia Dortmund trafiła na Monaco, a Atletico Madryt na Leicester.

Hiszpańskie stwierdzenie „Bestia Negra” przywoływane jest w takich przypadkach. Wystarczyło spojrzeć na kamienny wyraz twarzy Emilio Butragueno, by zrozumieć czym dla najbardziej utytułowanego klubu w Pucharze Europy jest taki rywal jak Bayern Monachium. Na Santiago Bernabeu wróci trener Carlo Ancelotti, który wygrywał z Realem „La Decima”, czyli zaliczył dziesiąty triumf w Lidze Mistrzów. Jego asystentem i uczniem był Zinedine Zidane, dziś prowadzący „Królewskich” samodzielnie. Przed rokiem Real triumfował w rozgrywkach jedenasty raz po finale z Atletico na San Siro. Ale kiedy w 2014 roku „Królewscy” wygrywali w Lizbonie po raz dziesiąty, w półfinale rozbili Bayern (5:0 w dwumeczu). I tego mogą obrońcy tytułu obawiać się najbardziej, bo w wieloletniej rywalizacji obu klubów wygrywa zwykle raz jeden raz drugi.

Z pewnością w chwili gdy Bayern trafiał na Real, całe Monachium zakrzyknęło: "uwaga na główkę Ramosa". A cały Madryt "uwaga na Polaka".

Robert Lewandowski znów zagra na Santiago Bernabeu jak w 2013 roku z Borussią Dortmund. Wtedy wbił cztery gole w pierwszym meczu półfinału w Dortmundzie i stal się marką globalną. Real zabiegał o Polaka cały poprzedni sezon, ale do transferu nie doszło. Kibice w Madrycie znów będą mogli się przekonać kto jest lepszy: Lewandowski, czy Karim Benzema. A może Polaka trzeba zestawiać raczej z Cristiano Ronaldo, bo to wśród napastników najwyższa półka, na którą Francuz wskakuje tylko od czasu do czasu.

To będą starcia porywające. Real gra futbol nieprawdopodobnie wyrachowany i ekonomiczny. Bayern gra bardziej kombinacyjnie, Ancelotti miał nawet uprościć jego styl po niemieckiej wersji tiki-taki wprowadzonej przez poprzednika Pepa Guardiolę. Niemcy są bardziej głodni sukcesu. Wygrali Ligę Mistrzów ostatni raz w 2013 roku. Potem Real zwyciężył w niej aż dwa razy. I ponoć bardziej liczy się dla niego mistrzostwo Hiszpanii. Taki rywal jak Bayern wywoła jednak na Bernabeu 110 proc mobilizacji.

Być może największy apetyt na triumf w rozgrywkach ma jednak Juventus Turyn. On najczęściej przegrywał w finałach, ostatnio z Barceloną w 2015 roku. W Berlinie Katalończycy triumfowali 3:1. Byli jednak w lepszej formie niż teraz. Za to Juventus wciąż rośnie w siłę. Szanse na półfinał są dziś 50:50. Dwa lata temu świat żałował Gianluigiego Buffona - legendarnego 37-letniego wtedy bramkarza, którzy bezskutecznie marzy o triumfie w Champions League. Gigi dał sobie kolejną szansę, być może wygra upragniony puchar tuż przed czterdziestką. Najpierw trzeba jednak pokonać Barcelonę, która miewa kryzysy, ale i przebłyski wielkiej gry. W 1/8 finału odrobiła cztery gole straty z Paryża w starciu z PSG. - Wygrana 6:1 na Camp Nou pozostaje w historii, ale żeby miała większy sens, powinniśmy wygrać całe rozgrywki - mówi stoper Barcy Gerard Pique.

Wszystko inne, czyli mecze Borussia Dortmund - Monaco i Atletico - Leicester będą w cieniu hitów. Pierwsza para to pojedynek polsko-polski Łukasza Piszczka z Kamilem Glikiem. Dwóch obrońców Adama Nawałki powalczy o półfinał, dla Piszczka to nic nowego, grał już w finale z 2013 roku, kiedy Borussia przegrała z Bayernem 1:2.

Niech Was nie zwiedzie niska pozycja Atletico w lidze hiszpańskiej. Po trzech porażkach w finale Pucharu Europy "Colchoneros" postawili na te rozgrywki. Leicester to wymarzony rywal, choć pokonał Sevillę wyprzedzającą Atletico w tabeli La Liga. Tym razem Anglicy muszą zrobić trzy razy tyle, by w rozgrywkach przetrwać. Po Barcelonie, Bayernie, Realu i Juventusie Atletico jest jednym z faworytów do zwycięstwa w tej edycji Champions League.

Pierwsze mecze odbędą się 11 i 12 kwietnia w Monachium, Turynie, Dortmundzie i na Vicente Calderon w Madrycie. Rewanże 18 i 19 kwietnia.

wtorek, 14 marca 2017

CR7 jest najlepiej główkującym graczem ligi hiszpańskiej, w której najwięcej goli głową w tym sezonie zdobył Sergio Ramos. Ale kibice i tak najchętniej dyskutują o błędach arbitrów.

Już pod koniec lutego dziennik „Marca” informował o powołaniu do życia nowych linii lotniczych. Gra słów w tytule odwoływała się do faktu, że piłkarze Realu Madryt zdobywają strzałami głową blisko 22,6 proc bramek. Od tamtej chwili nic się nie zmieniło, ostrzeżenie nie podziałało na rywali. W dwumeczu 1/8 finału Ligi Mistrzów Napoli, choć zdecydowanie górowało w rozgrywaniu piłki po ziemi, uciułało dwie bramki. „Królewscy” zdobyli trzy po główkach i dorzucili trzy wbite nogami.

Od lutego tendencja jeszcze się nasiliła. Ze 122 bramek zdobytych w tym sezonie, 31 gracze Zinedine’a Zidane’a wbili głową. A więc 25,4 proc. W La Liga z 68 goli, po główkach padło 20 - czyli 28,98 proc. Ostatni mecz ligowy z Betisem rozstrzygnęły głowy Cristiano Ronaldo i Sergio Ramosa. Real po raz kolejny przegrywał, tak jak w ostatnim czasie dwa razy z Napoli, z Villarreal, czy Las Palmas, ale potrafi odwracać losy rywalizacji. Często głową.

CR7 jest najlepszym w lidze hiszpańskiej specem od gry w powietrzu, zdobył głową 46 bramek, jedną więcej niż Bask Aritz Aduriz. Ramos jest liderem tego sezonu z sześcioma skutecznymi główkami w lidze i 10 we wszystkich rozgrywkach. Ciekawe co by było, gdyby trenerzy juniorów Sevilli nie pomylili się w ocenach i odkryli, iż Sergio nie jest materiałem na środkowego obrońcę, ale na środkowego napastnika. W defensywie popełnia czasem proste błędy, za to pod przeciwną bramką jest nieprawdopodobnie wręcz skoncentrowany.

Oczywiście mecz z Betisem nie obył się bez sędziowskich kontrowersji. Fani Barcelony uważają, że Mateu Lahoz był dwunastym graczem gospodarzy. I przeciwnie: fani z Madrytu nie chcą uznać „remontady” wszech czasów z PSG, bo ich zdaniem nie doszłoby do niej, gdyby nie pomyłki sędziego Deniza Aytekina.

Stereotyp mówi, że charakter ma Real. Zwracał na to uwagę sam Pep Guardiola uważając to za jedną z największych wartości w hiszpańskiej piłce. Jako dzieciak, a potem piłkarz Barcelony podziwiał u wielkich rywali głębokie przekonanie, że każdy wynik da się odwrócić. Po latach nauczyła się tego nawet reprezentacja Hiszpanii i „Duma Katalonii”.

Jeden z felietonistów dziennika „El Pais” napisał, że nie trzeba mieć wcale obsesji, by dyskutować o pracy arbitra. Aytekin popełnił błędy krzywdzące PSG, tak jak Lahoz błędy krzywdzące Betis. Kuriozalne jest jednak umniejszanie w ten sposób wysiłku rywali.

Mecz Barcelona - PSG komentowało dla telewizji angielskiej czterech byłych wielkich piłkarzy. Kiedy Sergi Roberto zdobył bramkę na 6:1, wszyscy zerwali się z miejsc w dzikim szale. Można zrozumieć Gary’ego Linekera, on grał w Barcelonie u Johana Cruyffa. Ale taki Michael Owen był przecież piłkarzem Realu Madryt. Rio Ferdinand zdobyłby dwa Puchary Europy więcej, gdyby w finałach z 2009 i 2011 roku jego Manchesterowi United nie stanęła na drodze Barcelona. Steven Gerrard też nie ma osobistych powodów, by kochać Katalończyków. Prawdopodobnie cała angielska czwórka przeżyła tak głęboką radość czując, że na Camp Nou dzieje się coś historycznego.

Rzecz jasna każdy z nas ma prawo sam oceniać jakie emocje są mu bliskie. Wielu ludzi uważa, że ukształtowały ich przeżycia meczów z podwórka. Wtedy przekonywaliśmy się jak trudno zrobić z piłką to, co wyprawia Leo Messi, czy CR7. Albo król przestworzy Serio Ramos.

O stopera Realu zapytano Juana Romana Riquelme. Odpowiedział, że w lidze argentyńskiej by sobie nie postrzelał, bo tam stoperzy nie pozwoliliby mu w ogóle wybić się w powietrze. Wniosek jest taki, że w Europie obrońcy pracują gorzej. To podobny argument jaki kiedyś wysunął Diego Godin wobec Messiego. Urugwajczyk powiedział, że w Hiszpanii większość obrońców kłania się w pas, gdy widzi, że Leo nadciąga z piłką. I na tym polega cały ten fenomen?

Aby obalić tezę Riquelme wystarczy zdanie z relacji z finału klubowych mistrzostw świata z 2014 roku, gdzie Real Madryt wygrał gładko 2:0 w Marrakeszu z San Lorenzo. „W 37. minucie z rzutu rożnego dośrodkował Toni Kroos, a Sergio Ramos zgubił w polu karnym kryjącego go Mario Yepesa i strzałem głową z pięciu metrów dał „Królewskim” prowadzenie”.

Teza Godina sama się wyśmiewa. Obrońcy w Europie są ciapami, w czasach, gdy każdy kopiący piłkę Latynos marzy o pracy w wielkich ligach?

Wolę myśleć, że Messi to zjawisko. Tak jak nadlatujący z nieba niczym jastrząb Sergio Ramos.

piątek, 10 marca 2017

Zinedine Zidane stworzył drużynę na własne niepodobieństwo. Real Madryt to najbardziej ekonomiczny zespół świata i najlepszy w powietrzu.

Stawianie pomników Ramosowi? Przesada. Choć lista jest imponująca. 7 marca jego dwie główki w Neapolu wprowadziły Real do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. 10 grudnia 2016 roku zdobył bramkę głową w doliczonym czasie meczu z Deportivo, w którym „Królewscy” pobili hiszpański rekord meczów bez przegranej. Dziennik „Marca” zasugerował wtedy, by 93. minutę nazwać oficjalnie „minutą Ramos” i wprowadzić do międzynarodowej nomenklatury.

3 grudnia Barcelona prowadziła z Realem na Camp Nou 1:0, gdy Sergio wyskoczył ponad wszystkich. Burę dostał biedny Arda Turan za faul na lewym skrzydle, a nie na przykład środkowi obrońcy gospodarzy. Bo wiadomo, że jak jest wolny w ostatniej minucie, to szanse Realu i Ramosa rosną.

10 sierpnia główka Ramosa dała Realowi dogrywkę w Superpucharze Europy. I szansę na pokonanie Sevilli. 

20 grudnia 2014 roku Ramos zdobył gola głową w finale klubowych mistrzostw świata, a cztery dni wcześniej jego główka otworzyła wynik w meczu półfinałowego z meksykańskim Cruz Azul. Za całokształt dostał tytuł najlepszego piłkarza tamtego turnieju. Przekonaliśmy się, że Real może mieć inną twarz niż wszechobecna Cristiano Ronaldo.

24 maja 2014 roku Ramos oddał głową strzał najważniejszy. W 93. minucie finału Ligi Mistrzów z Atletico Madryt przy stanie 0:1. Dwa lata później jego bramka też da „Królewskim” dogrywkę i zwycięskie karne w finale z Atletico. Tyle, że wtedy wepchnie piłkę do bramki nogą.

29 kwietnia 2014 roku dwie główki Ramosa rozbiły faworyzowany Bayern Monachium w półfinale Champions League. Lista niewiarygodna jak na środkowego obrońcę.

Ale w skłonności do kreowania bohaterów jednostkowych nie powinniśmy przesadzać. Ktoś potrafi tę piłkę zagrać tak, by Ramos mógł wyskoczyć ponad innych i strzelać. Toni Kroos, Dani Carvajal, Marcelo, Luka Modric to asystenci doskonali. Real w ogóle nie ma sobie równych w grze w powietrzu. Ani w Hiszpanii, ani w Europie.

5 lutego 2017 roku po bezbramkowym meczu w lidze z Celtą bilans Realu wyglądał tak: z 98 bramek w sezonie, aż 22 „Królewscy” zdobyli strzałami głową. Co daje 22,4 procenta. Ciekawy jest jednak fakt, że te 22 bramki główkami strzelało aż 11 piłkarzy. Zdecydowanie najwięcej Ramos, ale też Mariano, Asensio, Lucas Vazquez i James.

Zinedine Zidane stworzył dzieło osobliwe. Jego Real rzadko zachwyca, kreuje grę, odpala fajerwerki. Najczęściej dostosowuje swój wysiłek do klasy rywala. Czasem przesadzi z ekonomiką ruchów jak w ligowym meczu z Las Palmas. Real prowadził, a potem dał sobie wbić trzy bramki. Stracił Garetha Bale’a, ale odrobił dwa gole w dziesiątkę. W 89. min RC7 zawisł w powietrzu dwa piętra ponad obrońcami i strzałem głową doprowadził do remisu.

A jak zdobył Karim Benzema wyrównującą bramkę w pierwszym meczu z Napoli na Santiago Bernabeu? Głową.

Gareth Bale? Proszę bardzo. 26 lutego do 64. minuty Real przegrywał wyjazdowy mecz z Villarreal 0:2. Zanosiło się na katastrofę, gdy Walijczyk zdobył główką gola kontaktowego. A w 83. minucie Marcelo zacentrował z lewego skrzydła na głowę Alvaro Moraty i „Królewscy” wygrali 3:2.

Real zdobywa gole niekonwencjonalnie. W książce „Futbonomia” autorzy stawiają tezę, że trenerzy angielskich klubów powinni zakazać strzałów zza pola karnego. Bo w Premier League tylko 2 procent prób kończy się bramką. Tymczasem gracze Zidane’a w pierwszym meczu z Napoli zdobyli dwa gole po strzałach z dystansu. Jak widać Zidane nie jest wyznawcą futbolu statystycznego.

Francuz przeżył bardzo to co się stało z Realem po zdobyciu La Decima. Widział jak po wspaniałym roku 2014 drużyna Carlo Ancelottiego wiosną całkowicie opada z sił. I zostaje z niczym na koniec sezonu. Dlatego jako trener sam zawzięcie stosuje rotację. James i Isco siedzą na ławce, ale odgrywają swoje role. Odpoczywa nawet Ronaldo przez lata traktujący swój organizm jak maszynę. Real nie chce miażdżyć, rozbijać, dominować rywali, chce wygrywać najniższym nakładem sił. Czasem się to mści, jak w Walencji, czy Sewilli, gdzie „Królewscy” zostawili 6 pkt ligowych. W tym drugim meczu Ramos zdobył samobója, co przypomina, że nie jest bohaterem bez skazy. Póki co drużyna Zidane’a wychodzi jednak na swoje.

W czterech z ostatnich siedmiu meczów Real pierwszy tracił gola. W pięciu z nich przegrywał, trzy razy nawet dwoma bramkami, co podkreśla jego umiejętność odwracania losów spotkań. Z tych siedmiu meczów „Królewscy” wygrali pięć, jeden zremisowali, jeden przegrali.

Zizou był wirtuozem na boisku, na ławce zachowuje się jak ekonomista. U niego gracze o bardzo dużym potencjale grają tak, jakby zachwycać nie chcieli, a chwilami myśleli wręcz już o następnym meczu. Po co robić demonstracje siły, przedstawienia, rozbijać rywali w proch i pył na oczach Europy? Tylko wzmaga się w nich stan gotowości i chęć odwetu. Lepiej wygrywać skromnie, chwilami drepcząc. Tak też da się zajść do celu. Udowodnił to Real przed rokiem, gdy w tak mało atrakcyjny sposób wygrał Ligę Mistrzów.

czwartek, 09 marca 2017

Kiedy w 94. minucie i 39. sekundzie Sergi Roberto zdobył szóstą bramkę, Leo Messi pobiegł świętować na trybuny. Barcelona dokonała rzeczy, która nie udała się nikomu w rozgrywkach europejskich, odwracając losy rywalizacji po porażce 0:4.

Unai Emery stwierdził, że na katastrofę PSG wpłynął sędzia. Rzeczywiście karne na Neymarze i Luisie Suarezie były dyskusyjne, szczególnie ten drugi, kiedy Urugwajczyk wykonał dramatyczny pad w polu karnym jakby otrzymał niewidzialny cios karate w szyję. Javier Mascherano przyznał też, że w 85. minucie sfaulował Angela di Marię biegnącego sam na sam z Markiem Andre ter Stegenem. Kontrowersji w tym dziwacznym meczu było kilka, wielu komentatorów po golu Edinsona Cavaniego w 62. minucie ogłosiło już nawet, że w ćwierćfinale Ligi Mistrzów jest PSG.

Jeszcze na trzy minuty przed końcem wynik wciąż brzmiał 3:1, więc Barcelonie do awansu brakowało kolejnych trzech bramek. Wtedy na Camp Nou objawił się pewien iluzjonista i nie był to tym razem Leo Messi.

Zdjęcie Argentyńczyka górującego nad jedną z trybun Camp Nou ze wzniesioną ręką przypomina Michaela Jordana w locie z piłką nad koszykarską obręczą. Barcelona dokonała niemożliwego, dziennik „Marca” napisał, że cuda się jednak zdarzają. Gol Sergiego Roberto był w jakimś stopniu symboliczny, to przecież wychowanek klubu, który jako nastolatek tak bardzo chciał spełniać marzenia na Camp Nou, że odrzucił ofertę Realu Madryt.

Sergi Roberto grał świetnie na początku sezonu, ale ostatnio przeżył zapaść formy. Tak jak cała Barcelona, która trzy tygodnie temu dostała ciężkie lanie w Parku Książąt. Przed rewanżem na Camp Nou trzeba było szukać rozwiązań nadzwyczajnych - przecież do środy nikomu w jakichkolwiek europejskich rozgrywkach nie udało się odwrócić losów rywalizacji po porażce w pierwszym meczu 0:4.

Osiem dni przed rewanżem z PSG Luis Enrique ogłosił, że po sezonie rozstaje się z klubem. W swojej pożegnalnej mowie wspomniał o ekstremalnym wyzwaniu w Lidze Mistrzów, które najbardziej leży mu na sercu. Tego samego dnia Barca odzyskała pozycję lidera ligi hiszpańskiej. Zaczął się błyskawiczny proces przekonywania wszystkich, że w rywalizacji z PSG nie wszystko stracone. Uwierzyli w to piłkarze Enrique.

Trener Barcy zdecydował się na grę w ustawieniu 3-4-3, Sergi Roberto, podobnie jak drugi z bocznych obrońców Jordi Alba wylądował na ławce. Rolę fałszywego skrzydłowego spełniał Rafinha, w 76. min, gdy duża część kibiców Barcelony ocierała łzy rozczarowania, zastąpił go Roberto. W tym czasie gospodarze opierali swoje nadzieje na Neymarze, który plątał się w jałowych dryblingach, tracąc piłkę. PSG wyjeżdżało z kontrami, po których powinno zdobyć drugą bramkę - gwóźdź do trumny Barcelony. Goście zgrzeszyli jednak nadmiarem nonszalancji. Kara miała być za to najwyższa.

W 88. minucie Neymar zabrał się na poważnie za spełnianie swojej obietnicy, że sam wbije dwa gole. Perfekcyjnie wykonany rzut wolny, kopnięta przez niego piłka wpadła w górny róg bramki, co wywołał oklaski na Camp Nou. Brzmiały one jak podziękowanie kibiców za poświęcenie i wiarę do końca, które pozostały bez nagrody. Chwilę później Suarez padł w polu karnym, a sędzia wskazał na jedenastkę. Minęła 90. minuta, gdy Neymar zdobył gola na 5:1. Temperatura na Camp Nou była już bliska wrzenia.

5 doliczonych minut nadziei udało się wykorzystać. Pod bramkę PSG pobiegł Ter Stegen, a Neymar dopadł do odbitej piłki. Za plecami nie miał nikogo, ale odważył się na drybling, po czym przerzucił piłkę lewą nogą nad całą linią obrony PSG. Sergi Roberto sięgnął jej wyciągniętą nogą, Kevin Trapp był bez szans na reakcję.

Wśród migawek pokazujących eksplozję radości na Camp Nou, można znaleźć film jak kibice otoczyli samochód Messiego. Leży na nim tłum pukający w szybę i skandujący nazwisko gwiazdora. - A teraz co - pyta żona. - A teraz już stąd nie wyjedziemy nigdy - odpowiada piłkarz z uśmiechem.

Jedną z tajemnic tej niepowtarzalnej, historycznej nocy w Barcelonie jest fakt, że Messi nie rozegrał wcale wielkiego meczu. Podobnie Luis Suarez. Tym razem bohater był zbiorowy, wysiłek wszystkich, wysoki pressing, walka wręcz o każdy metr z silniejszymi fizycznie rywalami okazała się kluczem do bram ćwierćfinału.

Wychowanek Realu Madryt Jese, który został sprzedany do PSG, skąd Emery odesłał go do Las Palmas przypominał przed meczem, że Barcelona nie jest specjalistką od spektakularnego odwracania losów rywalizacji. Nie ma tego w tradycji, w DNA, wielkie „remontady” to domena Realu. W Madrycie wspomina się ducha Juanito, legendarnego wojownika, który nie był piłkarskim geniuszem, ale przewyższał innych sercem do walki. Kogoś takiego Barcelonie brakowało. Znakiem rozpoznawczym zespołu z Camp Nou jest ofensywny, kombinacyjny futbol. Tiki-taka zaprowadził go na szczyty.

W ostatnich 11 latach Barca wygrywała Ligę Mistrzów cztery razy doganiając pod względem liczby triumfów Bayern Monachium (pięć). Przed nią jest tylko Real (11 zwycięstw) i Milan (7). Te cztery barcelońskie zwycięstwa w Champions League łączą nazwiska Messiego i Andresa Iniesty zdjętego w środę z boiska w 65. min, po golu Cavaniego, który wydawał się rozstrzygać dwumecz na korzyść PSG.

Niedawno w sklepach Barcelony pojawiło się piwo z etykietą upamiętniającą zwycięskiego gola Ronalda Koemana z finału Pucharu Europy w 1992 roku na Wembley. Niemal ćwierć wieku temu Barca przełamała fatum tych rozgrywek, wcześniej przegrywała w finale dwa razy (1961, 1986). Mówiło się, że ma kompleks Pucharu Europy. Dziś już o tym pamięta niewielu, Messi z Iniestą zatarli to w zbiorowej pamięci. Katalończycy zmienili się w zwycięzców, ale dzięki talentowi, polotowi, finezji. PSG zmogli jednak twardością i sercem do walki na przekór stereotypom.

środa, 08 marca 2017

Dzisiejszy rewanż z PSG może mieć znaczący wpływ na przyszłość Barcelony. Katalończycy musieliby jednak dokonać rzeczy niebywałej, by odrobić cztery gole straty z Paryża i ocalić awans do ćwierćfinału Ligi Mistrzów.

W sobotę Leo Messi zagrał 371. mecz w lidze hiszpańskiej. I znów był Messim z Play Station. Dwa gole po indywidualnych rajdach, dwie asysty i udział przy bramce Ivana Rakitica - Barcelona rozbiła Celtę 5:0 i na Camp Nou wrócił optymizm. Drużyna z Vigo regularnie wygrywa ostatnio z Katalończykami na swoim boisku. Ale Barca potrafiła wziąć rewanż. Dziś taki sam wynik z PSG, dałby jej upragniony ćwierćfinał Ligi Mistrzów.

„A dlaczego nie?” - pyta kataloński dziennik „Sport” zamieszczając jednak karykaturę Luisa Enrique balansującego na nitce rozpostartej między palcami wielkoluda. Z jednej strony trzeba wierzyć, z drugiej wierzyć trudno. 14 lutego w Paryżu drużyna Unaia Emery’ego rozbita Katalończyków w proch i pył.

Z Celtą Messi pobił rekord Roberto Carlosa, który 370 razy reprezentował w La Liga Real Madryt. Nie ma i nie było w Hiszpanii obcokrajowca z większą liczbą spotkań w Primera Division rozegranych dla tego samego klubu. Argentyńczyk jest legendą na Camp Nou, ale jego przyszłość to wciąż niewiadoma. Kontrakt wygasa w połowie 2018 roku, kiedy Messi skończy 31 lat. Przed nim ostateczna decyzja: zostać do końca kariery w Barcelonie, czy nowego wyzwania szukać gdzie indziej?

Kilkanaście dni temu do Katalonii przybył ojciec i agent piłkarza Jorge. Negocjacje trwają, ale nic nie jest pewne. Dziennik „El Pais” spekulował, że decyzja Messiego zależy od pomysłu na drużynę. Argentyńczyk był ponoć tak zdruzgotany klęską w Paryżu, że zastanawiał się, czy nie dotarł do ściany. Pięć dni po porażce z PSG Messi zdobył zwycięską bramkę w ligowym meczu z Leganes wykorzystując karnego w 90. minucie. Ale był wciąż tak przybity, że nie wykonał swojego normalnego gestu: nie podniósł rąk i wzroku do nieba, by dedykować bramkę zmarłej babci Celii. To z kolei wywołało spekulacje, że w Barcelonie przestaje być szczęśliwy. Ile w tym wszystkim prawdy, a ile wróżenia z fusów?

35 mln euro za sezon - według hiszpańskiej prasy taką pensję przygotowali dla Argentyńczyka szefowie klubu z Katalonii w nowym kontrakcie. Zgoda Messiego ma zależeć od perspektyw zespołu. Na Camp Nou dobiega końca pewien etap. 1 marca Luis Enrique ogłosił, że będzie pracował tylko do końca sezonu.

Rewanż z PSG jest diagnozą aktualnego stanu Barcelony. Podobno zbudowany wygraną nad Celtą Neymar założył się z kolegami, że wbije dziś co najmniej dwa gole. Już raz tego dokonał. Dwa lata temu, gdy Barcelona wygrywała z PSG w ćwierćfinale Ligi Mistrzów Brazylijczyk zdobył na Camp Nou obie bramki.

Dziś przekonamy się, czy to co widzieliśmy w Parku Książąt to był tylko fatalny dzień Katalończyków. Od tamtej pory Barca wygrała cztery mecze w lidze i jest liderem. Czy to jednak możliwe, by ocaliła swoje mikre szanse na ćwierćfinał Ligi Mistrzów?

Nikt jeszcze w rozgrywkach europejskich nie odwrócił losów rywalizacji przegrywając pierwszy mecz 0:4. Coś takiego spotkało Barcelonę w starciu z Bayernem w półfinale LM cztery lata temu. Przed rewanżem na Camp Nou Katalończycy wciąż prężyli muskuły, ale znów polegli 0:3. Wtedy kontuzjowany Messi oglądał jednak mecz z trybun.

W następnym sezonie Barca odpadła z Ligi Mistrzów z Atletico. Odbudował ją nowy trener Luis Enrique. Z nim Messi, Neymar i Luis Suarez zdobyli potrójną koronę i dublet (mistrzostwo i Puchar Króla) przed rokiem. Teraz Barca chciała odzyskać tytuł numeru 1 w Europie. Była faworytem, zanim PSG nie sprowadził jej z obłoków na ziemię. Dziś ostatni moment na reakcję.

Unai Emery zabrał na Camp Nou 23 piłkarzy, w tym Grzegorza Krychowiaka. Przeżywający gehennę w Paryżu Polak nie grał w pierwszym zespole 76 dni (uraz kolana). Wystąpił ostatnio w lidze przeciw Nancy, jednak trener zdjął go już w przerwie zastępując Blaise Matuidim. I gra PSG w drugiej połowie wyglądała lepiej. Polak dostał niskie noty w prasie francuskiej.

Liga Mistrzów to priorytet także dla PSG - hegemona Ligue 1. Po to katarscy właściciele wydali setki milionów na transfery, po to sprowadzili latem Emery’ego, by Paryż cieszył się pierwszym triumfem w Pucharze Europy. Rozgrywki wymyślili Francuzi 60 lat temu, ale tytuł numeru 1 na kontynencie zdobyli zaledwie raz - Olympique Marsylia w 1993 roku.

Angel Di Maria, Adrien Rabiot i Thiago Motta narzekają na urazy i nie wiadomo czy zagrają, ale do Barcelony przylecieli. Trzy tygodnie temu PSG górowało nad Barcą pod każdym względem, ale przede wszystkim dynamiką, siłą i szybkością. Jeśli dziś będzie podobnie, o emocjach na Camp Nou można zapomnieć. Margines błędu dla gospodarzy nie istnieje.

sobota, 04 marca 2017

Od wyników dzisiejszego konkursu drużynowego zależy ocena całych mistrzostw świata w Lahti. Bez względu na to nie ma wątpliwości, że mamy teraz najsilniejszy zespół w historii polskich skoków.

Trzeba było widzieć wyraz twarzy Macieja Kota po dekoracji medalistów konkursu indywidualnego na dużej skoczni. 25-letni skoczek wybiegł w przyszłość o 24 godziny wyobrażając sobie jak tłum kibiców na głównym placu w Lahti wsłuchuje się w Mazurka Dąbrowskiego. Kot jako jedyny ma odwagę jasno mówić o złocie. Dla niego srebro będzie rozczarowaniem, choć tego poglądu nie podzielają nawet koledzy z kadry.

Kot mówi o Piotrze Żyle „mój przyjaciel”. I wzajemnie. Mieszkają razem na zgrupowaniach, nie odstępują na krok, choć są jak ogień i woda. Maciek powściągliwy, spokojny, wyważony, czasem lekko flegmatyczny, dlatego w jego ustach tak kategoryczne stwierdzenie jak: „liczy się tylko złoto” brzmi wyjątkowo dobitnie.

Ale dlaczego nie marzyć, skoro drużyna jest tak mocna? Oczekiwania Kota mają mocne uzasadnienie, choćby Kamil Stoch, Dawid Kubacki i Piotr Żyła obawiali się, że młodszy kolega ściąga na nich zbyt dużą presję.

Cała trojka chowa się za psychologicznym parawanem opowiadając, że ma w głowie tylko dobre skoki. Ale przecież wiadomo, że nawet jeśli Polacy będą skakali dziś świetnie, ale wylądują poza podium, będzie to dla nich dotkliwym rozczarowaniem.

To byłaby ogromna sportowa niesprawiedliwość. Cała czwórka Polaków skacze w Lahti dobrze, Kubacki i Żyła wręcz świetnie. W czwartkowym konkursie na dużej skoczni wszyscy zmieścili się w czołowej ósemce. To był taki mecz Polska - Reszta Świata, w której Żyła uratował nasze medalowe aspiracje.

Kamil Stoch głośno i otwarcie tego nie powie. Ale sukces drużyny spleciony jest w Lahti nierozerwalnie z jego osobistym sukcesem. Była faworytem nr 1 na skoczni normalnej, poprawił jej rekord w kwalifikacjach, by w konkursie wylądować tuż za podium. Pech.

Jego pierwszy skok treningowy na dużej skoczni był rewelacyjny - 131,5 m. W konkursie dwa takie dałby złoto z ogromną przewagą. A jednak Polak znów wylądował w klasyfikacji dalej - na siódmym miejscu za plecami aż dwóch rodaków.

Sportowa złość musi dziś kipieć w dwukrotnym mistrzu olimpijskim z Soczi. Czuje, że jest w formie, przewodzi w Pucharze Świata, wygrał Turniej Czterech Skoczni, w Lahti skacze dobrze, choć wyjątkowo nieszczęśliwie. To samo Kot, któremu wiatr nieustannie wieje w plecy podczas konkursów. Czy dziś to wszystko może się odwrócić?

Wiatr nie musi sprzyjać Polakom, byle nie przeszkadzał. Skoczkowie Stefana Horngachera zasługują w Lahti na złoto jak nikt inny. Austriak Stefan Kraft ma już trzy medale, tak jak Niemiec Andreas Wellinger. A przecież nie są w jakiejś nieziemskiej formie, poza zasięgiem Stocha, Kota, czy Żyły.

Ze sprawiedliwością w sporcie bywa jednak różnie. Nie ci wygrywają, którzy na to zasługują przed konkursem, ale ci, którzy zasłużą w konkursie. Ale te zawody zapowiadają się pasjonująco. Jak ostatni akord wielkiej imprezy. Od pierwszego dnia mistrzostw w Lahti było jasne, że jeśli Polacy mają na nich wziąć złoto, to najbardziej prawdopodobne, że po skokach drużyny.

piątek, 03 marca 2017

Medal zadedykował dzieciom, po czym spuścił głowę, a łzy pociekły mu z oczu. Nie mieliśmy sumienia męczyć dalej pytaniami brązowego medalisty konkursu o mistrzostwo świata na dużej skoczni

- Nie wiem, nie pamiętam - wycedził Żyła na oficjalnej konferencji prasowej, gdy prowadzący zapytał go o wspaniały lot z drugiej serii, który dał mu miejsce na podium. Jako jedyny w stawce przekroczył granicę 130 m, walkę o złoto ze Stefanem Kfartem przegrał zaledwie o 2,6 pkt. Zaważyły na tym noty, bo najdłuższe skoki miał Polak. Do srebrnego Andreasa Wellingera stracił 1,3 pkt, choć w drugim skoku przeskoczył go aż o dwa metry.

Jeszcze konkurs trwał, gdy do Piotra Żyły podbiegł Kamil Stoch i powiedział: „masz medal”. Dwukrotny mistrz olimpijski był rozczarowany siódmym miejscem, ale złość na siebie mu odpuściła, gdy popatrzył na Piotrka. - Cieszę się jego radością, bo mu się to należało. Za to jak ciężko pracował przez lata, za to jakim jest kolegą, za to jakim jest człowiekiem - mówił Stoch. Cieszył się Maciej Kot, także rozczarowany sobą. On był w konkursie szósty, ale Piotrek spełnił marzenia całej grupy.

Adam Małysz nie odstępował nieprzytomnego ze wzruszenia skoczka nawet na krok. Żyła nie rozumiał pytań dziennikarzy, w końcu ktoś zagadnął, czy wie gdzie jest i co się właściwie stało. Sportowca tak sparaliżowanego sukcesem nikt z nas nigdy nie widział. Cała maska zgrywusa, którą Żyła nosił przez lata, nagle opadła.

Po reakcji Stocha, Kota, Dawida Kubackiego czuło się, że Żyła ma w tej kadrze szczególny status. Niedawno skończył 30 lat, a życie sportowe raczej go nie rozpieszczało. Pracował na wizerunek zgrywusa, zbyciarza, wesołka, ale tak naprawdę zawsze marzył o sukcesach na skoczni. Jedni mówili, że zaprzedał talent w swoim celebryctwie, inni, że w niezdrowym uporze.

Przez lata Żyła skakał inaczej niż wszyscy, trwał przy swoim kuriozalnym „garbiku” i „fajeczce” na rozbiegu. Były czasy, kiedy wyleciał z kadry, wrócił bo ma wielki talent i ogromny zapał do skakania.

O zmianę pozycji dojazdowej Żyły długo dopominał się najsłynniejszy członek jego rodziny Adam Małysz. Żyła ożenił się z kuzynką „Orła z Wisły”, który zawsze był dla Piotrka sportowym natchnieniem. Sukcesy Małysza pchnęły Żyłę na skocznię, ale cały ten wielki autorytet jaki ma Adam u Piotrka nie wystarczył, by Żyła wyrzekł się złych nawyków. Trwał przy garbiku i przegrywał.

Po igrzyskach w Soczi Małysz publicznie powiedział, że z Żyły nic nie będzie, jeśli nie zmieni złych przyzwyczajeń. Piotrek zawalił wtedy Polakom brązowy medal w konkursie drużynowym.

Przez lata powtarzano, że Żyła jest motorycznie silny jak Stoch. Ale nie ma mistrzowskiej odporności psychicznej. Zwykle gdy pojawiała się nadzieja na sukces, Piotrek ją marnował. A potem pokrywał rozczarowanie żartami, czasem niewybrednymi, dzięki którym zdobył ogromną popularność w mediach społecznościowych. Z polskich sportowców pod tym względem wyprzedza go tylko Robert Lewandowski.

Wczoraj zobaczyliśmy inną twarz Żyły. Żyły, który wreszcie wygrywa i z emocji płacze jak dziecko. A potem zapada się we własnym świecie, do którego nikt nie ma wstępu.

A przecież był już drugi w Turnieju Czterech Skoczni. Tyle, że tego się spodziewał, skakał równo i dobrze. Stefan Horngacher odmienił Piotrka na ostatniej prostej jego kariery. Znikła fajeczka i garbik, Żyła zaczął skakać jak pan Bóg przykazał i zaczął odnosić sukcesy. Regularnie kończył konkursy w czołowej dziesiątce.

Na mistrzostwach w Lahti Żyła skakał jednak przeciętnie. Przed samym wylotem do Finlandii stracił pozycję w dziesiątce klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Na skoczni normalnej był najgorszy z Polaków (19. miejsce). Pojawiły się spekulacje, że na konkurs indywidualny na dużej skoczni, a także w drużynówce Horngacher wymieni go na Jana Ziobro.

- Ależ to wierutna bzdura - komentował Małysz. - Janek mógł wskoczyć do konkursu za Dawida Kubackiego, ale nigdy za Piotrka. Piotrek jest w kadrze numerem 3 po Kamilu i Maćku. Miejsce ma pewne.

Małysz prosił dziennikarzy, by nie męczyli Żyły pytaniami. - Dajcie mu spokój, musi się wyspać, uspokoić. Jutro wróci do równowagi - mówił. Sami się szybko zorientowaliśmy, że naciskanie na brązowego skoczka nie ma sensu. Prowadzący oficjalną konferencję prasową zapytał o sobotni konkurs drużynowy, ale Żyła stwierdził tylko: - Tak, mamy teraz mocną drużynę.

- Ja chcę złota - zadeklarował Kot. - Nie zadowoli mnie w sobotę nic innego. Stoch gdy to usłyszał, trochę się nawet zdenerwował, bo uważa, że drużyna startuje w Lahti i tak pod zbyt dużą presją. Ale indywidualny konkurs na dużej skoczni pokazał siłę Polaków. Czterech w ósemce, choć tylko z jednym medalem.

Żyła był może najszczęśliwszy, ale też nieobecny, zatopiony w swoim medalowym letargu. - Nie wiem, nie wiem, nie wiem. Że co? A nie wiem, nie pamiętam - powtarzał.

Udało się od niego dowiedzieć tylko tego, że nie myślał o medalu ani przed pierwszym, ani drugim skokiem. A gdy wylądował bardzo daleko? - Też nie myślałem - mówił. Wszystko przyszło znienacka. Jakby wbrew oczekiwaniom samego Żyły. Fachowcy wymieniali wśród faworytów Stocha, lub Kota, ale nie Piotrka. W przeddzień konkursu jeden z dziennikarzy zapytał: - Wyobraża sobie pan swój sukces?

- Nie ma sensu zwyciężać przed czasem - powiedział z szerokim uśmiechem Żyła. Tak naprawdę jednak nie wierzył w sukces. W wywiadach powtarzał, że nie umiał dogadać się ze skocznią normalną, a i z dużą nie chce się z nim zaprzyjaźnić. - Sezon jest długi, jest jeszcze szansa dla mnie - dodał jakby myślami był już poza Lahti.

Tymczasem wyjedzie stąd jako największy polski bohater.

czwartek, 02 marca 2017

Luis Enrique ogłosił rozstanie z Barceloną w chwili, gdy jego drużyna wróciła na pozycję lidera Priemera Division.

0:2 z Valencią, 0:2 z Villarreal i 1:3 z Las Palmas - piłkarze Realu Madryt zachowują się ostatnio tak, jakby chcieli sprawdzić z jak głębokich tarapatów są w stanie wybrnąć. W tych trzech meczach zdobyli 4 pkt, stracili 5, co sprawia, że w wyścigu po mistrzostwo Hiszpanii Barcelona znów zależy od siebie.

A przecież tuż po klęsce w Paryżu w 1/8 finału Champions League, Katalończycy mordowali się na Camp Nou z Leganes. W 89. minucie Leo Messi zdobył zwycięską bramkę z karnego, nawet nie potrafił się cieszyć. Kac w Barcelonie był tak wielki. Komentatorzy zauważali jednak, że ten gol może mieć swoją wagę, wcześniej czy później Katalończycy musieli oprzytomnieć, nikt jednak nie przypuszczał w jakie kłopoty wpędzi się Real Madryt.

Wszystko przewróciło się do góry nogami w 11 dni - liczba symboliczna w piłce. Królewscy polegli w Walencji z drużyną z pozoru zupełnie rozbitą. Tuż po zwycięstwie nad Realem Valencia przegrała z Alaves. Tymczasem zespół Zinedine’a Zidane’a grał swoje. W Villarreal przegrywał 0:2, by zdobyć trzy bramki w 19 minut. W meczu z Las Palmas ataku szaleństwa dostał Gareth Bale wylatując z czerwoną kartką. Udało się odrobić dwie bramki straty w dwie minuty.

W tym roku Real rozegrał 14 meczów, osiem razy wygrał i trzykrotnie przegrał: z bilansem bramkowych 35-19. Dla takiej drużyny to oznaka kryzysu. Tak oceniają to hiszpańskie media.

Mimo wszystko „Królewscy” wciąż zależą od siebie. Jeśli wygrają zaległy mecz w Vigo, odzyskają pozycję lidera. Barcelonę podejmą na Santiago Bernabeu, choć to atut niejednoznaczny - w ubiegłym sezonie wygrali na Camp Nou i polegli u siebie aż 0:4.

Ciekawe jaki efekt w Barcy wywoła deklaracja Luisa Enrique? Odchodzi trener, który wygrał 76 proc meczów. Taki statystyk nie miał nawet Pep Guardiola. Trener City już zareagował: „tracimy najlepszego trenera, jakiego Barca mogła mieć” - powiedział.

Z pewnością Enrique by nie ogłaszał swojego odejścia, gdyby relacje z piłkarzami układały się znakomicie. Trener mówi o zmęczeniu, przypomina przy tym, że zespół wciąż jest w grze na trzech frontach. Tyle, że w Dzień Kobiet na Camp Nou zjedzie PSG. Batalia o ćwierćfinał wydaje się przegrana. Trzeba by zespół z Camp Nou wzniósł się na szczyty możliwości. A i tak skończy pewnie za burtą najważniejszych rozgrywek. W Paryżu obaj rywale byli w zupełnie innym miejscu jeśli chodzi o przygotowanie fizyczne. Człapiąc Barca nie ma szans przetrwać w Champions League. Pomimo człapania można wygrać 6:1 ze Sportingiem.

Patrząc na dwa największe hiszpańskie kluby odnosi się wrażenie, że bardziej racjonalne są kłopoty Barcelony. Drużyna z Camp Nou wygrywa dzięki skuteczności Luisa Suareza i przebłyskom klasy Leo Messiego. Cała drużyna nie czuje w sobie animuszu. Real fizycznie wygląda nieźle, kiedy chce potrafi zepchnąć do rozpaczliwej defensywny Valencię, Villarreal, a także Las Palmas grając w dziesiątkę. Coś złego stało się z grą w defensywie, zespół traci masę goli.

Mimo wszystko większymi przegranymi ostatnich dni są „Królewscy”. Gdyby i w tym roku stracili tytuł mistrza Hiszpanii to byłby dla nich koniec świata. Niedawno ich przewaga nad Barcą wynosiła wirtualnie aż 7 pkt. W tym roku Katalończycy stracili w lidze 4 pkt, „Królewscy” aż 10.

Jesienią straty Realu ograniczyły się do 6 pkt za trzy remisy, Barcelona cztery razy remisowała i dwa razy przegrała. Można było przestać wierzyć w szansę na pościg.

poniedziałek, 20 lutego 2017

Jedna porażka i aż tyle nieszczęścia. Leo Messi, Luis Enrique i Gerard Pique nie świętowali nawet zwycięskiej bramki z karnego w ostatniej minucie ligowego meczu z Leganes.

Gdyby ten gol nie padł, Katalończycy definitywnie straciliby pewnie szansę na obronę tytułu. Ale choć Leo Messi trafił do siatki, nie widać oznak życia w Barcelonie. A jeszcze tak niedawno, 22 października w podobnej sytuacji na Estadio Mestalla piłkarze Valencii mieli ogromny żal do Messiego, że zbyt ekspresyjnie cieszył się po zwycięskim golu z karnego na oczach ich sfrustrowanych fanów. Barca wygrała wtedy 3:2 zdobywając bramkę w ostatniej minucie.

Wygląda na to, że porażka, a właściwie klęska w Paryżu rozbiła w drużynie z Camp Nou wszelki entuzjazm. Przez ostatnie lata klub był wyjątkowo odporny na ciosy. Drużyna grała efektownie, została jedną z największych atrakcji turystycznych miasta, co nie przeszkadzało jej kosić trofeów jak dojrzałego zboża.

Frank Rijkaard stworzył wielki zespół, a gdy Ronaldinho popadł w stagnację, Pep Guardiola odbudował wszystko obsadzając w roli głównej Leo Messiego.

Argentyńczyk zapewnił Barcelonie najlepszy okres w jej historii. Po kryzysie Gerardo Martino na Camp Nou pojawił się Luis Enrique. Drużyna przeżyła kolejny wzlot i nic nie wskazywało na to, by dobijała do ściany. Przeciwnie: kosztem 122 mln poszerzyła latem kadrę i wzmocniła w niej rywalizację. To miał być najmocniejszy skład w historii klubu i nagle wszystko się rozpadło na kawałki. Po dotkliwej porażce w Paryżu w Lidze Mistrzów.

Nikt nie myśli dziś, że Barca miała tam słabszy dzień. Wszyscy twierdzą, że na to co się stało na Parc des Princes od jakiegoś czasu się zanosiło. Trudno wierzyć, by Katalończycy mieli się szybko podnieść. Odrobić cztery bramki straty? Niewykonalne. W meczu z Leganes drużyna nie pokazała najmniejszych symptomów sportowej złości. Trwała na boisku bez życia, choć do stracenia było sporo.

Media hiszpańskie zwróciły uwagę na smutek Messiego. A kiedy Leo jest smutny, to głowy nie podnosi cały zespół. Następny mecz na Vicente Calderon, gdzie Barcelona wygrała 1 lutego, niespełna trzy tygodnie temu. Ale do przeskoczenia Atletico potrzebna jest maksimum klasy i chęci. W taki nastroju jak dziś, Katalończycy raczej nie powinni wychodzić na boisko. Mają sześć dni na oprzytomnienie, jeśli je zmarnują, sezon się dla nich skończy na początku marca. Pozostanie majowy finał Pucharu Króla - jak wyrzut sumienia.

Być może czekają Katalończyków głębsze zmiany. Może Messi ma jednak ochotę na grę gdzie indziej? Za kilka miesięcy podpisze ostatni wielki kontrakt w swojej karierze. Nikt nie ma nawet pewności, czy powinien to być kontrakt z klubem z Camp Nou.

Każda era dobiega końca. Może dobiega właśnie barcelońska? Co nie znaczy, że klub czeka wiele sezonów chudych. Real czekał na dziesiąty Puchar Europy 12 lat, ale trudno powiedzieć, by w tym czasie na Santiago Bernabeu nic się nie działo. Działo się wiele. Być może z tej kumulacji rozczarowań zrodziła się w końcu bardzo mocna drużyna. Jeśli „Królewscy” zachowają przewagę nad konkurencją w Hiszpanii, Cristiano Ronaldo po strzeleniu 274 bramek w La Liga zdobędzie w końcu swój drugi tytuł mistrzowski. Messi swój drugi zdobył mając 7 goli i 19 lat.

Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac