blog Darka Wołowskiego
RSS
sobota, 07 kwietnia 2018

Derby Madrytu to już tylko gra o drugie miejsce w lidze hiszpańskiej. Ale będący na fali Cristiano Ronaldo ma własny plan na niedzielę.

Wywołał sensację odwiedzając hotel, w którym zatrzymali się piłkarze Sportingu Lizbona. Klub, który wychował CR7 przybył do Madrytu na pierwszy mecz z Atletico w ćwierćfinale Ligi Europy. Na oficjalnym koncie twitterowym Sportingu pojawiła się informacja, że najlepszy piłkarz świata chciał przekazać „dodatkową moc” swoim rodakom. Misja się jednak nie udała. Goście z Lizbony popełniali na Wanda Metropolitano głupie gafy, co skończyło się golami Koke i Antoine’a Griezmanna.

Po zwycięstwie Atletico 2:0 prasa hiszpańska oceniła, że drużyna Diego Simeone żerowała na błędach Portugalczyków. Pozwalała im grać, by znienacka spadać jak jastrząb i zadawać ciosy. Nic w tym nowego, czy odkrywczego - ten styl od lat jest wizytówką madryckiego klubu. Tak samo Atletico zagra w niedzielę na Santiago Bernabeu w ligowych derbach Madrytu. Choć to ono ma większe szanse gonienia Barcelony. Na osiem kolejek przed końcem sezonu zespół Simeone traci do lidera z Katalonii 9 pkt. Real aż 13.

Mimo wszystko Cristiano Ronaldo przeżywa właśnie chwile uniesienia. Jego gol przewrotką zdobyty w ćwierćfinale Ligi Mistrzów z Juventusem wywołał powszechny entuzjazm wokół gwiazdy tak kontrowersyjnej. Nikt nie ośmielał się kwestionować sportowej klasy pięciokrotnego laureata Złotej Piłki, ale kibice często gwizdali na niego posądzając o egoizm graniczący z narcyzmem. Po tym co stało się w Turynie, wszyscy pochylili czoła przez 33-letnim Portugalczykiem. Sięgnął nogą piłki lecącej na wysokości 220 cm i nadał jej prędkość 83 km/h. Gianluigi Buffon nawet nie próbował interweniować.

Być może liga hiszpańska przestała być priorytetem dla Realu już wiele tygodni temu. A jednak Zinedine Zidane zdaje się myśleć inaczej. Od połowy stycznia obrońcy tytułu potknęli się w Primera Division tylko dwa razy (remis z Levante i porażka z Espanyolem) będąc w tym czasie najlepszą drużyną ligi. Wzrost formy potwierdza się w Lidze Mistrzów, gdzie Królewscy zmierzają po trzeci z kolei tytuł.

Jesienią, gdy Real grał w lidze koszmarnie, a Ronaldo notorycznie pudłował, czara goryczy się przepełniła. 5 listopada Królewscy pokonali Las Palmas 3:0, ale bramki zdobyli Casemiro, Asensio i Isco. Po 11 kolejkach CR7 miał w Primera Division zaledwie jednego gola. Bukmacherzy oceniali, że jego szanse na tytuł króla strzelców są jak 1 do 17. Leo Messi z Barcelony uzbierał w tym czasie aż 12 bramek.

Mimo wszystko następnego dnia Ronaldo przyszedł na trening Realu i z całą bezczelnością ogłosił kolegom, że to on zdobędzie tytuł najskuteczniejszego piłkarza La Liga. Nie od razu wziął się do dzieła. Następny mecz to były debry z Atletico na Wanda Metropolitano zakończone bez bramek. Dopiero pod koniec listopada w meczu z Malagą na Santiago Bernabeu Cristiano zdobył zwycięskiego gola (3:2).

Prawdziwe odrodzenie nastąpiło jednak w 2018 roku, kiedy CR7 zdobył już we wszystkich rozgrywkach 23 bramki. Strzela jak nakręcony, w Lidze Mistrzów zmierza po swój siódmy tytuł króla strzelców. W lidze hiszpańskiej jego strata do Messiego stopniała do czterech goli. Obietnica z listopada nabrała realnych kształtów. I to jest dodatkowa motywacja CR7 by zagrać w niedzielnych derbach. Nie ma sensu się oszczędzać, po wygranej 3:0 w Turynie rywalizacja w Lidze Mistrzów z Juventusem jest rozstrzygnięta. Gareth Bale jest ostatnio w niełasce u Zidane’a i zapewne w starciu z Atletico będzie chciał pokazać jak bardzo trener się myli.

W ostatnich siedmiu latach, gdy Atletico prowadzi Simeone derby Madrytu nabrały blasku. Ich prestiż wykracza poza stolicę i Hiszpanię. W La Liga nikt nie napsuł Realowi tyle krwi ile lokalny rywal. Z kolei Królewscy przez cztery poprzednie lata brutalnie rozbijali największe marzenie Atletico o triumfie w Champions League. Dwa razy ograli je w finale, raz w ćwierćfinale i przed rokiem w półfinale. Rachunki do wyrównania są obfite. Nikt nie będzie zwracał uwagi na to, że w niedzielę zwycięstwo Realu, lub remis na Santiago Bernabeu przybliży Barcelonę do tytułu mistrza Hiszpanii.

piątek, 06 kwietnia 2018

- Wszyscy myślą, że już przegraliśmy. Że jesteśmy pogrzebani. My sami dziś tak czujemy. Ale jutro postaramy się przekonywać siebie, że to nieprawda - mówi Pep Guardiola.

Obrzucany butelkami, puszkami, kamieniami i zapalonymi racami autobus z piłkarzami Manchesteru City nie nadawał się do dalszej jazdy. Na Anfield Road w Liverpoolu trzeba było ściągnąć nowy, by po meczu odwiózł drużynę na Etihad Stadium. Trener Pep Guardiola wściekł się na ochroniarzy na stadionie. Zarejestrowano jak ironicznie dziękował im za opiekę, rzucając na koniec słowo „wstyd”.

Tłumy agresywnych fanów Liverpoolu zrobiły jednak swoje. Przez pół godziny pierwszego starcia ćwierćfinału Ligi Mistrzów faworyzowana drużyna gości wyglądała na Anfield jak podszyta strachem. Gracze Liverpoolu Salah, Oxlade-Chamberlain i Mane rozbili w proch i pył najdroższą defensywę w dziejach piłki. „Maszyna do wygrywania” była na kolanach. Przez następną godzinę podejmowała próby, by się podnieść. Bez efektu. Po oddaniu 11 niecelnych strzałów zabrała do Manchesteru wynik 0:3.

Czy to ostateczny wyrok na lidera ligi angielskiej? Rewanż we wtorek na Etihad Stadium.

Świadkowie twierdzą, że jeszcze nigdy nie widzieli Guardioli tak załamanego jak w Liverpoolu. Angielskie media obiegły zdjęcia jak siedzi na ławce pochylony z twarzą ukrytą w dłoniach. To osobista klęska trenera, który w dwa lata wydał na transfery 19 piłkarzy ponad 500 mln euro. Czterej najdrożsi: Laporte, Mendy, Stone i Walker to obrońcy. Kuriozalny błąd tego ostatniego był przyczyną straty pierwszego gola. Od tego zaczęła się seria nieszczęść City.

Ale zawiodła nie tylko defensywa. Bez kontuzjowanego „Kuna” Aguero lider Premier League nie oddał ani jednego celnego strzału. A przecież w najbogatszej lidze świata drużyna Guardioli jest najlepsza i w ataku (88 bramek zdobytych) i obronie (21 straconych). Przegrała zaledwie raz. W Liverpoolu.

W 48 spotkaniach we wszystkich rozgrywkach pokonała bramkarzy rywali aż 124 razy. U bukmacherów uzyskała status faworyta Ligi Mistrzów. Nie było to wcale takie oczywiste, żaden angielski zespół nie dotarł do finału od 2012 roku. Przed rokiem ostatni przedstawiciel Premier League Leicester przepadł w ćwierćfinale.

Środowa porażka na Anfield Road odbierana jest jako osobista klęska Guardioli. A nawet jego filozofii futbolu. Kiedy wygrywał Ligę Mistrzów z Barceloną w 2009 i 2011 roku uznano go za największego wizjonera i stylistę wśród młodych trenerów. Prowadzący wtedy Borussię Dortmund Juergen Klopp ustawił się w opozycji. W głośnym wywiadzie dla angielskiego „The Guardian” z 2013 roku powiedział, że gdyby Barca Guardioli była pierwszą drużyną, którą zobaczył w grze jako dziecko, zająłby się tenisem. Dla Niemca futbol to przede wszystkim walka wręcz, bieganie i harówka, a nie utrzymanie się przy piłce i nadmierna, często jałowa wymiana podań.

Klopp odważnie skomentował przeprowadzkę Guardioli do Bundesligi, gdzie Katalończyk podjął się pracy w Bayernie Monachium w 2013 roku. - Zobaczymy jak sobie poradzi, gdy nie będzie miał w drużynie Messiego, Xaviego i Iniesty - stwierdził. I na powitanie, w meczu o Superpuchar Niemiec jego Borussia pokonała Bayern 4:2.

Z czasem obu młodych trenerów zaczęto sobie przeciwstawiać. Klopp wypadał lepiej. W Bundeslidze prowadził drużynę z niższej półki finansowej, a jednak dotrzymywał kroku Bawarczykom. To samo w lidze angielskiej, gdzie obaj się przeprowadzili. Niemiec w październiku 2015 roku, Katalończyk kilka miesięcy później. I znów City to klub o nieograniczonych możliwościach, czego nie da się powiedzieć o Liverpoolu, który niedawno sprzedał do Barcelony Philippe’a Coutinho. Klopp sprowadził latem Mohameda Salaha z Romy, który robi furorę (38 goli w 42 meczach Liverpoolu). Mecz z City zakończył z bramką, asystą, ale i urazem.

W sobotę w lidze Guardiola zmierzy się z Jose Mourinho, swoim największym antagonistą z czasów, gdy pracował w Barcelonie, a Portugalczyk w Realu Madryt. Derby Manchesteru to mecz na szczycie Premier League, ale City ma aż 16 pkt przewagi nad United. Prawdziwy wróg odwiedzi Pepa we wtorek. Jeśli City nie odrobi trzech bramek straty do Liverpoolu, Guardiola przeżyje ciężkie chwile. Z Barceloną wygrywał Ligę Mistrzów, z Bayernem nie przekroczył granicy półfinału, z City przed rokiem odpadł w 1/8 finału. Gdyby to się powtórzyło, wrogowie Pepa i jego filozofii mieliby używanie. Guardiola i tak był ostatnio w Anglii na cenzurowanym po tym jak publicznie manifestował poparcie dla ruchów zabiegających o oderwanie się Katalonii od Hiszpanii.

czwartek, 05 kwietnia 2018

- Można je porównać, ale moja bramka z finału w Glasgow była jednak ładniejsza - żartował Zinedine Zidane. „Mój boże, co on właściwie zrobił” - pomyślał trener Realu zaraz po spektakularnym strzale przewrotką 33-letniego Portugalczyka.

Jeszcze niedawno trwała debata, który z nich pierwszy osiągnie w Lidze Mistrzów granicę stu goli. Dziś, gdy dopadł jej Leo Messi, Cristiano Ronaldo ma już 120. Czy ten niebotyczny rekord ktokolwiek będzie w stanie poprawić, poza samym Portugalczykiem?

Wygrana Realu w Turynie 3:0 rozstrzyga właściwie sprawę awansu do półfinału. Więcej uwagi można było poświęcić temu swoistemu dziełu sztuki, które w 63. minucie wyszło spod nogi Cristiano Ronaldo. Po centrze od Daniego Carvajala Portugalczyk wykonał przewrotkę, po której legendarny bramkarz Gianluigi Buffon tylko patrzył bezradnie.

Pytany przez hiszpańskich dziennikarzy trener Juve Massimiliano Allegri powiedział, że nie podejmuje się oceny, czy była to najpiękniejsza bramka w historii piłki. - Ale była cudowna - dodał.

„Grazie” - powiedział Ronaldo tysiącom kibiców Juventusu, którzy wznieśli się ponad własne sympatie. - Tę owację zapamiętam na zawsze, to było coś wspaniałego - dodał CR7. Buffon stwierdził, że Portugalczyka i Messiego można stawiać w jednym rzędzie z takimi gigantami jak Diego Maradona i Pele.

Na Ronaldo spada deszcz zachwytów. Lider środka pola Realu Luka Modric mówi, że aby zdecydować się na tak trudny strzał w tak ważnym meczu, trzeba mieć nadludzką ilość wiary we własne siły. Komentator dziennika „El Pais” napisał nieco pompatycznie, że w polu karnym Portugalczyk czuje się jak w niebie.

Trudno uniknąć porównań i odniesień do historii. Real ostatni raz wygrał w Turynie w 1962 roku po bramce Alfredo di Stefano, a obecny prezes klubu Florentino Perez zawsze twierdził, że CR7 jest kolejnym wcieleniem Argentyńczyka. Współczesny Di Stefano zaczyna na serio zagrażać pierwowzorowi. Argentyńczyk wygrał Puchar Europy pięciokrotnie, Ronaldo już cztery razy (pierwszy z Manchesterem United w 2008 roku).

Kiedy inny wielki poprzednik Portugalczyka Zidane zdobywał dla Realu zwycięską bramkę w finale Ligi Mistrzów w Glasgow w 2002 roku, 17-letni Ronaldo wchodził do pierwszej drużyny Sportingu Lizbona. Tamten słynny wolej po podaniu Roberto Carlosa był przez kolejne lata wizytówką najbardziej prestiżowych rozgrywek. Francuz, już jako trener, pojawił się w szatni Królewskich, zaledwie dwa lata temu. Od tamtej pory Real stał się hegemonem Ligi Mistrzów. Nie poniósł jednej znaczącej porażki.

Różnie oceniany jest trenerski talent Zidane’a, jedno nie podlega dyskusji. Potrafił wykorzystać status idola z młodości Ronaldo i jego kolegów. Zizou to dla współczesnych graczy Realu były geniusz piłki, któremu dorównać na boisku może jedynie CR7.

Kiedy w finale Euro 2016 Portugalia - Francja (1:0) Ronaldo doznał kontuzji i płacząc opuszczał boisko, wydawało się, że znalazł się na szczycie równi pochyłej. Przez lata uważano go przede wszystkim za fenomen fizjologiczny, który swoje niezwykłe osiągnięcia strzeleckie zawdzięcza sprawności, szybkości i sile wypracowanym w siłowni. Tacy starzeją się zwykle brzydko. Potwierdzały to statystyki dryblingów wykonywanych przez Portugalczyka. Indywidualne pojedynki wygrywał coraz rzadziej.

Ale Ronaldo, chorobliwie pazerny na gole, znalazł na siebie nowy pomysł. Ze skrzydłowego przekwalifikował się w środkowego napastnika, który rozsądnie i efektywnie gospodaruje siłami. Powoli wchodzi w sezon, bardzo długo osiąga najwyższe obroty. Tej jesieni był taki moment, że miał zaledwie dwie bramki w Primera Division. Wtedy sfrustrowany założył się z kolegami z Realu, że zostanie jeszcze królem strzelców ligi hiszpańskiej. Jedni się śmiali uważając to za przejaw pychy, inni uważali za niewykonalne.

W 2018 rok CR7 wszedł z 23 bramkami, znów jest najskuteczniejszym graczem Ligi Mistrzów zmierzając po siódmy tytuł króla strzelców rozgrywek. Pierwszy zdobył przed dekadą, jeszcze w Manchesterze United, a potem odebrał Złotą Piłkę. W kolejnych czterech sezonach najlepszym strzelcem LM był Messi. Od 2013 roku CR7 nie opuszcza szczytu. W niespełna sześć lat zdobył w Champions League aż 81 bramek. I co najważniejsze, kiedyś rekordy Ronaldo służyły Ronaldo, dziś służą Realowi Madryt.

- Kiedy patrzę na formę Cristiano, kolejny triumf w Lidze Mistrzów wydaje mi się realny - powiedział w Turynie Luka Modric.

wtorek, 03 kwietnia 2018

- A może byliśmy zbyt pewni siebie? - zastanawia się Gianluigi Buffon wspominając przegrany 1:4 finał w Cardiff. 300 dni później Real Madryt znów staje na drodze Juventusu Turyn tym razem w ćwierćfinale Ligi Mistrzów.

Napastnik Juve Paulo Dybala przyznaje, że koszmar Cardiff prześladuje go do dziś. Buffon opowiada, że gdyby dało się cofnąć czas, wolałby jeszcze raz zagrać tamten mecz z Królewskimi, niż baraż ze Szwedami o udział Włoch w rosyjskim mundialu. Piłkarze, nawet ci najbardziej legendarni, bywają nienasyceni. 40-letni Buffon, najdroższy bramkarz w historii, który był mistrzem świata, wciąż marzy o pierwszym triumfie w Lidze Mistrzów. W finale przegrał już trzy razy (2003, 2015, 2017).

300 dni temu szansa wydawała się ogromna. Ale i skala trudności wyjątkowa. Real Madryt to najbardziej utytułowany klub w najważniejszych klubowych rozgrywkach, który aż 15 razy docierał do finału. I zaledwie trzy razy przegrał. Juventus przeciwnie. Jest drużyną, która aż siedmiokrotnie przeżywała koszmar porażki w najważniejszym meczu sezonu. To niechlubny rekord rozgrywek, opisujący dramat wielkiego klubu.

W Cardiff 23-letni Dybala miał rzucić wyzwanie Cristiano Ronaldo. 8,5 roku starszy Portugalczyk przyćmił dwoma golami Argentyńczyka polskiego pochodzenia. O skalę talentu Dybali wciąż trwają spory. Selekcjoner Argentyńczyków Jorge Sampaoli wymyślił, że Paulo nie jest mu w drużynie narodowej potrzebny, bo na boisku zachowuje się jak kopia Leo Messiego. Znacznie mniej udana od oryginału.

W Juventusie Dybala wyrasta jednak na gwiazdę. To on zdobył pierwszą bramkę w ostatnim meczu ligowym z Milanem. Klub z Turynu wygrał 3:1 tracąc jedynego gola po strzale Leonardo Bonucciego, swojego byłego stopera sprzedanego latem na San Siro za 40 mln euro. Transfer wydawał się kuriozum. 30-letni lider defensywy mistrza Włoch odchodził do zespołu znacznie słabszego zostawiając po sobie w Turynie wielką dziurę.

Ale nawet z Bonuccim w składzie Juventus nie dał rady Realowi 300 dni temu. W drugiej połowie finału na Millennium Stadium Buffon aż trzy razy wyciągał piłkę z siatki. Nie miał żalu do losu, choć dwa razy po strzałach Ronaldo i Casemiro rykoszety uniemożliwiły mu interwencje. W Cardiff wygrała po prostu lepsza drużyna. 40-letni włoski gigant otwarcie to przyznaje.

- Wystarczy spojrzeć na historię Realu, czyli 12 tytułów najlepszego w Europie, a także jego współczesność, czyli trzy triumfy w Champions League w ostatnich czterech latach, żeby się przekonać kto jest numer 1. I to bez dyskusji - mówi bramkarz Juve.

W sobotę w starciu z Milanem był o 16 minut od pobicia własnego rekordu ligi włoskiej. Nie puścił bramki przez 957 minut. Kiedy w marcu 2016 roku poprawił wynik Sebastiano Rossiego (973 minuty bez gola) napisał płomienny list do bramki pod tytułem „Będę cię bronił do końca”.

Passy Buffona dużo mówią o grze Juventusu, wielkiej drużyny, która osiągnęła mistrzostwo przede wszystkim w psuciu, obrzydzaniu gry swoich rywali. Klub z Turynu jest liderem Serie A, zmierzając po siódme kolejne scudetto. To ewenement w wielkich ligach Europy. Kiedy po porażce w Cardiff z Realem załamany trener Massimiliano Allegri rozważał czy podać się do dymisji, wizja siódmego z rzędu triumfu w Serie A ostudziła jego emocje.

Co się zmieniło u obu gigantów od ich ostatniego pojedynku 3 czerwca 2017 roku? - Wtedy miałem 39 lat, dziś mam 40 - żartuje Buffon. Po kłopotach z początku sezonu Juve znów gra znakomicie. W ostatnich 10 meczach Serie A „Stara Dama” straciła dwa punkty i tylko jedną bramkę.

O Realu można powiedzieć coś podobnego. Miał fatalną jesień, kiedy zaprzepaścił szansę na Puchar Króla i obronę tytułu mistrza Hiszpanii, ale w ostatnich 10 kolejkach ligowych zdobył o trzy punkty więcej niż lider z Barcelony. Cristiano Ronaldo przeżył swój kolejny futbolowy pogrzeb. Spekulowano, że to koniec 33-letniego Portugalczyka, kiedy parę miesięcy temu jego licznik ligowy zatrzymał się na ledwie dwóch zdobytych bramkach. Sfrustrowany gwiazdor założył się wtedy z kolegami z drużyny, że zdobędzie jeszcze tytuł króla strzelców. Teraz jest na drugiej pozycji, ma 22 gole, zalewie o 4 mniej od Messiego.

Liga Mistrzów to ostatnie trofeum jakie Real może zdobyć w tym sezonie. Zespół Zinedine’a Zidane’a zagra dziś w Turynie z nożem na gardle. Buffon przypomina, że w finałach Ligi Mistrzów (1998, 2017) lepszy był Real, ale gdy obie drużyny mierzyły się we wcześniejszych rundach rozgrywek, Juventus dawał sobie radę z Królewskimi. Tak było w latach 2003, 2005, 2009 i 2015.

W cieniu starcia gigantów Bayern Monachium zagra dziś w Sewilli. Bawarczycy są zdecydowanym faworytem, choć zespół Vincenzo Montelli wyeliminował w poprzedniej rundzie Manchester United, a w sobotę postawił się w lidze niepokonanej Barcelonie. Do 89. min było 2:0 dla Sevilli, ale Luis Suarez i Messi w 50 sekund ocalili remis dla Katalończyków.

Robert Lewandowski zdobył hat-tricka w niemieckim klasyku z Borussią Dortmund, który Bayern wygrał aż 6:0. Polak jest w tym sezonie jak cyrulik dla rywali Bawarczyków. W lidze zdobył aż 26 goli, dwa razy więcej niż następny w klasyfikacji Nils Petersen z Feiburga. Bayern ma 17 pkt przewagi na Schalke, kroczy po szósty kolejny tytuł mistrzowski. Marzy jednak o powrocie na tron europejski. Lewandowski tak jak Buffon stara się wymazać swoje nazwisko z listy wielkich piłkarzy, którzy nie wygrali nigdy Ligi Mistrzów. Do tego trzeba przełamać hiszpański kompleks. W ostatnich trzech latach drogę Polaka i Bayernu do finału Champions League zagradzały Barcelona, Atletico i Real Madryt. Sevilla to teoretycznie zdecydowanie najłatwiejsza z hiszpańskich przeszkód.

środa, 14 marca 2018

Po sześćdziesięciu latach Sevilla wraca do ćwierćfinału Pucharu Europy w momencie najmniej spodziewanym, w miejscu, gdzie coś takiego nie miało prawa się wydarzyć.

„Mówią, że nigdy się nie poddaje” - fragment poruszającego hymnu skomponowanego na stulecie klubu z Andaluzji, na Old Trafford w Manchesterze odśpiewało 2000 najbardziej niezłomnych fanów Sevilli. Wierzyć nie było łatwo. Zaledwie 75 godzin wcześniej drużyna Vincenzo Montelli przekonała się, że Liga Mistrzów nie jest jej pisana w przyszłym sezonie.

Ligowa porażka 0:2 z Valencią na Ramon Sanchez Pizjuan sprawia, że Sevilla wróci do Ligi Europy. Może miejsce skromnego klubu jest właśnie na drugim froncie? W ostatnich 12 latach Sevilla aż pięć razy wygrywała Ligę Europy. 10 miesięcy temu jej passę złamał Manchester United i Jose Mourinho. By zrobić krok ku Lidze Mistrzów.

To właśnie dzięki Lidze Europy Sevilla zaistniała w świadomości kibiców na kontynencie. Jest klubem specyficznym, który potrafił stworzyć piłkarzy takich jak Ever Banega, czy Grzegorz Krychowiak. Argentyńczyk nie sprawdził się w Valencii, nie dał sobie rady w Atletico, ani w Interze Mediolan, zawsze miał jednak drogę odwrotu do Andaluzji, gdzie czekała na niego koszulka z numerem 10.

W Sevilli cierpliwość przedkłada się zwykle nad chorobliwe ambicje. Opuszczenie Ramon Sanchez Pizjuan okazało się początkiem równi pochyłej dla Krychowiaka, który razem z trenerem Unaiem Emerym zapracował na transfer do finansowanego za katarskie miliardy PSG. Obaj w Paryżu odbili się jednak od ściany. Może powinni pójść drogą Banegi?

Co roku Sevilla buduje drużynę właściwie od początku. Najlepsi gracze odchodzą, jak latem 2014 roku Ivan Rakitic do Barcelony, sprowadzony do Andaluzji za 2,5 mln euro, sprzedany za kwotę 8 razy większą. Pół roku temu na przenosiny do Madrytu zdecydował się reprezentacyjny skrzydłowy Vitolo, choć Atletico miało akurat zakaz transferów. Historia klubu zna dziesiątki przykładów graczy, którzy na Ramon Sanchez Pizjuan powiększali wielokrotnie swoją piłkarską wartość. Daniego Alvesa dyrektor sportowy Monchi wykupił z brazylijskiego Bahia Salvador za 850 tys euro, by po pięciu latach sprzedać Barcelonie za 35 mln. To samo z Julio Baptistą sprowadzonym z Sao Paulo za 3 mln i oddanym do Realu za 25.

Klub z Andaluzji trudni się nie tylko handlem. W swojej szkółce wychował Jose Antonio Reyesa, Sergio Ramosa, Carlosa Marchenę, Antonio Puertę, Diego Capela, czy Jesusa Navasa, który niedawno wrócił z Manchesteru City.

Sevilla odnawia się i powstaje jak feniks z popiołów. Ale ćwierćfinał Ligi Mistrzów wydawał się dla niej granicą zaklętą. Choć w 2006 roku IFFHS (Międzynarodowe Stowarzyszenie Historyków i Statystyków Futbolu) przyznało jej tytuł najlepszej drużyny świata, po tym jak gładko pokonała Barcelonę w meczu o Superpuchar Europy. Wtedy Andaluzyjczycy za sprawą skazanego potem za korupcję prezesa Jose Marii del Nido przez chwilę zamarzyli o wielkości.

W 1957 roku tytuł wicemistrza Hiszpanii dla Sevilli zdobył legendarny trener Helenio Herrera. Rok później, już bez niego, klub z Andaluzji dotarł do ćwierćfinału Pucharu Europy, gdzie odbił się od dominującego wtedy niepodzielnie Realu Madryt. Na powtórkę trzeba było czekać 60 lat. Czy sen miał prawo spełnić się w „Teatrze Marzeń”? Sevilla przegrywała w 1/8 finału Ligi Mistrzów z Fenerbahce (2008 rok), CSKA Moskwa (2010) i Leicester (2017), zawsze będąc faworytem. Tymczasem w pojedynku z Manchesterem United wydawała się skazana na pożarcie.

9 sierpnia 2013 roku United zaprosił Sevillę na Old Trafford, by uczcić swojego legendarnego weterana Rio Ferdinanda. Czując powagę chwili goście z Andaluzji przywieźli do Manchesteru najlepszych piłkarzy. Angielski gigant miał wtedy jednak inne zmartwienia. Nowy trener David Moyes, który dostąpił zaszczytu kontynuowania dzieła Aleksa Fergusona, oszczędził gwiazdy przed meczem o Tarczę Dobroczynności z Wigan. Goście byli zdecydowanie lepsi, wygrali 3:1.

Powtórka 5 lat później nikomu nie mieściła się jednak w głowie. Moyesa już dawno w Manchesterze nie ma, najbogatszy klub świata poszedł drogą na skróty. Zatrudnił Jose Mourinho, który w dwóch ostatnich latach przeznaczył na transfery 350 mln euro. Klub z Andaluzji nie wydał tyle na piłkarzy w całej swojej historii.

Kolos z Old Trafford chciał wrócić do europejskiej elity, Sevilla wydawała się rywalem idealnym. 2000 fanów z Andaluzji nie traciło nadziej po bezbrakowym meczu na Ramon Sanchez Pizjuan. Właściwie zbudowany latach 50-tych obiekt miał nosić nazwę „Grand Stadium”, zmieniła to jednak nagła śmierć ówczesnego prezesa klubu.

Trzy tygodnie temu w Andaluzji Manchester przetrwał 90 minut ataków gospodarzy. Bohaterem został jego hiszpański bramkarz David de Gea. Cynizm Mourinho zdawał się triumfować. W rewanżu błysnął jednak Francuz Ben Yedder, który wszedł z ławki i zdobył dwie złote bramki dla Sevilli.

Latem gdy jako żywa legenda Monchi odchodził do Romy, napisał list, że Sevilla na zawsze pozostaje w jego sercu. Wydawało się, że dyrektor sportowy w klubie z Andaluzji był jedynym niezastąpionym pracownikiem. Następcę Oscara Ariasa ostro atakowano za złe transfery. Po wyprawie na Old Trafford jego praca nabiera jednak nowego sensu.

A Monchi? We wtorek świętował dwa razy. Tego samego wieczoru, gdy Sevilla zdobywała Old Trafford, Roma po dekadzie wróciła do ćwierćfinału Ligi Mistrzów.

poniedziałek, 12 marca 2018

Hat-trick w ligowym meczu z Hamburgiem (6:0) sprawił, że kapitan reprezentacji Polski został najlepszym zagranicznym strzelcem w historii Bayernu Monachium. Beczka miodu, z łyżeczką dziegciu.

- Mam nadzieję, że seria Roberta nie zostanie przerwana w reprezentacji Polski - powiedział kiedyś Zbigniew Boniek. W sobotę Lewandowski spełnił życzenie prezesa PZPN. W 86. minucie ligowego meczu z HSV Hamburg sędzia podyktował rzut karny dla Bayernu. Bawarczycy prowadzili już 5:0, kapitan reprezentacji Polski zdobył dwie bramki, w sumie uzbierał ich 99 w Bundeslidze w barwach monachijskiego giganta. To był doskonały moment na jubileusz.

Polak ustawił piłkę jedenaście metrów od bramki, by wykonać „wyrok” na bramkarzu HSV. Nikt z kibiców na Allianz Arena nie miał co do tego cienia wątpliwości. Od 17 sierpnia 2014 roku, czyli meczu I rundy Pucharu Niemiec z trzecioligowym Preussen Munster (wygranego przez Bayern 4:1), Lewandowski nie spudłował z karnego. Wykonywał w tym czasie aż 24 jedenastki i wszystkie zamienił na gole. Każda seria ma kres? Ta skończyła się 10 marca 2018 roku.

W meczu z HSV stało się coś absolutnie wyjątkowego. Polak zmylił bramkarza, ale kopnął piłkę za wysoko - nad bramką. To mu się nie zdarzyło jeszcze nigdy. W całej karierze zmarnował cztery jedenastki, ale trzy wcześniejsze obronili bramkarze.

Polak i tak jest najlepszym specem od karnych w światowej piłce. Takiej serii jak on, nie miał nikt. Cristiano Ronaldo z Realu, czy Leo Messi z Barcelony wykonywali znacznie więcej jedenastek, ale ich skuteczność jest mniejsza. U Argentyńczyka sięga 75 proc.

Trzeba przyznać Lewandowskiemu, że wybrał sobie najlepszy moment na pudło. Mecz i tak był wygrany, w dodatku cztery minuty później arbiter podyktował dla Bayernu kolejną jedenastkę. Do piłki znów podszedł Polak, a więc nie było mowy, by nieudana próba zachwiała jego pewnością siebie. Ani pewnością trenera Juppa Heynckesa kto powinien wykonywać karne dla Bayernu. Tym razem Lewadnowski zdobył bramkę na 6:0. Bayern wygrał, ma 20 pkt przewagi w ligowej tabeli nad wiceliderem Schalke.

Drugi karny Polaka zapisze się w historii jako jego setna bramka w Bundeslidze zdobyta dla Bawarczyków. Lewandowski potrzebował na to 121 spotkań. We wszystkich rozgrywkach strzelił dla Bayernu 142 gole i wyprzedził najlepszego do soboty zagranicznego snajpera bawarskiego klubu Brazylijczyka Giovane Elbera (140). Przed nim są już tylko Niemcy: Dieter Hoeness (145), Roland Wohlfarth (155), Thomas Mueller (171), Karl-Heinz Rummenigge (217) i Gerd Mueller (508). Realne dla 29-letniego Polaka wydaje się więc nawet miejsce na podium.

Rzecz jasna strzeleckie rekordy są tylko tłem dla tytułów i trofeów. We wtorek Bayern gra rewanż z Besiktasem w Stambule w 1/8 finału Ligi Mistrzów. Awans do ćwierćfinału ma pewny, po zwycięstwie w Monachium 5:0. Potem zaczną się schody.

Szanse Bayernu na sukces w najważniejszych rozgrywkach bukmacherzy oceniają wysoko. Za faworyta uchodzi Manchester City, zaraz za nim jest Real Madryt i Bawarczycy na trzeciej pozycji, przed Barceloną. Klub z Allianz Arena ostatni raz wygrał Ligę Mistrzów w 2013 roku, gdy jego trenerem był ...Jupp Heynckes. Wygrał wtedy na Wembley niemiecki finał z Borussią Dortmund (2:1), której gwiazdą był Lewandowski oraz dwójka pozostałych Polaków Kuba Błaszczykowski i Łukasz Piszczek.

Latem 2014 roku polski napastnik przeniósł się do Bawarii, by dać sobie szansę na triumf w najważniejszych klubowych rozgrywkach. Ich choć w Lidze Mistrzów zdobył dla Bayernu 28 bramek, nigdy nie wrócił do finału. Trzy razy Bawarczycy z Lewandowskim przegrywali rywalizację z Hiszpanami (Barceloną, Atletico i Realem). Problemem Bayernu jest fakt, że w Bundeslidze nie ma godnego siebie rywala, a potem, gdy przychodzi do walki z najlepszymi w Europie, nie daje rady. Najwyższy czas się przełamać.

Lewandowski był mistrzem Niemiec pięć razy (dwa z Borussią Dortmund, trzy z Bayernem). Zdobywał Puchar i Superpuchar Niemiec. Królem strzelców Bundesligi był dwukrotnie i pewnie kroczy po trzeci tytuł. Ma 23 bramki, jego najbliższy rywal Nils Petersen z Freiburga zaledwie 12. I wciąż nie wyprzedził Pierre’a-Emericka Aubameyanga (13), który zimą przeniósł się do Arsenalu.

środa, 07 marca 2018

Wykorzystali agresję ultrasów, Real Madryt potraktowali jak wielkiego wroga stojącego u bram Paryża. Nie pomogło. PSG przegrało jeszcze raz, odpadło z Ligi Mistrzów w 1/8 finału pogrążając się jak co roku w wielkiej frustracji.

To nie jest zwykła porażka na boisku. To jest klęska potężnego projektu. Przedsięwzięcia, które kosztowało katarskich właścicieli PSG grubo ponad miliard euro. Jeśli chodzi o same transfery.

- Jestem wściekły, bo naprawdę wierzyłem w awans - powiedział po przegranej z Realem 1:2 prezes Paryżan Nasser Al Khelaifi. Gdy zapytano go o dymisję trenera Unaia Emery’ego dodał, że tej nocy już niczego więcej nie powie. Los Baska wydaje się jednak przesądzony. Przychodził ze skromnej Sevilli, z którą wygrywał ponad stan w Lidze Europy. W Paryżu dostał nieograniczone możliwości i drugi rok kończy Ligę Mistrzów już w 1/8 finału. Cierpliwość szejków ma swoje granice.

Al Khelaifi poruszył piekło i ziemię, ale jego zbudowany niebotycznym kosztem zespół nawet nie napędził strachu Realowi Madryt. W myśl słów prezesa klubu, Paryż miał zapłonąć przed rewanżem. I zapłonął. Policja zatrzymała chuliganów, którzy urządzili pokaz pirotechniczny w nocy pod hotelem gdzie spali piłkarze Realu Madryt. Królewskich przyjęto w Paryżu jak najzacieklejszych wrogów: wyzwiska, agresja - było wszystko. W imię „świętej unii” terminologii zaczerpniętej z czasów I Wojny Światowej, gdy Francja jednoczyła się od prawej do lewej wobec wspólnego wroga. Nawet uznawany za najwyższą światową klasę w prasie sportowej dziennik „L’Equipe” pisał o tym meczu językiem wojennym.

Kilka dni przed rewanżem Al Khelaifi zaprosił na jeden z treningów swoich piłkarzy radykalny odłam ultrasów, z przeszłością kryminalną, by zmotywowali graczy do walki. Przyniosło odwrotny skutek. Przygniecieni presją piłkarze Emery’ego wyszli na Parc des Princes bez ducha. Snuli się po boisku zamiast rzucić się do odrabiania strat (1:3) z pierwszego meczu. W drugiej połowie trybuny zapłonęły od rac, ale zaraz po tej „manifestacji” gospodarze stracili gola (Ronaldo). Na domiar złego kilka minut później ich lider Marco Verratti rzucił się z pretensjami do arbitra, choć miał już żółtą kartkę. Dostał drugą i wyleciał z boiska. W bardziej głupi sposób najważniejszego meczu sezonu nie można było oddać.

To tylko pogłębiało zbiorową frustrację. Przecież to Francuzi wymyślili rozgrywki europejskie. Ich liga uchodzi za kopalnię talentów, rozkwitają one jednak gdzie indziej. Tak jak Karim Benzema w Realu Madryt, choć ostatnio ma tam bardzo niskie notowania. Zagrał we wtorek, znów wypadł przeciętnie, ale schodził z boiska jako wygrany.

Przez dekady liga francuska uchodziła za wzór jeśli chodzi o rozsądne gospodarowanie pieniędzmi. Francuzi byli racjonalni, cierpieli jednak na brak wielkich sukcesów. Od 1956 roku w rywalizacji o tytuł najlepszego klubu Europy, na szczyt wspiął się tylko Olympique Marsylia (1993). To były czasy, gdy klubem z Marsylii zarządzał kontrowersyjny prezes Bernard Tapie, aresztowany potem za korupcję.

Na jego przykładzie Francja uwierzyła jednak, że najwyższe laury w piłce się nie tylko wypracowuje, ale i kupuje. Były prezydent Nicolas Sarkozy namówił siedem lat temu rząd kataru, by zainwestował w paryskie PSG. Pieniądze popłynęły rzeką. Ostatniego lata Al Khelaifi znowu bił transferowe rekordy. Z Neymara (222 mln euro) i Kyliana Mbappe (180 mln) uczynił dwóch najdroższych graczy w historii. Ale nie dwóch najlepszych.

Neymar w ogóle na Parc des Princes nie zagrał. Jest w Brazylii, gdzie przeszedł operację. Po meczu napisał w mediach społecznościowych, że jest mu smutno. Z powodu porażki, a jeszcze bardziej dlatego, że nie mógł pomóc kolegom. Hiszpański „El Pais” donosi, że jeszcze przed zabiegiem Al Khelaifi wysłał do Brazylii swoich wysłanników, by przekonali Brazylijczyka do odłożenia zabiegu. Miał grać z Realem, choćby na jednej nodze. Przecież zrobiono go twarzą paryskiego projektu. Spełniano każdy kaprys od królewskiego powitania pod Wieżą Eiffla po 47 mln netto rocznych zarobków. Ponoć Brazylijczyk sam decydował jak i ile trenuje, w których meczach chce odpoczywać. Światowa prasa pisała też, że faworyzowanie Neymara rozbiło jedność w szatni PSG, i że gracze Emery’ego mieli pokazać we wtorek, jak są mocni bez Brazylijczyka. Nie pokazali niczego.

Pomocnik Adrien Rabiot poprosił kibiców po meczu o wybaczenie i obiecał, że to co się nie udało we wtorek, uda się za rok. Czy ktoś w to jeszcze wierzy? Lista porażek PSG w Lidze Mistrzów jest niewiarygodna. Na czele z tą sprzed roku, gdy także w 1/8 finału przepadli z Barceloną, choć pierwszy mecz wygrali aż 4:0! Wtedy w końcówce rewanżu na Camp Nou pogrążył ich Neymar (dwa gole i asysta). Latem rekordowym kosztem wyrwali go z Camp Nou. Obronili Verrattiego, o którego zabiegała Barcelona. Efekt jest taki jak zwykle.

Na otarcie łez pozostaje fakt, że PSG nie dało rady obrońcy trofeum, najbardziej utytułowanemu klubowi w historii rozgrywek. Ale drużyna Zinedine’a Zidane’a ma teraz bardzo duże problemy. Odpadła z Pucharu Króla z Leganes, do Barcelony traci w lidze 15 pkt. Liga Mistrzów jest dla Królewskich ostatnią deską ratunku w tym sezonie. Grali w Paryżu z nożem na gardle, w dodatku bez swojego lidera Luki Modrica, który trzy tygodnie leczył uraz. Z ławki wszedł Toni Kroos (także po urazie) i Gareth Bale - po serii kontuzji nie może odzyskać formy. Na PSG wystarczyło.

wtorek, 06 marca 2018

Uczepiony ostatniej deski ratunku w Lidze Mistrzów Real Madryt przybywa na Parc des Princes w Paryżu, gdzie piłkarze PSG chcą udowodnić ile są warci bez Neymara, swojej kontuzjowanej największej gwiazdy.

222 miliony za transfer z Barcelony, plus 47 mln euro netto rocznej pensji. Te dwie stratosferyczne liczby opisują status Neymara w PSG, ale nie mówią wszystkiego. Wersję oficjalną przedstawia trener Unai Emery. Na konferencji przed rewanżem z Realem Madryt powiedział, że koledzy z drużyny zrobią wszystko, by we wtorkowy wieczór podarować swojemu kontuzjowanemu liderowi awans do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Wersja nieoficjalna, przedstawiana przez dziennikarzy mówi raczej o tym, że najważniejszy mecz w tym sezonie to dla graczy z Paryża okazja, by udowodnić, że Brazylijczyk nie jest im potrzebny.

Nasser Al Khelaifi pobił tego lata wszystkie rekordy. Wydał 400 mln euro na Neymara i francuskiego nastolatka Kyliana Mbappe. Pierwszego podkupił Barcelonie o drugiego wygrał wyścig z Realem. O ile Francuz wszedł do szatni jako skromny chłopak i został zaakceptowany, o tyle buta Neymara jest ponoć dla kolegów z zespołu nie do zaakceptowania. O przywilejach jakie ma Brazylijczyk krążą legendy. Fakt, że gdy podpisywał kontrakt w Paryżu, barwami klubu zapłonęła Wieża Eiffla, a na jej szczycie wyświetlił się napis „Welcome Neymar”. Brazylijczyk na koszt PSG bawił się ze swoimi kumplami w Saint-Tropez.

Miał wynieść PSG na wyżyny, poprowadzić do triumfu w Lidze Mistrzów. I choć w 30 spotkaniach tego sezonu zdobył 29 goli i miał 17 asyst, w najważniejszym momencie, czyli na Santiago Bernabeu w Madrycie, gdzie PSG mierzyło się z Realem w pierwszym meczu 1/8 finału Ligi Mistrzów nie zdziałał nic szczególnego. Był w cieniu Cristiano Ronaldo zdobywcy dwóch bramek. PSG prowadziło, ale straciło dwa gole w końcówce i przegrało 1:3. Dziś musi wygrać 2:0, by wystąpić w ćwierćfinale. Bez Neymara, który w spotkaniu z Olympique Marsylia doznał poważnej kontuzji i przeszedł operację w Brazylii. Drużyna musi sobie radzić bez tego, który według katarskich właścicieli miał być jej wizytówką.

Pustkę po Brazylijczyku ma zapełnić 30-letni Angel di Maria, były piłkarz Realu. Został z niego sprzedany w 2014 roku, by zrobić miejsce dla gwiazdy mundialu w Brazylii Jamesa Rodrigueza.

Kiedy PSG kupiło Neymara, Di Marii chciało się pozbyć. Proponowano go Barcelonie i innym klubom, ale do transferu nie doszło. W tym sezonie Ligi Mistrzów Argentyńczyk zagrał zaledwie 67 minut, ale w starciu z Realem dostanie wielką szansę. Chce się jej uchwycić jak pozostali koledzy z PSG, którzy uważają, że sprowadzając Neymara i obsypując go lawiną niezasłużonych przywilejów właściciele rozbili jedność szatni. Aby zmotywować graczy Al Khelaifi zaprosił na trening ultrasów z najbardziej agresywnej i kryminogennej grupy.

Real Madryt ma zupełnie inne problemy, ale nie mniejsze. Broniący tytułu Królewscy uczepili się Ligi Mistrzów jako ostatniej deski ratunku. Z Pucharu Króla odpadli z Leganes, w lidze tracą do Barcelony 15 pkt. Stawką rywalizacji z PSG jest uratowanie twarzy i sezonu. Do treningów po trzech tygodniach leczenia kontuzji wracają pomocnicy Luka Modric i Toni Kroos, nie ma jednak pewności, czy Zinedine Zidane zaryzykuje wystawienie ich na Parc des Princes.

sobota, 03 marca 2018

Kryzys Realu Madryt nie wyssał emocji z La Liga. Atletico odrobiło do Barcelony 6 pkt i walka znów się zaczyna. Jutro bezpośrednia przez 90 minut na Camp Nou.

20 maja 2007 roku Leo Messi wbił pierwszego gola Atletico Madryt. Potem było ich jeszcze 26. Dość przykładów na poparcie tezy Diego Simeone, że jego rodaka nie da się kontrolować. Messi ma swoje wady: biega mało, za to w kluczowych momentach. Wtedy Barcelona staje się naprawdę niebezpieczna.

Do 26. kolejki sezonu dotarła bez porażki. Już wiele tygodni temu zaocznie przyznano jej mistrzostwo Hiszpanii. I nagle coś się zmienia. „Jest liga” - ogłosiły media po tym jak Atletico zbliżyło się na pięć punktów.

To nie znaczy, że drużyna Simeone zmieni cokolwiek w sposobie myślenia. Przyjeżdża na Camp Nou, by do maksimum wykorzystać błędy Katalończyków. Zwycięstwo byłoby bezcenne, ale z tego co mówi trener Atletico, remis także weźmie z pocałowaniem ręki. Ważne jest, by jak najdłużej wytrwać tuż za plecami faworyta. Barca walczy przecież na trzech frontach.

Ernesto Valverde uważa, że niedzielnego starcia nie da się nazwać finałem. To nie jest mecz o tytuł jak w 2014 roku. Do końca sezonu zostanie 12 kolejek, po zwycięstwie jego zespołu emocje by przygasły, a przewaga wzrosła do 8 pkt. I tak nie jest to dystans niemożliwy do odrobienia.

Jak mówi Simeone Atletico ma w tym sezonie najmocniejszą kadrę w swojej historii. W Lidze Mistrzów przepadło w grupie, w Pucharze Króla nie dało rady Sevilli. Liga Europy ma niższą rangę. Liga jest najważniejszym frontem. Niełatwym. Ale trzeba podjąć wyzwanie.

Od porażki z Sevillą w Pucharze Króla zespół Simeone wygrał siedem meczów. Bramki 21-3. Robi wrażenie. W tym czasie Barcelona straciła aż 6 pkt w Primera Division i tylko jeden mecz z Gironą wygrała wysoko. Ousmane Dembele i Philippe Coutinho, czyli dwaj najdrożsi piłkarze w historii klubu z Camp Nou, wciąż muszą walczyć o swoje miejsce. A Valverde wprowadza ich ostrożnie, tak by nie zaburzali równowagi w grze defensywnej.

No, ale Barcelona ma duet Messi - Luis Suarez, do tego Andresa Iniestę i Jordiego Albę. Bardzo dużo atutów indywidualnych, którym Atletico ma przeciwstawić serce do walki i perfekcyjną organizację. Czyli jak zwykle.

Kryzys Realu nie pozbawił hiszpańskich rozgrywek emocji i temperatury. Drużyna Simeone przegrała w tym sezonie tylko raz, wydaje się być w formie, która pozwala marzyć. Więcej do stracenia mają Katalończycy. Trudno sobie wyobrazić zaprzepaszczenie takiej serii - 26 spotkań ligowych bez porażki, z czego 20 wygranych.

Mimo wszystko, jeśli podnosić rękę na Barcelonę, to właśnie teraz. Zespół lekko przygasł, jakby 100 proc uwagi skupił na rywalizacji z Chelsea w LM. Atletico to jednak bardzo podobna skala wyzwania.

Od miesięcy dyskutuje się na temat przeprowadzki Antoine’a Griezmanna do Barcelony w kolejnym sezonie (tylko gdzie miałby grać?). Po tym jak francuski napastnik wbił cztery gole Leganes przypomniał, że 11 jego wizyt na Camp Nou zakończyło się bez zwycięstwa i bramki. Chciałby przełamać złą passę. Ale wcale nie musi, jeśli obrońcy perfekcyjnie wykonają swoją pracę. Wszyscy czekają na pojedynek Jana Oblaka z Markiem Andre ter Stegenem. Puścili w ligowym sezonie najmniej goli, wciąż trwają spory, który jest lepszy.

Największym atutem, który odzyskała Barcelona z pomocą Valverde jest cierpliwość. Na Wanda Metropolitano długo przegrywała, ale nie straciła nerwów. Wtedy z kryzysu budził się Luis Suarez. Centrował Sergi Roberto, Urugwajczyk wygrał główkę z obrońcami. To nie był gol w stylu Barcy. I takich goli miało paść potem jeszcze wiele.

Barca odzyskiwała i traciła nieprzewidywalność. Niełatwo wywróżyć na jaki moment Katalończyków trafi jutro Atletico.

poniedziałek, 19 lutego 2018

Jest jeden, a jakby ich było dwóch. Kamil zrównoważony przejął kontrolę nad tym wybuchowym i niesfornym, który w dzieciństwie z bezsilności często płakał na skoczni.

Ojciec powtarzał mu wtedy, że powinien się opamiętać, bo choć porażka boli, to jednak uczy więcej niż zwycięstwo. Kto w to zdoła uwierzyć, odnajdzie drogę w ciemności. Nie tylko dzieci mają z tym problem.

Ale pewnego dnia narodził się Kamil zrównoważony. Może stało się to na mistrzostwach świata w Predazzo w 2013 roku, zaraz po tym jak Kamil wybuchowy opłakiwał przed kamerami telewizji porażkę na normalnej skoczni? Miał 25 lat, od 2,5 roku był żonaty z Ewą. Ona też robiła co mogła, by pomóc w odnalezieniu Kamila spokojnego.

Zwrot na skoczni nadszedł 28 lutego 2013 roku. Został mistrzem świata, wytrzymał presję, niczego już nie popsuł. I przejął kontrolę nad sobą. Dziś jest fenomenem nie tylko sportowym, ale też psychologicznym. Nerwy nie zatruwają mu myśli, choć wciąż bywa wybuchowy, na skoczni zwykle jednak wygrywa tę wojnę emocji.

18 stycznia 2015 roku w Zakopanem stawał na szczycie Wielkiej Krokwi prowadząc po pierwszej serii. Był już dwukrotnym mistrzem olimpijskim z Soczi, ale sezon miał ciężki, naznaczony kontuzją i operacją stawu skokowego. Czekając na dole wśród rozszalałego tłumu rodaków, poczułem nagle, że coś złego się stanie. Zamknąłem oczy gdy wyszedł z progu i odtworzyłem dopiero wtedy, gdy dotknął ziemi.

Wygrał. Po raz pierwszy od 10 miesięcy. Pytałem potem jak to jest dźwigać w locie taki ciężar? Czy nie bał się, że coś mu nie wyjdzie i wielki entuzjazm rodaków pod Wielką Krokwią zmieni się w sportową stypę? - Myślałem o tym, że wystarczy dobrze skoczyć, by cieszyć się potem z tysiącami ludzi - powiedział. Tak zwane myślenie pozytywne. Któż z nas o nim nie słyszał, a jednak większość go nie zna.

Kamil wybuchowy nigdy jednak nie umarł. Wraca i upomina się o swoje. Wścieka się na dziennikarzy, gdy zagadują o kolejne zwycięstwa i medale. - Dla was nie liczy się mój wysiłek, ani moja praca. Kiedy w Soczi na dużej skoczni drugi skok miałem słabszy, to nikt tego nawet nie zauważył, bo zdobyłem złoto - mówi. Uważał też, że w konkursie drużynowym powinien był dać z siebie więcej.

Mają ze sobą sporo wspólnego. Ani Kamil wybuchowy, ani zrównoważony nie są łasi na komplementy. Gdy w Pjongczangu po drugim skoku treningowym wyrównał rekord dużej skoczni, jeden z dziennikarzy powiedział: - Dobrze, że nie skakał pan po raz trzeci, bo mógłby pan przeskoczyć obiekt. Odpowiedział Kamil wybuchowy, w imieniu Kamila zrównoważonego, bo obaj nie tolerują euforii. Zwłaszcza przed startem.

Psychologowie? Odegrali swoją rolę, najpierw był nim ojciec, potem Kamil jako zawodowy sportowiec współpracował z kolejnymi. Gdyby jednak sam siebie nie wymyślił na nowo, nic by z tego wszystkiego nie było.

Tagi: Stoch
02:05, wod
Link Komentarze (1) »
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac