blog Darka Wołowskiego
RSS
czwartek, 27 lipca 2017

Francuski dziennik „L’Equipe” podał, że porozumienie miedzy Neymarem i PSG jest całkowite. Barcelona otrzyma za Brazylijczyka 222 mln euro, co uczyni z niego najdroższego gracza w historii.

Wszystko wskazuje na to, że stadion tak egzotyczny dla piłki nożnej jak FedEx Field na przedmieściach Waszyngtonu, gdzie swoje mecze rozgrywają futboliści Redskins, był świadkiem ostatniego gola Neymara w barwach Barcelony. Podobno zniecierpliwieni szefowie PSG postawili Brazylijczykowi ultimatum, że jeśli chce zostać ich piłkarzem, musi podjąć decyzję jeszcze w tym tygodniu. Według relacji prasy katalońskiej, Neymar zamknął się w sobie i nie chce rozmawiać o przyszłości nawet z najbliższymi kolegami z Barcelony. A to znaczy, że jest zdecydowanie bliżej decyzji o odejściu niż pozostaniu. A właściwie, że już zdecydował się na przeprowadzkę do Paryża.

Jak na ironię Brazylijczyk wspaniale zaczął okres przygotowawczy do sezonu. Zdobył obie bramki w wygranym 2:1 meczu z Juventusem i zwycięskiego gola w spotkaniu z Manchesterem United podczas amerykańskiego tournee Barcelony. Nowy trener Barcy Ernesto Valverde nie doczekał jeszcze bramki nikogo innego: ani Leo Messiego, ani Luisa Suareza. Obaj wielcy gracze jakiś czas temu podjęli próbę namówienia Neymara do pozostania w Barcelonie. Według relacji katalońskich mediów rozmowa odbyła się w sześć oczu. Argentyńczyk i Urugwajczyk przekonywali Brazylijczyka, że to najgorszy moment na opuszczenie klubu. Zdetronizowana przez Real Madryt w kraju i Europie Barcelona chce się w odkuć w nadchodzącym sezonie.

Wydawało się, że przekonali Neymara. Gerard Pique zamieścił nawet na Twitterze słynne już stwierdzenie „se queda” - czyli „zostaje”. Potem wyjaśnił jednak, że jest to tylko jego prywatna opinia na temat tego, co się stanie.

Wygląda jednak na to, że Neymar odejdzie i jak napisało „L’Equipe” „transfer stulecia dojdzie do skutku”. Ojciec i agent piłkarza wynegocjował w PSG zarobki netto przekraczające 30 mln euro za sezon. W Barcelonie zarabia 25 mln. Przed rokiem pod presją rozmów Neymarów z Paryżanami, klub z Katalonii dał Brazylijczykowi podwyżkę. Klauzulę odejścia ustalono wtedy na kosmicznej wysokości 222 mln euro i prawdopodobnie tyle będzie musiało zapłacić teraz PSG. Choć niektóre źródła podają, że sponsorowany przez Katarczyków klub wyśle do Katalonii swojego przedstawiciela, który będzie negocjował. Barca negocjacji jednak zapewne nie podejmie, tak jak niedawno PSG nie podjęło z nią rozmów w sprawie transferu włoskiego pomocnika Marco Verrattiego.

Rozmowy mogą dotyczyć kwoty podatku. Gdy transfer akceptują obie strony jest on mniejszy niż w wypadku, gdy piłkarz zostaje wykupiony przez jeden klub wbrew woli jego aktualnego pracodawcy. Gdyby Barca poszła w zaparte i nie zgodziła się na transfer, jego kwota urosłaby z podatkiem do granic 300 mln euro. A cała transakcja, wraz z prowizjami, podatkami i astronomiczną pensją dla Brazylijczyka na pięć lat, przekroczy 600 mln euro. We Francji podatek od tak monstrualnych wynagrodzeń jak 30 mln rocznie wynosi aż 69 procent.

Tak czy siak Neymar skazany jest na status najdroższego piłkarza w historii. PSG zapłaci za niego ponad dwa razy więcej niż wynosi dotychczasowy rekord świata - przed rokiem Manchester United dał 105 mln euro za Paula Pogbę.

Wśród argumentów przemawiających za odejściem Neymara z Barcelony światowe media podają ten, że w Barcelonie jest teraz mało Brazylijczyków, tymczasem w Paryżu się od nich roi. Do brazylijskiej kolonii w PSG dołączył tego lata Dani Alves, były piłkarz Barcy i Juventusu.

Dwa dni temu prasa światowa podała, że Barcelona prowadzi zaawansowane negocjacje z przyjacielem Neymara Philippe Coutinho, ale Liverpool żąda za niego 150 mln euro. W Barcelonie ta cena budzi oburzenie, ale trudno się dziwić „The Reds” jeśli słyszą ile Katalończycy maja dostać za swojego piłkarza. Zanosi się jednak na to, że Coutinho nie będzie partnerem, ale zastępcą Neymara.

Szokujące wydają się wyniki ankiety wśród fanów Barcelony. „Czy Neymar powinien odejść jeśli zostawi w kasie 222 mln euro” zapytał jeden z dzienników z Katalonii. 82 proc powiedziało „tak”.

PS. W nocy z soboty na niedzielę w Miami Barcelona gra z Realem Madryt w ramach International Champions Cup. Pożegnanie Neymara?

wtorek, 25 lipca 2017

Trener Manchesteru City skompletował najdroższą linię obrony w dziejach piłki. I jest o krok od pobicia innego rekordu - wydatków dokonanych przez prezesa Realu Florentino Pereza w letnim oknie transferowym 2009 roku.

Niebieska koszulka z numerem 22 i nazwiskiem „Mendy” na plecach nie rzuciła na kolana kibiców piłki. Wielbiciele transferów wstrzymali oddech przy planach PSG wykupienia Neymara z Barcelony za 222 mln euro. W poniedziałek Francuz senegalskiego pochodzenia Benjamin Mendy został jednak najdroższym obrońcą w dziejach piłki. City zapłaciło za niego Monaco 57,5 mln euro poprawiając swój własny wynik.

Kilka tygodni wcześniej Kyle Walker przeniósł się na Etihad Stadium za 56,5 mln. Przed rokiem Guardiola sprowadził stopera Johna Stones’a, który kosztował 55,6 mln. Dodając do tego Argentyńczyka Nicolasa Otamendiego kupionego z Valencii latem 2015 roku za 45 mln euro, mamy czwórkę, która kosztowała klub aż 214,6 mln. To w światowej piłce rekord, szokujący tym bardziej, że żaden z zatrudnianych na Etihad Stadium zawodników nie jest zaliczany do elitarnego grona najlepszych obrońców świata. Tam jest miejsce dla Sergio Ramosa z Realu, Gerarda Pique z Barcelony, czy Matsa Hummelsa z Bayernu.

Ale to nie wyczerpuje potrzeb City na graczy defensywnych. Za 30 mln euro Guardiola odkupił od Realu Madryt prawego obrońcę Danilo. W królewskim klubie uważano go za transferowy niewypał, widać trener City jest innego zdania.

Guardiola przeprowadza też rewolucję między słupkami. Przed rokiem wykupił z Barcelony chilijskiego weterana Claudio Bravo. Teraz sprowadził młodego Brazylijczyka Edersona. 40 mln euro zapłacone Benfice to druga co do wysokości kwota za bramkarza. Więcej dał tylko Juventus za Gianluigi Buffona w 2001 roku (52 mln dol).

Dlaczego Guardiola zmienia niemal całą defensywę City? Bo w poprzednim sezonie w 38 meczach Premier League zespół stracił aż 39 goli. Pep był wściekły, szczególnie na bocznych defensorów, dlatego zrezygnował hurtem z Zabalety, Kolarova, Clichy’ego i Sagny.

- Tracimy kuriozalne bramki - opowiadał Guardiola w ubiegłym sezonie. - Takie, jakich nie traciła żadna inna drużyna prowadzona przeze mnie. W Anglii istnieje pojęcie „tackles” - tak zwanej drugiej piłki. Ja nie będę przecież tego trenował, ale moi piłkarze muszą nauczyć się z tym żyć i jakoś sobie radzić - dodał.

Druga piłka - czyli walka po długim zagraniu o futbolówkę odbitą przez obrońców. Pep sugeruje, że futbolem w lidze angielskiej wciąż w przesadnym stopniu rządzi chaos. On chce, by drużyna grała jak zaprogramowana, minimalizując wpływ przypadku. Do tego potrzebuje innych obrońców i po to wydał aż tyle. Ale tego lata do klubu sprowadził także pomocników Bernardo Silvę z Monaco i Brazylijczyka Douglasa Luiza z Vasco da Gama. To wszystko sprawia, że łączna kwota wydatków City sięgnęła 246 mln euro. Brakuje 11 mln do rekordu wszech czasów ustanowionego przez Real Madryt latem 2009 roku.

8 lat temu, gdy prezes Florentino Perez wracał na Santiago Bernabeu i kupował Cristiano Ronaldo, Kakę, Karima Benzemę, Xabiego Alonso, Raula Albiola, Alvaro Negredo oraz Estebana Granero (w sumie za 257 mln euro), protestowali wszyscy: ówczesny szef UEFA Michel Platini i watykański dziennik „Osservatore Romano”. Dziś przywykliśmy do monstrualnych cen piłkarzy. Z perspektywy czasu Ronaldo wydaje się nawet graczem tanim, skoro w osiem lat zdobył dla Realu 406 bramek.

W trwającym właśnie oknie transferowym Chelsea zapłaciła za Alvaro Moratę 80 mln euro, a Manchester United 86 mln za Romelu Lukaku. Tyle, że to napastnicy. Manchester City szokuje, bo płaci prawie tyle samo za obrońców.

czwartek, 20 lipca 2017

Chciał go Manchester United i odradzający się Milan. Transfer do Chelsea za 80 mln euro uczynił z Alvaro Moraty najdroższego hiszpańskiego piłkarza.

W internetowej ankiecie dziennika „El Pais” 72 procent głosujących uważa, że wychowanek Realu Madryt nie wart jest aż tyle. Nawet kibice w Hiszpanii wciąż nie mogą przywyknąć do kosmicznych cen za dobrej klasy napastników. Historia Moraty jest w zasadzie typowa dla chłopaka z Madrytu: zaczynał w Atletico, ale ponieważ tamtejszy trener kadetów nie cenił go zbyt wysoko, postanowił szukać szansy w Getafe, a potem w Realu. Coś podobnego spotkało wiele lat wcześniej Raula Gonzaleza.

W 2009 roku z reprezentacją Hiszpanii do lat 17 Morata zdobył w Nigerii brązowy medal mistrzostw świata. Wywalczył też dwa tytuły mistrza Europy do lat 19 i 21, oba okraszone nagrodami dla króla strzelców.

Przebicie się do podstawowego składu „Królewskich” graniczy jednak z cudem, mimo wszystko w lipcu 2012 roku trener Jose Mourinho włączył Moratę do kadry pierwszej drużyny. W dwa sezony zdobył 11 goli po czym Real postanowił sprzedać go do Juventusu za 20 mln euro z opcją odkupienia za 30 mln.

W Turynie Morata grał więcej i strzelał więcej, jego gol w półfinale Ligi Mistrzów 2015 roku wyeliminował Real z rozgrywek. Przed rokiem królewski klub skorzystał z prawa odkupienia napastnika. Choć Morata zdobył w minionym sezonie 20 goli, więcej niż Karim Benzema, nie wygrał z Francuzem walki o miejsce w podstawowym składzie. Miał najwyższą średnią bramek w drużynie, strzelał co 93 minuty, trener Zinedine Zidane cenił go wysoko, ale w 43 spotkaniach pozwolił grać tylko przez 1872 minuty. I w kluczowych chwilach zawsze posyłał na ławkę.

Morata uznał więc, że mając 24 lata i w perspektywie mundial w Rosji, musi poszukać klubu, który zdecydowanie na niego postawi. I uczyni gwiazdą pierwszej wielkości.

Tym klubem miał być Manchester United prowadzony przez Mourinho, gdzie napastnik zarabiałby 12 mln za sezon. Morata porozumiał się z działaczami z Old Trafford, ale Real wycenił go na 90 mln i nie chciał obniżyć tej kwoty. Znużony negocjacjami potentat z Manchesteru kupił Belga Romelu Lukaku za 84 mln. W wyścigu po Moratę została Chelsea, do której dołączył Milan - aktywny na rynku transferowym po tym jak kupili go Chińczycy.

Chelsea wykazała więcej determinacji, bo jej napastnik Diego Costa za wszelką cenę chce wrócić do Atletico Madryt.

Właściciel klubu ze Stamford Bridge Roman Abramowicz pobił przy okazji własny rekord. Zimą 2011 roku uczynił najdroższym hiszpańskim piłkarzem Fernando Torresa. Zapłacił za niego Liverpoolowi aż 58,5 mln euro. W 3,5 roku napastnik zdobył dla Chelsea zaledwie 46 goli. Był jednak w zespole, który wygrał Ligę Mistrzów w 2012 roku.

Dziś Abramowicz stawia na kolejnego Hiszpana, czy tym razem się nie rozczaruje? Przed Torresem najdroższym hiszpańskim graczem był Gaizka Mendieta, za którego w 2001 roku Lazio zapłaciło Valencii 48 mln euro. Mendieta także grał potem zdecydowanie poniżej oczekiwań.

Morata jest najdroższym, ale nie najlepszym piłkarzem w Hiszpanii. Swego czasu Xavi Hernandez, Andres Iniesta, Sergio Busquets, Gerard Pique, czy Sergio Ramos mogliby kosztować więcej. To jednak emblematyczni gracze Realu i Barcelony, które sprzedają piłkarzy tylko wtedy, gdy nie mogą przebić się do składu. Przy okazji transferu Moraty rekord pobił także Florentino Perez. Dotąd najdroższym graczem sprzedanym przez Real Madryt był Angel di Maria (75 mln do MU w 2014 roku).

Choć wychowany w Realu Morata był w pierwszym składzie „Królewskich” gościem, regularnie odwiedzał fontannę Kybele, gdzie klub świętuje sukcesy. Dwa razy wygrał z nim Ligę Mistrzów (2014 i 2017), dwa mistrzostwa Hiszpanii (2012 i 2017), dwa Puchary Króla (2011 i 2014), mundial klubów oraz Superpuchary Hiszpanii i Europy. - Dlatego absolutnie nie żałuję powrotu na Santiago Bernabeu ostatniego lata - powiedział. Dodał jednak, że o trzeciej szansie w Realu w ogóle nie myśli.

W Turynie Morata wywalczył dwa tytuły mistrza Włoch i dwa Puchary. W Chelsea, która odzyskała właśnie tytuł w Anglii spotka trenera Antonio Conte, do 2014 roku prowadzącego Juventus. Jeśli spełni oczekiwania, jego cena wzrośnie do 85 mln euro (tak zapisano w kontrakcie z Realem). Nikogo to jednak na Stamford Bridge nie zmartwi.

środa, 19 lipca 2017

Jedno z brazylijskich mediów wywołało burzę donosząc, że w ciągu najbliższych dwóch tygodni PSG ogłosi, iż wykupiło Neymara z Barcelony. Cena Brazylijczyka to 222 mln euro - co uczyniłoby go rzecz jasna najdroższym piłkarzem w historii.

- Nie ma klubu, który stać byłoby na wykup Neymara - uspokaja kibiców Barcy dyrektor sportowy Robert Fernandez. Potwierdza to kataloński dziennik „El Mundo Deportivo”, który policzył, że całkowity koszt transakcji sięgnąłby 629,42 mln euro!

PSG musiałoby zapłacić nie tylko kwotę wykupu ustanowioną w kontrakcie Brazylijczyka z katalońskim klubem (222 mln), ale też wszystkie podatki i gigantyczną gażę dla zawodnika sięgającą 30 mln euro netto za sezon. Aby przelać tyle na konto Neymara, francuski gigant musiałby wydać 90,2 mln rocznie - podatki od tak wysokich zarobków sięgają we Francji 69 procent. Czteroletnia umowa kosztowałaby więc PSG 360,8 mln. Do tego trzeba doliczyć podatek od transferu i prowizje dla agentów. W ten sposób klub z Paryża z pewnością złamałby zasady ustanowionego przez UEFA finansowego fair play.

Tyle, że po dymisji prezesa Michela Platiniego UEFA nie jest już tak restrykcyjna w przestrzeganiu finansowych przepisów. Możliwości PSG są nieograniczone. Klub jest własnością Kataru - jednego z najbogatszych krajów na ziemi. Szejków stać na każdą zachciankę, to kosmiczna transakcja zależy więc w dużym stopniu od woli zawodnika. Według brazylijskiego portalu „Esporte Interativo” Neymar chciałby się przenieść do Paryża mając świadomość, że w Katalonii jeszcze długo będzie pozostawał w cieniu Argentyńczyka Leo Messiego. A poza tym w PSG gra pół reprezentacji Brazylii: od Thiago Silvy, po Daniego Alvesa, który przeniósł się tam tego lata z Juventusu Turyn.

Wiadomość poruszyła światowe media. Wiadomo, że już latem 2016 roku ojciec piłkarza i jego agent spotykał się z szefami PSG. Negocjacje wtedy upadły, Neymar przedłużył kontrakt z Barceloną i dostając gigantyczną podwyżkę. Zarabia teraz netto 25 mln za sezon, więcej od niego klub płaci tylko Messiemu.

Rewelacje z Brazylii wywołały duże poruszenie. Sprawą zajęły się media hiszpańskie, a także dziennik „L’Equipe”. Francuska gazeta cytuje wysoko postawioną osobę z Parc des Princes, która przekonuje, że do transferu nie dojdzie. - Klauzula jest zbyt wysoka. Trzeba być realistą - mówi anonimowo. Poza tym szefowie PSG z szejkiem Nasserem Al-Khelaifim są przekonani, iż Neymar Senior negocjował z nimi w ubiegłym roku tylko po to, by zaszantażować Barcelonę i wymóc na niej wyższe zarobki dla syna. Poczuli, że Neymarowie potraktowali ich niepoważnie.

W cieniu całej historii jest legendarna już rywalizacja Barca - PSG w 1/8 finału minionej edycji Ligi Mistrzów, gdy na dwie minuty przed końcem rewanżu Katalończycy potrzebowali do awansu trzech goli. Dwa zdobył Neymar, przy trzecim zaliczył asystę. Z pewnością 25-latek może uchodzić za kandydata na lidera każdej drużyny.

Zamieszanie wokół transferu Brazylijczyka uświadamia przy okazji, że rekordowe 105 mln euro, które poprzedniego lata zapłacił Manchester United za Paula Pogbę, nie jest żadną trwałą granicą. A przecież jeszcze na przełomie wieków, gdy Inter Mediolan zapłacił za napastnika Christiana Vieriego 50 mln dolarów, watykański dziennik „Osservatore Romano” nazwał tę kwotę „obrazą dla biednych”. Protestował także dekadę później, gdy wracający do Realu Madryt prezes Florentino Perez wydał w jednym oknie transferowym 260 mln euro sprowadzając do stolicy Hiszpanii między innymi Cristiano Ronaldo (94 mln), Kakę (65,8), Karima Benzemę (35) i Xabiego Alonso (35).

Za każdym razem wieszczono, że kiedyś ceny za piłkarzy spadną, że zadłużony po uszy futbol dopadnie kryzys. W wielką piłkę bawią się jednak coraz bogatsi ludzie: weszli do niej rosyjscy oligarchowie, milionerzy z USA, arabscy szejkowie, a ostatnio Chińczycy. I ceny graczy stale rosną, kilka dni temu Manchester United zapłacił 85 mln euro za belgijskiego napastnika Romelu Lukaku, który kiedyś nie przebił się w Chelsea, a w ostatnim sezonie Premier League zdobył 25 goli dla Evertonu. Dlatego kwota 222 mln za Neymara nie jest irracjonalna, to raczej PSG jest w tej rozgrywce petentem. - Jestem szczęśliwy w Barcelonie - ogłosił piłkarz. Czy to zamyka sprawę jego transferu?

Pod zarzutem korupcji, defraudacji i oszustw policja zatrzymała nieśmiertelnego szefa hiszpańskiej federacji piłkarskiej Angela Marię Villara, jego syna Gorkę oraz kilku innych wysokich działaczy futbolowych.

Villar jest szefem hiszpańskiego związku od 29 lat. W maju wygrał wybory po raz ósmy i jego kadencja ma się skończyć w 2021 roku. O tym, że traktuje federację jak prywatny folwark mówi się od lat, jego pozycja była jednak niepodważalna w kraju i za granicą. Jest długoletnim wiceprezesem FIFA, pełnił rolę szefa UEFA w czasach, gdy zawieszono Michela Platiniego. Trudno znaleźć w piłce działacza bardziej długowiecznego i lepiej ustosunkowanego, mimo licznych konfliktów z hiszpańskim ministerstwem sportu, rządził niepodzielnie tamtejszą piłką. Wiele wskazuje na to, że jego stylem działania była korupcja, oszustwa i defraudacje.

Syn Villara Gorka nie jest w żaden formalny sposób powiązany z federacją. Prawnik sportowy to właściciel firmy handlującej prawami telewizyjnymi. Ojciec korzystał z jego usług sprzedając prawa do pokazywania meczów reprezentacji Hiszpanii i jak twierdzą śledczy, obaj czerpali z tego nielegalne dochody. Villara oskarża się również o to, że tak długo utrzymywał się przy władzy w federacji, ponieważ opłacał swoich wyborców - szefów związków regionalnych. Na przykład wysyłał związkowe pieniądze na Teneryfę, gdzie futbolem rządził jego kolega, także we wtorek zatrzymamy przez policję.

Być może najbardziej bulwersujący zarzut dotyczy jednak 1,2 mln euro publicznych pieniędzy, które federacja hiszpańska dostała od ministerstwa sportu na działalność charytatywną w biednych krajach Afryki i Ameryki Łacińskiej. 462 tys Villar miał wydać na stworzenie szkół futbolowych w Libii, 219 tys na podobny projekt na Haiti, 254 tys na program doszkalania działaczy piłkarskich w Iberoameryce. Federacja była zobligowana zakończyć projekty do końca sierpnia 2011 roku.

Cztery miesiące później Villar przysłał do ministerstwa sportu pismo z zapewnieniem, że wszystko zostało wykonane zgodnie z planem. Wiadomo, że pieniądze z federacji znikły, ale gdzie trafiły? Żaden z wymienionych projektów nie został nawet rozpoczęty. Villar tłumaczył później, że jego podpis na dokumencie wysłanym z federacji do ministerstwa sfałszowano.

Niemal wszyscy w Hiszpanii mieli dość arogancji działaczy piłkarskich. Ich oszustwa były tajemnicą poliszynela. Jakiś czas temu zbankrutowała grupa Santa Monica, która była winna federacji 20 mln euro. To także budzi wątpliwości i jest przedmiotem śledztwa policji.

W Hiszpanii skandalami piłkarskimi zajmują się różne sądy. Trzy miesiące temu jednostka operacyjna policji założyła podsłuchy na telefony Villara, jego syna i kilkunastu działaczy piłkarskich. Według hiszpańskich mediów zebrała tak bogate dowody korupcji i malwersacji, że we wtorek sędzia sądu najwyższego wydał nakazy aresztowania 10 działaczy oraz przeszukania siedziby federacji, mieszkań zatrzymanych i firmy Gorki. Wszyscy będą wkrótce zeznawać. Akta sprawy liczą już ponad 2000 stron.

środa, 28 czerwca 2017

Hat-trick pomocnika Atletico zapewnił młodzieżówce Hiszpanii finał mistrzostw Europy w Krakowie. Saul Niguez największa gwiazda turnieju w Polsce był genetycznie skazany na futbol.

FC Niguez - żartują znajomi. W ich rodzinie tylko matka nie grała zawodowo w piłkę. Saul to najmłodszy syn „Tygrysa z Matoli” pseudonim „Boria” świetnego napastnika Elche, który w latach 80-tych dwa razy wprowadzał ten mały klub do Primera Division - elity hiszpańskiej piłki. Jony, Aaron i Saul urodzili się w Elche. Trzej synowie „Tygrysa” szybko rozpierzchli się po świecie. Rzecz jasna za piłką. Najstarszy Jony, który zaczynał w Valencii, miał najmniej talentu. Choć grał w rezerwach Realu Madryt, a potem w I lidze w Portugalii i Lidze Europy. Dziś kończy karierę w trzecioligowym hiszpańskim Alcoyano.

28-letni Aaron przebył drogę jeszcze bardziej krętą. Poza Hiszpanią grał w Iraklisie Saloniki i Glasgow Rangers. Bronił barw ukochanego przez ojca Elche, z tym klubem stoczył bratobójczy bój w Primera Division z najmłodszym Saulem, gdy ten grał w Rayo. Reprezentował Hiszpanię w drużynach od U17 do U21, ale do wielkiej kariery zabrakło ostatniego kroku.

Ten krok wykonał Saul - najmłodszy w futbolowym klanie. Jako 11-latek trafił do „La Fabrica” - szkółki Realu Madryt, ale zachował z tego okresu ponure wspomnienia. Opowiadał, że inni chłopcy kradli mu jedzenie, buty i donosili do trenera o rzeczach, których nigdy nie zrobił. Po dwóch latach miał tego po dziurki w nosie. Przeniósł się do Atletico. Dziś mówi, że to dla niego znacznie więcej niż klub. To sposób życia, gdzie dominują wartości takie jak pokora, pracowitość, poświęcenie i wspólnota.

Czasem te wartości prowadzą jednak do skrajnych efektów. Niedawno przed rewanżowym meczem z Realem w półfinale Ligi Mistrzów Saul na Twitterze zwrócił się do fanów Atletico z przesłaniem: „Wy zabilibyście dla nas, my umrzemy dla was”. W Hiszpanii wywołał wzburzenie. W 2014 roku w brutalnej bójce bojówek kibicowskich Atletico i Deportivo zginął człowiek.

Saul jest hardy. Na boisku i poza nim. Gdy odchodził z Realu, nie zwątpił w swój talent ani na chwilę. Potrafi okazywać niezadowolenie nawet tak charyzmatycznemu trenerowi jak Diego Simeone. Jest rzadkim połączeniem: wojownika z graczem o ponadprzeciętnym wyszkoleniu. Potrafi podjąć wojnę na boisku, a gdy trzeba zrobić różnicę dzięki swojej technice. Przekonał się o tym Robert Lewandowski i Bayern Monachium, w półfinale Ligi Mistrzów 2016 roku. W 11. minucie meczu na Vicente Calderon 21-latek minął czterech graczy z Bawarii i technicznym strzałem pokonał Manuela Neuera. Saul zdobył gola głową także w tegorocznym półfinale LM z Realem, co jednak nie starczyło Atletico do awansu.

- Zajdzie tam, gdzie będzie chciał - mówi Simeone. Gdzie to jest? - Nie stawiam sobie żadnych wygórowanych celów - odpowiada piłkarz. Ma oferty z Barcelony i Manchesteru United, choć klauzula wykupu w jego kontrakcie z Atletico wynosi aż 90 mln euro. W klubie z Vicente Calderon twierdzą, że Saul wkrótce dostanie podwyżkę i zostanie na lata jednym z liderów Atletico.

Prasa hiszpańska rozpływa się nad jego grą na turnieju w Polsce. Kiedy w półfinale z Włochami wbił pierwszego gola, „Marca” skomentowała to w relacji na żywo: „Znowu Saul, czyli w młodzieżówce bez zmian”. Potem pokonał Gianluigiego Donnarummę jeszcze dwa razy. W finale na Hiszpanów czekają Niemcy. - Dla mnie liczy się tylko złoto. Zasługujemy na nie - mówi najmłodszy Niguez.

Media hiszpańskie podkreślają, że Saul wygląda w Polsce jak spuszczony ze smyczy. W Rayo grał na stoperze, w Atletico bywa ustawiany jako defensywny pomocnik. Dopiero trener młodzieżówki Albert Celades wykorzystuje jego walory ofensywne. W jego cieniu znaleźli się wszyscy, także koledzy z kadry - czyli gwiazdy Realu (Marco Asensio) i Barcelony (Deulofeu, Denis Suarez). Saul panuje na boisku, a kiedy dochodzi do piłki pod polem karnym zmienia się w egzekutora. Jest liderem klasyfikacji strzelców Euro U21 z pięcioma golami. Potrzebował do tego zaledwie siedmiu celnych strzałów.

wtorek, 27 czerwca 2017

Gol w finale Ligi Mistrzów, a zaledwie dwa tygodnie później hat-trick na starcie młodzieżowych mistrzostw Europy w Polsce. Dziś w Krakowie wschodząca gwiazda Realu Madryt ma poprowadzić Hiszpanów do finału.

Legenda głosi, że to wielki Rafael Nadal poleciał Asensio do Realu. Dziesięciokrotny zwycięzca tenisowego turnieju Rolanda Garrosa urodził się na Majorce i do dziś mieszka w tamtejszym Manacor, 54 km od stolicy największej wyspy Balearów. Właśnie w Palma urodził się Asensio Willemsen (10 lat po Rafaelu) w rodzinie baskijsko-holenderskiej. Zwariowani na punkcie piłki rodzice dali mu imię Marco, na cześć sławnego rodaka matki Van Bastena. Ojciec chłopca Gilberto jest Baskiem, sam grał w juniorach w rodzinnym Barakaldo. Marzył, że jego syn założy kiedyś koszulkę Athletic Bilbao. Kiedy Gilberto Asensio zabierał synów w podróż do kraju Basków, zawsze odwiedzali Lezamę - ośrodek treningowy Athletic, przy czym pozwalał Marco paradować w ulubionej koszulce Realu Madryt.

Gdy okazało się, że syn ma smykałkę do piłki, ojciec polecił go do swojej ukochanej drużyny, ale ówczesne władze klubu z Bilbao odrzuciły prośbę stwierdzając, że Marco nie jest Baskiem w takim stopniu jak wymagają wewnętrzne przepisy Athletic. Wyśmiewał to niedawno Javier Clemente, były selekcjoner reprezentacji Hiszpanii, także Bask z Barakaldo.

Odrzucony w Bilbao Marco kontynuował karierę na Balearach w sekcjach RCD Mallorki. Tam dostrzegli go skauci obu hiszpańskich gigantów Realu i Barcelony. Ale historia futbolowego wzlotu Marco nie jest bezbolesna. Gdy dorastał cierpiał na chroniczne bóle kolan i pięt. Były tak ostre, że kończył treningi z opuchniętymi nogami, a ojciec musiał wnosić go po schodach na barana. Lekarze mówili, że ból minie z wiekiem, ale że póki co jest trudny do zniesienia nawet dla dorosłego. Marco płakał, cierpiał, ale piłki rzucić nie chciał.

W sierpniu 2006 roku na Majorce pojawił się prezes Realu Florentino Perez (był wtedy 6 miesięcy po dymisji w pierwszej kadencji). Chłopcy zaczepiali go na ulicy prosząc o wspólne zdjęcie. Marco był wtedy z ojcem, który powiedział Perezowi. - To jest mój syn, który zagra kiedyś w Realu. Legenda głosi, że to matka Marco powiedziała do Pereza: - Niech pan zapamięta twarz tego chłopca, bo kiedyś zapłaci pan za niego miliony.

Sama tego nie doczekała. Zmarła na raka, gdy Marco miał 15 lat. Dedykował jej swojego pierwszego gola dla Realu, w Superpucharze Europy z Sevillą 10 miesięcy temu. Przed spotkaniem w norweskim Trondheim zawołał go do siebie Zinedine Zidane. Marco wrócił właśnie z wypożyczenia z Espanyolu i myślał, że trener Zizou chce mu powiedzieć, iż zostanie wypożyczony na kolejny sezon. Ale Francuz zakomunikował, że wychodzi w podstawowej jedenastce. W 21. min Real prowadził po wspaniałym golu 20-letniego debiutanta.

W 2006 roku, gdy Marco robił sobie zdjęcie z Perezem umiał już wykonać ruletkę a la Zidane. Nie mógł jednak przypuszczać, że wielki Francuz będzie kiedyś trenerem, który da mu szansę zagrać w finale Ligi Mistrzów. 3 czerwca w Cardiff Asensio pojawił się na boisku w 82. min. Real prowadził już z Juventusem 3:1. Marco ustalił wynik.

Zaledwie dwa tygodnie później zdobył hat-tricka na inaugurację Euro U21 w Polsce w meczu z Macedonią. Dziś w Krakowie w półfinale Hiszpanie mierzą się z Włochami. To mecz dwóch najbardziej utytułowanych nacji w tej kategorii wiekowej: Hiszpanie byli mistrzami Europy do lat 21 trzykrotnie, Włosi aż cztery razy, co jest rekordem. W Tychach w drugim półfinale zagrają Anglicy z Niemcami.

Faworytem do złota są młodzi Hiszpanie. Ich drużyna wyceniana jest przez branżowy portal transfermarkt na 264,5 mln euro. To więcej niż dorosła reprezentacja Polski (233 mln). Obok Asensio u trenera Alberta Celadesa grają Saul (Atletico), Bellerin (Arsenal), Iniaki Williams (Athletic), Deulofeu i Denis Suarez (Barcelona). Twarzą reprezentacji Włoch jest genialnie uzdolniony bramkarz Milanu Gianluigi Donnarumma.

A jak było naprawdę z Nadalem i Asensio? W 2014 roku prezes Realu poprosił sławnego tenisistę, by zaklepał transakcję za 3,9 mln euro. Kłopot polegał na tym, że wujek Rafaela - Miguel Angel Nadal, który był wtedy dyrektorem sportowym Mallorki, robił karierę jako piłkarz Barcelony. Dał się jednak przekonać bratankowi.

Tagi: real
17:08, wod
Link Komentarze (1) »
piątek, 23 czerwca 2017

Czy afera podatkowa w hiszpańskiej piłce zagraża wycenianemu na ponad miliard dolarów imperium superagenta Jorge Mendesa? Oskarżonych jest siedmiu jego klientów od Cristiano Ronaldo po Jose Mourinho.

- On chce być Gordonem Gekko futbolu - mówi legendarny prezes hiszpańskiego klubu Deportivo la Coruna Augusto Cesar Lendoiro. Gekko to bohater głośnego filmu Olivera Stone’a z 2010 roku „Wall Street: Pieniądze nigdy nie śpią”. Grany przez Michaela Douglasa Gekko przekonuje, że chciwość jest dobra, powszechna, naturalna i zgodna z normami. Były król Wall Street odsiedział jednak 8 lat więzienia za oszustwa finansowe.

Lendoiro nie chciał przez to powiedzieć, że największy agent w świecie piłki Jorge Mendes podzieli los filmowego Gekko. Poznali się ponad dwie dekady temu, kiedy 30-letni Mendes sprowadzał do La Corunii portugalskiego trenera Nuno. To była jego pierwsza transakcja.

Lendoiro obserwował jak przez 20 lat portugalski agent tworzył swoje imperium - firmę GestiFute. Kontrakty jej klientów wyceniane są przez Forbesa na ponad miliard dolarów.

Mendes był słabym piłkarzem, odrzucanym przez kolejne portugalskie kluby. W biznesie zaczynał od handlu wideo, był DJ i kelnerem. Okazał się niewiarygodnie rzutki jako agent. Świat futbolu wziął szturmem. W latach 2010-2016 wygrał sześć kolejnych konkursów organizowanych przez Globe Soccer na najlepszego piłkarskiego agenta na świecie. Lendoiro wspomina ich wspólne kolacje, a które agent Mendes przychodził uzbrojony w sześć telefonów komórkowych. Dzwoniły niemal bez przerwy. Agent potrafił rozmawiać przez trzy jednocześnie.

Dziś trudno określić jego rolę w futbolu. Na pewno nie wystarczył mu handel piłkarzami, choć to on sprzedał Cristiano Ronaldo do Realu Madryt. Tak się zaprzyjaźnili, że Mendes został ojcem chrzestnym Ronaldo Juniora. W sumie dokonał 400 transferów we wszystkich możliwych rejonach świata. Według Lendoiro nikt nie ma lepszych kontaktów nie tylko w Portugalii, Hiszpanii, Francji, czy Anglii, ale też w Rosji, Chinach, Singapurze i Zatoce Perskiej.

W 2016 roku Mendes sprzedał część GestiFute chińskiemu magnatowi Guo Guanchangowi właścicielowi gigantycznej firmy Foson. A potem pośredniczył w transakcji, w której Foson kupił angielski klub Wolverchampton i wydał 36 mln funtów na 28 nowych piłkarzy. Większość pochodziła ze stajni Mendesa. Identycznie było z Monaco i Valencią. Mendes pilotował zakup hiszpańskiego klubu przez singapurskiego magnata Petera Lima, by potem umieszczać w niej swoich graczy i trenera Nuno, tego samego, którego dwie dekady wcześniej przywiózł do La Corunii.

Mendes zbudował sobie opinię najbardziej wpływowego człowieka w świecie futbolu. Może wszystko? Oto jest pytanie. 27 czerwca został wezwany do Hiszpanii. Ma zeznawać w sprawie napastnika Monaco Radamela Falcao, jednego ze swoich klientów, którego madrycki urząd skarbowy oskarża o ukrycie 5,6 mln euro wpływów z tytułu praw do wizerunku, gdy grał w Atletico. Śledztwo wykazało, że Mendes mógł brać w tym udział. Poza tym oskarżonych o takie samo przestępstwo jest jeszcze sześciu jego klientów: Jose Mourinho (3,3 mln euro), Ronaldo (14,7 mln), Angel di Maria (1,3), Pepe (3,7), Fabio Coentrao (1,29) i Ricardo Carvalho. Zbieg okoliczności? Przecież agent prowadzi sprawy ponad 200 piłkarzy. Mendes twierdzi, że dokonuje transferów, bierze za to prowizje i nie zajmuje się niczym więcej.

Tyle, że śledztwo w sprawie Mourinho i Ronaldo wykazało, iż w sprawę ukrywania ich dochodów z tytułu praw do wizerunku zamieszana była firma Polaris Sports z siedzibą w Irlandii, której szefuje siostrzeniec Mendesa, a on sam posiada 60 proc akcji. Ta właśnie firma odsprzedała dalej prawa do wizerunku Ronaldo i Mourinho. Policja fiskalna w Madrycie podejrzewa, że to właśnie superagent brał udział w celowym ukrywaniu przychodów z praw wizerunkowych Falcao.

Mendes i GestiFute wszystkiemu zaprzeczają.

czwartek, 22 czerwca 2017

Bez trudu wygraliby mundial. Leo Messi i Cristiano Ronaldo to tylko dwa największe nazwiska w drużynie piłkarzy, których ściga skarbówka.

Jeśli CR7 trzymał kciuki za Messiego to najwyżej raz w życiu. 24 maja Sąd Najwyższy w Hiszpanii odrzucił apelację Argentyńczyka od wyroku sądu w Barcelonie. Ten skazał gwiazdę Barcy na 21 miesięcy więzienia za przestępstwa skarbowe. Piłkarz tłumaczył, że on jest od kopania piłki, na podatkach się nie zna, całą sferę finansów powierzył ojcu Jorge, a ten wziął winę na siebie. Mimo wszystko Sąd Najwyższy złagodził karę dla ojca do 15 miesięcy, piłkarzowi ją utrzymał. Messi nie trafi za kratki tylko dlatego, że wyrok nie przekracza dwóch lat, a on nigdy wcześniej nie był karany - takie jest prawo w Hiszpanii.

Minęło ledwie kilka tygodni i prokuratura w Madrycie o przestępstwa podatkowe oskarżyła Ronaldo - najlepiej zarabiającego sportowca na świecie według rankingu Forbesa za rok 2016. O ile Messi ukrył 4,16 mln euro z tytułu praw do swojego wizerunku, o tyle, zdaniem madryckiej prokuratury, Ronaldo aż o 10 mln euro więcej. Prowadzący sprawę powołali się na przypadek Messiego, twierdząc, że tak Argentyńczyk, jak Portugalczyk oszukali urząd skarbowy świadomie i z premedytacją. Przekazali prawa do swojego wizerunku do fikcyjnych firm w rajach podatkowych, by w ten sposób „oszczędzić” miliony.

Wielka afera „Panama Papers” pokazała, że ten sam trick finansowy stosują politycy, artyści, celebryci i wszelkiej maści milionerzy z całego świata. Śledztwo dotyczyło 214 tysięcy firm i przedsiębiorstw. Nietrudno wyobrazić sobie, że tę osobliwą metodę „oszczędzania” opracowała grupa sprytnych doradców podatkowych. Taką linię obrony przyjął inny piłkarz Barcelony Javier Mascherano także skazany w procesie skarbowym. Sąd udowodnił, że ukrył 1,5 mln euro dochodów. Mascherano zeznał, że wynajął firmę do rozliczania podatków, i ona załatwiała wszystko za niego. Sąd odrzucił tłumaczenia, tak samo jak w przypadku Messiego. Argentyńczyk dostał 12 miesięcy więzienia i zapłacił 800 tys euro kary. Też nie poszedł za kratki, gra nadal na Camp Nou.

Co będzie z Ronaldo? Portugalczyk czuje się niewinny. Tak jak Messi i Mascherano. CR7 uznał wręcz, że postępowanie prokuratury w Madrycie to dowód, iż jest w Hiszpanii prześladowany. Ale media podają, że prewencyjnie zapłaci 14,8 mln euro, bo gdyby poszedł w zaparte i przegrał proces, wyrok byłby wyższy i groziłoby mu więzienie. Kolegom z kadry Porugalii powiedział ponoć, że nie wróci już do Hiszpanii i więcej w Realu nie zagra.

Półboski status Ronaldo na Santiago Bernabeu sprawił, że w królewskim klubie wybuchła panika. Przecież zaledwie kilka miesięcy temu CR7 przedłużył kontrakt do 2021 roku. Jest ikoną Realu, żywą legendą. W ostatnich czterech latach trzy razy wygrał Ligę Mistrzów. Ale wzburzony Ronaldo uważa ponoć, że klub nie popiera go w walce z fiskusem, toteż sam prezes Florentino Pereza (jeden z najbogatszych Hiszpanów) ogłosił niedawno, iż ręczy za niewinność gwiazdy. W Barcelonie poparcie dla Messiego otarło się wręcz o absurd. Podczas procesu Argentyńczyka media prowadziły akcje wspierające oskarżonego piłkarza, a tysiące kibiców nosiły koszulki z napisem: „Wszyscy jesteśmy Messim”. Wyglądało to tak, jakby wszyscy Katalończycy oszukiwali na podatkach. A przynajmniej kwestionowali wyroki swojego sądu.

Co zdecyduje Ronaldo i jak potoczy się jego sprawa? Nie wiadomo. Media pełne są spekulacji dotyczących nowych miejsc pracy Portugalczyka. Wiadomo, że nie jest jednak odosobniony na czarnej liście urzędów skarbowych.  Chilijczyk Alexis Sanchez, dziś gracz Arsenalu ukrył milion euro z tytułu praw do wizerunku w latach 2012 i 2013, gdy grał w Barcelonie. Przyznał się do tego i pieniądze zwrócił. Nie wiadomo co zrobi prokuratura, Messi też współpracował z urzędem skarbowym, ale do sądu na ławę oskarżonych i tak trafił. W tym samym czasie co Sanchez w Barcelonie, Argentyńczyk Angel di Maria, dziś piłkarz PSG, oszukał ponoć hiszpańskiego fiskusa na 2 mln euro. Biegał wtedy w koszulce Realu. Według publikacji medialnych doszedł do porozumienia z urzędem skarbowym, zgodził się zwrócić dług, zapłacić grzywnę i przyjąć niski wyrok więzienia, podobny do tego, który dostał Mascherano.

Radamela Falcao, dziś napastnika Monaco hiszpański fiskus ściga za kwotę 5,6 mln euro. Ukrył ją w latach 2012 i 2013, gdy grał w Atletico Madryt. Na liście oskarżanych są też Pepe i Fabio Coentrao (Real), Adriano (Barcelona), ale też byli gwiazdorzy jak Ricardo Carvalho, Samuel Eto’o, a nawet Predrag Mijatovic, który nie zapłacił 180 tys euro podatków od transakcji, jakie przeprowadzał w 2011 roku jako agent piłkarzy.

Oddzielnym przypadkiem jest Neymar. Kiedyś prokuratura w Brazylii zablokowała rodzinne konta Neymarów (ojciec jest agentem syna tak jak u Messich). Problemy Neymarów biorą się z kuriozalnie skonstruowanej umowy z Barceloną, w której kwota transferu została znacząco zaniżona. Oszukany czuł się Santos, a także firma DIS, która posiadała 40 proc praw do piłkarza, gdy grał w lidze brazylijskiej. Barcelona zgodziła się zapłacić skarbówce zaległości i kary, wciąż toczy się jednak proces w sądzie, gdzie DIS żąda gigantycznego odszkodowania. W ostatnich latach hiszpański urząd skarbowy prowadził także postępowania wobec Ikera Casillasa, Gerarda Pique, Andresa Iniesty, Davida Villi, Filipe Luisa i Diego Costy, ale póki co nic oficjalnego w ich sprawach nie wiadomo.

Były pomocnik Realu Xabi Alonso, który właśnie zakończył karierę w Bayernie Monachium, też został oskarżony przez skarbówkę. Przyjął jednak karę 800 tys euro i roku więzienia.

We wtorek hiszpańska skarbówka ogłosiła, że zajmuje się sprawą Jose Mourinho, który w latach gdy był trenerem Realu zdefraudował ponoć 3,3 mln euro. A więc „drużyna skarbowa”, która bez trudu wywalczyłaby tytuł mistrza świata, mogłaby mieć też szkoleniowca z najwyższej półki.

piątek, 16 czerwca 2017

Portugalski dziennik „A Bola” wywołał sensację publikując na swojej okładce informację, że Cristiano Ronaldo jest tak wzburzony oskarżeniami o przestępstwa podatkowe, iż ma zamiar natychmiast opuścić Hiszpanię.

We wtorek prokuratura w Madrycie oskarżyła Portugalczyka o to, że oszukał hiszpański urząd skarbowy na kwotę 14,76 mln euro. Piłkarz Realu Madryt miał ukryć dochody z tytułu praw do swojego wizerunku w latach 2011-2014. Już przed transferem na Santiago Bernabeu latem 2009 roku Ronaldo utworzył ponoć fikcyjną firmę w raju podatkowym, czyli na Brytyjskich Wyspach Dziewiczych cedując na nią prawa do swojego wizerunku, „po to, by uzyskać nielegalną oszczędność na podatkach, w okresie, gdy zamieszka w Hiszpanii” - tłumaczył prokurator. Prokuratura jest pewna, że działanie piłkarza, było celowe, zaplanowane i świadome. W związku z tym oraz wysoką kwotą oszustwa zostało zakwalifikowane jako przestępstwo podatkowe, za które w Hiszpanii grozi od roku do pięciu lat więzienia.

Ronaldo odpowiedział na to zamieszczając na Instagramie swoje zdjęcie, na którym pojawia się w ciemnych okularach trzymając palec na ustach. „Czasem najlepszą odpowiedzią jest milczenie” - napisał. Dodał, że oczywiście czuje się niewinny, a wszystkie swoje obowiązki wobec hiszpańskiego fiskusa zawsze spełniał. W 24 godziny wpis otrzymał 3,5 mln polubień.

Ci z fanów, którzy w piątek dowiedzieli się z „A Bola” o wzburzeniu gwiazdora, proszą go, by nie opuszczał Realu Madryt. Miniony sezon był jednym z najlepszych w karierze Portugalczyka. „Królewscy” odebrali Barcelonie tytuł mistrza Hiszpanii i obronili trofeum w Lidze Mistrzów. CR7 znów został królem strzelców najważniejszych europejskich rozgrywek, w finale z Juventusem zdobył dwie bramki. Jest niemal pewien, że na koniec roku odbierze piąty raz w karierze Złotą Piłkę. I w ten sposób dorówna Leo Messiemu z Barcelony.

Być może jednak okaże się, że dorówna Argentyńczykowi także pod innym względem. Znacznie mniej chlubnym. Rok temu Messi za przestępstwa skarbowe (również cedował prawa do wizerunku na fikcyjne firmy w rajach podatkowych) został skazany przez sąd w Barcelonie na grzywnę i karę 21 miesięcy więzienia. Argentyńczyk też czuł się niewinny, odwołał się do Sądu Najwyższego w Hiszpanii, który 24 maja zatwierdził wyrok. Messi nie został jednak aresztowany, w Hiszpanii osoby niekarane nie idą do więzienia jeśli wyrok za przestępstwa finansowe nie przekracza dwóch lat. Podobne zarzuty hiszpańska prokuratura stawia zresztą wielu piłkarzom, przed Messim skazany został też inny argentyński piłkarz Barcelony Javier Mascherano.

W piątek na okładce portugalskiego dziennika sportowego „A Bola” ukazała się informacja, że Ronaldo jest tak oburzony oskarżeniami, iż chce opuścić Hiszpanię. Ponoć poinformował o tym prezesa Florentino Pereza. Temat natychmiast podjęły media hiszpańskie. W radiu „Marca” wystąpił znany dziennikarz telewizji portugalskiej uważany za jednego z najlepiej poinformowanych w sprawach gwiazdora. Nuno Luz powiedział, że Ronaldo jest wściekły na Real Madryt, że nie stanął w jego obronie. Tymczasem klub wydał w tej sprawie specjalny komunikat pisząc m in: „Jesteśmy przekonani, że Ronaldo jest niewinny i podczas procesu udowodni, że wszystkie podatki płacił zgodnie z prawem”. Piłkarz uważa jednak, że płacił podatki tak, jak zlecono mu w klubie z Madrytu.

Część mediów w Hiszpanii pisze o powszechnym procederze: piłkarze oszukują na podatkach od lat, a prokuratura i urząd skarbowy chce z tym w końcu zrobić porządek. Ronaldo czuje, że został kozłem ofiarnym ze względu na wielkie nazwisko, ale właśnie to samo uważał Messi.

Hałas potęgują spekulacje, gdzie 32-letni Ronaldo zagra, gdy rzeczywiście spełnił swoją groźbę i miał latem zmienić klub. Jego klauzula wykupu w kontrakcie z Realem wynosi aż miliard euro. Madrycki dziennik „Marca” podaje, że szefowie Realu skłonni są usiąść do negocjacji, jeśli znajdzie się klub gotowy zapłacić za Portugalczyka około 200 mln euro. A przecież w ubiegłym tygodniu portugalska „A Bola” informowała, że Manchester United, PSG i Monaco chcą złożyć „Królewskim” ofertę na 180 mln euro. Do tego musiałaby dojść ogromna gaża dla piłkarza, co sprawiłoby, że transakcja otarłaby się o 400 mln! Póki co są to jednak głównie domysły, i niepotwierdzone doniesienia mediów.

Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac