blog Darka Wołowskiego
RSS
wtorek, 11 kwietnia 2017

Pięć tytułów mistrza Serie A i szósty na wyciągnięcie ręki - włoski hegemon z Turynu poczuł w sobie moc, by podbijać Europę. Na przeszkodzie staje Barcelona, która podarowała sobie drugie życie. Dziś hit ćwierćfinału Ligi Mistrzów na Juventus Stadium.

„Pogram jeszcze ze trzy lata, a potem zobaczę” - w wyznaniu Gianluigiego Buffona z 6 czerwca 2015 roku było coś szczególnie dramatycznego. Na Stadionie Olimpijskim w Berlinie - tam gdzie 9 lat wcześniej włoski bramkarz zdobył tytuł mistrza świata - Juventus przegrał z Barceloną 1:3 w finale Ligi Mistrzów. Czyżby Buffon uważany za najwybitniejszego speca od gry rękami w historii piłki, miał nie sięgnąć po najważniejsze klubowe trofeum? Dla niego był to drugi przegrany finał. W 2003 roku na Old Trafford Juve uległo Milanowi po serii rzutów karnych.

Myśląc w tych kategoriach gigant z Turynu to najbardziej pechowy klub w całej historii rozgrywek. W finale Pucharu Europy poległ aż sześciokrotnie. Ale porażka w Manchesterze to był wstęp do prawdziwego dramatu, którym była afera Calciopoli zakończona odebraniem dwóch tytułów mistrza Włoch i degradacją w 2006 roku. Buffon przetrwał piłkarski czyściec wierny klubowi, który już na początku wieku uczynił z niego najdroższego bramkarza w historii. 52 mln dolarów to jedyny rekord transferowy nie pobity w piłce od 2001 roku.

Niedawno Gigi Buffon skończył 39 lat. - I wciąż jest największy ze wszystkich - uważa Paulo Dybala. Kiedy 23-letni Argentyńczyk polskiego pochodzenia mówi o bramkarzu Juve w jego głosie jest tyle samo uwielbienia co wobec Leo Messiego. Dzisiejsze starcie Barcelony w Turynie reklamowane jest jako pojedynek pięciokrotnego laureata Złotej Piłki i jego następcy. - Ja jestem tylko Dybala. Nie będzie drugiego Messiego, tak jak nie było drugiego Maradony - mówi Paulo. Dodaje, że Juventus zagra z Katalończykami właściwie bez presji. - To Barca musi, my możemy. Ale podkreśla, że on i koledzy są w szczycie formy, czego nie da się powiedzieć o wielkim rywalu. W Serie A klub z Turynu wyprzedza Romę o 6 pkt zmierzając po szósty kolejny tytuł mistrzowski. Tymczasem Barcelona poległa w sobotę ze słabą Malagą 0:2 tracąc wielką szansę doścignięcia Realu Madryt.

„Dybala idzie na wojnę” - napisał na pierwszej stronie kataloński „Sport” w zapowiedzi meczu w Turynie. Pod tymi słowami wydrukowano zdjęcie napastnika Juventusu z czarnymi pasami namalowanymi na twarzy. Dybala dobrze sprzedaje się w mediach, podsycana jest debata, czy taki piłkarz przydałby się Barcelonie. Wiadomo, że jest jej wielbicielem i wielbicielem Messiego. Po golach wykonuje tajemniczy gest odwołujący się do maski gladiatorów.

Mecz z Barcą Paulo uważa za najważniejszy w karierze. Ale spodziewanych kłopotów Barcy do Dybali nie da się sprowadzić. Juventus to maszyna do wygrywania zbudowana na najsolidniejszej defensywie w europejskim futbolu. Stracił o cztery gole mniej w Serie A niż w lidze hiszpańskiej Atletico Madryt słynące z gry obronnej. Gonzalo Higuain strzela jak nakręcony - zdobył w lidze 21 bramek. Dybala ma 8, ale ostatnio leczył uraz. Siła Juve zaklęta jest jednak w kolektywie. Klub z Turynu nie ma już chęci ukrywać: znużony hegemonią we Włoszech rzuca wyzwanie Europie. Nie tylko Barcelonie, ale Bayernowi, Realowi - wszystkim faworytom. Zespół Massimo Allegriego dojrzał do sięgnięcia szczytu. Przed rokiem odpadł z Bayernem dopiero po dogrywce. Ale wtedy nie miał jeszcze Higuaina.

Czy Barcelona jest faworytem w walce o półfinał? Legendarny trener Fabio Capello w to wątpi. Drużyna z Katalonii nie wygląda tak solidnie jak dwa lata temu, gdy biła Juve w berlińskim finale. Ale od czasu do czasu wciąż wznosi się na wyżyny, jak w rewanżu 1/8 finału z PSG wygrywając 6:1. Tamten mecz wstrząsnął piłkarską Europą. Po raz pierwszy w historii rozgrywek ktoś podniósł się po porażce 0:4 w pierwszym meczu. - Podarowaliśmy sobie nowe życie w Lidze Mistrzów - stwierdził Gerard Pique. - Ale żeby temu historycznemu starciu na Camp Nou nadać głębszy sens, powinniśmy teraz wygrać całe rozgrywki.

Dziś Barca gra bez ukaranego za kartki Sergio Busquetsa. Piłkarza absolutnie kluczowego. Może go zastąpić Javier Mascherano, ale on jest mocny w defensywie. Nie pokieruje grą zespołu, nie sprawi, by była tak samo płynna. Poza tym, gdyby Luis Enrique chciał zagrać w ustawieniu 3-4-3, Mascherano musiałby wystąpić w roli stopera obok Pique i Samuela Umtitiego. Jako defensywny pomocnik może wystąpić też Ivan Rakitic, ale tak czy siak straty Busquetsa nie da się zrekompensować. Bez niego Barcelonie trudniej utrzymać piłkę, czyli krócej jest w swoim żywiole.

Pytany o największy atut Katalończyków Dybala wskazuje trio napastników. Luis Suarez, Neymar i Messi mają za sobą traumę w Maladze. Jedno jest bezdyskusyjne: gdyby Barcy przytrafił się tak fatalny dzień jak w Paryżu w 1/8 finału, Juventus nie pozostawi jej cienia złudzeń.

piątek, 07 kwietnia 2017

Sobotnie derby Madrytu na Santiago Bernabeu są dla Realu kluczem do mistrzostwa Hiszpanii. Dla Atletico to sprawa honoru.

Historyczne zdjęcia z San Siro obiegają znów prasę hiszpańską. Zinedine Zidane chce rzucić w sobotę na Atletico Madryt tę samą jedenastkę, która zmogła je w ostatnim finale Ligi Mistrzów. Diego Simeone odpowie niemal tym samym, czyli składem najmocniejszym z możliwych, choć Atletico na mistrzostwo kraju szans nie ma. Do lidera traci 10 pkt.

Zatrzymajmy się na chwilę przy innej fotografii. Po kolacji z przyjaciółmi, Isco umieścił na Instagramie zdjęcie biesiadników bagatelizując leżącą na stole paczkę chipsów z reklamą Barcelony. Niechcący wywołał burzę, choć fotkę szybko zastąpił nową. Już bez chipsów. Niezręczność zbiegła się w czasie z plotkami, że znużony rolą rezerwowego w Realu przenosi się na Camp Nou. „Nie idę do Barcelony. Chciałem tylko pokazać, że schrupiemy ją jak smażone ziemniaki” - wyjaśnił piłkarz.

Frustracje, czy rozterki Isco podziela cała grupa świetnych piłkarzy. James Rodriguez posłał Zizou wiązankę przekleństw, gdy zmienił go w meczu z Leganes. Grały rezerwy Realu. Ronaldo, Bale, Benzema, Kroos, Carvajal odpoczywali przed derbami Madrytu, a i tak nie starczyło wakatów, by kupiony za 80 mln euro Kolumbijczyk wytrwał na boisku 90 minut. Trener zbagatelizował przekleństwa, uznał, że reakcja piłkarza, który chce grać, jest prawidłowa.

Co powiedzieć o Marco Asensio? Zagrał z Leganes świetnie, ale to ani o krok nie zbliżyło go do podstawowego składu. To samo dotyczy napastnika Alvaro Moraty, pomocników Mateo Kovacica, Lucasa Vasqueza, czy obrońcy Nacho. Real musi mieć szeroką kadrę, a ci, którzy są w cieniu gwiazd powinni się liczyć z tym, że z reguły siadają na ławce. Jamesowi przychodzi to z trudem i zapewne latem poszuka nowego miejsca pracy.

Rezerwy Realu, które zagrały z Leganes pokazały, że mogłyby się bić o najwyższe cele w każdych rozgrywkach.

Tylko co z tego? W sobotę na Santiago Bernabeu przybywa rywal najbardziej wymagający, co znaczy, że Isco, James i kilku innych świetnych graczy „Królewskich” wyląduje na ławce.

Real musi wygrać derby, by zachować przewagę nad Barceloną (dwa pkt i mecz zaległy). W marcu zespół Simeone stracił w lidze zaledwie dwa punkty. Wygrał pięć ostatnich spotkań. A poza tym starcie z „Królewskimi” to dla niego inny rozdział. W ostatnich latach Atletico napsuło bogatszemu sąsiadowi masę krwi w krajowych rozgrywkach, ale trzy potyczki w Champions League skończyły się dla niego traumatycznie. Szczególnie dwa przegrane finały w Lizbonie (po dogrywce) i w Mediolanie (po karnych). Nie ma rywala, który boleśniej zapadłby w pamięć Atletico.

Jedenastka Realu na San Siro wyglądała tak: Navas, Carvajal, Ramos, Pepe, Marcelo, Modric, Casemiro, Kroos, Ronaldo, Beznema, Bale. Simeone też wystawi zespół bardzo podobny do tego, który posłał do gry w Mediolanie: Oblak, Juanfran, Savic, Godin, Filipe, Koke, Gabi, Saul, Carrasco, Griezmann, Torres. Wtedy dziesięciu z nich znalazło się w podstawowym składzie, Carrasco wszedł w drugiej połowie doprowadzając do dogrywki.

W sobotę obaj szkoleniowcy rzucą na murawę co najlepsze, choć cztery dni później Real i Atletico zaczynają walkę o półfinał Champions League. Dla „Colchoneros” rozgrywki europejskie stały się obsesją, w lidze hiszpańskiej nie biją się już o tytuł, mimo wszystko derbów nie mogą grać na pół gwizdka. Na „Królewskich” czeka Bayern, ale starcie z Atletico traktowane jest jak priorytet.

Jeśli Real wygra derby pozostanie jedynym zespołem w walce o mistrzostwo, który zależy tylko od siebie. Przed nim będzie osiem meczów do końca rozgrywek, w tym zaległy w Vigo z Celtą. Z tych ośmiu spotkań najtrudniej przewidzieć wynik klasyku na Bernabeu. 23 kwietnia Barcelona może go wygrać, a nawet zapewne będzie musiała go wygrać. Nawet w wypadku porażki „Królewscy” i tak zachowają przewagę 2 pkt.

W ostatnich ośmiu latach Real był mistrzem Hiszpanii raz. Dla takiego klubu to katastrofa. Choć swoje ambicje zaspokajał w Lidze Mistrzów, jego kibice chcą widzieć w końcu „schrupaną” Barcelonę. W ostatnim czasie Katalończycy połykali tytuły jak plankton.

Odzyskanie mistrzostwa jest dla „Królewskich" priorytetem. Także dla ich lidera CR7. Zdobył dla Realu 390 bramek, z czego 279 w lidze i wywalczył jeden tytuł. Z pewnością czterokrotny laureat Złotej Piłki nie chce tego tak zostawić. Ostatnie derby Madrytu na Vicente Calderon rozstrzygnął hat trick Portugalczyka. Szkoda byłoby to zaprzepaścić.

czwartek, 06 kwietnia 2017

- Odkąd piłkarze dowiedzieli się, że odchodzę, zaczęli grać świetnie - ironizował Luis Enrique po zwycięstwie z Sevillą 3:0. Jak wypadnie pożegnanie trenera, który ponad dwa lata temu podniósł zespół ze zgliszczy?

Kiedyś Zlatan Ibrahimovic kpił, że Xavi, Iniesta, Messi i inni gracze Barcelony idą na trening jak chłopcy z college’u, by grzecznie wysłuchać poleceń nauczyciela. Słowa Szweda znakomicie komponowały się ze stereotypem zachowań wychowanków „La Masia”. Szkółka katalońskiego klubu wiele wysiłku poświęca kształtowaniu charakterów. Uczą tam szacunku dla pracy, rywala i siebie nawzajem.

Ale świat nie jest doskonały, zwłaszcza świat wielkiej piłki. Z nieśmiałego, wylęknionego Leo Messiego wyrósł pięciokrotny laureat Złotej Piłki. I dziś ma w klubie mocniejszą pozycję niż jakikolwiek trener. Argentyńczyk głosu nie podnosi, ale jego fochy mają siłę podziemnych wybuchów.

W ogóle wizja Ibrahimovica musi być mocno uproszczona. Pep Guardiola nie uciekłby z Barcy po czterech sezonach, gdyby stres związany z prowadzeniem zespołu był jakkolwiek porównywalny z wysiłkiem nauczyciela kierującego grupą chłopców z dobrego domu. Gerard Pique to nie jest grzeczny, spokojny człowiek pokroju Iniesty, ale rozdęty ambicjami facet z ego wielkości Camp Nou.

Po Guardioli Barcelona miała dwóch dobrze wychowanych trenerów: śmiertelnie chorego Tito Vilanovę i Gerardo „Tatę” Martino. Szczególnie ten drugi przekonał wszystkich, że spokojny, ugodowy w stosunku do piłkarzy charakter to nie jest idealne rozwiązanie na Barcelonę. Gdyby to była prawda, że szatnia Barcy jest tak ugodowa, spokojna i dobrze wychowana, Luis Enrique wytrwałby w niej do końca kariery. Ale wytrzymał krócej niż Guardiola, choć sukcesy osiąga podobne. I tak jak Pep chce wziąć roczny urlop od piłki, by podleczyć zszargane nerwy. W obu przypadkach media w Katalonii zabawiły się tak samo: drukując serię zdjęć Guardioli i Enrique z czasów, gdy zaczynali pracę z drużyną i z momentu, gdy ją kończyli. Różnica na ich twarzach była taka jak po dekadzie harówki na przodku.

Niespełna trzy lata temu Enrique wszedł do szatni Barcelony, by pozbyć się z niej stagnacji. I samozadowolenia piłkarzy, którzy zdobyli wszystko. Wierzył, że nie zatrudniono go jako figuranta, ale speca od poszukiwania rozwiązań. Nie jest typem człowieka, który z lubością powtarzałby codziennie Messiemu jakim jest geniuszem. I po zaledwie sześciu miesiącach omal nie doszło do potężnego wybuchu. Rozsądek Iniesty, Xaviego i kilku innych wziął górę. Enrique przetrwał na stanowisku, mimo iż w meczu z Sociedad ośmielił się posadzić Messiego na ławce.

Potrójna korona była nagrodą za zgodę. Ale zgoda nie została zawarta na zawsze, stąd w szatni zawsze coś się działo. Jak to w wielkim klubie.

Każda ze stron ma zapewne swoje racje. Enrique wierzy, że to on powinien być dowódcą. Może nawet taki geniusz jak Messi potrzebuje, by ktoś mu coś doradził, lub stymulował? Messi czuje zapewne zmęczenie - dekada na topie, z odpowiedzialnością za wielką drużynę, ile meczów rozstrzygniętych dzięki jego golom? Może zwleka z podpisaniem nowego kontraktu, bo chce więcej pieniędzy, a może są też inne powody? Może czas na ostatnie wyzwanie gdzie indziej?

Enrique zmienił grę Barcelony: nauczył lepiej wykorzystywać stałe fragmenty, pokazał, że kontratak to nic wstydliwego. Że mając więcej miejsca pod bramką rywala, łatwiej zdobywa się gole. Ulubionym graczem trenera Barcy jest Luis Suarez, który kunszt środkowego napastnika łączy z niewyczerpaną gotowością do walki. I zaraża nią resztę. Także Messiego.

120 mln euro wydanych latem na piłkarzy miało zapewnić Barcelonie najsilniejszą w historii kadrę i ławkę rezerwowych. Po ośmiu miesiącach swój egzamin zdaje stoper Samuel Umtiti, reszta: Lucas Digne, Denis Suarez, Paco Alcacer, Andre Gomes i Jasper Cillessen to zakupy wątpliwe. Firmuje to Enrique. Tak jak sezon, w którym Barca niczego jeszcze nie przegrała, ale i nie wygrała.

14 lutego w Paryżu powiało jednak katastrofą. Klęska 0:4 z PSG w 1/8 finału Ligi Mistrzów to był wielki wstrząs. Pięć dni później Barcelona zmogła w lidze Leganes, ale walczyła przede wszystkim z własną depresją. Messiemu nie chciało się nawet świętować zwycięskiej bramki wciśniętej z karnego w 90. minucie gry. Wszyscy mieli dość wszystkiego.

Na całe szczęście Barcy rewanż z PSG wypadał dopiero w Dzień Kobiet. Tydzień wcześniej Enrique postanowił ostatecznie wstrząsnąć zespołem. Ogłosił, że po sezonie odchodzi, na co od jakiegoś czasu się zanosiło.

Od tamtej pory drużyna zaliczyła jedną wpadkę: w La Corunii, cztery dni po wielkiej zemście dokonanej na PSG. Barca wróciła do żywych, wczoraj na tle gasnącej Sevilli wyglądała jak grupa, której wspólna gra znów sprawia frajdę. Gol Suareza był dziełem sztuki, dwie bramki Messiego dopełniły dzieła. Neymar wykonał parę sztuczek, które oczarowały kibiców. Enrique zażartował, że wiadomość o tym, iż będą go musieli oglądać tylko do końca maja, mocno zmotywowała i odmieniła piłkarzy.

Nadszedł taki moment sezonu, który można porównać do żniw. Wielcy zbierają plon, który wcześniej posiali. Real Madryt, Juventus, Atletico, czy Bayern zrobią wszystko co w ich mocy, by żal po Enrique w Barcelonie był jak najmniejszy. Największy będzie jednak wtedy, gdy okaże się, że następny trener, który zasiądzie na ławce na Camp Nou jest grzeczny, kompetentny, ale nie ma dość charakteru, by wyciągać wielki zespół z kryzysów większych i mniejszych.

wtorek, 04 kwietnia 2017

Włoska mafia wkracza do III ligi piłkarskiej w Hiszpanii. Ustawia wyniki meczów dla potrzeb za zakładów bukmacherskich oraz wyłudza pieniądze od zamożnych rodziców, którzy chcą, by ich dzieci zrobiły karierę w futbolu.

Zaczęło się od porażki 0:12. Eldense - klub z Eldy, prowincja Alicante poległ na Mini Estadi z Barceloną B. Samo w sobie nie było to skandalem, nikogo w Hiszpanii zbyt mocno nie poruszył wynik meczu w III lidze. Ale chwilę po nim wściekły Cheikh Saad, mauretański piłkarz zarzucił kilku kolegom z drużyny, że sprzedali mecz. Prezes zarządu klubu David Aguilar zgłosił sprawę na policję zeznając, że odkąd trzy miesiące temu do klubu wszedł włoski fundusz i zaczął rządzić zespołem, ustawianie wyników stało się w klubie z Eldy powszechne.

Historię opisał dziennik „El Pais”. Jest wielowątkowa. Przypuszcza się, że włoski fundusz, który obiecał szefom klubu inwestycje, nastawiony jest na zarabianie w sposób nielegalny.

Kevin Sanz, ma 21 lat. Już nie gra w Eldense, choć zaliczał się w nim do największych talentów. Pięć miesięcy temu grał jeszcze w pierwszym meczu z Barceloną B zakończonym porażką 0:1. Ale w styczniu nakazano mu się wynosić, bo do klubu szło nowe. Włoski fundusz, którego twarzą był Nobile Capuani, pozbył się 20 hiszpańskich piłkarzy zastępując ich obcokrajowcami. Są to dzieci zamożnych Włochów i ludzi innych nacji, którzy zamarzyli o karierze futbolowej dla swoich synów. I prawdopodobnie zapłacili Capuaniemu od 15 do 50 tys euro za to, by wylansował chłopaków w lidze hiszpańskiej. Dodatkowo pobrano od siedmiu z nich co najmniej 100 tys euro za zgłoszenie do rozgrywek. Obiecano im pensje w granicach 3 tys euro miesięcznie, ale nigdy ich nie wypłacono. W Hiszpanii kontrakty trzecioligowe są objęte gwarancją związku zawodowego piłkarzy, ale szybko okazało się, że umowy z graczami przesłane do federacji były nieprawidłowe i sfałszowane.

Rzecz jasna dodatkowe dochody stanowią wpływy z ustawiania meczów dla potrzeb bukmacherów.

Po meczu na Mini Estadi wściekły Cheikh Saad omal nie rzucił się z pięściami na kolegów. Czterech z nich oskarżył o udział w ustawianiu meczu. Dodał, że trener proponował mu wejście do spółki, ale odmówił. A potem biegał 90 minut i złościł się, że koledzy ignorują jego wysiłek spacerując po boisku.

Najbardziej szokujący jest fakt, że Eldense powtarza fatalne doświadczenie innego klubu Jumilla. Oba miasta dzieli zaledwie 58 km, niemożliwe wydaje się, że szefowie klubu z Eldy nie słyszeli, co fundusz Nobile Capuaniego w 2016 roku nawyrabiał w pobliskiej prowincji Murcja. Stało się dokładnie to samo, fundusz wydoił klub z pieniędzy, zarobił na nim co się dało, ustawiano mecze, pobierano nielegalne „prowizje” od grających, po czym przepędzono Włochów od których nie udało się wydobyć ani jednego euro z obiecanej inwestycji.

Tydzień przed meczem na Mini Estadi, zakłady na pojedynek Eldense zostały zablokowane. Podejrzewano, że dochodzi do manipulacji wynikami. 19 marca w spotkaniu Cornella - Eldense miały paść cztery bramki i wynik brzmiał 3:1 po podyktowaniu trzech karnych. Czy udział w tym wzięli też sędziowie, czy tylko piłkarze?

Według relacji „El Pais” cała kadra Eldense pogrążona jest w głębokiej depresji. Wszyscy czują się oszukani, nawet ci, którzy dla paru groszy wzięli udział w oszustwie. Zarząd klubu chce zawiesić udział Eldense w rozgrywkach III ligi hiszpańskiej.

Fundusz nic sobie z tego nie robi. Jego rzecznik prasowy wydał krótki komunikat przypominając, iż w myśl przepisów zarząd nie ma prawa wycofać drużyny z rozgrywek.

poniedziałek, 03 kwietnia 2017

Real Madryt wyprzedził Barcelonę o 8 godzin. Oba kluby mają ponad 100 mln fanów na Facebooku.

W sobotę rano klub z Katalonii był liderem wyścigu. Kiedy spece od mediów społecznościowych Realu zobaczyli, że ich wielki rywal osiągnął liczbę 99 mln fanów na Facebooku, przypuścili zmasowany atak. Królewski klub wsparli Sergio Ramos, Toni Kroos, trener Zinedine Zidane, byłe brazylijskie gwiazdy Kaka i Ronaldo Nazario, a także tenisista Rafael Nadal i piosenkarz Julio Iglesias. Wszyscy sławni ludzie posiadający miliony fanów na swoich profilach agitowali za Realem. A na oficjalnym koncie klubu zaproszono kibiców do losowania koszulki z podpisem CR7. Poskutkowało.

W sobotę o północy Real ogłosił, że jest pierwszym klubem, który osiągnął granicę 100 mln fanów na Facebooku. Barcelona, która z pomocy piłkarzy nie skorzystała, osiągnęła tę granicę 8 godzin później, w niedzielny poranek.

Jakie są korzyści z tych imponujących liczb? Wzmacniają markę, ale też przekładają się na dochody. Cristiano Ronaldo ma 95 mln fanów na Instagramie i 55 mln na Twitterze, i jak obliczają firmy specjalistyczne jeden jego wpis warty jest 260 tys euro. Bo pokazując się w nowej koszulce, spodenkach, butach może je zareklamować gigantycznej liczbie potencjalnych klientów. Klientów, którzy uważają CR7 za idola.

W tę samą niedzielę, w którą padły stumilionowe rekordy, swoje mecze w La Liga Real i Barca wygrały łatwo. W rezerwowych składach. Ale wyścig nie kończy się na boisku.

Hiszpańskie kluby rywalizują na płaszczyźnie ekonomicznej. Niedawno po 11 latach Real spadł z pierwszego miejsca najbogatszych piłkarskich przedsiębiorstw. W rankingu Football Money League przygotowywanym od dwóch dekad przez firmę Deloitte wyprzedził go Manchester United i Barcelona. Wpływy Realu wzrosły w ostatnim roku o 7,5 procenta osiągając 620,1 mln euro, ale wpływy angielskiego kolosa podskoczyły w tym czasie aż o 32,6 procenta i wynoszą 689 mln. Ponad 10-procentowy wzrost Barcelony pozwolił jej zachować drugą pozycję (620,2) tyle, że już nie za Realem, ale Manchesterem.

Zacznijmy od wpływów z dnia meczowego. W Realu spadły one minimalnie (0,6 proc) do poziomu 129 mln. W United wzrosły aż o 20 procent, co powoduje, że za bilety i dochody stadionowe angielski klub otrzymuje rocznie 137,5 mln. Barcelona 121,4 mln (wzrost 3,8 proc w stosunku do poprzednich 12 miesięcy).

Jeśli chodzi o wpływy z telewizji, Real wciąż jest najlepszy na świecie. Zarabia rocznie 227,7 mln euro, przy 202,7 mln dochodów Barcelony. Wpływy telewizyjne Manchesteru wzrosły o 32,6 procenta, ale do poziomu 188 mln.

Kluczem do zmian w rankingu Deloitte są dochody marketingowe i komercyjne. Umowa Barcelony z Nike z 65 mln za rok wzrosła do 100 mln. W sumie Barca zarobiła rocznie 296 mln, United aż 363 mln, choć umowa z Adidasem daje mu 100 mln. Ten sam Adidas płaci Realowi tylko 40 mln, kontrakt podpisany w 2012 roku był ogromny, dziś wygląda bardzo ubogo. A obowiązuje do 2020 roku. Niewykluczone, że Real zechce go renegocjować lub nawet zerwać, zapłacić karę i podpisać umowę na przykład z Nike. Tak zrobiła Chelsea w 2016 roku, zapłaciła Adidasowi 77 mln kary, ale nowa umowa z Nike gwarantuje jej 66 mln rocznie.

Przyszłość? Real z pewnością zechce renegocjować umowę z Adidasem, a także zarabiać więcej na stadionie, który zostanie wyremontowany za kwotę 400 mln. Ponoć klub planuje sprzedaż nazwy (dziś Santiago Bernabeu), to samo ma zamiar zrobić Barcelona, która na przebudowę Camp Nou wyda 600 mln. Od sezonu 2017-2018 w Katalonii w życie wchodzi umowa z Rekuten, który zapłaci 55 mln rocznie za reklamę na koszulkach. I właśnie wtedy koszulki Barcy mają być najdroższe na świecie. Chyba, że Real, lub Manchester przeprowadzą kontrofensywę.

czwartek, 30 marca 2017

System VAR wspomagający pracę sędziów piłkarskich za pomocą analizy wideo budzi kontrowersje. FIFA testowała go w towarzyskim meczu Francja - Hiszpania i to on zdecydował o zwycięstwie „La Roja” 2:0.

Prawdopodobnie Video Assistant Referee (VAR) będzie wykorzystywany już podczas mistrzostw świata w Rosji, choć FIFA twierdzi, że póki co tylko testuje system. Pierwsze próby odbyły się w grudniu podczas klubowych mistrzostw świata w Jokohamie i Osace, gdzie krytykowali go nawet zwycięzcy piłkarze Realu Madryt. Zawodziła komunikacja między asystentem analizującym materiał wideo, arbitrem technicznym i sędzią spotkania. Decyzje podejmowano za długo, wywoływały one dezorientację kibiców i piłkarzy.

We wtorek w Paryżu na Saint Denis FIFA zaprezentowała udoskonaloną wersję systemu VAR i jak się okazało technologia przyćmiła nawet wielkie gwiazdy biegające po boisku. Hiszpanów bardziej niż ich własna drużyna elektryzował występ 18-latka z Monaco Kyliana Mbappe, którego przyszłość już wiązana jest z Realem Madryt. Nawet tak spokojny piłkarz jak Antoine Griezmann wściekł się po meczu na dziennikarzy. - Kurde, ależ wy jesteście trudni do zniesienia. Zostawcie chłopaka w świętym spokoju, niech się cieszy grą z Monaco - stwierdził napastnik Atletico Madryt. O systemie VAR Griezmann powiedział tyle, że zmienia futbol. I dał do zrozumienia, że wcale nie na lepsze.

Nikt jednak nie był oburzony zwycięstwem Hiszpanów. Nawet francuskie media przyznawały, że było zasłużone. Bohaterem dnia został Gerad Deulofeu, który w 67. min został sfaulowany w polu karnym przez Laurenta Koscielny’ego, a w 77. zdobył bramkę na 2:0. W pierwszej chwili gol Deulofeu został anulowany ze względu na spalonego, ale sędzia Felix Zwayer skontaktował się z arbitrem pomocniczym Danielem Siebertem, a ten otrzymał sygnał od siedzącego przed wideo Niemca Tobiasa Stielera, że bramka była prawidłowa. Deulofeu na spalonym nie był.

Podjęcie decyzji zajęło 30-40 sekund. Przez te 40 sekund kibice i sami piłkarze czekali w ciszy i napięciu.

VAR odcisnął piętno na wyniku i przebiegu meczu już w 48. min, gdy Griezmann zdobył głową gola dla Francji przy stanie 0:0. 80 tysięcy ludzi na Saint Denis świętowało, posypało się z trybun konfetti, gdy arbiter główny konsultował decyzję z asystentem od wideo. Trwało to też koło 30 sekund. I okazało się, że w tej akcji były dwa minimalne spalone, czego na żywo sędziowie nie dostrzegli.

Radość Francuzów okazała się przedwczesna. Tłum sfrustrowanych fanów gwizdał potem z całych sił. Ale trener Francuzów Didier Deschamps pochwalił nowy system. - W tym meczu obie decyzje podjęte z pomocą VAR były na naszą niekorzyść, ale przecież wszyscy chcemy, by futbol był bardziej sprawiedliwy, no nie? Przyjdzie taki dzień, gdy technologia nam pomoże - powiedział.

Szkoleniowiec Hiszpanów Julen Lopetegui zauważył, że za wygraną Hiszpanii nie stoi VAR, ale jego drużyna. To Lopetegui dał szansę wychowankowi Barcelony Deulofeu, który jest piłkarzem Evertonu wypożyczonym do Milanu. Przez trzy lata, czyli do lipca 2018 roku Barca zachowuje prawo pierwokupu. Czy z niego skorzysta?

„Hiszpania lubi VAR” - napisał po meczu na Saint Denis madrycki dziennik „Marca”. Ale „El Pais” ma wątpliwości, bo koniec końców nawet z wykorzystaniem wideo decyzje podejmuje człowiek, który może się mylić. Karny Kościelnego na Deulofeu część kibiców uzna za wątpliwy nawet po obejrzeniu kilku powtórek z różnych ujęć kamery.

Wydaje się jednak, że VAR wkrótce wejdzie do futbolu na stałe, i z pewnością będzie miał wielu zwolenników i tyle samo krytyków. FIFA zastrzega, że sędziwie będą wykorzystywali podpowiedź asystenta od wideo tylko w szczególnych przypadkach: przy sprawdzeniu, czy piłka minęła linię bramkową, czy gol został zdobyty prawidłowo, czy drużynie należy się rzut karny, lub czy zawodnik powinien zostać ukarany czerwoną kartką.

Tak się dziwacznie złożyło, że w tym samym czasie materiał wideo legł u podstaw kary dla Leo Messiego. Podczas meczu Argentyna - Chile w eliminacjach MŚ w Rosji kapitan Albicelestes zwyzywał sędziego liniowego, ale nikt tego nie usłyszał, nawet poszkodowany. Analiza powtórek nie pozostawiła złudzeń, że Messi przeklinał na arbitra, za co FIFA zdyskwalifikowała go na cztery mecze. W lidze angielskiej takie praktyki są normalne.

W strefie wywiadów Saint Denis o technologię wideo zapytano stopera Barcelony Gerarda Pique. - Sędziowie zawsze sprzyjają tym, którzy grają w białych strojach - powiedział robiąc oczywistą aluzję do barw Realu Madryt (we wtorek białe stroje mieli Hiszpanie, Francuzi niebieskie). A potem Pique tak się nakręcił, tak ostro zaatakował królewski klub, że to jego kontrowersyjne zarzuty, a nie system VAR zdominowały czołówki hiszpańskich mediów.

Porażka 0:2 w La Paz dopełniła czary goryczy. Na cztery kolejki przed końcem eliminacji mundialu w Rosji wicemistrzowie świata są na piątym miejscu w tabeli dającym prawo tylko do baraży. I nie mają Leo Messiego.

31 sierpnia Argentyńczycy pojadą do Urugwaju. Krótka podróż może być brzemienna w skutki. To będzie piłkarski bój na śmierć i życie, „Urusi” przegrali trzy ostatnie spotkania w eliminacjach rosyjskich mistrzostw (z Chile, Brazylią, Peru) i z bezpiecznego miejsca osunęli się w rejony, gdzie gra idzie o najwyższą stawkę. Drugą w tabeli Kolumbię i ósme Peru dzieli zaledwie 6 pkt.

Argentyna jest na piątej pozycji, a czuła się już prawie wiceliderem. „Czarny dzień od początku do końca” - napisał o wtorku argentyński dziennik „El Clarin”. Kilka godzin przez meczem z nie walczącą już o nic poza honorem Boliwią przyszła wiadomość z FIFA, że za obrażenie sędziego liniowego po zwycięskim meczu z Chile kapitan Argentyny Leo Messi zostaje zawieszony na cztery kolejki. Wróci dopiero 10 października, kiedy wicemistrzowie świata będę kończyli eliminacje w Ekwadorze. Czy do tej pory zachowają szanse na awans?

Można w to wątpić patrząc na to co stało się w La Paz. Argentyna zagrała bez Messiego przegrywając 0:2 z zespołem, który dawno stracił szanse na awans. Sami Boliwijczycy byli rozczarowani, prezydent kraju Evo Morales napisał na Twitterze słowa wsparcia dla najlepszego piłkarza świata. Stwierdził, że zna futbol i wie, że taka kara spadła na Messiego tylko dlatego, że jest na świeczniku, komu innemu by ją darowano.

Argentyńskie media wietrzą spisek. „El Clarin” poinformował, że o karę dla Messiego postarał się brazylijski szef sędziów w Ameryce Płd Wilson Seneme. Sędziowie spotkania Argentyna - Chile nie wpisali skargi na pięciokrotnego laureata Złotej Piłki do protokołu meczowego, obserwator FIFA też niczego nie zauważył i nie słyszał. Zadzwonił do niego Seneme, który sytuację jak gwiazdor Barcelony ubliża arbitrowi bocznemu zobaczył w telewizji. I nakazał korektę raportu, na podstawie którego FIFA wydała wyrok o dyskwalifikacji.

Oczywiście federacja Argentyny odwoła się od decyzji, może kara zostanie skrócona. Tamtejsza prasa skontaktowała się już z Diego Maradoną, nowym ambasadorem FIFA, który powiedział jednak, że ze sprawą nie ma nic wspólnego. I nie będzie się mieszał.

Co stanie się z drużyną bez Messiego? Ostatnio Argentyna przepadła w eliminacjach do mundialu 47 lat temu. Nie pojechała w 1970 roku do Meksyku, gdzie po tytuł sięgał Pele z Brazylią. Od tamtej pory „Albicelestes” wywalczyli dwa tytuły mistrza świata, trzy lata temu przegrali dopiero finał z Niemcami na Maracanie. Do tego doszły dwie porażki w ostatnich finałach Copa America, co skłoniło Messiego do ogłoszenia, że kończy grę w reprezentacji. Cały kraj nakłonił go do powrotu, bo bez niego drużyna narodowa fatalnie zaczęła eliminacje do mistrzostw w Rosji zdobywając 5 pkt w czterech meczach. Z Messim w czterech kolejnych wywalczyła 9 pkt.

Wydawało się, że sytuacja jest opanowana. Po porażce z Boliwią prasa argentyńska przypomina jeden z najgorszych momentów w dziejach drużyny narodowej. Na mundialu w USA w 1994 roku Argentyńczycy grali bajecznie kierowani przez Maradonę. Po stracie zdyskwalifikowanego lidera natychmiast odpadli z turnieju.

Na drugim biegunie wobec Argentyny jest dziś Brazylia. Jeszcze 30 marca 2016 roku, czyli dokładnie rok temu „Canarinhos” zaglądał w oczy strach. Po sześciu meczach eliminacji mieli zaledwie 9 pkt i byli poza strefą awansu. Od tamtej pory wygrali 8 spotkań, Neymar i reszta zmartwychwstali, grają znów „jogo bonito”, lub jak pisze prasa europejska tiki-takę. Po drodze piłkarze Brazylii zdobyli w Rio złoty medal igrzysk, w eliminacjach mundialu mają w tabeli aż 9 pkt przewagi nad drugą Kolumbią i awans właściwie pewny. Różnica bramek Brazylii to plus 25, różnica bramek Argentyny to plus 1! Przepaść.

31 sierpnia w 15. kolejce spotkań Urugwajczycy i Argentyńczycy będą trzymać kciuki za Brazylijczyków, by pokonali zagrażający im Ekwador. Do czego to doszło.

poniedziałek, 27 marca 2017

Mimo sensacyjnego remisu w Kazachstanie piłkarzom Adama Nawałki wystarczyło zaledwie pięć meczów, by wypracować sześć punktów przewagi nad rywalami. Czy ktoś z nich ma jeszcze prawo wierzyć w doścignięcie Polaków w kwalifikacjach rosyjskiego mundialu?

Teoretycznie wszystko było dość łatwe do przewidzenia. W Podgoricy mierzyła się 64. drużyna rankingu FIFA z dwunastą. Zwycięstwo Polski nie jest więc sensacyjne. Ale jest ważne z kilku powodów. Trzy punkty przybliżają drużynę do mundialu, są też mocnym ciosem w morale przeciwników. Bo zapewne zaczęli oni właśnie walkę o drugie miejsce w grupie E i baraże.

Takiej przewagi w eliminacjach mundialu w Rosji nie wywalczyła żadna drużyna w strefie europejskiej. W grupie C Niemcy mają pięć punktów więcej od Irlandii Północnej.

Robert Lewandowski zdobył w tych kwalifikacjach 8 goli, tylko o jednego mniej niż Cristiano Ronaldo. W Podgoricy kapitan perfekcyjnie strzelił z wolnego, co od kilku miesięcy stało się jego specjalnością przybliżając go jeszcze bardziej do statusu napastnika totalnego. Tak jak kiedyś wysiłki Lewandowskiego nie miały przełożenia na wyniki zespołu narodowego, tak teraz rozstrzyga mecze mimochodem, bez konieczności wznoszenia się na wyżyny. Wczoraj zdobył 43. bramkę w reprezentacji, brakuje mu tylko dwóch do będącego na drugim miejscu w klasyfikacji wszech czasów Grzegorza Lato.

Swojego najważniejszego gola w kadrze zdobył też w Podgoricy Łukasz Piszczek. Ma wyjątkowe szczęście do eliminacji mistrzostw świata. Dotąd strzelał jednak w przegranym 1:3 meczu z Ukrainą i w wygranym 5:0 starciu z San Marino. Kwalifikacje do mundialu w Brazylii zakończyły się porażką Polski, wczorajszy gol Piszczka ma znacznie większe niż tylko statystyczne. Polacy pokonali wicelidera tabeli w jego twierdzy. Nie pękli w walce wręcz, a jeśli chodzi o umiejętności byli drużyną o znacznie wyższej kulturze gry.

Selekcjoner dostał też wczoraj potwierdzenie, że sensowny jest jego upór w sprawie Piotra Zielińskiego. Pomocnik Napoli błysnął kluczowym podaniem do Piszczka w chwili, gdy drużyna najbardziej tego potrzebowała. Czarnogóra wyrównała stan meczu, po czym wciągnęła sfrustrowanych Polaków w chaotyczną wymianę ciosów. Niespełna 23-letni Zieliński miał dość klasy, żeby uspokoić wydarzenia na boisku, które wymykały się spod kontroli. Cztery minuty przed zwycięskim golem Adam Nawałka zdecydował się wprowadzić do gry drugiego napastnika. Trzeba było zdjąć jednego z pomocników, teoretycznie tego najbardziej ofensywnego, by zachować równowagę w drużynie. Ale Nawałka wycofał Karola Linetty’ego rozgrywającego akurat przeciętny mecz. Zieliński został na boisku, by wziąć udział w najładniejszej akcji Polaków.

Przez dekady selekcjonerzy polskiej kadry bezskutecznie poszukiwali kreatywnego pomocnika. Przywykliśmy do gry bez niego tak mocno, że inaczej sobie już nie wyobrażamy. Jan Tomaszewski uważa, iż wystawianie w drugiej linii kogoś o tak ofensywnej charakterystyce, szkodzi drużynie, zakłóca równowagę między atakiem i obroną. Nawałka ma swoje zdanie, w Zielińskiego wierzył niezachwianie nawet po nieudanym eksperymencie z wystawieniem go w meczu z Ukrainą na Euro 2016.

W Podgoricy Polska poradziła sobie bez gracza tak fundamentalnego jak Grzegorz Krychowiak. To pokazuje, że Nawałka ma kilka opcji, a niezastąpiony jest tylko Lewandowski. To ważna informacja, bo w kolejnym meczu z Rumunią w Warszawie nie zagra ukarany za kartki Kamil Glik. Coś z tą wielką dziurą w środku obrony trzeba począć.

10 czerwca Polacy zaczną rundę rewanżową eliminacji do rosyjskich mistrzostw świata. Teoretycznie do awansu mogą wystarczyć im zwycięstwa nad Kazachami i Ormianami. Sytuacja drużyny Nawałki jest zaskakująco wręcz komfortowa. Czy to jeszcze w ogóle można zepsuć? Można, ale po co?

czwartek, 23 marca 2017

Zinedine Zidane, Diego Simeone, Luka Mordic, a nawet Andres Iniesta. Nie trzeba być Jose Mourinho, by od czasu do czasu zaprzeczać sobie.

Przerwa reprezentacyjna to czas, gdy media hiszpańskie cierpią najbardziej. Jak sprzedać czytelnikowi mecz z Izraelem, nawet jeśli stawką jest rosyjski mundial? Można pisać o tym jak Sergio Ramos i Gerard Pique zakopują na zgrupowaniu La Roja odwieczny topór wojenny. Wypomnieć im, co mówili o arbitrach po meczach przegranych, a co po zwycięstwach Realu, czy Barcelony.

Obaj są w gruncie rzeczy synami jednej matki. „O sędziach nie rozmawiam” - mówią, gdy błędy zdarzają się na korzyść ich zespołów, po czym uderzają w dzwony i tony ofiary, gdy pomyłki arbitrów krzywdzą ich drużyny. Ramos o sędziach nie mówi ostatnio, ale po półfinałach Ligi Mistrzów z 2011 roku mówił bardzo chętnie. „Są rzeczy, z którymi nie da się walczyć” - stwierdził wtedy po odpadnięciu Realu z Barceloną. Pique odwrotnie: w 2011 roku na temat pracy sędziów milczał, ostatnio bywał aktywniejszy, gdy w lidze Barca ogląda plecy „Królewskich”.

Ale to nie jest ulubiona gra dwóch reprezentacyjnych stoperów. W Hiszpanii w tę grę zaangażowani są niemal wszyscy, jakby kraj rozpadał się na dwie części. W dni wolne od rywalizacji ligowej media mają czas na wypominanie bohaterom ich pochopnych deklaracji sprzed lat.

Niedawno Diego Simeone ogłosił, że w Hiszpanii mógłby prowadzić inny klub niż Atletico, byle to nie był Real Madryt. Dziennik „Marca” natychmiast wyszukał publikację z 17 kwietnia 1994 roku, kiedy „Cholo” grał jeszcze w Sevilli. Stwierdził wtedy, że gdyby miał opuścić Ramon Sanchez Pizjuan to wyłącznie po to, by grać na Santiago Bernabeu. Potem przez lata zmieniło się w jego myśleniu wszystko.

20 grudnia 1998 roku laureat Złotej Piłki Zinedine Zidane zwierzał się magazynowi „Don Balon”, że najbardziej chciałby grać w Barcelonie. Trzy lata później był drugim galaktycznym w Realu. I do dziś jest jego symbolem.

Kilkanaście lat temu w rubryce „Temat dnia” dziennik „Marca” zrobił dwie strony o Rafaelu Marquezie. Meksykański stoper grał wtedy w Monaco, ale bez przeszkód pozwolił się sfotografować w koszulce Realu. Opowiadał, że tam widzi swoją przyszłość. I sukcesy. W 2003 roku podpisał kontrakt z Barceloną, w której zdobył wszystkie trofea i gral aż do 2010 roku.

9 lat temu dziennikarze katalońskiego „El Mundo Deportivo” odwiedzili w Zagrzebiu Lukę Modrica. Grał wtedy dla Dinama, ale mówił, że zainteresowanie Barcy to dla niego wyjątkowy zaszczyt. - Rozmawiam dużo o Barcelonie z Robertem Prosineckim, a kiedy wybrałem się na Camp Nou, wielu katalońskich kibiców mnie zaczepiało ze względu na podobieństwo do Johana Cruyffa - opowiadał.

Wyszukano też film, na którym mały Andrea Iniesta deklaruje się jako zapamiętały kibic Realu Madryt. Jak widać obu kolosów z „La Liga” nie dzieli aż tak wiele jak się z pozoru wydaje.

Na koniec o trenerze Manchesteru United Jose Mourinho, który ogłosił niedawno, że woli wygrać Ligę Europy niż zdobyć czwarte miejsce w Premier League. A jeszcze trzy i pół roku temu jako szkoleniowiec Chelsea mówił w wywiadzie dla BBC, że nie chce wygrać Ligi Europy. Było to niedługo po tym jak LE z Chelsea zdobył Rafa Benitez, którego „Mou” nie znosi. Wtedy Portugalczyk uważał, że przyzwyczajanie graczy Chelsea do faktu, że Liga Europy to istotne rozgrywki, jest poniżej godności klubu.

środa, 22 marca 2017

Na Camp Nou miało powstać kolumbarium dla prochów 30 tys zmarłych kibiców Barcelony. Sprzedano tysiąc miejsc, interes upadł, kibice zostali oszukani. Sprawa trafiła do sądu.

Prawnik Antoni Freixa był w zarządzie Barcelony do 2015 roku, kiedy sam stanął do wyborów na prezesa klubu i je przegrał. Pracował jednak w Barcy bardzo długo, za kadencji aż trzech prezesów: Joana Laporty, Sandro Rosella i Josepa Marii Bartomeu. Z tym pierwszym współpracował w latach 2003-2005, by po głośnym konflikcie razem z Rosellem podać się do dymisji. Gdy Rosell doszedł do władzy, Freixa został rzecznikiem zarządu klubu. Po odejściu Rosella, współpracował z Bartomeu.

I to właśnie Freixa przyniósł do Barcelony pomysł cmentarnego biznesu. Nie jest on nowy: kolumbaria mają inne hiszpańskie kluby: Betis Sewilla, Espanyol czy Atletico Madryt. Ich najwierniejsi kibice mogą spocząć na cmentarzach na stadionie, lub w okolicach. Barcelona ma swój cmentarz Les Corts, ale pomysł wygospodarowania miejsc na 30 tys urn z prochami w murach legendarnego stadionu Camp Nou miał wygenerować 90 milionów euro.

Co więcej Barcelona, a właściwie wynajęta przez nią firma, chciała sprzedać swój pomysł za granicę. O krok od zakupu był angielski Manchester City - klub gdzie pracuje trener Pep Guardiola, a wysokie funkcje pełnią byli działacze Barcy. City zrezygnowało, gdy firma reprezentująca Barcelonę zażądała od nich 3 mln funtów na początek. Były plany, by pomysł kupiło też brazylijskie Corinthians Sao Paulo.

Espai Memorial Barcelonista - tak miał nazywać się cmentarz na Camp Nou. Na pomysł wpadł biznesmen Santi Bach z firmy Giem Sports. Dotarł do szefostwa Barcelony przez szwagra Freixy. Wszystkim pomysł się spodobał, wszyscy mieli na tym zarobić. Okazało się, że w latach 2011-2015 kiedy pomysł powstał i upadł, Freixa dostał od Giem Sports 200 tys euro. Prawnik twierdzi, że to za wykonane dla firmy usług prawniczych, ale prowadzący śledztwo w sprawie mają poważne wątpliwości, czy nie mają do czynienia z korupcją. Aferę opisuje między innymi największy hiszpański dziennik „El Pais”.

Bach odszedł już z Giem Sports zmuszony do tego przez kibiców żądających zwrotu pieniędzy. W sądzie się nie stawia, póki co ignoruje wezwania.

Co na tym zyskiwała Barcelona? Bach obiecał jej 6 mln euro i 5 procent od sprzedaży patentu za granicę.

Pomysł nie doczekał realizacji, bo stadion Camp Nou będzie modernizowany. Dopiero wtedy można by wrócić do koncepcji Espai Memorial Barcelonista. A tymczasem trzeba było wykorzystać miejsce na cmentarzu Les Corts. Zmianę planów ogłoszono w 2014 roku, tyle, że niedługo potem Giem Sports zbankrutowała. Kibice, którzy kupili miejsca w kolumbarium podali do sądu Bacha, Freixę i prezesa Barcy Josepa Marię Bartomeu. W 2014 roku przedłużył on umowę klubu z Giem Sports.

Jest jeszcze jeden kluczowy szczegół w sprawie. W marcu 2013 roku szefowie Barcelony zapytali władze miasta o możliwość budowy kolumbarium na Camp Nou i dostali odpowiedź odmowną. „Legendarny stadion to obiekt sportowy w związku z czym nie można wykorzystywać go jako miejsca pochówku”.

Szefowie Barcelony nie czują się winni. Przeciwnie, też uważają się za ofiary Bacha i jego firmy. Twierdzą, że w całej tej sprawie cierpi wizerunek klubu i chyba w tym względzie akurat się nie mylą.

Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac