blog Darka Wołowskiego
RSS
piątek, 05 października 2018

Jako nowy kapitan obiecał powrót Katalończyków na europejski tron. I zabrał się do dzieła zdobywając pięć goli w dwóch meczach Ligi Mistrzów.

Z 32 drużyn biorących udział w rozgrywkach tylko Paris Saint Germain zdobył więcej bramek niż Leo Messi. Czym był jednak hat-trick Neymara przeciw Crvenej Zveździe Belgrad, wobec spektaklu wystawionego przez Argentyńczyka w świątyni piłki. Messi wziął Wembley szturmem, tak jak 8 lat wcześniej, gdy w finale Barcelona pobiła wielki wtedy Manchester United. Stoper Rio Ferdinand odczuł talent Argentyńczyka na własnej skórze, dziś już jako komentator zapewnia, że z pośród milionów ludzi wychodzących grać w piłkę na pięciu kontynentach, Leo wciąż jest jedyny, niepowtarzalny, najlepszy.

„Dwa spektakle olśniły Wembley. Jeden stworzyła Barcelona, drugi Leo Messi, który grał tak jak nikt inny nie potrafi” - ocenił The Telegraph. The Independent dodał, że to była wielka frajda oglądać Messiego, choćby piłkarze Tottenhamu myśleli inaczej. „Zapomnijcie o Football Association i Shahidzie Khanie, który chciał kupić stadion, jedynym właścicielem Wembley jest Messi” - napisał Times Sport dodając, że jeszcze raz angielska drużyna dostała od Argentyńczyka mistrzowską lekcję we wszystkich aspektach gry. „Obok Pelego i Maradony jest w trójce graczy wszech czasów” - podsumował.

Hiszpański „El Pais” relacjonował, że Barcelona osnuła swoją grę wokół gigantycznej figury Messiego. Nie minęły dwie minuty, gdy fenomenalne podanie Argentyńczyka otworzyło Philippe Coutinho drogę do zdobycia pierwszej bramki. Także przy golu Ivana Rakitica Messi miał znaczący udział. Kolejne dwie bramki zdobył sam, gdy Tottenham dwa razy strzelał kontaktowe gole. Po dwóch innych strzałach Argentyńczyka piłka trafiła w słupek.

Messi był wszędzie: rozgrywał, kierował, bronił, dawał sygnał do wysokiego pressingu. Po meczu wygranym 4:2 wyglądał na wykończonego. Jakby to był finał, a nie spotkanie w grupie. Przebiegł ponad 8 km, niewiele jak na zawodowe standardy, ale wyjątkowo dużo jak na siebie.

Czuje się, że po odejściu Andresa Iniesty rola kapitana Barcelony motywuje Messiego. Jakby jeszcze raz chciał się odegrać za niepowodzenia w reprezentacji Argentyny. Zawiesił w niej grę, by oszczędzić sobie podróży za Atlantyk. Wszystkie siły chce oddać klubowi i jego kibicom, który w ostatnich trzech latach w Lidze Mistrzów nieprzerwanie oglądali dominację Realu Madryt.

Lewy obrońca Jordi Alba miał w meczu z Tottenhamem trzy asysty. Opowiadał, że gdy Leo daje sygnał drużynie walcząc o piłkę, wszyscy zagryzając zęby biegają razem z nim. - On sprawia, że każdy z nas staje się lepszym piłkarzem  - mówił.

Dla Barcelony wygrana nad Tottenhamem jest zastrzykiem adrenaliny po trzech słabiutkich meczach w lidze hiszpańskiej. Z Gironą, Leganes i Athletic Bilbao obrońca tytułu zdobył ledwie dwa punkty, a drużyna notorycznie nie dorastała do poziomu swojego lidera. W Lidze Mistrzów dotknięta ręką geniusza zagrała jak za najlepszych czasów. W miejscu, gdzie 26 lat temu nieżyjący już Johan Cruyff zdobył dla niej pierwszy Puchar Europy. Kolejne cztery wiąże osoba Messiego. Giganta przysłaniającego w klubie wszystko, nawet to, że środkowy napastnik Luis Suarez od ponad sześciu godzin nie zdobył bramki.

- Liga Mistrzów jest jak wisienka na torcie - mówił Argentyńczyk. - Żeby ją zdobyć musimy być w formie, dobrze grać w lidze hiszpańskiej. Nie da się grać źle na co dzień, a potem od święta dokonywać cudów w Europie.

Potwierdza to przykład Bayernu Monachium, którego akcje na kontynencie spadają z roku na rok. Kiedy Robert Lewandowski ogłosił, że Bawarczycy przestają dotrzymywać kroku czołówce na rynku transferowym, co się odbija na klasie drużyny, wywołał oburzenie prezesów i kibiców. Czas zaczyna przyznawać rację Polakowi, bawarski walec przestaje straszyć rywali. W środę przeciętny w europejskiej hierarchii Ajax Amsterdam wywiózł remis z Allianz Arena, stadionu, który niedawno był bastionem Bayernu.

środa, 03 października 2018

5 godzin i 17 minut bez gola. Powód dla którego Realu Madryt poległ w Moskwie, a w trzech ostatnich meczach uciułał punkt, ma konkretne imię i nazwisko. Cristiano Ronaldo. Ale to odpowiedź zbyt prosta.

„Najbardziej dobitnym dowodem kryzysu, jest brak rozwiązań” - napisał jeden z komentatorów dziennika „El Pais” po konferencji prasowej Julena Lopeteguiego na stadionie Łużniki w Moskwie. Trener Realu Madryt odpowiedział na ledwie cztery pytania, z uporem maniaka powtarzając, że jego drużynę prześladuje jakiś niewytłumaczalny pech pod bramką. To prawda, że w starciu z CSKA Moskwa napastnicy Realu obijali słupek cztery razy, ale przez 88 minut nie potrafili doprowadzić do wyrównania.

Nieszczęście obrońcy Pucharu Europy zaczęło się po zaledwie kilkudziesięciu sekundach, gdy dokładny jak chronometr Toni Kroos zrobił coś, co mu się właściwie nie zdarza. Kopnął piłkę do bramkarza Jesusa Navasa, ale tak koślawo, że wyszła z tego asysta przy golu Nikoli Vlasica. A potem Asensio, Benzema, Lucas Vazquez i Mariano dali popis nieudolności pod rosyjską bramką. A przecież Igor Akinfiejew, który skończył mecz z czerwoną kartką za opóźnianie gry, a potem protesty, słynął z tego, że w 45 z 46 ostatnich pojedynków w Lidze Mistrzów puścił przynajmniej jedną bramkę.

Hiszpanie mówią na to „susza”. Taka susza, czyli mała liczba goli zdobytych na starcie sezonu nie zdarzyła się Realowi od 12 lat. Wytłumaczenie jest banalnie proste? „Syndrom Ronaldo” - to stwierdzenie pada w pierwszym zdaniu relacji największego dziennika w Hiszpanii. „Marca” przypomina, że Asensio, Gareth Bale i Karim Benzema zdobyli w ubiegłym sezonie 44 gole, tyle samo co jeden CR7. Ale to wszyscy wiedzieli od miesięcy, gdy 33-letni Portugalczyk przenosił się do Turynu, po tym jak w 9 lat w Madrycie zdobył 450 bramek. I na Santiago Bernabeu nie doczekał statusu ikony takiej jak Alfredo di Stefano.

Prezes Realu Florentino Perez uważał, że zrobił świetny interes oddając 33-latka Juventusowi za 100 mln euro. Na rynku transferowym nie szalał, licząc, że miejsce po Ronaldo zajmą gracze tak świetnie rokujący jak Isco i Asensio, a także Lucas Vasquez, czy odzyskany z Lyonu Mariano. Większa odpowiedzialność miała spaść na Benzemę i Bale’a, obaj zaczęli sezon obiecująco, Walijczyk osiągnął nawet życiową formę i skuteczność. Jeszcze dwa tygodnie temu, gdy Real rozbijał Romę 3:0 na inaugurację Ligi Mistrzów, Bale mówił, że bez Ronaldo czuje się na boisku swobodniej. - Gramy bardziej zespołowo, kombinacyjnie, CR7 miał ogromne atuty, ale zmuszał nas do kontrataków, żeby mógł wykorzystywać swoją szybkość - opowiadał kapitan Sergio Ramos.

Łatwo się interpretuje zwycięstwa, zwłaszcza, że Roma to nie byle jaki zespół, ale półfinalista poprzedniej edycji Ligi Mistrzów i sensacyjny pogromca Barcelony.

Być może po efektownej wygranej nad rzymianami gracze Realu poczuli się zbyt pewnie, a Lopetegui uznał, że zastąpienie Zinedine’a Zidane’a to nie jest misja niemożliwa. Luka Modric odebrał nagrodę FIFA na gracza roku detronizując Ronaldo. W klubie zapanował spokój i samozadowolenie. Na dorocznym spotkaniu z akcjonariuszami klubu, Perez mniej mówił o drużynie, więcej o kredycie 575 mln euro na modernizację stadionu.

Po wygraniu ostatnich trzech edycji Ligi Mistrzów, po czterech zwycięstwach w ostatnich pięciu latach, w królewskim klubie wszyscy czują się syci. Piłkarze także. Przed wyprawą do Moskwy na mecz z CSKA Modrica i francuskiego stopera Raphaela Varane’a pytano raczej o wrażenia z powrotu na Łużniki, gdzie grali niedawno finał mistrzostw świata. Lopetegui zostawił w Madrycie Bale’a, choć Walijczykowi nic nie dolega. Uznał, że powinien odpocząć przed ważniejszymi meczami. A przecież Real miał się w Moskwie przełamać, po ligowej klęsce w Sewilli 0:3 i bezbrakowym remisie w derbach Madrytu na Santiago Bernabeu.

W ostatnich dwóch latach Real głównie sprzedawał piłkarzy i ławka jest dziś krótsza. Kontuzjowani są Ramos, Marcelo, w Moskwie urazu doznał Dani Carvajal, a więc poza Varanem królewska defensywa rozleciała się w drobny mak. Modric pojawił się na boisku w 57. min. Obrońca trofeum zagrał z CSKA mocno osłabiony.

W całym tym nieszczęściu Real jednak ma sporo szczęścia. Kryzys Barcelony sprawia, że w lidze Królewscy są na drugiej pozycji w tabeli ustępując broniącym tytułu Katalończykom tylko różnicą bramek. Gdyby zespół Leo Messiego grał tak jak rok temu, piłkarze Realu oglądaliby jego plecy z dystansu 7 pkt i właściwie o tytule powoli by zapominali. To samo w Lidze Mistrzów. Królewscy grają teraz dwa mecze z Viktorią Pilzno, rewanż z CSKA mają u siebie, a zdobycie 12 pkt właściwie gwarantuje awans. W poprzednich sezonach Real w fazie grupowej też się męczył, by wiosną bić wszystkich.

Warunek, by i tym razem zachować na to szansę jest jeden. Lopetegui musi przestać zasłaniać się pechem, ale znaleźć realne rozwiązanie problemów drużyny.

Barcelona przyjechała na Wembley by przełamać pierwszy kryzys w sezonie. A przecież z rywalem tak mocnym jak Tottenham jeszcze się nie spotkała.

To ma być nostalgiczny, wręcz gorzki uścisk dłoni. Mauricio Pochettino, dziś trener Tottenhamu był kapitanem Espanyolu, gdy 12 lat temu klub z Barcelony zatrudnił Ernesto Valverde. Valverde czuł, że wpływ Pochettino na pogrążony w kryzysie zespół jest zbyt wielki, więc odsunął go od składu. Argentyńczyk zakończył karierę, wyniki przyznały rację trenerowi, który poprowadził Espanyol do finału Pucharu UEFA przegranego z Sevillą po rzutach karnych.

Pochettino wspominał o tamtych trudnych chwilach w swojej biografii. Dziś jako trenerzy staną naprzeciw siebie drugi raz, kiedyś w lidze hiszpańskiej ich drużyny Villarreal i Espanyol zremisowały bez goli. Pochettino wyrastał już na szkoleniowca wysokiej klasy. W Espanyolu zaczął pracę w sekcji kobiecej, przez pracę z młodzieżą, by jako 37-latek poprowadzić pierwszą drużynę. Niedawno prasa hiszpańska widziała w nim kandydata numer 1 do posady w Realu Madryt opuszczonej przez Zinedine’a Zidane’a, ale prezes Tottenhamu nie chciał o tym słyszeć.

Przed dzisiejszym meczem z Barceloną w Lidze Mistrzów Pochettino nie chciał mówić o Realu, Valverde, ani o sobie. W angielskich mediach królował temat jego rodaka, który pierwsze kroki stawiał tak jak on w klubie Newell’s Old Boys z Rosario. Pochettino nie pamiętał nawet, że w październiku 2004 roku grał w debiucie 17-letniego Leo Messiego w Barcelonie, za to wspomina jak kilka miesięcy później jego rodak był o włos od przejścia do Espanyolu. Gdyby do tego doszło historia futbolu potoczyłaby się inaczej. Bo trener Tottenhamu nie ma wątpliwości, że Messi jest jednym z tych, którzy nią kierują.

- Nie ma sposobu, żeby go powstrzymać - powiedział swoim piłkarzom. - Wyjdźcie na boisko i cieszcie się, by kiedyś powiedzieć dzieciom i wnukom „grałem przeciw Messiemu”. Obrońca Danny Rose wyznał: - Trener nie chce, byśmy się bali Messiego. I dodał, że gdyby nie grał, przyszedłby na mecz popatrzeć na Argentyńczyka. - Bo to mój ulubiony piłkarz.

Rzecz jasna nie tylko w Tottenhamie debatują o Messim. W ostatnim meczu ligowym Barcelony Valverde pokazał jasno jakie są preferencje w klubie z Katalonii. W trudnym pojedynku z Athletic Bilbao posadził kapitana na ławce, by odpoczął przed starciem w Lidze Mistrzów. Bo to odzyskanie Pucharu Europy jest celem numer 1. I dopiero, gdy Barca przegrywała z Baskami 0:1, wpuścił do gry Messiego i Sergio Busquetsa. Argentyńczyk wypracował wyrównującą bramkę. Wynik 1:1 wpisuje się w serię słabych meczów Barcelony, która z Gironą, Leganes i Athletic uciułała ledwie dwa punkty. Starcie z Baskami jeszcze raz pokazało skalę uzależnienia drużyny od Messiego. Wściekał się na to Luis Suarez, który rzucił: - Do diabła, mamy przecież wielu świetnych piłkarzy. Nie może być tak, że Leo zawsze musi być na boisku, żebyśmy grali na poziomie.

Busquets ma na to inne spojrzenie. Przyznaje, że pierwsze co robi gdy dostaje piłkę, to patrzy na kapitana. - Nie chodzi o uzależnienie od Leo, my po prostu wiemy, że każdy jego kontakt z piłką pomnaża nasze szanse na zwycięstwo.

Ile razy dziś na Wembley Messi błyśnie geniuszem? Sam kapitan Barcy ma inny plan na przełamanie kryzysu. - Musimy grać lepiej w defensywie, bo nasi rywale zdobywają bramki przy byle okazji - powiedział. A jeszcze z Tottenhamem nie zagra stoper Samuel Umtitti, który w pierwszej kolejce przeciw PSV Eindhoven dostał czerwoną kartkę. W Hiszpanii plotkuje się o konflikcie Messiego z Gerardem Pique, ale podniecają się tym media średnio wiarygodne.

Piłkarze Pochettino złą passę w lidze mają za sobą (porażki z Watford i Liverpoolem). Ostatnie dwa mecze wygrali, ale Ligę Mistrzów zaczęli od przegranej z Interem w Mediolanie, więc w starciu z Barceloną nie mogą sobie pozwolić na podziwianie Messiego. Przed rokiem potrafili zatrzymać na Wembley Cristiano Ronaldo i zdecydowanie pobić Real Madryt, który ruszał w drogę po trzeci kolejny tytuł najlepszego w Europie.

wtorek, 02 października 2018

To miał być rok piłkarzy, a wyszedł z tego rok siatkarzy, którzy zachowali świadomość, że największe wyzwanie ciągle przed nimi.

Jeden z portali sportowych wykrzyczał, że za obronę tytułu mistrzów świata siatkarze zarobią 40 razy mniej niż piłkarze, którzy po kiepskiej grze przepadli w Rosji w fazie grupowej. Polskim piłkarzom dostaje się zawsze, gdy tylko sukces osiągną koledzy z innych dyscyplin. Legendarne już zdjęcie Justyny Kowalczyk ciągnącej oponę podczas treningu, które miało być dowodem, że żadnego piłkarza nie stać na taki wysiłek jak ambitną kobietę, zaczęło w końcu irytować i śmieszyć samą narciarkę. Piłkarze zarabiają bajecznie, czy się nam to podoba bardziej, czy mniej, takie są prawa sportowego rynku.

Na szczęście nie wszystko kończy się na pieniądzach. Liczba zer na kontrakcie nie jest jedynym miernikiem klasy, poświęcenia i determinacji. Wydaje mi się niestosowne, by w dniach tak nadzwyczajnych dla polskiego sportu jakie przeżyliśmy właśnie dzięki siatkarzom, mieszać do tego piłkę, czy jakąkolwiek inną dyscyplinę.

Nieprawdopodobne czego dokonali gracze Vitala Heynena. Zauważył to Mariusz Wlazły, najlepszy zawodnik mundialu sprzed czterech lat. Wtedy Polacy wygrali w domu, teraz zebrali złoto za granicą. Utrzymali się na szczycie, gdy nikt na to nie liczył. Wyjeżdżali do Bułgarii i Włoch w ciszy.

Turniej miał niezwykłą dramaturgię, spotęgowały ją porażki z Argentyną i Francją. Kiedy zdawało się, że wszystko przepadło, drużyna rozbiła Serbów dwa razy i zameldowała się w półfinale.

Batalia z Amerykanami, tymi samymi, którzy dwa lata temu w Rio de Janeiro brutalnie wybili Polakom z głowy olimpijskie marzenia, była kluczem do złota. Mówił o tym Dawid Konarski, że 90 proc tytułu, drużyna wygrała w sobotę. Patrzyłem na czwartego seta, Polacy przegrywali, Amerykanie grali chwilami wręcz zjawiskowo, poczułem, że niechybnie przyjdzie w niedzielę bić się o brąz.

Ale nasi siatkarze nie zwątpili. Dla mnie to był nie tylko pokaz wielkiej gry, na tym znam się średnio, ale raczej demonstracja determinacji, charakteru i sprytu. Pewni siebie Amerykanie chcieli stłamsić rywali w otwartej wojnie, Polacy ich przechytrzyli, skupieni na minimalizowaniu własnych błędów. To był triumf pokory i inteligencji nad siłą, co zawsze ogląda się z zapartym tchem.

Finał z Brazylią był jednostronny, a przecież Polacy grali z mistrzami olimpijskimi. Sami od 42 lat czekają na medal igrzysk. Legendarny triumf drużyny Huberta Wagnera w Montrealu domaga się dalszego ciągu.

To wielki wyczyn, że polscy siatkarze obronili tytuł mistrzów świata, że zdobyli go trzeci raz, co stawia ich obok takich potęg jak Włochy, czy Brazylia, a zdecydowanie przed Amerykanami, którzy złoto mundialu wywalczyli raz. Turniej olimpijski jest jednak tym co w siatkówce najważniejsze, wie o tym Heynen i jego zawodnicy, którzy za dwa lata w Tokio staną przed kolejną szansą. I jeśli wtedy włamią się między Brazylię, Rosję, USA i Włochy, Polska naprawdę będzie mogła poczuć się jak siatkarskie imperium.

poniedziałek, 01 października 2018

Mija pół wieku od najgłośniejszego gestu w historii sportu, kiedy na olimpijskim podium w Meksyku podczas amerykańskiego hymnu dwóch sprinterów Tommie Smith i John Carlos wznieśli ręce w czarnych rękawiczkach

16 października Tommie Smith był skazany na przełamywanie barier. Po porywającym finiszu w finale biegu na 200 metrów pobił rekord świata, a także został pierwszym człowiekiem, który złamał granicę 20 sekund. 19,83 - ten wynik miał przetrwać w tabelach rekordów 11 lat. Okazało się jednak, że było to zaledwie preludium do wydarzenia, które naznaczyło życie 24-letniego lekkoatlety.

Trzej medaliści legendarnego wyścigu czyli złoty Smith, brązowy jego kolega z kadry John Carlos i srebrny Australijczyk Peter Norman zafundowali światu ceremonię dekoracji, która zapisała się w historii.

Smith trafił do lekkoatletyki dzięki nadprzyrodzonej sile swoich mięśni. Był siódmy z dwanaściorga dzieci czarnego robotnika zatrudnianego przy zbiorach bawełny w Teksasie. Ciężką pracę miał we krwi, sport był rozrywką, drogą do wyzwolenia. Kiedy zaczął startować w zawodach ojciec obiecywał mu, że jeśli wygra, w sobotę dostanie dzień wolny. Już gdy na poważnie zajął się sportem, koledzy zdumieni jego szybkością, siłą i wytrzymałością, pytali ile czasu spędza na siłowni.

Dla niego siłownia jednak nie istniała. Praca w polu wypełniała mu czas nawet wtedy, gdy w poszukiwaniu lepszego życia rodzina uciekła do Kalifornii. Często widywał jak brygadziści bili jego ojca. Bunt się rodził, narastał.

Talent do sportu otworzył przed nim drzwi uniwersytetu stanowego w San Jose. Tam poznał Lee Evansa (mistrza olimpijskiego na 400 m), Johna Carlosa i Harry’ego Edwardsa, profesora socjologii, który wymyślił protest na igrzyskach w Meksyku. Edwards był przyjacielem Martina Lutera Kinga, znał liderów radykalnych ruchów antyrasistowskich w USA. Razem z koszykarzem Ferdinandem Lewisem Alcindorem, który po przejściu na islam przyjął imię Kareema Abdula-Jabbara chcieli zbojkotować igrzyska w Meksyku. Protestowali przeciw dopuszczeniu do nich RPA, a także domagali się zwrotu tytułu mistrza świata dla boksera Muhammada Alego.

Ruch „Black Power” rósł w siłę. W końcu jednak wszyscy poza Jabbarem na igrzyska 1968 roku pojechali. Wymyślili protest, choć ze wspomnień Smitha wynika, że nie wiedział jak on będzie wyglądał jeszcze w tunelu stadionu, gdy szykowali się do dekoracji. Wtedy John Carlos wyjął czarne rękawiczki i powiedział, że zakłada jedną. - A ty rób co chcesz.

Smith miał się czego bać. Był już żonaty, przed igrzyskami zaproponowano mu grę w zespole futbolu amerykańskiego. Do stracenia było sporo. Ale podczas hymnu amerykańskiego, na podium wznieśli pięści w czarnych rękawiczkach. Do ich protestu przyłączył się biały Norman, z własnej woli założył na pierś znak Olympic Project for Human Rights, ruchu stworzonego przez Harry’ego Edwardsa.

Rozpętali burzę i zapłacili za to wysoką cenę. Zostali zdyskwalifikowani i wyrzuceni z igrzysk. Smith opowiada, że nikt nie chciał go przyjąć do pracy, wyleciał nawet z myjni samochodowej, bo jej szef obawiał się represji. Nienawiść i ostracyzm spadły także na Normana. W 2006 roku Carlos wygłosił mowę pogrzebową nad jego grobem. Żona Carlosa popełniła samobójstwo. Smith uważa, że to też był skutek prześladowań. - Ale kiedy będę leżał na łożu śmierci, to jeszcze raz powtórzę, że tamten protest był najlepszą rzeczą jaką zrobiłem w życiu - mówi.

Kilka dni temu uniwersytet UNAM z Mexico City zaprosił bohaterów igrzysk sprzed pół wieku. Dla Meksyku to też był straszny czas. 10 dni przed zapaleniem znicza, na rozkaz ówczesnego rządu wojsko zamordowało grupę studentów pokojowo protestujących na Placu Trzech Kultur. Zginęło 50 osób, zastrzelonych przy drzwiach kolonialnego kościoła, ale niektóre źródła podają, że nawet 300 studentów poniosło śmierć, setki zostało rannych, i ponad 1000 uwięzionych. Meksyk trawi tę traumę do dziś.

Jeszcze tak niedawno, za kadencji prezydenta Baracka Obamy Smith ogłaszał, że ich walka z rasizmem, choć wciąż trwa, to jednak przyczyniła się do stworzenia w USA „lepszego społeczeństwa”. Podczas wykładu na UNAM w Meksyku Carlos powtórzył, że krok po kroku kraj się zmienia. Jeszcze raz przespacerował się po bieżni stadionu uniwersyteckiego, gdzie wywalczył brąz olimpijski i gdzie na podium zdjął buta na znak nędzy, którą cierpią czarni w Ameryce. - Teraz, po pół wieku siadamy, patrzymy na nasz kraj i zastanawiamy się, czy rzeczywiście postęp jest aż tak znaczący? - zapytał Carlos na koniec.

30-letni rozgrywający futbolu amerykańskiego Colin Kaepernick poszedł dwa lata temu w ich ślady. Gdy był jeszcze zawodnikiem San Francisco 49ers wymyślił akcję polegającą na klęknięciu podczas odgrywania hymnu przed meczami futbolu amerykańskiego. Protestował przeciw brutalności - w 2016 r. doszło do kolejnych przypadków zastrzelenia przez policję Afroamerykanów. Akcja rozszerzyła się na wiele klubów, we wszystkich czarni gracze stanowią większość. Na trybunach dominują za to biali kibice, którzy oczekują szacunku dla flagi i hymnu. Włączyli się w to wszystko politycy zabiegający o konserwatywnych wyborców. Donald Trump na wiecu w Alabamie powiedział: - Czy nie byłoby pięknie zobaczyć jednego z właścicieli drużyn z NFL, który reaguje na brak szacunku dla flagi słowami: „zdjąć sukinsyna z boiska, ale to już. Wynocha! Zwolniony!”.

I do dziś prezydent wykorzystuje każdą okazję, by atakować graczy NFL.

niedziela, 30 września 2018

Szef FIFA Gianni Infantino chce oczyszczać dżunglę rynku transferowego. Z pomocą algorytmu, który określałby rzetelnie wartość piłkarzy?

- Na pierwszy rzut oka widać, że z transferami dzieje się coś dziwnego. Coś tu jest nie tak, musimy postarać się, by piłkarski rynek stał się choć trochę bardziej przejrzysty - mówił Infantino kilka miesięcy po tym jak w lutym 2016 roku zastąpił Seppa Blattera na stanowisku szefa FIFA. Prestiż organizacji sięgnął dna. Afera korupcyjna zagrażała jej istnieniu. Infantino miał być człowiekiem odnowy, który oczyści FIFA z przekupnych działaczy i będzie walczył o normalność w futbolu.

Zawodowa piłka stała się biznesem spod ciemnej gwiazdy, a rynek transferowy miejscem działania gangów i szemranych agentów. Mniejsze i większe przestępstwa i przekręty ujawnia Football Leaks, wyciągając na światło dzienne rozmaite tajne klauzule w kontraktach piłkarzy, ich agentów i klubów. Na tym rynku nie ma żadnych reguł: ceny są umowne, tak jak wysokości prowizji menedżerów, prawników i pośredników. W książce „Brudna Piłka” dwóch dziennikarzy niemieckiego „Der Spiegel” opierając się o dane Football Leaks opisuje gangsterskie metody działania agentów, spekulację, oszustwa i pranie brudnych pieniędzy.

Jak z tym walczyć? Na pomysł wpadł georgaf i socjolog z wykształcenia doktor Raffaele Poli. Szwajcar tak jak Blatter i Infantino. W 2005 roku Poli ze swoimi współpracownikami powołali do życia CIES, czyli obserwatorium piłkarskie, międzynarodowego centrum studiów nad sportem. Siedzibę mają w szwajcarskim Neuchatel, dziś finansuje ich FIFA, UEFA, a także współpracujące z nimi kluby Chelsea, Benfica, czy Manchester City. Polli razem z dwoma innymi naukowcami monitorują światowy futbol, między innymi transfery, czyli rynek obracający kwotami przekraczającymi 6 miliardów euro na sezon.

Osiem lat temu opracowali matematyczny algorytm, który wycenia piłkarzy. Biorą pod uwagę około 30 czynników wpływających na cenę, na przykład wiek zawodnika, jego dokonania w każdym sezonie, klub, który kupuje. Oczywiste jest, że od wielkich i bogatych firm za zawodnika żąda się wyższych kwot. Przeanalizowali ponad 5 tys transferów w latach 2011-2018, swoją bazę danych aktualizują po każdym oknie transferowym.

Byli pewni, że na rynku dominują kwoty wzięte z sufitu. Ku ich zdumieniu okazało się, że wyniki, które otrzymali zbliżone są do realnych cen. Ich algorytm wycenił Cristiano Ronaldo na 103,5 mln euro. Tego lata Juventus zapłacił Realowi Madryt 100 mln. Kiedy przed rokiem Paris Saint Germain walczył o wykupienie Neymara z Barcelony, z kalkulacji algorytmem wyszło, że cena powinna wynieść 210 mln euro. Katarscy właściciele paryskiego klubu zapłacili 222 mln. Gorzej z młodymi graczami: na przykład cenę Brazylijczyka Viniciusa algorytm ustalił na 14 mln euro, Real Madryt zapłacił przed rokiem prawie 45 mln. Poli przyznaje, że w wypadku młodych graczy, algorytm wykazuje największe odchylenia od kwot rzeczywistych.

Co robić w takim przypadku jeśli klub płaci za piłkarza na przykład o 50 mln euro więcej niż wynosi cena racjonalna? Poli i jego współpracownicy zarekomendowali FIFA, żeby kupujący był obciążony podatkiem od nadwyżki, który zasiliłby fundusze przeznaczane na szkolenie młodzieży.

W 2013 roku CIES przedstawił swoje pomysły Blatterowi, ale ówczesny szef FIFA nie był zainteresowany. Przełom nastąpił, gdy Poli wystąpił jako konsultant w jednej ze spraw TAS (Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu) dotyczącej wysokości prowizji transferowych.

Infantino postępuje inaczej niż jego poprzednik. FIFA konsultowała się z Polim i CIES wielokrotnie przy opracowywaniu dokumentu „Reforma systemu transferowego 2018”. FIFA chce uporządkować także sferę wypożyczeń piłkarzy. Jakie to wszystko przyniesie efekty?

piątek, 28 września 2018

Barcelona poległa z ostatnią drużyną w tabeli Primera Division, a Real Madryt został rozbity przez Sevillę w 39 minut - takie rzeczy dzieją się w lidze hiszpańskiej rzadko. A może trzeba się przyzwyczaić?

Aby znaleźć mecz, w którym Królewscy przegrywali do przerwy 0:3, trzeba się cofnąć do legendarnego „Alcorconazo” - czyli klęski z trzecioligowcem w Pucharze Króla w 2009 roku, gdy między słupkami bramki Realu stał jeszcze Jerzy Dudek. Wtedy grali głównie rezerwowi, w środę wieczorem w szóstej kolejce ligi hiszpańskiej trener Julen Lopetegui rzucił do walki najlepszych. Co tak rozstroiło graczy najlepszej drużyny świata? Gdy piłkarze Realu wychodzili na murawę stadionu Ramon Sanchez Pizjuan wiedzieli, że lider z Barcelony poległ z ostatnim w tabeli Leganes 1:2. Obrońca tytułu prowadził po golu Philippe Coutinho, ale gospodarze, którzy do środy uciułali zaledwie jeden punkt, w minutę zdobyli dwie bramki.

W dwóch ostatnich kolejkach ligowych Barcelona straciła aż 5 pkt. Dla piłkarzy Realu to wielka wiadomość, przecież ich głównym celem w tym sezonie, jest odebranie Katalończykom mistrzostwa Hiszpanii.

Królewski klub rozpoczął właśnie nową erę. Musi poradzić sobie bez Cristiano Ronaldo, który w 9 lat zdobył dla niego 450 goli. I to on najczęściej bywał katem Sevilli.

Zaledwie tydzień temu na inaugurację Ligi Mistrzów Real rozbił Romę 3:0. Zagrał imponująco, eksperci zauważyli, że bez CR7, gra drużyny jest bardziej efektowna, płynna i kombinacyjna. - Ja czuję się na boisku lepiej, jestem bardziej zrelaksowany. A jako całość gramy bardziej zespołowo - powiedział Gareth Bale. Zwrócono też uwagę, że tak Walijczyk jak Karim Benzema biorą teraz na siebie większą odpowiedzialność za zdobywanie bramek i wyniki.

- Przyjdą jednak takie chwile, gdy Królewscy zatęsknią za Portugalczykiem - przewidywał Jorge Valdano. I tak było w Sewilli, gdzie po 39 minutach, drużyna z Madrytu przegrywała 0:3. I była kompletnie rozbita. Dziennik „Marca” postawił tezę, że zespół Lopeteguiego nie radzi sobie w starciach z wielkimi rywalami, przecież na inaugurację sezonu przegrał z Atletico w Superpucharze Europy. I z tym samym Atletico w sobotę zagra najbliższy mecz ligowy. Kolejna porażka pachniałaby już małą katastrofą.

A przecież kilka dni temu prezes Florentino Perez przekonywał socios Realu, że nie warto się szarpać na wielkie transfery. Choć od dwóch lat Real głównie sprzedaje piłkarzy i tak na ławce wciąż siadają takie gwiazdy jak reprezentanci Hiszpanii Isco, Marco Asensio, czy Lucas Vazquez. Faktycznie niewielu piłkarzy mogłoby wzmocnić Królewskich, a ci którzy by mogli jak Neymar, czy Eden Hazard kosztowaliby koło 300 mln. Prezes przekonał akcjonariuszy i kibiców klubu, by podjęli decyzję o zaciągnięciu kredytu 575 mln euro na gruntowną przebudowę stadionu. Nowy Santiago Bernabeu miałby generować rocznie dochody większe o 125 mln euro i to według prezesa Realu jest bardziej pilną potrzebą niż nowi gracze.

Oczywiście, gdyby ten sezon, pierwszy bez Ronaldo, nie okazał się dla klubu z Madrytu sukcesem, optyka dotycząca transferów natychmiast zmieni się o 180 stopni.

Przypadek Barcelony pokazuje jednak, że kupowanie nowych piłkarzy też nie jest szybkim i łatwym rozwiązaniem. W ostatnich dwóch latach Katalończycy wydali na transfery 400 mln euro. Połowę sfinansował Neymar, który za 222 mln przeprowadził się do PSG, część graczy odsprzedano, nawet z zyskiem (Paulinho, czy Yerry Mina). Ale w czasie gdy Real sprzedawał, Barca kupowała i efekty nie są olśniewające. Królewscy seryjnie wygrywali Ligę Mistrzów (cztery razy w ostatnich pięciu latach), Katalończycy dominowali w Hiszpanii (siedem razy w minionej dekadzie). Przed startem tego sezonu nowy kapitan Barcy Leo Messi publicznie obiecał, że drużyna zrobi co można by odzyskać Puchar Europy. Czy hiszpańskie kolosy zamienią się miejscami? Syty w Europie Real sięgnie po mistrzostwo Hiszpanii, a nasycona w Primera Division Barca po triumf w Champions League? Póki co jedni i drudzy mają masę kłopotów. Droga do celu mglista i daleka.

wtorek, 25 września 2018

Luka Modric wygrał, ale przede wszystkim przełamał rodzaj piłkarskiego tabu. Nagroda FIFA „The Best” dla Chorwata kończy dekadę dominacji Cristiano Ronaldo i Leo Messiego.

Z Polski dostali zaledwie punkt. Kapitan drużyny narodowej Robert Lewandowski głosował na Modrica, Raphaela Varane’a i Kyliana Mbappe. Selekcjoner Jerzy Brzęczek na Antoine’a Griezmanna, Modrica i Edena Hazarda. I tylko dziennikarz Michał Pol umieścił CR7 na trzecim miejscu (za Modricen i Griezmannem).

Niby wszyscy się tego spodziewali. A jednak mieli w pamięci 2010 rok, kiedy po mundialu w RPA, którego bohaterami byli Hiszpanie, kapitanowie i selekcjonerzy oddali Złotą Piłkę w ręce Messiego. Argentyńczyk nie zdziałał w tamtym roku absolutnie nic. W Lidze Mistrzów Barcelona odpadła w półfinale, w boju o strefę medalową afrykańskich mistrzostw świata Argentyna poległa z Niemcami 0:4. Messi nie zdobył gola w całym turnieju.

Faworytami do zdobycia Złotej Piłki byli Andres Iniesta, strzelec zwycięskiego gola w finale mundialu oraz Holender Wesley Sneijder, który sięgnął po tytuł wicemistrzowski, a wcześniej wygrał z Interem Ligę Mistrzów. Ale na Holendra głosowali przede wszystkim dziennikarze. I wylądował dopiero na czwartym miejscu. Iniesta był drugi.

To był pierwszy rok, gdy plebiscyty FIFA i France Football się połączyły. Przez pięć lat przyznawały nagrodę razem, dwa lata temu doszło jednak do rozwodu. Modric zdobył w poniedziałek nagrodę FIFA „The Best”, francuski magazyn wyniki Złotej Piłki za 2018 rok dopiero ogłosi. Ale i w nim akcje Chorwata stoją najwyżej.

Wyniki plebiscytu FIFA to wielki przełom w myśleniu środowiska piłkarskiego. Wydawało się, że kapitanowie i selekcjonerzy oddają głosy na Ronaldo i Messiego mechanicznie i rutynowo. Tym razem przełamali rodzaj tabu. W plebiscycie „The Best” Modric wyprzedził Ronaldo zdecydowanie. Uzyskał 29,05 procent głosów, Portugalczyk 19,08, a trzeci finalista Mohammed Salah 11,23. Tym samym po dekadzie dokonał się przełom. Od 2008 roku plebiscyt na najlepszego gracza wygrywali CR7, lub Messi. Każdy pięciokrotnie. Takiej dominacji nie było nigdy przedtem.

Wyścig Portugalczyka z Argentyńczykiem był pasjonujący. W 2012 roku Messi prowadził już 4:1. Ronaldo płakał jak dziecko, gdy odbierał nagrodę 12 miesięcy później. Opowiadał, że dzień, gdy wręczana jest Złota Piłka ma zaznaczony w kalendarzu na czerwono. Mówił, że wstaje rano podniecony, zemocjonowany, jakby miało wydarzyć się coś kluczowego w jego życiu.

Jak bardzo zmienił się przez ostatnie lata? W poniedziałek na gali FIFA w ogóle się nie pojawił. Nie było także Messiego, który nie znalazł się w trójce finalistów. Wywołało to duże poruszenie. Włoski trener Fabio Capello stwierdził, że dwaj wielcy piłkarze powinni pokazać, że potrafią wygrywać, ale i przegrywać. To samo sądzi jego legendarny rodak Paolo Maldini. Na gali padły nawet słowa, że dwaj giganci niszczą futbol.

Obaj wzięli udział w głosowaniu jako kapitanowie reprezentacji Argentyny i Portugalii. Messi przyznał 5 pkt Modricowi, trzy Mbappe i jeden Ronaldo. CR7 głosował na Varane’a, Modrica i Griezmanna.

Zwycięzca wywołał łzy Zvonimira Bobana, kapitana Chorwatów z 1998 roku kiedy sięgnęli po brąz mundialu we Francji. - Oni byli naszym natchnieniem, pokazali, że nasz kraj może walczyć z najlepszymi. W Rosji wierzyliśmy w sukces właśnie dzięki nim. Oby nasz sukces natchnął kolejne pokolenia - powiedział Modric.

Na najlepszego trenera roku wybrano Didiera Deschampsa, który w Rosji poprowadził Francję do tytułu mistrza świata. Wyprzedził Zinedine’a Zidane’a triumfatora Ligi Mistrzów z Realem Madryt. Najlepszą piłkarką roku została Brazylijka Marta, dla której to wielki powrót. Ona wygrywała plebiscyt w latach 2006-2010, a teraz po długiej przerwie, w wieku 32 lat wraca na tron. Za najpiękniejszą bramkę roku uznano rajd i strzał Salaha w meczu Liverpool - Everton. Wyprzedził bramkę CR7 z meczu Ligi Mistrzów Juventus - Real Madryt i gola Garetha Bale’a z finału Champions League Real - Liverpool.

czwartek, 20 września 2018

Trzy wspaniałe gole i aż 11 strzałów celnych - obrońca trofeum w Lidze Mistrzów zachwycił bez Cristiano Ronaldo, który w meczu Juventusu wyleciał z boiska.

„Drogo zapłacą nam za te łzy” - napisała na Instagramie siostra Cristiano Ronaldo. Dodała, że chcą zniszczyć jej brata, ale on na to nie pozwoli. Eksplozja emocji po czerwonej kartce dla Portugalczyka dotknęła nie tylko jego rodzinę. Wiceprezes Juventusu Pavel Nedved opuścił w przerwie loże VIP-ów, by zakomunikować niemieckiemu sędziemu Felixowi Brychowi, że się grubo pomylił.

W 29. min Ronaldo i kolumbijski stoper Valencii Jeison Murillo starli się o piłkę, ten drugi padł na murawę, sędzia gwizdnął. Ronaldo rzucił kilka słów o symulowaniu, po czym dotknął głowy leżącego rywala. Brych skonsultował się z jednym z asystentów i wyciągnął czerwoną kartkę. Jakby uznał, że Portugalczyk chciał, lub wręcz pociągnął za włosy Kolumbijczyka.

To jedenasta czerwona kartka w karierze Ronaldo, ale dopiero pierwsza w jego 158. występie w Lidze Mistrzów. Wielu obserwatorów uważa, że decyzja sędziego była pochopna, że starczyłaby kartka żółta. Niewątpliwie skala rozgłosu jakiego nabrała sprawa, związana jest z medialnością piłkarza.

CR7 opuszczał murawę płacząc. Na otarcie łez pozostaje fakt, że w dziesiątkę Juventus zafundował sobie w Walencji demonstrację siły. Grając w osłabieniu wygrał 2:0 z czwartą drużyną ligi hiszpańskiej. Brych podyktował dla gości dwie jedenastki, które wykorzystał Bośniak Miralem Pjanic. Wojciech Szczęsny obronił karnego w 96. minucie. Mimo wszystko klub z Turynu domaga się kary dla niemieckiego arbitra.

Debiut Ronaldo w LM z Juventusem był traumatyczny. W tym samym czasie Real rozpoczął nową erę w swojej historii od okazałego triumfu nad Romą. Zespół z Rzymu to pogromca Barcelony z ćwierćfinału poprzedniej edycji, na Santiago Bernabeu nie miał jednak nawet cienia szans. Dostaliśmy pierwszą odpowiedź na pytanie jak będzie wyglądała królewska drużyna bez Ronaldo, który w 9 lat zdobył dla niej 450 goli. Mówił o tym kapitan Sergio Ramos, że przy całej wielkości i niezliczonych zaletach, Portugalczyk zmuszał Real do częstszej gry z kontrataku. By wykorzystać jego szybkość. Dziś wszyscy gracze ofensywni zespołu mają trochę inne zadania. Karim Benzema i Gareth Bale biorą na siebie odpowiedzialność za zdobywanie bramek. W 6 meczach tego sezonu Francuz strzelił 5 goli, Walijczyk 4. Znacznie więcej grają młodzi reprezentanci Hiszpanii Isco i Asensio. Ten pierwszy wbił Romie wspaniałą pierwszą bramkę z rzutu wolnego. Gdyby Ronaldo nadal grał w Realu, nie dopuściłby Isco do piłki.

Akcję meczu wykonał Asensio, który po cudownym przyjęciu piłki z obrotem przegrał pojedynek sam na sam z bramkarzem Romy. Ale fani Królewskich i tak byli wniebowzięci.

Leo Messi mówił, że bez Ronaldo Real wciąż jest wielki, a jednak słabszy. Z Romą się to nie potwierdziło. Zachwycił grą dynamiczną, kombinacyjną, to (bez Ronaldo) wciąż wielka drużyna. A 33-letni Luka Modric jest obecnie najlepszym pomocnikiem na świecie. Rzecz jasna wszelkie podsumowania, staną się prawomocne dopiero po zakończeniu sezonu. Mając Isco, Asensio i odkupując z Lyonu Mariano (wczoraj wspaniały gol), można zrozumieć dlaczego prezes Florentino Perez nie ruszył na wielkie zakupy po stracie CR7. Po prostu niewielu jest graczy, którzy mogliby wzmocnić Real, a ci którzy by mogli, kosztowaliby rekordowe kwoty. Kandydatem numer 1 jest Neymar, on zaczął Ligę Mistrzów od porażki na Anfield Road. PSG było gorsze od Liverpoolu, a Brazylijczyk jednym z najsłabszych na boisku. Czy warto zapłacić za niego 300 mln euro?

Od lat w Realu mówiło się o hiszpanizacji drużyny, dziś staje się ona faktem. Wśród 14 graczy Królewskich, którzy zagrali z Romą, sześciu to Hiszpanie. Reprezentacja kraju wreszcie przestała być barcelońska. W finale mundialu 2010 wystąpiło sześciu piłkarzy Barcy, a siódmy wszedł z ławki. Jeszcze podczas mistrzostw w Rosji, gdy Hiszpania odpadała z gospodarzami, w jej składzie było czterech graczy z Katalonii i pięciu z Realu. W ostatnim spotkaniu Ligi Narodów La Roja rozbiła chorwackich wicemistrzów świata 6:0, a w jej podstawowej jedenastce zagrało sześciu zawodników Królewskich, w tym rezerwowi w Realu obrońca Nacho i pomocnik Dani Ceballos. Ten ostatni przyćmił Modrica. W meczu z Romą zmienił Chorwata w 85. min.

Póki co bieda drużynie z Santiago Bernabeu w oczy nie zagląda. Wciąż nawet na ławce siedzą gracze wybitni, lub co najmniej dobrzy. Inna rzecz, że Królewscy zaczęli sezon od porażki w Superpucharze Europy z Atletico, a ostatnio stracili punkty w lidze remisując z Athletic w Bilbao. Stało się to w czasie, gdy Ronaldo zdobył swoje pierwsze gole dla Juventusu.

Tak, czy owak, może się okazać, że najgłośniejszy piłkarski rozwód ostatniej dekady, posłuży obu stronom. Finał Ligi Mistrzów Juventus - Real? Po pierwszych meczach tej edycji, nie wydaje się to wykluczone. Tyle, że Królewscy są w tych rozgrywkach nasyceni, wszystkie siły mają rzucić w lidze, by odebrać Barcelonie tytuł mistrza Hiszpanii.

Mimo wszystko to jednak walka o Puchar Europy wyniosła Real ponad poziomy. Nowy trener Julen Lopetegui chciałby choć w jakimś stopniu dorównać Zinedine'owi Zidane'owi. Jest świadomy, że bez sukcesu w Lidze Mistrzów nie ma na to szans. Mistrzostwo kraju to jednak sukces lokalny.

środa, 19 września 2018

Trzy miesiące po tym jak ostro skrytykował wybór Meksyku na jednego z gospodarzy piłkarskich mistrzostw świata w 2026 roku, Diego Armando Maradona został tam trenerem drużyny drugoligowej.

Jaki kierunek wskazuje dziś „ręka Boga”? Przecież zaledwie w maju podjęła się wykierowania Dynama Brześć na szersze wody. Prezentacja Diego Maradony jako prezesa klubu z Białorusi odbyła się w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, gdzie boski Argentyńczyk publicznie ucałował koszulkę zespołu z Brześcia i z głębi serca podziękował jego szefom za zaufanie. - Dzięki temu będę mógł kontynuować pracę - powiedział. I dodał: - Będę pełnił w Dynamie funkcję prezesa i dyrektora technicznego.

Prezentacja w ZEA? Tak, bo tam pod koniec kwietnia Maradona stracił poprzednią posadę. Już z planami związanymi z podbojem Białorusi, Diego pojawił się na mundialu w Rosji. Tam odstawiał swoisty show w loży honorowej na meczach Argentyny. Wykonał obraźliwe gesty w stronę kibiców Nigerii podczas ostatniego spotkania grupowego, gdy Albicelestes wbili gola na 2:1. Wylądował w klinice, bo zasłabł z emocji na trybunach, ale po interwencji lekarzy wrócił na stadion. A do kibiców zamartwiających się o stan jego zdrowia powiedział: „Spokojnie. Diego zostanie tu z wami jeszcze jakiś czas”. Potem FIFA chciała zakazać mu wstępu na rosyjskie stadiony, gdy stwierdził, że Kolumbia została okradziona przez sędziego meczu 1/8 finału z Anglią. Po namyśle Maradona przeprosił jednak za te słowa.

Diego często mówi o sobie w trzeciej osobie. Jakby w jego ciało zamieszkiwał nie tylko były wielki piłkarz, ale jeszcze inna, wyższa istota. Ma swój kościół w Argentynie liczący kilkadziesiąt tysięcy wyznawców. 30 października w urodziny piłkarza spotykają się, by wypowiadać wspólnie słowa czegoś w rodzaju modlitwy: „Nasz Diego, któryś jest skarbem Ziemi, niech będzie poświęcona twa lewa noga, niech będą pamiętane twoje gole”.

Członkowie ruchu gromadzą się też przed symbolicznymi ołtarzami z fotografiami Maradony, koszulkami z nr 10, proporczykami z jego autografami. Nowi członkowie kościoła przechodzą „chrzest”, odtwarzając gola strzelonego przez Maradonę ręką w ćwierćfinałach mistrzostw świata 1986 roku przeciw Anglii, którego sam piłkarz nazwał „ręka Boga”.

Zachowanie Maradony i wszystko co go otacza znakomicie wpisuje się w ten swoisty teatr absurdu. Kiedy 16 lipca przybył na Białoruś, natychmiast obwołano go tam królem. Na lotnisku czekał czerwony dywan i zespół grający hymn. Od szefów Dymama gość z Argentyny dostał pierścień z brylantami i pojazd terenowy Hunta, w którym wyglądał jak wódz naczelny podczas defilady lub przeglądu wojsk.

Diego obejrzał mecz Dynama z Szachciorem Salihorsk, a kibice przyjęli go owacją. Plotkowano, że by zatrudnić słynnego Argentyńczyka w 350-tysięcznym mieście położonym o 10 km od granicy z Polską, szefowie Dynama musieli mieć pozwolenie samego prezydenta Aleksandra Łukaszenki.

Maradona podpisał kontrakt na trzy lata, miał się zająć promocją klubu i całego futbolu białoruskiego, pozyskiwaniem sponsorów, udziałem w negocjacjach transferowych, a nawet rozwojem futbolu młodzieżowego. Szukano dla niego rezydencji, jego prawnik ogłosił, że w Brześciu Diego poczuł się jak w domu...

Więcej na Białorusi się jednak nie pojawił. Aż nagle na początku września podpisał kontrakt z meksykańskim klubem Dorados de Sinaloa, występującym w II lidze. I został tam trenerem. Stało się to niedługo po deklaracji Maradony, że Meksyk, USA i Kanada nie nadają się do organizacji mistrzostw świata w 2026 roku, bo „żaden z tych krajów nie pasjonuje się piłką nożną”. W Meksyku wywołał oburzenie. 120-milionywy kraj kocha piłkę na zabój. Mundiale organizował już dwa razy w 1970 i 1986 roku. Podczas tego drugiego na Stadionie Azteków Maradona wzniósł Puchar Świata zostając ikoną futbolu. Zapomniał?

Diego szybko wytłumaczył się ze związków z Białorusią. Ogłosił, że miał być w Dynamie tylko prezesem honorowym i że nie mógł się dogadać z szefami co właściwie miał robić. Pracę w Meksyku traktuje „bardzo poważnie”. Przed swoim trenerskim debiutem z wyjątkowo mocnym rywalem Cafetaleros z Tapachuli zwołał swoich piłkarzy i powiedział: - U mnie nikt z was nie ma miejsca za darmo. Od dziś o każdą piłkę będziecie walczyć jak o życie. Idźcie na murawę i grajcie z głową.

Zagrali. Zwyciężyli aż 4:1 co dało im awans na 10. miejsce w tabeli. Maradona znów szalał z radości. Znów jest górą.

Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac