blog Darka Wołowskiego
RSS
środa, 16 stycznia 2008

Głupawe wypowiedzi, takie same zachowania i balangi - tym zajmował się zwykle Kamil Kosowski poza grą w piłkę nie kryjąc się przesadnie z tym, że stereotyp lenia zupełnie mu nie uwłacza. Dlatego dziwnie się czuję dziś zabierając głos w sprawie jego kontraktu z Wisłą Kraków. Wiadomo, każdy z nas tak bardzo spragniony jest widoku polskiego klubu w Champions League, że gotowi jesteśmy porzucić prywatne i lokalne sympatie. Wisła jest liderem ligi, z ogromną przewagą, a mnie bardziej niż to czy ją utrzyma interesuje co będzie gdy znów zapuka do bram piłkarskiego raju. Znów skończy się na pukaniu?

Kiedyś, gdy rozmawiałem z Bogusławem Cupiałem zarzekał się, że Liga Mistrzów w Krakowie to jego największe sportowe marzenie. Co ma do tego Kosowski? To, że rezygnując z niego lider ekstraklasy pozbywa się jednego z najlepszych swoich piłkarzy. Kosowski, po powrocie do Krakowa z nieudanych zagranicznych wojaży, grał bardzo dobrze, lub świetnie. Był gwiazdą ligi, co dostrzegł nawet Leo Beenhakker wcześniej kompletnie na „wdzięki” Kamila odporny.

Kosowski to przypadek niezwykły - piłkarz, który pasuje do jednego klubu na świecie. Wszędzie poza Krakowem przeżywał rozczarowania. Ale w Wiśle grał o dwie klasy lepiej niż gdziekolwiek. I takiego piłkarza pozbywa się klub z Krakowa. By zastąpić go Jackiem Krzynówkiem? Po pierwsze transfer Krzynówka jest niepewny, po drugie drogi, a po trzecie wcale nie wiadomo, czy Krzynówek jest w stanie dać Wiśle więcej niż Kosowski.

Taki paradoks piłki. Gdybym jednego z nich miał polecić stu klubom, wszędzie poleciłbym Krzynówka, ale klubowi z Krakowa polecam Kosowskiego. Chyba, że stać go na obu.

wtorek, 15 stycznia 2008

To nieprawdopodobne. Ale ten czas szybko płynie. Niedawno Ronaldinho był królem futbolu, katalońska prasa stawiała tezy, że nawet legendarny założyciel Barcy Jans Gamper byłby dumny widząc go w swojej drużynie. Jego tricki rozrysowywano na rozkładówkach światowych gazet, a dryblingi były esencją futbolu.

Dziś Ronaldinho nikomu nie jest potrzebny. Rafał Stec na swoim blogu informował, że Milanowi wystarczył udany debiut nastoletniego Pato, by odstąpić od transferu jego sławniejszego rodaka. Teraz trener Barcelony Frank Rijkaard ogłosił, że Ronnie wróci do gry kiedy będzie w szczytowej formie. Nawet Deco został przywrócony do drużyny, choć mecz z Realem zawalił tak samo jak Ronaldinho. Tymczasem Brazylijczyk ma trenować, również samotnie.

Ciekawe jak to się skończy. Dotąd wydawało się, że przezwyciężenie kryzysu leży w mocy samego piłkarza i kiedy tylko zechce się wziąć w garść choć trochę, wróci na swoje miejsce. Dziś nie jest to już takie oczywiste. Pewnie jest jeszcze kilka klubów gotowych wierzyć w to, że czas Ronaldinho nie minął. Tylko czy i one się nie pomylą jak dotąd wszyscy przepowiadający, że kryzys gwiazdy dobiega końca.

niedziela, 13 stycznia 2008

„Co się dzieje z Małyszem” - gdy niedawno mój kolega z „Gazety” zadał to pytanie Mice Kojonkoskiemu, Fin zapewnił, że Polak jest bardzo bliski szczytu formy. „Widzę to wyraźnie” - zapewniał. Ciekawe czy najsłynniejszy trener świata jest dziś tak samo skonsternowany jak kibice Małysza. W Predazzo, gdzie pięć lata temu Polak zdobył dwa tytuły mistrza świata, teraz dwa razy z rzędu nie awansował do finałowej trzydziestki. Ostatnio zdarzyło się to w 2000 roku jeszcze przed eksplozją formy i talentu Małysza na 49. Turnieju Czterech Skoczni.

Za dwa tygodnie Puchar Świata z Zakopanem, którego Polak jest tradycyjnie największą gwiazdą. „Co się dzieje” - pytanie jeszcze bardziej palące. Oczywiście nie chodzi o to, by znaleźć winnych i wyładować na kimś kibicowską frustrację, ale, żeby zrozumieć przyczyny zapaści. A tu jeszcze prawie nie ma czasu, by uporać się z nimi.

Pytania można mnożyć, odpowiedzi multiplikować, ale to ani o milimetr może nie zbliżyć nas do prawdy. Taka to konkurencja. Skoro Kojonkoski jest bezradny, to kto mógłby Małyszowi pomóc? Hannu Lepistoe będzie musiał. Tyle, że po Predazzo on pierwszy przyznał, że nie ma pojęcia co jest grane.

Niesamowite jak wielką euforię wywołało w Katalonii zwycięstwo 4:0 nad Murcią. Czuje się wielką potrzebę podtrzymania wiary, że ten sezon nie jest jeszcze stracony. Ale nie jest. Barca jest wiceliderem ligi, gra w Pucharze, w Lidze Mistrzów - jedno co dotąd przegrała, to prestiżowe gran derbi z Realem na Camp Nou.

Dziś komentatorzy z Katalonii ogłaszają, że wokół Henry'ego powstała właśnie nowa drużyna, niezależna od kłopotów z Ronaldinho. Nie mam wątpliwości, że Barca ma taki gwiazdozbiór, który jest w stanie zdziałać bardzo wiele bez Brazylijczyka, mecz z Murcią nie jest mi do tego potrzebny. A co do Henry'ego, to nie ma dyskusji o jego klasie - ta jest bezdyskusyjna. Mogą być obawy o jego wiek i zdrowie.

Egzaminatorem Barcelony nie będzie Murcia, ale ci co zawsze: Real, Sevilla, Atletico, Milan, Inter, Manchester Utd, albo Chelsea. Po meczach z nimi będzie można stwierdzić, czy Henry rzeczywiście poradził sobie z ciężarem pod którym upadł Ronaldinho. Z Murcią na Camp Nou Barca powinna wygrać bez nich obu.

czwartek, 10 stycznia 2008

Nie, Jerzy Dudek nie uchronił Realu Madryt przed porażką na Majorce 1:2 w pierwszym meczu 1/8 finału Pucharu Hiszpanii. Ale ci, którzy oczekiwali, że polski bramkarz choć na ułamek sekundy wyjdzie z cienia Ikera Casillasa mogli mieć odrobinę satysfakcji. ”Vaya paradon de Dudek”, ”Dudek evita el tercer gol” - to cytaty z internetowej relacji w dzienniku Marca, kiedy w 70. min Polak fenomenalnie zareagował na strzał Arango. Wreszcie nazwisko Polaka pojawiło się na czołówce portalu największej gazety w Hiszpanii z powodów czysto sportowych.

Ten sam Arango w 49. min nie dał szans Dudkowi ustalając wynik na 2:1 dla gospodarzy. Rewanż za tydzień, Real raczej wymęczy 1:0 i awans do ćwiercfinału co sprawi być może, że Dudek zagra jeszcze dwa kolejne mecze. Szczytem marzeń byłby Puchar Hiszpanii. Znaczyłoby to, że ten rok spędzony w cieniu Casillasa nie poszedł na marne. Jest jednak kilka warunków: Real musi wygrywać, a Schuster wytrwać w postanowieniu, że Puchar to rozgrywki dla Dudka. Po meczu z Mallorką powinno byc mu łatwiej, bo oprócz fenomenalnej interwencji z 70. min Polak miał jeszcze parę niezłych, choć ta sama „Marca”, która chwiali Dudka uważa, że w 28. min bramkarz Realu spowodował karnego, którego nie zobaczył arbiter. Tyle, że obrońcy zostawili go sam na sam z Trejo.

W sumie jednak światełko w długim i ciemnym tunelu w który zmieniła się kariera bramkarza po maju 2005.

Trener reprezentacji Hiszpanii Luis Aragones to postać kontrowersyjna. Piłkarze nazywają go profesorem, ale zdaniem tamtejszych dziennikarzy traktują jak wychowawcę, którego uwielbia się za to, że nie widzi i nie słyszy. Aragones ma jednak wiele wspólnego ze swoimi poprzednikami na stanowisku, bo wszyscy oczekują po nim, że wreszcie dokona przełomu i poprowadzi kadrę do sukcesu. Jakiegokolwiek, który wykraczałby poza triumf w eliminacjach. 

Nie wiem jaka jest prawda o Aragonesie, ale stary profesor, który zdradza pewne oznaki zmęczenia i zagubienia we współczesnym świecie w jednej kwestii jest konsekwentny. Kiedyś postanowił sobie, że nie powoła już do kadry ikony tamtejszego futbolu - Raula Gonzaleza i trwa przy swoim. Nie było trudno w ubiegłym sezonie, bo Raul grał słabo, teraz jest ciężej, bo zdobył jesienią osiem goli i znów jest jednym ze skuteczniejszych napastników w Primera Division. W klasyfikacji najskuteczniejszych z Hiszpanów wyprzedza go tylko Raul Tamudo z rewelacyjnego Espanyolu. 

Niedawno kapitan Realu powiedział, że na Euro 2008 się wybiera. Aragones milczy, tak jakby to co miał przeciw Raulowi nie nadawało się jako argument w publicznej debacie. Jeden z dziennikarzy hiszpańskich tłumaczył mi, że selekcjoner zrezygnował z Raula właśnie dlatego, by zerwać z całą ta „nieudaczną” przeszłością kadry. Raul miał swoje szanse w reprezentacji, był z nią na wszystkich wielkich turniejach od mundialu we Francji przed dekadą począwszy, i z wszystkich wracał na tarczy. Dla postronnego obserwatora nie on był jednak zwykle głównym winowajcą porażek Hiszpanów (102 mecze 44 gole). Ale zdaje się, że profesor uważa inaczej.

Sprawa wchodzi w decydującą fazę. Hiszpańscy kibice utworzyli specjalną stronę w Internecie, która ma być orężem w walce o Raula z Aragonesem i całą hiszpańską federacją. Aż 80 proc ankietowanych w „Marce” uważa, że Raul byłby wzmocnieniem drużyny, ale tylko połowa z nich wierzy, że trener zabierze go na turniej. Gdyby komuś nie było to obojętne - zapraszam www.raulseleccion.com.

Ale ostrzegam. Były selekcjoner Hiszpanów Javier Clemente nazwał założycieli strony idiotami. „Na 45 mln mieszkańców Hiszpanii jest 5,3, lub 2 mln idiotów. Ci założyli tę stronę” - powiedział.

Problemów jest kilka. Raula nie da się wziąć na Euro jak każdego innego gracza i w razie czego posadzić na rezerwie. Jest taka gwiazdą, że wszystko i tak będzie się kręcić wokół niego. Jak ostatnio, gdy w kadrze go nie ma, a pierwsze pytanie do jego zastępców na każdym zgrupowaniu dotyczy tego czy powinien być.

Aragones nie ryzykuje zbyt wiele. Jeśli Euro 2008 zakończy się dla Hiszpanii porażką i tak odejdzie. Bez względu na to, czy zmięknie w sprawie Raula, czy nie. A jeśli odniesie sukces bez gwiazdy Realu? Będzie to dowód, że nie jest w kadrze tym, którego zalety ograniczają się do tego, że nie słyszy i nie widzi. Przypomniałem tu francuski mundial na który Aime Jacquet nie zabrał Cantony i Ginoli, a złoty medal sprawił, że świat ogłosił go za to geniuszem.

środa, 09 stycznia 2008

Hiszpański dziennik „As' przeanalizował dokonania Realu Bernda Schustera i wyciągnął wniosek, że to podobna drużyna do tej, którą prowadził Leo Beenhakker z Schusterem jako piłkarzem w składzie. Schuster-trener bardzo się na to ucieszył i powiedział, że podobieństwa widzi, ale tamta drużyna z Butragueno, Michelem, Martinem Vazquezem, Hugo Sanchezem była dziełem skończonym, a ta jego jest rozpoczetym, ale rokującym tak samo dobrze.

Zobaczymy. Przekleństwem Beenhakkera było to, że jego drużyna, która zupełnie zdominowała ligę hiszpańską, nigdy nie zdobyła Pucharu Europy. Raz w półfinale pokonał ją Bayern, drugi raz wielki pech i PSV Eindhoven (1:1 i 0:0), za trzecim razem to był Milan, kosmiczna drużyna Sacchiego z Gullitem, van Bastenem i Rijkaardem o Baresim, Maldinim, czy Ancelottim nie wspominając. Był wtedy Real wielkim zespołem, może po Milanie najlepszym na świecie, ale nigdy nie miał szansy tego udowodnić. Dlatego Beenhakker Madryt opuścił (powrót był już zupełnie nieudany), ale selekcjoner polskiej kadry ze 139 meczami w Realu jest po Muniozie (424) i Vicente del Bosque (153) trzeci na liście trenerów z największą liczbą spotkań w królewskim klubie. Zdobył z nim trzy tytuły mistrzowskie.

Ale wracając do Realu trenera Schustera to wystarczy zwycięstwo w Levante na zakończenie pierwszej rundy, by drużyna ustanowiła rekord ligi. Od czasu, gdy za zwycięstwo przyznaje się trzy punkty najlepsze osiągnięcie na półmetku należy do Barcelony (46 pkt). Real ma 44 i szansę na poprawienie go. Jeśli wygra. Tyle, że jak mówiliśmy dokonania Schustera i jego drużyny zależeć będą nie tylko od rywalizacji z Barceloną o mistrzostwo kraju, ale przede wszystkim od sukcesów w Champions League. W Realu już sześć lat czekają na dziesiąty triumf w Pucharze Europy. Jak na najbogatszy klub świata to bardzo długo.  

 

 

 

wtorek, 08 stycznia 2008

Kiedyś z kolegami z Gazety odkryliśmy regułę według której funkcjonują polskie drużyny na wielkich imprezach. Najpierw jest mecz kluczowy taki jak kadry Engela z Koreą, albo Janasa z Ekwadorem. I on jest przegrany. Potem jest mecz o wszystko czyli taki jak drużyny Engela z Portugalią, albo Janasa z Niemcami. I ten też jest przegrany. W końcu następuje czas meczu o honor i ten jest wygrany: jak kadry Engela z USA, lub Janasa z Kostaryką.

Myślałem, że odkryliśmy prawo powszechne, więc porażka siatkarzy w meczu kluczowym z Hiszpanami w Izmirze mnie nie zaskoczyła. Spodziewałem się też przegranej w spotkaniu o wszystko z Włochami. I nagle wszystko się zawaliło. Jest zwycięstwo. Czy to znaczy, że meczu o honor wogóle nie będzie?

Przyznam szczerze, że los, który spotyka właśnie Valencię wydaje mi się tyleż przerażający co uzasadniony. Przerażający, bo właśnie Valencia wydawała mi się w ostatnich latach wzorem rozsądku. Drużyna drugiego planu z własnym stylem, pomysłem, potrafiąca zamieniać gwiazdki w megagwiazdy (Claudio Lopez, Mendiera, Canizares. Villa).

Valencia czerpała co najlepsze z kilku stylów: włosko-argentyńska mentalność zwycięzców i odpowiedzialność w grze destrukcyjnej połączona z hiszpańskim polotem w ataku. I efektownie to było i skuteczne. W Hiszpanii klub stał się siłą równorzędną dla Realu i Barcelony. Tyle, że gdy Barca była w kryzysie, Valencia biła się z Realem, a gdy Real był słaby, toczyła boje z Barcą.

Musiał widać przyjść kryzys i na Valencię. Po katastrofalnym meczu z Levante w niedzielę (0:0 - pierwszy punkt Levante na wyjeździe) drużyna Ronalda Koemana wyrównała negatywny rekord Quique Sancheza Floresa. Sześć meczów bez zwycięstwa - dwa razy w tej samej rundzie!!! Całkowity upadek.

Prezes Soler się uparł, że Koeman ma być tym, którzy przeprowadzi operację przecięcia wrzodu. Nie ma jednak pewności czy Holender, któremu zupełnie obca jest tradycja Valencii, wogóle się do tego nadaje. Jeśli chce, by drużyna grała jak Real lub Barcelona to pozbawi ją największych, bo tradycyjnych atutów. Valencia nie musi i nie powinna czerpać z innych - ma własne wzorce. Na razie jednak Koeman wywołuje skandal za skandalem - wyrzucił z drużyny Albeldę, Canizaresa, Angulo, czyli tych, którym klub zawdzięcza znacznie więcej niż jemu. Jeśli byli zbędni, trzeba ich było grzecznie pożegnać, a nie robić przedstawienia na całą Europę. Koeman ze spokojem powtarza jednak, że przed niczym się nie cofnie. Boję się, że sam nie wie co to jest. Na razie wywołuje wstrząs za wstrząsem jakby postawił sobie za punkt honoru, by burzyć, a nie budować.

Jeśli chodzi o budowanie nowej drużyny Koeman wydał 25 mln dol na Evera Banegę. To nie jest chyba ruch zły. Być może trener jednak poszedł po rozum do głowy, by odtworzyć tę część tradycji, która w latach największych sukcesów klubu związana była z Argentyną  Tyle, że znów wszystko zaczyna się od skandalu. Właśnie Internet obiega pornograficzny film z argentyńskim piłkarzem (nie ogladałem, ale Banega obnaża swoje wdzięki męskie przed kamerą). Na szczęście jest to jednak najmniejszy z problemów, który spadł na klub. 

Kibice żądają natychmiastowej dymisji prezesa. Koemana wręcz nienawidzą. Po meczu z Levante po którym Holender wypowiedział ośmieszające go nieco zdanie „Gramy coraz lepiej” kilkudziesięciu fanów goniło za jego samochodem eskortowanym przez policję. Nie wyglądało raczej na to, by chcieli mu podziękować.

W ostatnich 10 meczach Valencia wygrała tylko w Pucharze Króla z trzecioligowym Real Unión, a w ośmiu ostatnich spotkaniach ligowych i Champions League zdobyła tylko dwie bramki. Obie w zremisowanym meczu z Saragossą 2:2. Takiej zapaści ten klub jeszcze nie przeżywał.

 

niedziela, 06 stycznia 2008

Co roku przy okazji podsumowań i plebiscytów odżywa w całym świecie sportu coś w rodzaju dyskusji o wyższości Świąt Bożego Narodzenia nad Świętami Wielkanocnymi. Próbujemy znaleźć wspólny mianownik dla rzeczy z natury trudno porównywalnych.

Tym razem najtrudniejsze było ocenienie co więcej waży: dziewięć goli Ebiego Smolarka w eliminacjach Euro 2008, czy mistrzostwo świata oraz Kryształowa Kula za Puchar Świata Adama Małysza. Gołym okiem widać, że drugie dotyczy szczytu w skokach narciarskich, pierwsze zaledwie kilku kroków w drodze na futbolowy szczyt. Ale nie mam najmniejszych wątpliwości, że trudno jedno i drugie rozpatrywać bez zastrzeżeń, bo mistrzostwo świata w skokach nie jest tym samym co mistrzostwo świata czy Europy w piłce nożnej.

Moim zdaniem wynik plebiscytu jest jednak sprawiedliwy. Małysz mistrzem już jest, a drużyna Leo Beenhakkera, w tym Ebi Smolarek, dopiero o tym marzy. Jeśli spełni swe marzenia, to rok 2008 będzie rokiem piłkarzy (nareszcie!) Na razie jednak wydaje mi się że dla Ebiego Smolarka to i tak duży komplement, bo kibice postawili go w tym samym szeregu co Małysza.

Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac