blog Darka Wołowskiego
RSS
czwartek, 10 stycznia 2008

Nie, Jerzy Dudek nie uchronił Realu Madryt przed porażką na Majorce 1:2 w pierwszym meczu 1/8 finału Pucharu Hiszpanii. Ale ci, którzy oczekiwali, że polski bramkarz choć na ułamek sekundy wyjdzie z cienia Ikera Casillasa mogli mieć odrobinę satysfakcji. ”Vaya paradon de Dudek”, ”Dudek evita el tercer gol” - to cytaty z internetowej relacji w dzienniku Marca, kiedy w 70. min Polak fenomenalnie zareagował na strzał Arango. Wreszcie nazwisko Polaka pojawiło się na czołówce portalu największej gazety w Hiszpanii z powodów czysto sportowych.

Ten sam Arango w 49. min nie dał szans Dudkowi ustalając wynik na 2:1 dla gospodarzy. Rewanż za tydzień, Real raczej wymęczy 1:0 i awans do ćwiercfinału co sprawi być może, że Dudek zagra jeszcze dwa kolejne mecze. Szczytem marzeń byłby Puchar Hiszpanii. Znaczyłoby to, że ten rok spędzony w cieniu Casillasa nie poszedł na marne. Jest jednak kilka warunków: Real musi wygrywać, a Schuster wytrwać w postanowieniu, że Puchar to rozgrywki dla Dudka. Po meczu z Mallorką powinno byc mu łatwiej, bo oprócz fenomenalnej interwencji z 70. min Polak miał jeszcze parę niezłych, choć ta sama „Marca”, która chwiali Dudka uważa, że w 28. min bramkarz Realu spowodował karnego, którego nie zobaczył arbiter. Tyle, że obrońcy zostawili go sam na sam z Trejo.

W sumie jednak światełko w długim i ciemnym tunelu w który zmieniła się kariera bramkarza po maju 2005.

Trener reprezentacji Hiszpanii Luis Aragones to postać kontrowersyjna. Piłkarze nazywają go profesorem, ale zdaniem tamtejszych dziennikarzy traktują jak wychowawcę, którego uwielbia się za to, że nie widzi i nie słyszy. Aragones ma jednak wiele wspólnego ze swoimi poprzednikami na stanowisku, bo wszyscy oczekują po nim, że wreszcie dokona przełomu i poprowadzi kadrę do sukcesu. Jakiegokolwiek, który wykraczałby poza triumf w eliminacjach. 

Nie wiem jaka jest prawda o Aragonesie, ale stary profesor, który zdradza pewne oznaki zmęczenia i zagubienia we współczesnym świecie w jednej kwestii jest konsekwentny. Kiedyś postanowił sobie, że nie powoła już do kadry ikony tamtejszego futbolu - Raula Gonzaleza i trwa przy swoim. Nie było trudno w ubiegłym sezonie, bo Raul grał słabo, teraz jest ciężej, bo zdobył jesienią osiem goli i znów jest jednym ze skuteczniejszych napastników w Primera Division. W klasyfikacji najskuteczniejszych z Hiszpanów wyprzedza go tylko Raul Tamudo z rewelacyjnego Espanyolu. 

Niedawno kapitan Realu powiedział, że na Euro 2008 się wybiera. Aragones milczy, tak jakby to co miał przeciw Raulowi nie nadawało się jako argument w publicznej debacie. Jeden z dziennikarzy hiszpańskich tłumaczył mi, że selekcjoner zrezygnował z Raula właśnie dlatego, by zerwać z całą ta „nieudaczną” przeszłością kadry. Raul miał swoje szanse w reprezentacji, był z nią na wszystkich wielkich turniejach od mundialu we Francji przed dekadą począwszy, i z wszystkich wracał na tarczy. Dla postronnego obserwatora nie on był jednak zwykle głównym winowajcą porażek Hiszpanów (102 mecze 44 gole). Ale zdaje się, że profesor uważa inaczej.

Sprawa wchodzi w decydującą fazę. Hiszpańscy kibice utworzyli specjalną stronę w Internecie, która ma być orężem w walce o Raula z Aragonesem i całą hiszpańską federacją. Aż 80 proc ankietowanych w „Marce” uważa, że Raul byłby wzmocnieniem drużyny, ale tylko połowa z nich wierzy, że trener zabierze go na turniej. Gdyby komuś nie było to obojętne - zapraszam www.raulseleccion.com.

Ale ostrzegam. Były selekcjoner Hiszpanów Javier Clemente nazwał założycieli strony idiotami. „Na 45 mln mieszkańców Hiszpanii jest 5,3, lub 2 mln idiotów. Ci założyli tę stronę” - powiedział.

Problemów jest kilka. Raula nie da się wziąć na Euro jak każdego innego gracza i w razie czego posadzić na rezerwie. Jest taka gwiazdą, że wszystko i tak będzie się kręcić wokół niego. Jak ostatnio, gdy w kadrze go nie ma, a pierwsze pytanie do jego zastępców na każdym zgrupowaniu dotyczy tego czy powinien być.

Aragones nie ryzykuje zbyt wiele. Jeśli Euro 2008 zakończy się dla Hiszpanii porażką i tak odejdzie. Bez względu na to, czy zmięknie w sprawie Raula, czy nie. A jeśli odniesie sukces bez gwiazdy Realu? Będzie to dowód, że nie jest w kadrze tym, którego zalety ograniczają się do tego, że nie słyszy i nie widzi. Przypomniałem tu francuski mundial na który Aime Jacquet nie zabrał Cantony i Ginoli, a złoty medal sprawił, że świat ogłosił go za to geniuszem.

środa, 09 stycznia 2008

Hiszpański dziennik „As' przeanalizował dokonania Realu Bernda Schustera i wyciągnął wniosek, że to podobna drużyna do tej, którą prowadził Leo Beenhakker z Schusterem jako piłkarzem w składzie. Schuster-trener bardzo się na to ucieszył i powiedział, że podobieństwa widzi, ale tamta drużyna z Butragueno, Michelem, Martinem Vazquezem, Hugo Sanchezem była dziełem skończonym, a ta jego jest rozpoczetym, ale rokującym tak samo dobrze.

Zobaczymy. Przekleństwem Beenhakkera było to, że jego drużyna, która zupełnie zdominowała ligę hiszpańską, nigdy nie zdobyła Pucharu Europy. Raz w półfinale pokonał ją Bayern, drugi raz wielki pech i PSV Eindhoven (1:1 i 0:0), za trzecim razem to był Milan, kosmiczna drużyna Sacchiego z Gullitem, van Bastenem i Rijkaardem o Baresim, Maldinim, czy Ancelottim nie wspominając. Był wtedy Real wielkim zespołem, może po Milanie najlepszym na świecie, ale nigdy nie miał szansy tego udowodnić. Dlatego Beenhakker Madryt opuścił (powrót był już zupełnie nieudany), ale selekcjoner polskiej kadry ze 139 meczami w Realu jest po Muniozie (424) i Vicente del Bosque (153) trzeci na liście trenerów z największą liczbą spotkań w królewskim klubie. Zdobył z nim trzy tytuły mistrzowskie.

Ale wracając do Realu trenera Schustera to wystarczy zwycięstwo w Levante na zakończenie pierwszej rundy, by drużyna ustanowiła rekord ligi. Od czasu, gdy za zwycięstwo przyznaje się trzy punkty najlepsze osiągnięcie na półmetku należy do Barcelony (46 pkt). Real ma 44 i szansę na poprawienie go. Jeśli wygra. Tyle, że jak mówiliśmy dokonania Schustera i jego drużyny zależeć będą nie tylko od rywalizacji z Barceloną o mistrzostwo kraju, ale przede wszystkim od sukcesów w Champions League. W Realu już sześć lat czekają na dziesiąty triumf w Pucharze Europy. Jak na najbogatszy klub świata to bardzo długo.  

 

 

 

wtorek, 08 stycznia 2008

Kiedyś z kolegami z Gazety odkryliśmy regułę według której funkcjonują polskie drużyny na wielkich imprezach. Najpierw jest mecz kluczowy taki jak kadry Engela z Koreą, albo Janasa z Ekwadorem. I on jest przegrany. Potem jest mecz o wszystko czyli taki jak drużyny Engela z Portugalią, albo Janasa z Niemcami. I ten też jest przegrany. W końcu następuje czas meczu o honor i ten jest wygrany: jak kadry Engela z USA, lub Janasa z Kostaryką.

Myślałem, że odkryliśmy prawo powszechne, więc porażka siatkarzy w meczu kluczowym z Hiszpanami w Izmirze mnie nie zaskoczyła. Spodziewałem się też przegranej w spotkaniu o wszystko z Włochami. I nagle wszystko się zawaliło. Jest zwycięstwo. Czy to znaczy, że meczu o honor wogóle nie będzie?

Przyznam szczerze, że los, który spotyka właśnie Valencię wydaje mi się tyleż przerażający co uzasadniony. Przerażający, bo właśnie Valencia wydawała mi się w ostatnich latach wzorem rozsądku. Drużyna drugiego planu z własnym stylem, pomysłem, potrafiąca zamieniać gwiazdki w megagwiazdy (Claudio Lopez, Mendiera, Canizares. Villa).

Valencia czerpała co najlepsze z kilku stylów: włosko-argentyńska mentalność zwycięzców i odpowiedzialność w grze destrukcyjnej połączona z hiszpańskim polotem w ataku. I efektownie to było i skuteczne. W Hiszpanii klub stał się siłą równorzędną dla Realu i Barcelony. Tyle, że gdy Barca była w kryzysie, Valencia biła się z Realem, a gdy Real był słaby, toczyła boje z Barcą.

Musiał widać przyjść kryzys i na Valencię. Po katastrofalnym meczu z Levante w niedzielę (0:0 - pierwszy punkt Levante na wyjeździe) drużyna Ronalda Koemana wyrównała negatywny rekord Quique Sancheza Floresa. Sześć meczów bez zwycięstwa - dwa razy w tej samej rundzie!!! Całkowity upadek.

Prezes Soler się uparł, że Koeman ma być tym, którzy przeprowadzi operację przecięcia wrzodu. Nie ma jednak pewności czy Holender, któremu zupełnie obca jest tradycja Valencii, wogóle się do tego nadaje. Jeśli chce, by drużyna grała jak Real lub Barcelona to pozbawi ją największych, bo tradycyjnych atutów. Valencia nie musi i nie powinna czerpać z innych - ma własne wzorce. Na razie jednak Koeman wywołuje skandal za skandalem - wyrzucił z drużyny Albeldę, Canizaresa, Angulo, czyli tych, którym klub zawdzięcza znacznie więcej niż jemu. Jeśli byli zbędni, trzeba ich było grzecznie pożegnać, a nie robić przedstawienia na całą Europę. Koeman ze spokojem powtarza jednak, że przed niczym się nie cofnie. Boję się, że sam nie wie co to jest. Na razie wywołuje wstrząs za wstrząsem jakby postawił sobie za punkt honoru, by burzyć, a nie budować.

Jeśli chodzi o budowanie nowej drużyny Koeman wydał 25 mln dol na Evera Banegę. To nie jest chyba ruch zły. Być może trener jednak poszedł po rozum do głowy, by odtworzyć tę część tradycji, która w latach największych sukcesów klubu związana była z Argentyną  Tyle, że znów wszystko zaczyna się od skandalu. Właśnie Internet obiega pornograficzny film z argentyńskim piłkarzem (nie ogladałem, ale Banega obnaża swoje wdzięki męskie przed kamerą). Na szczęście jest to jednak najmniejszy z problemów, który spadł na klub. 

Kibice żądają natychmiastowej dymisji prezesa. Koemana wręcz nienawidzą. Po meczu z Levante po którym Holender wypowiedział ośmieszające go nieco zdanie „Gramy coraz lepiej” kilkudziesięciu fanów goniło za jego samochodem eskortowanym przez policję. Nie wyglądało raczej na to, by chcieli mu podziękować.

W ostatnich 10 meczach Valencia wygrała tylko w Pucharze Króla z trzecioligowym Real Unión, a w ośmiu ostatnich spotkaniach ligowych i Champions League zdobyła tylko dwie bramki. Obie w zremisowanym meczu z Saragossą 2:2. Takiej zapaści ten klub jeszcze nie przeżywał.

 

niedziela, 06 stycznia 2008

Co roku przy okazji podsumowań i plebiscytów odżywa w całym świecie sportu coś w rodzaju dyskusji o wyższości Świąt Bożego Narodzenia nad Świętami Wielkanocnymi. Próbujemy znaleźć wspólny mianownik dla rzeczy z natury trudno porównywalnych.

Tym razem najtrudniejsze było ocenienie co więcej waży: dziewięć goli Ebiego Smolarka w eliminacjach Euro 2008, czy mistrzostwo świata oraz Kryształowa Kula za Puchar Świata Adama Małysza. Gołym okiem widać, że drugie dotyczy szczytu w skokach narciarskich, pierwsze zaledwie kilku kroków w drodze na futbolowy szczyt. Ale nie mam najmniejszych wątpliwości, że trudno jedno i drugie rozpatrywać bez zastrzeżeń, bo mistrzostwo świata w skokach nie jest tym samym co mistrzostwo świata czy Europy w piłce nożnej.

Moim zdaniem wynik plebiscytu jest jednak sprawiedliwy. Małysz mistrzem już jest, a drużyna Leo Beenhakkera, w tym Ebi Smolarek, dopiero o tym marzy. Jeśli spełni swe marzenia, to rok 2008 będzie rokiem piłkarzy (nareszcie!) Na razie jednak wydaje mi się że dla Ebiego Smolarka to i tak duży komplement, bo kibice postawili go w tym samym szeregu co Małysza.

sobota, 05 stycznia 2008

Jeśli prawdą są informacje z angielskiej prasy, że Wigan i MC stoczą zimą bój o Jerzego Dudka, to już za kilka dni rozstrzygnie się czy do boju o zatrzymanie Polaka stanie Real Madryt. Schuster mówił Dudkowi niedawno, że jest mu potrzebny, ale już w nadchodzącym tygodniu przekonamy się czy to nie były puste słowa. Real gra mecz z Mallorką w 1/8 Pucharu Króla i nie wiadomo czy Niemiec postawi w nim na Polaka.

Dudek wierzy, że choć Casillas jest nie do ruszenia w lidze i w Champions League, to w Pucharze Króla Niemiec da grać jemu. Na razie są jednak dowody, że Real będzie traktował Puchar jak rozgrywki priorytetowe. Schuster nie powołał Pepe na ligowy mecz z silną Saragossą, by był gotów na Mallorkę. Real nie zdobył Pucharu od 15 lat.

Dziś z tą samą Mallorka potyka się Barcelona (bez Ronalnho, Messiego, ale z Henrym). Dla drużyny z Katalonii to mecz kluczwy. Jeśli chce udowodnić, że porażka z Realem nie była ciosem ostatecznym, i że wciąż wierzy w mistrzostwo - musi wygrać. Strata punktów to byłby dowód, że wstrząs z gran debi nic się w drużynie nie zmienił.

W niedzielę egzamin zdaje Ebi Smolarek i jego Racing. Po dwóch kolejnych porażkach wciąż są na miejscu szóstym, ale dłużej w ten sposób nie da się utrzymać pucharowych aspiracji. Runda się kończy, a Ebi zdobył w Hiszpanii tylko dwa gole. Zostały tylko dwa mecze, by to zmienić.

piątek, 04 stycznia 2008

Kaka w Realu, Sergio Ramos i Ronaldinho w Milanie - ile już takich informacji słyszeliśmy. Nie chcę się zajmować ich wiarygodnością - oczywiste jest jedno - pojawiają się w mediach nieprzypadkowo.

To jasne, że wojna w futbolu nie toczy się tylko na piłkarskim boisku. Pomysł jest stary jak świat. Pisałem już o tym na tym blogu, że gdy 21 lat temu meksykańskiemu napastnikowi Hugo Sanchezowi kończył się kontrakt z Realem Madryt w prasie katalońskiej natychmiast pojawiały się informacje, że chce zatrudnić go prezes Barcy Jose Luis Nunez. Ponoć Nunez i Sanchez mieli tajne porozumienie - piłkarz wygrywał na tych newsach wyższą pensję w Realu, a Nunez był zadowolony, bo rywal czyli prezes Realu Ramon Mendoza wydał więcej.

Według hiszpańskich dziennikarzy podobnie miała wyglądać sytuacja z Luisem Figo. W 2000 roku Portugalczyk wcale nie chciał odchodzić z Barcelony. Ale miał chrapkę na podwyżkę. Podpisał więc tajną umowę z kandydatem na prezesa Realu Florentino Perezem, który miał minimalne szanse na zwycięstwo w wyborach. Figo myślał, że Perez je przegra, ale gdy fani Realu dowiedzieli się, że właśnie ten kandydat da im takiego gracza, oddali na niego głosy. Zaskoczony Figo stanął przed dylematem, albo odejść z Barcelony, albo zapłacić Perezowi odszkodowanie. Wybrał to pierwsze.

Ale zostawmy przykłady z przeszłości. Co roku w okresie gdy Ronaldinho Gaucho miał negocjować nowy kontrakt z Barceloną zawsze wracał temat jego transferu do Milanu. Nie było lepszego straszaka na klub z Katalonii, który za nic w świecie nie chciał stracić swojej największej gwiazdy. Jego brat i agent Roberto de Assis bywał w Mediolanie. Nie wiem ile prawdy było w ofertach Milanu (wiem, że propozycja za 100 mln euro o której tyle mówiono nigdy do klubu z Katalonii nie wpłynęła). Ale coroczne podwyżki dla Brazylijczyka w Barcelonie są faktem niezbitym.

To samo z Kaką. Gdy prezes Realu Ramon Calderon ogłosił, że marzy o graczu Milanu, Silvio Berlusconi nie miał wyjścia. Efekt jest taki, że Kaka będzie niedługo najlepiej zarabiającym piłkarzem świata. Ale ten miecz ma dwa końce. Niedawno Sergio Ramos wymienił nazwę Milanu, gdy uznał, że w Realu należy mu się podwyżka.

Kluby poszły po rozum do głowy. Barcelona i Real Madryt zawarły z Milanem pakt o nieagresji. Widząc co wyprawiają piłkarze i ich agenci, kluby uznały, że uprawiając transferową partyzantkę więcej tracą niż zyskują. Tylko, że z natury rzeczy kluby muszą rywalizować ze sobą. Czy lojalność wobec rywala jest w ogóle realna?

Wiadomo: po porażce z Realem Madryt na Camp Nou gracze FC Barcelona znaleźli się w trudnej sytuacji. Czy pomoże im niewidzialny przyjaciel? To zabawa wymyślona przed rokiem przez trenera Franka Rijkaarda. Każdy z piłkarzy dostaje w nowym roku prezent nie wiedząc od kogo. Prezenty są zazwyczaj dowcipne. Na przykład Rafaelowi Marquezowi niewidzialny przyjaciel podarował płytę Alejandro Sanza, byłego męża jego aktualnej dziewczyny meksykańskiej modelki Jaydy Mitchell. Lilianowi Thuramowi podarowano wędkę. Francuz odebrał to ponoć jako aluzję do swojego emerytalnego wieku.

W zeszłym roku niewidzilny przyjaciel obdarował wszystkich z osobna, zapomniał jednak o całej drużynie, która przegrywała na wszystkich frontach: w lidze, w Pucharze Hiszpanii, Lidze Mistrzów. A przecież 12 miesięcy temu sprawy wyglądały lepiej niż teraz. Wtedy Barca wyprzedzała Real o cztery pkt, teraz jest siedem pkt za nim. I nie na żarty potrzebuje niewidzialnego przyjaciela. 

czwartek, 03 stycznia 2008

Muszę przyznać, że trener Adama Małysza Hannu Lepistoe bardzo mi zaimponował zgłaszając rewolucyjny wniosek, by ze skoków narciarskich wyeliminować sędziów punktowych. Fin, który pracował kiedyś z Matti Nykaenenem nie sprawia wrażenia rewolucjonisty, a jednak. Bardzo mi żal, że jego projekt przepadł.

W tym miejscu chciałbym (nieskromnie może) przypomnieć swój komentarz z 2004 roku o tym, że skoki to sport wymierny:

Nikt ze środowiska tej tezy nie podzieli, nie podpisałby się pod nią i Adam Małysz, a jednak pozwolę sobie uważać, że sędziowie wystawiający noty za styl są w skokach narciarskich zbędni. Więcej. Są szkodliwi. Ich działalność doprowadza do tego, że skoki są mniej czytelne i z konkurencji wymiernej stają się niewymierną. Dla mnie lepszy jest ten, kto dalej lata. Proste, prawda? Proste, jednoznaczne, niepodlegające dyskusji i manipulacjom. Kto lata ładniej, zupełnie mnie nie obchodzi. Szczególnie od czasu, kiedy sędziowie złamali karierę niejakiego Jana Bokloeva. Szwed wynalazł styl "V", a jednak przez długie lata obniżano mu noty za styl, wmawiając światu, że latanie nad skocznią z rozszerzonymi czubkami nart jest niebezpieczne. Potem okazało się, że jest znacznie bardziej bezpieczne niż każdy inny styl z klasycznym na czele. I kto poniósł konsekwencje sędziowskich pomyłek? Bokloev, który "dzięki" nim nic nie wygrał. Od tamtej pory nie wierzę tym, którzy przedstawiają sędziów jako światłych fachowców niezbędnych skokom narciarskim. Uważam, że wykonują pracę szkodliwą, z czego jednak dostatnio żyją. I oto cała tajemnica, komu potrzebni są sędziowie. Oni potrzebni są sędziom.

 

Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac