blog Darka Wołowskiego
RSS
niedziela, 04 lutego 2018

Remis z Espanyolem był zły i dobry dla Barcelony. Drużyna Ernesto Valverde zaliczyła najlepszy start ligowy w historii klubu.

22 kolejki z ledwie czterema remisami. Takiej serii od początku rywalizacji w Primera Division nie miała nawet drużyna Pepa Guardioli, która w sezonie 2009-2010 była niepokonana w 21 spotkaniach. Z jednej strony zespół Valverde nie wygrał meczu derbowego, nie wykorzystał potknięcia Realu w wyjazdowym starciu z Levante, z drugiej temperatura wyścigu ligowego jest letnia, a może nawet chłodna. O pogoni za Barcą marzyć może Atletico Madryt, ale nie Królewscy, którzy tracą do lidera 19 pkt.

Bohaterem derbów Barcelony był Gerard Pique, jego bramka uratowała punkt liderowi. Leo Messi wszedł w drugiej połowie, akurat wtedy, gdy po ulewie murawa nie nadawała się do gry.

Real ma swoje problemy niezależne od dobrej passy Katalończyków. „Jak zostać najlepszą drużyną świata i w sześć miesięcy skurczyć się do najgorszej w historii klubu z Madrytu” - taki tytuł można znaleźć w dzienniku „Marca”. W dwóch poprzednich meczach ligowych drużyna Zinedine’a Zidane’a pokonała Deportivo 7:1 i Valencię na wyjeździe 4:1. Bilans fantastyczny, wydawało się, że im bliżej starć z PSG w 1/8 finału Ligi Mistrzów, tym Królewscy stają się coraz bardziej podobni do zespołu, który wygrał dwie ostatnie edycje rozgrywek.

Remis z Levante odtworzył atmosferę marazmu na Santiago Bernabeu. Wszyscy zastanawiają się co będzie 14 lutego, gdy nad francuskim szkoleniowcem Realu zacznie się sąd ostateczny. Tylko zwycięstwo nad drużyną z Paryża otworzy perspektywę na uratowanie sezonu. Inaczej z wielkiej euforii, kibice Realu spadną na dno depresji.

Co jest z trio BBC? Kiedy Neymar, Cavani i Mbappe idą jak burza, Benzema, Bale i Cristiano grzęzną w przeciętności. Ale Real ma coś, czego PSG brakuje. Tradycję i powagę, które przemawiają za nim. Zespół z Parc des Princes stoi gwiazdami uwikłanymi w wewnętrzne problemy, choć jeszcze niewiele zdziałały. To nie jest przeciwnik niewygodny, przeciwnie, Królewscy będą mieli okazję gry z kontry. Tego przywileju nie dało im Levante. Dlatego tak trudno wyciągać wnioski po fatalnym remisie w Walencji.

Real gra słabo, ale dopóki ma szansę, jest groźny. Za 10 dni stanie do walki o wszystko, a w takich meczach lubi wznosić się na wyżyny. Jakie będę te wyżyny tym razem? Trudno przewidzieć. W drużynie Zidane’a nie działa ostatnio prawie nic, ale ci piłkarze potrafią grać o wszystko. Co innego PSG, które chciałoby zapomnieć klęskę z Barceloną sprzed roku 1:6. Wtedy okazali się drużyną bez charakteru, czy po transferze Neymara i Mbappe aż tyle się u nich zmieniło? Real jest gotowy na problemy, co do Paryżan takiej pewności nie ma.

wtorek, 23 stycznia 2018

Odszedł największy artysta futbolu, a może tylko największy zaprzepaszczony talent? Wzlot i niespodziewany upadek Ronaldinho to jedna z największych tajemnic piłki ostatnich lat.

Dla Leo Messiego był wzorem. Niedoścignionym. To, co potrafił zrobić z piłką nie da się w żaden sposób opisać, ani sklasyfikować. Ronaldinho asystował 17-letniemu Messiemu przy jego pierwszym golu dla Barcelony w lidze hiszpańskiej. 1 maja 2005 roku Brazylijczyk przerzucił piłkę nad obrońcami Albacete, a Argentyńczyk przelobował bramkarza. Roześmiany od ucha do ucha Ronaldinho podbiegł potem do Messiego i wziął go na barana.

Messi kochał go i podziwiał. Od początku. Nie było wtedy piłkarza, który wielbiony byłby tak powszechnie. Na koniec 2005 roku odebrał Złotą Piłkę. Osiągnął szczyt. Mógł już tylko spaść i z tej możliwości konsekwentnie korzystał. To był jeden z tych sportowych upadków, przy którym cierpiały miliony kibiców. Miłość do tańca, wina i eskapad do nocnych klubów nie tłumaczyła wszystkiego. Który brazylijski piłkarz tego nie robi? Uwielbiano go do samego końca, zakochani kibice powtarzali, że przynajmniej Messiego nie wciągnął w swój nocny tryb życia.

Ronaldinho kochał piłkę, bawił się nią i bawił miliony. Jego wyobraźnia nie znała granic. Wielu graczy osiągnęło więcej, wielu zajmie w historii futbolu wyższe miejsce. Ale tylko nieliczni mieli taką charyzmę jak on i status artysty. Artysty, który piłką malował obrazy abstrakcyjne.

Kiedyś odwiedził Figueres, półtorej godziny jazdy na północ od Barcelony. To rodzinna miejscowość Salvadora Daliego, w której powstało jego muzeum. Piłkarz zastygł przed obrazem „Gala kontemplująca morze śródziemne" przedstawiający rozebraną żonę malarza patrzącą na wodę, na której powstaje odbicie twarzy prezydenta Lincolna. - Dali widział więcej niż inni. Ja także na boisku staram się widzieć więcej, chcę wymyślać rzeczy nowe, robić coś, czego jeszcze nikt przede mną nie zrobił - powiedział Ronaldinho.

I robił. W rewanżowym meczu 1/8 finału Ligi Mistrzów w 2005 roku Barcelona grała z Chelsea na Stamford Bridge. - Kiedy patrzę na tę bramkę, mam wrażenie, że ktoś włączył pauzę w DVD. Wszyscy się zatrzymują i tylko ja jakimś cudem się poruszam - wspomina Ronaldinho. To był gol nie z tej ziemi. Bo jak wytłumaczyć, że najlepiej zorganizowana obrona świata nagle stanęła jak wryta, przypatrując się kilku krokom samby? Najlepszy wtedy bramkarz świata Petr Cech nawet nie drgnął do kopniętej z 20 metrów piłki.

Jak zahipnotyzowani stali także obrońcy Realu Madryt, gdy w 2006 roku Brazylijczyk mijał ich slalomem, by poprowadzić Barcę do zwycięstwa 3:0 na Santiago Bernabeu. Ronaldinho został trzecim po Johannie Cruyffie i Diego Maradonie piłkarzem Barcelony, którego fani z Santiago Bernabeu nagrodzili owacją na stojąco.

Ronaldinho wierzył, że nie ma na boisku rzeczy niewykonalnej i był gotów porwać się na najtrudniejsze wyzwania, dryblingi, tricki i strzały. Piłkarski świat śledził z otwartymi ustami wszystko, co robił, nigdy nie było wiadomo, czy niezapomniany błysk geniuszu nie zdarzy się właśnie tym razem. Tak było w 90. min grupowego meczu Ligi Mistrzów z Milanem 2 listopada 2004 roku, kiedy Katalończycy złożyli już broń, a on niewyobrażalnym zwodem minął Alessandro Nestę i strzałem z lewej nogi pokonał Didę, zapewniając zwycięstwo 2:1.

Przyjechał do Barcelony zaledwie trzy lata wcześniej, zespół był w totalnej rozsypce. Znani gracze odrzucali propozycję z Katalonii w obawie, że zmarnują kariery. David Beckham wybrał Real. Wtedy zrozpaczony prezes katalońskiego klubu Joan Laporta ruszył po Ronaldinho. To był moment przełomu. Nikt do dziś nie ma wątpliwości, że to Ronaldinho odmienił kataloński zespół.

Kiedyś przed meczem Argentyna – Brazylia Maradona namaścił Ronaldinho na najlepszego piłkarza świata, i swojego następcę, co wielu rodaków miało mu za złe. Tak jak Maradona dokonywał aktów boiskowej magii, wysuwając język, tak Ronaldinho robił to z firmowym uśmiechem. Złośliwi żartują, że uśmiech jest anatomiczną cechą jego twarzy. On sam twierdził, że to efekt szczęśliwego dzieciństwa i radości z gry: - Mój rodzinny dom był wypełniony muzyką i śmiechem.

Jest klasycznym przykładem brazylijskiego chłopaka z dna, który całymi dniami uganiał się za piłką na brudnych ulicach faveli. - Kiedy nie grałem, tańczyłem sambę, a kiedy nie tańczyłem, to grałem - wspomina.

Urodził się 21 marca 1980 roku w robotniczej dzielnicy Porto Alegre, jako najmłodszy z trójki dzieci pracownika stoczni Joao de Assis Moreiry. Jego starszy syn Roberto grał w Gremio, w którym był wschodzącą gwiazdą.

Ronaldinho opowiadał, że w dzieciństwie największą frajdą dla niego nie było zdobywanie goli, ale utrzymanie piłki. On chciał ją na własność. - Kiwałem się ze wszystkimi: z kolegami, z psami, kamieniami na ulicy i meblami w domu. Tak powstawały najwymyślniejsze zwody.

Do akcji wkroczył ojciec, pierwszym nauczyciel synów. Zmusił Ronaldinho do gry z kolegami, na dwa kontakty. - Płakałem ze złości i żalu, ale teraz jestem mu wdzięczny - wspominał Ronaldinho. Tak naprawdę nazywa się Ronaldo, ale by odróżnić go od sławnego już wtedy superstrzelca, zaczęto zdrabniać jego imię.

W tamtym czasie trenerem Gremio był Luis Felipe Scolari, który 17 lat później poprowadził Brazylię z Ronaldinho do tytułu mistrza świata. Scolari wspomina, że starszy brat Ronaldinho był wielkim talentem, ale przychodził na treningi w towarzystwie ośmioletniego brata, który nie rozstawał się z piłką. - Dryblował wśród starszych bez żadnych kompleksów. Śmialiśmy się z niego, ale widzieliśmy skalę talentu - wspomina.

Kiedy Roberto miał 19 lat, podpisał pierwszy profesjonalny kontrakt z Gremio. Umowa zawierała klauzulę, że klub kupuje mu dom z basenem i ogrodem w eleganckiej dzielnicy miasta. Przeprowadzka z Vila Nova była wielkim wydarzeniem dla rodziny. Pewnego dnia podczas fiesty z okazji 19. rocznicy ślubu rodziców ojciec dostał ataku serca, pływając w basenie. Zmarł kilka dni później w szpitalu. Roberto został głową rodziny i, jak podkreśla Ronaldinho, zastępował mu ojca.

Po wzlocie w Barcelonie była już równa pochyła: w Milanie, lidzie brazylijskiej, meksykańskiej. U schyłku kariery odniósł ostatni sukces. Zdobył Copa Libertadores z Atletico Mineiro. Na klubowych mistrzostwach świata jego drużyna przegrała sensacyjnie w półfinale z Raja Casablanca (1:3), choć Ronaldinho zdobył gola z rzutu wolnego. Po ostatnim gwizdku sędziego, zwycięzcy podeszli do Brazylijczyka, by poprosić o pamiątkę: koszulkę, spodenki, podkoszulkę. Oddał im nawet buty. Schodził z boiska w majtkach, a tłum wiwatował na jego cześć. Na kibiców do końca działał jego magnetyzm.

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Ostatnią drużyną, która nie przegrała meczu w wielkich ligach Europy jest Barcelona. Katalończycy dokonali w San Sebastian rzeczy niecodziennej odrabiając dwa gole straty do Realu Sociedad.

Stadion Anoeta to dla Katalończyków miejsce przeklęte. W siedmiu poprzednich meczach Barcelona zdobyła tam zaledwie dwa punkty. Po 38 minutach niedzielnego spotkania wszystko wyglądało jak zwykle. Real Sociedad prowadził 2:0, a przybysze z Camp Nou przypominali rozbitków. Ostatni raz w tym miejscu Barcelona potrafiła odwrócić losy meczu w 1930 roku.

Wtedy zdarzył się jednak pierwszy przebłysk geniuszu Leo Messiego. Argentyńczyk rozpoczął kontrę, w której Luis Suarez zaliczył asystę przy bramce Paulinho. W drugiej połowie dwa gole zdobył Suarez - dla Urugwajczyka grającego w lidze hiszpańskiej czwarty sezon, to były pierwsze bramki na tym „przeklętym” obiekcie. Wielki wieczór spointował Messi golem z rzutu wolnego z 30 m. - Tak się zdobywa tytuły - napisał madrycki dziennik „Marca”.

Półtorej godziny przed tym zanim drużyna Ernesto Valverde wyszła na stadion Anoeta, w Premier League Manchester City poległ na Anfield w Liverpoolu (3:4). Katalończycy byli ostatnią drużyną w wielkich ligach Europy, która w tym sezonie nie przegrała meczu. 26 godzin wcześniej w swoim kolejnym ligowym pojedynku punktów nie zdobył Real Madryt. Katalończycy stawali przed szansą, by jeszcze w pierwszej rundzie rozgrywek oderwać się od broniących tytułu Królewskich na niewiarygodną wręcz odległość 19 pkt. - Gdybyśmy stracili taką przewagę, w Barcelonie by nas pozabijali - skomentował lewy obrońca Jordi Alba.

Barca mknie po tytuł z prędkością bolidu. W pierwszej rundzie rozgrywek zaliczyła 16 zwycięstw i trzy remisy. Ma 9 pkt przewagi nad wiceliderem z Atletico Madryt, Real już jej właściwie nie zagraża. Drużyna Valverde jest w stanie przekroczyć rekordową granicę 100 pkt. Mając 100 pkt tytuły zdobywał Real Madryt Jose Mourinho w 2012 roku i Barca Titio Vilanovy rok później.

A przecież drużyna Valverde ma jeszcze spore rezerwy. Do gry po kontuzji wraca kupiony latem za 140 mln euro francuski skrzydłowy Ousmane Dembele. Niedawno kataloński klub wydał 160 mln na Brazylijczyka Philippe Coutinho, który przybył z Liverpoolu z urazem i nie będzie grał jeszcze trzy tygodnie. W niedzielę na Anoeta Valverde oszczędzał 33-letniego Andresa Iniestę, który ma być w szczycie dyspozycji na kluczowe daty w Lidze Mistrzów. W 1/8 finału Barca zmierzy się z Chelsea.

Kilka dni temu na Camp Nou sprowadzono też kolumbijskiego stopera Yerry’ego Minę, by pozwolić odejść do Chin Javierowi Mascherano. Mina jest w trudnej sytuacji, bo odkryciem Valverde jest 32-letni Thomas Vermaelen osiągający szczyt swoich możliwości. Belg sam się dziwi, że jest w stanie sprostać wymaganiom takiej drużyny jak Barcelona. W niedzielę na Anoeta był jednym z najlepszych na boisku, świetnie bronił, a także asystował przy bramce Suareza na 3:2.

Barcelona Valverde nie przegrała 29 kolejnych spotkań. Do rekordu klubowego brakuje 10. Dwa lata temu drużyna Luisa Enrique była niepokonana w 39 meczach, ale jak już przegrała z Realem Madryt na Camp Nou, to kompletnie się rozsypała. W ubiegłym sezonie zdobyła tylko Puchar Króla, królem polowania został Real, który skompletował pięć trofeów. W Katalonii zmieniono trenera, na transfery wydano rekordowe 350 mln euro. Najbardziej udany był ten najtańszy, choć pół Europy zrywało boki, gdy latem Barcelona płaciła 40 mln na grającego w lidze chińskiej 29-letniego defensywnego pomocnika Paulinho. Dziś Brazylijczyk ma osiem goli w lidze hiszpańskiej, dwa razy więcej niż Cristiano Ronaldo. W klasyfikacji najskuteczniejszych dominują Messi (17 bramek), przed Suarezem (13). Barca zdobyła w lidze o 20 goli więcej niż Real, straciła o 8 mniej.

sobota, 13 stycznia 2018

Ligowa porażka z Villarreal sprawia, że najlepsza drużyna świata nie myśli już o obronie tytułu mistrza Hiszpanii, ale drży o miejsce w Lidze Mistrzów. I to wszystko przed końcem pierwszej rundy ligi hiszpańskiej.

„No me lo puedo creer” (nie mogę w to uwierzyć) - wykrzyknął kilka razy komentator hiszpańskiej telewizji, gdy Cristiano Ronaldo będąc cztery metry przed Sergio Asenjo trafił piłką w bramkarza Villarreal rzucającego się właściwie na ślepo. To była interwencja z gatunku niemożliwych i cudownych. Dla strzelca - pięciokrotnego laureata Złotej Piłki to dowód, że futbol potrafi uczyć pokory nawet tych, którym ofiarował właściwie wszystko.

Ta sytuacja zdarzyła się w ostatniej minucie pierwszej połowy. Real był zdecydowanie lepszy, dominował, a jego stłamszony rywal wyglądał na takiego, który modli się o najniższy wymiar kary. Każda stracona szansa Królewskich umacniała w gościach przekonanie, że cud być może się jednak wydarzy. Cudem zdawał się wtedy bezbramkowy remis.

Jak pisze dziennik „Marca” Real przypomina dziś chudego psa. W dodatku jego zła seria zaczęła się nie od słabej gry, ale od złego wyniku. Po powrocie z wygranych klubowych mistrzostwa świata w Abi Zabi zespół Zinedine’a Zidane’a był zdecydowanie lepszy od Barcelony w pierwszej połowie ligowego klasyku. W drugiej obudził się Leo Messi i skończyło się na wysokiej porażce Królewskich 0:3.

Villarreal swojego Messiego nie ma. Toteż trwał dopóki się dało, a w 88. min wykorzystał kontrę, po której Fornals przelobował Keylora Navasa. W ten sposób goście zgarnęli zwycięstwo i zbliżyli się do czwartego w tabeli Realu na jeden punkt, jakby chcieli z nim podjąć wyścig o miejsce w Lidze Mistrzów. Brzmi wręcz obrazoburczo.

Drużyna Zidane’a ma 16 pkt straty do liderującej Barcelony, ale według słów swojego trenera, ani nie patrzy na Katalończyków, ani nie mierzy dystansu dzielących ją od szczytu. „Zizou” mówił, że jego plan nie wykracza poza zwycięstwo w najbliższym meczu, co jak widać i tak okazało się ponad siły piłkarzy, którzy 8 miesięcy temu jako pierwsi obronili trofeum w Lidze Mistrzów. Nowy rok zaczął się dla Realu fatalnie. Z czterech spotkań, Królewscy wygrali jedno: z Numancią w Pucharze Króla. W lidze stracili 5 pkt.

Zidane złościł się na dziennikarzy za to, że żerują na trudnych momentach, opisując kryzys jako rozpaczliwy. Po porażce z Villarreal stracił animusz. - Trzeba coś zmienić - przyznał. Tylko co? Ronaldo? Benzemę? Garetha Bale’a? Poczynając od trio BBC, wszyscy grają poniżej możliwości i oczekiwań. Frustracja w Madrycie osiągnęła taki poziom, że dziennik „As” doniósł kto ma zastąpić Zizou na ławce trenerskiej (Joachim Loew, selekcjoner Niemców). Brzmi kuriozalnie, przecież Francuz wygrał osiem trofeów w 18 miesięcy pracy. Tak imponującej skuteczności nie miał w tym czasie żaden szkoleniowiec na świecie.

„Udowodnię wam, że umiem reagować w czasach kryzysu” - powiedział Zidane do dziennikarzy. Problem polega na tym, że niezbyt wielu wierzy w jego geniusz strategiczny. Uważa się, że perfekcyjnie wykorzystał charyzmę zdobytą kiedyś na boisku, co wystarczyło, by z grupą genialnych piłkarzy sięgnąć szczytu. Czyli, że Real był tak naprawdę maszyną do wygrywania, której trener po prostu nie przeszkadzał w pracy.

Brzmi to wyjątkowo stronniczo i niesprawiedliwie. W styczniu 2016 roku Zidane przejął rozbity zespół. Niedługo po porażce z Barceloną na Santiago Bernabeu 0:4. I przeżył z nim euforyczne 18 miesięcy.

Dziś Królewscy popadli w kryzys, wydaje się, że kilku kluczowych piłkarzy: 33-letni Ronaldo, 32-letni Luka Modric i Sergio Ramos, 30-letni Karim Benzema, a także sterany przez kontuzje Gareth Bale już nie nadążają za gigantycznymi wymaganiami. W tym sezonie z 16 meczów na Santiago Bernabeu wygrali zaledwie połowę. To wynik jakiego kibice takiego klubu zaakceptować nie są w stanie. Frustrację w Madrycie pogłębia fakt, że Barcelona spisuje się dobrze. Ta sama, którą kilka miesięcy temu Real rzucił na kolana w Superpucharze Hiszpanii. Od tamtej pory nie przegrała ani jednego meczu.

wtorek, 09 stycznia 2018

Ousmane Dembele, Philippe Coutinho i ponoć jeszcze za chwilę Antoine Giezmann. Hasło: „Real kupuje, Barca wychowuje” przetrwało wyjątkowo krótko.

„Czy transfer Coutinho to konieczność, czy kaprys” - pytał niedawno dziennik „El Pais”. Póki co na pewno kaprys. Latem, gdy transferowe rozmowy z Liverpoolem spaliły na panewce, dyrektor sportowy klubu z Katalonii ogłosił, że gdyby Barca sprowadziła Brazylijczyka, zagroziłoby to jej egzystencji. Co się zmieniło przez 6 miesięcy? Podobno klub z Camp Nou dostał dużą zniżkę. I tak transfer szacuje się jednak na 160 mln euro. Niewiele mniej niż Real zapłacił za swoich dwóch najdroższych piłkarzy: Cristiano Ronaldo (96) i Garetha Bale’a (101). Było to jednak w czasach, gdy petrodolary dopiero zaczynały zalewać futbolowy rynek.

W czym może Barcy pomóc Coutinho? W zdobyciu mistrzostwa kraju? Bez niego zespół ma 9 pkt przewagi nad Atletico i 16 nad Realem Madryt. Tę przewagę udało się wypracować także bez kontuzjowanego Dembele - najdroższego piłkarza w historii klubu do poniedziałku. Messi, Suarez, Iniesta, a także nowy w klubie Paulinho spisali się lepiej niż dobrze. Ernesto Valverde zdefiniował od nowa równowagę między atakiem i obroną. Wszystkie pomysły trenera zgasną z chwilą, gdy będzie musiał wstawić do jedenastki Dembele i Coutinho - dwóch piłkarzy, których interesuje wyłącznie gra do przodu.

Do walki o Ligę Mistrzów 25-letni Coutinho wróci dopiero od przyszłego sezonu, w tym będzie się nią emocjonował z trybun. Póki co zresztą jeszcze trzy tygodnie spędzi na leczeniu kontuzjowanej nogi.

Za chwilę Barca sprowadzi jeszcze kolumbijskiego obrońcę Yerry’ego Minę za 11 mln z brazylijskiego Palmeiras. Ale i bez tego jej wydatki transferowe w tym sezonie sięgnęły 347 mln euro. To bezdyskusyjny rekord Hiszpanii i drugi wynik w historii po PSG, które tego lata wydało ponad 400 mln na Neymara i Mbappe.

Kiedyś Gerard Pique powiedział, że gdy Real przegrywa sezon, łapie za portfel i latem wydaje 160 mln. Jak widać ta filozofia nie jest obca Katalończykom. Media hiszpańskie spekulują, że Barca sprowadzi jeszcze latem Griezmanna, płacąc Atletico jego klauzulę wykupu - 100 mln euro. Messi-Suarez-Griezmann? Brzmi nieźle, tylko po co Katalończykom Coutinho i Dembele?

Mit, że Barca wychowuje, a nie kupuje istniał krótko. W odleglejszej przeszłości było masę przykładów przeczących tej teorii.

Transfer Johana Cruijffa za 100 mln peset (około 6 mln euro) to było wielkie wydarzenie 1973 roku. 9 lat później Barca ustanowiła transferowy rekord świata sprowadzając Maradonę za 10 mln dol. Potem był Ronaldo (15 mln w 1996), dalej Rivaldo za 24 mln i Saviola za drugie tyle. Overmars kosztował 39 mln w 2000. roku, ale zakup był sfinansowany ze sprzedaży Luisa Figo (60 mln). To był czas, gdy Florentino Perez rozpoczynał erę galaktyczną i przez następne 15 lat nikt nie płacił więcej za piłkarzy niż Real. Transfer Ronaldinho za 30 mln w 2003 roku to był największy transferowy strzał w dziesiątkę dla Barcelony.

Brazylijczyk wprowadził na szczyty drużynę i całe pokolenie graczy z La Masia. To wtedy mogło się wydawać, że Katalończycy stawiają na wychowanie. Nietrafiony transfer Zlatana Ibrahimovica w 2009 roku był swego rodzaju wyjątkiem i wynaturzeniem. Neymar i Luis Suarez to znów były zakupy z górnej półki. A już Dembele i Coutinho są na szczycie hiszpańskiej listy transferowej i bardzo wysoko na światowej. Wyprzedzają ich tylko Neymar i Mbappe z PSG.

środa, 03 stycznia 2018

Nowy trener Ernesto Valverde podniósł efektywność gry drużyny do poziomu Atletico Madryt. Sceptycy uważają jednak, że odbyło się to kosztem finezji i urody.

Lewy obrońca Jordi Alba powiedział, że jemu bez Neymara w Barcelonie gra się lepiej. Potem trochę się z tego wykręcał, ale nie ma dwóch zdań, że w zespole z Camp Nou jest największym wygranym tej jesieni. Gdy był Neymar ograniczał się do pracy w defensywie, asekurowania Brazylijczyka, który radośnie wikłał się w dryblingi z kilkoma przeciwnikami. Kiedy się udało, fani podrywali się z miejsc, jeśli nie, za plecami Neymara był szybki i pracowity Alba - jako jego prywatna obstawa.

Doszło jednak do tego, że u poprzedniego trenera Luisa Enrique Alba stracił miejsce w składzie, bo do odbierania piłki nadawał się każdy, a szkoleniowiec wprowadzał ustawienie z trójką obrońców.

Naturalne atuty Alby były przy Neymarze uśpione. Kiedy Brazylijczyka zabrakło, reprezentant Hiszpanii mógł uruchomić turbodoładowanie i biec do przodu. Za to jest najbardziej ceniony. Razem z Leo Messim stworzyli parę, która gra ze sobą w ciemno. Leo zagrywa na skrzydło, wbiega w pole karne, gdzie Jordi wycofuje piłkę. Tak padło jesienią sporo goli. Pytanie, czy ten schemat nie jest zbyt prosty do rozczytania?

Póki co Alba zaliczył pięć asyst w lidze, zdobył bramkę, a jego celność podań na połowie rywali sięgnęła 86,5 procenta. Dokładniejsi w La Liga są tylko Busquets i Rakitic z Barcelony oraz Kroos, Modric i Isco z Realu. Dziennik „Marca” nazywa dziś reprezentanta Hiszpanii najbardziej ofensywnym obrońcą Primera Division.

Póki co drużyna Ernesto Valverde jest komplementowana za wyniki. Są to komplementy osobliwe jak na zespół, który tiki-takę ma w DNA. Podkreśla się, że nowy trener zbalansował zespół, znalazł równowagę między defensywą i ofensywą, co znacznie ograniczyło liczbę traconych goli. W 16 kolejkach ligowych Marc Andre Ter Stegen sięgał do siatki zaledwie siedem razy, tyle samo, co bramkarz Atletico Madryt Jan Oblak. A przecież defensywa klubu z Wanda Metropolitano uchodzi za wzór w całej Europie.

Mimo wszystko krytycy Barcy boleją nad zmianą stylu. Z efektownego na efektywny. Jeden z felietonistów dziennika „El Pais” zapłakał niedawno nad Paulinho - dobijającym do trzydziestki defensywnym pomocnikiem z Brazylii, którego Barcelona wykupiła latem z Chin za 40 mln euro. Z tego transferu kpiło pół Europy, dziś nikt już o tym pamiętać nie chce. Brazylijczyk zdobywa gole, walczy jak lew, wśród finezyjnych graczy Barcy odnalazł swoje miejsce. Ale wspomniany przeze mnie felietonista z takim kierunkiem zmian na Camp Nou pogodzić się nie chce. W Barcelonie nie chodzi przecież o suchy wynik, ale o spektakl, który tworzą Sergio Busquets, Andres Iniesta i Leo Messi. Taki ktoś jak Paulinho - czyli góra mięśni i ścięgien - wygląda przy nich jak słoń w składzie porcelany. Jak w takim klubie można zachwycać się piłkarzem, którego podstawowym atutem jej pojemność płuc?

A jednak można. Paulinho zbiera pochwały, gra coraz więcej, jest trzecim strzelcem drużyny po Leo Messim i Luisie Suarezie. Można nawet zażartować, że w jakimś stopniu zajął miejsce Neymara. Brzmi absurdalnie, choć w eliminacjach MŚ w Rosji obaj ci tak różni piłkarze zdobyli dla Brazylii po sześć bramek. A jeszcze Paulinho zagrał o trzy mecze mniej.

Valverde byłby szaleńcem, gdyby finezyjnego dryblera chciał zastąpić defensywnym pomocnikiem. By załatać wyrwę po Neymarze, Barcelona wydała 150 mln euro na Ousmane Dembele. Ale 20-latek z Francji natychmiast uległ kontuzji, trzeba było tak ustawić drużyny, by skrzydła pozostały aktywne. Valverde nie chciał wysyłać Messiego na boki boiska, uznał, że większą rolę w ataku muszą wziąć na siebie boczni obrońcy. Czyli Sergi Roberto i Jordi Alba, który został jednym z najlepszych asystentów w La Liga, a jego gol na Mestalla z Valencią pozwolił zachować Barcy miano drużyny niepokonanej.

Oczywiście bez Neymara suma umiejętności w kadrze z Camp Nou spadła. Ale Brazylijczyk miał wady: w ogóle nie brał udziału w grze defensywnej. W ubiegłym sezonie Barcelona straciła o 10 goli więcej niż Atletico. Dziś peany sypią się na głowę Ter Stegena, kibice żartują: „czy gra Messi czy nie, najlepszy i tak jest niemiecki bramkarz”. Drugim bohaterem jest Samuel Umtiti, toteż gdy w meczu z Celtą francuski stoper uległ kontuzji, żałowano tego bardziej, niż straty dwóch punktów.

Czy Barcelona okaże się wzmocniona odejściem Neymara przekonamy się wiosną. Na pewno Valverde umiał wykorzystać rezerwy w grze obronnej. Żaden gracz Barcy nie ma tak głupich strat, jakie kiedyś popełniał Brazylijczyk. Ale to on był gwiazdą drużyny latem, w okresie przygotowawczym, zanim ogłoszono jego rekordowy transfer na Parc des Princes.

Neymar był chimeryczny, ale i nieprzewidywalny. Valverde zdaje się mieć rację sądząc, że Brazylijczyka nie da się zastąpić w sposób najprostszy, czyli kupując na jego miejsce innego piłkarza. Trzeba zmodyfikować taktykę. I poszedł tą drogą. Nie wszystkim efekt, który osiągnął przypadł do gustu. Barcelona nie zachwyca, nie wygrywa wieloma bramkami, ale punktuje, ciuła, czasem się cofa. Efektywnością może imponować. Zaliczyła najlepszy start ligowy w historii: 11 zwycięstw i jeden remis. W następnych dwóch kolejkach z Valencią i Celtą straciła cztery punkty, ale przyczyniły się do tego w jakimś stopniu błędy sędziów: nieuznany gol Messiego na Mestalla i Luisa Suareza na Camp Nou.

Nowa twarz Barcelony nie wszystkich zachwyca. Nie ma jednak wątpliwości, że drużyna wciąż ma wystarczający potencjał, by radzić sobie z małymi, średnimi, a nawet dużymi klubami Primera Division. Czy starczy jej go na Real, Chelsea, Manchester City, czy Bayern? Poważne egzaminy zaczęły się w wygranym ligowym klasyku na Santiago Bernabeu, a wkrótce nadejdą kolejne.

niedziela, 31 grudnia 2017

Czy Real Madryt jest w stanie obronić tytuł w Lidze Mistrzów? Dziś niezbyt wiele na to wskazuje, choć Królewscy kończą właśnie najbardziej obfity rok swojej historii.

Kiedy Zinedine Zidane skończy już pracę na Santiago Bernabeu, będzie wracał do tych miesięcy z rozrzewnieniem. W 2017 roku jego drużyna wygrała właściwie wszystkie ważne mecze. Finał Ligi Mistrzów z bardzo silnym Juventusem, Superpuchar Europy z odradzającym się Manchesterem United, Superpuchar Hiszpanii z Barceloną i finał klubowych mistrzostw świata z brazylijskim Gremio. Do tego po pięciu latach oczekiwania wydarła Katalończykom upragniony tytuł mistrza Hiszpanii. Bingo. Czy w ogóle mogło być lepiej?

We wszystkich rankingach i plebiscytach królowali gracze Zizou. On sam jesienią nieprzerwanie tłumaczył dlaczego jest tak źle. Trio BBC właściwie poszło w rozsypkę: Gareth Bale notorycznie się leczył, Karim Benzema rozpaczliwie szukał formy, a nawet Cristiano Ronaldo cierpiał na strzelecką zapaść w meczach La Liga. Był moment, pod koniec listopada, gdy madryckie trio miało tyle bramek w lidze co defensywny pomocnik Barcelony Paulinho i dwa razy mniej niż Alvaro Morata sprzedany latem do Chelsea.

Jesień zaczęła się dla Realu wystrzałowo, ale potem zespół słabł. I tracił dystans do Barcelony. Znamienny był mecz z Athletic rozegrany zaraz po tym jak lider z Katalonii potknął się na Camp Nou remisując z Celtą 2:2. W 86. min starcia na San Mames Sergio Ramos uderzył łokciem Aritza Aduriza, dostał drugą żółtą kartkę i wyleciał z boiska. To 19. taki przypadek w karierze kapitana Realu, co sprawia, że jest rekordzistą La Liga. Końcówkę Królewscy grają w dziesięciu, nie ma szans na to, by zmniejszyć stratę do Barcelony. Real wyjeżdża z Bilbao z punktem, bez gola, w poczuciu straconej szansy. Dystans w tabeli dzielący ich od Katalończyków to wciąż 8 pkt.

A przecież Zidane obiecywał, że kiedy Barca w końcu się potknie, Real będzie tuż za nią. Trudno dotrzymać słowa, jeśli drużyna tak mało strzela. Na San Mames wyszło dokładnie tych samych 11 piłkarzy, którzy 182 dni wcześniej rozbili Juventus w finale Champions League w Cardiff. Ci sami, ale nie tacy sami.

- Wciąż mamy zespół, który pozwala nam marzyć - mówił prezes Florentino Perez, ale apatycznie grał nawet Luka Mordic, który jeszcze kilka miesięcy wcześniej był jak żywe srebro. W dwóch ostatnich sezonach Real był najlepszą drużyną świata, maszyną do wygrywania. Nikt nie może być więc zdumiony, gdy miewa obniżki formy. Nie da się pędzić z pedałem gazu przyklejonym do podłogi zawsze i wszędzie. Z pewnością wiosenne mecze z PSG w 1/8 finału Ligi Mistrzów wywołają w graczach Zidane’a dodatkową ilość mobilizacji i adrenaliny. Tak było dotąd, gdy stawka była wysoka, Królewscy budzili się z letargu. Wciąż nie ma w Europie rywala będącego poza zasięgiem Realu. Z pewnością jednak zespół stracił jeden kluczowy atut z ubiegłego sezonu: bogatą ławkę, do której Zidane mógł sięgać, gdy coś się złego działo z graczami podstawowego składu. Tego lata Perez sprzedawał: przede wszystkim Moratę, który jest dziś jednym z najskuteczniejszych graczy w lidze angielskiej.

- Nasza strata do Barcelony wynika z braku skuteczności - mówi Zidane. Real zdobył w lidze 30 goli o 15 mniej od Barcelony, o sześć od Valencii i zaledwie pięć więcej od Atletico!

Za bramki nie odpowiadają wyłącznie napastnicy: gorzej gra pomoc, boczni obrońcy Marcelo i Carvajal nie pchają ataków pod bramkę rywala z normalną siłą. Tak jak można się było obawiać Marco Asensio miewa przebłyski talentu, ale nie są one regularne. Isco nie zawodzi, ale za często jest sam.

Czy wiosną Real jeszcze raz ocknie się z letargu i zaliczy hat-tricka w Lidze Mistrzów? Wydaje się to dziś mało prawdopodobne, ale przecież wciąż nie jest niemożliwe. Paradoksalnie porażka w ligowym klasyku to szansa, taka jaką Barcelona dostała w Superpucharze Hiszpanii.

wtorek, 26 grudnia 2017

25 goli w klasykach i wszystkie inne nieziemskie rekordy Leo Messiego nie oddają piętna, które odcisnął na najzacieklejszej piłkarskiej rywalizacji XXI wieku.

Jeśli wierzyć hiszpańskim mediom ostatni mecz Realu w historycznym 2017 roku zaczął się 10 dni wcześniej niż do bram Santiago Bernabeu zapukał lider Primera Division. W luksusowym hotelu Four Seasons w Abu Zabi Zinedine Zidane wymyślił plan na Barcelonę. Co prawda Królewscy rozgrywali właśnie turniej o klubowe mistrzostwo świata, ale ani Al Jazira ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich, ani brazylijskie Gremio to nie byli rywale spędzający sens z powiek najbardziej utytułowanego trenera ostatnich dwóch lat. Zidane stworzył plan „Antymessi”, lub kolejną jego wersję, coś z czym od ponad dekady mierzy się każdy szkoleniowiec Królewskich.

Messi jest obsesją klubu z Santiago Bernabeu. Z 19 meczów, które rozegrał na stadionie Realu wygrał 10, a z rekordowych 25 goli wbitych w klasykach, aż 15 na żywo mogli oglądać kibice z Madrytu. Nie było nigdy piłkarza, który bardziej obrzydzałby życie najbardziej utytułowanemu klubowi na świecie.

Jeszcze w Abu Zabi Zidane opracował indywidualne treningi dla Mateo Kovacica. Prowadził je razem z szefem od przygotowania fizycznego Antonio Pintusem. Nie po to, by Chorwat pomógł wygrać klubowy mundial, ale żeby po powrocie do Madrytu zajął się misją powstrzymania Messiego w kończącym rok klasyku z Barceloną. Zważywszy na 11 pkt straty w ligowej tabeli, Real musiał go wygrać. Wydawało się to jak najbardziej osiągalne dla drużyny, która zdobyła w mijającym roku aż pięć trofeów. To było najlepsze 12 miesięcy w historii Realu. Klasyk miał być pointą, podsumowaniem, kropką nad „i”.

Zidane postanowił poświęcić ofensywnego Isco, by zastępujący go Kovacic biegał jak cień za Messim. Efekt wszyscy znamy. W 53. min klasyku Ivan Rakitic z Barcelony dostał prostopadłe podanie od Sergio Busquetsa i ruszył z piłką do przodu. Wprost na Kovacica. Ale pomocnik Realu wbrew logice usunął mu się z drogi, by trwać przy Messim. Rakitic wykorzystał wolną przestrzeń, zagrał do prawego obrońcy Sergiego Roberto, a ten do Luisa Suareza i było 1:0 dla Barcelony. Messi zdobył potem bramkę i zaliczył asystę, ostatnią akcję meczu przeprowadził na boso, bo spadł mu but z prawej stopy. Barca wygrała 3:0, powiększyła przewagę nad Realem do 14 pkt i zanim skończyła się pierwsza runda rozgrywek ligowych, tytuł ma właściwie w kieszeni.

Dla wszystkich obserwatorów najbardziej symboliczny był moment przy pierwszym golu dla Barcelony, gdy obsesyjny lęk przed Argentyńczykiem sparaliżował Kovacica do tego stopnia, że zrezygnował z ataku na Rakitica. W ten sposób plan Zidane’a walił się w gruzy.

Zizou zna Messiego z boiska. W sezonie 2005-2006 Francuz kończył karierę w Realu, gdy 19-letni Argentyńczyk debiutował w klasyku na Santiago Bernabeu asystując przy golu Samuela Eto’o. Bohaterem dnia był Ronaldinho - jego fani z Madrytu pożegnali owacją na stojąco. Barca zwyciężyła 3:0. Nikt nie mógł nawet przypuszczać, jak szybko Ronaldinho ustąpi Messiemu miejsca na tronie. Argentyńczyk pobił rekord swojego wielkiego rodaka Afredo di Stefano, który w starciach Realu z Barceloną zdobył 18 bramek. Dziś Messi ma ich aż 25. Rok 2017 kończy jako drugi w klasyfikacji najskuteczniejszych (za Harrym Kane), trzeci na liście asystentów i najlepszy drybler w Europie. Miał 244 udane dryblingi o 69 więcej niż Eden Hazard i o 100 więcej niż Neymar.

Wszelkie statystyki nie oddają jednak jego wpływu na piłkę i rywalizację Barcelony z Realem. Bo jak pokazała sytuacja z 53. minuty sobotniego klasyku, nawet, gdy Messi nie robi na boisku nic, strach przed nim plącze rywalom nogi.

piątek, 22 grudnia 2017

Na koniec najlepszego roku w swojej historii Królewscy podejmują Barcelonę na Santiago Bernabeu i to jest dla nich mecz ostatniej szansy.

Andres Iniesta nie patrzy w tabelę kiedy zbliża się klasyk. Tym razem nie chce widzieć nawet 11 pkt przewagi nad Realem, co sprawia, że Barcelona nie przybywa do Madrytu grać o przetrwanie. Porażka byłaby końcem świata dla Królewskich, którym nie starczyło nawet czasu, by świętować tytuł najlepszej drużyny świata przywieziony z Abu Zabi. To być może jeden z największych sportowych paradoksów ostatnich 12 miesięcy, że zespół Zinedine’a Zidane’a po zdobyciu aż pięciu trofeów, może zakończyć rok w poczuciu głębokiej frustracji. Porażka w sobotę oznaczałaby, że broniący mistrzostwa Hiszpanii Królewscy wypadają z gry o tytuł zanim skończy się runda jesienna.

Leo Messi pozwolił sobie na uwagę, że klasyk to sprawa ogromnego prestiżu, ale w tabeli ligi hiszpańskiej drugie jest Atletico. Mimo wszystko Barca jest daleka od sytuacji komfortowej. Ostatnio, gdy przybyła na Santiago Bernabeu w meczu o Superpuchar Hiszpanii dostała tęgie lanie. Wynik 0:2 nie oddawał totalnej niemocy Katalończyków.

Drużyna Zidane’a to dość osobliwy przypadek. W niespełna dwa lata pracy Francuza zdobyła osiem trofeów, jako pierwsza obroniła tytuł w Lidze Mistrzów, rok 2017 uczyniła najlepszym w historii takiego klubu jak Real, a kibice od miesięcy głównie się o nią martwią. I wybrzydzają. Że Gareth Bale jest notorycznie kontuzjowany, że Karim Benzema pogubił się kompletnie i nie dorasta już do poziomu Realu. Że Cristiano Ronaldo zdobył w lidze zaledwie 4 bramki. Dla takiej superstrzelby, to wynik katastrofalny. Trio BBC uzbierało w Primera Division 8 goli! Nawet Zidane’owi wyrwało się, że brak skuteczności jest przyczyną kłopotów zespołu. Z drugiej strony ilekroć ta drużyna gra o kolejne trofeum, wygrywa, nawet bez Bale’a, Benzemy, czy Ronaldo jak Superpuchar z Barcą. Luka Modric człapie w lidze, ale gdy stawka wzrasta, włącza turbodoładowanie i wciąż jest jednym z najlepszych pomocnikiem świata. To samo Toni Kroos, piłkarz będący synonimem precyzji. Boczni obrońcy Marcelo i Carvajal są w kryzysie, mimo wszystko miejsca w światowej czołówce nie można im odmówić.

Nikt się drużyny Zidane’a lekceważyć nie ośmieli, w ostatnich dwóch latach obiła ona wszystkich wielkich w Europie. Ostatnio formą nie błyszczy, w lidze pogubiła punkty, przegrała z Betisem i Gironą, ale jej potencjał wciąż jest ogromny. I tego musi obawiać się Barcelona, nawet wtedy gdy widzi największego rywala w lusterku wstecznym i to z odległości 11 pkt.

Nie ma klasyku, który nie odbywałby się pod napięciem. Czasy Pepa Guardioli i Jose Mourinho minęły, teraz zwaśnieni szkoleniowcy wojują w derbach Manchesteru, ale polemiki madrycko-barcelońskie trwają. Zaraz po pokonaniu brazylijskiego Gremio w finale klubowych MŚ, strzelec zwycięskiej bramki CR7 powiedział: - Fajnie by było, gdyby gracze Barcelony zrobili nam szpaler na Santiago Bernabeu.

I lawina ruszyła. Szpaler to hiszpański zwyczaj hołdu składanego przez rywali mistrzowi: piłkarze stają w dwuszeregu i klaszczą, gdy ich opromienieni tytułem przeciwnicy wychodzą z szatni.

Rzecz jasna Barcelona szpalerów Realowi robić nie chce. Byłoby może grzecznie, ale o grzeczność w tej zaciekłej rywalizacji chodzi najmniej. Katalończycy są podrażnieni, bo w ostatnich dwóch latach Real odebrał im miejsce na europejskim tronie. Po ostatniej porażce w Superpucharze Hiszpanii, najbardziej wygadany w szatni Barcelony Gerard Pique przyznał, że pierwszy raz odkąd gra na Camp Nou, czyli od lata 2008, poczuł wyższość Królewskich.

Od tej pory Barca i jej nowy trener Ernesto Valverde zrobili wszystko co możliwe, by się otrząsnąć po tym ciosie. W połowie sierpnia, gdy ulegli Realowi, Katalończycy uczyli się dopiero grać bez Neymara oddanego do PSG za rekordowe 222 mln euro. Ta strata była ciosem w morale i siłę drużyny z Camp Nou, z czasem rolę skrzydłowego zaczął wypełniać lewy obrońca Jordi Alba, który stał się jedną z fundamentalnych postaci dla Valverde. Z Messim stworzyli osobliwą parę, produkującą gola za golem. Po kryzysie ubiegłego sezonu Alba wrócił na poziom światowy.

Przez jakiś czas Barca nie umiała znaleźć odpowiedzi na Casemiro, od lat uchodziła za zespół delikatny, finezyjny, ale bojący się walki wręcz. Valverde ma dziś swojego gladiatora w drugiej linii. Sprowadzony z Chin za 40 mln euro 29-letni Paulinho to jeden z największych twardzieli w lidze hiszpańskiej. I trzeci strzelec Barcy po Messim i Luisie Suarezie. Urugwajski snajper ostatnio odrodził się, w Barcelonie wszystko gra, kłopotem są kontuzje stopera Samuela Umtitiego i kupionego za 105 mln Ousmane Dembele. Tego pierwszego zastępuje spisywany już na straty Thomas Vermaelen. Belg sam się dziwi, że wciąż jest w stanie grać na takim poziomie.

Największym odkryciem jesieni jest jednak w Barcelonie bramkarz Marc Andre Ter Stegen. Niemiec puścił w Primera Division tyle goli co bramkarz Atletico Jan Oblak, który ma przecież lepszą defensywę. Ter Stegen broni jak w transie, nazywają go Messim bramki. Barca poprawiła pressing, grę obronną, jest zbalansowana, tylko część fanów wybrzydza na styl bardziej wyrachowany. Ale wszystkie komplementy zbierane przez zespół Valverde potrzebują weryfikacji, czyli rywala ze światowego topu. Jesienią Barca zremisowała z Atletico i Valencią, ale jedynym bardzo poważnym sprawdzianem był dla niej dwumecz z Juventusem w Lidze Mistrzów. Wygrany, Katalończycy zdobyli 4 pkt, Messi pokonał w końcu Gianluigiego Buffona. Wiadomo jednak, że dla Barcelony nie ma bardziej wymagającego egzaminu, niż ten który musi zdawać co roku na Santiago Bernabeu.

wtorek, 12 grudnia 2017

Losowanie 1/8 finału Ligi Mistrzów było tak samo złe dla Chelsea, jak Barcelony, dla Realu Madryt i PSG. Robert Lewandowski i Bayern Monachium mieli nieporównywalnie więcej szczęścia.

24 kwietnia 2012 roku był jednym z najgorszych dni w karierze Leo Messiego. W roku, w którym wbił 91 goli poprawiając strzelecki rekord Gerda Muellera (85), tego najważniejszego jednak nie strzelił. W półfinale Ligi Mistrzów broniąca trofeum Barcelona grała rewanż z Chelsea próbując odrobić stratę jednej bramki z pierwszego meczu na Stamford Bridge. 95 tys ludzi na trybunach Camp Nou wpadło w euforię, gdy 43. min Andres Iniesta zdobył bramkę na 2:0. Chelsea grała wtedy w dziesiątkę po czerwonej kartce dla swojego kapitana Johna Terry’ego. Mimo wszystko defensywny pomocnik Ramires strzelił gola na 1:2, co było dla gości wynikiem marzeń.

Tuż po przerwie Barcelona dostała jednak karnego, do piłki podszedł Messi. Petra Cecha udało mu się zmylić, ale kopnięta przez Argentyńczyka piłka trafiła w poprzeczkę. Kompletnie rozbiło to impet gospodarzy, którzy stracili jeszcze drugą bramkę po strzale Fernando Torresa. Do finału w Monachium awansowała Chelsea i wygrała go po karnych z Bayernem.

Hiszpanie mówią, że Chelsea stała się dla Messiego „Czarną bestią”, czyli koszmarem na jawie. Grał przeciw niej aż osiem meczów, wygrał zaledwie raz i nie zdobył ani jednej bramki.

A przecież wszystko zaczęło się tak wspaniale. 22 lutego 2006 roku 18-letni Messi został bohaterem 1/8 finału Ligi Mistrzów na Stamford Bridge. Nastolatek tak ogrywał Asiera del Horno, że hiszpański obrońca Chelsea stracił panowanie nad sobą i brutalnie faulował. Wyleciał z czerwoną kartką, a Barcelona wygrała 2:1, a potem drugi raz w swojej historii wygrała Ligę Mistrzów.

W kolejnych pojedynkach z Chelsea Katalończycy nigdy już nie wygrali: pięć remisów i dwie porażki to ich bilans. Najsłodszy był remis na Stamford Bridge w półfinale 2009 roku, kiedy grająca w dziesiątkę Barca ocaliła awans do finału dzięki złotej bramce Iniesty. To był jeden z dwóch najważniejszych goli w karierze Hiszpana, drugi to ten zwycięski z finału mundialu w RPA.

Rywalizacja Chelsea z Barceloną to więc osobny rozdział historii Ligi Mistrzów. W lutym i w marcu kolejny odcinek zapowiadający się szlagierowo.

Drugim hitem 1/8 finału będzie starcie broniącego trofeum Realu z PSG. Francuski zespół z ofensywnym trio Cavani-Neymar-Mbappe pobił niedawno rekord strzelecki fazy grupowej Ligi Mistrzów (25 bramek). Latem szejkowie z Kataru wydali na transfery 400 mln euro, by wydrzeć Barcelonie i Monaco Neymara i Mbappe. Ta dwójka ma dać impuls drużynie gwiazd o wielkich i niespełnionych ambicjach. Starcie z Realem to dla zespołu z Parku Książąt egzamin dojrzałości. Szejkowie budują potęgę klubu od 2011 roku, namówieni na inwestycję przez byłego prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy’ego. Stolica Francji przez triumf PSG w Lidze Mistrzów miała dołączyć do wielkich piłkarskich miast. Do tej pory się to nie udało. Przed rokiem klub paryski dostał tęgie lanie od Barcelony - 1:6 na Camp Nou w 1/8 finału. Trzy bramki dla Katalończyków zdobył wtedy Neymar. Szejkowie uczynili z niego najlepiej zarabiającego piłkarza świata, by został liderem PSG. Real i Ronaldo zweryfikują aspiracje Paryżan.

Trzeci i teoretycznie najsłabszy z hiszpańskich klubów FC Sevilla też nie miał szczęścia w losowaniu. Trafił na Manchester United. Teoretycznie może się więc tak zdarzyć, że w ćwierćfinale zabraknie zespołu z uważanej za najsilniejszą na świecie Primera Division. Byłaby to rewolucja w Lidze Mistrzów. W ostatnich latach kluby hiszpańskie stały się hegemonami rozgrywek europejskich, w ostatnich czterech latach do finału LM wpuściły tylko Juventus Turyn, by pokonała go Barcelona (2015) i Real (2017). W kryzysie były natomiast zespoły z najbogatszej ligi angielskiej. Teraz jest ich w fazie pucharowej Ligi Mistrzów aż pięć. I tylko Chelsea nie będzie w 1/8 finału zdecydowanym faworytem swojej pary.

Zadowolony z losowania jest Bayern, zespół Roberta Lewandowskiego. Besiktas to rewelacja tej edycji, ale on już sukces osiągnął wygrywając swoją grupę.

Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac