blog Darka Wołowskiego
RSS
środa, 05 grudnia 2007

Celtic Glasgow, europejski dziwoląg, który w Lidze Mistrzów przegrał 16 kolejnych spotkań na wyjeździenie, drugi rok z rzędu zagra w 1/8 finału. Awans dała mu porażka z Milanem na San Siro, bo inna ”polska” drużyna - Szachtar Donieck (Mariusz Lewandowski) przegrała u siebie z Benfiką. W jednym z najważniejszych meczów w swojej historii.

Artur Boruc ma w awansie Celtiku największe zasługi. Maciej Żurawski najmniejszych. A przecież to drugi wyjeżdżał do Glasgow jako gwiazda, pierwszy miał być rezerwowym dla reprezentanta Szkocji Marshala. Tymczasem polski bramkarz zaczął grać tak, że to Szkot musiał uciekać z klubu. To wskazówka dla tych z naszych piłkarzy, którzy swoje trudności w zagranicznych ligach tłumaczą sobie antypolskim spiskiem.

Wracajac jednak do Celtiku, to przyznaję, że szkockie serce do gry robi na mnie wielkie wrażenie. Ale na tym piłkarskie atuty Celtów właściwie się kończą. Oglądanie ich meczów w Lidze Mistrzów to dla mnie zwykle mordęga. Dlatego z całym szacunkiem, ale wolałbym, żeby zimą zniknęli z Glasgow obaj reprezentanci Polski. Jeśli nawet Żurawski jest na Celtic za słaby, to Boruc za dobry. Tak dla równowagi.

Tam gdzie zawodzą nas napastnicy i inni gracze z pola, pocieszają bramkarze. Szkoda, że nie można przesuwać ich na inne pozycje na boisku, bo gdyby Beenhakker mógł wystawić do składu Boruca, Kuszczaka, Fabiańskiego, a może też Kowalewskiego, czy Dudka to pewnie długo by się nie zastanawiał. Bramkarze byliby mniej sfrustrowani, a i my kibice spokojniejsi przed zbliżającym się Euro.

 

wtorek, 04 grudnia 2007

Mecz Polska - Niemcy w eliminacjach mistrzostw Europy 1972 roku był jednym z pierwszych jakie pamiętam. To było na sadionie X-lecia, gdzie teraz powstanie Narodowy. Nie miałem jeszcze 10 lat, więc gol Roberta Gadochy wywołał u mnie szalone bicie serca. Ojciec uspakajał mnie przypominając, że jak futbol futbolem polscy piłkarze Niemcom nigdy nie dali rady. Miał rację: raz, dwa, trzy i było po krzyku. 1:3 - u Jana Tomaszewskiego rodził się kompleks Gerda Muellera. Nieuleczalny niestety (patrz mundial 1974). Nawet tak wybitny trener jak Górski nie odwrócił tego co nieuniknione.

Dziś sam jestem ojcem i już z przykrością wyobrażam sobie dzień 8 czerwca 2008. Co ja powiem mojemu dziecku, gdy któryś z piłkarzy Beenhakkera strzeli gola na 1:0? Że raz, że dwa, że trzy? Nie, nie chcę mówić, że na pewno przegramy. Łatwiej mi jednak wierzyć w coś co widziałem już dziesięć razy niż w coś co nie zdarzyło się nigdy.

Wiem, że wielu z Was bardzo chce, żeby tym razem było inaczej. Wierzę i w to, że nasi piłkarze chcą. Ale nie bardzo wierzę, że wierzą.

 

 

Patrząc na ostatnie transfery Barcelony (Henry, Milito, Abidal, Toure) bramkarz Realu Iker Casillas przewidywał, że wielki rywal drużyny z Madrytu wchodzi w okres galaktyczny. Na razie wszystko wskazuje na to, że miał rację. Nie jest to jednak wina nowych: ci są najlepsi w drużynie, choć Henry'emu odnowiła się właśnie tajemnicza kontuzja kręgosłupa. 

Jeszcze bardziej tajemnicza wydaje się jednak sytuacja Ronaldinho i tu chyba jest klucz do problemów klubu z Katalonii. Wygląda na to, że Brazylijczyk zrobi co możliwe, by jego cena spadła jak najniżej i by pozwolono mu odejść. Skoro w chwili gdy nie grają Henry, Deco, Eto'o, Brazylijczyk jest rezerwowym, to co będzie gdy wrócą do składu. Dwaj ostatni już za chwilę.

Jeśli przeanalizuje się zachowanie Ronaldinho w jego poprzednim klubie PSG właściwie nie sposób uwierzyć, że w Barcelonie czeka go jeszcze świetlana przyszłość. Nie wiem czy zniknięcie Ronaldinho uzdrowi sytuację w Barcelonie, ale czuję, że najgłośniejszy rozwód w europejskiej piłce jest nieunikniony.

środa, 28 listopada 2007

Błąd Tomasza Kuszczaka w meczu ze Sportingiem był oczywisty. Ruszył do dośrodkowania, a to był strzał w krótki róg. Czy zaklasyfikujemy ten błąd jako koszmarny, gruby, czy kuriozalny ma to tylko takie znaczenie, że na sercu będzie nam ciężej lub lżej. Mnie zastanawia co innego: jak ten błąd zaklasyfikuje sam Kuszczak.

Jak już pisałem na blogu niedawno ogladałem jeszcze raz legendarny mecz na Wembley Anglia - Polska (1973). Jan Tomaszewski popełnim w nim z dziesięć grubych błędów: źle wychodził do dośrodkowań, lub niepotrzebnie do nich wychodził. Żaden z jego kiksów nie zakończył się jednak golem, za to - co pamiętamy wszyscy - w kilku nieprawdopodobnych sytuacjach Tomaszewski ratował drużynę.

Do meczu był komentarz samego Tomaszewskiego, który bez bicia, przyznawał się do swoich wpadek. - Kilka razy koledzy uratowali mi skórę - zauważył. Być może świadomość tego, że można było bronić lepiej  pozwoliła mu zostać gwiazdą mundialu w 1974 roku i jednym z najlepszych bramkarzy tamtych lat.

Oczywiście fajnie by bylo, gdyby Alex Ferguson przymknął oko na błąd Kuszczaka i dał mu się zrehabilitować w meczu z Romą. W końcu Manchester wygrał ze Sportingiem 2:1 więc konsekwencje błędu Polaka nie są nieodwracalne. Najważniejsze jest jednak to co sam Kuszczak ”zrobi” z tym wczorajszym błędem. Czy potraktuje go jak naukę, czy wypadek przy pracy.

 

wtorek, 27 listopada 2007

Tekst Radka Leniarskiego o Kubie Błaszczykowskim jest poruszający i delikatny zarazem. Dramatyczna historia chłopca, który był świadkiem najgorszego (jak ojciec zabija matkę) i w ułamku sekundy stracił oboje rodziców opiera się wszelkim komentarzom. Jedyne o czym da się pisać to o wuju, znanym piłkarzu Jerzym Brzęczku.

Muszę  przyznać, że był taki czas gdy Brzęczek nie był moim bohaterem. Kilku trenerów kadry chciało z niego zrobić centralną postać drużyny narodowej, co niestety przekraczało siły zawodnika. Srebrny medal igrzysk w Barcelonie zdobyty na początku kariery został do końca jej szczytowym punktem, co znaczy tyle, że talent Brzęczek w jakimś stopniu zmarnował. 

Dziś nie ma to już znaczenia. Jest w sporcie miejsce na porażki i zwycięstwa. Na pewno w życiu Brzęczek wygrał więcej zostając opiekunem Kuby Błaszczykowskiego. O wiele wiecej niż to, że uratował siostrzeńca dla piłki. Uratował go dla życia.

 

Był 30 grudnia 1990 roku kiedy Jan Urban zdobył trzy gole na Santiago Bernabeu w wygranym przez Osasunę 4:0 meczu z Realem Madryt. Zastanawialiśmy się wtedy w dziale sportowym „Gazety”, czy zrobić z tego czołówkę - to znaczy czy można wyczyn Urbana uznać za sportową informację weekendu. Nie byłem tego pewien, bo zaczynałem wtedy pracę w „Gazecie. Jak wyglądał w niej sport, niewielu już dziś na szęście pamięta. Na opisanie tego co zdarzyło się w sportowy weekend, mieliśmy jedną stronę.

Przypominam o tym, bo po 17 latach na Santiago Bernabeu wybiera się Ebi Smolarek i jego Racing Santander. Nie, nie, nikt nie oczekuje od niego hattricka. Niech strzeli jedną bramkę, a my w ”Gazecie” nie będziemy mieli wątpliwości z czego zrobić czołówkę, choć Gazeta-Sport opisująca sportowy weekend ma teraz 24 strony. Te 17 lat w polskiej piłce to był czas ostrego postu. Mieliśmy czego zazdrościć Czechom - to tak jeszcze raz a propos losowania grup eliminacji mundialu w RPA.

niedziela, 25 listopada 2007

Po losowaniu grup eliminacji MŚ 2010 radości Listkiewicza, Engela i Gmocha nie podzielam. Przypomnę, że Jerzy Engel już raz bardzo cieszył się z losowania. Prowadzona przez niego drużyna narodowa wybierała się wtedy na mundial do Korei. Mieliśmy ponoć masę szczęścia, a po dwóch meczach trzeba było wracać do domu. Przypomnę bilans pojedynków z Koreą i Portugalią: zero punktów, zero goli strzelonych, sześć straconych.

Ale wracając do grupy 3 nie jest to dla mnie grupa marzeń, choć cieszę się, że polscy piłkarze nie zagrają z Niemcami, czy Włochami, a Czechami.

Tyle, że Czesi to potęga, a niedawno ich kadra do lat 20 zdobyła wicemistrzostwo świata. Ci ludzie będą gotowi właśnie na eliminacje mundialu 2010. Słowacy i Słoweńcy to też silne drużyny, z którymi zwłaszcza na wyjeździe przyjdzie stoczyć bój morderczy. Irlandia Płn niedawno pokonała Hiszpanów w walce o Euro 2008. Z analizy rankingu FIFA wynika, że ta nasza łatwa grupa jest najmocniejsza ze wszystkich (biorąc pod uwagę miejsca w rankingu nie uwzględniając najsłabszej drużyny w grupie).

A poza tym zawsze, gdy po losowaniu cieszymy się z rywali przychodzi mi do głowy jak oni muszą cieszyć się z wylosowania nas.

piątek, 23 listopada 2007
W niedzielę z Valencią, za tydzień z Realem Madryt. Jeszcze nie wybrzmiała radość po golach Ebiego z Belgią, a już czeka go egzamin trudniejszy. Bo przecież Smolarek to nie tylko nadzieja kadry, która gra od święta, ale i nadzieja na karierę w europejskim klubie - czyli piłkarska codzienność. Reprezentacja Polski przyzwyczaiła nas do niezłej gry, ale pojedynczy wybrańcy Beenhakkera wogóle nas od tego odzwyczaili. Poza bramkarzami żaden z polskich piłkarzy nie robi na Zachodzie kariery, a przecież to ona jest najwyższym kryterium w futbolowej profesji. Dlatego bramek, lub dobrej gry Ebiego w meczach takich jak z Valencią i Realem nasz futbol i jego fani potrzebują tak bardzo. Potrzebuje ich także Ebi, bo gole w reprezentacji Polski, nawet ważne i piękne, nie wystarczą mu do zrobienia furory w Primera Division. Nikt z nas przecież nie chce, by pozostał wyłacznie idolem własnego podwórka.

Słynny już wywiad w Mundo Deportivo z Jose Edmilsonem wstrząsnął Hiszpanią. Kontuzjowany gracz Barcelony mówił o wrogach Ronaldinho w szatni i poza nią, o filozofii kilku graczy polegającej na tym, by jak najwięcej wyciagnąć z katalońskiego klubu. Niby nic orginalnego, ale szokować może dlatego, że akurat Barca ma wśród kibiców tak pozytywny wizerunek. Wielu uważa ją za azyl, gdzie chroni się futbol jako sztukę.

Gdybym był bogaty śpiewał kiedyś bohater Skrzypka na dachu, ja chciałbym zaśpiewać Wam: gdybym był Laportą. Nie przerażajcie się, to będzie krótka piosenka. Więc gdybym był Laportą wymieniłbym się z Milanem. Bez żalu dałbym Ronaldonho za Kakę. Nie, to nie kwestia umiejetności, ale charakteru. Delikatnie mówiąc wielki Ronnie potrzebuje nowych wyzwań, jego barcelońska misja jest moim zdaniem skończona, choć oczywiście może w niej wytrwać, bo za 9 mln euro plus dwa razy tyle z reklam trwa się nieźle.

Tymczasem Kaka to piłkarz zupełnie unikalny jak na Brazylię, nie tylko ze względu na klasę sportową, ale i na charakter. W Barcy dostałby sportowego kopa, który pomógłby mu osiagnąć wyżyny zarezerwowane dla piłkarskich geniuszy w typie Ronaldinho. Choć pewnie wielu z Was uważa, że już dziś niczego mu nie brakuje. W każdym razie wszyscy byliby szczęśliwi. Berlusconi zakochany w Ronaldinho i Laporta zakochany w wizerunku swojego klubu. Kaka, Messi, Henry, Eto'o - nowa Fantastic Four.

 

czwartek, 22 listopada 2007

Jeszcze trzy dni temu rozprawialiśmy w redakcji, czy dobrze by było gdyby na Euro 2008 Polacy trafili do grupy z Anglią. Wiekszość z nas była pewna, że przełamanie wieloletniego kompleksu nie jest możliwe nawet przy pomocy Beenhakkera. Anglia tradycyjnie jawi nam się jako zły rywal, choć ”taka słaba jak teraz nie była nigdy”.

Dziś to czysta tegoria. Anglii na Euro nie ma. A porażka z pewną już awansu Chorwacją na własnym boisku to kolejny z serii dowodów na to, że strach ma jednak wielkie oczy. Anglicy to podobny przypadek do Hiszpanów: najlepsza liga świata, sławne nazwiska, tylko drużyny nie ma. My Polacy, tradycyjnie zakochani w brytyjskim futbolu, nie chcemy jednak tego dostrzec. 

Przed meczem Anglia - Chorwacja ESPN Clasic przypomniał historyczną batalię drużyny Górskiego na Wembley z 1973 roku. Przepytywano z tej okazji Tomaszewskiego, Latę i Domarskiego. Wielcy polscy piłkarze, znacznie wybitniejsi niż ci, który grali wtedy u Alfa Ramseya (co potwierdził mundial w Niemczech) opowiadali, że na Wembley czuli się jak Austriacy, którzy trochę wcześniej przegrali tam 0:7. Strach, szczęście, cud - to były słowa najczęściej powtarzane przez Latę, Domarskiego i Tomaszewskiego choć od tego dramatycznego meczu minęły aż 34 lata.

A fakty wskazywały na to, że starch przed Wembley mógł być mniejszy. Pół roku wcześniej w Chorzowie ci sami Anglicy nawet w meczu z tą samą Polską nie zipnęli przegrywając 0:2. Przed meczem na Wembley Polska zremisowąła w Rotterdamie 1:1 z Holandią w której grali Cruyff, Neeskens i cała grupa późniejszych wicemistrzów świata mogących kandydować do drużyny wszech czasów w światowej piłce. Były więc podstawy, by wierzyć, że w ”Świątyni futbolu” może zdarzyć się coś więcej niż tylko egzekucja zespołu Górskiego. Tymczasem przebieg gry był taki, że o mały włos do niej nie doszło. Przez następne kilka lat żadna drużyna świata, choćby trzy razy wybitniejsza od Anglii, nie zepchnęła drużyny Górskiego do tak rozpaczliwej obrony.

Co było po 1973 roku nawet nie wspomnę. Baty, baty i baty. Kiedy polscy piłkarze widzieli Anglików od razu właczał im się wsteczny bieg. I choćby nasi wygrali mistrzostwo Europy i tak stając na przeciwko Anglików, którzy przepadli w eliminacjach, będą drżeć ze strachu. Bo angielski kompleks Polaków będzie żył nawet dłużej niż sam futbol.

 

Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac