blog Darka Wołowskiego
RSS
piątek, 16 listopada 2007

Czy czujecie już ten dreszcz emocji, kiedy żona zamiast podawać kolację i wino pyta Was o coś czego przewidzieć sie nie da? W końcu jesteś ekspertem, kochanie. Czy nie? Na przykład pyta czy Polska wygra z Belgią w meczu stulecia. I ile wygra? Na dodatek macie syna lat 2,5, który już śpi, ale za 24 godziny może obudzić się w kraju finalisty mistrzostw Europy. W takim kraju wy sami do tej pory się jeszcze nie obudziliście. A gówniarz ma taką samą szansę jak tata, lat 45,5! To wszystko wali ci się na głowę właśnie teraz, gdy oczekiwałeś chwili koncentracji przed meczem. Żona mówi, że jeśli Polska wygra, to będą moje ulubione kotlety z indyka. Na obiad, nie na kolację, kolacji już nie bedzie. No, ale obiad zjedzony na kolację smakuje fantastycznie. Przynajmniej tak jak mecz wygrany z Belgami. Łyknijmy ich więc na kolację. Początek 20,30. A potem zdrowie żony, syna, indyka i Belga. Emocje, niestety, nie zmalały. Trzymajcie się chłopaki. Acha!

Docent

Nadejszła wiekopomna chwiła - jak mówił kiedyś Kazimierz Pawlak w filmie ”Kochaj albo rzuć”. Jutro o 20.30 polscy piłkarze zagrają o Euro, do którego tak blisko jak teraz nie było nigdy. Żeby nie smarować frazesów chciałbym się zatrzymać nad składem. W ankiecie Sport.pl najwięcej głosów dostał Jacek Krzynówek (do dziś rano 1642). I trudno zaprzeczyć, że w tych eliminacjach piłkarz Wolfsburga grał tak jakby chciał zmazać plamę na honorze za niemiecki mundial. Po prostu rewelacja, piłkarz europejskiej klasy, gdyby nie był Polakiem to pewnie nie grałby dziś w tak przeciętnym klubie. Krzynówek umie strzelić, podać, kiwnąć - piłkarz kompletny.

Na pewno najbardziej przykrą niespodzianką będzie dla fanów decyzja Beenhakkera w sprawie prawoskrzydłowego. 86 proc z nich widzi tam Jakuba Błaszczykowskiego i ja absolutnie się z nimi zgadzam. Myślę, że jeśli Polska zagra na Euro to Kuba będzie jej najlepszym piłkarzem. Bo ma największe możliwości w tej grupie (nie licząc bramkarzy).

Ebi Smolarek jako prawoskrzydłowy dostał zaledwie 9 proc głosów, bo 90 proc ludzi widzi go w ataku. Siedem bramek w eliminacjach to dowód, że takiego nochala do gola nie ma teraz nikt z polskich piłkarzy. Najmniej ludzi głosowało na Łobodzińskiego (5 proc), ale zdaje się, że własnie on dostanie ten najważniejszy głos - od Beenhakkera.

Na lewej obronie bezkonkurencyjny jest Grzegorz Bronowicki aż 92 proc głosów. Trzeba było wysilić się na wielką orginalność,. by stawiać na kogo innego. Z prawej ludzie widzą Wasilewskiego z 75 proc glosów. Baszczyński i Zewłakow byli jednak dla pilkarza Anderlechtu mocnymi rywalami.

Michał Zewłakows otrzymał zresztą od głosujacych miejsce w pierwszym składzie: tyle, że na środku obrony z Jackiem Bakiem (65 proc) gosów.

Najbardziej zacięta walka rozegrała się w środku pomocy. 54 proc ludzi uznało, że partnerem Lewandowskiego powinien być Sobolewski, 41 proc, że Garguła i 6 proc, że Rafał Murawski. 

W ataku ludzie stawiają na Zurawskiego - aż 70 proc glosujących nie zraziło, że ostatnią bramkę strzelił w rezerwach Celtiku. Ludzie ufaja kapitanowi nie mniej niż Beenhakker.

Miejsce w bramce wygrał Artur Boruc - 75 proc, ale Tomasz Kuszczak dostał 24 proc. Nikt już nie pamięta bramki jaką gracz Manchesteru puścił w spotkaniu z Kolumbią przed mundialem w swoim ostatnim wystepie na Śląskim. I słusznie, bo nie ma dziś ona nic do rzeczy.

Choć w Polsce jest 40 mln selekcjonerów to tak naprawdę większość z nich z tym importowanym z Holandii pokłóciłaby się tylko w sprawie Błaszczykowskiego. Najważniejszy jest jednak wynik tych powołań, czy trafnych sprawdzimy już jutro wieczorem.

A wiec jak mawiał Jerzy Engel na mundialu w Korei: po sławę, po honor, po zwycięstwo. Byle z lepszym skutkiem. 

 

czwartek, 15 listopada 2007

Rafał Stec zamieścił na blogu skrót meczu barażowego o meksykanski mundial Holandia - Belgia z 1985 roku. Na końcu rozczarowany trener Holendrów Leo Beenhakker schodzi sam do tunelu. Tamte mecze transmitowała TVP dlatego samotność przegranego trenera była nam Polakom bliska. Kiedy 21 lat później Leo był przedstawiany jako nowy selekcjoner reprezentacji Polski dziennikarz ”Rzeczpospolitej” Stefan Szczepłek przypomniał o tym Beenhakkerowi. Tłumacz był młody więc słowa Szczepłka źle przetłumaczył i Leo zrozumiał, że jest w Polsce synonimem klęski. Oczywiste było, że przybysz się obruszył przypominając, że nie tylko spektakularne poraźki były jego udziałem.

Kilka miesiecy później o tamten mecz męczyli Leo dziennikarze z Belgii. To znaczy męczyli go o dwumecz, bo samotny marsz tunelem by się nie zdarzył, gdyby w 1985 roku w pierwszym meczu w Brukseli Holandia nie przegrała 0:1. Leo znowu tłumaczył, że mecz Belgia - Polska w eliminacjach Euro 2008 nie jest dla niego okazją do rewanżu za to co stało się 21 lat wcześniej. Nawet jeśli rewanżem nie był, to i tak mu się udał. Tego czego nie dokonał z Rijkaardem i Gullitem udało mu sie z Dudką, Wasilewskim, czy Bronowickim. Nie zbadane są wyroki piłkarskiego losu. 

W sobotę czekamy na powtórkę, a wtedy samotny marsz tunelem nie grozi nikomu z nas.

środa, 14 listopada 2007

Tak jak można było przewidzieć Jose Mourinho, od kiedy stracił pracę w Chelsea, będzie kandydatem na trenera w każdym wielkim klubie, gdzie pojawi się chociaż cień kryzysu. Był już kandydatem w Valencii, teraz jest w Barcelonie. No bo jeśli Rijkaard nie umie wygrywać z Messim, Henrym, Ronaldinho, Zambrottą, Xavim, Iniestą, Abidalem, Toure, Puyolem, Milito - znaczy, że się nie nadaje. Ciekawe, że nadawał się, gdy bez połowy z nich wygrywał Champions League w 2006 roku. Można powiedzieć, że nieśmiały Frank dał wielkiej Barcy 50 procent Pucharów Europy jakie zdobyła.

Ale zostawmy Rijkaarda skoro jest tak cichy i nieśmiały, postawmy w jego miejscu Jose Mourinho, który ani nieśmiały, ani cichy nie jest. ”Największy z trenerów” zaczynał w Barcelonie - jak wspominali tamtejsi dziennikarze szwędał się po La Masia w sandałach i czapce odwróconej daszkiem do tyłu jako tłumacz Robsona. Wtedy wzbudzał sympatię u wszystkich w Katalonii.

Jego druga wizyta w Barcelonie zakończyła się klęską. To wtedy zdobył tytuł wroga publicznego numer 1. Nienawiść jaką wywołał do siebie i swojej Chelsea wezbrała jak najwyższa fala na morzu Śródziemnym. Mourinho nie ustawał w dolewaniu oliwy do ognia. A jak wiadomo w tym jest rzeczywiście niedościgniony.

Nie chcę przez to powiedzieć, że zatrudnienie go w Barcelonie wogóle nie mieści mi się w głowie. Ale gdyby okazało się teraz, że to właśnie Mourinho ma ratować Barcę przed kryzysem, byłby to ostateczny dowód, że ludzie piłki, to już tylko automaty do gry w piłkę.

  

Chcąc uczynić za dość oczekiwaniu kibica Realu Madryt muszę przyznać, że Barcelona zagrała z Getafe mecz fatalny. Jest zresztą drużyną przedziwną, która u siebie wygrała wszystkie spotkania, a z wyjazdów przywiozła 6 pkt na 18 możliwych. Oczywiście każdy normalny zespół gra trochę lepiej przed własną publicznościa niż obcą (chyba, że to Valencia), ale w przypadku Barcy dysproporcja wskazuje na poważne roblemy mentalne. Nie można umieć grać na Camp Nou, a poza nim potykać się o swoje nogi. To znaczy można, ale w ten sposób w muzeum klubowym trofeów nie przybędzie. A jeśli taki gwiazdozbiór zakończy sezon na tarczy, to Barcę czeka zapaść jaką przyżywał niedawno jej galaktyczny rywal z Madrytu. Trzeba będzie rozpędzić część gwiazd i zacząć budować zespół od nowa.
wtorek, 13 listopada 2007

Właśnie zadzwonił do mnie kolega z ”Marki” chcąc przedrukować wywiad z Ebim Smolarkiem. Ich zdaniem Polak bardzo szybko zaaklimatyzował się w Hiszpanii. Pomyślałem nawet sobie, że ten Ebi to ma farta. Kiedy odchodził z Dortmundu do Santander narzekalimy, że zostawia klub duży dla małego. A już gdy kilka dni przed jego transferem przeczytałem, że trener Marcelino uważa swój Racing za kandydata do spadku pomyślałem, że Ebi zamiast kroku do przodu, robi w tył. Choć oczywiście wiadomo, że Primera Division to okazja gry z Realem, Barceloną, Valencią, Sevillą, czy Atletico Madryt.

W Bundeslidze tylko Bayern może się równać z hiszpańskimi potęgami. Ale Borussia Dortmund ma w kolekcji Puchar Europy, Racing jeszcze nigdy nie grał w europejskich pucharach. Czasem historia nie ma jednak nic wspólnego z dniem dzisiejszym. Tak jest w przypadku byłego i obecnego klubu reprezentanta Polski. Po 12 kolejkach ligi hiszpańskiej Racing ma tylko punkt straty do miejsca dającego start w Puchrze UEFA, tymczasem Borussia zajmuje 13. miejsce i pewnie do końca będzie broniła się przed spadkiem.

Morał? Można trafić do małego klubu w wielkim momencie i do wielkiego w chwili fatalnej. Roman Kosecki grał w potężnym Atletico Madryt, ale akurat drużyna biła się utrzymanie. Wydaje się, że Ebi szczęścia miał więcej. Przyszedł do maleńkiego Racingu w najlepszym momencie. Być może wcale nie będzie musiał z niego uciekać, by osiągnąć coś w Primera Division.

 

piątek, 09 listopada 2007

Czytałem ostatnio w hiszpańskiej prasie, że Eto'o i Ronaldinho zawiązali spisek. Ich niechęć do Franka Rijkaarda jest ponoć tak duża, że antagoniści, o konflikcie których rozpisywaliśmy się przed rokiem, zwarli szeregi. Chcą doprowadzić do tego, by Barca miała od przyszłego sezonu nowego szkoleniowca.

Ile w tym prawdy? Nie wiem. Wiem, że transfery Tuore, Abidala i Milito miały dać Barcelonie solidność w defensywie - czyli to czego mogło brakować Eto'o i Ronaldinho na boisku. I dały. Wszyscy trzej nowi grają bardzo dobrze, a klub z Katalonii, choć nie dokonał rekordowych wydatków, zgromadził gwiazdozbiór w którym bykmecherzy zobaczyli triumfatora Champions League. Tyle, że przed  rokiem było tak samo, a skończyło się na 1/8 finału. Właśnie w okresie, gdy trzeba było bic się z Liverpoolem świat emocjonował się konfliktem dwóch najwiekszych gwiazd katalońskiego zespołu.

Szefom Bacy bardzo zależało na pojednaniu Eto'o i Ronaldinho. Miał do tego doprowadzić sprowadzony latem z Arsenalu Henry. Jego autorytet mógł pokonać niechęć tych dwóch, tyle, że niektórych łatwiej łączy wspólny wróg niż przyjaciel. Tym wrogiem ma być właśnie Rijkaard. Nie bardzo wyobrażam sobie jak naraził się komukolwiek, przecież on nawet nie mówi, tylko szepcze, a swoim gwiazdom pozwala na wszystko. W ubiegłym sezonie Ronaldinho opuszczał co drugi trening, o co m.in. wściekał się Eto'o.

Czas odpowiedzieć na tytułowe pytanie. Na pewno Barca jest w stanie wygrać Champions League i to w stylu, którego może jej pozazdrościć nawet Arsenal. Warunek jest jeden: że Eto'o i Ronaldinho będą szukali sobie wrogów poza klubem. Jeśli nie, to ten kolosalny potencjał zostanie zaprzepaszczony. Żal będzie Henry'ego, który przyszedł do Katalonii, by wygrać w końcu Champions League (ironią byłoby gdyby wygrał ją Arsenal), Messiego, który patrzy w Ronaldinho jak w obrazek, a nawet nas kibiców oczekujacych od Barcy spektakli najwyższej próby.

Być może to co napisał „As” nie zasługuje nawet na tak długi komentarz, ale mimo wszystko ciekawie będzie się o tym przekonać.

 

czwartek, 08 listopada 2007

Debata „Kibice kontra kibole” skłania do refleksji jak wielki wpływ na obyczaje na trybunach mają szefowie klubów, a jak wielki trybuny na prezesów...

Pamiętacie niejakiego Gasparta? To prezes FC Barcelona przed Laportą. Gaspart miał mentalność kibola i jak to kibol uważał, że nikt nie kocha tak klubu jak on. Rzeczywiście gdy w 1992 roku Ronald Koeman zdobył złotą bramkę w finale Ligi Mistrzów z Sampdorią pijany ze szczęścia Gaspart o czwartej rano kąpał się w Tamizie. Takim gestem udowadniał swoją miłość, wtedy jednak był tylko wiceprezesem przy Nunezie. Potem doszedł do władzy, bo socios wydawało się, że miłość do klubu to warunek konieczny.

Konieczny? Na pewno jednak niewystarczający.  Pod rządami Gasparta jeden z najbardziej lubianych klubów świata przekształcił w twierdzę nacjonalizmu i ksenofobii. Cały świat zobaczył to na własne oczy przy okazji meczu Barcelona - Real Madryt, gdy na Camp Nou wrócił ”zdrajca” Luis Figo. Z trybun szacownego stadionu rzucono na boisko łeb świni, a w piłkarza poleciały butelki, a nawet telefon komórkowy. A Gaspart tylko do tego podjudzał.Katalończycy, którzy są dumni ze swojej opozycji wobec dyktatury generała Franco i uważali Camp Nou za miejsce symboliczne, poczuli, że miłość w rozumieniu Gasparta niszczy legendę, wizerunek klubu. Że dokąd będzie ich prezesem będzie wydawał o nim złe świadectwo obnosząc się z ślepą nienawiścią do Madrytu.

I postawili na Laportę. To też nacjonalista kataloński, ale i dżentelmen, który gdy jeździł na mecze z Realem składał kwiaty na grobach ofiar ataku terrorystycznego w madryckim metrze. Można się różnić, nawet nie lubić, ale używanie trybun stadionu i kibiców do demonstrowania nienawiści jest absurdem niezależnie od kraju, narodowości, czy opcji politycznej.

Przykład Barcelony był skrajny, bo tam ktoś o mentalnosci kibola stanął na czele klubu. Ale kibice zrozumieli, że robi on kiboli z nich. U nas wielu prezesów ulega pokusie tolerowania kiboli. Wierzą w ich przywiązanie do klubu, wierzą w ich oddanie, tak jak wielu piłkarzy wierzy, że to ich przyjaciele. Tymczasem niepostrzeżenie stają się zakładnikami kibolstwa. A z tego nie wychodzi się łatwo.

wtorek, 06 listopada 2007

Oblał mnie zimny pot, gdy przeczytałem oświadczenie jakie wydała Wisła Kraków na temat listu dziewczyny-kibica, który zamieściliśmy w ”Gazecie Sport'. Opowiada o tym, że nasze stadiony są nieprzyjazne dla kobiet i ile upokorzeń trzeba przejść, by obejrzeć mecz. I co? I Wisła poczuła się szkalowana przez 'Gazetę”.

Dlaczego dopiero teraz opublikowaliśmy tekst dziewczyny skoro mecz odbył się pół roku temu? Bo teraz zachowanie kiboli Legii, ich konflikt z władzami klubu i piłkarzami sprawił, że taka dyskusja wydała nam się konieczna. Przecież tu nie chodzi o to, by twierdzić, że w Krakowie jest źle, a w Poznaniu czy Katowicach dobrze. Przygody tej dziewczyny mogły zdarzyć się wszędzie. Bo chamstwo jest na wszystkich naszych stadionach, czasem nawet dobre chęci szefów klubu nie wystarczą, by sobie z nim poradzić. Tak jak w Warszawie. Pytanie jest takie: czy chcemy na zło się godzić, czy z nim walczyć? 

Wisło nikt Cię obrażać nie chce, chce Cię przekonać do dyskusji i walki z chamstwem na stadionach. Tylko tyle i aż tyle. Nie ma co się złościć, lepiej udowodnić, że jeden z najlepszych klubów w Polsce, dorósł do refleksji o sobie i kibicowaniu.

niedziela, 04 listopada 2007

Real egzaminu nie zdał, ale to już wiemy od doby. Zespół Schustera najbardziej zależy od Gutiego, on ma najczęściej piłkę i gdy gra słabo, Real gra słabo. A Guti z Sevillą zawiódł. Tym bardziej niewiarygodnie brzmią skargi piłkarzy i trenera Realu, że to nie Sevilla ich pokonała, ale sędzia. Znaczy to, że w Madrycie nie mają dystansu do tego co robią. Nie ma sensu szukać błędów, bo wszystkie popełniają inni.

Znacznie bardziej żal mi Atletico. Za czasów Jesusa Gila nad klubem ciążyło fatum - jakby opatrzność chciała go ukarać za grzechy prezesa. Był to klub w którym zamiast rozwijać karierę można było ją sobie złamać. Dziś jest inaczej, zespół gra ładnie, ma kilku świetnych piłkarzy na czele z Aguero, a nawet kontuzje nie dziesiątkują kadry jak przed rokiem. Z Villarrealem Atletico prowadziło 2:0 i 3:2, by przegrać. Mam nadzieję, że ta porażka nie zabije ich, ale wzmocni. Tak jak zmobilizowało Valencię osiem bramek straconych w dwóch ostatnich meczach.

Trener Racingu Marcelino to zwolennik rotacji. Jej ofiarą padł w niedzielę Ebi Smolarek. Pal sześć rotację, szkoda trzech punktów straconych w 90. min, gdy goście grali w osłabieniu. Espanyol to zespół, który wsławił się zwycięstwami nad Realem, Valencią i Sevillą. Pokonanie go dałoby Racingowi wiarę, że nie musi bić się o utrzymanie, ale o puchary. Gdyby Racing wygrał powtórzyłby najlepszy start ligowy w swojej historii i Polak miałby w tym duży udział. Gdyby...

 

 

Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac