blog Darka Wołowskiego
RSS
środa, 18 lipca 2018

Przypadki piłkarskiej reprezentacji Francji dowodzą, że różnorodność etniczna nie jest warunkiem wystarczającym odniesienia sukcesu.

Dwie dekady temu była euforia. 1,5 mln ludzi na Polach Elizejskich świętowało pierwszy dla Francji Puchar Świata. Tamta drużyna była dowodem na potencjał tkwiący w różnorodności etnicznej i kulturowej. Mający algierskie korzenie Zinedine Zidane podarował reprezentacji „Trójkolorowych” pierwiastek geniuszu. Urodzony w Ghanie i adoptowany przez francuskiego dyplomatę Marcel Desailly, razem z Laurentem Blankiem tkwili przed bramkarzem Fabienem Barthezem jak tarcza. Na bokach obrony szalał Bixente Lizarazu z pochodzenia Bask oraz urodzony w Gwadelupie Lilian Thuram.

I tak w każdej formacji. Youri Djorkaeff ma korzenie ormiańskie ze strony matki i kałmucko-polskie po ojcu. Christian Karembeu urodził się na Lifou w Nowej Kaledonii, a jego dziadek należał do grupy wojowników pokazywanych mieszkańcom Paryża podczas wystawy kolonialnej w 1931 roku. W tej drużynie dorastali napastnicy Thierry Henry, którego ojciec pochodził z Gwadelupy i David Trezeguet, syn argentyńskiego piłkarza Jorge. A także urodzony w Senegalu Patrick Vieira. Nicolas Anelka, którego rodzina pochodzi z Martyniki, dołączył trochę później.

Podczas francuskiego mundialu rolę środkowego napastnika w mistrzowskiej drużynie Aime Jacqueta dzielili Stephane Guivarch i Christophe Dugarry - tak samo nieudolni pod bramką rywali jak w Rosji Olivier Giroud.

Jacquet nie był na nich skazany. Przed mundialem skreślił z listy Erica Cantonę i Davida Ginolę, wychodząc z założenia, że reprezentacja kraju to nie jest prosta suma piłkarzy o najwyższym potencjale. Nie ma w niej miejsca dla zawodników skłonnych rozsadzać szatnię od środka. Podjął ryzyko i wygrał, a jeszcze okazał się genialnym nauczycielem dla swoich następców. Kapitan jego drużyny Didier Deschamps zrobił dokładnie to samo jako selekcjoner dwie dekady później. Dawno postawił krzyżyk na napastniku Realu Madryt Karimie Benzemie, uwikłanym w skandal związany z szantażowaniem kolegi z kadry Marhieu Valbueny. Benzema już wcześniej miewał swoje fochy, nie chciał śpiewać francuskiego hymnu przed meczami, bo jak mówił „Marsylianka nawołuje do wojny”, a jemu się to nie podoba.

Dwa lata temu Deschamps poniósł dotkliwą porażkę. Na Euro 2016 jego drużyna przegrała finał w Paryżu z Portugalią. W tym samym czasie 16-letni Kylian Mbappe zdobył bramkę dla kadry do lat 19 w starciu z Chorwacją. Wystarczyły 24 miesiące, by drużyna Deschampsa z Mbappe sięgnęła po Puchar Świata.

Deschamps wymienił Griezmanna, Mbappe, Umtitiego i Pogbę, by dać świadectwo, że są w jego zespole gwiazdy. Jest on tak samo multikulti jak ten Jacqueta sprzed 20 lat. Umtiti urodził się w Jaunde, stolicy Kamerunu. Pogba pochodzi z Gwinei, matka Mbappe jest Algierką, ojciec Kameruńczykiem. Najlepszy stoper mundialu w Rosji Raphael Varane ma korzenie na Martynice, a pomocnik o napędzie atomowym N’Golo Kante w Mali. Znów można by się odwołać do argumentu o wielkim wielokulturowym zwycięstwie. Dziś robi się to ostrożniej, ze względu na skandal w RPA w 2010 roku, który miał twarz Anelki. Napastnika genialnego, tak jak Henry, Trezeguet, a także Mbappe. Wszystkich wychował słynny ośrodek Clairefontaine, francuska akademia piłkarska. Oszlifowała ona talent Anelki, ale charakteru zmienić nie mogła. Gdziekolwiek się pojawił, sprawiał kłopoty.

Przed mistrzostwami w Południowej Afryce Raymond Domenech mający także drużynę różnorodną etnicznie z Sagną, Abidalem, Gallasem, Maloudą, Henrym, podjął ryzyko. Francuzi skompromitowali się konfliktem wywołanym przez rozjuszonego Anelkę, a kulturoznawcy twierdzili, że tamta drużyna okazała się odbiciem Francji: podzielonej, skłóconej, niespójnej, niezdolnej do porozumienia.

Deschamps potrafił wyciągnąć wnioski, tak z nauk Jacqueta, jak z błędów Domenecha. Stworzył zespół, zwarty, gotowy, świadomy swojej siły. Drużyny oparte na jednostkach: Argentyna z Messim, Portugalia z Ronaldo, Brazylia z Neymarem poniosły w Rosji klęskę. - Mam w kadrze gwiazdy, ale są na usługach drużyny. Naszą siłą było to, że mówiliśmy jednym głosem - mówi selekcjoner Francji. Tak trochę wzorem Niemców.

Wniosek jest prosty. Wielokulturowość może być atutem, ale nie jest warunkiem wystarczającym odniesienia sukcesu. Deschamps wcale nie miał łatwo: Pogba to wulkan. Ale selekcjoner potrafił sprawić, że erupcja pomocnika Manchesteru United, który drze koty w klubie z Jose Mourinho, skierowana była na zewnątrz, przeciw rywalom Francji. Mądry, spokojny przywódca, emanował na swoich podwładnych. Robili o co prosił i wygrali mundial. Skala ich talentu jest niewiarygodna, ale akurat to można było powiedzieć o każdej drużynie francuskiej w ostatnim dwudziestoleciu.

poniedziałek, 16 lipca 2018

Aby osiągnąć szczyt Francja musiała się zaprzeć pokrewieństwa z piłką hiszpańską wskakując do włoskiego buta.

Hiszpanie byli w szoku, gdy okazało się, że choć Zinedine Zidane od kilkunastu lat mieszka w Madrycie, szkolę trenerską postanowił skończyć we Francji. Po co jeździć aż do Centrum Prawa i Ekonomii Sportu w Limoges, skoro człowiek skazany jest na pracę w Realu Madryt?

Szkoła francuska była Zizou bliższa i wydawała mu się bardziej wszechstronna. Różnica polega na tym, że o ile w Hiszpanii dominuje się rywala z piłką przy nodze, we Francji można robić to bez niej.

Gdy dwa i pół roku temu Florentino Perez sadzał Zidane’a na ławce królewskiego klubu, oczekiwał, że nowy trener znajdzie miejsce w pomocy dla Isco lub Jamesa Rodrigueza. Dwóch piłkarzy ofensywnych, kreatywnych, na których wydał ponad 110 mln euro. Zidane uznał jednak, że Toni Kroos i Luka Modric muszą dostać wsparcie gracza zdecydowanie defensywnego. Casemiro był dla Francuza zawodnikiem kluczowym, gwarantującym drużynie równowagę między defensywą i ofensywą. To było posunięcie zgodne z zasadami szkoły francuskiej. Trzy kolejne triumfy w Lidze Mistrzów przyznały rację Zizou.

„Zostań nowym Zidane’m” - tak reklamował swoją szkołę dla trenerów jeden z Hiszpanów, który wcześniej składał na Francuza donosy dowodząc, że nie ma wystarczającego wykształcenia, by pracować w zawodzie.

Dekady temu futbol francuski i hiszpański były krewniakami. Jedni i drudzy patrzyli przede wszystkim do przodu, co owocowało bolesnymi rozczarowaniami. Szczególnie na mundialach. W 1958 roku w Szwecji Francja dotarła do strefy medalowej pierwszy raz. To była drużyna z Raymondem Kopą i królem strzelców imprezy Justem Fontaine (13 bramek). W półfinale z Brazylią zdobyła dwa gole, ale straciła pięć - w tym hat trick Pelego w 23 minuty. Zakończyła mistrzostwa z brązowym medalem i niebotycznym stosunkiem bramek 23-15! W sześciu meczach, bo w tamtych czasach po fazie grupowej, grano ćwierćfinały.

Tak naprawdę Francuzi przekonali się, że mundiale wygrywa się defensywą w latach swojej wielkości 1982-1986, kiedy ich drużyną rządził kolejny geniusz środka pola Michel Platini. Ta drużyna sięgnęła po mistrzostwo Europy, ale na mundialach w Hiszpanii i Meksyku przeżyła traumę półfinału. Dwie porażki z Niemcami - przy czym ta pierwsza w wyjątkowo dramatycznych okolicznościach, gdy do 102. min dogrywki „Trójkolorowi” wygrywali 3:1. To był ten legendarny mecz, gdy niemiecki bramkarz Harald Schumacher wysłał do szpitala Patricka Battistona, za co sędzia powinien był go wyrzucić z boiska. Ale tego nie zrobił.

Platini różnił się jednak od Kopy i Zidane’a, on nie robił kariery w Realu Madryt, ale w Juventusie - w lidze włoskiej będącej synonimem perfekcji w defensywie. Serie A była w jego czasach w rozkwicie, czołowi francuscy gracze wyjeżdżali do niej i tam dokonywała się zmiana w ich mentalności. Mówił o tym Platini przy okazji mundialu w 1998 roku, kiedy zespół francuski kierowany przez Zidane’a w siedmiu meczach w drodze po złoto stracił zaledwie dwa gole. - Pokażemy wam czego się od was nauczyliśmy - powiedział Platini przed ćwierćfinałem Francja - Włochy, gdzie bramki padły dopiero w serii rzutów karnych po 120 minutach wyniszczającej walki na zero w tyłach.

Dziś drużyna Didiera Deschampsa nie ma takiego lidera jak Kopa, Platini, lub Zidane. Chyba, że uznamy za niego napastnika Antoine’a Griezmanna. Jego akurat Francja zawdzięcza Hiszpanii, bo na standardy szkoły francuskiej był za mały. Niechciany w ojczyźnie Griezmann uratował karierę w Realu Sociedad. Ale Deschamps, który jako defensywny pomocnik grał pięć lat w Juventusie (u boku Zidane’a), ustawia swoją drużynę w myśl zasad, że bazą jest gra defensywna. Przed parą ogromnych stoperów Varane - Umtii, jest aż trzech defensywnych pomocników: Pogba, Kante i z boku Matuidi. Atak napędzają Griezmann i Mbappe oraz boczni obrońcy. Kulą u nogi drużyny jest środkowy napastnik Olivier Giroud, który nie zdobył w Rosji gola. Ale Deschamps wykorzystuje jego talent do walki powietrznej w defensywie. Przy stałych fragmentach gry dla rywala Giroud cofa się pod bramkę Llorisa i tam wykonuje bezcenną pracę dla drużyny.

Dwa lala temu w finale Euro w Paryżu Francuzi byli skazani na sukces w starciu o złoto z Portugalią. I presji nie unieśli. Mbappe grał wtedy z kadrą U19 zdobywając bramkę w meczu z Chorwacją. 24 miesiące wystarczyły, by nastolatek i cała drużyna zrobili postęp godny Pucharu Świata.

piątek, 13 lipca 2018

Wybór Jerzego Brzęczka na selekcjonera jest dużym ryzykiem. To trener bez sukcesów. Tak jak Adam Nawałka pięć lat temu.

Pamiętam imprezę powitalną olimpijczyków z Barcelony. Odbyła się nie w PZPN, ale pomimo PZPN. Zorganizowana została przez popularnego biznesmena, osobistego sponsora młodych piłkarzy. To był w polskiej piłce czas przełomu. Dorosła reprezentacja kraju prowadzona przez Andrzeja Strejlaua ponosiła klęskę za klęską. Walił się system, kończyły czasy centralnego finansowania sportu, lewych etatów w kopalniach, hutach, fabrykach.

Nasz futbol wkraczał w nową rzeczywistość, w której szybciej zaaklimatyzowała się młoda drużyna Janusza Wójcika, mniej skażona peerelem. Tak nam się wtedy wydawało. Jan Krzysztof Bielecki przekonywał mnie, że droga i sukces olimpijski tamtego zespołu odzwierciedlają zmiany zachodzące w kraju. PZPN - jako peerelowska skamielina - nie nadążał. Stąd słowa Wojciecha Kowalczyka o wylaniu prezesów, selekcjonera, „zmienieniu szyldu i jazda” znalazły w Polsce entuzjastów. Potem rzeczywistość brutalnie zweryfikowała marzenia. Wójcik dorosłej kadry nie zbawił, został skazany za korupcję.

Kapitanem olimpijczyków był 21-letni wtedy Jerzy Brzęczek, nazywany przez kolegów „Papieżem”. Wygadany, bystry przywódca. 19 maja 1992 roku, czyli jeszcze przed igrzyskami w Barcelonie, Brzęczek zadebiutował w dorosłej reprezentacji Polski. I wypadł znakomicie. Polska pokonała na wyjeździe Austrię 4:2 w meczu towarzyskim, zaledwie 12 dni po tym, jak poległa w starciu ze Szwedami 0:5.

Przed startem eliminacji mistrzostw świata w USA Roman Kosecki mówił: „My mamy naszego Brzęczka”, kiedy pytano go, co odmieni drużynę narodową po porażkach w kwalifikacjach do trzech poprzednich wielkich turniejów. Zaczęło się obiecująco: od zwycięstwa z Turcją i remisu w Rotterdamie z Holandią (2:2), gdzie zespół złożony ze starszych kadrowiczów i olimpijczyków stawił czoła Frankowi Rijkaardowi, Marco van Bastenowi i Dennisowi Bergkampowi. To był legendarny pojedynek lat 90., w którym bramki zdobyli koledzy Brzęczka - olimpijczycy Marek Koźmiński i Wojciech Kowalczyk. Gwiazdą wieczoru był też nieżyjący już Włodzimierz Smolarek, piłkarz z poprzedniej epoki, medalista mundialu w Hiszpanii, który dał wtedy wspaniałą zmianę.

Ale dla olimpijczyków przygoda z dorosłą kadrą była jednak kompletnie nieudana. Brzęczek zagrał w niej 42 razy, zdobył cztery bramki, był kapitanem, ale na wielki turniej nigdy nie pojechał. W klubie z wyższej półki też nie zaistniał, robił karierę w Austrii, z roczną przerwą na grę w Izraelu. Jako trener ma doświadczenie wyłącznie ze słabszych zespołów polskiej ligi: Rakowa Częstochowa, GKS Katowice, w ekstraklasie pracował w Lechii Gdańsk i ostatnio w Wiśle Płock. Dlatego jego powołanie na selekcjonera reprezentacji Polski może się wydać tak zaskakujące.

Brzęczek odegrał kapitalną rolę w wychowaniu swojego siostrzeńca Kuby Błaszczykowskiego po tragedii rodzinnej, w której 11-latek stracił rodziców.

Co z tego wszystkiego wynika? Nic pewnego. Czy to właściwy człowiek, by podnieść drużynę narodową po porażce w Rosji? Niestety, szybko się przekonamy. Pierwszy mecz, jaki zagrają Polacy, to będzie starcie z Włochami o punkty w Lidze Narodów. Brzęczek z marszu musi wskoczyć na najwyższe obroty: 7 września rosyjski mundial będzie już odległą przeszłością.

Zbigniew Boniek ryzykuje, tak jak z Nawałką, którego doceniono za pracę w Górniku Zabrze, gdzie sukcesy zaczęły się od awansu do ekstraklasy, a skończyły na utrzymaniu. Nazwisko Brzęczek jeszcze mniej mówi ludziom spoza środowiska, dla nich to co najwyżej wujek Błaszczykowskiego. Dla wspólnego dobra wypada jednak wierzyć, że pseudonim "Papież" okaże się choć odrobinę trafiony.

wtorek, 10 lipca 2018

Rosyjski mundial przyniósł klęskę drużyn południowoamerykańskich. W półfinałach nie ma przedstawiciela kontynentu, który wydał tyle pokoleń artystów piłki. Czy to koniec wojny światów?

- Trudno będzie znaleźć w sobie siły, by w ogóle wrócić do gry w piłkę - wyznanie 26-letniego Neymara pokazuje skalę frustracji jaką przeżyli na mundialu w Rosji piłkarze Brazylii. O kibicach nie wspominając. W jednej chwili największy idol torcidy, zmienił się w kozła ofiarnego. W ankiecie portalu Globoesporte głosowało 300 tys ludzi, z czego aż 56 proc uznało, że za ćwierćfinałowy mecz z Belgią Neymar zasłużył na ocenę naganną.

Nastroje mogły być inne, gdyby w doliczonym czasie gry Thibaut Courtois nie zatrzymał piłki po wspaniałym uderzeniu gracza Paris Saint Germain. Belg spisał się jednak fenomenalnie i klęska pięciokrotnych mistrzów świata stała się faktem. „Canarinhos” byli ostatnim zespołem z Ameryki Płd, który odpadł z turnieju w Rosji.

W żałobie pogrążył się cały kontynent - nacje, które przez dziesięciolecia opierały się hegemonii Europy.

Część komentatorów nie widzi w tym nowej tendencji. Przecież z 21 turniejów o piłkarskie mistrzostwo świata, w pięciu giganci ze Starego Kontynentu nie wpuścili nikogo do strefy medalowej. Zaczęło się w 1934 roku, gdy w półfinałach rywalizowały: III Rzesza, Czechosłowacja, Włochy i Austria. Powtórzyło się to w 1966 w Anglii, w 1982 w Hiszpanii, w 2006 w Niemczech i w Rosji.

Większość ekspertów uważa jednak, że to co się dzieje z Latynosami jest ponurym znakiem naszych czasów. Młodzi geniusze z Brazylii, Argentyny, czy Urugwaju tak szybko emigrują do lig europejskich, że trudno ich uznać za klasyczny produkt szkolenia latynoskiego. Diego Maradona wyjechał do Barcelony mając 22 lata. Leo Messi zrobił to jako 13-latek. Obaj są gigantami argentyńskiej i światowej piłki, ale wobec tego drugiego kibice Albicelestes są zdecydowanie bardziej zdystansowani.

Mistrz świata z 1986 roku Jorge Valdano lubi patrzeć na futbol z filozoficznego dystansu. Uważa, że zapaść ekonomiczną w Argentynie i jej skutki: z wzrostem przestępczości i chaosu społecznego, można wyczytać ze sposobu gry drużyny narodowej. Valdano opowiada, że w jego dzieciństwie chłopcy zabijali się za piłką na ulicach miast i miasteczek, z miłości do gry. I dopiero potem pojawiała się myśl, że przez futbol można wyciągnąć rodzinę z biedy. - Dziś obsesja zwyciężania, którą zarazili się działacze, trenerzy, piłkarze i ich agenci, niszczy talent - mówi Valdano. - Nikt już w Argentynie nie słucha Menottiego - dodaje w rozmowie z „El Pais”. 80-letni dziś Cesar Luis Menotti zdobył dla Argentyny pierwszy tytuł mistrza świata (1978 rok) i wciąż romantycznie powtarza, że styl gry to najwyższa wartość, którą trzeba przedkładać nawet nad wynik. Przed mundialem w Rosji pytano Menottiego o szanse drużyn południowoamerykańskich. Nie wymienił Argentyny. Powiedział, że to może być turniej Neymara. Stało się inaczej.

Neymar doznał w Rosji nie tylko porażki na boisku, ale też klęski wizerunkowej. Najdroższego piłkarza świata wyśmiewały miliony fanów za histeryczne zachowania po starciach z rywalami. Teatralne pady przysłoniły kunszt gracza, który uosabiał to co najlepsze w piłce latynoskiej. A przecież miał być poetą boiska, spadkobiercą Ronaldo i Ronaldinho.

Tostao, kolega króla Pelego, mistrz świata z 1970 roku, przekonuje, że Brazylia nie jest już krajem, gdzie gra w piłkę jest przejawem radości. - Zawodnicy nie tańczą samby na boisku. To się skończyło bezpowrotnie - mówi. Bogowie piłki wymarli? - Trafia się u nas czasem piłkarz wyjątkowy jak Neymar, ale większość to przeciętniacy - twierdzi Tostao. - To samo w Argentynie, gdzie Messiego otaczają gracze poprawni. Posyłamy na mundiale dobre drużyny, ale daleko im do wybitności. Dlatego porażki Brazylii i Argentyny nikogo już nie szokują. To się bierze z kryzysu szkolenia w całej Ameryce Płd - kończy.

Według Valdano wszystkich drużyn południowoamerykańskich nie da się jednak wrzucić do jednego worka. - Urugwaj grał dobrze, nie zdradził swojego stylu, swojej tradycji i tożsamości - przekonuje.

Najbardziej dręczące jest jednak pytanie o przyszłość. Skoro futbol latynoski upodabnia się do europejskiego, wtapia się w niego, to co nas czeka na kolejnych mundialach? Liczyliśmy raczej, że do europejsko-południowoamerykańskiej wymiany ciosów włączy się Afryka, ale w Rosji żaden jej przedstawiciel nie wychylił nosa z grupy.

Historia mistrzostw świata to nieustanne ścieranie się stylów, tradycji, filozofii. Taktyki, dyscypliny, pragmatyzmu europejskiego z talentem, techniką i polotem Latynosów. Stereotypy? Może, ale czyniące futbol bogatym i różnorodnym. Starcie światów co cztery lata napędzało futbol. Ostateczne zwycięstwo jednej ze stron, zwiastowałoby kryzys spektaklu, którym żyjemy już niemal 90 lat.

piątek, 06 lipca 2018

Zdaniem mediów hiszpańskich i włoskich to już przesądzone. Od nowego sezonu 33-letni Cristiano Ronaldo będzie grał w Juventusie Turyn. Kwota transferu 100 mln euro.

Hszpański dziennik „Marca” opisuje spotkanie agenta Ronaldo Jorge Mendesa z Jose Angelem Sanchezem, prawą ręką Florentino Pereza, prezesa Realu. Odbyło się we wtorkowy wieczór, obie strony uzgodniły warunki na jakich Portugalczyk opuści Madryt. Podobno Mendes zapewnił, że mistrz Włoch jest gotowy zapłacić za 33-latka 100 mln euro. Załatwienie sprawy ma być kwestią godzin, najwyżej dwóch dni.

Jeśli to prawda, CR7 przeniesie się do Turynu. Wśród plotek i przecieków jest nawet zdjęcie koszulki Ronaldo, jaką założy w Juventusie. Oczywiście z magicznym numerem 7.

Prasa włoska spekuluje, że ten transfer będzie kosztował Juventus około 400 mln euro, biorąc pod uwagę również pensję piłkarza i prowizje. Ronaldo zarabia w Realu 23 mln euro rocznie (netto) i od dwóch lat nie może doprosić się o podwyżkę. Dlatego zdecydował się odejść, o czym mówił już w szatni po zwycięstwie nad Liverpoolem w finale Ligi Mistrzów. Portugalczyk użył wtedy wobec Realu czasu przeszłego i wywołał burzę. Uważano, że to fatalny moment na takie deklaracje. Potem, gdy zespół świętował z kibicami zdobycie trofeum, ci skandowali „Ronaldo zostań z nami”. Obiecał, że zostanie. Ale bez przekonania. Uważa, że nie jest tak doceniany jak na przykład drugi z pięciokrotnych laureatów Złotej Piłki Leo Messi w Barcelonie.

Jeśli chodzi o Juventus to najwięcej zarabia w nim trener Massimiliano Allegri - 8 mln euro rocznie (netto), dwaj Argentyńczycy Gonzalo Higuain i Paulo Dybala o pół miliona mniej. Klub z Turynu będzie musiał zrobić wyjątek dla Portugalczyka. Wprowadzić komin w swojej siatce płac. Czy to się opłaci?

Taka bomba transferowa uruchomi gigantyczne pieniądze. Ale najdroższym graczem w swojej historii Juventus uczyni piłkarza, który w lutym skończy 34 lata. Ronaldo to najdroższa marka w futbolu. Podpisze kontrakt w Turynie na cztery lata, czyli wypełni go w 37. roku życia. Czy jeszcze raz okaże się żyłą złota?

Dla Realu nią był. Przez 9 sezonów, w których zdobył 451 bramek. Kiedy latem 2008 roku wracający do Realu Perez płacił za niego 96 mln euro, wydawało się, że ten rekord transferowy przetrwa dekady. Tak naprawdę transfer CR7 wynegocjował już poprzedni prezes królewskiego klubu Ramon Calderon, umowa, którą podpisał 23-letni Portugalczyk została ujawniona pół roku później. Na jego prezentacji w Madrycie padł rekord frekwencji, nie pobity do dziś. Trybuny Santuago Bernabeu zgromadziły 80 tys ludzi, więcej niż w Neapolu, gdzie witano Diego Maradonę w 1984 roku. Ronaldo przedstawiał kibicom Perez razem z nieżyjącym już Alfredo di Stefano prezesem honorowym klubu. I zawsze powtarzał, że traktuje CR7 jako symbol klubu. Za deklaracjami stały jednak zawsze twarde negocjacje. Na starcie Ronaldo zarabiał 13 mln euro za sezon, potem dostawał podwyżki, ale nie astronomiczne. Stąd słynne stwierdzenie „jestem smutny”, które wywołało tyle zamieszania kilka lat temu. Wtedy po raz pierwszy mówiło się, że Ronaldo opuści Madryt.

Z początku jego strzeleckie rekordy nie przekładały się na tytuły dla Realu. Zmieniło to ostatnie pięć lat, w których królewski zespół cztery razy wygrał Ligę Mistrzów, a Ronaldo zdobywał tytuł króla strzelców rozgrywek. Dziś może czuć się piłkarzem absolutnie spełnionym. Gonił Messiego w liczbie Złotych Piłek i dogonił, a na koniec roku może nawet przegonić.

Portugalczyk ma podpisany kontrakt z Realem do 2021 roku. Z klauzulą odejścia miliard euro. Oczywiście to kwota zaporowa. Królewscy żądają 10 razy mniej, co i tak jest sumą astronomiczną.

Florentino Perez chce, by odejście Ronaldo odbyło się z honorami, bez kłótni, w atmosferze pożegnania legendy klubu. Rzeczywiście niewielu graczy zrobiło dla Realu aż tyle. A może CR7 jest nawet numerem 1 w historii Królewskich?

W tle nieporozumień Ronaldo z prezesem Realu są sprawy podatkowe. Hiszpański fiskus domaga się od piłkarza 14,7 mln euro za ukrywanie dochodów z tytułu praw do wizerunku. Piłkarz temu zaprzecza. Twierdzi, że podatkami zajmują się jego prawnicy, a oni postępowali zgodnie z prawem. Podobno Ronaldo ma żal do władz Realu, że nie stanęły w jego obronie. Dlatego już latem ubiegłego roku, gdy CR7 z reprezentacją Portugalii była w Rosji na Pucharze Konfederacji, prasa portugalska donosiła, że postanowił nie wracać do Hiszpanii, bo jest tam prześladowany. Wtedy skończyło się na pogłoskach. Ale dziś sprawa transferu wygląda zdecydowanie bardziej konkretnie.

14 miesięcy temu Real i Juventus spotkały się w finale Ligi Mistrzów. Ronaldo był gwiazdą wieczoru, zdobył dwa gole. W minionym sezonie Królewscy pokonali mistrza Włoch w ćwierćfinale, a CR7 znów był największym bohaterem. Jego gol zdobyty przewrotką w Turynie olśnił Europę. Z pewnością szefowie Juve mają dość powodów by doceniać Portugalczyka. Dzięki zatrudnieniu go, medialnie włoski klub osiągnie wyższy poziom.

wtorek, 03 lipca 2018

Kto by przypuszczał, że tak ekstremalnych emocji jest w stanie dostarczyć zespół, który ma na sumieniu kompromitującą końcówkę meczu z Polakami. Zrehabilitowana Japonia przebyła w starciu przeciw Belgii drogę z nieba do piekła.

Roberto Martinez promieniał. Swoją pomeczową tyradę przepełniony radością i dumą trener Belgii zaczął od hołdu dla Japończyków. - Grali wspaniale, byli perfekcyjne zorganizowali, włożyli w mecz całe serce, zmuszając nas do wysiłku ekstremalnego - mówił. Chwała zwyciężonym i chwała zwycięzcom.

45-letni Hiszpan nie przyznał, że stracił nadzieję. Do 68. minuty jego zespół przegrywał 0:2. Wtedy stało się coś niewiarygodnego. Będący z lewej strony pola karnego obrońca Jan Vertonghen chciał zgrać piłkę głową do środka, ale uderzył tak, że spadła za kołnierz Eiji Kawashimy jednego z najlepszych bramkarzy na mundialu w Rosji. To pierwszy gol w historii mistrzostw świata po główce z odległości przekraczającej 20 m.

Ale to był dopiero zwiastun emocji, które nadciągały nad stadion w Rostowie nad Donem. Belgijski trener może czuć reżyserem wydarzeń. W 65. min przy stanie 0:2 dokonał desperackiej, ale i brawurowej podwójnej zmiany, wprowadzając do gry Marouane’a Fellainiego oraz Nacera Chandliego. Obaj mieli zostać bohaterami gry o ćwierćfinał.

Martinez to wygnaniec z Hiszpanii. Odrzut, który jako piłkarz ratował karierę w niższych ligach angielskich. W 2005 roku kibice Wigan wybrali go na najlepszego gracza w historii klubu. W Swansea dorobił się opaski kapitana pomagając ratować walijski zespół przed utratą statusu zawodowego. Awansował z nim do trzeciej ligi. W 2007 roku wracał do Swansea by pełnić rolę grającego trenera. Dwa lata później walijski klub z sześcioma Hiszpanami w składzie otarł się o awans do Premier League. Martinez i tak tam trafił, zatrudnił go Wigan. A po spadku Everton, gdzie okazał się trenerem światowej klasy. 3 sierpnia 2016 roku po klęsce Belgii w ćwierćfinale Euro 2016, Martinez zastąpił Marca Wilmotsa. Kto jak nie on miał wydobyć maksimum z zespołu o tak gigantycznym potencjale?

Mecz z Japonią był wielkim testem charakteru dla Belgów. Martinez zwracał na to uwagę. W ćwierćfinale Euro 2016 Belgowie prowadzili z Walią, ale rozsypali się psychicznie i przegrali. W Rosji było odwrotnie. W 74. min Fellaini doprowadził do remisu, w swoim stylu. Mierzący 194 cm piłkarz wyskoczył ponad obrońców Japonii i zdobył gola głową. Właśnie na to liczył Martinez wpuszczając go na boisko.

Gdy dobiegał końca czwarta doliczona minuta gry, Japończycy mieli rzut rożny. Piłkę złapał bramkarz Thibault Courtois rozpoczynając kontrę, która trwała 8 sekund. Wystarczyło, by Chandli wbił piłkę do bramki Kawashimy po raz trzeci, wysyłając Japończyków do domu. Bez dogrywki.

To pierwszy przypadek od legendarnego starcia Niemcy - Anglia w ćwierćfinale mundialu 1970 roku, kiedy zespół, który przegrywa 0:2 odwraca losy rywalizacji i awansuje. 48 lat temu zrobili to Niemcy w Nuevo Leon. Do 68. minuty przegrywali dwoma golami z broniącymi tytułu Anglikami. Tyle, że zespół Helmuta Schoena potrzebował dogrywki i bramki Gerda Muellera w 108. min. Belgowie zmieścili się w czasie podstawowym.

Drużyna Martineza zmierzy się w ćwierćfinale z Brazylią. I to będzie ostateczny test dla Belgów. Japończycy pożegnali Rosję załamani, ale z podniesioną głową. To co zrobili w końcówce przegranego 0:1 meczu z Polakami w grupie, wzbudziło powszechny niesmak. Nie próbowali atakować, wiedząc, że minimalna porażka daje im 1/8 finału, bo w tym samym czasie Kolumbia wygrywa z Senegalem 1:0. Prawo gry z Belgami zdobyli dzięki nowemu przepisowi, zdecydowała mniejsza liczba żółtych kartek niż mieli Senegalczycy. W boju o ćwierćfinał Japonia zatarła tamte złe wspomnienia grając z Belgią cudowny futbol.

Martinez jest ostatnim przedstawicielem piłki hiszpańskiej w Rosji. Geniusze z „La Roja” po kompromitacji z gospodarzami turnieju, są już na smutnych urlopach.

poniedziałek, 02 lipca 2018

120 minut monotonnej gry na Łużnikach to było sportowe samobójstwo drużyny pełnej piłkarzy o nieprzeciętnych umiejętnościach. Reprezentacja Hiszpanii zawstydziła samą siebie.

Dla 34-letniego Andresa Iniesty ostatnie miesiące są nieustannym emocjonalnym rollercosterem. Nie tylko ze względu na życiową decyzję, że po 22 latach czas odejść z Barcelony. W klubowym archiwum pozostawia 32 trofea, ale przede wszystkim legendarnego gola na Stamford Bridge w półfinale Ligi Mistrzów 2009 roku, kiedy grająca w dziesiątkę zjawiskowa drużyna Pepa Guardioli była o włos od porażki z Chelsea. 9 lat później pożegnanie z rozgrywkami, które wyniosły Iniestę na szczyt okazało się dramatyczne. W kwietniu wsparty o daszek ławki dla rezerwowych patrzył jak jego drużyna traciła trzeciego gola na stadionie olimpijskim w Rzymie i sensacyjnie przepada w ćwierćfinale z Romą. Nie tak to miało wyglądać.

Te same słowa Iniesta powtarza teraz. W drużynie narodowej zagrał 131 razy, szczyt osiągnął w 2010 roku naznaczając go najważniejszym golem w historii „La Roja” - w finale mundialu w RPA z Holandią. W Rosji miał zagrać w kadrze ostatni raz, ale wierzył, że nie będzie to starcie o ćwierćfinał z gospodarzami. Selekcjoner Fernando Hierro posadził go na ławce, by w drugiej połowie starzejący się geniusz odmienił losy rywalizacji. Pożegnanie z reprezentacją przerodziło się jednak dla Andresa w kolejną traumę. Nie tak miało być.

Współczucie dla Iniesty nie jest jednak w hiszpańskich mediach tematem przewodnim. Dominuje rozczarowanie, bezradność, a nawet wstyd za sposób gry jaki „La Roja” zaprezentowała się w Rosji. Już mecze grupowe z Iranem i Marokiem wywołały w Hiszpanach wielką obawę. Młody gracz Realu Madryt Marco Asensio dziwił się nawet, że drużyna wygrała grupę, a media i kibice reagują jakby została skazana na powrót do domu. Nie czuł, że bierze udział w sportowej agonii odwleczonej o 120 minut rywalizacji z Rosją.

W maju minęło sześć lat hegemonii hiszpańskiej w Lidze Mistrzów. W półfinałach 2013 roku ostatni raz Barcelona i Real Madryt poległy z Bayernem Monachium i Borussią Dortmund. Od tamtej pory uszaty puchar zamieszkał w Hiszpanii na stałe. Drużyna Fernando Hierro pełna była graczy, którzy tak jak Iniesta Ligę Mistrzów wygrywali nawet po cztery razy. Asensio i Isco to wschodzące gwiazdy światowego futbolu, z grupy tak utalentowanych i znakomicie wyszkolonych graczy powstał zespół grający futbol wręcz ohydny: jałowy, powolny, nudny, pozbawiony odwagi, minimum ryzyka. Hiszpania, która w latach 2008-2012 była synonimem tego co w futbolu najpiękniejsze, odpadła z mistrzostw w Rosji i nikt za nią nie zatęskni. Nawet za Iniestą.

Rosjanie pokazali co prawda grę toporną, defensywną, ale pełną pasji i serca do walki. Ile można wymagać od graczy Stanisława Czerczesowa, którzy są w europejskiej piłce prowincjuszami. Tymczasem Hiszpanie o dumnie brzmiących nazwiskach jak ćma dążyli do samozagłady. Bijąc rekordy całkowicie bezproduktywnych podań (1114). Symbolem poziomu, na który stoczyła się „La Roja” w Rosji był David de Gea, uważany za najlepszego bramkarza świata. Obronił w mistrzostwach zaledwie jeden strzał, puścił sześć goli. W serii jedenastek z gospodarzami, czyli rosyjskiej ruletce na Łużnikach w Moskwie, absolutnie niczego nie zrobił dla drużyny.

Co na to selekcjoner Hierro? Powiedział, że jest zadowolony z wyników, bo jego zespół ani razu nie schodził z boiska pokonany. Hiszpanie nie przegrali w tych mistrzostwach ani razu, ale się skompromitowali.

Rosjanie nigdy jeszcze nie pokonali „La Roja”, ale są w ćwierćfinale. „Hiszpania cofa się o dekadę” - ogłosił „El Pais”. Przez 10 lat była drużyną wyjątkową, chwilami wręcz grała zjawiskowo, teraz maleje do przeciętniaka.

Prasa hiszpańska najłagodniej oceniła graczy rezerwowych Iago Aspasa (Celta Vigo) i Rodrigo Moreno (Valencia), którzy nieśmiało wcisnęli się do kadry zdominowanej przez gwiazdy Realu, Barcelony, Atletico. Zbyt wielu z nich nie dawało w Rosji oznak życia. Dziennik „El Pais” komentuje, że na mundialu zespół uległ stopniowemu rozkładowi, korozji, rozpoczętej kuriozalną sytuacją ze zmianą selekcjonera na 48 godzin przed pierwszym meczem. Potem z dnia na dzień było gorzej. Aż do katastrofy na Łużnikach.

Przekreślił marzenia Argentyny właściwie w pojedynkę. Kylian Mbappe jest najmłodszym piłkarzem od czasów Pelego, który zdobył dwa gole w meczu play off mistrzostw świata.

To co się stało w 11. minucie gry wywołało szok u 43 milionów Argentyńczyków. Włącznie z tymi jedenastoma na boisku w Kazaniu, którzy przegapili odpowiedni moment, by faulować. Mbappe ma opinię jednego z najszybszych graczy na świecie, nikt się jednak nie spodziewał, że gdy włączy turbodoładowanie 70 m pokona z piłką przy nodze w 8 sekund. Powalił go dopiero Marcos Rojo. W polu karnym. Jedenastkę wykorzystał Antoine Griezmann.

Akcja przypomniała najpiękniejszego gola, jakiego zdobył Brazylijczyk Ronaldo, w meczu Barcelony z Compostellą 22 lata temu. Didier Deschamps skrzywił się tylko na takie porównanie. - Brazylijczyk był mistrzem świata, Kylian dopiero zaczyna. Może jest nawet szybszy, ale potrzebuje więcej miejsca do gry. Ronaldo robił z piłką cuda na dwóch metrach - skomentował trener Francuzów.

Dziennikarzy nie zniechęciło to kolejnych porównań. Mbappe ma 19 lat i jest najmłodszym piłkarzem, który zdobył dwie bramki w meczu play off mundialu od sześciu dekad. 24 czerwca 1958 roku 17-letni Pele wbił hat-tricka w półfinale mistrzostw w Szwecji. Ofiarą nastolatka byli Francuzi z supersnajperem Justem Fontaine i przywódcą drużyny Raymondem Kopą. Pięć dni później Pele poprawił dwoma bramkami w zwycięskim finale ze Szwecją. Tak zaczęła się kariera „Króla Futbolu”.

- Porównanie do Pelego to dla mnie honor, ale to był jednak piłkarz z innej planety - mówił Mbappe zaraz po tym jak niemal w pojedynkę rozbił reprezentację Argentyny w 1/8 finału mistrzostw w Rosji. Schody dopiero się zaczynają. W ćwierćfinale czeka Urugwaj - absolutni mistrzowie gry obronnej. Stoperzy Diego Godin i Jose Gimenez dopuścili do straty zaledwie jednej bramki przez 360 minut tych mistrzostw. Ale Urusi mają też najlepszą parę napastników na turnieju w Rosji. Luis Suarez i Edinson Cavani dokonują rzeczy wielkich. Nikt nie może mieć pewności, czy będą to mistrzostwa Mbappe.

Jorge Sampaoli pytany jaki był jego pomysł na nastolatka z Francji, rozłożył ręce. - Plany trenerów walą się w gryzy, gdy piłkarz o takich możliwościach, ma taki wieczór jak dziś - powiedział trener Argentyny. Numer 10, który w przeszłości nosili na plecach Michel Platini i Zinedine Zidane, nie ciąży Kylianowi. Do wielkich wyzwań szybko się przyzwyczaja.

W grudniu 2015 roku miał 16 lat i 347 dni, gdy zadebiutował w lidze francuskiej. Poprawiał wyczyn Thierry’ego Henry’ego, który pierwszy ligowy mecz z Monaco zagrał w wieku 21 lat. Pierwszą bramkę Kylian zdobył w lutym 2016 (17 lat, 62 dni) wymazując z tabel kolejny rekord Henry’ego. Z pochodzenia jest Kameruńczykiem, urodził się w Paryżu, grał w reprezentacjach Francji do lat 17 i 19. Z tą drugą zdobył mistrzostwo Europy, był drugim strzelcem turnieju. Mając 18 lat i 95 dni zagrał w pierwszej drużynie powołany przez Deschampsa. W spotkaniu z Luksemburgiem w marcu 2017 roku zmienił Dimitriego Payeta w 78. min. Wtedy nosił na plecach numer 12. Zaledwie kilka miesięcy później PSG zapłaciło za niego 180 mln euro.

Dziś ma już trzy bramki w finałach mistrzostw świata. I dwie nagrody dla gracza meczu rosyjskiego turnieju. Jeśli nastolatek potrafił wysłać do domu Leo Messiego, trudno przypuszczać, by na tym się skończyło.

niedziela, 01 lipca 2018

Rozstali się z mundialem tego samego dnia, a widoki, że marzenie spełni się kiedykolwiek spadły w okolice zera. To symboliczny zmierzch ery Leo Messiego i Cristiano Ronaldo?

Łzy CR7 po porażce z Urugwajem były przejawem złości w takim samym stopniu jak bezsilności. Show skradł mu Edinson Cavani, tak jak cztery godziny wcześniej Messi okazał się bezsilny wobec eksplozji Kyliana Mbappe. Od czasów Pelego sześć dekad temu żaden nastolatek nie błysnął w tak olśniewający sposób w mistrzostwach świata. Wszystkie media donoszą o narodzinach gwiazdy.

Przez 90 minut meczu z Argentyną Mbappe dokonał czegoś, co Messiemu i Ronaldo się nie udało - zdobył bramki w fazie pucharowej mundialu. Portugalczyk swoją najwspanialszą przygodę z mistrzostwami przeżył w debiucie w 2006 roku. Drużyna dotarła do strefy medalowej zatrzymana przez Francję, na koniec był przegrany mecz z Niemcami o brązowy medal. 21-latek miał prawo wierzyć, że ciąg dalszy nastąpi.

Dziś wie, że mundial jest imprezą kapryśną, z której nie potrafił wyszarpać nic godnego swojego statusu. Podczas mistrzostw w Katarze będzie się zbliżał do 38. urodzin. I choć chwali się stanem swoich mięśni, bardzo mało prawdopodobne, by przetrwały tak długo.

Po porażce z Urugwajem zasugerował, że opuści drużynę narodową, choć trener Fernando Santos twierdzi, że wciąż go potrzebuje. Pobił wszystkie rekordy: w 154 meczach kadry dla kadry zdobył 85 bramek, jest mistrzem Europy, ale medalu mistrzostw świata i tytułu króla strzelców wciąż może zazdrościć Eusebio.

W Portugalii nigdy nie było kłopotów z ich porównywaniem. Eusebio, kiedy jeszcze żył, odnosił się do CR7 jak do syna.

Messi wciąż bezskutecznie gonił za Maradoną - choć i on w drużynie narodowej bił rekordy (128 meczów, 65 bramek). Najbliżej był 4 lata temu, ale Albicelestes przegrali dramatyczny finał z Niemcami. Ale to nie był turniej Leo, grał dobrze, strzelał bramki w każdym meczu grupowym, ale do legendy Maradony z Meksyku się nie zbliżył.

Z Messim część Argentyńczyków zawsze miała problem, podejrzewając, że mieszkający w Barcelonie od 18 lat piłkarz nie potrafi walczyć za rodzinne barwy z całą mocą. Nazywali go „Pecho frio”, czyli „zimne piersi” lub „zimne serce”. Skryty, małomówny, zamknięty w sobie chłopak przekonywał ich tylko wtedy, gdy wygrywał. Maradona do dziś mdleje, szaleje, wychodzi z siebie na trybunach - skrajne reakcje wobec narodowych barw są dla Argentyńczyków bardziej czytelne.

Podczas mundialu w Katarze Messi będzie miał 35 lat. Ale już dziś jest dość przesłanek by twierdzić, że w reprezentacji więcej nie zagra. Dotarł z nią do czterech finałów (trzy razy w Copa America, raz na mundialu), wszystkie przegrał. Ile razy można zaczynać od nowa?

Aż trudno uwierzyć, ale być może pożegnanie Messiego i Ronaldo odbyło się tego samego dnia - 30 czerwca 2018 roku. Porażka na mundialu nie pozbawia CR7 szans na szósty tytuł piłkarza roku. W Lidze Mistrzów zdobył z Realem trzeci kolejny tytuł, podkreślając go szóstą koroną króla strzelców. Nie wiadomo jednak czego jeszcze dokona Mbappe w Rosji. Być może to właśnie w tym roku Złotą Piłkę zgarnie ktoś trzeci. Kiedyś to się stać musi.

W 2010 roku mistrzami świata zostali Hiszpanie a Złotą Piłkę dostał Messi. W 2014 najlepsi w Brazylii byli Niemcy, a piłkarzem roku został Ronaldo. Ale wtedy formuła plebiscytu była inna. Dominowały głosy kapitanów i selekcjonerów narodowych drużyn. Teraz dziennikarze zagłosują na Mbappe, jeśli tylko da im dość powodów.

Od dekady wyścig Messiego i CR7 śledziły miliony ludzi. Czegoś podobnego nigdy nie było. Pobili wiele rekordów, zdobyli tony trofeów, przekraczali granice, ale ten najbardziej pożądany triumf wyślizgnął im się z rąk. W 1/8 finału mundialu w Rosji połączyła ich niewidzialna nić nieszczęścia. W reprezentacji nic tego już raczej nie odwróci.

sobota, 30 czerwca 2018

Czy drugie życie Argentyny potrwa dłużej niż 90, góra 120 minut? Rozhisteryzowanych wicemistrzów świata zmierzy w sobotę w Kazaniu chłodna Francja, która nie porywa nawet swoich kibiców.

Aż trudno uwierzyć, że po jedynym tytule mistrzów świata zdobytym dla Francji przez pokolenie Zinedine’a Zidane’a, na Polach Elizejskich w Paryżu świętowało 1,5 mln ludzi. Więcej niż po kapitulacji hitlerowskich Niemiec. Na co dzień fani „Trójkolorowych” traktują jednak drużynę narodową dość oschle. Do Rosji za zespołem Didiera Deschampsa pojechało raptem 2 tys rodaków. Mimo iż uchodzi on za jednego z faworytów.

W meczu grupowym Francuzi zupełnie zniknęli w tłumie znacznie biedniejszych Peruwiańczyków, który do Rosji musieli przebyć kilkanaście tysięcy kilometrów. I przyjąć porażkę 0:1.

Argentyńczycy są na przeciwnym biegunie wobec Francuzów. Nie ma na świecie nacji tak oszalałej na punkcie drużyny narodowej. Kraj pogrążony w głębokim kryzysie przeżył podczas rosyjskich mistrzostw drogę do piekła i z powrotem. Nastraszeni remisem z Islandią, w którym Leo Messi nie strzelił karnego, rozbici przez Chorwatów (0:3), dobijani przez Nigerię do 85. minuty (1:1).

Ale zwycięski gol obrońcy Marcosa Rojo znów rzucił sfrustrowanych fanów Albicelestes do stóp piłkarzy Jorge Sampaolego. Selekcjonera, którego media argentyńskie okrzyknęły największym nieudacznikiem jaki kiedykolwiek prowadził drużynę. Prasa informowała, że Sampaolego już właściwie nie ma, skład na Nigerię miała ustalić rada drużyny.

Histeryczne reakcje Diego Maradony, który podczas meczu z Nigerią zasłabł, a po golu Rojo wykonywał obsceniczne gesty wobec kibiców rywali, to najlepsze podsumowanie stanu ducha 43-milionowego kraju. Argentyńczycy patrzą jak męczy się na boisku Messi, jak nieporadni i sparaliżowani presją są otaczający go piłkarze. Jak zdesperowany Sampaoli co rusz zmienia skład i taktykę, a potem ogłasza, że pobłądził, bo gracze go nie zrozumieli.

Tego wszystkiego Argentyńczycy nie przyjmują do wiadomości. Zaraz po szczęśliwym awansie do 1/8 finału tysiące ludzi oblegało biura podróży, by za kosmiczne kwoty wybrać się w trwającą co najmniej dobę podróż do Kazania. To nic, że inflacja w kraju osiągnęła właśnie tegoroczne apogeum, to nic, że ukochana drużyna może wytrwać w turnieju zaledwie 90 minut, a fazę grupową zakończyła z ujemnym bilansem bramkowym. Trzeba ją wesprzeć za wszelką cenę.

Jakie argumenty mają Argentyńczycy? Messi? 31-letni geniusz pojawia się i znika. Gra w tym turnieju słabo, ale jego nagłą eksplozję w starciu z Francuzami trudno wykluczyć. I na to liczy cała Argentyna, mimo słabej pomocy, dziurawej obrony i zielonego bramkarza. 32-letni Franco Armani w 1/8 finału zagra zaledwie drugi raz w reprezentacji. Sampaoli raz stawia w ataku na Higuaina, raz na Kuna Aguero, z Francją napastnika Juventusu ma zastąpić skrzydłowy Christian Pavon. I to ma być tajna broń?

Być może sytuacja Francji nie byłaby wcale lepsza, gdyby nie spokój, a wręcz obojętność, które ją otaczającą. Deschamps ma najdroższą kadrę na mundialu. Trzech graczy: Pogba (Manchester United), Mbappe (PSG) i Dembele (Barcelona) kosztowało 450 mln euro. Barcelona miała dać za Griezmanna 100 mln, ale warty znacznie więcej Francuz zdecydował się zostać w Atletico Madryt.

Indywidualne możliwości Francuzów przyprawiają o zawrót głowy. Tworzą jednak drużynę, która w Rosji nie porwała nikogo. Wygrała grupę, ale uciułała ledwie trzy bramki, w tym jedna samobójcza zdobyta przez obrońcę Australii. As „Trójkolorowych” Griezmann, król strzelców ostatniego Euro, zdobył w Rosji jednego gola – z karnego. Dawał mniej oznak życia niż Messi, a zawiedziony Deschamps zdejmował go z boiska przed końcem gry.

Nieobliczalny Dembele stracił miejsce w składzie. Środkowy napastnik Oliver Giroud wygląda na zagubionego na tym poziomie. Słabo spisują się boczni obrońcy, toteż ofensywa Francji spoczywa na barkach nastoletniego Mbappe.

Znacznie lepiej jest w obronie. Defensywny pomocnik Chelsea N’Golo Kante to gracz z napędem atomowym. Trudno sobie wyobrazić jak Argentyna miałaby sforsować jego, Pogbę i parę stoperów Varane – Umtiti. Czy wzniosą oni przed bramką Hugo Llorisa ścianę płaczu dla Messiego?

Pięciokrotny laureat Złotej Piłki musiałby błysnąć geniuszem. Jeśli to się nie zdarzy, drugie życie Albicelestes w tych mistrzostwach nie potrwa dłużej niż 120 minut. Czy warto wydać majątek, pokonać 14 tys. km z Buenos Aires do Kazania? Warto jeśli się jest wyznawcą reprezentacji Argentyny. Francja na takie uwielbienie dopiero pracuje.

Na ostatnim treningu przed wylotem do Kazania drużyna Sampaolego ćwiczyła rzuty karne.

Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac