blog Darka Wołowskiego
RSS
środa, 24 października 2007

Jesteśmy narodem trudnym do pokonania. Wręcz chorym na optymizm. Kiedy Zagłębie Lubin odpadło ze Steauą Bukareszt już w II rundzie eliminacji Ligi Mistrzów odkryliśmy, że i tak rekordowa liczba polskich pilkarzy wystąpi w tych szlagierowych rozgrywkach. Rzecz jasna od 1996 roku, gdy w Champions League grała ostatnia polska drużyna - Widzew, który z tej okazji po 11 latach zagrał niedawno mecz na cele dobroczynne. Ale zostawmy legendy...

We wtorek w LM wygrały Manchester Utd i Arsenal, ale by dostrzec w tych sukcesach rolę polskich bramkarzy Kuszczaka i Fabiańskiego trzebaby ślepego optymizmu. Obaj byli rezerwowymi, Kuszczak wszedł na osiem minut. Na pocieszenie w Champions League zadebiutował Janczyk, ale jego klub przegrał u siebie z Interem.

W środę mogło byc tylko lepiej, bo Lewandowski, Żewłakow i Boruc musieli zagrać, ale ich drużyny przegrały. Nie przegrał tylko Żurawski, bo nie było go w składzie Celtiku. Tradycyjnie mieliśmy jednak coś na pocieszenie: wygrał Real Dudka. Tyle, że Dudek w oficjalnym meczu klubu z Madrytu jeszcze nie zagrał. A Casillas spisał się rewelacyjnie, znów uratował królewskim zwycięstwo. FC Porto zremisowało w Marsylii, ale Kaźmierczaka nie było nawet na ławce rezerwowych...

I taka jest ta polska Liga Mistrzów.

Walkę władz Legii z kibolstwem spod Żylety popieram w stu procentach. Wiem jakie ryzyko niosą ze sobą stwierdzenia kategoryczne, ale popieram nawet w 200 procentach, bo i tak przez ostatnie lata zaniedbano w tej kwestii wiele.

Kiedy jeszcze bywałem w Legii codziennie, jak dziś Maciek Weber, albo Robert Błoński, widziałem jak zwykli bandyci, którzy w niedzielę demolowali własny stadion, od poniedziałku przesiadywali w klubie bratając się z piłkarzami i szefami klubu. Taka była i ciągle jest w naszej lidze świecka tradycja, żeby nie uczepić się jednej Legii - w inteligenckiej ponoć Polonii Warszawa także rządziła banda i w szczycącym się najlepszym dopingiem w Polsce Lechu Poznań również.

Ale wróćmy do Legii. Bandyckie zwyczaje w klubie tolerowane, a nawet ukrywane przez szefów doprowadziły do tego, że w ogóle przestałem tam bywać. Tak jak nie bywam w restauracjach, gdzie facet z sąsiedniego stolika ma prawo napluć mi do talerza, albo zwymyślać moją żonę. Jeśli kolejni właściciele Legii chcieli robić futbol dla kibolstwa, a piłkarze dla niego grać, to ja miałem prawo zrobić w tył zwrot i wybrać się na Camp Nou, czy gdziekolwiek oczy poniosą. ITI poszło na wojnę z kibolstwem i chuligaństwem stąd oburzenie Żylety wyobrażającej sobie, że ma dla klubu nie wiedzieć jakie zasługi. Tymczasem zasługi ma bandyckie. I jeśli coś mam do zarzucenia nowemu właścicielowi to tylko to, że walczy za mało konsekwentnie.

Pisząc o Żylecie nie chodzi mi o wszystkich ludzi, którzy siadają w szalikach Legii w centrum trybuny odkrytej. Wiem, że 18-latek kibicuje inaczej niż 50-latek i ma do tego święte prawo. Nie ma prawa do bicia, niszczenia i terroryzowania innych, a z takimi zachowaniami kojarzy się nazwa tej trybuny stadionu Legii. I jest jednym z głównych kryteriów odległości, jaka dzieli ten klub od świata cywilizowanego.
wtorek, 23 października 2007

14 czerwca 1978 był jednym z najgorszych dni w moim życiu. Na mundialu w Argentynie kibicowałem naszym piłkarzom z oddaniem 16-latka. Polska przegrywała 0:1 w Rosario z Argentyną, gdy w 39. min Kazimierz Deyna nie wykorzystał karnego. Fillol rzucił się we właściwą stronę, a jak wiadomo Deyna nie strzelał na siłę. I stała się katastrofa: osobista i narodowa.

 

Deyna wiele razy ratował drużynę. Choćby w drodze na argentyński mundial. Mecz z Portugalią w Chorzowie pamiętamy do dziś z dwóch powodów, bramka Deyny bezpośrednio z rzutu rożnego dała awans przy akompaniamencie gwizdów tych, którzy nie chcieli Go w kadrze. Ale niewdzięczność kibiców na Śląskim była dla mnie takim kuriozum, że nawet nie musiałem żałować swojego idola. Obronił się sam. Co innego strzał złapany przez argentyńskiego bramkarza. Dziura w 16-letnim sercu została na długo, załatał” ją dopiero Boniek tłumacząc, że tamten mundial mogła wygrać tylko Argentyna. Może więc wina Deyny nie była wcale taka wielka?

 

Przez wiele lat unikałem tamtego meczu. Z chęcią oglądałem powtórki spotkań Górskiego i Gmocha, ale kiedy trafiałem na Rosario wyrywałem wtyczkę z gniazdka. Dopiero kiedy przed mundialem w Korei Polsat pokazywał dokonania naszych piłkarzy w finałach mistrzostw świata, obejrzałem ten mecz jeszcze raz. I zobaczyłem Deynę, który przedłużał z powietrza podanie do Laty używając do tego prostego podbicia (żaden z dzisiejszych reprezentantów Polski nawet by się nie odważył spróbować). Zdałem sobie sprawę, że mieliśmy pokolenie piłkarskich geniuszy i zamiast tańczyć z radości, że ocierają się o medale mistrzostw świata, znajdowaliśmy powody do zmartwień.

 Dziś smutek po przestrzelonym karnym Deyny, byłby niczym przy żalu, że go nie ma. I nie chodzi mi o tragiczny wypadek, który przerwał Jego życie. Gdyby nie on Deyna miałby dziś 60 lat...

Artur Boruc nie lubi Rangers, a ja lubię Artura Boruca. Trzeba to wziąć pod uwagę czytając moje słowa. Nie, nie znam go dobrze, ale lubię na przykład za to, że na mundialu w Niemczech podczas gdy Janas, Krzynówek i Żurawski powtarzali, że nic się nie stało, on przeprosił kibiców za grę drużyny i stwierdził otwarcie: 'spieprzyliśmy to”. Lubię go też za to, że rozmawiając z dziennikarzem używa mózgu, a nie tylko odtwarza ble ble ble o tym, że będziemy walczyć.

Oczywiście z mojego lubienia nie wynika, że muszę akceptować wszystko co robi Boruc. Ale sam grałem w piłkę i wiem, że paru gościom z którymi starłem się kiedyś na boisku podanie ręki się zwyczajnie nie należało. Jeśli ktoś robi co może, by wysłać cię do szpitala, a po meczu wyciaga rękę, to jest to pusty gest, a nie przejaw szacunku do sportu i przeciwnika.

Myślę też, że Boruc jeśli chce, ma prawo się przeżegnać na stadionie Rangers, bo robią to wszyscy piłkarze, którzy wierzą, że podczas gry Ktoś powinien mieć ich w opiece. Jeśli protestanccy fani Rangers nie tolerują innych wyznań, to przede wszystkim ich problem. Być może nie powinni zapraszać katolików z Celtic na swój stadion.

Jedno czego nie akceptuję to stwierdzenie Boruca, że być może również dlatego prowokuje fanów Rangers, bo nudzi się w Glasgow. Ponieważ lubię Boruca, to życzę mu, by jak najszybciej znalazł sobie jakieś ciekawsze zajęcie.

 

piątek, 19 października 2007

Zwrócił mi uwagę Mirosław Trzeciak, że Ebi Smolarek - jako piłkarz - nie ma właściwie nic wspólnego ze swoim ojcem Włodzimierzem. Może to nic odkrywczego, ale jednak Włodzimierz jest wzorem i pierwszym trenerem Euzebiusza.

Różnicę widać gołym okiem. Smolarek senior był jak tur gotów przebić głową mury stojące mu na drodze do bramki. Z tego co wiemy był też jednym z liderów Widzewa, czy kadry na boisku i poza nim.

Ebi jest jakby nieobecny, zamkniety w sobie, raczej odludek niż przywódca. A jednak ma jakiś niezwykły zmysł pozwalający mu nie kruszyć murów, lecz je omijać. Ma też zadziwiającą intuicję pod bramką. Trzeciak porównał go nawet do Raula, który parę lat temu był zawsze tam, gdzie spadała piłka. Trzeciak przesadza, ale coś w tym może być skoro ojciec potrzebował do zdobycia 13 bramek dla Polski aż 60 meczów, a Ebi strzelił już 11 w 26 grach. W dodatku częściej niż w ataku gra na skrzydle. Nie wspominając już o tym, że reprezentacja na pewno nie jest tak mocna jak ta z lat 80.

Zdaniem Trzeciaka Ebi jest jedynym z polskich piłkarzy kreatywnych, który ma szansę błysnąć w lidze hiszpańskiej. Już w niedzielę Racing gra z Betisem w Sewilli. Nic by nas ten mecz nie obchodził, gdyby nie Ebi. W obliczu ”niedokonań” polskich piłkarzy w ligach zagranicznych staje się jednak niemal hitem.  

środa, 17 października 2007

Najpierw trzy godziny do Łodzi, bo to przecież polskie drogi. Potem 90 minut spektaklu, bo to przecież polscy piłkarze. Potem kolejne trzy godziny w aucie więc nie ma co się dziwić, że dziennikarze umierają młodo. A jeszcze na koniec Szetela zagrał 5 minut dla USA.

Na szczęście w sobotę wesele, a 17 listopada awans na Euro 2008. Obyśmy dożyli.

wtorek, 16 października 2007

Właściwie wyjazd do Hiszpanii, by pisać o Polakach w Primera Division wypadł mi w złym momencie. Dudek nie gra w Realu, Ebi Smolarek był rezerwowym w Racingu. A jeszcze na początek władze klubu z Madrytu odmówiły mi wywiadu ze swoim rezerwowym bramkarzem. 'Biednemu wiatr w oczy - pomyślałem jak wielu Polaków na obczyźnie.

Tymczasem wyjazd do Santander był super. Przepiękne miasto w którym Ebi jest szczęśliwy, a wszyscy w klubie tak pochłonięci tym, by czuł się tam dobrze, że nawet przyjazd dziennikarza z Polski uznali za coś pozytywnego. Zwłaszcza, że potwierdzało to fakt, iż Ebi nie należy w polskiej piłce do ostatnich. Nawet największa gazeta w Hiszpanii - Marca poświęciła mojej wizycie pół kolumny, a lokalne radio przepytywało mnie ze cztery razy. I jeszcze magazyn Don Balon zamówił wywiad z Ebim. Oni mają słaby z nim kontakt, bo mówią - jak to Hiszpanie - po hiszpańsku. Poza tym w Santander miałem okazję poznać Danny'ego Szetelę i przekonać się jak dobrze mówi po polsku.

Z Santander wracałem do Madrytu, gdzie Dudek, wbrew staraniom swoich szacownych pracodawców, zgodził się na rozmowę. Trzeba przyznać, że te lata spędzone za granicą uczyniły z niego człowieka światowego. Mówił o Realu tak ciekawie, że aż przykro mi było się żegnać. Mógłbym słuchać jeszcze ze trzy godziny.

Kiedy wróciłem do Polski Ebi zdobył swoją pierwszą bramkę dla Racingu, a potem kolejne trzy w meczu z Kazachami. Szetela dostał powołanie do kadry USA i śledzenie czy jest jeszcze szansa, by uratować go dla Polski, też do zajęć nudnych nie należało. Oczywiście nie zwariowałem i nie chcę twierdzić, że miałem w tym jakiś udział. Chyba, że za kilka dni Casillas dozna kontuzji i do bramki Realu wejdzie Dudek.

 

W tekście o Ebim Smolarku napisałem, że jego ojciec Włodzimierz wyjechał do Bundesligi po mundialu w Hiszpanii (1982). Stąd głupio wygląda informacja, że w chwili wyjazdu za granicę urodzony w 1981 roku Ebi miał sześć lat. Oczywiście Włodzimierz Smolarek wyjechał po mundialu w Meksyku, cztery lata później. Przecież w 1983 roku grał jeszcze z WIdzewem w półfinale Pucharu Europy. A po mundialu w Hiszpanii z Polski wyjechał Boniek. Tak czy owak, mój błąd. Przepraszam.
poniedziałek, 15 października 2007

Widzieliśmy w Internecie, piękne gole, patrzyliśmy na stronach UEFA, też się bardzo cieszymy - mówił Pedro Fernandez, dziennikarz z radia Marca, który tak jak my dał się ponieść emocjom po meczu Polska - Kazachstan. Zadzwonił do mnie koło południa, bym opowiedział mieszkańcom Santander jak cieszy się Polska. Ebi jest jednym z dwóch reprezentantów w ekipie Racingu. Trzecim będzie pewnie Danny Szetela, który w środę zadebiutuje w kadrze USA i zostanie spalony dla reprezentacji Polski. No, ale PZPN nie zrobił nic, by Szetela, który urodził się w USA, ale ma polskich rodziców, zagrał dla nas.

Tymczasem Santander jest dumne z Ebiego. Hat trick w meczu o punkty eliminacji ME to nie jest sprawa codzienna. Racing wyda na Ebiego 4,8 mln euro (jak na taki klub bardzo dużo) i chce się przekonać jak najszybciej, że zrobił dobrze. Niespodziewanie więc reprezentacja Polski ma swoich fanów również w Hiszpanii. A Ebi? Wrócił właśnie do klubu, by walczyć z Tchite o miejsce w składzie Racingu. Dla niego świeto po trzech golach z Kazachami minęło szybko.

piątek, 12 października 2007

Sytuacja polskich piłkarzy w Grupie 1 jest bardzo obiecująca, zwłaszcza, że w dwóch pierwszych meczach eliminacji zdobyli jeden punkt, a w trzech ostatnich dwa. Do pierwszego awansu na mistrzostwa Europy zostały trzy kroki, każdy jednak znacznie trudniejszy od poprzedniego. Wygrać z Kazachami w Polsce to, mam nadzieję, pestka. Pokonać u siebie Belgów - poważne wyzwanie, ale nie przegrać w Belgradzie z Serbami to trzeba być drużyną europejskiej klasy. Nikt z nas by nie chciał, żeby po 13 meczach drużyna Beenhakkera wciąż była pierwsza, a po 14. trzecia. Ale to zdrzyć się może.

Raczej się jednak nie zdarzy. Ja liczę w sobotę na pomoc rywali. W Armenii nie wygrali ani Polacy, ani Portugalczycy, ani Finowie. Dlaczego z Serbami miałoby być inaczej? A jeśli Serbowie stracą w sobotę dwa punkty Polska znajdzie się poza ich zasięgiem. Zakładając, że wygra z Kazachami i Belgami pojedzie do Belgradu z czterema punktami przewagi nad Serbią.

Nie jest też chyba przesadnym optymizmem założenie, że w sobotę Finowie mogą nie zdobyć trzech punktów w Brukseli. Jeśli wrócą z jednym, to Polska wygrywając z Kazachami, będzie miała od nich o cztery punkty więcej i utrzymując ten dystans w przedostatniej kolejce, znajdzie się także poza zasięgiem Skandynawów (a jeszcze ostatni mecz Finowie grają w Portugalii).

Sobotnie remisy Finów i Serbów dadzą Polsce awans na Euro - jeśli wygra dwa najbliższe mecze. To chyba nie jest scenariusz hurraoptymistyczny. Spójrzmy więc w przyszłość bez lęku.

 

Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac