blog Darka Wołowskiego
RSS
środa, 13 czerwca 2018

Zmiana selekcjonera na 48 godzin przed pierwszym meczem mundialu to ewenement w skali światowej. Dokonali tego Hiszpanie uchodzący za jednego z faworytów do złota w Rosji.

Kiedy we wtorkowe popołudnie Real Madryt oficjalnie ogłosił, że selekcjoner La Roja 51-letni Bask Julen Lopetegui po zakończeniu mistrzostw świata w Rosji będzie następcą Zinedine’a Zidane’a, hiszpańskie media były w szoku. Przypomniano, że 22 maja Lopetegui przedłużył kontrakt z federacją do Euro 2020. To było zaledwie pięć dni po tym jak Luis Rubiales stanął na czele hiszpańskiego związku. Pierwszą decyzją nowego prezesa było zapewnienie ciągłości pracy drużyny narodowej i swoiste wotum zaufania dla Lopeteguiego.

Ale sytuacja zmieniła się, gdy pięć dni po finale Ligi Mistrzów w Kijowie Zidane ogłosił, że opuszcza Real. Wybuchły spekulacje kto by mógł zostać następcą Francuza, padało sporo nazwisk, nawet Fernando Hierro, dyrektora sportowego hiszpańskiej federacji.

Dziś Lopetegui jest już w Madrycie, a Hierro prowadzi osieroconą reprezentację kraju. W piątek on usiądzie na ławce zespołu, który rozpocznie mundial w Rosji hitowym meczem z Portugalią. Jak to całe zamieszanie wpłynie na piłkarzy La Roja?

„Jesteśmy drużyną, reprezentujemy barwy, herb i kraj. Dla Was i za Was. Wczoraj, dziś i jutro: razem” - napisał w środę na Twitterze kapitan Sergio Ramos.

Hierro mówił, że to był bardzo trudny dzień dla wszystkich, ale gdyby nie wierzył w sukces zespołu w Rosji, nie podjąłby się tej pracy.

Jeszcze we wtorek wydawało się, że to co zrobił Real jest zwykłą niezręcznością. Można było ogłosić komunikat o zatrudnieniu Lopeteguiego kilka tygodni później. W mediach hiszpańskich podano, że królewski klub zapłaci federacji odszkodowanie 2 mln euro za zerwanie kontraktu przez selekcjonera. I sprawa zostanie załatwiona polubownie. Ale kilka godzin później okazało się to niemożliwe. Prezes Rubiales ogłosił, że Lopetegui prowadził negocjacje z Realem bez jego wiedzy. W związku z tym postanowił zwolnić szkoleniowca. - Wiem, że spotka mnie za to wasza krytyka i jestem na to gotowy. Staję jednak w obronie koszulki reprezentacyjnej i barw narodowych - powiedział do dziennikarzy na specjalnie zwołanej w środę konferencji prasowej.

Media podają, że we wtorek wieczorem prezes konsultował się z piłkarzami kadry. Według przecieków gracze Realu na czele z kapitanem Sergio Ramosem byli za tym, by Lopetegui poprowadził ich w Rosji. Ale inni uznali, że selekcjoner złamał słowo. Wmawiał drużynie od miesięcy, że nie ma dla niej nic ważniejszego niż mundial w Rosji, a sam zadbał o własną przyszłość w Madrycie.

Rubiales mówił, że Lopetegui to świetny trener, że rozumie, iż propozycja z Realu jest dla każdego szkoleniowca gratką. - Ale forma postępowania jest ważna - przekonywał. Czy dla tej formy, lub swojej urażonej ambicji, powinien dokonywać rewolucji na 48 godzin przed pierwszym meczem mundialu?

Prasę hiszpańską obiegły konwulsyjne komentarze. „Na dwa dni przed startem mundialu w Rosji selekcjoner Hiszpanii podłożył bombę we własnej szatni” - napisał „El Pais”. „Real źle, Lopetegui jeszcze gorzej” - obwieścił komentator największego hiszpańskiego dziennika. Wtórowały mu nawet życzliwe królewskiemu klubowi madryckie gazety sportowe „Marca” i „As”. Wszyscy uważali, że ogłoszenie odejścia selekcjonera tuż przed pierwszym meczem mundialu w Rosji pachnie skandalem. Media spekulowały, o czym myślałby Lopetegui w czasie mistrzostw: walce o Puchar Świata czy przyszłości Ronaldo, Bale’a i transferach planowanych przez Real tego lata?

Jeszcze we wtorek, przed dymisją Lopeteguiego kamery jednej ze stacji telewizyjnych uchwyciły kłótnię między selekcjonerem, a Fernando Hierro. Rozmawiali w Krasnodarze, gdzie kadra Hiszpanii szykuje się do mistrzostw. Środowy trening drużyny przełożono z rana na popołudnie. Rano z dziennikarzami spotkał się Rubiales, po nim w ogniu pytań miał stanąć Lopetegui, ale wsiadł w samolot i wrócił do Hiszpanii. Trening poprowadził Hierro. I odbył pierwszą konferencję prasową. - Julen pracował wspaniale, ja niczego w drużynie nie zmienię. Przed starciem z Portugalią wykonam tylko to co on miał w planach. Byłem na każdym treningu tej drużyny. Znam plan pracy i każdego z piłkarzy. Dla mnie liczy się Portugalia, dalej w przyszłość nie wybiegam. Nie pytajcie nawet, czy myślę o tym, co będzie po mistrzostwach. Stoimy w Rosji przed wielką szansę i zrobimy wszystko, by ją wykorzystać. Taki jest futbol, bywa, że naszym losem rządzą wydarzenia od nas niezależne - powiedział.

- Czy chciałby pan być Zidane’m La Roja - spytał jeden z dziennikarzy. - Bardzo - odpowiedział Hierro.

Lopetegui objął kadrę Hiszpanii po Euro 2016. Wygrał z nią kwalifikacje mundialu w Rosji, zespół nie przegrał 20 kolejnych spotkań. W sparingu z Argentyną w końcu marca La Roja zwyciężyła aż 6:1. W Rosji była wymieniana w gronie faworytów do złota.

Fernando Hierro to jako piłkarz jedna ze sztandarowych postaci Realu Madryt. Trafił do niego latem 1989 roku za rekordowe 135 milionów peset. W królewskim klubie grał do 2003 roku, czyli 14 lat, rozegrał w nim 579 meczów, zdobył 124 gole. Pięć razy był mistrzem Hiszpanii, trzy razy wygrał Ligę Mistrzów i dwa razy klubowe mistrzostwo świata. Został kapitanem drużyny od 2001 roku. Odszedł jako jeden z kozłów ofiarnych obok trenera Vicente del Bosque, gdy galaktyczna drużyna z Luisem Figo, Zinedine’m Zidane’m i Ronaldo zaczęła przeżywać pierwsze kłopoty. Potem się one tylko nasiliły.

Z reprezentacją Hiszpanii Hierro był na czterech mundialach: 1990-2002, zagrał 12 spotkań, zdobył 5 goli. W sumie w 89 meczach dla La Roja strzelił aż 30 goli, bardzo dużo jak na pomocnika przekwalifikowanego z czasem na środkowego obrońcę.

Słynął z twardego charakteru na boisku. Ale jako trener właściwie nie ma doświadczenia. Pracował rok jako asystent Carlo Ancelottiego w Realu, ale latem 2015 roku, gdy Włoch został zwolniony, odszedł razem z nim. Zaledwie sezon prowadził drugoligowy Real Oviedo, ale po zajęciu ósmego miejsca, nie przedłużono z nim kontraktu. W federacji hiszpańskiej pracował tylko jako dyrektor sportowy. La Roja ma więc trenera bez jakiegokolwiek sukcesu.

W piątek zadebiutuje on na mundialu, a rywalem będzie Portugalia z Cristiano Ronaldo. - Zmiany w kadrze zostaną zredukowane do minimum - powiedział Rubiales. Hierro zagra tak jak miał grać Lopetegui. Tylko czy piłkarze go nie zawiodą?

piątek, 08 czerwca 2018

Tydzień temu 50-milionowym krajem wstrząsnęło zabójstwo 24-letniego Alejandro Penarandy. To czternasty piłkarz zamordowany w Kolumbii w ostatnim ćwierćwieczu.

W poprzedni piątek imprezę w swoim domu w Cali zorganizował Cristian Borja, były zawodnik II-ligowej Cortului, obecnie grający w meksykańskiej Toluce. Wśród gości było kilku innych piłkarzy, w tym Alejandro Penaranda, wychowanek Atletico Nacional, który do 2016 roku grał w America de Cali, by trafić do Cortului jako zawodnik wypożyczony. W pewnej chwili przed domem pojawił się nieznajomy mężczyzna wypytujący o jakąś kobietę, w końcu przeskoczył ogrodzenie i zaczął strzelać. Penaranda zmarł w szpitalu, Borja został niegroźnie postrzelony.

We wrześniu 2017 roku na boisku piłkarskim w Jamundi zamordowano Jaira Abonię byłego piłkarza Millonarios, Cucuta Deportivo i Once Caldas. Czarna lista zaczyna się jednak od morderstwa z lutego 1993 roku, gdy Omar Canas, jedna z gwiazd młodzieżowej reprezentacji Kolumbii na mistrzostwach Ameryki Płd do lat 20 w Argentynie, został zastrzelony razem z trzema innymi osobami - w tym bratem szefa oddziału płatnych morderców.

Największe poruszenie na świecie wywołało jednak zabójstwo Andresa Escobara, piłkarza Atletico Nacional Medellin, z którym w 1989 roku zdobył Copa Libertadores. Escobar został powołany przez legendarnego trenera Francisco Maturanę na mundial w USA w 1994 roku. Rok wcześniej Kolumbia odniosła największe zwycięstwo w swojej historii. Na Estadio Monumental w Buenos Aires wobec 73 tys kibiców pobiła Agentynę 5:0. W tamtej drużynie Albicelestes grali Diego Simeone, Fernando Redondo i Gabriel Batistuta. Kolumbia jechała do Stanów Zjednoczonych w roli faworyta, ale przepadła w grupie, a Escobar wbił bramkę samobójczą w spotkaniu z gospodarzami.

Po powrocie do Kolumbii wybrał się do baru w Medellin, a po wyjściu został otoczony przez bandę mężczyzn, jeden z nich oddał do niego sześć strzałów. Andres zmarł w szpitalu. Na jego pogrzeb przyszło ponad 100 tys ludzi. Morderca został skazany na 43 lata więzienia, wyszedł po 11 za dobre sprawowanie.

Edison Chara, wychowanek Atletico Huila nie był wielkim piłkarzem, ale grał w kilkunastu klubach Kolumbii, Urugwaju i Peru. W 2009 roku doznał ciężkiej kontuzji, walczył o powrót na boisko, udało się odbudować formę, by jeszcze raz wrócić do Peru, a potem wyjechać do II ligi chińskiej. Podczas wakacji w Kolumbii w Puerto Tejada w październiku 2011 roku zginął z rąk zamaskowanej grupy morderców.

Ferley Reyes Rivas piłkarz Union Magdalena został zabity w styczniu 2014 roku u fryzjera, gdzie jego kolega Luis Enrique Asprilla został ranny.

Dwie dekady temu kolumbijscy piłkarze byli zamieszani w wojny gangów narkotykowych. Słynny bramkarz Rene Higuita nie pojechał na mundial do USA, bo trafił do więzienia za udział w porwaniu córki barona Carlosa Moliny na zlecenie jego rywala Pablo Escobara. Kilka lat później zdyskwalifikowano go też za zażywanie kokainy. W tamtych czasach w lidze kolumbijskiej mnożyły się zabójstwa sędziów, porwania działaczy i piłkarzy. O czystości rozgrywek nie było mowy.

Ostatnio sytuacja w Kolumbii się normalizuje, kraj chce walczy ze swoim negatywnym wizerunkiem, stawia na turystykę, a także sport jako czynnik integrujący mieszkańców. Prezydent Juan Manuel Santos z pompą pożegnał drużynę narodową wyruszającą na mundial do Rosji (zagra w grupie H z Polakami). Powiedział, że kolumbijscy piłkarze są natchnieniem dla wszystkich obywateli kraju.

wtorek, 05 czerwca 2018

- To on zrobił różnicę, bo jest jednym z najlepszych piłkarzy na świecie - powiedział Luka Modric. W niedzielę Brazylia pokonała w sparingu Chorwację 2:0, na boisko po ciężkiej kontuzji wrócił Neymar. Z golem na 1:0.

To nie były te słowa Modrica, które cytowały potem wszystkie portale świata. Kiedy pomocnicy Realu i Paris Saint Germain wymieniali się po meczu koszulkami, z ust Chorwata odczytano zdanie „czekamy na ciebie w Madrycie”. Neymar się tylko na to uśmiechnął. Potem w strefie wywiadów dziennikarze pytali Modrica co dokładnie powiedział Brazylijczykowi. Przyznał się tylko do tego, że pytał o zdrowie po kontuzji. Neymar uległ jej w lutym, przeszedł operację i nie grał do niedzieli. - Dobrze go znowu widzieć przy piłce, bo to wspaniały zawodnik, który w dzisiejszym meczu zdecydował o wygranej Brazylii. Dopóki nie było go na boisku, spotkanie było wyrównane - powiedział Chorwat.

Rzecz jasna dziennikarze zadowoleni nie byli. Naiwnie dopytywali Modrica, czy chciałby Neymara w Realu. - Zobaczymy co będzie - powiedział z uśmiechem.

Brazylijczyk był bohaterem minionego lata, gdy PSG wydarło go z Barcelony za rekordowe 222 mln euro. Dostał w Paryżu status najlepiej opłacanego piłkarza świata. Zdobył dla klubu do lutego 28 goli i miał 19 asyst. Ale misji nie wypełnił, nie zdołał pomóc drużynie w awansie nawet do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. W 1/8 finału PSG dwa razy przegrało z Realem, w rewanżu w Paryżu Neymar już nie grał z powodu kontuzji. Na operację i rehabilitację poleciał do Brazylii.

Podobno na szpitalnym łóżku w ojczyźnie zrozumiał, że PSG nie zaspokoi jego ambicji sportowych. Liga francuska jest teatrem jednego aktora. Nikt nie ma szans z zespołem z Paryża utrzymywanym za katarskie miliony jego właścicieli. W ten sposób sezon PSG redukuje się do kilku ważnych meczów w Lidze Mistrzów, gdzie klub z Parku Książąt regularnie zawodzi.

Ponoć Neymar postanowił wrócił do ligi hiszpańskiej, czyli do Realu. Kwota transferu ma wynieść 250 mln euro. Szefowie PSG zaprzeczają pogłoskom o transferze, ale wiadomo, że piłką rządzą kaprysy gwiazd. Jeśli Neymar faktycznie chce wyjechać z Paryża, dopnie swego wcześniej lub później. W PSG Brazylijczyk jest zatrudniony na innych, kosmicznych warunkach, co rodzi zawiść kolegów i konflikty w szatni.

Póki co dla Neymara liczy się mundial w Rosji. Pod koniec maja wrócił do treningów, a z Chorwacją zagrał pierwszy mecz kontrolny. Selekcjoner Tite zaplanował, że na Anfield Road w Liverpoolu wpuści go do gry w drugiej połowie. - Niczego od niego nie wymagałem w tym meczu - tłumaczył. - Jest świetnym piłkarzem, ale nie grał bardzo długo. Sądziłem, że nie stać go na to, co pokazał z Chorwatami.

W 68. min po udanym dryblingu w polu karnym między Kovacicem (Real) i Vrsalijko (Atletico) Neymar kropnął ile sił w prawej nodze, a piłka odbiła się od poprzeczki i wpadła do siatki. Było 1:0 dla Brazylii. Drugą bramkę w 93. min zdobył inny rezerwowy w tym meczu, napastnik Liverpoolu Roberto Firmino.

Wracający po 99 dniach bez gry Neymar zdobył już 54 bramkę dla Brazylii. Przed nim w klasyfikacji wszech czasów są tylko takie legendy jak Pele (77), Ronaldo (67), Zico (66) i Romario (55). Właśnie tę czwórkę Neymar uważa za swoich idoli. - Im nigdy nie dorównam, nigdy nie będę lepszy - powtarza.

Ma 26 lat i teoretycznie nawet osiągnięcie strzeleckie „Króla Futbolu” nie jest poza jego zasięgiem. Ale Pele był trzy razy mistrzem świata, a Neymar w Rosji może pomarzyć o pierwszym tytule. Dotąd wygrał z Brazylią tylko Puchar Konfederacji i złoto igrzysk - trofea drugiej kategorii. Swoje gole zdobywał przede wszystkim w meczach towarzyskich.

- Liczba bramek to nic nieznaczący fakt, tylko dwie cyfry - przyznaje Neymar. - O piłkarzu świadczą tytuły.

Po meczu z Chorwacją Tite kilka razy powtarzał, że Neymar jest tylko człowiekiem, że nie zamierza kadry opierać na nim, ani nakładać na niego zbyt dużej presji. - On ma być ważnym ogniwem silnej drużyny, a nie gwiazdą słabej - tłumaczy selekcjoner. Cztery lata temu na mundialu w Brazylii był gwiazdą przeciętnego zespołu Luiza Felipe Scolariego, który w półfinale poległ z Niemcami 1:7. Neymar nie zagrał z powodu kontuzji, a „Canarinhos” przeżyli historyczną traumę. W Rosji chcą być mądrzejsi i lepsi. Bukmacherzy znów widzą w nich faworytów mistrzostw.

piątek, 01 czerwca 2018

878 dni, 149 meczów i aż 9 trofeów – Zinedine Zidane zszokował świat ogłaszając decyzję o opuszczeniu Realu Madryt pięć dni po tym jak wygrał z nim Ligę Mistrzów trzeci rok z rzędu

Dla wielu trenerów ławka Realu była jak krzesło elektryczne. Niemiec Jupp Heynckes został wyrzucony z pracy nawet po zwycięstwie w Lidze Mistrzów w 1998 roku. Hiszpana Vicente Del Bosque zwolniono po całej serii sukcesów (2003 rok), a Włocha Fabio Capello dwa razy po mistrzostwie kraju. Zidane odchodzi sam. W szczycie.

– Być może, kto wie – powiedział, gdy jeden z dziennikarzy zapytał go, czy zostałby na stanowisku, gdyby Real przegrał niedawny finał Ligi Mistrzów w Kijowie z Liverpoolem. Może szukałby okazji do rewanżu, a tak poczuł spełnienie, zmęczenie, po wypalenie. – Nie znoszę przegrywać, dla mnie liczy się tylko zwycięstwo. A teraz czuję, że aby ta drużyna nadal mogła wygrywać, potrzebuje zmiany i nowego trenera.

Jak zwykle elegancki: w niebieskiej marynarce i czarnym swetrze. Wzruszony, ale opanowany, bo jak mówił trener Realu musi przede wszystkim panować nad sobą i zarażać spokojem otoczenie. Po kilkunastu latach życia w Madrycie Zidane wciąż ma pewien kłopot z wyrażeniem się po hiszpańsku. Podczas pożegnania głos mu się łamał, ale swoją osobowością, charyzmą jeszcze raz emanował na wszystkich.

Gdy konferencja dobiegła końca, dziennikarze zgotowali mu owację. Wstał, uścisnął siedzącego obok prezesa Florentino Pereza i wyszedł. Za chwilę agencje fotograficzne puściły w świat symboliczne zdjęcia jak zamyka za sobą drzwi. Drzwi najbardziej utytułowanego klubu na Ziemi, który w zaledwie 2,5 roku pracy wyniósł na szczyt.

Podczas półgodzinnej pożegnalnej konferencji prasowej Florentino Perez siedział obok Zidane’a z poważną, wręcz kwaśną miną. Francuz przekonywał jego i innych, że to wcale nie jest smutny dzień dla klubu. – Czuję, że nadszedł czas, żebym przestał tu być trenerem, ale moje serce należy do Realu, zawsze będę blisko klubu.

W 2001 roku Perez wydał na sprowadzenie Zidane’a z Juventusu rekordowe 65 mln dolarów. I właśnie tamten dzień Zizou uważa za najszczęśliwszy w swojej karierze. – Piłkarzy są tysiące, wszyscy chcieliby grać w Realu, ale tylko nielicznym jest to dane – powiedział.

Najszczęśliwszy dzień w roli trenera? – Gdy przed rokiem wygraliśmy ligę hiszpańską. Liga to dla mnie najważniejsze rozgrywki – wyjaśnił. Najgorszym dniem Zidane’a był 24 stycznia 2018 roku, gdy na Santiago Bernabeu przybyło skromne Leganes i wygrało 2:1 pozbawiając Królewskich awansu do półfinału Pucharu Króla. – Wtedy byłem zdruzgotany.

Czy to wtedy Zizou podjął decyzję, że odchodzi? Przecież na konferencji prasowej w lutym zapewniał dziennikarzy, że zrobi co w jego mocy, by utrzymać się na stanowisku trenera Realu jak najdłużej. Bo ta praca jest szczytem jego marzeń.

Ale w czwartek, podczas pożegnania przyznał jednak, że nie mówił w lutym całej prawdy. Kiedy więc podjął decyzję? – Pozwoli pan, że zachowam to dla siebie – powiedział jednemu z dziennikarzy. Innego zapewnił, że nie ma to nic wspólnego ze słowami Cristiano Ronaldo, który po wygranym finale Ligi Mistrzów z Liverpoolem zasugerował, że odchodzi.

Jako piłkarz Zidane był geniuszem, ale przez 18 lat zawodowej kariery po triumf w Lidze Mistrzów sięgnął raz (2002 rok). Trenerem Realu został 4 stycznia 2016 roku. Przejął królewski zespół pogrążony w kryzysie, niedługo po porażce z Baceloną na Santiago Bernabeu 0:4. Perez zwolnił Rafę Beniteza i zatrudnił Zidane’a, który przybył na konferencję prasową z żoną – modelką Veronique Fernandez i synami. Wszyscy czterej trenują w różnych kategoriach wiekowych Realu Madryt. Niedawno 20-letni Luca Zidane, który jest bramkarzem zadebiutował w pierwszej drużynie Królewskich u ojca.

Początki trenera Zidane’a były trudne. Wróżono mu poważne kłopoty, gdy po porażce w derbach Madrytu z Atletico 0:1 zaatakował piłkarzy za to, że nie włożyli w walkę 100 procent serca. Ale gwiazdorska szatnia Realu nie obraziła się na trenera, bo dla Ronaldo, Modrica, i wielu innych Francuz był idolem z boiska. Słuchali go, a on prowadził ich do sukcesów. Przede wszystkim w Lidze Mistrzów, którą wygrali trzy razy rok po roku. W 30 miesięcy Zidane dołączył do najbardziej utytułowanych szkoleniowców w historii rozgrywek. Tylko nieżyjący Bob Paisley z Liverpoolu i 59-letni Carlo Ancelotti (Milan i Real) prowadzili drużyny do trzech triumfów w Pucharze Europy.

W 878 dni na ławce Realu Zidane zdobył aż 9 trofeów. Więcej (14) wywalczył Miguel Munoz, ale Hiszpan poprowadził Królewskich w 604 spotkaniach. Zidane w zaledwie 149. Po sobotnim finale Ligi Mistrzów z Liverpoolem był już żywą legendą, Tylko cztery drużyny w historii potrafiły wznieść Puchar Europy po trzy razy z rzędu. Real z Alfredo Di Stefano, Ajax z Johanem Cruyffem i Bayern z Franzem Beckenbauerem. A teraz Real Zidane’a z Cristiano Ronaldo.

Zizou to postać niezwykła, tajemnicza. Karierę piłkarską zakończył z czerwoną kartką w finale mistrzostw świata 2006 roku, po ciosie bykiem jaki wymierzył prowokującemu go Włochowi Marco Materazziemu. Mógł grać w piłkę nadal, ale zrezygnował, przerwał karierę w Realu, gdzie miał zagwarantowaną jeszcze przez rok pensję 5 mln euro. Teraz znów opuszcza Królewskich przedwcześnie. Ale mówi, że jako trener nie jest wypalony i zapewne podejmie pracę gdzie indziej. W ofertach będzie przebierał?

To niewiarygodne, ale przez ten wspaniały okres w Realu Zidane nie doczekał opinii trenerskiego geniusza. Raczej kogoś kto nie przeszkadza wybitnym piłkarzom pokazać pełni możliwości. – Zabawne jest, że do finału Ligi Mistrzów dotarło dwóch trenerów, którzy nie mają pojęcia o taktyce – ironizował niedawno szkoleniowiec Liverpoolu Juergen Klopp. Czy Zidane sprawdzi się w kolejnym miejscu pracy? Szybko się przekonamy.

wtorek, 29 maja 2018

Umyślił sobie, że zostanie kolejnym wcieleniem Santiago Bernabeu i sprowadzi do klubu kolejne wcielenie Alfredo Di Stefano. Na naszych oczach ta niewiarygodna historia staje się faktem.

- Żaden prezes nie zrobił dla Realu więcej niż Florentino Perez - mówił mi legendarny Emilio Butragueno. Dekadę temu brzmiało to mało przekonująco, a nawet ocierało się o groteskę. Perez zbudował galaktyczny zespół z Figo, Zidanem, Ronaldo, Beckhamem i innymi, ale dość szybko stracił kontrolę nad gwiazdorami i w lutym 2006 roku, jako pierwszy prezes w historii Realu, podał się do dymisji.

Wydawało się, że historia dobiegła końca, a marzenie bogatego przedsiębiorcy budowlanego pękło jak bańka mydlana. „Zespołu nie buduje się jak budynku” - szydzono z Pereza. Butragueno stawał w jego obronie. Mówił, że Florentino wydobył klub z kryzysu finansowego, uzdrowił jego fundamenty, na których można budować sukces. Przez kolejne lata Real był liderem listy najbogatszych, ale w Lidze Mistrzów zaliczał zawstydzającą serię porażek w 1/8 finału. Zatrzymał się na sześciu.

2009 rok był chwilą wielkiej eksplozji Barcelony. Co tylko potęgowało kaca w Madrycie. Pep Guardiola olśnił świat z drużyną opartą na wychowankach, która zdobyła sześć trofeów w bajecznym stylu. Na Santiago Bernabeu rozbiła Real 6:2. Trzeba było mieć mnóstwo odwagi, by rzucić wtedy wyzwanie Katalończykom.

Tę odwagę miał Perez, który wrócił do klubu z Madrytu w czerwcu 2009 roku. Przeprosił za błędy pierwszej kadencji i powiedział, że ich nie powtórzy, a jeśli kibice nie wierzą jemu, niech uwierzą jego prawej ręce Zinedine’owi Zidane’owi. Uwierzyli. I wybrali.

Kryzys nie został przełamany z marszu, choć Perez zszokował świat transferami za 264 mln euro. To był rekord wszechczasów. W imieniu biednych tego świata protestowało watykańskie pismo „L’Osservatore Romano”, a nawet prezydent UEFA Michel Platini krytykował Real.

Tamta drużyna z Cristiano Ronaldo, Karimem Benzemą, Kaką, Xabim Alonso nie zrobiła furory natychmiast. W 1/8 finału Ligi Mistrzów poległa z przeciętnym Lyonem. Z Realu i z Pereza świat śmiał się w głos.

Zdesperowany prezes najbogatszego klubu na ziemi zatrudnił Jose Mourinho. Galaktyczny trener miał chwycić za gardło gwiazdorską szatnię. I rozpocząć pościg za Barceloną. To był rodzaj nagrody. Dzięki Mourinho Katalończycy nie wygrali Ligi Mistrzów w 2010 roku, gdy finał odbywał się na Santiago Bernabeu. Gdyby do tego doszło fani Realu przeżyliby historyczną traumę.

Mou wywołał Guardioli i Barcelonie wojnę. Brutalną, totalną, bezwzględną. Wykraczającą poza boisko. Swoim zachowaniem wywoływał niesmak nawet w Realu, szczycącym się opinią klubu dżentelmenów. Sukcesu nie odniósł, ale wprowadził zespół na wyższy poziom. Do półfinału Ligi Mistrzów. On zaczął serię, która trwa do dziś. Przez osiem lat Królewscy zawsze są w czwórce najlepszych na kontynencie.

Latem 2012 roku Perez dokonuje kluczowego transferu. Cichego, bo za zaledwie 30 mln euro. Na Bernabeu trafia z Tottenhamu Luka Modric, a dwa lata później kolejny geniusz środka pola Toni Kroos. Jeszcze tańszy: Perez płaci za niego Bayernowi ledwie 20 mln euro. Tak powstaje wspaniały środek pomocy, bez którego zdominowanie Ligi Mistrzów nie byłoby możliwe.

W zaciszu, na głębokim zapleczu Zidane przygotowywał się do roli trenera. Z Mourinho współpracować nie chciał. Z rezerwami klubu sukcesów nie odniósł. Ale miał być madrycką odpowiedzią na Guardiolę i nią został, niedługo po tym jak pod koniec 2015 roku Barcelona wygrała na Santiago Bernabeu 4:0. Tamten rok znów był rokiem Katalończyków. Na początku następnego na scenę wkroczył Zidane i poprowadził Real do trzech kolejnych triumfów w Champions League. Tylko nieżyjący już Bob Paisley (Liverpool) i nauczyciel Zizou 59-letni Carlo Ancelotti (Milan i Real) wygrali te rozgrywki trzykrotnie jako trenerzy.

Główną rolę odegrał Cristiano Ronaldo - sześciokrotny król strzelców Ligi Mistrzów. Niewielu zwróciło uwagę, że po zwycięstwie nad Liverpoolem w Kijowie pokazał do kamery pięć palców. Wygrał Ligę Mistrzów po raz piąty (raz z MU, cztery razy z Realem), więcej niż Leo Messi z Barcelony (cztery) i tyle samo co Di Stefano.

W Kijowie wywołał szok, bo po zwycięstwie nad Liverpoolem zasugerował, że odchodzi z klubu. Dziennik „El Pais” skomentował, że to przejaw chorobliwego ego piłkarza, który nie błysnął w finale, a i tak chce być w centrum zainteresowania. Dokonania CR7 są jednak nie do podważenia (120 goli w Lidze Mistrzów), on tak jak i Perez spełnia swoje wygórowane plany. Ci, którzy nie tak dawno się z nich śmiali, muszą teraz milczeć.

Perez wygrał Ligę Mistrzów pięć razy, Santiago Bernabeu sześć, dwa razy Lorenzo Sanz. W gablotach klubu nie ma już miejsca na 13 kopii Pucharu Europy.

niedziela, 20 maja 2018

Bezdyskusyjne zwycięstwo 3:0 nad Olympique Marsylia w finale Ligi Europy w Lyonie to kolejny dowód jak unikalną drużyną jest Atletico Madryt.

- Będę musiał połknąć własne słowa - powiedział wzruszony kapitan drużyny Gabi. Zaledwie 5 miesięcy wcześniej po remisie z Chelsea na Stamford Bridge wypalił, że Liga Europy to gówniane rozgrywki. Frustracja była uzasadniona. Klub z Madrytu stracił wtedy awans do 1/8 finału Ligi Mistrzów i wielkie marzenie o jej wygraniu kolejny raz legło w gruzach. A przecież trener Diego Simeone ogłaszał, że Atletico, które przeprowadziła się minionego lata na nowoczesny stadion Wanda Metropolitano, ma najsilniejszą kadrę w historii. Zimą wygasł zakaz transferów FIFA, zespół wzmocnili reprezentanci Hiszpanii Vitolo i Diego Costa.

Gabi to w jakimś sensie symbol Atletico. Wychowanek klubu oddawany do słabeuszy takich jak Getafe i Real Saragossa, z którym spadł nawet do II ligi.

Do Madrytu wrócił mając 28 lat. Odkupiony za 3 mln euro. W Hiszpanii uchodził za wyrobnika i przeciętniaka. Choć był kiedyś powoływany do reprezentacji młodzieżowych, w kadrze A nie było miejsca dla pomocnika z wielkim sercem do walki, ale bez błysku. I dopiero Simeone zrobił z niego centralną postać Atletico. I jego kapitana.

Ich pierwszym wspólnym trofeum była Liga Europy w 2012 roku, potem Puchar Króla (2013), mistrzostwo Hiszpanii (2014). Dwa razy dotarli do finału Ligi Mistrzów (2014 i 2016). Na deser wygrali Superpuchar Hiszpanii (2014) i Europy (2012).

Z chłopca do bicia, Atletico stało się postrachem na kontynencie. W Lidze Mistrzów biło Barcelonę, Bayern i wszystkich poza Realem. Królewskich gnębiło w lidze. Od sezonu 2013-2014 w Primera Division Real wygrał derby Madrytu tylko raz na 10 meczów.

Styl gry Atletico jest taki jak jego kapitana. Złośliwi twierdzą, że z epoki kamienia łupanego. W jakimś stopniu potwierdził to środowy finał Ligi Europy z Marsylią. Atletico wygrało 3:0 bezdyskusyjnie, po dwóch bramkach Antoine’a Griezmanna i Gabiego. Dominowało od początku do końca, tyle, że w swoim stylu. Czyli z mniejszym posiadaniem piłki (43 proc), mniejszą liczbą strzałów (11-12), mniejszą liczbą celnych podań (209-318), większą liczbą podań niecelnych (115-104). Piłkarz Marsylii wykonali nawet więcej dryblingów, ponad trzy razy więcej dośrodkowań w pole karne. Zaliczyli tyle samo odbiorów piłki (po 53). I na boisku nie mieli nic do powiedzenia. Paradoks? Nie. Tak właśnie dominuje zespół Simeone.

Niechętni zarzucają mu brutalność. W finale w Lyonie gracze Atletico faulowali 9 razy, dwa razy mniej niż francuscy rywale. Ich wygrana nie była zresztą żadnym zaskoczeniem, uchodzili za murowanego faworyta.

Gabi musiał się przeprosić z Ligą Europy. Okazałe trofeum w Lyonie odebrał razem z Fernando Torresem. Mija 17 lat odkąd „El Nino” debiutował w Atletico, w II lidze. Wyrósł na światową gwiazdę, trofea zdobywał jednak z reprezentacją Hiszpanii i w innych klubach. Przeciw Marsylii zagrał kilkadziesiąt sekund, na pożegnanie z ukochanym Atletico, z którego odchodzi. Liga Europy 2018 będzie więc jedynym trofeum Torresa z klubem, który go wychował.

Kibiców bardziej martwi przyszłość Griezmanna. Najjaśniejsza gwiazda przeprowadza się ponoć do Barcelony. Ale taki los Atletico. Rzadko jest ostatnim przystankiem dla wielkich piłkarzy. Tym większy szacunek dla Simeone, który sam był walczakiem na boisku i dziś nie gardzi piłkarzami podobnymi do siebie.

środa, 16 maja 2018

Dwa razy grało Atletico Madryt w finale Ligi Europy i dwa razy wygrało. Dwa razy grał Olympique Marsylia i dwa razy przegrał. Dziś w Lyonie faworytem jest zespół Diego Simeone.

Rudi Garcia nie chciał być miłosierny dla swoich piłkarzy. Po rozegraniu morderczej, choć zakończonej zwycięskim golem dogrywki w półfinałowym starciu z Red Bull Salzburg, powiedział krótko „nic się nie stało”. - Ani nie awansowaliśmy jeszcze do Ligi Mistrzów, ani nie zdobyliśmy trofeum. Żaden z naszych celów nie został więc osiągnięty. W finale faworytem będzie Atletico, ale my pojedziemy do Lyonu po zwycięstwo - przekonywał trener Marsylii.

54-letni Rudi Garcia jest synem emigranta, byłego piłkarza, który uciekł z Hiszpanii podczas wojny domowej. Imię dostał na cześć niemieckiego kolarza Rudiego Altiga, zwycięzcy Vuelta a Espana z 1962 roku. Na piłkarza i trenera wyrósł przede wszystkim w Lille, z którym w 2011 roku zdobył dublet: mistrzostwo i Puchar Francji. W tamtej drużynie grali Eden Hazard i Adil Rami - dziś piłkarz Marsylii.

Dwa lata później Rudi Garcia trafił do Romy, gdzie zaczął sezon Serie A od dziesięciu kolejnych zwycięstw (rekord klubu). W następnym sezonie był już jednym z kandydatów na szkoleniowca Barcelony. Katalończycy postawili jednak na Argentyńczyka Gerardo Martino. Pomylili się.

Od października 2016 roku Rudi Garcia prowadzi Marsylię. Jego nominację ogłoszono trzy dni po tym jak amerykański biznesmen Frank McCourt, były szef drużyny baseballowej Los Angeles Dodgers kupił francuski klub za 45 mln euro. Razem z nimi w Marsylii pojawił się były dyrektor sportowy Barcelony Andoni Zubizarreta. Ten, który na Camp Nou sprowadzał Neymara, a zwolniony został jako kozioł ofiarny w 2015 roku, tuż przed tym jak Barca sięgnęła po potrójną koronę. - Żona nazywa mnie idiotą, ale do dziś oglądanie meczów Barcelony sprawia mi ból - przyznał niedawno.

McCourt, Rudi Garcia i wyleczony z depresji Zubizarreta zbudowali Marsylię od nowa, choć jak podkreśla Bask „Nie jesteśmy PSG, ani Manchesterem City”. Sprowadzono Payeta, Sansona, Evrę, którego w listopadzie wyrzucono z klubu za kopnięcie kibica w bójce przed meczem Ligi Europy. - W 18 miesięcy dokonaliśmy 54 transakcji transferowych przeglądając 700 kandydatów do zespołu - mówi Zubizarreta.

Efekt przyszedł szybko. Marsylia jest trzeci raz w finale Ligi Europy, poprzednie dwa przegrała jeszcze w erze Pucharu UEFA (1999 i 2004). Z Parmą poległa w Moskwie 0:3, z Valencią w Goeteborgu 0:2. Dziś w Lyonie musi więc przełamać kilka barier. Przede wszystkim zdobyć pierwszą bramkę. Tylko jak tego dokonać skoro Atletico ma najszczelniejszą defensywę w Europie?

Dla zespołu z Madrytu Liga Europy to dziś tylko trofeum pocieszenia. Atletico zdobyło je dwa razy: w 2010 i 2012 roku, ten drugi triumf już z Diego Simeone na ławce. Legendarny trener „Colchoneros” w Lyonie ma usiąść na trybunach, jest zawieszony przez UEFA za zachowanie podczas półfinałów z Arsenalem. Atletico próbowało zaskarżyć tę decyzję nawet w trybunale arbitrażowym TAS.

Marsylia chce przejść tę samą drogę, którą idzie Atletico. Gdy w 2010 roku wygrywało Ligę Europy przełamało wieloletnią passę rozczarowań i frustracji. Klub z Madrytu przestał być chłopcem do bicia, odzyskał prestiż, wrócił do europejskiej czołówki. Dwa razy dotarł do finału Ligi Mistrzów przegrywając go po dogrywce (2014 rok) i karnych (2016) w bratobójczej walce z Realem Madryt. W tym sezonie, po transferach reprezentantów Hiszpanii Diego Costy i Vitolo Simeone ogłaszał, że Atletico ma najmocniejszą kadrę w swojej historii. Wielkim rozczarowaniem była porażka w fazie grupowej Champions League. Dziś trzeba wygrać Ligę Europy choćby ze względu na Fernando Torresa. „El Nino” opuszcza ukochany klub, z którym nigdy jeszcze nie zdobył trofeum. Jeśli Atletico wygra finał w Lyonie, właśnie Torres ma pierwszy podnieść puchar. Momentów symbolicznych będzie więcej, z klubem żegna się prawdopodobnie także jego największa gwiazda - Antoine Griezmann (6 goli w tej edycji LE) od nowego sezonu zagra w Barcelonie.

10-krotny mistrz kraju Olympique Marsylia to najpopularniejszy klub we Francji, pierwszy i jedyny w Ligue 1, który szczyci się triumfem w Lidze Mistrzów. Od wiekopomnego zwycięstwa w finale z 1993 roku nad Milanem, przez ćwierć wieku grał w Europie tylko drugoplanowe role. Tamten historyczny wzlot był wyjątkowo kosztowny, ówczesny prezes Bernard Tapie został aresztowany za korupcję, klub stracił mistrzostwo Francji i został zdegradowany do II ligi. Od tamtej pory mistrzem kraju był zaledwie raz w 2010 roku.

Do Lyonu przybędą rzesze marsylczyków. Zubizarreta i władze OM mają zrobić wszystko, by powrót Marsylii do Europy obył się bez awantur, z których ultrasi klubu niestety słyną.

czwartek, 10 maja 2018

We wtorek prezes Enrique Cerezo próbował przekonać Antoine’a Griezmanna, by został w Atletico Madryt. O Francuza zabiega FC Barcelona.

Przed rokiem wszystko wskazywało na to, że Griezmann przeniesie się do Manchesteru United. Angielski gigant gotów był zapłacić za Francuza 84 mln funtów - tyle wynosiła klauzula w jego kontrakcie z Atletico. Rozmowy były zaawansowane na tyle, że gdy Griezmann zmienił zdanie, osobiście zadzwonił do Manchesteru, by rozmawiać z trenerem Jose Mourinho. Wyjaśnił wtedy Portugalczykowi dlaczego zostaje w Madrycie.

Latem 2017 roku Atletico było ukarane przez FIFA zakazem transferów. Gdyby Grizmann odszedł, nie miało by szansy go zastąpić. Francuz dostał w Madrycie podwyżkę do 10 mln euro netto za sezon i przedłużył kontrakt do 2022 roku. W rozmowy z napastnikiem zaangażował się trener Diego Simeone, który przekonał Francuza do pozostania.

Griezmann zawdzięcza Atletico bardzo dużo. Cztery lata temu wykupiło go z Realu Sociedad za 30 mln euro. Gwiazda Francuza rozbłysła w Madrycie, dziś uważany jest za lidera zespołu i jednego z najlepszych napastników świata.

Nic dziwnego, że parol na Griezmanna zagięła także Barcelona. Umowa między Atletico i Francuzem stanowi, że 30 czerwca 2018 roku klauzula wykupu spada z 200 do 100 mln euro. Dla Katalończyków to cena niemal promocyjna, znacznie więcej zapłacili poprzedniego lata za nastolatka Ousmane Dembele i kilka miesięcy temu za Brazylijczyka Philippe Coutinho. Ci dwaj kosztowali klub z Camp Nou 300 mln euro.

27-letni Griezmann przekonany jest, że nadszedł czas na przenosiny do zespołu z najwyższej półki.

O tym, że Barcelona zabiega o Francuza wiemy z ust jej prezesa Jose Marii Bartomeu, napastnika Luisa Suareza i dyrektora Guillermo Amora. Pierwszy przyznał, że latem 2017 spotkał się z Griezmannem, a w październiku rozmawiał z jego agentem. Drugi stwierdził w wywiadzie, że „Antoine nie przychodzi do Barcelony, by zabrać komuś miejsce w składzie, ale osiągać wielkie cele w najlepszym zespole na świecie”. Trzeci powiedział w telewizji: „Być może były jakieś kontakty z Griezmannem, rozmowy, wiadomo, że naszym obowiązkiem jest zabieganie o dobrych piłkarzy”.

Te trzy wypowiedzi wzburzyły szefów Atletico. Największy udziałowiec klubu Miguel Angel Gil Marin wydał w tej sprawie oświadczenie. Stwierdził, że traktując Griezmanna jako swojego piłkarza, Barcelona okazuje brak szacunku dla Atletico i jego fanów. Zwłaszcza w chwili, gdy klub z Madrytu szykuje się do finału Ligi Europy. Zasugerował, że Atletico zażąda kary dla Barcy i odszkodowania. Transfer może być więc droższy niż 100 mln euro.

We wtorek po południu prezes Atletico spotkał się z Griezmannem, by jeszcze raz namówić go do pozostania na Wanda Metropolitano. Obiecał mu podwyżkę do 20 mln euro za sezon i transfer czterech piłkarzy, którzy pomogą Atletico osiągać lepsze wyniki. Antoine spędził w Madrycie cztery lata, zdobył 110 goli, ale wywalczył tylko Superpuchar Hiszpanii. Zagrał w finale Ligi Mistrzów przeciw Realowi Madryt w 2014 roku, ale przestrzelił karnego. Atletico przegrało po w serii jedenastek.

Po spotkaniu Griezmanna z Cerezo, prezes Atletico stwierdził: „Antoine jest naszym piłkarzem i kropka”. Pytanie: „jak długo” pozostaje bez odpowiedzi.

Prasa hiszpańska podaje, że Francuz podejmie i ogłosi decyzję w sprawie transferu do 20 maja. Sam Griezmann powiedział, że chce to zrobić przed mundialem, by w Rosji skupić się wyłącznie na grze dla Francji. Na Euro 2016 został królem strzelców turnieju (6 bramek) i wybrano go na gracza numer 1, ale w finale „Trójkolorowi” ulegli niespodziewanie Portugalii 0:1. W plebiscycie Złota Piłka za tamten rok Griezmann zajął trzecie miejsce za Cristiano Ronaldo i Leo Messim. Już w marcu dziennik „El Pais” napisał, że to Messi namawia szefów Barcy na to, by zatrudnili Francuza.

Griezmann nie jest wychowankiem francuskiej myśli szkoleniowej. Kluby w jego rodzinnym kraju odrzucały go jeden po drugim ze względu na mikrą posturę. Gdy miał 13 lat przygarnął go baskijski Real Sociedad, rodzice zgodzili się, by wyjechał za granicę. W kontrakcie Francuza z Atletico jest zapis, że Sociedad otrzyma procent od kolejnego transferu piłkarza. Jeśli Barca zapłaci za niego 100 mln euro, 20 mln zarobią Baskowie.

wtorek, 08 maja 2018

„Gdyby to była gra o mistrzostwo, skandal byłby jeszcze większy” - napisał na pierwszej stronie dziennik „Marca” uważając, że sędzia skrzywdził piłkarzy Realu Madryt. Hiszpański klasyk na Camp Nou (2:2) otarł się o temperaturę wrzenia.

Zinedine Zidane czekał w tunelu Camp Nou pięć minut, by uściskać Andresa Iniestę. - To nie jest piłkarz byle jaki, jestem jego fanem, w nas wszystkich budził zawsze podziw i szacunek - mówił wcześniej. 34-letni pomocnik Barcelony zagrał w niedzielę ostatni mecz przeciw Realowi Madryt. Marzył, że będzie to finał Ligi Mistrzów, ale Katalończycy przeżyli traumę już w ćwierćfinale odpadając z Romą.

W swoim pożegnaniu z hiszpańskim klasykiem Iniesta wytrwał na boisku 57 minut. Od wygranego finału Pucharu Króla walczy z kontuzją, ale jak mówi chce cieszyć się każdą chwilą swojego ostatniego sezonu na Camp Nou. Z remisu z Realem był zadowolony. Barcelona wciąż może zakończyć rozgrywki bez porażki. Poprzednio w lidze hiszpańskiej dokonały tego Real i Athletic, ale było to w latach 30-tych ubiegłego stulecia. Do końca rozgrywek Katalończycy zagrają trzy mecze z Villarrealem, Levante i Realem Sociedad.

Ale i Real miał powody, by remis na Camp Nou przyjąć z zadowoleniem. To czwarty kolejny mecz Królewskich na stadionie Barcelony bez porażki. Ostatnio taka seria przydarzyła się im 53 lata temu, kiedy trenerem był słynny Miguel Munoz. W niedzielę Zidane mu dorównał.

Trener Realu musiał czekać na Iniestę, bo po klasyku gracze Barcy zostali parę minut dłużej na boisku. Stoper Gerad Pique namówił pracowników klubu, by zorganizowali piłkarzom szpaler w podziękowaniu za tytuł mistrza Hiszpanii. Zwyczajowo powinni to byli zrobić piłkarze Realu, ale ich trener podjął decyzję, że szpaleru nie będzie. Zidane uznał, że tradycję złamała Barcelona, kiedy pół roku wcześniej nie uhonorowała Królewskich po ich triumfie w mundialu klubów.

Zapiekłość po obu stronach kończy się, gdy chodzi o Iniestę. Ale tylko na chwilę. W meczu bez stawki, przed którym Barcelona miała tytuł mistrzowski w kieszeni, walka trwała na śmierć i życie. Najpierw piłkarze obu drużyn olśnili klasą sportową: wykwintnymi akcjami, sztuczkami technicznymi, golami, by w końcówce pierwszej części spotkania rzucić się w wir awantur. Prowokacje, faule, złośliwości, po których Sergi Roberto wyleciał z boiska. Na czerwoną kartkę zasłużył także Gareth Bale za brutalny atak z tyłu w nogi Samuela Umtitiego.

Niestety w drugiej połowie sędzia Hernandez Hernandez nie zapanował nad piłkarzami i wydarzeniami. Sergio Ramos opowiadał, że w przerwie Leo Messi całą drogę do szatni tłumaczył arbitrowi jak skrzywdził Barcelonę. I zdaniem kapitana Realu wywarł na nim presję. W 51. min, gdy Luis Suarez faulował Raphaela Varane’a, arbiter nie reagował, co skończyło się golem Messiego na 2:1. Urugwajczyk przyznał po meczu, że faulował Francuza. Kolejny poważny błąd Hernandeza Hernandeza nastąpił w 76. min, gdy Jordi Alba w polu karnym kopnął Marcelo. Było 2:2, ale Real nie dostał karnego.

W Hiszpanii po meczu media pisały i mówiły o błędach arbitra więcej niż o Inieście, kontuzji Cristiano Ronaldo i porywającym meczu. Zidane był innego zdania. Uważał, że mimo wszystko w niedzielę wygrał futbol. Jego głos zagłuszyły komentarze o tym, że największy spektakl świata jakim jest hiszpański klasyk nie zasługuje na tak karygodnie złe sędziowanie. Było też kilka teorii spiskowych. Komentatorzy z Madrytu twierdzili, że arbiter pilnował remisu, by Barca zachowała status niezwyciężonej. A dziennik „Marca” zastanawiał się jaki byłby skandal, gdyby w tych okolicznościach decydowała się sprawa tytułu mistrzowskiego. W rewanżu komentatorzy z Barcelony ironizowali, że piłkarze Realu za mocno przywykli do tego, że w Lidze Mistrzów sędziowie mylą się wyłącznie na ich korzyść. W sumie, jak na mecz bez stawki, emocji i kontrowersji było aż za dużo.

Wśród gestów wrogości i zacietrzewienia zdarzały się wyjątki. Kiedy Cristiano Ronaldo wyrównał stan meczu na 1:1, wpadł do bramki Barcy z piłką atakowany ostro z tyłu przez Gerarda Pique. Portugalczyk skręcił kostkę, Hiszpan podał mu rękę i przez chwilę szli razem. Ronaldo kulał, Pique pomagał mu przezwyciężyć ból. Na drugą połowę CR7 już nie wyszedł, ale na finał Ligi Mistrzów z Liverpoolem 26 maja w Kijowie będzie gotowy.

poniedziałek, 30 kwietnia 2018

Po zwycięstwie w La Corunii 4:2 ósma podwójna korona w historii Barcelony stała się faktem. Ale na dokonaniach trenera Ernesto Valverde cieniem kładzie się klęska w Lidze Mistrzów.

Wsparty o daszek ławki dla rezerwowych Andres Iniesta będzie najsmutniejszym wspomnieniem tego sezonu dla Katalończyków. Podczas rewanżu w ćwierćfinale Champions League z Romą w Rzymie, trener zdjął weterana w końcówce, by desperacko bronić awansu. Barca przegrywała 0:2, a dane zapisane w jej DNA wskazywały, że powinna się ocknąć i ruszyć do ataku. Trzeci gol dla Romy był nieszczęściem, któremu Valverde powinien był zapobiec. Ale tego nie zrobił. Zabrakło odwagi?

Drużyna mknęła do tej chwili jak pociąg pospieszny. W lidze hiszpańskiej i Lidze Mistrzów nie przegrała ani razu. W tych drugich rozgrywkach straciła zaledwie trzy gole, kto mógł przypuszczać, że drugie tyle wbije jej Roma w zaledwie 90 minut.

Z pewnością Valverde popełnił błędy. Za mało rotował składem, jego liderzy grali na okrągło. Trzeba było dać im chwilę oddechu, ale Barcelona zbyt pewna była swojej przewagi nad Romą. Zwłaszcza po pierwszym meczu wygranym na Camp Nou 4:1.

Valverde przeszedł z zespołem bardzo trudną drogę. Po dwóch porażkach z Realem Madryt w Superpucharze Hiszpanii na starcie sezonu, wydawało się, że Katalończycy nie będą w stanie skutecznie gonić Królewskich. Latem stracili przecież Neymara.

Tymczasem odebrali tytuł mistrza Hiszpanii bezapelacyjnie. Już po pierwszej rundzie rozgrywek było niemal pewne, że drużyna Zinedine’a Zidane’a musi skupić się na Champions League. Kibice w Hiszpanii uważali, że w końcu dojdzie do tego co od lat wydaje się nieuniknione - klasyku w Kijowie, w finale najbardziej prestiżowych rozgrywek. Real jest o krok od osiągnięcia celu. Barcelona poległa w Rzymie. Iniesta zagrał tam ostatni mecz w Lidze Mistrzów, rozgrywkach, które wygrał cztery razy. Piątego nie będzie, w piątek ogłosił, że nadszedł czas po 22 latach opuścić Barcelonę. Zastąpić go ma Philippe Coutinho, który w La Corunii zdobył pierwszą bramkę. Iniesta wszedł w 86. min przyjęty owacją przez fanów Deportivo.

Porażka z Romą kładzie się cieniem na pracy Valverde. Być może to zbyt surowa ocena, ale Barcelonie bardzo zależało, by się przełamać w Champions League. Tymczasem trzeci raz z rzędu odpadła w ćwierćfinale. I wciąż z nostalgią i zazdrością patrzy, co w Europie wyprawia Real Madryt.

Z pewnością Valverde uczynił z Barcy zespół bardziej zbilansowany. Silny w ataku, ale solidny w tyłach. Potwierdzili to Katalończycy na Santiago Bernabeu w meczu ligowym, gdzie przetrwali szturm Realu, by w drugiej połowie wbić mu trzy gole. Rewanż odbędzie się w najbliższą niedzielę, już bez stawki. Barca podejmie największego rywala jako nowy mistrz Hiszpanii. Choć jak zapowiedział trener Zinedine Zidane, szpaleru, by uhonorować zdobywcę tytułu, piłkarze królewskich nie zrobią. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem Realu, piłkarze Zizou przyjadą na Camp Nou jako finaliści Ligi Mistrzów (rewanż z Bayernem we wtorek). Obaj wielcy rywale będą mieli wtedy powody do dumy.

Leo Messi (hat-trick z Deportivo) jest bliski tytułu króla strzelców ligi hiszpańskiej, ale to normalne, w ostatnich latach kibice do tego przywykli, że albo Argentyńczyk, albo Cristiano Ronaldo zdobywa pichichi, a także Złotego Buta dla najskuteczniejszego w ligach europejskich. O wiele większą zasługą Valverde jest, że Marc Andre Ter Stegen pozostał w walce z Janem Oblakiem o tytuł najlepszego bramkarza rozgrywek. Barca zdobyła najwięcej bramek w Primera Division, straciła trzy więcej niż perfekcyjne w destrukcji Atletico. Właśnie odpowiedzialna gra w tyłach to znak rozpoznawczy drużyny Valverde.

Niedawno Barca wygrała finał Pucharu Hiszpanii gromiąc Sevillę 5:0. A więc w pierwszym roku pracy Valverde sięgnął po podwójną koronę. Ósmą w historii klubu z Camp Nou. To z pewnością duży sukces. Gdyby nie porażka w Rzymie, baskijski trener miałby wręcz fenomenalny start. W przyszłym sezonie Katalończycy zrobią wszystko, by wrócić na europejski szczyt.

W Hiszpanii są właściwie hegemonem. W minionej dekadzie byli mistrzem kraju aż siedem razy. Puchar Króla wygrali cztery razy z rzędu. I tylko Liga Mistrzów jest w ostatnim czasie barierą dla Katalończyków. Od 2006 roku wygrali ją cztery razy. To dużo, ale i mało jak na potencjał Messiego - najlepszego piłkarza w historii klubu i jednego z najlepszych w dziejach piłki.

Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac