blog Darka Wołowskiego
RSS
sobota, 03 listopada 2007

Obłęd jakiś czy co - pomyślał po przeczytaniu, że stowarzyszenie kibiców Wisły Kraków nie zgadza się by Tomasz Frankowski chociaż trenował z zespołem. Frankowski zdobył dla Wisły ponad sto bramek, ale po nieudanym szturmie na Champions League latem 2005 wyjechał za granicę. Zdaniem stowarzyszenia - dla pieniędzy. Przypomnę tylko, że Frankowski był ostatnim z grupy symboli Wisly, który się z nią pożegrał: Kosowski, Żurawski i Szymkowiak wyjechali już wcześniej. Ale oni nie dla pieniędzy przecież.

Nie wiem ilu jest w Polsce piłkarzy, którzy nie wyjechali by do zagranicznego klubu dla wyższych zarobków. Nie wiem ilu jest ludzi w stowarzyszeniu, którzy nigdy i za nic nie zmieniliby obecnej pracy na lepiej płatną. Wydaje mi się jednak, że Frankowskiemu, zwłaszcza teraz, gdy stara się wrócić do gry po pół roku walki z kontuzją, należy się trochę zrozumienia.

Wielkoduszność to nie jest jednak cecha naszego kibolstwa: ono wizję świata ma biało-czarną. Rozumiem doskonale kapitana Legii Aleksandara Vukovica, który nazwał żenującym zachowanie fanów spod Żylety. Przychodzą na trybuny prowadzić własne wojny: Vukovic, piłka i Legia nie obchodzą ich nic a nic. Nie ważne, że drużyna gra o mistrzostwo, bez znaczenia, że potrzebuje wsparcia...

Mimo wszystko zdziwiły mnie jednak słowa prezesa Legii o zburzeniu trybuny zwanej Żyletą. Oczywiście stadion Legii nie nadaje się do niczego wiecej niż przebudowy lub chociaż kapitalnego remontu, ale wiara, że rozebranie tej części stadionu na której siedzą kibole, pozwoli się ich pozbyć ze stadionu wydaje mi się nadmiernie optymistyczna. A jeśli ci z Żylety usiadą na nowej, znów trzeba będzie wpuścić na nią ludzi z kilofami? Żyleta i kibolstwo to nie kilka ścian i krzesełka, ale sposób myślenia z którym trzeba się bezwzględnie rozprawić.

Najciekawsze jest jednak to, że kibol Wisły i kibol Legii, choć tak bardzo chcieliby się od siebie różnić, są w istocie podobni jak bliźniaki jednojajowe. 

 

środa, 31 października 2007

W 65. minucie meczu z Valencią Bernd Schuster mógł zdjąć z boiska Ruuda van Nistelrooya uznając, że pieć goli mu wystarczy. Wręcz nieprawdopodobne jak drużyna Realu Madryt, która przepotwornie męczy się z Getafe, czy Betisem potrafi przeobrazić się, gdy na jej drodze stanie Villarreal, Valencia, czy Atletico Madryt. Ale to dowód, że możliwości drużyny Schustera sięgają znacznie dalej niż się wydaje. Real gra futbol naiwny, niedojrzały, ma w składzie kilku graczy bardzo młodych, a w środku pola zależy w zbyt wielkim stopniu od chimerycznego Gutiego. A jednak momentami miewa przebłyski klasy o jaką trudno go na codzień podejrzewać.

Real marzy o 10. triumfie w Pucharze Europy. Wydawało mi się to śmiesznie, gdy patrzyłem na jego nieporadną grę defensywną. Radosny futbol wystarczy do wyjścia z grupy, ale by w fazie pucharowej bić się z Milanem, Chelsea, Interem, albo Manchesterem Utd trzeba więcej wyrachowania niż polotu. Tak by się mogło wydawać, chyba, że ten sezon w Champions League będzie nietypowy. Jeśli będzie, to może aspiracje drużyny Schustera wcale nie są aż tak nierealne.

wtorek, 30 października 2007

Straciłem pracę, odzyskałem życie - powiedział po rozstaniu z Valencią Quique Sanchez Flores. Rzeczywiście presja na niego była trudna do wytrzymania. Aż 39 proc czytelników Marki uważa, że powinien zastąpić go Jose Mourinho. Rzecz jasna w każdym wielkim klubie, który straci trenera będzie padało nazwisko Portugalczyka. Władze Valencii mówią o człowieku z prestiżem i charyzmą - pasuje to do Mourinho jak ulał. Tylko czy Valencia jest wystarczajco wielka dla Mourinho? Czy budżet w okolicach stu mln euro wystarczy komuś, kto w Chelsea przyzwyczaił się do środków nieograniczonych? Valencia to nie Real Madryt, ani Barcelona, ale jednak klub, który wiele razy krzyżował plany największym. Praca tam byłaby dla Mourinho wyzwaniem. Mógłby udowodnić, że nie zapomniał jak robi się wielki futbol za stosunkowo nieduże pieniadze. Jak w FC Porto.

niedziela, 28 października 2007

Coś w tej naszej grze się nie układa - powiedział Piotr Giza po porażce Legii z Wisłą w Krakowie 0:1. Dokładnie nie układa się noga Gizy. Wisła była lepsza, miała masę okazji na 2:0, ale w 82. min Giza był sam przed wiślacką bramką i mógł sprawić, że klasyk zakończyłby się niezasłużonym remisem.

Magiczne dotknięcia piłki - tak dyrektor Legii Mirosław Trzeciak nazywa chwile po których padają gole. Wiadomo Trzeciak zapatrzony w hiszpański futbol mówi o nim z hiszpańskim temperamentem. Tyle, że jak dotąd trudno mu tym zarazić graczy Legii. Nie rozumieją, że mecz wygrywa nie ten, kto więcej biega, ani nawet nie ten kto więcej sytuacji stwarza, ale ten kto w kluczowych momentach jest na tyle skoncentrowany, że przykłada nogę do piłki jak trzeba.

Ale, żeby nie czepiać się Gizy w obu drużynach było takich kilku. Kiks Pawła Brożka po idealnym podaniu Rafała Boguskiego to przykład pierwszy z brzegu. Reprezentant Polski uderzał z sześciu metrów. Ten kuriozalny strzał Brożka nie miał jednak dla Wisły poważnych konsekwencji. Tym razem nie. Boję się, że będzie miał, kiedy Wisła zagra, na przykład, o Ligę Mistrzów.

 

sobota, 27 października 2007

Zawsze zachodziłem w głowę dlaczego Orły Górskiego znaczą dziś w polskiej piłce tak mało. Poza Kasperczakiem nikt z nich nie zrobił kariery trenerskiej. Jan Tomaszewski, legendarny bramkarz, bohater z Wembley i niemieckich mistrzostw świata rozmienia swą sławę w fali bełkotu. Grzegorz Lato też należał do największych i zafundował nam tyle niezwykłych chwil, że spokojnie można było wystawić mu pomnik.

Od myślenia, nawet genialnego na boisku, do myślenia, poza nim, droga jednak daleka. Tomaszewski i Lato - najpoważniejszy ponoć kandydat na stanowisko kolejnego prezesa PZPN - dają tego dowody. Androny, które powyplata Grzegorz Lato na temat pracy Leo Beenhakkera to nie jest jednak tylko kwestia niewiedzy.

O tym, że polska piłka poradzi sobie sama słyszymy od polskich trenerów i działaczy od lat. I radzi sobie tak, że w tym roku ostatni polski klub pożegnaliśmy w I rundzie Pucharu UEFA. Nasz futbol jest na dnie wie o tym każde dziecko, które skończyło cztery lata. Tylko Lato nie wie, choć na fotel prezesa się pcha.

Lato zachwycać się Beenhakkerem nie musi. Ale wygadywać takie głupstwa w momencie, gdy kadra ma realną szansę na awans na Euro, to świadectwo, że ludziom polskiej piłki brakuje też wyczucia. Piszę o ludziach polskiej piłki, bo wiem, że wielu z nich myśli jak Lato. On chce być prezesem PZPN i wie, że koledzy z terenu, którzy oddadzą kiedyś na niego głosy w wyborach, właśnie to chcieliby usłyszeć. Czyli kolejny prezes, który kibiców i piłkę ma gdzieś, a w głowie tylko wygodny fotel i tych, którzy mogą go na nim posadzić.

PS. Polecam chwilę zastanowienia tym, którzy twierdzą, że gorszego prezesa PZPN niż Michał Listkiewicz być nie może. Otóż może, jeszcze się przekonamy. 

 

piątek, 26 października 2007
Może to mało politycznie przed meczem Wisły z Legią, ale stawiając sobie pytanie jaka jest najsłabsza liga na kontynencie do głowy przychodzi mi nasza ekstraklasa. Nie mam na myśli przepaści, która dzieli ją od Primera Division czy Premier League, ale ile musi brakować jej do ligi norweskiej. W środę szósty zespół w tabeli skromnych rozgrywek w Skandynawii wygrał u siebie gładko 2:0 z wielką Valencią. Nie był to mecz towarzyski, ale gra o awans z grupy w Champions League - czyli coś, co w naszych realiach nie mieści się po prostu w głowie. Nasze marzenia są takie, by firmy eksportowe ekstraklasy Legia czy Wisła przebiły się do fazy grupowej Pucharu UEFA. Jeli więc lidera naszej ligi dzieli przepaść od szóstej drużyny w lidze norweskiej to znaczy, że ekstraklasa spokojnie może bić się na kontynencie o czerwoną latarnię. To jest na razie jedyne trofeum w jej zasięgu.
czwartek, 25 października 2007
Złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma - powiedział premier Kaczyński do Donalda Tuska w słynnej debacie telewizyjnej. Debacie przegranej, sam Kaczyński to przyznał, choć zwyczajowo przyznaje się tylko do zwycięstw. Co ma to wspólnego ze sportem? To samo przysłowie przyszło mi na myśl, gdy dowiedziałem się o zatrzymaniu Tomasza Lipca przez CBA. Kaczyński zrobił go ministrem sportu, by wykurzył z PZPN Michała Listkiewicza. Teraz Lipiec jest w areszcie, a Listkiewicz nietknięty w fotelu prezesa. Dwa lata starał się Kaczyński wprowadzić nam prawo i sprawiedliwość. I co z tego wyszło? Parę haków, w dodatku nie wiadomo czy na tych co trzeba.
środa, 24 października 2007

Jesteśmy narodem trudnym do pokonania. Wręcz chorym na optymizm. Kiedy Zagłębie Lubin odpadło ze Steauą Bukareszt już w II rundzie eliminacji Ligi Mistrzów odkryliśmy, że i tak rekordowa liczba polskich pilkarzy wystąpi w tych szlagierowych rozgrywkach. Rzecz jasna od 1996 roku, gdy w Champions League grała ostatnia polska drużyna - Widzew, który z tej okazji po 11 latach zagrał niedawno mecz na cele dobroczynne. Ale zostawmy legendy...

We wtorek w LM wygrały Manchester Utd i Arsenal, ale by dostrzec w tych sukcesach rolę polskich bramkarzy Kuszczaka i Fabiańskiego trzebaby ślepego optymizmu. Obaj byli rezerwowymi, Kuszczak wszedł na osiem minut. Na pocieszenie w Champions League zadebiutował Janczyk, ale jego klub przegrał u siebie z Interem.

W środę mogło byc tylko lepiej, bo Lewandowski, Żewłakow i Boruc musieli zagrać, ale ich drużyny przegrały. Nie przegrał tylko Żurawski, bo nie było go w składzie Celtiku. Tradycyjnie mieliśmy jednak coś na pocieszenie: wygrał Real Dudka. Tyle, że Dudek w oficjalnym meczu klubu z Madrytu jeszcze nie zagrał. A Casillas spisał się rewelacyjnie, znów uratował królewskim zwycięstwo. FC Porto zremisowało w Marsylii, ale Kaźmierczaka nie było nawet na ławce rezerwowych...

I taka jest ta polska Liga Mistrzów.

Walkę władz Legii z kibolstwem spod Żylety popieram w stu procentach. Wiem jakie ryzyko niosą ze sobą stwierdzenia kategoryczne, ale popieram nawet w 200 procentach, bo i tak przez ostatnie lata zaniedbano w tej kwestii wiele.

Kiedy jeszcze bywałem w Legii codziennie, jak dziś Maciek Weber, albo Robert Błoński, widziałem jak zwykli bandyci, którzy w niedzielę demolowali własny stadion, od poniedziałku przesiadywali w klubie bratając się z piłkarzami i szefami klubu. Taka była i ciągle jest w naszej lidze świecka tradycja, żeby nie uczepić się jednej Legii - w inteligenckiej ponoć Polonii Warszawa także rządziła banda i w szczycącym się najlepszym dopingiem w Polsce Lechu Poznań również.

Ale wróćmy do Legii. Bandyckie zwyczaje w klubie tolerowane, a nawet ukrywane przez szefów doprowadziły do tego, że w ogóle przestałem tam bywać. Tak jak nie bywam w restauracjach, gdzie facet z sąsiedniego stolika ma prawo napluć mi do talerza, albo zwymyślać moją żonę. Jeśli kolejni właściciele Legii chcieli robić futbol dla kibolstwa, a piłkarze dla niego grać, to ja miałem prawo zrobić w tył zwrot i wybrać się na Camp Nou, czy gdziekolwiek oczy poniosą. ITI poszło na wojnę z kibolstwem i chuligaństwem stąd oburzenie Żylety wyobrażającej sobie, że ma dla klubu nie wiedzieć jakie zasługi. Tymczasem zasługi ma bandyckie. I jeśli coś mam do zarzucenia nowemu właścicielowi to tylko to, że walczy za mało konsekwentnie.

Pisząc o Żylecie nie chodzi mi o wszystkich ludzi, którzy siadają w szalikach Legii w centrum trybuny odkrytej. Wiem, że 18-latek kibicuje inaczej niż 50-latek i ma do tego święte prawo. Nie ma prawa do bicia, niszczenia i terroryzowania innych, a z takimi zachowaniami kojarzy się nazwa tej trybuny stadionu Legii. I jest jednym z głównych kryteriów odległości, jaka dzieli ten klub od świata cywilizowanego.
wtorek, 23 października 2007

14 czerwca 1978 był jednym z najgorszych dni w moim życiu. Na mundialu w Argentynie kibicowałem naszym piłkarzom z oddaniem 16-latka. Polska przegrywała 0:1 w Rosario z Argentyną, gdy w 39. min Kazimierz Deyna nie wykorzystał karnego. Fillol rzucił się we właściwą stronę, a jak wiadomo Deyna nie strzelał na siłę. I stała się katastrofa: osobista i narodowa.

 

Deyna wiele razy ratował drużynę. Choćby w drodze na argentyński mundial. Mecz z Portugalią w Chorzowie pamiętamy do dziś z dwóch powodów, bramka Deyny bezpośrednio z rzutu rożnego dała awans przy akompaniamencie gwizdów tych, którzy nie chcieli Go w kadrze. Ale niewdzięczność kibiców na Śląskim była dla mnie takim kuriozum, że nawet nie musiałem żałować swojego idola. Obronił się sam. Co innego strzał złapany przez argentyńskiego bramkarza. Dziura w 16-letnim sercu została na długo, załatał” ją dopiero Boniek tłumacząc, że tamten mundial mogła wygrać tylko Argentyna. Może więc wina Deyny nie była wcale taka wielka?

 

Przez wiele lat unikałem tamtego meczu. Z chęcią oglądałem powtórki spotkań Górskiego i Gmocha, ale kiedy trafiałem na Rosario wyrywałem wtyczkę z gniazdka. Dopiero kiedy przed mundialem w Korei Polsat pokazywał dokonania naszych piłkarzy w finałach mistrzostw świata, obejrzałem ten mecz jeszcze raz. I zobaczyłem Deynę, który przedłużał z powietrza podanie do Laty używając do tego prostego podbicia (żaden z dzisiejszych reprezentantów Polski nawet by się nie odważył spróbować). Zdałem sobie sprawę, że mieliśmy pokolenie piłkarskich geniuszy i zamiast tańczyć z radości, że ocierają się o medale mistrzostw świata, znajdowaliśmy powody do zmartwień.

 Dziś smutek po przestrzelonym karnym Deyny, byłby niczym przy żalu, że go nie ma. I nie chodzi mi o tragiczny wypadek, który przerwał Jego życie. Gdyby nie on Deyna miałby dziś 60 lat...
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac