blog Darka Wołowskiego
RSS
wtorek, 30 października 2018

Julen Lopetegui został zwolniony z funkcji trenera Realu Madryt. Tymczasowo zastąpi go Santiago Solari, a potem Antonio Conte lub Roberto Martinez.

- Kochany Julenie, dziś wracasz do domu - mówił 14 czerwca na prezentacji nowego trenera prezes Realu Florentino Perez. Lopetegui odpowiedział, że wczoraj był jego najgorszy dzień w życiu, dziś jest najlepszy. Słowa trenera dotyczyły skandalu wokół jego pożegnania z reprezentacją Hiszpanii. Gdy prezes federacji Luis Rubiales dowiedział się, że Lopetegui zgodził się zastąpić w Realu Zinedine’a Zidane’a, odwołał go z funkcji selekcjonera La Roja na 48 godzin przed pierwszym meczem rosyjskiego mundialu z Portugalią. Perez skomentował, że prezes federacji zareagował w sposób przesadny i nieadekwatny do sytuacji. Jego zdaniem klub poinformował o planach swoich i Lopeteguiego przed mundialem, żeby uniknąć przecieków podczas turnieju, które mogłyby szkodzić drużynie narodowej. Nie wszystkich oczywiście przekonał ten argument.

Na prezentacji Lopeteguiemu przypomniano momenty, gdy w latach 1988-1991 bronił bramki Realu Madryt, a wcześniej przez trzy lata grał w drugim zespole, tak zwanej Castilli. Jako trener Lopetegui odnosił sukcesy z młodzieżowymi reprezentacjami Hiszpanii, by po Euro 2016 zająć miejsce Vicente del Bosque w kadrze A. Jest człowiekiem spokojnym, ugodowym, potrafiącym dogadać się z piłkarzami, ale według relacji hiszpańskiej prasy, nigdy nie był faworytem prezesa, który wolał by Zidane’a zastąpili Joachim Loew (reprezentacja Niemiec), Mauricio Pochettino (Tottenham), Juergen Klopp (Liverpool) lub Massimo Allegri (Juventus). Wszyscy byli i są zajęci.

Ostatnio na liście Pereza pozostały dwa nazwiska zwolnionego z Chelsea Antonio Conte i pracującego w Manchesterze United Jose Mourinho. Obaj uchodzą za despotów, którzy rządzą szatnią twardą ręką. Perez czekał aż United zwolni Mourinho osiągającego z klubem z Old Trafford słabe wyniki. Ale się nie doczekał. Pozostał Conte, wszystko wskazywało na Włocha. Do poniedziałku, kiedy negocjacje się skomplikowały.

Po klęsce w klasyku z Barceloną 1:5 Lopetegui pożegnał się z piłkarzami już na Camp Nou. Na wszelki wypadek. O dziwo poprowadził poniedziałkowy trening, ale wieczorem zarząd klubu miał przegłosować jego zwolnienie. Co do tego wszystkie media były zgodne. Co prawda gracze Realu go lubili, ale nie obronili odpowiednimi wynikami.

Dlatego Perez, który latem słuchał jeszcze sugestii kapitana Sergio Ramosa, teraz postanowił działać sam, postawić na trenera z twardą ręką.

- Autorytet się zdobywa, a nie narzuca - powiedział Ramos pytany o Conte. Dzienniki „Marca” i „As” przypomniały, że zatrudnienie Włocha utrudni negocjacje z Edenem Hazardem. Belg marzy od dziecka o grze w Realu, ale z Conte pracować nie chce. Miał go przez dwa lata w Chelsea i w drugim sezonie doszło do konfliktu. Poza tym włoski trener to zwolennik catenaccio, stylu defensywnego, nie pasującego ani do Hazarda, ani do Realu Madryt. Wątpliwości jest więc sporo.

Gracze Realu mają informacje o Conte z pierwszej ręki. Ich koledzy z kadry Alvaro Morata, Cesc Fabregas, Pedro i Cesar Azpiliqueta pracowali z nim w Chelsea. Napastnik Diego Costa opuścił Stamford Bridge ze względu na konflikt z Włochem. Dziś gra w Atletico.

Lopetegui wytrwał w Realu cztery miesiące. Choć nie brakuje głosów, że trener jest tylko jednym z kilku winnych kryzysu. Królewscy sprzedali tego lata Cristiano Ronaldo (w wywiadzie dla „France Football” powiedział, że Perez przestał go traktować jak niezbędnego) i nie kupili nikogo poza bramkarzem Thibaultem Courtoisem. Gole, które zdobywał Portugalczyk, mieli strzelać inni. Isco i Asensio - młode gwiazdy kadry Hiszpanii, lub doświadczeni Karim Benzema i Gareth Bale. Perez najbardziej liczył na tego ostatniego. Walijczyk zdobył dwie bramki w wygranym kilka miesięcy temu finale Ligi Mistrzów z Liverpoolem. Drużyna Ronaldo miała się zmienić w zespół Bale’a. Walijczyk popadł w kryzys, na Camp Nou wypadł fatalnie. Porażka z Barceloną boli, strata do Katalończyków w lidze wzrosła do 7 pkt. Real jest dziewiąty w tabeli, dlatego potrzebny był jakiś drastyczny ruch. W takiej sytuacji najłatwiej zwolnić trenera, choćby piłkarze brali na siebie część winy.

Kilka dni przed meczem z Barceloną Isco powiedział: „Jeśli chcecie usunąć trenera, to powinniście wyrzucić nas wszystkich”. I rzeczywiście Real zaprezentował się na Camp Nou tak, jakby nie dawał sobie nadziei. Varane, Ramos, Modric, Kroos, Benzema, Bale wszyscy są bez formy. - Ten sezon to katastrofa, gramy fatalnie - powiedział Casemiro, na co Ramos odpowiedział mu, że nie czas na tak ostre słowa. Kryzys przejściowy, czy po czterech triumfach w ostatnich pięciu sezonach Ligi Mistrzów gwiazdorzy się wypalili?

Może twarda ręka Conte zdoła odmienić zespół rozbitków? Alternatywą jest spokojny i bardzo dobry szkoleniowiec Roberto Martinez. Hiszpan zbudował swoją markę w angielskiej Premier League, w Rosji poprowadził Belgów do medalu mistrzostw świata. Jego kandydaturę lansował w poniedziałek Jorge Valdano, kiedyś trener i dyrektor w królewskim klubie.

niedziela, 28 października 2018

Po klęsce Realu na Camp Nou zadaję sobie pytanie, czy ta Barcelona jest tak mocna, czy jedna z najlepszych drużyn w historii kompletnie się wyczerpała?

„Isco miał rację. Trzeba ich wyrzucić wszystkich” - dziennik „Marca” cytuje takiego mema jednego z fanów. Rzeczywiście kilka dni temu pomocnik Realu powiedział, że ci, którzy żądają dymisji trenera, równie dobrze mogą domagać się wyrzucenia piłkarzy. Pamięć kibica jest krótka, nikt na Santiago Bernabeu nie chce żyć czterema triumfami w Champions League. A przecież jeszcze przed chwilą gracze Realu objęli panowanie nad reprezentacją Hiszpanii. Isco, Asensio to miała być przyszłość i nadzieja nie tylko Królewskich, ale całego kraju. Garetha Bale’a kreowano  na lidera ataku, wreszcie wydobywał się z obezwładniającego cienia CR7.

Wszystko miało wyglądać inaczej. Przecież start w Lidze Mistrzów Real miał znakomity. Pobił Romę 3:0 wyglądając wciąż na wielką drużynę. Marcelo, Ramos, Modric, Kroos sprawiali wrażenie graczy, którzy nie stracili entuzjazmu do wspólnej gry. Po tylu sukcesach. Kryzys czaił się jednak za rogiem. Na Camp Nou Real nie przegrał od 2015 roku. To był idealny moment i miejsce na przełamanie. Stratę do Barcelony można było zredukować do punktu. Ale tak słabo, bez sił, środków i pomysłów Królewscy nie zaprezentowali się przez ostatnie kilka lat.

Trudno zrzucać winę wyłącznie na brak CR7. Może na chwilę, a może na zawsze wyczerpała się energia tej grupy. Modric jest cieniem siebie, ale młodszy nie będzie. Ramos też nie. Varane płaci za sukces na mundialu. Real czeka zmiana trenera, tylko co ona może dać? Trzy lata temu Perez postawił na Zizou i to był strzał genialny. Ale wtedy szatnia Królewskich była głodna sukcesu. Gracze trzydziestoletni w sile wieku musieli się kiedyś wypalić.

Ciekawe czy ten Real da się odbudować. Przecież przed klasykiem fani Barcy martwili się o skuteczność Luisa Suareza. To już też nie młodzik i każdy kolejny kryzys, lub kryzysik skłania do pytań, czy się nie wystrzelał? W klasyku zaliczył hat-tricka. I dziś jest najlepszą dziewiątką w futbolu. Ale sezon trwa. Barcelona zafundowała sobie dziś ogromny zastrzyk optymizmu, ale wciąż jest daleko od celu. Bez Messiego pokonać Real aż 5:1. A przecież nie tak dawno męczyła się ze słabeuszami zaliczając cztery ligowe mecze bez zwycięstwa.

piątek, 26 października 2018

- To nam tylko dobrze zrobi - powiedział przewrotnie Diego Simeone po najwyższej porażce Atletico Madryt od kiedy został jego trenerem. Borussia Dortmund znów błyszczy w Europie.

Łukasz Piszczek biegał i walczył 90 minut, co pod koniec pierwszej połowy nie było tak oczywiste, gdy francuski mistrz świata Thomas Lemar brutalnie zaatakował Polaka i dostał żółtą kartkę. Prawy obrońca Borussii kończył mecz z raną pod okiem.

Żółte tornado na Signal Iduna Park dopiero się rozkręcało. Odnowiona Borussia zaczęła sezon fenomenalnie, jest liderem Bundesligi ze średnią bramek 3,4 na mecz, w Lidze Mistrzów jej bilans jest tak samo imponujący: trzy zwycięstwa z różnicą goli 8-0.

Połowę z tych bramek wbiła drużynie chlubiącej się najlepszą defensywą w klubowej piłce.

Atletico przybyło do Dortmundu spokojne, że harce młodych graczy Luciena Favre uda się mu zamrozić. Do drużyny wracał po kontuzji wielki wojownik Diego Costa, co według słów trenera, znacząco miało podnieść morale. Co prawda Simeone stracił z powodu urazu stopera Jose Gimeneza, ale defensywa Atletico przeszła przecież najcięższe próby. Rozbijał się o nią Real Madryt, Barcelona i Bayern Monachium. W 2016 roku nie mający równych w Niemczech Bawarczycy mierzyli się z Atletico czterokrotnie i uciułali w sumie trzy bramki. Dwie z nich zdobył Robert Lewandowski.

Simeone wierzy, że doprowadzi klub do zwycięstwa w Champions League. Po to Atletico zrobiło gigantyczny, ekonomiczny wysiłek tego lata, by zatrzymać w składzie Antoine’a Griezmanna, który był już dogadany z Barceloną. Na Wanda Metropolitano zostali bramkarz Jan Oblak i lider obrony Diego Godin kuszeni większymi pieniędzmi przez bogatsze kluby. Atletico ma zrobić co w jego mocy, by 1 czerwca 2019 roku na swoim stadionie zagrać o tytuł numeru 1 w Europie. I wyleczyć się z traumy trzech porażek w finałach z 1974, 2014 i 2016.

Budżet klubu z Madrytu przekroczył 400 mln euro. A przecież w sezonie 2012-2013 wynosił zaledwie 123 mln. Był jeszcze skromniejszy w grudniu 2011 roku, gdy Simeone stawał na czele drużyny pogrążonej w kryzysie i chaosie. Argentyńczyk doprowadził do wielkiego przełomu, który uczynił z Atletico zespół budzący lęk na całym kontynencie. Regularnie zdobywa trofea, wypracowało własny styl oparty o walkę i żelazną dyscyplinę. Z roku na rok Simeone dokładał atuty czysto piłkarskie, nawet ci, którzy uważają, że Atletico gra piłkę rodem z epoki kamienia łupanego, nie zaprzeczą, że Koke, Saul, Griezmann i kilku innych to gracze z najwyższej półki.

Klęska w Dortmundzie 0:4, jest dla zespołu Simeone sygnałem alarmowym. Trener pokonanych zauważył, że Borussia pobiła jego drużynę efektywnością, czyli bronią z której słynie Atletico. Po dość pechowej stracie bramki (rykoszet po strzale Axela Witsela), zespół z Madrytu męczył się w ataku pozycyjnym. Mimo starań Simeone, Atletico wciąż woli kontrolować mecz bez piłki. Tym razem skazane było na jałową wymianę podań, po czym Borussia błyskawicznie biegła do kontry i w końcówce, w ciągu 10 minut zdobyła trzy gole. Simeone z Atletico jeszcze tak wysoko nie przegrał.

Bohaterem dnia był Achraf Hakimi, lewy obrońca Borussii wypożyczony z Realu Madryt. Marokański piłkarz hiszpańskiego pochodzenia zaliczył trzy asysty. Hiszpańscy giganci chętnie wzmacniają zespół z Dortmundu. Napastnik Barcelony Paco Alcacer bije w Borussii rekordy skuteczności. Z Atletico nie grał z powodu kontuzji.

Kilka lat temu klub z Dortmundu był rewelacją Ligi Mistrzów, tak jak Atletico. Wdarł się do czołówki, dotarł do finału na Wembley przegranego z Bayernem 1:2 w 2013 roku. Drużyna wylansowała trenera Juergena Kloppa i polskie trio: Piszczek-Błaszczykowski-Lewandowski. Dziś w klubie został tylko pierwszy.

Borussia przeżywała kłopoty, przed rokiem przepadła w grupie, trzy lata temu w ogóle nie grała w Champions League. Wciąż uchodzi jednak za miejsce, gdzie rozkwitają talenty, a niechciani w bogatszych zespołach piłkarze potrafią się odrodzić. W tym sezonie znów można oczekiwać wielkiej gry w Dortmundzie zakochanym w piłce do szaleństwa. Piłkarze po przejściach tacy jak Marco Reus, Mario Goetze, Witsel, czy Piszczek są wsparciem dla młodszych, których klub potrafi przekonać, że nie ma rzeczy niemożliwych.

środa, 24 października 2018

Pęknięta kość w prawej ręce Leo Messiego wyklucza Argentyńczyka z niedzielnego klasyku z Realem Madryt, który dostanie ostatnią szansę, by się odbić od dna.

Trudno było o większą frajdę kibiców z Camp Nou. W sobotę wczesnym popołudniem Real przegrał u siebie z Levante 1:2, a zaraz potem Atletico straciło punkty z Villarreal (1:1). Wieczorem w hicie kolejki Barcelona potrzebowała niespełna dwóch minut, by przełamać opór lidera z Sewilli. Messi asystował Philippe Coutinho, a 10 minut później sam trafił do siatki. Wydawało się, że Katalończyków czeka radosny, wielki wieczór.

Wszystko zawaliło się w chwilę. W 17. min Messi zaatakował Franco Vazqueza i nieszczęśliwie upadł całym ciężarem na prawą rękę. Po raz pierwszy odkąd gra w Barcelonie Argentyńczyk musiał zejść z boiska tak wcześnie. Ma pękniętą kość promieniową przedramienia i będzie musiał pauzować trzy tygodnie.

- To ciężki cios dla drużyny, bo z Leo na boisku czujemy się znacznie pewniej - powiedział Gerard Pique.

Piłkarze Ernesto Valverde nie wyszli z szoku do końca meczu. Choć wygrali 4:2, popełniali szereg głupich błędów. Najgorszy na boisku był Osmane Dembele, który zastąpił Messiego. W defensywie był dramat. Graczem kolejki w lidze hiszpańskiej został Marc-Andre ter Stegen dokonujący cudów między słupkami.

Katalończycy odzyskali pozycję lidera, ale przed klasykiem za 4 dni, mogą mieć bardzo dużo obaw. Mimo wszystko i tak są w znakomitej sytuacji w porównaniu z Realem Madryt dla którego wygrana z Viktorią Pilzno (2:1) w Lidze Mistrzów jest pierwszą od sześciu meczów. „Ruina” - napisał o Królewskich dziennik „Marca” po klęsce z Levante 1:2. Ponad 8 godzin drużyna Julena Lopeteguiego nie potrafiła zdobyć bramki. Zaraz po kompromitacji z Levante prezes Florentino Perez zbiegł do szatni, by sprawdzić, czy zatrudniony tego lata trener ma jeszcze jakiekolwiek poparcie u piłkarzy. Zawodnicy wzięli Lopeteguiego w obronę, ale według „El Pais” jego los i tak jest przesądzony. Po El Clasico ma go zastąpić czasowo trener rezerw Santiago Solari, by potem na stałe zespół poprowadził Antonio Conte zwolniony tego lata z Chelsea. Według największego dziennika w Hiszpanii, Perez i Conte porozumieli się już po porażce Realu z CSKA Moskwa w Lidze Mistrzów trzy tygodnie temu. A może następny będzie Jose Mourinho?

Czy Lopetegui może jeszcze ocaleć? Wyrok zapadnie w niedzielę od 16,15 na Camp Nou, gdy w klasyku pierwszy raz od niemal dekady nie zagrają przeciw sobie Messi i Cristiano Ronaldo.

Wyjazdowa wygrana nad Barceloną, mogłaby być punktem zwrotnym dla Królewskich, którzy po stracie CR7 biją negatywne rekordy. Tylko raz, w 1985 roku piłkarze Realu dłużej czekali na gola niż ostatnio. Wtedy 495 minut, do soboty 481. Lopetegui notuje najgorszy start ligowy od 66 lat.

Czy jest coś, co mogłoby pocieszyć kibiców Realu w przeżywanym właśnie koszmarze? Z pewnością. W meczu z Levante Królewscy mieli przygniatającą przewagę, oddali aż 34 strzały, z czego trzy trafiły w słupki i poprzeczki. 14 razy gości ratował bramkarz Oier rozgrywający mecz życia. Kilka tygodni temu Lopotegui tłumaczył, że jego graczy prześladuje straszny pech. Takich argumentów nikt na Santiago Bernabeu nie zaakceptuje na dłuższą metę. Ale jest w tym ziarenko prawdy, bo Real nie gra aż tak fatalnie, jak na to wskazują wyniki. Jeśli na Camp Nou się przełamie, wyścig o mistrzostwo zacznie się od nowa. Jeśli przegra, będzie tracił do Barcelony już 7 pkt i głowa Lopeteguiego spadnie z całą pewnością.

A przecież przybywał do Madrytu w atmosferze wielkiej zawieruchy. Perez wydarł go reprezentacji Hiszpanii tuż przed mundialem w Rosji. Zastąpienie Zinedine’a Zidane’a, który wygrał z Realem trzy ostatnie edycje Ligi Mistrzów, było misją niemożliwą, ale nikt się nie spodziewał, że nowy trener Królewskich odegra w klubie tylko krótki, smutny epizod. Nawet poprzednik Zidane’a Rafa Benitez wytrwał na stanowisku dłużej. Wyrok wydała na niego Barcelona wygrywając na Santiago Bernabeu 4:0. Wracający wtedy po kontuzji Messi wszedł na boisko dopiero w 57. min, gdy pojedynek był właściwie rozstrzygnięty po golach Luisa Suareza, Neymara i Andresa Iniesty.

Dziś Barca nie wydaje się tak mocna jak wtedy. W tyłach gra katastrofalnie, kontuzje Umtitiego i Thomasa Vermaelena sprawiają, że Ernesto Valverde ma tylko dwóch stoperów: Pique i Clementa Langleta. W 9 meczach ligowych niezrównany Ter Stegen wyciągał piłkę z siatki 11 razy. Messi już dawno wściekał się na grę defensywną Barcy podkreślając, że jeśli traci się gole tak głupio, trudno myśleć o podboju Hiszpanii i Europy.

wtorek, 23 października 2018

Dwa gole i asysta Polaka pozwoliły Bayernowi Monachium wygrać wyjazdowy mecz z Wolfsburgiem 3:1 i odetchnąć. Na jak długo?

Od „Kickera” Lewandowski dostał notę 1, czyli klasa światowa. Z pewnością był najlepszy na boisku Wolfsburga, zdobył dwie bramki, a potem zaliczył bardzo ważną asystę, gdy gospodarze, grający w przewadze po czerwonej kartce dla Arjena Robbena, zdobyli kontaktowego gola. Polak nie strzelił bramki w Bundeslidze od 22 września, co było jedną z przyczyn tego, że Bawarczycy nie wygrali żadnego z czterech ostatnich spotkań.

Kryzys Bayernu w tym okresie, nie jest nowością, przed rokiem kosztował posadę Carlo Ancelottiego. Ale dla zatrudnionego latem Niko Kovaca marna to pociecha. Chorwata posądzano o to, że źle przygotował Bayern do sezonu, że ze zbyt niskimi obciążeniami prowadzi treningi, w sumie, że doszczętnie rozmontował drużynę, która jeszcze niedawno zaliczana była do europejskich potęg.

Pół roku temu w półfinale Ligi Mistrzów Bawarczycy bili się z Realem Madryt do ostatniej sekundy. Nie wiadomo, jakby się ta batalia skończyła, gdyby nie katastrofalny błąd w rewanżu na Santiago Bernabeu ich rezerwowego bramkarza Svena Ulreicha.

To właśnie wtedy prasa niemiecka i eksperci zaczęli zarzucać Lewandowskiemu, że nie potrafi strzelać goli w meczach najważniejszych. Rzeczywiście przez 180 minut rywalizacji z Królewskimi, kapitan reprezentacji Polski nie zaistniał. W tym roku nie znalazł się nawet w grupie 30 graczy nominowanych do Złotej Piłki. Co z tego, że zdobył szósty tytuł mistrza Niemiec (czwarty z Bayernem) i został trzeci raz królem strzelców Bundesligi. To wszystko wyczyny drugorzędne, wobec ambicji klubu.

Lewandowski jest szósty na liście snajperów wszech czasów ligi niemieckiej. Wyprzedza go tylko jeden obcokrajowiec Claudio Pizarro. Jego na pewno Polak wyprzedzi jeszcze w tym sezonie. Brakuje mu tylko siedmiu bramek. Miejsce na podium da mu kolejnych 35 goli. Gerd Mueller jest nieosiągalny, ale tylko ten legendarny snajper strzelał w Bundeslidze częściej niż Polak. Co 105 minut, Lewandowski co 111. Trudno byłoby więc twierdzić, że przez 9 lat spędzonych w Niemczech mógłby zrobić o wiele więcej.

Z pewnością marzeniem Polaka pozostaje triumf w Champions League. Zagrał w finale z 2013 roku, gdy jego Borussia Dortmund poległa z Bawarczykami na Wembley 1:2. Wtedy Bayern był europejskim gigantem, potem trafił do niego Pep Guardiola, ale drużyna w szczycie formy odbijała się od hiszpańskich rywali w półfinale Champions League. I z roku na rok słabła. W dwóch ostatnich latach zatrzymywał ją Real, mając jedną z najlepszych drużyn w swojej historii, z trenerem, którego dokonań może już nikt nigdy nie powtórzy. Zinedine Zidane w 2,5 roku pracy zdobył Puchar Europy trzykrotnie.

Od 2013 roku Bayern jest mistrzem Niemiec nieprzerwanie. Sześć razy. A przecież nigdy wcześniej jego dominacja w Niemczech nie trwała dłużej niż trzy lata. Nawet w czasach Franza Beckenbauera i Gerda Muellera, gdy Bawarczycy byli najlepsi w Europie, a reprezentacja Niemiec zdobyła tytuł mistrzów świata. Lewandowski wygrał Bundesligę sześć razy. Jaką jeszcze można mieć motywację?

Bayern przypomina dziś Juventus Turyn, Paris Saint Germain, czy nawet Manchester City i Barcelonę. Wszyscy giganci nasyceni dominacją w swoich krajach, marzą o europejskim tronie. PSG wydało na transfery fortunę, Neymar kosztował 222 mln, Mbappe 180. Tak samo działa City, a nawet Barca. Mistrz Włoch podchodzący do wydatków racjonalnie, zdobył się na ocierające się o sto milionów transfery Gonzalo Higuaina, a ostatnio Cristiano Ronaldo. Wszyscy uważają, że w tak niesamowitej konkurencji trzeba zrobić coś spektakularnego, by podbić Europę. Tylko szefowie Bayernu, byli legendarni gracze utrzymują, że są w stanie zbudować najlepszy zespół na kontynencie sprowadzając graczy za góra 40 mln. Zwracał na to uwagę Lewandowski, ale wtedy wszyscy w Bawarii poczuli się urażeni.

Z pewnością kłopoty w Bundeslidze Bawarczycy mogą traktować jako przejściowe. Cztery punkty straty do Borussii Dortmund łatwo da się odrobić. Kolejne mistrzostwo kraju to jednak dla Bayernu plan minimum. Tak naprawdę gra w Lidze Mistrzów zdecyduje, czy Kovac okaże się właściwym człowiekiem dla Bawarczyków. To samo z Lewandowskim. Jeśli wiosną poprowadzi Bayern do finału na Wanda Metropolitano, plan wykona. Choćby strzelał mniej niż kiedykolwiek.

Ostatnie miesiące były dla Polaka bardzo trudne. Fatalny mundial, a ostatnio kłopoty kadry Jerzego Brzęczka. Po mistrzostwach w Rosji Lewandowski naraził się, bo nie potrafił wziąć winy na siebie. Teraz zirytował nowego selekcjoner bo mówił o taktyce. Brzęczek nie wytrzymał na konferencji prasowej po porażce z Włochami i odpowiedział swojemu kapitanowi: „niech piłkarze zajmą się lepiej wykonywaniem swoich zadań”.

Ostatnie miesiące były koszmarem dla zdecydowanej większości graczy Bayernu. Mundial w Rosji okazał się klęską dla Niemców, po nim w trzech meczach Ligi Narodów uciułali punkt, tak jak Polacy. Thiago Alcantara i Javi Martinez polegli z Hiszpanią w 1/8 finału. Robben na mundial się nie zakwalifikował, Franck Ribery mógł świętować tytuł Francuzów, ale jako kibic. Z sytych wilków wszyscy oni powinni przemienić się znów w głodne. Albo sfrustrowane. Czy są w stanie jeszcze raz zebrać się i wznieść na wyżyny? Jeśli nie, w Bawarii musi dojść zmiany pokoleń. Emblematyczni skrzydłowi Robben i Ribery przekroczyli już razem siedemdziesiątkę.

środa, 17 października 2018

Poparcie dla homofoba, mizogina i rasisty Jaira Bolsonaro, kandydata na prezydenta Brazylii sprawia, że klub z Katalonii zastanawia się, czy nie odebrać Ronaldinho statusu swojego ambasadora.

„Wolałbym widzieć mojego syna trupem, niż homoseksualistą”. „Błąd dyktatury polegał na tym, że torturowała zamiast zabijać” - te i inne podobne „perełki” podły z ust lidera brazylijskiej prawicy w ciągu 30 lat jego kariery politycznej. Mimo wszystko deklarujący dziś przywiązanie do demokracji Jair Bolsonaro jest o krok od zwycięstwa w wyborach prezydenckich. W pierwszej turze dostał 46,4 proc głosów, jego lewicowy rywal Fernando Haddada tylko 28,7 proc. Druga tura odbędzie się 28 października, sondaże wskazują, że 58 proc Brazylijczyków zagłosuje na Bolsonaro i wybierze go na nowego prezydenta kraju.

Prawicowego faworyta poparli otwarcie trzej legendarni piłkarze brazylijscy: Ronaldinho, Rivaldo i Cafu. Zszokowało to ich kolegę Juninho Pernambucano, który przypomniał im, że pochodzą z ludu, w jaki więc sposób mogą popierać polityka o skrajnych, prawicowych podglądach. W dodatku zachowującego tak dwuznaczną postawę etyczną. W swojej kampanii postulował łatwiejszy dostęp do broni, zaostrzenie przepisów antyaborcyjnych, sprzeciw wobec praw dla homoseksualistów. Wiele razy pozytywnie wypowiadał się o rządach junty wojskowej. Jego idolem jest pułkownik Carlos Alberto Brilhante Ustra, któremu udowodniono morderstwa i stosowanie brutalnych tortur wobec przeciwników politycznych w czasach dyktatury 1964-1985. Bolsonaro stwierdził też, że Pinochet powinien zabić więcej ludzi i dodał, że on jest zwolennikiem tortur. „Prawa człowieka to nawóz dla przestępców” - z takim napisem na koszulce pojawił się podczas kampanii. A jego syn Eduardo deputowany stanu Sao Paulo paradował z napisem „Ustra wciąż żyje”.

Sytuacja gospodarcza i polityczna w Brazylii jest wyjątkowo trudna. Kraj pogrążył się w głębokim kryzysie. Kampania wyborcza przebiega dramatycznie, we wrześniu podczas jednego z wieców Bolsonaro został trzy razy dźgnięty nożem i w stanie ciężkim wylądował w szpitalu. Kilka dni temu z kolei głośny był przypadek, jak dziewczyna wracająca do domu w koszulce z napisem „Tylko nie on”, protestując przeciw wyborowi Bolsonaro, została napadnięta przez bojówkę. Zbiry wydrapały jej scyzorykiem na brzuchu swastykę.

Bolsonaro przekonał do siebie wiele sław sportu. Rivaldo mówi otwarcie, że nie głosuje na niego, by wykładał zachowania etyczne, ale przełamał kryzys ekonomiczny i zwalczył szerzącą się korupcję. Kiedy Ronaldinho opublikował w mediach społecznościowych swoje zdjęcie w koszulce z numerem 17 (numer Bolsonaro) dołączył do niego obecny skrzydłowy Tottenhamu Lucas Moura. A Neymar i Gabriel Jesus kliknęli w ikonkę „podoba mi się”. To samo zrobił bramkarz Liverpoolu Alisson i kilku innych. Wśród nich były mistrz świata Formuły 1 Emerson Fittipaldi.

Postawa Ronaldinho i Rivaldo zaniepokoiła szefów Barcelony. Obaj brazylijscy piłkarze są ambasadorami klubu z Katalonii. Otrzymują od niego pieniądze za udział w spotkaniach organizowanych przez klub, Rivaldo regularnie gra w meczach byłych gwiazd. Na boisku obaj Brazylijczycy byli genialni. Ronaldinho to jeden z największych magów w historii piłki. W dodatku zawsze pozytywny, wiecznie uśmiechnięty, uwielbiany i podziwiany przez kibiców na całym świecie. Idealny do kreowania pozytywnego wizerunku klubu. Tyle, że jego zaangażowanie w politykę po stronie tak kontrowersyjnego kandydata, budzi niezadowolenie szefów Barcy. Piszą i dyskutują o tym katalońskie media, choć dziennikarze mają wątpliwości, czy prezes klubu Josep Maria Bartomeu publicznie odetnie się od działań Brazylijczyków.

piątek, 12 października 2018

Trudno kibicuje się piłkarskiej reprezentacji Polski. Nie tylko wtedy, gdy przegrywa wytwarza niskie napięcie doznań estetycznych.

Może zepsuł nas powszechny dostęp do wielkiej piłki, którą tworzą Portugalczycy, a której większość polskich piłkarzy tylko się przygląda? Przeciwnicy tej teorii, przywołają ćwierćfinał Euro 2016, w którym drużyna Adama Nawałki, mimo porażki po karnych, stanęła na wysokości Portugalii we wszystkich aspektach. Można nawet przywołać mecz sprzed dekady, gdy czwartą drużynę niemieckiego mundialu zmogły chłopaki Leo Beenhakkera. Nie zmieni to faktu, że sposób gry Portugalczyków to przy wysiłkach naszych piłkarzy czysta poezja.

Na nic gwarancji to nie daje, zespół Fernando Santosa wrócił z mundialu w Rosji na tarczy, jak Polacy. Dwa lata temu pobił Francuzów w finale ich mistrzostw Europy, by trzy miesiące temu bezradnie patrzeć jak drużyna Didiera Deshampsa osiąga swoje apogeum na mistrzostwach świat.

W te 24 miesiące reprezentacja Polski dokonała kroku wstecz. A pewnie dwóch. Coraz więcej wskazuje na to, że pokolenie, którego symbolem są Robert Lewandowski i Kuba Błaszczykowski, apogeum ma za sobą. Co oczywiście nie znaczy, że  trzeba załamać ręce. Przeciwnie, porażka tak dotkliwa jak ta wczorajsza z Portugalią powinna być bodźcem. Ci, którzy wracają mocniejsi po upadku, zapisali się dumnie w sportowe księgi.

Dla mnie kibicowanie drużynie narodowej jest czymś w rodzaju atawizmu. Wzmocnionego emocjami mundiali przełomu lat 70. i 80. Co nie znaczy, że myślami wysyłam piłkarzy na wojnę o honor mojego kraju, narodowy ferwor wokół sportu wydaje mi się coraz bardziej nużący, śmieszy, prymitywny. Jednym z jego przejawów jest internetowy hejt będący świadectwem jak karkołomnie nogami piłkarzy chcielibyśmy rozwiązywać problem dobrego samopoczucia.

Tym bardziej cieszę się, że nie jestem spokrewniony z aktualnym selekcjonerem, Tak jak nieszczęsny siostrzeniec Jakub Błaszczykowski skazany, by rozgrywać własny mecz pod hasłem: „zasługuję, czy nie na powołanie od wuja”. Grał wczoraj 103. mecz w kadrze, bił historyczny rekord, zdobył ładnego gola, ale gdy świętował widać było, jak gigantyczna ciąży na nim presja. No to teraz do boju przystąpią obrońcy Kuby, którzy dostali dowód, że wujek Brzęczek miał podstawy by go powołać wykraczające poza koligacje rodzinne. Nie mam co do tego wątpliwości, jako 7-latek, gdy wybierałem skład na mecz podwórkowy brałem do drużyny najlepszych, by zwiększyć swoją szansę na zwycięstwo. Gdyby Brzęczek działał inaczej w zawodowej piłce, byłby samobójcą.

Czy Błaszczykowski składając się do strzału myślał o alibi dla wujka? Jeśli tak, co czuł zdobywając bramki dla kadry Janasa, Beenhakkera, Smudy, Fornalika, czy Nawałki? Przecież Nawałka pozbawił go opaski kapitana. Pragnienie powrotu do kadry okazało się silniejsze niż urażone ego. Zdrowy odruch.

Przy okazji klęski żywiołowej, która dotknęła hiszpańską Mallorkę, pojawiły się zdjęcia tenisisty Rafaela Nadala, który wziął udział w akcji. Uruchomiło to falę hejtu posądzającego lidera rankingu ATP o populizm. Kierowca Carlos Sainz odpowiedział: „niech żyje zawiść, najbardziej powszechna dyscyplina sportu w Hiszpanii”. Sainz ma pewnie rację, choć pochopnie wyznacza granice.

Nie mamy całkowitej pewności, dla kogo strzelał w czwartek Błaszczykowski, gol był ładny, ale niestety tylko na otarcie łez. Polska przegrała, była gorsza od Portugalii o klasę. Ale tak w ogóle posądzając kogoś z taką przeszłością o zamaskowane intencje wydajemy świadectwo nie o nim, lecz o sobie.

czwartek, 11 października 2018

184 policjantów belgijskich i 36 obcokrajowców prześwietlało tamtejszą ligę od końca 2017 roku. Ustawianie meczów, pranie brudnych pieniędzy, oszustwa przy transferach - to zarzuty dotyczące Anderlechtu, Standardu Liege, Brugge i innych klubów.

W środę zaczęły się przesłuchania. Policja federalna zatrzymała Mogiego Bayata, najpotężniejszego agenta piłkarskiego na belgisjkim rynku, wcześniej dyrektora Sportingu Charleroi. Przesłuchano też byłego dyrektora Anderlechtu Hermana van Holsbeecka, trenera Club Brugge Ivana Leko, oraz sędziów piłkarskich Barta Vententena i Sebastiena Delferiere. Ale śledztwo dotyczy 57 osób: działaczy, menedżerów, trenerów, sędziów, nawet dziennikarzy.

Akcja wykracza poza Belgię. Do Francji, Luksemburga, na Cypr, do Macedonii, Serbii i Czarnogóry. Podstawowe zarzuty to ustawianie meczów ze względu na zakłady bukmacherskie, pranie brudnych pieniędzy, oszustwa transferowe, by płacić jak najniższe podatki.

Policja przeprowadziła i przeprowadza rewizje w klubach i w domach podejrzanych, konfiskuje umowy transferowe, dokumenty, które mają stanowić dowody w sprawie.

Bayat jest Irańczykiem, który ma belgiski i francuski paszport. Ostatniego lata przeprowadził transfer polskiego napastnika Łukasza Teodorczyka z Anderlechtu do Udinese za 7 mln euro. W lidze belgijskiej działa od lat. Był dyrektorem Sportingu Charleroi, zostawiając w nim swojego brata Mehdiego, który jest członkiem komitetu wykonawczego belgijskiej federacji.

Policja uważa, że w Jupiler Pro League działa zorganizowana grupa przestępcza zajmująca się praniem brudnych pieniędzy, a także zaniżaniem, lub ukrywaniem prawdziwych kwot transferowych. Do tego istnieją poważne przesłanki, że mecze ustawiane są ze względu na zakłady piłkarskie. Podobna afera wybuchła w belgijskiej lidze już w 2006 roku. Telewizja pokazała nawet reportaż o tym jak chiński gang korumpował piłkarzy i trenerów. Excelsior Mouscron, klub, w którym grał wtedy Polak Marcin Żewłakow zwolnił trenera Paula Puta, zamieszanego w skandal. Na początku sezonu był on szkoleniowcem Lierse SK. W sprawę korupcji zamieszani byli też piłkarze: współpracowali z jedną z internetowych firm bukmacherskich, która podejrzana była o kontakty z chińską mafią działającą w Europie. Dotyczyło to klubów takich jak Lierse SK, La Louviere, Cercle Bruges i Saint Truiden.

Dziś w śledztwie padają nazwy największych belgijskich firm. Anderlechtu Bruksela, Standardu Liege, Brugge, Racingu Genk, a także Gentu, Kortrijk, Lokeren, KV Mechelen i KV Oostende. Szokujące jest zatrzymanie trenera Club Brugge Ivana Leko, którego zespół gra w Lidze Mistrzów.

Afera zbiega się w czasie z największym wzlotem belgijskiej piłki. Reprezentacja Belgii zdobyła w Rosji pierwszy medal mistrzostw świata pokonując Anglię w meczu o brąz. Belgijscy piłkarze podbijają Premier League, najbogatszą i jedną z najlepszych lig świata, a reforma systemu szkolenia przeprowadzona w Belgii stawiana jest za wzór. Jak widać nie ma to wiele wspólnego z przejrzystością i czystością belgijskiej ligi.

Dotąd najgłośniejszy skandal w lidze belgijskiej dotyczył ustawienia wyniku meczu Standard Liege - Waterscheid decydującego o tytule mistrza kraju w sezonie 1981-1982. To ze względu na osobę słynnego Erica Geretsa, którego oskarżono o korumpowanie rywali. Został zawieszony już jako gracz AC Milan. Wrócił do kadry po dwóch latach, pomógł Belgii awansować na mundial w Meksyku, gdzie wywalczył z nią 4. miejsce. Karierę klubową kontynuował w Holandii, w 1988 roku z PSV Eindhoven zdobył Puchar Europy. Był też na kolejnym mundialu we Włoszech, ale Belgowie przegrali z Anglią w 1/8 finału. Kończył karierę w wieku 37 lat jako jedna z największych legend tamtejszej piłki. I został trenerem w Belgii, Holandii, Niemczech, Francji, Turcji i krajach arabskich.

środa, 10 października 2018

Podejrzenie o nielegalny handel organami przy przeszczepie wątroby byłego piłkarza Barcelony Erica Abidala wstrząsnęło Hiszpanią. Wygląda jednak na to, że wszystko odbyło się zgodnie z prawem.

- Kupiliśmy mu wątrobę, nielegalnie, i jeszcze ogłosiliśmy, że to od jego kuzyna. Od kuzyna! A ten niewdzięczny facio jeszcze się teraz do nas rzuca - zdanie z rozmowy telefonicznej pracownika Barcelony i byłego prezesa klubu Sandro Rosella wywołało burzę. Rosell, który jest teraz aresztowany i czeka na proces w swojej sprawie, odpowiedział na to: „tak, tak, tak”. Dziś się tego wypiera, ogłosił, że jego słowa wyrwano z kontekstu, przeszczep odbył się zgodnie z prawem, a dawcą naprawdę był kuzyn Erica Abidala Gerard Armand. Mają wspólną babcię, która urodziła się na francuskiej Martynice.

Policja dotarła do treści telefonicznych rozmów Rosella prowadząc dochodzenie w innej sprawie. W trzech z nich poddana jest w wątpliwość legalność przeszczepu wątroby byłego piłkarza, dokonana w Barcelonie w 2012 roku. Kilkanaście miesięcy wcześniej 15 marca 2011 roku u Abidala wykryto raka wątroby. Po operacji francuski obrońca bardzo szybko wrócił na boisko, zagrał w podstawowym składzie Barcy na Wembley w zwycięskim finale Ligi Mistrzów 2011 roku z Manchesterem United, a potem w symbolicznej roli kapitana, odebrał trofeum.

Nastąpił jednak nawrót choroby i dokładnie rok od pierwszej diagnozy lekarze orzekli, że konieczny jest przeszczep wątroby. Dokonano go w szpitalu Clinic de Barcelona dochowując wszelkich wymaganych procedur. Gerard jest synem brata matki Erica. Choć są rodziną, nie utrzymywali ze sobą bliskich kontaktów. I podobno nadal nie utrzymują. Gerard zgłosił się do przeszczepu, a badania przeprowadzone w Barcelonie wykazały, że był idealnym dawcą dla Erica.

Rzeczywiście Abidal szybko wrócił do zdrowia i do futbolu. 6 kwietnia 2013 roku zagrał w meczu ligi hiszpańskiej z Mallorką. A potem zdjął koszulkę, by pokazać napis „Dziękuję ci mój kuzynie”.

To była jedna z najbardziej poruszających historii w futbolu. Abidal walczył i wygrał ze śmiertelną chorobą. Na koniec sezonu szefostwo klubu z Rosellem na czele ogłosiło jednak, że nie przedłuży kontraktu z Francuzem. Zawiedziony Abidal miał o to żal do Barcelony. I tego momentu dotyczą tajemnicze rozmowy telefoniczne, których treść ujawniła hiszpańska policja. Wynika z nich, że przeszczepu dokonano za pieniądze, co w Hiszpanii jest przestępstwem.

W połowie 2013 roku Eric nie chciał rzucić piłki. Przeniósł się do Monaco, gdzie został kapitanem, potem do greckiego Olympiakosu. W grudniu 2014 roku zakończył karierę. Dziś jest dyrektorem sportowym Barcelony i jego najbardziej poruszyły ujawnione przez policję rozmowy Rosella.

Hiszpański sąd zajął się sprawą, poprosił sąd w Lyonie, by zbadał tożsamość i przesłuchał Gerarda. Francuzi odmówili, u nich przepisy dotyczące nielegalnego handlu organami są inne. Hiszpanie chcieli poprosić o pomoc Unię Europejską. Żona Erica napisała wyjaśnienie, tłumacząc jak wygląda pokrewieństwo między jej mężem i Gerardem.

Tymczasem pod domem matki Gerarda w Lyonie ustawił się tabun hiszpańskich dziennikarzy. Gerard w rozmowie z francuską prasą, skarżył się, że on i jego rodzina nie mogą żyć normalnie. Powtórzył, że za przeszczep nie wziął pieniędzy, zgłosił się na dawcę, by ratować członka rodziny. Przed operacją kuzyni się nie znali, i po niej kontakty mają sporadyczne.

Na Twitterze Eric Abidal umieścił zdjęcie swoje i Gerarda z sali operacyjnej zrobione kilka godzin po przeszczepie z prośbą o traktowanie kuzyna z szacunkiem. „Dość już tego” - napisał. I przypomniał, że to człowiek, który uratował mu życie.

Swoje wewnętrzne śledztwa przeprowadziły instytucje odpowiedzialne w Hiszpanii za przeszczepy. Sprawą zajęła się Narodowa Organizacja ds. Przeszczepów, departament zdrowia w Katalonii, a także władze kliniki, gdzie przeszczepu dokonano. Ich postępowania wykazały, że wszystko zostało wykonane zgodnie z prawem.

wtorek, 09 października 2018

Kto się powinien martwić bardziej Real Madryt, czy Barcelona? - pyta czytelników dziennik „Marca”. Królewscy nie potrafili zdobyć bramki od 6,5 godziny, Katalończycy w czterech ostatnich meczach ligowych uciułali 3 pkt.

FC Sevilla dumnie pręży się na czele Primera Division, co jest widokiem niecodziennym, nawet po ośmiu kolejkach. Klub z Andaluzji ma 16 pkt i wyprzedza trójkę wielkich faworytów: Barcelonę (15 pkt), Atletico (15) i Real (14). Szóste w tabeli Alaves traci do lidera zaledwie dwa punkty. Siódmy jest Real Valladolid, klub, który niedawno kupił były brazylijski gwiazdor Ronaldo Luis Nazario de Lima. I od razu ogłosił, że w futbolu najłatwiej być piłkarzem, bo z drugiej strony barykady pracować trzeba trzy razy ciężej, a zarabia się wielokrotnie mniej.

Najmniej pewna pozostaje jednak sytuacja trenera. Julen Lopetegui były trener kadry Hiszpanii, o którego Real Madryt zabiegał tak mocno, że doszło do sensacyjnej dymisji na 48 godzin przed startem mundialu w Rosji, ma ogromne kłopoty. Według dziennika „El Pais” klub z Santiago Bernabeu już szuka jego następców. A przecież Real pod jego wodzą zagrał zaledwie 11 meczów. To fakt, że od 6 godzin i 49 minut drużyna gwiazd nie potrafiła zdobyć bramki. Coś podobnego nie przytrafiło się Królewskim od 1985! Ale są przecież okoliczności łagodzące. Klub sprzedał latem Cristiano Ronaldo, gracza, który w 9 lat zdobył dla Realu 450 goli. W zamian sprowadził wychowanka Mariano z Lyonu, który zdobył wspaniałą bramkę przeciw Romie w Lidze Mistrzów, ale poza tym nie zachwyca. Lista kontuzjowanych jest długa: Isco, Bale, Benzema, Marcelo, Carvajal to piłkarze, którzy mieli decydować o sile ofensywnej drużyny. Ale cały zespół powłóczy nogami po mundialu w Rosji, gdzie w finale Modric (Chorwacja) i Varane (Francja) zagrali przeciw sobie.

Piłkarze Realu wyglądają na zmęczonych, wypalonych sukcesami ostatnich lat, w Lidze Mistrzów byli przecież bezdyskusyjnymi królami Europy.

Nie wszystko jest winą trenera, który zastąpił fenomenalnego Zinedine’a Zidane’a. Ale to Lopetegui pierwszy zapłaci głową, jeśli drużyna nie przełamie kryzysu. Może już po najbliższym meczu z Levante. Tylko, czy Real mógłby nie pokonać słabeusza na Santiago Bernabeu? A potem w Lidze Mistrzów Viktorii Pilzno? Z drugiej strony skromniutki Alaves nie wygrał z Królewskimi u siebie od 1931 roku, gdy w ich bramce stał legendarny, nieżyjący od 40 lat Ricardo Zamora. I stało się w sobotę. Real stracił gola w 95. min i przegrał 0:1. Lopetegui dał szansę gry nastoletniemu Viniciusowi, za którego Florentino Perez zapłacił już rok temu 45 mln euro. Marco Asensio, który błyszczy w reprezentacji Hiszpanii, ostatniego gola dla Realu zdobył 6 godzin i 49 minut temu. Nikt się wtedy nie spodziewał, że zapaść czeka za rogiem.

Jeśli cokolwiek pociesza kibiców Królewskich to jałowy bieg Barcelony. Broniący tytułu Katalończycy wygrali cztery mecze otwierające sezon i nagle, w kolejnych czterech uciułali 3 pkt. Luis Suarez gra z urazem prawego kolana, ale poza asystami przy bramkach Leo Messiego, sam do siatki trafić nie może. Już od 568 minut. Tak długo na gola w Barcelonie jeszcze nie czekał, gdzie mu do napastnika z sezonu 2014-2015, gdy zdobywał bramkę średnio co 81 minut. Uzbierał ich wtedy w sumie aż 59. Jak na ironię wypożyczony do Borussii Dortmund napastnik Paco Alcacer zdobył już siedem bramek, choć przebywał na boisku zaledwie 171 minut. Czyli w Borussii trafia co 24 minuty.

Suarez zdecydował, że rezygnuje z wylotu na mecze reprezentacji Urugwaju, by wyleczyć uraz i skupić się na Barcelonie. Kiedy na początku kariery na Camp Nou długo nie zdobywał bramki, potrzebna była interwencja psychologa. Urugwajczyk walczy na boisku jak lew, ale bez jego goli, Barca ma kłopoty. W dodatku defensywa gra beznadziejnie, w niedzielę na Mestalla zespół z Katalonii stracił bramkę po 70 sekundach, gdy dwaj stoperzy Thomas Vermaelen i Gerard Pique uchylili się od piłki bitej z rzutu rożnego. Messi wyrównał, ale potem Barca grała tak, żeby nie przegrać z Valencią, co kosztowało ją stratę pozycji lidera. A przecież Valencia jest 14. w tabeli.

Po meczu Pique powiedział, że ma masę wrogów. I to oni sieją wokół niego defetyzm i wyolbrzymiają każdy błąd. Podobną taktykę obrał Lopetegui, twierdząc, że Real gra dobrze, tylko ma pecha pod bramką.

Na domiar złego dla Barcelony w klubie pojawiła się zła krew. Chilijczyk Arturo Vidal jest oburzony, że przesiaduje w rezerwie. Daje temu wyraz w mediach społecznościowych, po meczu na Mestalla zamieścił na Instagramie zdjęcie z kontrowersyjnym podpisem: „Z Judaszem się nie walczy, on sam się powiesi”. Po czym skasował go, ale niesmak pozostał.

Skupioną na Lidze Mistrzów Barcelonę czeka trudna przyszłość. 20 października, w najbliższym meczu ligowym zmierzy się z liderem z Sewilli, potem zagra z Interem w LM i z Realem. Wszystkie mecze na Camp Nou. Czy zobaczymy w nich drużynę Ernesto Valverde taką jak ostatnio w lidze hiszpańskiej, czy tę, która zdobyła Wembley wygrywając w wielkim stylu z Tottenhamem 4:2? Tyle, że Messi przestrzega, iż Ligi Mistrzów nie da się wygrać zaniedbując krajowe rozgrywki i będąc w nich bez formy.

Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac