blog Darka Wołowskiego
RSS
czwartek, 07 grudnia 2017

Wielka passa została przerwana, marzenie wciąż niespełnione. Czy sensacyjna porażka w fazie grupowej Ligi Mistrzów może oznaczać, że Atletico Madryt traci kontakt z europejską czołówką?

Podobno Antoine Griezmann zrezygnował latem z kosmicznego kontraktu w Manchesterze United, by dać sobie i Atletico ostatnią szansę. Ukarany zakazem transferów klub z Madrytu nie byłby w stanie załatać wyrwy w składzie po Francuzie. Atletico zrobiło z Griezmanna gracza światowej klasy, więc napastnik uważa, że jest mu coś winien. Przenosiny na nowiutki stadion Wanda Metropolitano mogący pomieścić prawie 70 tys ludzi, budziły u „Colchoneros” dodatkowe nadzieje.

Charyzmatyczny trener Diego Simeone wymógł na szefach klubu, by zainwestowali w przyszłość. Od stycznia 2018 roku, kiedy kara FIFA przestanie obowiązywać, kadra Atletico zostanie wzmocniona przez dwóch reprezentantów Hiszpanii: skrzydłowego Vitolo i środkowego napastnika Diego Costę. Pierwszy kosztował 35,5 mln euro, drugi aż 55 mln dzięki czemu został najdroższym graczem w historii Atletico. - Tak mocnej drużyny ten klub jeszcze nigdy nie miał - ogłosił Simeone.

Nic w tym zaskakującego, że właśnie teraz Atletico chciało wyleczyć swój najgłębszy kompleks. Zdobyć wreszcie tytuł najlepszej drużyny Europy, by zapomnieć o traumie trzech porażek w finale. Pierwsza w 1974 roku z legendarnym Luisem Aragonesem w składzie, po powtórzonym meczu z Bayernem Monachium. Druga w 2014 roku, gdy po dogrywce w Lizbonie lepszy okazał się Real Madryt. Trzecia sprzed półtora roku z San Siro - Królewscy wygrali z Atletico loterię rzutów karnych. Załamany Simeone chciał wtedy opuścić Madryt. Przekonano go, by został i doprowadził misję do końca.

Real okazał się katem Atletico w poprzednich czterech sezonach LM. Drużyna Simeone wygrywała z Barceloną, z Bayernem, a z wielkim sąsiadem nie mogła. Regularnie ogrywała go w lidze hiszpańskiej, ale w Champions League nie doszło do przełamania. I w tym sezonie nie dojdzie, bo Atletico niespodziewanie przepadło w fazie grupowej. W dodatku nie pokpiło szans w starciu z Romą, ani Chelsea, ale z Azerami z Karabachu z Jakubem Rzeźniczakiem w składzie. Dwa remisy z outsiderem kosztowały Atletico awans do 1/8 finału. Wiosną, już z Vitolo i Diego Costą, drużyna Simeone powalczy w Lidze Europy. „Oby te rozgrywki nie okazały się dla Atletico gówniane” - napisał ostro madrycki dziennik „Marca”. Rozczarowanie jest gigantyczne, chodzi o drużynę, która w ostatnich czterech latach w Lidze Mistrzów ustępowała jedynie Realowi ich trzykrotnemu zwycięzcy.

Dwa finały, półfinał i ćwierćfinał - tak wyglądają dokonania Atletico. Zespół poległ w fazie grupowej akurat, gdy miał wykonać kolejny krok do przodu. Skutki są trudne do ustalenia. Na pewno straty finansowe. Może nadchodzącego lata nie uda się już utrzymać Griezmanna? Albo Yannicka Carrasco, czy Saula Nigueza. Simeone też jest kuszony przez najbogatsze kluby Europy. Atletico do biedaków nie należy, ale ma znacznie mniejsze możliwości finansowe niż wielcy rywale z Wysp, Real, Barcelona, czy PSG.

Być może więc na naszych oczach odbywa się zmierzch drużyny, której gra wywoływała w Europie tak gigantyczne kontrowersje. W Hiszpanii Atletico rozbiło nudny duopol Barcelony i Realu. W Lidze Mistrzów dokonywało rzeczy wielkich. W stylu, który nie wszystkich zachwycał: bazującym na żelaznej defensywie, kontratakach i walce wręcz. Drużynę Simeone nazywano ironicznie „Kanibalami” uprawiającymi futbol z epoki kamienia łupanego. Ale pewien trener z ligi meksykańskiej natchnięty przykładem Simeone nakazał swoim graczom założyć maski wilków na trening, by na boisku zachowywali się jak sfora. W wyzwaniu, które Atletico rzuciło utartej hierarchii europejskiego futbolu, było coś magnetycznego.

Teraz wiosną zagra w Lidze Europy, w rozgrywkach, w których Simeone rozpoczął swój triumfalny marsz w 2012 roku. Dostał drużynę całkowicie rozbitą i kilka miesięcy później świętował po finale wygranym 3:0 z Athletic Bilbao. Wtedy zaczynała się wielka przygoda, teraz Liga Europy to dla Atletico zsyłka na peryferie. Czy szybko z nich wróci do Ligi Mistrzów, czy odbudowa zajmie więcej czasu? W lidze hiszpańskiej klub z Wanda Metropolitano jest w tabeli wyżej niż Real. Ale marzenia Simeone, jego piłkarzy i szefów klubu dotyczyły Champions League.

wtorek, 05 grudnia 2017

W bezbramkowym meczu z Athletic w Bilbao stoper Realu Madryt zobaczył 19. czerwoną kartkę, co jest rekordem ligi hiszpańskiej. Najlepsza drużyna świata pogrąża się w depresji razem ze swoim kapitanem.

„Minuta dziewięćdziesiąta i Ramos” - to określenie wymyślili dziennikarze na cześć kapitana Królewskich. Swoimi brawurowymi szarżami w pole karne rywala stoper nieraz odwracał losy trudnych meczów. Ten najważniejszy to oczywiście finał Ligi Mistrzów z 2014 roku, gdy Real przegrywał z Atletico do 93. min. Wspaniała główka Ramosa dała mu dogrywkę. A potem zwycięstwo 4:1.

Powietrzne szarże obrońcy mierzącego 183 cm wzrostu stały się wizytówką klubu. A także całej europejskiej piłki w czasach dominacji Realu Madryt. Ramos zdobył bramkę także w finale Champions League w 2016 roku, z tym samym Atletico. Uratował remis dla Królewskich w 90. min ostatniego ligowego klasyku na Camp Nou. W sumie zdobył dla klubu aż 69 bramek z czego 49 w lidze hiszpańskiej, plus 13 dla reprezentacji kraju. Lista jego zasług jest wyjątkowa.

Ramos jest jednak jak Dr Jekyll i pan Hyde. Kiedy traci panowanie nad sobą, staje się innym piłkarzem.

Historia zaczyna się latem 2005 roku, kiedy 18-latek trafia do Realu z Sevilli za 27 mln euro i otrzymuje koszulkę z numerem 4 po legendarnym Fernando Hierro. Zanim Sergio zdobył pierwszą bramkę dla Królewskich w meczu Ligi Mistrzów z Olympiakosem w Pireusie, zobaczył pierwszą czerwoną kartkę w wyjazdowym spotkaniu ligowym z Espanyolem w Barcelonie. Ta niezwykła ambiwalencja trwa do dziś, najsłynniejszy wybryk Ramosa to czerwona kartka za bandycki atak na Leo Messiego w przegranym 0:5 klasyku z Barceloną w 2010 roku. W ogóle gra z rywalem z Katalonii wywołuje u kapitana Realu najwięcej złości, w „El Clasico” Ramos wylatywał z boiska czterokrotnie.

Kiedy w pierwszej kolejce tego sezonu Sergio dostał czerwoną kartkę w La Corunii, Zinedine Zidane stracił cierpliwość. - Zachowanie piłkarza, który osłabia drużynę nie podoba mi się bardzo, ale nie mam na nie wpływu - powiedział trener. Ramos wyrównał ligowy wynik największych brutali ligi hiszpańskiej Pablo Alfaro - grającego przez 15 lat kariery w sześciu klubach, najdłużej w Sevilli oraz Xaviego Aguado (Saragossa i Athletic Bilbao).

W sobotę Real szczególnie potrzebował lepszej wersji swojego kapitana. Kilka godzin przed tym, jak Królewscy wyszli na stadion San Mames w Bilbao, liderująca w tabeli Barcelona tylko zremisowała u siebie z Celtą Vigo (2:2). Była wielka okazja, by odrobić do niej dwa punkty i skrócić dystans do sześciu. Zwłaszcza, że Athletic przeżywa głęboki kryzys, trzy dni przed meczem z Realem przegrał w Pucharze Króla z trzecioligową Formenterą. Ale Królewscy męczyli się z Baskami okropnie. Ramos grał w specjalnej masce, chroniącej złamany nos w meczu derbowym z Atletico. Po nim zamieścił w mediach społecznościowych zdjęcie swojej pokiereszowanej twarzy z dopiskiem, że ofiara z krwi dla Realu to dla niego powód do dumy.

Na San Mames w Bilbao przy jednym z rzutów rożnych, ściągnął na chwilę maskę, by nie przeszkadzała mu w walce powietrznej. W 86. min, gdy kibice Realu oczekiwali, że jak już bywało Ramos wyręczy pudłującego Cristiano Ronaldo, kapitan uderzył łokciem Aritza Adiriza, dostał drugą żółtą kartkę i wyleciał z boiska. W ten sposób pobił zawstydzający rekord ligi - 19 czerwonych kartek. Do tego cztery w Lidze Mistrzów. Średnio jest wyrzucany z boiska co 22 mecze.

Bez Ramosa w końcówce meczu Real zdołał tylko obronić remis 0:0. I z wielkich nadziei zrodziła się wielka frustracja. Królewscy, najlepsza drużyna w Europie dwóch ostatnich lat i obrońca tytułu mistrzowskiego w Hiszpanii, mają dziś ogromne kłopoty ze zdobywaniem goli. Ronaldo strzelił w lidze zaledwie dwa! Jak na maszynę do zdobywania bramek to wynik szokujący. Karim Benzema ugrzązł w przeciętności, Gareth Bale jest notorycznie kontuzjowany. Real przyjął na etat osobnego fizjoterapeutę, który ma ratować karierę Walijczyka.

Na San Mames Królewscy wyszli dokładnie tym samym składem, co na wygrany 4:1 finał Ligi Mistrzów z Juventusem 182 dni wcześniej. - Ci sami, ale nie tacy sami - skomentował dziennik „Marca” pisząc o najgłębszym kryzysie drużyny odkąd Zidane stanął na jej czele.

poniedziałek, 04 grudnia 2017

Wielka namiętność, tragiczna przeszłość i duma ze współczesności. Piłkarska reprezentacja Kolumbii to dziś wizytówka kraju kawy.

W swojej „Przysiędze” Gabriel Garcia Marquez publicznie ogłosił nieodwracalne wstąpienie do świętego bractwa kibiców piłkarskich. Był 1950 rok, gdy jako 23-letni dziennikarz lokalnej prasy, wybrał się na mecz ukochanego Junior przeciw Millonarios z legendarnym Argentyńczykiem Alferedo di Stefano w składzie. Kolumbijski noblista wyznał, że podczas gry zmienił się w opętanego. Uwierało go tylko poczucie śmieszności. ”Właśnie wtedy nawróciłem się na tę niedzielną religię, którą jest piłka nożna” - napisał.

Niedzielna religia całej Ameryki Łacińskiej wymagała od swoich kolumbijskich wyznawców wrażliwości szczególnej i osobliwej. Ćwierć wieku temu trzeba było przymknąć oczy na skorumpowane rozgrywki utrzymywane i sterowane przez bosów narkotykowych. Słynny bramkarz kolumbijskiej kadry z tamtych lat Rene Higuita nazywany „Szaleńcem” został skazany na 7 miesięcy więzienia za udział w porwaniu córki Carlosa Moliny na zlecenie jego rywala w narkobiznesie Pablo Escobara. To uniemożliwiło Higuicie udział w mundialu w USA, na który Kolumbia jechała dokonać cudów, a przepadła w grupie, co obrońca Andres Escobar przypłacił życiem. Zamordowano go za to, że strzelił samobója w spotkaniu z gospodarzami.

W 1986 roku w jednym sezonie życie straciło aż sześciu działaczy kolumbijskich klubów, a trzech innych porwano. W listopadzie 1989 roku zamordowano sędziego Alvaro Ortegę za to, że nie uznał gola dla Atletico Nacional, ukochanego klubu Pablo Escobara. Rząd kolumbijski przerwał wtedy rozgrywki. Tajemnicą poliszynela było, że Pablo Escobar i inni szefowie karteli prali w futbolu miliony zarobione na narkotykach. Ale w sezonie śmierci Ortegi, Atletico wygrało Copa Libertadores, południowoamerykańską Ligę Mistrzów.

Wszystko to pokazuje skalę emocji i dramatu stojącego za religią futbolową Kolumbii. Dziś zapominanych, wraz z normalizacją sytuacji w kraju. Reprezentacja piłkarska to duma Kolumbijczyków. Byli głęboko wzburzeni, gdy trenerzy Realu Madryt sadzali na ławce Jamesa Rodrigueza. Został gwiazdą mundialu w Brazylii, poprowadził drużynę do ćwierćfinału, gdzie Kolumbia przegrała 1:2 z gospodarzami. Królewski klub wydał na niego 80 mln euro. Został wizytówką kraju jak gwiazda pop Shakira. Dziś próbuje się odbudować w Monachium, u boku Roberta Lewandowskiego. Ale wciąż walczy o miejsce w składzie Bayernu. Prasa kolumbijska cytowała twitta, z którym kapitan reprezentacji Polski zwrócił się po piątkowym losowaniu do lidera drużyny Jose Pekermana.

James to król strzelców mundialu w Brazylii i najskuteczniejszy piłkarz Kolumbii w eliminacjach MŚ 2018. Ale Argentyński trener pracujący z kadrą od stycznia 2012 roku, zabierze do Rosji odradzającego się Radamela Falcao, najlepszego strzelca w historii drużyny narodowej. Sukces w Brazylii nie był mu pisany, ze względu na ciężki uraz. Dziś odbudował się w Monaco, jest w tym sezonie wiceliderem strzelców Ligue 1. Z nim Kolumbia ma być jeszcze lepsza. O sile ofensywnej stanowi też Juan Cuadrado z Juventusu. Wschodząca gwiazda to Davinson Sanchez z Tottenhamu. Zespół gra najczęściej w ustawieniu 4-2-3-1. I jest jednym z najbardziej ofensywnych w Ameryce Płd. Ale w kwalifikacjach do MŚ w Rosji, choć osiągnął cel, nie olśniewał. Jego bilans to 7 zwycięstw, 6 remisów i 5 porażek. Bramki 21-19. Z Brazylią, Urugwajem i Argentyną, które wyprzedziły Kolumbię w tabeli, zdobyła zaledwie 2 pkt na 18 możliwych.

Ciekawostka? Podczas mundialu w Rosji drużyna Pekermana będzie stacjonował w Kazaniu, gdzie 24 czerwca zagra z Polakami. Trzy mecze fazy grupowej będą się wiązały z zaledwie 980 km przelotów. Kolumbia ma podróżować najmniej z 32 drużyn biorących udział w mistrzostwach. I to jej dodatkowy atut.

piątek, 01 grudnia 2017

Czy mundial w Rosji to odpowiednia chwila, by reprezentacja Polski przełamała swój angielski kompleks? Wygląda na to, jakby jedna i druga drużyna były na to gotowe.

Ostatni mecz w finałach mistrzostw świata piłkarze Peru zagrali z Polakami. I przegrali 1:5. Był 22 czerwca 1982 roku, dzięki graczom Antoniego Piechniczka pamiętam swoje 20. urodziny. Od tamtej pory Peruwiańczycy odbijali się od największej piłkarskiej imprezy, przegrywali kolejne eliminacje. Te do turnieju w Rosji też szły im wyjątkowo opornie, ale fantastyczny finisz zbiegł się z fatalną grą głównych rywali. Tak urodził się powrót na mundial po 36 latach. Dziś wśród drużyn z drugiego koszyka Peru jest najbardziej atrakcyjnym kąskiem, który każdy potentat będzie chciał rozerwać na strzępy.

Na przeciwnym biegunie są Hiszpanie - ich świat wynosi do roli faworyta całej imprezy. A przecież złote lata „La Roja” skończyły się w Brazylii. Potwierdził to odnowiony zespół, który przybył na francuskie Euro i zakończył je w 1/8 finału przegrywając z Włochami. Tymi samymi, co do Rosji w ogóle nie dojechali.

Może więc strach ma tylko wielkie oczy, może mieszanka piłkarzy Realu i Barcelony nie jest już tak wyborowa jak w latach 2008-2012? Ponad wszystko marzy mi się jednak starcie z Anglikami, z którymi Polacy nie wygrali od 1973 roku. Kryzys polskiej piłki potrafili wykorzystać bez litości: nasza kadra przegrywała z nimi na mundialu w Meksyku, a potem w eliminacjach MŚ we Włoszech, USA, Niemczech, i Brazylii. A także kwalifikacjach do Euro’92 i 2000. W sumie 15 meczów o punkty i ani jednego zwycięstwa Polski.

Podczas Euro 2016 pokolenie nowych angielskich gwiazd zweryfikowała Islandia dzięki sile charakteru i odwadze. Drużyna Adama Nawałki ma wszystko, by zrobić to samo. Hasło „Anglia” zawsze wywołuje złudzenie czegoś wielkiego, brytyjski futbol ligowy wciąż sztucznie nobilituje markę drużyny narodowej. Drużyny, która nie wygrała wielkiego turnieju od 1966 roku.

Trzeba się spieszyć, bo następne pokolenia Anglicy mają utalentowane. Są mistrzami świata do lat 17 i 20. Niech Polacy wykorzystają moment.

Wylosowanie Anglii z drugiego koszyka sprawiłoby uniknięcie Danii, Islandii i Szwecji z trzeciego oraz Serbii z czwartego. Nasza grupa mogłaby wyglądać tak: Polska, Anglia, Iran, Panama. Iran i Panama? Na wszelki wypadek, gdyby z Anglikami jednak się nie udało.

wtorek, 28 listopada 2017

Gol Leo Messiego, którego nie dostrzegł arbiter niedzielnego meczu Valencia - Barcelona (1:1), to kolejny dowód, że Primera Division jest zaściankiem sędziowskim.

Jedna z firm bukmacherskich, w dodatku od niedawna sponsorująca drużynę koszykarzy Realu Madryt, postanowiła bramkę Messiemu zaliczyć. Wypłaciła wygraną wszystkim tym, którzy w meczu na Estadio Mestalla postawili na remis, ale dodatkowo tym, którzy obstawiali wygraną Barcy 2:1.

Messiego to rzecz jasna nie pociesza, długo debatował z arbitrem o tym golu. Już go nawet świętował, gdy zorientował się, że Iglesias Villanueva go nie dostrzegł. W dodatku zaraz po tej akcji nastąpiła kontra Valencii, gracze Barcy byli tak zaaferowani protestami, że omal sami nie stracili bramki. I tak zamiast 1:0 dla nich, byłoby 0:1, ale włoski napastnik Valencii Zaza kopnął piłkę obok słupka.

Niemal wszyscy widzieli, jak w 30. minucie po strzale Argentyńczyka bramkarz Valencii Neto popełnia błąd, puszcza piłkę do bramki, by potem desperackim rzutem wygarnąć ją zza linii. - Wszyscy widzieli, poza tym, który powinien to widzieć - skomentował Andres Iniesta. Kapitan Barcelony nie mówił ani o antykatalońskich spiskach, ani słabości arbitrów, ale konieczności wykorzystania technologii VAR, czyli wideosędziowania. W takich przypadkach jest nieoceniony.

Liga hiszpańska jako jedyna z wielkich lig Europy nie używa ani VAR-u, ani GLT, czyli goal line technology do sprawdzenia czy piłka była w bramce, czy nie. Ma to wprowadzić od przyszłego sezonu. Od dawna zabiegała o to Barcelona, ale władze ligi i federacja tłumaczyły, że to drogo kosztuje (4 mln euro). Jak wiadomo poprzedni prezes federacji Angel Maria Villar, który rządził nią niemal trzy dekady, został aresztowany za korupcję. Szef ligi Javier Tebas zapewnił, że VAR zostanie wprowadzony w następnym sezonie, że wszyscy są za: i władze ligi i federacji i szefowie sędziów. - Gdybym was przekonywał, że gola Messiego nie widziałem, nazwalibyście mnie ślepcem - powiedział do dziennikarzy. Ale dodał, że w Hiszpanii zwlekano z VAR, bo wprowadzający go Włosi, Portugalczycy i Niemcy mieli kłopoty. Hiszpania postanowiła czekać, by ich uniknąć. - Nie sądzę, żebyśmy przez to zwlekanie wystawiali naszą ligę na pośmiewisko Europy - mówił Tebas. I dodał, iż liczy na to, że po korupcyjnym trzęsieniu ziemi federacja zacznie wreszcie działać normalnie.

Najbardziej kuriozalnie zabrzmiał jednak prezes hiszpańskich sędziów Victoriano Sanchez Arminio, który powiedział, że sędzia Iglesias Villanueva spisał się w niedzielny wieczór znakomicie. Popełnił zaledwie jeden błąd. - Wy to widzicie w telewizji, sędzia jest na boisku i widzieć tego nie musi. VAR? GLT? Trzeba wydać masę pieniędzy, by uniknąć sytuacji, która zdarza się raz, lub dwa razy w sezonie - tłumaczył.

Na braku VAR problem hiszpańskich sędziów się jednak nie kończy. Ich poziom od lat uchodzi za żenująco słaby w porównaniu z poziomem najlepszej ligi świata. Stąd o arbitrach w Hiszpanii mówi się na okrągło. Ziarno pada na żyzną glebę, bo nie ma kraju w Europie, gdzie spiskowa teoria futbolowych dziejów byłaby w takiej cenie jak w Hiszpanii. Niedawno Real Madryt ogłosił, że błędy sędziów zabrały mu w tym sezonie już 11 pkt! Gdyby nie one, drużyna z Santiago Bernabeu byłaby liderem ligi! To komunikat wyjątkowo kontrowersyjny, który wywołał burzę, bo zaraz media w Katalonii wyliczyły 32 przypadki, gdy sędziowie pomagali Królewskim, a szkodzili Barcelonie. Z kolei biedniejsi rywale Barcy i Realu są przekonani, że hiszpańscy arbitrzy sprzyjają gigantom.

Problem postanowił rozwiązać naukowiec z Autonomicznego Uniwersytetu w Madrycie, który za pomocą prostej teorii statystycznej wyliczył jaki wpływ mają błędy sędziów na układ tabeli. I wyszło mu, że bliski zeru! A więc to, co sądzi przeciętny hiszpański kibic, to mity?

poniedziałek, 27 listopada 2017

Tego podpisu i tego zdjęcia od miesięcy domagały się miliony kibiców Barcelony. Wśród nich słynny pieśniarz, poeta i aktor Joan Manuel Serrat, który napisał do władz klubu oraz piłkarza płomienny list. I w końcu jest. Nowy kontrakt do 2021 roku. Z roczną pensją 40 mln euro.

Leo Messi rozegrał to jak mistrz suspensu. Podpisy jego ojca Jorge oraz prezesa Josepa Marii Bartomeu widniały na jego nowej umowie z Barceloną od prawie pół roku. Nic one jednak nie znaczyły dopóki kontraktu nie podpisał sam piłkarz. Tymczasem 30-letni Argentyńczyk zwlekał i zwlekał. Taki stan to pożywka dla plotek i spekulacji. Czyżby Messi się wahał, czy ostatnich lat wielkiej kariery nie spędzić gdzie indziej?

Negocjacje trwały 12 miesięcy. Od grudnia 2016 roku, kiedy jego ojciec i agent spotkał się pierwszy raz w tej sprawie z Bartomeu. Już miesiąc wcześniej prezes Barcy ogłosił: - Przedłużyliśmy kontrakt z Neymarem, teraz czas na Messiego.

Dziś brzmi to ironicznie. Barcelona dała podwyżkę Neymarowi i podniosła w jego kontrakcie klauzulę wykupu do 222 mln euro. Wtedy wydawało się, że to kwota zaporowa, ale tego lata PSG obalił mit. Katalończycy stracili Brazylijczyka, co tylko spotęgowało poczucie, że przyszłość klubu zależy od negocjacji z Messim. On jest największym symbolem zespołu z Camp Nou.

Głos w sprawie zabierali wszyscy, choć podobno rozmowy kontraktowe przepływały bez zakłóceń. Czy chodziło o pieniądze? Na pewno w jakimś stopniu. W styczniu 2017 roku dyrektor wykonawczy Barcelony Oscar Grau powiedział publicznie, że w sprawie nowego kontraktu dla Messiego trzeba zachować zdrowy rozsądek. Wzburzyło to szatnię. Luis Suarez odpowiedział, że Leo to najlepszy piłkarz świata, a zadaniem klubu jest przedłużenie z nim umowy, a nie szukanie zdrowego rozsądku.

Tydzień temu nerwowo nie wytrzymał Joan Manuel Serrat - słynny pieśniarz, poeta i aktor kataloński. Niby Katalonia ma teraz poważniejsze problemy związane z próbami oderwania się od Hiszpanii, ale sprawa Messiego nie cierpiała zwłoki. Serrat napisał list otwarty w dzienniku „El Pais” przypominając szefom Barcy, że za 45 dni, czyli 1 stycznia 2018 roku Leo zyska prawo negocjowania z innymi klubami. Tłumaczył Bartomeu, że są piłkarze warci każdych pieniędzy. Przy okazji wspomniał o dyrektorach światowych banków zarabiających krocie, którzy zajmują się głównie sianiem społecznego chaosu, tymczasem Messi przepełnia radością serca milionów ludzi.

Na koniec Serrat przypomniał o Neymarze, którego Barcelona straciła. I zasugerował, że straty Messiego by nie przeżył.

Nie będzie musiał. W sobotę Leo złożył długo wyczekiwany podpis, a świat obiegło okolicznościowe zdjęcie. Będzie zarabiał 40 mln euro za sezon. Po doświadczeniach z Neymarem Barcelona podniosła klauzulę wykupu Argentyńczyka z 300 mln euro, do 700 mln. Messi związał się z klubem z Camp Nou do 34. roku życia. Co potem? Może spełni obietnicę, że skończy karierę tam gdzie zaczynał w Newell’s Old Boys z rodzinnego Rosario. Ale jego dom to Barcelona. Tak powiedział w sobotę, gdy pozował do zdjęć.

Dlaczego wybrał właśnie ten moment? Bo Barcelona osiąga teraz naprawdę dobre wyniki. Jest liderem ligi hiszpańskiej, wygrała grupę w Lidze Mistrzów i awansowała do 1/8 finału. Niedawno umowę z klubem przedłużył Andres Iniesta. Messi zdobył w tym sezonie 12 bramek w lidze i trzy w LM. Klub udowodnił mu, że wciąż ma pomysł i potencjał na to, by utrzymać się na szczycie. Na konferencji prasowej przed hitowym meczem z Valencią (1:1), trener Ernesto Valverde powiedział, że ten długo wyczekiwany podpis to dla Barcelony wielka nowina. Dodał jednak, że gdy patrzył z jakim zaangażowaniem Messi pracuje podczas meczów i treningów, nie miał cienia wątpliwości, że Argentyńczykowi nawet przez myśl nie przeszedł pomysł, by opuścić Camp Nou.

środa, 22 listopada 2017

We wtorek w Lidze Mistrzów horror z Liverpoolem (3:3) godny finału, w środę poruszająca informacja, że u trenera Eduardo Berizzo zdiagnozowano raka prostaty. Według słów swojego hymnu Sevilla nie poddaje się nigdy.

Berizzo szalał przy linii bocznej, jak najszczęśliwszy człowiek na ziemi. Cała jedenastka graczy Sevilli zbiegła do niego świętować gola Argentyńczyka Guido Pizarro już w doliczonym czasie gry. W twarzy Juergena Kloppa i kibiców Liverpoolu odbijało się najgłębsze zdumienie. Ich drużyna prowadziła do przerwy 3:0, a jednak nie zdołała utrzymać wyniku.

To był mecz tak dramatyczny jak legendarny finał Ligi Mistrzów w Stambule 12 lat temu. Wtedy Liverpool przegrywał z Milanem do przerwy 0:3 i wydawał się rozbity. Ale drużyna z Jerzym Dudkiem w bramce pokazała waleczne serce, odrobiła straty i zdobyła tytuł najlepszego klubu Europy po dogrywce i karnych.

We wtorek Liverpool przebył tę drogę w przeciwną stronę. Po pół godzinie gry prowadził na Ramos Sanchez Pizjuan 3:0. Roberto Firmino pozwolił sobie na gest, który poruszył i zabolał fanów gospodarzy do żywego. Gdy kopał piłkę do pustej bramki Sevilli odwrócił głowę. Gracze Sevilli odebrali to jak lekceważenie.

Rzadko się zdarza, by klub z Andaluzji przyćmił w mediach Real Madryt. We wtorek się udało, choć Królewscy wygrali 6:0 w Nikozji z Apoelem. Ale było to zwycięstwo pyrrusowe, i tak drużyna z Santiago Bernabeu jest druga w grupie za Tottenhamem. Tymczasem zespół z Ramon Sanchez Pizjuan dokonał małego, futbolowego cudu. Po kwadransie drugiej połowy było już tylko 3:2 dla gości z Anfield, bo do ich bramki dwa razy trafił Wissan Ben Yedder, chłopak z biednej rodziny, który chwali się niezachwianą wiarą w siebie. Francuza nie było już na boisku, gdy Sevilla wyrównała. Pizarro zdobył najważniejszego gola w karierze, a fragment hymnu Sevilli „Mówią, że nigdy się nie poddaje” przytaczają wszystkie hiszpańskie media. Włącznie z madryckimi, które sławią charakter zespołu Berrizo. Pisze on niezwykłą historię w europejskiej rywalizacji, gdy stał się hegemonem Ligi Europy (wygrał ją 5 razy w ostatnich 12 latach).

Gdy wybrzmiał gwizdek na przerwę z trybun rozległy się gwizdy. Kibice uznali, że 0:3 to wstyd. W przerwie w szatni Berizzo miał powiedzieć piłkarzom o swojej chorobie. Jest w klubie od czerwca, przyszedł z Celty, z którą dotarł do półfinału Ligi Europy. Na Ramon Sanchez Pizjuan zastąpił rodaka Jorge Sampaoliego (podjął się pracy w reprezentacji Argentyny). Ma 48 lat, karierę zaczynał w tym samym klubie co Leo Messi - Newell’s Old Boys, w czasach gdy zespół był na dnie. Uchodził za gracza wyjątkowo agresywnego, który gra na granicy reguł. I tak zagrała Sevilla w drugiej połowie meczu z Liverpoolem.

Remis 3:3 otwiera przez Sevillą drogę do wyjścia z grupy. Wystarczy remis w ostatnim meczu z nie walczącym już o nic słoweńskim NK Maribor. Liverpool, gdyby wygrał na Ramon Sanchez Pizjuan, miałby awans pewny i to z pierwszego miejsca, tymczasem teraz musi zdobyć co najmniej punkt podejmując na Anfield Spartaka Moskwa. Jeśli przegra, a Sevilla zremisuje w Mariborze, wszystkie trzy kluby walczące o awans będą miały taką samą liczbę punktów (9), ale Liverpool będzie miał z nich najgorszy bilans i zostanie zesłany do Ligi Europy.

- „Nigdy się nie poddaje” było lepsze od „Nigdy nie będziesz sam” - powiedział rozentuzjazmowany prezes Sevilli Jose Castro odnosząc się do hymnów obu klubów. - Przeżyliśmy na Ramon Sanchez Pizjuan kolejną magiczną noc - dodał.

Rano klub potwierdził przecieki medialne, że u Berizzo zdiagnozowano raka prostaty i że rozpoczyna leczenie. Pierwszy zareagował słynny Monchi, były dyrektor sportowy klubu, dziś pracujący w Romie. - Jesteś w najlepszym miejscu na świecie, żeby się nie poddawać i wygrać tę walkę - napisał na Twitterze. Słowa wsparcia płyną ze wszystkich strony, także od trenera Paris Saint Germain Unaia Emery’ego, który zdobywał z Sevillą Ligę Europy.

poniedziałek, 20 listopada 2017

BBC ma tyle samo bramek co Paulinho i dwa razy mniej niż Morata. Statystyka daje ogromne pole do popisu tym, którzy chcą uzasadnić kryzys Madrytu.

29-letni Paulinho przybywał do Barcelony z ligi chińskiej. Jego transfer kosztował 40 mln euro. Polski kibic pamiętał go z czasów gry w ŁKS, klub z Łodzi był za biedny by zrobić dobry interes na Brazylijczyku. Kibic Barcelony uważał, że to uwłacza klubowi. Jak można płacić fortunę za piłkarza, którego wyśmiewano w Tottenhamie? Dziś skruszony socio z Camp Nou pisze do Paulinho list ze słowami. „Przepraszamy. Nie zasłużyliśmy na ciebie”.

Brazylijczyk jest w Barcy tylko rezerwowym. Jego cztery bramki zdobyte w lidze nie są dla klubu żadnym zbawieniem. Ale zespół z Katalonii wyprzedza Real Madryt o 10 pkt, każdy pretekst jest więc dobry, by pokazać skalę upadku najlepszej drużyny w Europie.

Cristiano Ronaldo odebrał nagrodę UEFA i FIFA na gracza roku, za chwilę przyłączy się do nich France Football, który wciśnie Portugalczykowi piątą Złotą Piłkę. Tymczasem Paulinho ma od niego cztery razy więcej goli w lidze, sam zdobył tyle ile Bale, Benzema i CR7 wzięci razem. Taki Motara, sprzedany z Madrytu latem do Chelsea ma 8 goli w Premier League: dwa razy tyle co trio z Madrytu za które zapłacono 220 mln euro.

To co się dzieje jest skracaniem perspektywy do minut spędzonych na boisku. Nikogo już nie obchodzi, że Bale, Benzema i Ronaldo wygrali dla Realu trzy razy Champions League w ostatnich czterech latach. Każdy z nich miał w tym wielki udział, ale to nieistotne, liczy się tu i teraz, czyli porównanie do Moraty i Paulinho po 12 kolejkach ligi angielskiej i hiszpańskiej.

Real zdobył w tym sezonie o 12 goli mniej niż w poprzednim. CR7 nie jest już młodzieniaszkiem, Benzema też nie, a Bale to facet notorycznie leczący wszystkie możliwe urazy. Nie zmienia to faktu, że ani Morata, ani Paulinho, choć są dobrymi piłkarzami, nie dokonali aż tyle. Statystyka ma sens, gdy używamy jej z sensem. Ronaldo skazywano na emeryturę już kilka razy, zawsze z niej wracał. Ale pewnie kiedyś jednak nie wróci. Co nie zmieni faktu ile zdziałał w Madrycie.

Real wygrał dwa ostatnie sezony. Szybko znaleźli się jednak chętni, by pochować go teraz po 12 kolejkach ligi hiszpańskiej. A przecież tak niedawno w Superpucharze Hiszpanii wydawało się, że hierarchia w piłce wygląda zupełnie odwrotnie. Królewscy zapracowali na jakiś margines zaufania, tak jak ich trener, który dziś wydaje się niektórym średnio zdolnym figurantem. A niedawno twierdzili wręcz, że z CR7, Benzemą, Ronaldo, Ramosem, Modricem, Kroosem, Casemiro dwa Puchary Europy w 18 miesięcy wygrałby nawet przypadkowy przechodzeń spod Santiago Bernabeu.

Są teorie do których bardzo łatwo dobrać statystyki. Nic one nie będą warte, jeśli Zidane i Real ockną się w 13. kolejce ligi hiszpańskiej. Barcelona jedzie w niej na Estadio Mestalla. Jeśli przegra, to może się szybko okazać, że kosmiczny kryzys Realu i jego gwiazd jest śmiechu warty.

niedziela, 19 listopada 2017

Bezbramkowy remis w pierwszych derbach na Wanda Metropolitano sprawia, że oba madryckie kluby tracą do lidera z Camp Nou 10 pkt. Trudno uwierzyć jednak w rozstrzygnięcie po 12 kolejkach ligi hiszpańskiej.

Zinedine Zidane przypomina, że gdy w styczniu 2016 obejmował Real, strata do Barcelony też była ogromna. Finisz Królewskich był wtedy spektakularny, łącznie z triumfem na Camp Nou, ale tytuł z minimalną przewagą jednego punktu i tak zdobyli Katalończycy. Real odebrał im go przed rokiem, mimo porażki na Santiago Bernabeu i gorszego bilansu klasyków. Zidane ma wszelkie podstawy, by wierzyć w drużynę dysponującą potencjałem tak ogromnym, że jako pierwsza potrafiła obronić trofeum w erze Ligi Mistrzów. Spektakularne powroty Królewscy mają wpisane w DNA i choćby na to nie wyglądało są groźni dopóki tabela daje im choćby cień szansy. W 12 kolejkach tego sezonu stracili do Barcy 10 pkt, ale w teorii są w stanie je odrobić w czterech następnych meczach. A więc mogą być liderem jeszcze przed końcem jesiennej rundy rozgrywek. Tyle, że patrząc na ich formę, niewiele na to wskazuje.

Zidane wie, że margines błędu przepadł. W 12 meczach Barcelona straciła dwa punkty, grając tak dalej, pobije wszystkie historyczne rekordy. Tylko czy ta niezwykła efektywność Katalończyków jest do utrzymania? Drużyna Ernesto Valverde nie olśniewa, ale zmieniła się w maszynę do koszenia punktów. Kostropata gra skrojona na miarę obecnej formy i potencjału zespołu, bardzo Katalończykom służy. Choć już w następnym meczu jadą na Estadio Mestalla z jednym stoperem (Gerad Pique będzie pauzował za żółte kartki). A przecież Valencia to wicelider ligi, gra w tym sezonie rewelacyjnie.

Valverde został w środku defensywy Samuel Umtiti - najlepszy transfer Barcy ostatnich lat. Zaczyna przypominać Erica Abidala, który na Camp Nou naznaczył własną erę. Kto będzie tym drugim stoperem? Javier Mascherano jest kontuzjowany, wystawienie Thomasa Vermaelena to ekstremalne ryzyko.

Znakomite wyniki Katalończycy zawdzięczają motywacji. Lanie w Superpucharze Hiszpanii jakie dostali od Realu, wywołało właściwą reakcję. Jak widać łatwiej się czasem otrząsnąć po porażkach niż zwycięstwach. Być może Królewscy poczuli się za wcześnie panami Europy. Ale de facto nimi są, trudno więc mieć pretensje. Albo oprzytomnieją, albo latem na Santiago Bernabeu będą zmiany. A może wreszcie pojawi się tam Robert Lewandowski?

Dla Atletico derby to kolejny remis-porażka. Z wielkim rywalem, ale jednak. Diego Simeone omal nie dostał zawału serca, gdy w trzeciej minucie Correa był sam na sam z bramkarzem i kopnął niecelnie. Taki cios zadany Realowi na początku, miałby kolosalne znaczenie.

Drużyna Simeone poniosła w tym sezonie zaledwie jedną porażkę z Chelsea w Lidze Mistrzów, ale jej sytuacja jest zła. Na nieskutecznego Antoine’a Griezmanna sypią się gromy. W styczniu, gdy do drużyny dojdą reprezentanci Diego Costa i Vitolo, będzie już ona grała prawdopodobnie w Lidze Europy, bez szans na tytuł w Hiszpanii. A przecież argentyński trener Atletico mówił, że będzie miał wtedy najsilniejszą kadrę w dziejach klubu.

Sobotnie derby Madrytu nie były meczem spektakularnym: ale walki nie zabrakło, trup ścielił się gęsto. Sergio Rams zszedł w przerwie ze złamanym nosem po ciosie Lucasa. Media w Hiszpanii znów piszą o konieczności wprowadzenia VAR czyli wideoarbitra, bo sytuacji kontrowersyjnych było wiele. Real czuje się oszukany, jak zwykle w tym sezonie, gdy traci punkty. - Jesteś taki słaby - powiedział Isco do międzynarodowego arbitra Davida Fernandeza Borbalana.

Kłótnie w Madrycie nie zmieniają faktu, że Karim Benzema zaliczył kolejny słaby mecz i kibice Realu ostatecznie tracą do niego cierpliwość. Zmieniło go cudowne dziecko Marco Asensio, ale to było za mało na twardą defensywę Atletico. Tyle, że prasa hiszpańska uważa, że wystawianie Benzemy kosztem Asensio to niemal sabotaż.

Cristiano Ronaldo wciąż ma w lidze jedną bramkę, „Marca” informuje, że w Realu to kwestia „wagi państwowej”. Niedawno CR7 tak się zdenerwował, że założył się z kolegami, iż będzie jeszcze w tym sezonie królem strzelców Primera Division. Do Leo Messiego z Barcelony, lidera najskuteczniejszych, traci już jednak 11 bramek. Wyśmiewany po transferze za 40 mln defensywny pomocnik Barcy Paulinho (rezerwowy na CN) ma tyle samo goli w lidze, co cała madrycka BBC.

poniedziałek, 13 listopada 2017

Uwięziony w strefie Concacaf nie porzuca mocarstwowych ambicji. Meksyk skrywa być może jedną z najdziwniejszych tajemnic światowej piłki. Dziś gra sparing z Polakami.

Tak samo jak Robert Lewandowski, najbardziej znany meksykański piłkarz Chicharito Hernandez nie zagra w Gdańsku z powodu urazu mięśniowego. Kolumbijczyk Juan Carlos Osorio podobnie do Adama Nawałki da szansę dublerom. Polacy nie wygrali z Meksykanami od mundialu w 1978 roku, gdy bramki zdobyli Zbigniew Boniek (dwie) i Kazimierz Deyna.

- Niektórzy nazwą mnie głupcem, albo szaleńcem, ale my do Rosji pojedziemy po tytuł mistrza świata - powiedział niedawno Andres Guardado. W piątek 31-letni piłkarz Betisu Sewilla zdobył gola z karnego w towarzyskim meczu z Belgią w Barukseli. Meksykanie zremisowali 3:3, choć piąta drużyna rankingu FIFA wystawiła najmocniejszy skład z Romelu Lukaku (Manchester United), Edenem Hazardem (Chelsea) i Kevinem de Bruyne (Manchester City) w ataku. Hazard zdobył gola, Lukaku dwa, Meksykanie odpowiedzieli bramkami Guardado i Hirvinga Lozano (PSV Eindhoven).

Guardado, dziś kapitan Meksyku zagrał w reprezentacji 143. spotkanie, niedawno wyprzedził legendarnego Rafaela Marqueza (141), który dwa razy wygrywał Ligę Mistrzów z Barceloną.

Kariera Guardado jest dość typowa dla jego kraju - gdy wystrzelił jako wielki talent, interesował się nim sam Real Madryt. Skończyło się na transferze za 7 mln euro do Deportivo la Coruna i przez dekadę gry w Europie: w Hiszpanii, Holandii i Niemczech nadzieja meksykańskiej piłki ugrzęzła w przeciętności. Tak samo jak Carlos Vela, bohater zwycięskiego dla Meksyku mundialu do lat 17 w 2005 roku. Albo bracia Giovani i Jonathan dos Santosowie, kiedyś wschodzące gwiazdy Barcelony, dziś dożywający swoich dni w Los Angeles Galaxy w amerykańskiej lidze MLS.

Całemu meksykańskiemu futbolowi można by dać tytuł „Niespełnienie”. Z dwoma wyjątkami. Hugo Sanchez i Rafael Marquez wspięli się na futbolowy szczyt z Realem i Barceloną. Ten drugi był kapitanem Meksyku na czterech mundialach (w Korei i Japonii, Niemczech, RPA, Brazylii). Ostatnio wybuchł skandal, gdy został oskarżony o kontakty z mafią narkotykową.

Fikołki Hugo Sancheza, którymi świętował swoje spektakularne gole dla Królewskich zdobywane często strzałem przewrotką, były synonimem najwyższego kunsztu na przełomie lat 80. tych i 90-tych. W książce „Blaski i cienie futbolu” Urugwajczyk Eduardo Galeano opisał historię jak podczas wojny domowej w Jugosławii nazwisko Sancheza uratowało dwóch meksykańskich dziennikarzy aresztowanych w Sarajewie. Żołnierze mierzyli do nich z karabinów maszynowych, gdy ich dowódca spojrzał w paszporty i wykrzyknął „Hugo Sanchez”. Ale miłość Sancheza i Meksyku nie należała do łatwych, zagrał w kadrze tylko 58 razy zdobywając 29 goli. Kulminacją był meksykański mundial w 1986 roku, gdy reszta kadrowiczów ogłosiła, że gwiazdora Realu w drużynie narodowej nie potrzebuje.

Ostatecznie zagrał, ale zdobył tylko jedną bramkę. Gospodarze dotarli do ćwierćfinału, gdzie zderzyli się z Niemcami. W 65. min Thomas Berthold dostał czerwoną kartkę i przez 35 minut Meksykanie nacierali w przewadze. Ale po bezbramkowym meczu historyczna szansa przedarcia się do strefy medalowej przepadła w serii rzutów karnych. Bo odporność psychiczna to od pokoleń pięta achillesowa Meksykanów.

Wystarczy przywołać mundial w Brazylii sprzed trzech lat, gdy w batalii o ćwierćfinał aż do 88. minuty Meksyk prowadził z Holandią 1:0. Ale zdążył stracić dwie bramki, drugą w czwartej minucie doliczonego czasu, po wyjątkowo wątpliwym karnym. Holendrzy pognali potem po medal, a 125 milionów Meksykanów znów pogrążyło się w zbiorowej depresji. Fatum jakieś? Na szóstym kolejnym turnieju o mistrzostwo świata drużyna narodowa Meksyku odpadała w 1/8 finału.

Jak wyjaśnić taką serię? Przecież biorąc pod uwagę potencjał: liczbę ludności i wielką popularność piłki, Meksyk powinien być co najmniej trzecią siłą Ameryki po Brazylii i Argentynie. Ale wciąż tkwi w izolacji w strefie Concacaf, gdzie jego rywalami są USA, Honduras, Gwatemala, Kostaryka, czy Panama. To prawda, że w 1993 roku Conmebol zaprosił Meksykanów do udziału w Copa America, gdzie z marszu, jeszcze z Hugo Sanchezem dotarli do finału, by ulec Argentynie 1:2. Ale, choć trudno to zrozumieć, mistrzostwa Ameryki wciąż są dla działaczy meksykańskich imprezą drugiej kategorii, czasem wysyłali na nie drugą reprezentację, lub młodzież, by pierwsza drużyna rywalizowała o Złoty Puchar Concacaf - imprezę prestiżową wyłącznie w Ameryce Środkowej.

Liga meksykańska jest bogata, piłkarze niechętnie z niej wyjeżdżają, nawet do Europy. A najsilniejsze meksykańskie kluby nie rywalizują w Copa Libertadores, bo grają w czymś tak egzotycznym jak Concachampions, czyli Lidze Mistrzów strefy Concacaf.

Izolacja tłumaczy wszystko? A może trzeba sięgnąć do korzeni cywilizacji. W ruinach Teotihuacan pod miastem Meksyk, Chichen Itza na Jukatanie czy Palenque w Chiapas zobaczyć można resztki boisk do gry w pelotę (czyli piłkę). To była gra rytualna, po której czasem składano ofiary z graczy. Starożytni Meksykanie (Majowie, Aztekowie i inni) byli katastrofistami, wierzyli, że świat zmierza ku nieuchronnej zagładzie. I tak katastrofa futbolowa spotyka Meksykanów do dziś, raz na cztery lata, gdy drużyna narodowa jedzie po tytuł mistrza świata, a wraca po pierwszym meczu fazy pucharowej.

Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac