blog Darka Wołowskiego
RSS
czwartek, 14 września 2017

„Marsjanin” - napisała Gazzetta dello Sport po tym jak Argentyńczyk wbił dwa gole Gianluigiemu Buffonowi i poprowadził Barcelonę do zwycięstwa nad Juventusem 3:0. Kibice w Katalonii wciąż muszą drżeć o podpis na kontrakcie przedłużającym „małżeństwo doskonałe” do 2021 roku.

Największy włoski dziennik sportowy dał na okładce tytuł „Ogłuszeni przez Messiego”. Opatrzył go zdjęciem dwóch Argentyńczyków: gwiazdorowi Barcelony za wtorkowy mecz na Camp Nou w Lidze Mistrzów wystawił notę 9 w skali dziesięciostopniowej. 24-letni Paulo Dybala z Juventusu lansowany na następcę Messiego dostał ocenę przeciętną 5,5. Bardziej symbolicznym obrazkiem był jednak pomeczowy uścisk dwóch legend. 39-letni Buffon (191 cm) przytulił Messiego (168) jak młodszego brata. Tak się składa, że Włoch był ostatnim z wielkich bramkarzy, którego Argentyńczyk do wtorku nigdy nie pokonał. Ale bastion padł i to dwa razy. „Messi demitologizuje Buffona” - ogłosił hiszpański „El Pais”.

Kibice Barcelony przynieśli na Camp Nou transparenty polityczne, witając gości z Turynu i cały świat oglądający hitowy mecz w Republice Katalońskiej. Messi wygrał jednak nawet z polityką. Męczarnie Barcy trwały do jego gola w 45. minucie, potem gospodarze rozszarpali obronę mistrza Włoch. A okrzyki polityczne zastąpiły głosy nawołujące prezesa Josepa Marię Bartomeu, by skłonił Argentyńczyka do przedłużenia kontraktu z Barceloną. Latem klub stracił Neymara, wykupionego przez PSG za 222 mln euro, strata Messiego byłaby jednak na Camp Nou odebrana jako koniec świata. I tak mocno kwestionowany Bartomeu wydałby na siebie wyrok.

Po zwycięskim meczu z Juve prezes Barcy spotkał się z dziennikarzami i tłumaczył, że w umowie przedłużającej pobyt Messiego w Barcelonie do 2021 roku brakuje tylko podpisu piłkarza. Mówił, że wszystko jest uzgodnione z ojcem i agentem gwiazdora Jorge Messim, który kontrakt już podpisał. Messi ma dostać premię 50 mln euro za jego przedłużenie. Klub da mu też podwyżkę do 25 mln euro netto za sezon (brutto to aż 56 mln), a klauzula odejścia zostanie podwyższona z 250 mln do 300.

Ale żądania Messiego nie kończą się na pieniądzach. „To nie jest ktoś, kto planuje karierę przez pryzmat stanu konta” - powiedział niedawno jeden z działaczy Barcy. Jeśli Messi ma się związać z klubem z Camp Nou do 34. roku życia, musi mieć gwarancję, że prezesi sprowadzą mu takich partnerów, z którymi będzie mógł zdobywać trofea. Takie jak Liga Mistrzów.

Dziennikarze i kibice Barcelony nie do końca wierzą w wersję przedstawianą przez Bartomeu. Drugą gwiazdą Barcelony, która we wtorek przeciw Juventusowi świeciła najjaśniej, był 33-letni Andres Iniesta. Symbol klubu, związany z nim od 21 lat. Jemu kontrakt kończy się w czerwcu. Niedawno prezes Barcy ogłosił, że wynegocjował z piłkarzem przedłużenie. Dziennikarze zapytali Iniestę, czy to prawda, ale on zaprzeczył. Wzburzyło to fanów Barcy. I tak wielu z nich uważa, że Bartomeu powinien podać się do dymisji. Za stratę Neymara, za to, że nie potrafił sprowadzić jego następców. Mieli nimi być Ousmane Dembele i Philippe Coutinho z Liverpoolu, ale udało się kupić tylko pierwszego. Niedawno Neymar już jako piłkarz PSG nazwał Bartomeu „śmiesznym prezesem”. Brazylijczyk nie jest już autorytetem dla fanów Barcy, ale Iniesta i Messi to symbole. Tymczasem Andres czuje się źle traktowany przez działaczy. A to piłkarz, którego wiarygodności nie da się podważyć. Doszło do tego, że w czasie niedawnego obiadu piłkarzy Barcelony, koledzy śpiewali „Andres zostań z nami”.

Messi też się często wkurzał na działaczy. Gdy jeden z nich powiedział publicznie, że Leo nie byłby tak dobry bez Neymara, Luisa Suareza i Iniesty, wyleciał z pracy. Inny stwierdził, że Barcelona musi słuchać głosu rozsądku negocjując nowy kontrakt Messiego, bo pensje piłkarzy nie mogą przekroczyć 70 proc budżetu klubu. Zareagował na to Luis Suarez, który po jednym z meczów powiedział do kamery. - W sprawie Messiego działacze nie powinni słuchać głosu rozsądku, ale po prostu za wszelką cenę zatrzymać go w klubie.

Tę opinię podzielają kibice. Bartomeu stoi pod ścianą. Parę lat temu Javier Faus wiceprezes Barcy do spraw finansowych powiedział, że nie widzi potrzeby, by co pół roku zmieniać kontrakt Messiego i dawać mu podwyżkę. Piłkarz odpowiedział, że Faus nie ma pojęcia o piłce i traktuje klub jak przedsiębiorstwo skupione na zyskach. Fausa już w Barcelonie nie ma. Pracuje w klubie tenisowym.

wtorek, 12 września 2017

Leo Messi zdobył dwie bramki, a Barcelona zwyciężyła zdziesiątkowany kontuzjami Juventus 3:0 w pierwszym meczu fazy grupowej nowej edycji Ligi Mistrzów. Formą Katalończycy błysnęli jednak dopiero w drugiej połowie.

„Zagraj to jeszcze raz Messi” - hasło reklamowe z Argentyńczykiem w roli głównej robił furorę w internecie. Na filmie nakręconym przez Adidasa pięciokrotny laureat Złotej Piłki usiadł do pianina i z dużą dozą wirtuozerii odegrał hymn Ligi Mistrzów. We wtorek wyszedł na Camp Nou, by zainaugurować rozgrywki, w których tak on, jak i Barcelona mają odtworzyć momenty świetności. Leo wygrał Champions League cztery razy (2006, 2009, 2011 i 2015), ale ostatnie słodkie wspomnienie to finał w Berlinie sprzed 27 miesięcy. Barcelona pokonała wtedy Juventus 3:1.

Ten sam Juventus stał się katem Katalończyków kilka miesięcy temu, gdy w ćwierćfinale przez 180 minut Messi, Luis Suarez, Neymar i Iniesta odbijali się od włoskiego muru. Nie zdołali nawet raz pokonać Buffona. W Turynie Leo przyćmił młody rodak Paulo Dybala, w rewanżu Barca grała już tylko o honor. I nawet to się nie udało. Juventus powstrzymał w finale broniący trofeum Real Madryt. Katalończycy drugi rok z rzędu musieli ścierpieć na europejskim szczycie odwiecznego rywala.

Tego lata w Barcy i Juve doszło do zmian. PSG wykupiło Neymara, Milan odebrał Turyńczykom szefa defensywy Leonardo Bonicciego, a Dani Alves przeniósł się do Paryża. Na wtorkowy mecz w fazie grupowej na Camp Nou drużyna Massimo Allegriego przybyła zdziesiątkowana - bez kontuzjowanych Chielliniego, Mandzukica, Khediry, Höwedesa, Marchisio i zawieszonego Cuadrado. W porównaniu z poprzednim meczem na Camp Nou Allegri wystawił sześciu nowych graczy. Najbardziej zmieniła się defensywa mistrza Włoch.

Tymczasem Barca zagrała w najmocniejszym obecnie składzie, z 20-letnim Ousmane Dembele sprowadzonym z Borussii Dortmund za 105 mln euro. Mimo wszystko Juventus traktowano w Katalonii jak wielkiego egzaminatora formy drużyny Ernesto Valverde. Co prawda wygrała ona trzy mecze ligowe, ale na starcie sezonu dostała bolesne lanie od Realu w Superpucharze Hiszpanii.

Messi zdobył w Primera Division już pięć goli, ale Paulo Dybala aż siedem w czterech meczach Juve. Niedawno wspólnie przeżyli wielkie rozczarowanie, w meczu eliminacji MŚ w Rosji Argentyna nie umiała pokonać u siebie ostatniej w tabeli Wenezueli. - Z Messim gra się wspaniale, ale zarazem ciężko, obaj jesteśmy ustawiani na tej samej pozycji - opowiadał Dybala. Rzecz jasna przed starciem z Juve katalońscy dziennikarze chcieli się dowiedzieć, czy Paulo chciałby kiedyś przenieść się na Camp Nou. Jego agent wymienił klub z Katalonii jako jeden z czterech (obok Realu, Manchesteru City i Manchesteru United), w których Dybala zrobiłby krok do przodu.

Barcelona i Messi nie zaczęli dobrze wtorkowego starcia z Juventusem. W pierwszej połowie nieźle wypadł tylko weteran Andres Iniesta. Messi długo pozostawał w cieniu, często tracił piłkę, rzadko wygrywał indywidualne pojedynki, niekiedy stał na boisku zagubiony, jakby brakował mu sil i pomysłów. Ale nadeszła 44. minuta, kiedy Dembele uciekł włoskim obrońcom w środku boiska, a Messi rozegrał piłkę z Luisem Suarezem i zdobył gola strzałem w długi róg bramki. Argentyńczyk pokonał 39-letniego Buffona pierwszy raz w życiu. I drużyna Barcelony wydostała się z żelaznego, włoskiego uścisku.

W 51. min Messi znów znalazł miejsce do strzału, ale piłka trafiła w słupek. Buffon znów byłby bezradny.

Cztery minuty później Argentyńczyk przeprowadził rajd prawym skrzydłem, wycofał piłkę, a po złym wybiciu Ivan Rakitic zdobył bramkę na 2:0. Od tej chwili Katalończycy bezdyskusyjnie panowali już na boisku. Plan Allegriego funkcjonował do straty pierwszej bramki. W 68. min Messi pokonał Buffona drugi raz. W klasyczny dla siebie sposób, schodząc z piłką do środka oddał strzał w przeciwny róg, niż ruszył się legendarny bramkarz.

Tak urodziło się efektowne zwycięstwo Barcy, na które długo się nie zanosiło. Katalończycy dostali duży zastrzyk optymizmu, a Messi przełamał kolejną barierę.

Dyrektor generalny Bayernu Monachium Karl-Heinz Rummenigge potraktował wywiad, którego udzielił Robert Lewandowski tygodnikowi „Der Spiegel” jako atak na klub. Czy Polak zaczął grę obliczoną na transfer do Realu Madryt?

To nie pierwszy raz, gdy szefowie Bayernu poczuli się urażeni przez kapitana reprezentacji Polski lub jego współpracowników. Tuż po zakończeniu poprzedniego sezonu, agent Lewandowskiego Maik Barthel opowiedział magazynowi „Kicker”, że nigdy nie widział Polaka tak rozczarowanego bawarskim klubem jak wtedy, gdy przegrał walkę o koronę króla strzelców Bundesligi z napastnikiem Borussii Dortmund Pierre-Emerickiem Aubameyangiem. Barthel przekonywał, że Lewandowski nie miał wsparcia w drużynie i trenerze. Carlo Ancelotti odpowiedział wtedy, że Robert jemu nigdy się nie skarżył. - Ale agenci za dużo mówią - dodał. I wyjaśnił, że jeśli agent zawodnika ma coś do powiedzenia trenerowi, lub klubowi powinien przyjść i porozmawiać, a nie żalić się w mediach.

Kolejna wypowiedź, która zabolała Bayern dotyczyła letnich tournee po Chinach i Singapurze, gdzie Bawarczycy grali płatne sparingi, m in przegrali 0:4 z Milanem. - Podczas przygotowań do sezonu nie mieliśmy czasu na trening - powiedział Lewandowski po inauguracji Bundesligi z Bayerem Leverkusen. - Dużo podróżowaliśmy, graliśmy wiele meczów towarzyskich. To nigdy nie pomaga. Teraz mieliśmy dopiero dwa tygodnie, żeby porządnie potrenować - dodał Polak tłumacząc przeciętną formę Bawarczyków.

Ale burzę wywołał dopiero wywiad Lewandowskiego w „Der Spiegel”, w którym Polak skrytykował politykę transferową bawarskiego klubu. - Działacze muszą coś wymyślić, być kreatywni. Skoro klub chce być jednym z najlepszych na świecie, to do Monachium trzeba sprowadzać piłkarzy o najwyższej klasie. Tymczasem Bayern, pomijając jeden wyjątek, nigdy nie zapłacił za piłkarza więcej niż 40 mln euro. Biorąc pod uwagę realia obecnego rynku można za to kupić jedynie zawodnika średniej klasy. Na pewno nie gracza z absolutnego topu - mówił Lewandowski.

Wzburzyło to szefów Bayernu. - Kto publicznie krytykuje klub, trenera, lub kolegów z zespołu będzie miał do czynienia ze mną - powiedział w niedzielnym wywiadzie dla „Bilda” Karl-Heinz Rummenigge.

- Robert był wkurzony na fakt, że PSG przeprowadzało wielkie transfery, jednak nie ma się czym martwić, bo my mamy znakomity skład - przekonywał Rummenigge. „Bild” poinformował też, że Lewandowski może zostać ukarany za wywiad bez zgody klubu. - Hasan Salihamidžić (dyrektor sportowy Bayernu - red) już rozmawiał z Robertem - ujawnił Rummenigge.

Najciekawsze rzeczy można jednak wyczytać między wierszami tego osobliwego dialogu. Wypowiedź Lewandowskiego tak zirytowała byłego piłkarza Bawarczyków Stefana Effenberga, że powiedział, iż Bayern powinien jak najszybciej sprzedać Polaka. Tu Rummenigge zareagował w sposób znacznie mniej emocjonalny. Wrócił do słów Lewandowskiego krytykujących letnie przygotowania Bawarczyków. - Gdy to mówił powinien przypomnieć sobie, że jego wymarzony klub, czyli Real Madryt, spędził latem w podróżach po gorących krajach dwa razy więcej czasu niż my.

Te słowa cytuje cała hiszpańska prasa, wiadomo, że królewski klub chętnie kupiłby Polaka. Ale Rummenigge ostrzega, że Bayern nie popuści. - Lewandowski jest naszym zawodnikiem i zarabia naprawdę godne pieniądze - mówi w „Bildzie”. - Piłkarz nie ma takiego wpływu na swoją przyszłość jak myśli Lewandowski. Wystarczy spojrzeć na jego umowę, która obowiązuje do 30 czerwca 2021 roku i nie ma w niej klauzuli odstępnego. Jeżeli Robert uważa, że lojalność w piłce jest mniej ważna od wydatków... Cóż, szkoda - stwierdził Rummenigge.

I na koniec zaatakował agenta Polaka. - Po raz kolejny za słowami Roberta stoi Maik Barthel, który działa na niekorzyść zawodnika. Ten wywiad był ewidentnie zły dla klubu.

Postawmy trzy pytania: - Jeśli Robert chce odejść do Realu, po co niedawno przedłużył kontrakt z Bayernem do 2021 roku? Dlaczego kontrowersyjnego wywiadu udzielił po zamknięciu okna transferowego, kiedy przeprowadzka na Bernabeu stanie się możliwa dopiero za 10 miesięcy (zimowe okno wykluczam dla takiej transakcji)? Czy Bayern jest w stanie zatrzymać Lewandowskiego wbrew jego woli?

Z jednej strony kapitan reprezentacji Polski ma powody, by odejść. To ostatni moment - na Bernabeu trafiłby jako 30-latek, by dać swojej karierze ostatni wielki impuls. Karierze niezwykłej, w której brakuje jednak ostatniego wielkiego etapu. Real w CV to byłoby coś gigantycznego - do czego żaden polski piłkarz nigdy się nie zbliżył. Czasu jest mało, przyszłe lato to właściwie ostatnia chwila. Rozumiem, że w Bawarii Lewandowskiego motywuje już tylko Liga Mistrzów (mistrzem Niemiec był pięć razy i zaraz będzie pewnie szósty). Trudno uwierzyć, że w przypadku piłkarza-przedsiębiorstwa otoczonego zgrają doradców te wszystkie wypowiedzi są przypadkowe i nie służą niczemu.

poniedziałek, 11 września 2017

Sezon zaczął się tak jakby Real Madryt szykował się do hat-tricka w Lidze Mistrzów. Po erze Jose Mourinho i Pepa Guardioli, standardy wyznacza Zinedine Zidane. Szczyt zdobył w 18 miesięcy.

Mowa ciała Cristiano Ronaldo wyjaśniała wszystko. Na gali UEFA w Monaco, gdzie 24 sierpnia nagradzano piłkarzy sezonu, siedział obok Leo Messiego i Gianluigiego Buffona. Z miną człowieka, który po morderczym finiszu wygrał najważniejszy wyścig swojego życia. Z Messim spotyka się przy takich okazjach od dekady. Na początku zajmował zwykle miejsce w cieniu Argentyńczyka. Dopiero po trzydziestce dopadł rywala, który według powszechnej opinii, stał się jego prywatną obsesją.

CR7 jest dziś piłkarzem spełnionym. Symbolem uporu i wiary we własne siły. Jako pierwszy piłkarz w historii przekroczył liczbę 100 goli w Lidze Mistrzów. Genialny Messi wciąż tkwi poniżej tej granicy.

Tak jak Ronaldo może czuć się dziś Real Madryt. Po latach pogoni za Barceloną dotarł do celu. Jako pierwszy obronił trofeum w Lidze Mistrzów, dołożył do tego mistrzostwo kraju, takiej euforii na Santiago Bernabeu nie przeżywano od 60 lat pomijając ostatnie drobne kłopoty w lidze.

Każdy ruch Królewskich wydaje się wzorcowy. Kosmopolityczna kadra zaczęła się zmieniać. Gwiazdy zaciężne Gareth Bale, czy Karim Benzema znalazły się w cieniu młodych Hiszpanów Isco i Asensio. Real odebrał Barcelonie nawet władanie nad reprezentacją Hiszpanii. W niedawnym starciu eliminacji MŚ w Rosji z Włochami Isco zapracował na komplement „spadkobiercy Iniesty”. Włoski pomocnik Marco Verratti, któremu piłkarz Realu założył siatkę, wyznał, że miał ochotę podnieść się z murawy i bić brawo. Isco zdobył dwie bramki, Hiszpania wygrała 3:0 skazując czterokrotnych mistrzów świata na baraże.

Barometrem nastrojów w wielkich klubach jest aktywność transferowa. Latem Paris Saint Germain pozbawił Real wszystkich rekordów, co tylko podkreśla kto naprawdę czuje się mocny. Kiedy inni szastali milionami Królewscy odchudzali kadrę. Sprzedali Danilo, Moratę, Mariano, oddali Pepe, Jamesa Rodrigueza wypożyczyli do Bayernu Monachium. Klub zarobił 123 mln euro, wydając zaledwie 46 mln, plus 45 mln na jedyną wielką ekstrawagancję, czyli 17-letniego Viniciusa Jr z Brazylii.

Real zaczął nowy sezon tak jak skończył poprzedni. Po zwycięstwie nad Manchesterem United w Superpucharze Europy, rozbił Barcelonę w Superpucharze Hiszpanii. Zidane był największą gwiazdą dorocznego zjazdu trenerów organizowanego przez UEFA. Jako piłkarz Ligę Mistrzów wygrał zaledwie raz w barwach Realu, ale zanim tego dokonał przegrał dwa finały z Juventusem. Hiszpanie uznają to za dowód, że klub z Santiago Bernabeu i Zizou to związek doskonały. Potwierdza to 18 miesięcy jego pracy w roli trenera Realu. Stawał na czele drużyny, która kilka tygodni wcześniej poległa z Barceloną 0:4 na własnym stadionie. A potem zdobył 7 trofeów. W 512 dni Królewscy znów zostali synonimem tego co najlepsze.

- Barcelona „sprzedaje” swój styl, Real zwycięstwa - mówi były gracz Królewskich Michel Salgado próbując opisać różnicę. Co nie znaczy, że drużyna Zizou nie ma stylu. W pierwszym meczu ligowym w La Corunii Real wbił Deportivo gola po akcji złożonej z 44 podań zakończonej strzałem defensywnego pomocnika Casemiro. Media opiewały madrycką wersję tiki-taki.

Real zaczął sezon bez zawieszonego Ronaldo. Nie jest już uzależniony od jego zrywów i instynktu. To raczej genialny Portugalczyk korzysta na szybkiej i różnorodnej grze zespołu. Toni Kroos, Luka Modric, Casemiro, 25-letni Isco i 21-letni Asensio tworzą wielką siłę. Do tego dochodzi firmowa para stoperów Ramos-Varane i jeszcze lepsza bocznych obrońców z Marcelo - urodzonym dryblerem.

Legendarny Buffon powiedział niedawno, że choć najlepszym piłkarzem świata pozostaje Leo Messi, właścicielem Złotej Piłki jest Ronaldo, ale piłkarz, który w ostatnim czasie zrobił na nim największe wrażenie to Isco. Rewelacją jest Asensio. Przyszłość Realu wygląda dobrze.

Spokój na Santiago Bernabeu kontrastuje z frustracją w Barcelonie. Katalończycy zagrali główną rolę w letnim oknie transferowym, od chwili, gdy PSG wydarło im Neymara. Ofensywa po Ousmane Dembele, Philippe Coutinho ewentualnie Angela Di Marię zakończyła się porażką - na Camp Nou pojawił się tylko Francuz. Czy 20-latek, na którego wydano 105 mln euro będzie w stanie odmienić oblicze drużyny zdezorientowanej - jakie pokazała Barca w Superpucharze Hiszpanii? Z frustracji i złości urodził się już niejeden sukces, nietaktem byłoby skreślanie Katalończyków z listy faworytów Ligi Mistrzów.

Od 2014 roku najważniejsze europejskie rozgrywki stały się domeną Hiszpanów. Do czterech ostatnich finałów kluby Primera Division wpuściły tylko Juventus (w 2015 i 2017), który był tłem dla Barcy i Realu. Tego lata cichy sukces odniosło także Atletico Madryt. Nie mogło kupować piłkarzy ze względu na zakaz transferowy nałożony przez FIFA, ale utrzymało gwiazdy. Namówiło nawet Antoine’a Griezmanna, by zrezygnował lub chociaż odłożył przeprowadzkę do Manchesteru. Zimą, gdy zakaz zostanie cofnięty zespół wzmocni reprezentacyjny skrzydłowy Vitolo (jesienią będzie grał w Las Palmas) i być może napastnik Chelsea Diego Costa. Wtedy „Colchoneros” ruszą na podbój Europy. Trzy przegrane finały, w tym dwa w ostatnich czterech latach sprawiły, że Liga Mistrzów stała się dla nich obsesją. Zadowolony z działań prezesa trener Diego Simeone przedłużył kontrakt do 2020 roku. Dla kibiców on jest gwarancją sukcesu.

Pogoń Europy za Hiszpanami ma dużą szansę powodzenia. Bayern Monachium się zmienił, odeszli Philipp Lahm i Xabi Alonso, przyszli James i Corentin Tolisso z Lyonu, a Kingsley Coman został wykupiony z Juve. Największą gwiazdą zespołu pozostaje Robert Lewandowski i to od jego formy strzeleckiej zależał będzie los drużyny w Lidze Mistrzów. W ubiegłym sezonie Bayern zakończył na ćwierćfinałowym dwumeczu z Realem, co było najgorszym wynikiem bawarskiej drużyny od 2011 roku. Nasycony pięcioma kolejnymi triumfami w Bundeslidze klub chce odzyskać europejski tron. Bayern zasiadł na nim w 2013 roku na Wembley po czym w czterech kolejnych sezonach odbijał się od rywali z Hiszpanii.

To samo czuje Juventus. W Serie A jest najlepszy od sześciu lat, ale w czerwcu przeżył traumę siódmej porażki w finale Champions League. Jeśli 39-letni Buffon ma wygrać te rozgrywki to właśnie teraz. Być może swoje szanse gry dostanie też jego zmiennik Wojciech Szczęsny.

Do rywalizacji w Lidze Mistrzów wracają trzy angielskie kolosy Chelsea, Liverpool i Manchester United. Jose Mourinho był trenerskim guru, w czasach, gdy United błyszczał w Europie pod wodzą Alexa Fergusona. Dziś klub z Old Trafford i Portugalczyk są rozbitkami szukającymi na nowo swojej drogi. Tak jak Mou, lekcję pokory ma za sobą także Pep Guardiola. Wiosną po raz pierwszy prowadzony przez niego zespół nie przebił się do półfinału Ligi Mistrzów. Latem Manchester City wydał na transfery 240 mln euro, sprowadzając pięciu piłkarzy uważanych jednak za przeciętnych (Danilo, Mendy, Walker, Ederson, Bernardo Silva).

Inną strategię obrał bezdyskusyjny król okna transferowego. Utrzymywany za kataraskie petrodolary PSG wydał 402 mln na dwie gwiazdy: Neymara i Kyliana Mbappe. W piątek w Ligue 1 pierwszy raz zagrali razem: a paryski klub rozbił Metz 5:1. Trio za 467 mln z Edinsonem Cavanim popisało się niszczycielską siłą. PSG jest w podobnej sytuacji do Bayernu i Juventusu: w kraju nie ma konkurencji, egzamin będzie zdawać w Europie. Z hiszpańskiego?

środa, 06 września 2017

Remis na Estadio Monumental w Buenos Aires z ostatnią w tabeli Wenezuelą (1:1) wywołał szok w Argentynie. Na dwa mecze przed końcem eliminacji mundialu w Rosji wicemistrzowie świata są na krawędzi nieszczęścia.

„Jedynym graczem podstawowego składu jest Leo Messi. Wokół niego urodzi się drużyna” - powiedział Jorge Sampaoli, gdy 1 czerwca opuścił Sevillę, by ratować zespół narodowy. Słaba postawa „Albicelestes” w kwalifikacjach do rosyjskich mistrzostw świata sprawiała, że awans był poważnie zagrożony. Sampaoli podpisał kontrakt na pięć lat, aż do mundialu w Katarze. Dostał duży kredyt zaufania, by w spokoju odbudować zespół gwiazd. Ale spokoju w jego fachu nie ma - zwłaszcza w Argentynie.

Pierwszą podróż Sampaoli odbył do Barcelony. To tradycja wśród tamtejszych selekcjonerów - najważniejsza rzecz to dogadać się z Messim. Rzecz jasna od nowego trenera pięciokrotny laureat Złotej Piłki dostał opaskę kapitana. I zapewnienie, że selekcjoner wierzy w niego bezgranicznie.

Nie wszystkie gwiazdy Sampaoli potraktował tak samo. Gonzalo Higuain wypadł ze składu, tak jak Kun Aguero. Nowy selekcjoner uznał, że zaprzepaścili już dość szans. Postawił na Paolo Dybalę jako wsparcie dla Messiego i Mauro Icardiego z Interu Mediolan jako klasycznego łowcę goli. Ale, jak mawiają kibice, koszulka z numerem 9 w reprezentacji Argentyny jest ciężka. Icardi ma kłopot, żeby ją unieść.

Zaczęło się nieźle. Sampaoli zadebiutował zwycięstwem nad Brazylią w meczu towarzyskim. Ale gdy wróciła walka na poważnie, w eliminacjach mundialu w Rosji, stare koszmary Argentyny znów odżyły. 1 września w Montevideo „Albicelestes” zremisowali bezbramkowo z Urugwajem. Wynik nie był dla obu stron zły, ale mecz tak nudny i słaby, że zbulwersował kibiców. W Ameryce Płd poszła plotka, że to dwaj gwiazdorzy Barcelony, kapitanowie drużyn narodowych Messi i Luis Suarez uzgodnili, że oba zespoły nie zrobią sobie krzywdy.

Pięć dni później Argentyna podejmowała Wenezuelę - ostatnią drużynę tabeli, z którą wygrała dotąd wszystkie mecze u siebie. W 1975 roku w ramach Copa America „Albicelestes” zbili Wenezuelczyków 11:0! W eliminacjach MŚ w Brazylii wygrali gładko w Buenos Aires 3:0. W drodze na mundial w Rosji Wenezuela wygrała jeden mecz, od miesięcy nie ma już cienia szans na awans, a jednak na Estadio Monumental dokonała niemożliwego.

Argentyńczycy wyszli do gry wiedząc, że Chile przegrało w Boliwii z drugim z zespołów pozbawionych już szans na wyjazd do Rosji. Wystarczyło pokonać Wenezuelczyków, by wskoczyć nawet na drugie miejsce w tabeli, za plecy Brazylijczyków - jedynych pewnych już gry w mistrzostwach.

Argentyna natarła z furią, ale Icardi marnował szansę za szansą, a pierwsza kontra gości w 51. min zakończyła się golem Murillo. Konsternacja trwała trzy minuty, do samobójczego strzału Feltschera. Był czas, by wygrać. Ale wysiłki Messiego, Dybali i całej grupy piłkarzy wartych setki milionów na nic się nie przydały. Zawstydzający remis stał się faktem. Na dwie kolejki przed końcem eliminacji Argentyna ma 24 pkt, jest na piątym miejscu w tabeli dającym jej prawo tylko do barażu z Nową Zelandią (6 i 14 listopada). Za plecami „Albicelestes” czai się mistrz Ameryki Chile (23 pkt), Paragwaj (21) i Ekwador (20). Wszyscy wyobrażają sobie, że na mundial pojadą.

5 października Argentyna podejmie Peru (24 pkt), które wyprzedza ją w tabeli, a pięć dni później wyjedzie do Quito na mecz z Ekwadorem. Teoretycznie rywale przeciętni, ale zdecydowanie mocniejsi od Wenezueli.

Po zawstydzającym remisie Sampaoli zapłakał nad sytuacjami zmarnowanymi w pierwszej połowie, dodał, że Messi był najlepszy na boisku i wspomniał, że ma nadzieję iż presja nie zablokuje drużyny w starciu z Peru. Jeśli zablokuje, 30-letni Messi straci szansę być może na swój ostatni mundial.

Eliminacje w Ameryce Płd są zażarte, drugi w tabeli Urugwaj i ósmy Ekwador dzieli siedem punktów.

„Po 24 latach przywróciliśmy Argentynę tam, gdzie jej miejsce” - mówił Javier Mascherano po zwycięstwie nad Belgią 1:0 w ćwierćfinale mundialu w Brazylii. Albicelestes zdobyli wtedy srebrne medale, przegrali finał z Niemcami na Maracanie. Potem polegli z Chile w dwóch kolejnych finałach Copa America. Rozczarowany Messi powiedział „dość”, ale naród namówił go na powrót do kadry.

środa, 30 sierpnia 2017

- Jestem szczęściarzem, że mister fatygował się dla mnie aż przez Atlantyk. Pogodzę się ze swoim miejscem, nawet na ławce. Bez znaczenia co było kiedyś, i co będzie jutro - mówi napastnik, który zdobył dla Hiszpanii 59 bramek.

Powołanie na kluczowy mecz eliminacji mundialu w Rosji 35-letniego napastnika z New York City wywołało w Hiszpanii ogromne poruszenie. Sam David Villa był w szoku, choć wiedział przecież, że jest brany pod uwagę - selekcjoner Julen Lopetegui podróżował do niego do Ameryki. Villa przyznaje, że spodziewał się większych kontrowersji. Ale zapracował na tak ogromną i powszechną sympatię, że nikt w mediach hiszpańskich nie ośmielił się ironizować z tej decyzji.

Najbardziej lubiany piłkarz hiszpański zastąpi w kadrze najbardziej nielubianego. Diego Costa czeka na decyzję Chelsea, czy pozwoli mu odejść do Atletico Madryt. Kiedy wróci do gry, dla Villi w kadrze zabraknie raczej miejsca. Ale to gracza z MLS w ogóle nie zajmuje. Przyjechał pomóc wygrać z Włochami, i nic więcej. Wiadomo, że nie wyjdzie w podstawowym składzie, bo Lopetegui ma Alvaro Moratę. W dodatku trener La Roja na poważnie rozważa grę bez klasycznego napastnika: Isco, Asensio, Iniesta, Silva, Pedro dają mu właściwie nieograniczone pole manewru.

Włochy i Hiszpania idą w eliminacjach łeb w łeb. Kto wygra w sobotę na Santiago Bernabeu skaże rywala na grę w barażach. Rolą Villi może być wyjście na kwadrans, gdyby La Roja potrzebowała odwracać losy meczu. Przez ostatnie lata Hiszpania doczekała wielu dobrych graczy, ale nikogo o charakterystyce Villi. Dynamicznego, z instynktem strzeleckim, który szuka najkrótszej drogi do bramki. Bez zabaw w tiki-takę.

Villa to jeden z symboli najświetniejszego okresu „La Roja”. Był królem strzelców Euro 2008, na mundialu w RPA zdobył 5 goli tyle co Diego Forlan, Wesley Sneijder i Thomas Mueller. Ale jego bramki dały Hiszpanii tytuł - Villa ciągnął zespół aż do półfinału. Przy tym z wszystkich gwiazd złotego okresu zachował charakter najmniej tknięty gwiazdorstwem.

Być może dlatego Lopetegui wie, że nawet gdyby wystawił Villię tylko na kolejny mecz z Lichtensteinem, nie usłyszy słowa skargi. Davida widziano wkurzonego raz - gdy przed starciem z Australią na mundialu w Brazylii ogłosił, że kończy występy w kadrze. Nie dotarło to jakoś do ówczesnego selekcjonera Vicente del Bosque, który zdjął napastnika w 56. minucie po tym jak 20 minut wcześniej otworzył wynik. To był pojedynek o nic, o trzecie miejsce w grupie, dla Hiszpanów broniących tytułu to oznaczało klęskę. Wszyscy byli rozbici.

W 2013 roku Villa został odesłany z Barcelony jako napastnik zgrany. 12 miesięcy później dotarł do finału Ligi Mistrzów z Atletico - przeżył gorycz porażki po dogrywce z Realem. I ruszył do Ameryki zapominając o wielkim futbolu. Stąd jego zdumienie, że mając tylu znakomitych graczy do wyboru Lopetegui odkrył go na nowo.

A może zdobędzie 60. bramkę dla Hiszpanii? Gdyby udało się to w meczu z Włochami, jego rola zostałaby spełniona. Ma Italia swój talizman w bramce (Gianluigi Buffon), niech ma Hiszpania swój talizman w ataku.

W kadrze Villa zagrał 97 razy. Na setkę nie liczy. Od dawna już nie liczy na nic.

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Gol i asysta w debiucie z Guingamp, dwa gole i dwie asysty przeciw Toulouse. Neymar spłaca 222 mln euro za swój rekordowy transfer wprowadzając Paryż na salony piłkarskiej Europy.

Szósty gol w meczu z Toulouse można uznać za dzieło sztuki. PSG grało już w dziesiątkę po czerwonej kartce dla pomocnika Marco Verrattiego. W 90. min Neymara otaczało w polu karnym sześciu rywali, dał radę wszystkim. A fani na Parc des Princes poczuli to na co czekają - powiew piłkarskiej magii. Brazylijczyk sprawia, że paryski klub zapomina o katastrofie w ubiegłym sezonie, kiedy przegrał mistrzostwo kraju i w traumatycznych okolicznościach odpadł z Barceloną w 1/8 finału Ligi Mistrzów (4:0 i 1:6).

Póki co jest jak miało być. A nawet lepiej. Barcelona pozbawiona Neymara dostała ciężkie baty z Realem w Superpucharze Hiszpanii. Tymczasem PSG uwodzi nową nadzieją. Na prezentacji Brazylijczyka Wieża Eiflla rozbłysnęła kolorami paryskiego klubu, a na górze ukazał się napis „Welcome Neymar”. Potem prasa francuska opisywała jak władze PSG finansowały bizantyjską fiestę piłkarza i jego brazylijskich kumpli z tak zwanej grupy „Tois” w kurorcie Saint-Tropez, opłacając pluton ochroniarzy, by mogli się dobrze i spokojnie wyszaleć. Podwojono też ochronę w ośrodku treningowym klubu, bo Neymar wywołuje gigantyczne zainteresowanie. Wydarcie go Barcelonie, bez względu na cenę (222 mln euro) było dla Paryżan czymś więcej niż wygranie z nią finału Ligi Mistrzów. W końcu to właśnie Neymar ma największe szanse, by przerwać hegemonię Leo Messiego i Cristiano Ronaldo. 25-letni Brazylijczyk wciąż nie uchodzi za najlepszego piłkarza świata, ale z pewnością swoimi sztuczkami robi na boisku show znacznie większy niż aktualny posiadacz Złotej Piłki CR7.

- Wszyscy myślą, że odejść z Barcelony to jak umrzeć, a ja jestem bardziej żywy niż kiedykolwiek - powiedział Brazylijczyk po debiucie z Guingamp. A po spotkaniu z Tolouse zaatakował obecnych szefów Barcy, mówiąc że taki klub zasługuje na lepszych. Jakie są ich winy, nie wyjaśnił. Wiadomo tylko, że nie zgodzili się tego lata podnieść Neymarowi pensji z 25 mln euro netto za sezon do 30. PSG właśnie tyle mu dał.

W klubowym sklepie PSG koszulki Neymara znikają i wciąż ich mało. Ligowe mecze paryskiego klubu mają dwa razy wyższą oglądalność niż innych francuskich drużyn. Debiut Neymara w Canal + śledziło 1,25 mln widzów, mecz Nantes - Marsylia tylko 629 tys.

Wszystko to idealnie trafia w potrzeby kibiców we Francji. Jeśli chodzi o klubowy futbol mają oni tyle samo powodów do dumy, co kompleksów, lub przynajmniej poczucia niedosytu. Francuzi wymyślili plebiscyt Złota Piłka, europejskie rozgrywki, a jednak w 61-letniej historii Pucharu Europy ich klub zdobył go zaledwie jeden raz - Olympique Marsylia w 1993 roku. Ligue 1 jest wylęgarnią talentów zasilających potem angielską Premier League, hiszpańską Primera Division, włoską Serie A i niemiecką Bundesligę.

Przez lata przepisy futbolowe we Francji były najbardziej restrykcyjne, nie pozwalały klubom zadłużać się po uszy. Ale też rzadko do Ligue 1 trafiały wielkie gwiazdy rozbudzające wyobraźnię milionów fanów także poza Francją. Jak trudno wygrać Ligę Mistrzów bez milionowych transferów przekonywał przypadek Olympique Lyon, klubu wzorowo prowadzonego, ze świetną akademią, który w latach 2002 - 2008 siedem razy z rządu zdobył mistrzostwo Francji. Sprzedawał piłkarzy do największych potęg europejskich, ale sam w Champions League tylko raz sięgnął granicy półfinału. Bliżej trofeum było nawet Monaco w 2004 roku, gdy przegrało finał z Porto prowadzonym przez Jose Mourinho.

We Francji narastało poczucie, że miejscowe kluby to europejska druga liga. Sukces OM z 1993 roku kusił i wskazywał drogę na szczyt. Tamten zespół stworzył polityk i showman Bernard Tapie sprowadzając do Marsylii gwiazdy europejskiej piłki za grube miliony, co zaowocowało zwycięstwem w Lidze Mistrzów, ale też wyrokami za korupcję i przestępstwa podatkowe. W 2007 roku Tapie popierał kandydaturę Nicolasa Sarkozy'ego w wyborach prezydenckich we Francji i to właśnie Sarkozy był tym człowiekiem, który namówił rząd Kataru do zainwestowanie w PSG.

W maju 2011 roku prezes Nasser Al-Khelaifi zaczął wielkie inwestycje, rok później kupił Zlatana Ibrahimovica i Thiago Silvę z Milanu, ale setki milionów dało PSG tylko dominację we Francji przerwaną na dodatek w ostatnim sezonie przez znacznie biedniejsze Monaco. Tak spektakularny transfer jak ten Neymara stał się potrzebą chwili. Bez względu na koszty. Brazylijczyk sprawia, że Paryż dołącza do miejsc, gdzie można dostać łyk futbolowej magii. Choć rzecz jasna, nie mecze z Guingamp, czy Tolouse będę decydujące, ale starcia z Realem, Barceloną, Bayernem i Juventusem w LM.

niedziela, 20 sierpnia 2017

Liga hiszpańska od dawna nie miała tak zdecydowanego faworyta. Tyle, że Real Madryt musi wcielić się w nową rolę – uciekającego. W ostatnich latach głównie gonił za rozpędzonym ekspresem z Katalonii, który nagle utknął na bocznicy.

Trzy dni w połowie sierpnia były jak futbole trzęsieniem ziemi. W rywalizacji o Superpuchar Hiszpanii bukmacherzy dawali minimalnie większe szanse Barcelonie, może dlatego, że zaledwie dwa tygodnie wcześniej w Miami Katalończycy jeszcze z Neymarem w składzie, pokonali Real 3:2. W towarzyskich meczach przed sezonem Królewscy ani razy nie wygrali, zaliczając taką dotkliwą wpadkę jak 0:4 z Manchesterem City Pepa Guardioli.

Ale Zinedine Zidane nie szukał alibi. Przed starciem z Manchesterem United o Superpuchar Europy ogłosił, że Real jest gotowy do obrony pozycji numeru 1 w Europie. – Wystarczy, że moi piłkarze poczują jak świetnie są przygotowani fizyczne i odpalą – przekonywał. Co do ich klasy, nikt nie ma wątpliwości. W czerwcu jako pierwsi obronili trofeum w Lidze Mistrzów. I wydarli Barcy monopolizowane przez nią mistrzostwo Hiszpanii.

Zidane to trener z charyzmą, którego jednak powszechnie nie uważa się za geniusza strategii. Jest słabym mówcą, mimo 16 lat spędzonych w Madrycie, jego hiszpański wciąż go zawodzi. Z drużyną rezerw nie osiągnął żadnych sukcesów. Ale nawet dla największych gwiazd Królewskich wciąż jest futbolowym wzorem. Poszli za nim jak w dym i przyniosło to skutek przerastający oczekiwania. Siedem trofeów w 18 miesięcy wspólnej pracy.

W trzy dni między 13 i 16 sierpnia Real jeszcze raz wywrócił porządek rzeczy do góry nogami. Zwycięstwo na Camp Nou 3:1 i spektakularny triumf w rewanżu 2:0 sprawiły, że media hiszpańskie zaczęły przebąkiwać o Atletico Madryt jako jedynej alternatywie dla drużyny Zidane’a w rozgrywkach Primera Division. W 72 godziny Barcelona skurczyła się do rozmiarów przeciętniaka, którego w ankiecie madryckiego dziennika „Marca” zaledwie 17,5 procenta kibiców uznaje za faworyta do zdobycia tytułu! A przecież drużyna z Leo Messim była mistrzem sześć razy w ostatnich dziewięciu sezonach – czyli od czasu gdy na jej ławce usiadł Guardiola.

Gerard Pique był jednym z pierwszych jego transferów. Ale po ostatniej lekcji na Santiago Bernabeu przyznał, że pierwszy raz czuje się gorszy od Realu. Królewscy zdominowali Ligę Mistrzów w ostatnich latach, ale klasykach wciąż górą częściej była Barcelona. Nagle i to się zmieniło.

Zidane traktowany jest w Madrycie jak cudotwórca. Pod jego ręką rozkwitają nawet hiszpańscy piłkarze. A przecież przez ostatnie lata, gdy Barcelona lansowała wychowanków La Masia, Real krytykowano za to, że nie daje swoim cienia szansy. Co prawda Isco i Asensio przyszli z Malagi i Mallorki, ale stali się wielką nadzieją „Białych”. Asensio, który w Superpucharze wbił Barcelonie dwie spektakularne bramki, podniesiono klauzulę odejścia w kontakcie do pół miliarda euro. By nie spotkało Realu to, co Barcelonie przydarzyło się z Neymarem.

Poczucie wielkości i siły Królewskich zbiega się z kryzysem, frustracją i histerią w Barcelonie. O ile przed meczami z Realem kibice przebąkiwali o potrzebie transferów, które pozwolą zapełnić miejsce Neymara, o tyle dziś wręcz ich żądają. Bez względu na koszty. Prezes Josep Maria Bartomeu stoi pod ścianą, rozjuszeni fani chcą jego głowy. Kto na tym skorzysta? Z pewnością Liverpool i Borussia Dortmund, które żądają za Philippe Coutinho i Ousame Dembele w sumie niemal 300 mln euro. I wiedzą, że Katalończycy stoją pod ścianą, mają małe pole manewru. „Barca bez duszy i serca” – podsumował po porażkach z Realem dziennik „El Pais”. Nowy trener Ernesto Valverde przyszedł do klubu, by przywrócić mu miejsce na szczycie, tymczasem już na starcie trzeba zbierać jego morale z podłogi.

Po raz pierwszy od dawna Katalończycy zaczynają sezon w atmosferze tak głębokiej frustracji i niemocy. Trzeba czasu, by się przekonać, czy ciężkie ciosy, które spadły na 30-letniego Messiego i jego kolegów w Superpucharze Hiszpanii doszczętnie rozbiły zespół, czy też go zmobilizowały. Nawet po odejściu Neymara do PSG za 222 mln euro Barcelona ma jeszcze w kadrze więcej jakości niż większość klubów europejskiej czołówki. Toteż kolejny zwrot w hierarchii na szczytach hiszpańskiej piłki wciąż nie jest nierealny.

Póki co większość spogląda jednak na Atletico jako potencjalnego rywala swojego wielkiego sąsiada. Drużyna Diego Simeone wystartowała remisem (2:2) z beniaminkiem z Girony przegrywając już 0:2 i tracąc Antoine’a Griezmanna, który dostał niesłuszną czerwoną kartkę. W pierwszym meczu trzeba było w desperacji odwołać się do klubowej dewizy „nigdy nie przestawaj wierzyć”, co przyniosło nagrodę, ale w postaci tylko jednego punktu.

– Klub dokonał niezwykłego wysiłku, by utrzymać drużynę – powiedział niedawno Simeone. Atletico znalazło się pod ścianą z powodu zakazu transferów nałożonych na nie przez FIFA. Szefowie klubu za wszelką cenę starali się utrzymać stan posiadania, a jak wiadomo Griezmannem i Saulem Niguezem interesowali się najbogatsi z Manchesterem United i Barceloną na czele.

Klub dokona dwóch spektakularnych transferów: odkupi z Sevilli reprezentanta Hiszpanii Vitolo i sprowadzi z Chelsea napastnika Diego Costę. Póki co drużyna cierpi wciąż na tę samą chorobę. Miota się, gdy przyjdzie jej grać w ataku pozycyjnym, Vitolo i Costa mają być znaczącym zastrzykiem siły ofensywnej. Ale będą mogli zacząć grać dopiero w styczniu.

Argentyński trener nie panikuje. Przypomina, że ten zespół, który oskarża się o niewydolność w ataku, potrafiła pobić w ostatnich latach całą europejską czołówkę. Ludziom Simeonie pozostała do przejścia ostatnia granica, czyli zwycięstwo nad Realem w Lidze Mistrzów, co mogłoby otworzyć drogę do upragnionego trofeum. Atletico to najbardziej efektywny klub w ostatnich latach, relacja między jego osiągnięciami i wydatkami jest najwyższa w Europie. Czy będzie jednak w stanie dotrzymać kroku sąsiadowi z Santiago Bernabeu w walce o mistrzostwo Hiszpanii? Na dystansie 38 meczów.

Po pół wieku klub opuszcza swój legendarny stadion Vicente Calderon, by przenieść się na nowoczesny Wanda Metropolitano, który ma mieścić docelowo 73 tysiące osób. Inauguracja zaplanowana jest na 16 września. Trzy mecze otwierające sezon Atletico zagra na wyjazdach. Początek będzie więc trudny. Ale po to Simeone przedłuży kontrakt do 2020 roku, by się zmierzyć z kłopotami raz jeszcze. Wartości wyznawane przez klub (nigdy się nie poddawaj), wymagają poświęcenia i determinacji. „Cholo” chce się jeszcze raz podjąć wyzwania. By pod pomnikiem Neptuna zaśpiewać „niech się dowiedzą Biali kto rządzi w Madrycie”. Tyle, że tym razem wielki sąsiad, który pokonał Atletico w dwóch finałach Ligi Mistrzów, jest w stanie uniesienia i wydaje się mocniejszy niż kiedykolwiek.

piątek, 18 sierpnia 2017

Nie wiadomo czy epoka już się skończyła i czy w ogóle się skończy. Sugerują to dwie klęski z Realem w Superpucharze Hiszpanii i seria nieszczęść na rynku transferowym.

Przez ostatnią dekadę Barcelona wyznaczała kierunek rozwoju światowej piłki. Wokół wychowanego w jej szkółce La Masia Argentyńczyka Leo Messiego powstał zespół kultowy, który potrafił zawładnąć wyobraźnią milionów ludzi.

Tiki-taka to hiszpańska wersja futbolu totalnego powołanego do życia przez takie legendy holenderskiej piłki jak nieżyjący już Rinus Michels i Johan Cruijff. Obaj pracowali w Barcelonie, gdzie miejscowa akademia została zreformowana według wzorców przeszczepionych z Ajaxu Amsterdam.

Prowadzony przez Cruijffa „Dream Team” zdobył dla Barcelony pierwszy Puchar Europy. W tym zespole grał Pep Guardiola, który kilkanaście lat później jako trener umiał udoskonalić i rozwinąć koncepcje swojego mistrza. Powstał z tego styl niepowtarzalny, wykwintny, kunsztowny: nowatorskie spojrzenie na czas, przestrzeń i role piłkarzy na boisku. Styl polegający na błyskawicznej wymianie krótkich podań i bezustannym utrzymywaniu rywala z dala od piłki.

Szczytowym momentem tiki-taki był 2010 rok, kiedy wychowani w La Masia Messi, Andres Iniesta i Xavi Hernandez zajęli całe podium w plebiscycie Złota Piłka. Drugi i trzeci zdobyli wtedy dla Hiszpanii pierwszy tytuł mistrzów świata, bo selekcjoner Vicente del Bosque, choć wychowany w Realu, do kadry przeszczepiał wzory z Katalonii. Skutkowało to nieprzerwaną serią zwycięstw na wielkich turniejach od 2008 do 2012 roku.

W 2009 roku prowadzona przez Guardiolę Barcelona zdobyła sześć trofeów, wygrywając wszystkie rozgrywki, w których brała udział. Była o mały krok od powtórzenia tego także dwa lata temu. Wtedy do gry o dominację w Europie wkroczył Real Madryt - przez lata upokarzany w rywalizacji z Katalończykami, ale też nie szczędzący sił i środków, by ich gonić. Od dwóch lat Królewscy są najlepsi w Europie, ale dopiero w środę w Superpucharze Hiszpanii zafundowali Barcelonie tak surową lekcję pokory. Przez lata Barca uchodziła za miejsce, gdzie rodzą się największe gwiazdy. W listopadzie 2012 roku trener Tito Vilnova posłał do gry w meczu ligowym drużynę złożoną z 11 wychowanków. Dziś pozostało po tym blade wspomnienie. Barcelona, której dwa tygodnie temu budowany za katarskie petrodolary Paris Saint Germain wydarł Brazylijczyka Neymara płacąc rekordowe 222 mln euro, sama musi ruszyć na wielkie zakupy, by ratować się przed sportową zapaścią.

Każdy w Europie wie, że Katalończycy mają gotówkę i są w kryzysie. Dlatego ceny rosną. Kandydaci do Barcy Francuz Ousame Dembele i Brazylijczyk Philippe Coutinho osiągnęli 10 razy wyższe ceny, niż za nich zapłaciły Borussia Dortmund i Liverpool. 40 mln euro klub z Katalonii wydał na Paulinho z ligi chińskiej, który grał kiedyś w ŁKS Łódź. Wszyscy jesteśmy ciekawi, co z tego wyniknie.

Niełatwo pogodzić się z porażkami w klubie przyzwyczajonym do zwycięstw. Cierpliwość jest w zawodowej piłce towarem najbardziej deficytowym. Każdy potentat w chwilach kryzysu pod presją gniewu milionów fanów przepłaca za piłkarzy, zaniedbuje wychowanków, działa histerycznie i pogrąża się w chaosie. W Barcelonie zły czas nastał teraz. Najwięksi rywale wreszcie patrzą na nią z góry. I z uśmiechem.

czwartek, 17 sierpnia 2017

Sezon nie mógł zacząć się gorzej dla Barcelony. Upokorzona przez Real w Superpucharze Hiszpanii sięgnęła dna. Żeby się odbić?

- Pierwszy raz od 9 lat czuliśmy się od nich gorsi - przyznał Gerad Pique. Bez Ronaldo, Bale’a i Isco Królewscy urządzili Katalończykom łaźnię parową na Santiago Bernabeu. Gospodarze i goście poruszali się z innymi prędkościami, choć nowy trener Ernesto Valverde zmienił na rewanż taktykę i ustawienie. Efekt był jeszcze bardziej porażający.

Cały potencjał zawarty w kadrze katalońskiego klubu nie przydał się na nic. Wystarczyło porównać skrzydła. W Realu zagrali Marco Asensio i Lucas Vazquez, po przeciwnej stronie człapali wychowankowie Barcy Sergi Roberto i w końcówce meczu Gerard Deulofeu. Być może w innym momencie można byłoby uznać umiejętności jednych i drugich za porównywalne. Ale nie wczoraj na Santiago Bernabeu, gdzie hiszpańscy gracze Realu unosili się w innym wymiarze.

Piłkarze Zinedine’a Zidane’a zagrali tak jakby ostatecznie chcieli odesłać do archiwum minioną dekadę, którą spędzili na mniej lub bardziej udanych próbach pogoni za Barceloną. Dziś to oni są panami piłki hiszpańskiej, z przewagą jakiej nikt się nie spodziewał po poprzednim klasyku rozegranym w Madrycie w wiosną. Barca - także bez Neymara - wygrała wtedy 3:2 i choć zmiana się dokonała, Real wygrał tytuł mistrza Hiszpanii i Ligę Mistrzów, Katalończycy wciąż mogli pocieszać się korzystnym bilansem bezpośrednich meczów. Parę miesięcy później po 180 minutach zmagań w Superpucharze, wynik brzmi 1:5. I jest wymowny jak w sezonie, gdy Barcę prowadził Gerardo Martino.

Valverde przypomina, że sezon dopiero się zaczyna, jest długi i Real też kiedyś będzie musiał przegrać. Co innego może powiedzieć szkoleniowiec, którego żaden pomysł nie chwyta, a po okresie przygotowawczym piłkarze zdają się mieć nogi z ołowiu? Trzech pomocników Realu: Modric, Kroos i Kovacic bezdyskusyjnie wygrali bój o środek pola z piątką Katalończyków. Królewscy byli nawet lepsi w posiadaniu piłki.

„Superpuchar dla Realu, superproblem dla Barcelony” - napisał kataloński dziennik „El Mundo Deportivo”, a „Sport” dał tytuł „Bez duszy”. O ile po porażce na Camp Nou 1:3 Katalończycy mogli się łudzić, że jadą na rewanż odzyskać twarz, o tyle mecz na Santiago Bernabeu nie pozostawił im cienia nadziei. W Realu najbardziej zdumiewające jest to, że w szczycie formy są nawet ci piłkarze, którzy najczęściej wycierają ławkę.

Tymczasem w Barcelonie Luis Suarez nie jest nawet wspomnieniem napastnika sprzed roku, który strzelił w sezonie 59 goli. Leo Messi wygląda jak ktoś głęboko zniechęcony do gry. Gerard Pique wszedł w sezon lewą nogą, 180 minut rywalizacji z Realem było dla niego koszmarem na jawie. Nie ma gracza w Barcelonie, który zdradzałby oznaki chęci podjęcia wyzwania. Ale sezon jest rzeczywiście na tyle długi, że może się w nim zdarzyć wiele.

Póki co impuls będzie Barcelonę kosztował setki milionów. Niedawno kupiła Paulinho za kwotę dwa razy większą niż Juventus zatrudnia pomocnika o podobnej charakterystyce Blaise’a Matuidiego z PSG. Szefowie klubu z Katalonii oduczyli się robić transfery w rozsądnej cenie. Dlatego pobiją rekordy w przypadku Coutinho i Dembele.

Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac