blog Darka Wołowskiego
RSS
środa, 26 września 2007

Być może za kilka dni Ronaldinho wyleczy kontuzję, wróci do składu Barcy i znów zacznie grać fenomenalnie. Być może. Wielu z nas na to czeka, bo wrażenia artystyczne jakich dostarczał niewiele ponad rok temu są wciąż żywe w naszej pamięci. Był czas, by zatęsknić za jego dryblingami, akcjami, podaniami - wymykającymi się klasyfikacjom, a nawet logice. Fajnie jest obcować z geniuszem...

Można wierzyć, że geniusz wróci, bo przecież tego co umiał, nie zapomniał. Niestety poza talentem liczy się praca. Nie będę już nudził, wszyscy wiemy o co chodzi. Napisałem wyżej, że Ronaldinho to fenomen nie poddający się zestawieniom, tymczasem sam chciałem dokonać jednego porównania. Romario, Ronaldo, Rivaldo, Adriano, wszyscy byli genialni dopóki parli na szczyt. Znacznie gorzej było, gdy uznali, że na szczycie już są. Być może w chwili gdy Barca zdobyła Puchar Europy Ronaldinho poczuł to samo. A my na powrót geniusza będziemy czekać na próżno.

wtorek, 25 września 2007
Skoro już dotknąłem tego tematu, to chciałbym dodać jeszcze jedną uwagę. Oczywiście nie mogę mieć absolutnej pewności, czy Roman Abramowicz da za Ronaldinho 100 mln euro, czy nie. Natychmiast przypominały mi się jednak słowa właściciela Milanu Silvio Berlusconiego, który żalił się, że gotów był wydać na Brazylijczyka każde pieniadze, ale z Barcelony dostał odpowiedź: ”nie”. Złapałem wtedy za telefon i zadzwoniłem do dziennikarza z Katalonii, który zapewniał, że za 100 mln klub by sprzedał Ronaldinho nawet w najwyższej formie. Tylko takiej oferty nie było. Po co Berlusconi ogłaszał, że złożył? Zadniem Katalończyka chciał udowodnić fanom Milanu, że dla nich gotów jest na wszystko. Być może Abramowiczowi zależy, by po wyrzuceniu Mourinho przeciągnąć fanów na swoją stronę? Nie chcę uprawiać piłkarskiej fikcji, ale wiem na pewno: jeśli da 100 mln euro nikt w Katalonii tej ofercie się nie oprze. Zwłaszcza, że Ronaldinho jest dziś cieniem siebie.

Przynajmniej do stycznia, a może nawet do czerwca światowe media będą żyły transferem Ronaldinho. Nikt nie będzie w stanie udowodnić, że Brazylijczyk zostanie w Barcelonie, więc dyskusja na ten temat będzie trwała miesiącami. Gdy Ronaldinho zaprzeczy, nikt i tak nie uwierzy, bo przecież prawdy powiedzieć nie może. Znajdziemy się z zaklętym kręgu informacji takich jak ta podawana właśnie przez brukowy ”The Sun”, że piłkarz poprosił brata i menedżera, by znalazł mu klub na Wyspach (oczywiście Chelsea). Problem polega na tym, że Sun już kilka razy ogłaszał koniec świata...

Ale nawet poważne media będą musiały stanąć w szranki z Sunem, bo każdy kibic o Ronaldinho czytać chce. Zwłaszcza, że przypadkiem koniec świata może się przecież zdarzyć i wtedy wyjdzie na to, że tylko Sun ma wiarygodne źródła.

Nie wspominam o tym, by kpić z tych, którzy o transferze napiszą, ale żeby zaprotestować w imieniu tych, którzy bedą musieli czytać.

sobota, 22 września 2007

W Barcelonie mają już dość. Zwłaszcza, że problem trwa drugi rok. Przez poprzednie 12 miesięcy w Katalonii ukrywano, że symbol ich klubu - Ronaldinho krąży po barach do wczesnych godzin rannych. Dziś fani Barcy, gdy zobaczą go w balangowym transie, natychmiast dzwonią do prasy i stacji radiowych, by sprawa ujrzała światło dzienne. W ten sposób problemy, które widać na boisku, odkrywają swoje źródło poza nim.

Ciekawe jak sprawa się rozwinie. Ciekawe też jakie jest prawdziwe źródło. Niedawno chodziły słuchy, że Brazylijczyk chciaby opuścić Katalonię i wogóle Hiszpanię, bo skończył się 5-letni okres ochronny dla przybysza i w tym roku będzie już musiał płacić podatki jak Hiszpan. A wtedy z 23 mln euro, które zarabia odda hiszpanskiemu fiskusowi aż 9 mln. Dla wielu jest to wystarczający powód, by ruszyć w miasto.

czwartek, 20 września 2007

Już pierwszy mecz I rundy Pucharu UEFA wystarczył Groclinowi, by przekonał nas do tego, do czego właciwie nie trzeba było nas przekonywać. Polskie kluby w Europie są jak papier toaletowy w czasach komunizmu. Po prostu subsystują w transcendencji. Śmiało można budować wszystko od nowa, nawet nic starego nie trzeba będzie rozbijać. Ocena zbiorcza: zero. I niech się fani nie pastwią nad Groclinem, on i tak był w stawce reprezentantów Polski najlepszy. Pozostaje nam okazanie miłosierdzia...

Artur Boruc przyrzekł sobie, że jeśli puści siedem goli, skończy karierę. Teraz ogłosił to publicznie więc boję się, że jako człowiek honoru będzie musiał dotrzymać słowa. Panie Arturze wystawia Pan karierę na wielkie niebezpieczeństwo. Pańscy obrońcy w meczu z Szachtarem przekonali piłkarską Europę, że zdolni są do wszystkiego. Sami Panu te siedem goli kiedyś strzelą.

Dlatego ja zwalniam Pana z tego przyrzeczenia. Z dwóch powodów. Po pierwsze uważam, że nie ma sensu składać swego losu w ręce gamoni. A po drugie niech Pan pogada z Józefem Młynarczykiem. On kiedyś w pewnym meczu Bastii siedem razy sięgał do siatki i gdyby skończył karierę nie mielibyśmy do dziś Polaka, który zdobył Puchar Interkontynentalny. Ale Młynarczyk wytrwał, z Bastii przeszedł do Porto, z którym zdobył tytuł najlepszego w Europie, a potem na świecie. Czasem trzeba być cierpliwym. 

 

środa, 19 września 2007
A propos Boruca, to obaj z Żurawskim powinni spadać z tego Celtiku. Boruc, by grać w klubie lepszym, Żurawski by nie być w klubie w którym go nie chcą.
Z pewnością obrona Celtiku Glasgow może kandydować do tytułu najgorszej nie tylko w tej edycji Ligi Mistrzów. Żal patrzeć co wyprawiają ci goście ustawieni przed Borucem. Dobra strona jest taka, że Polak na pewno nie będzie marzł. Przypomina mi się sytuacja Młynarczyka, który w Bastii puszczał po siedem bramek, a potem ocaliło go Porto z którym zdobył Puchar Europy i Puchar Interkontynentalny jako jedyny Polak. Czego i Borucowi życzę. 
wtorek, 18 września 2007

Wreszcie się zaczyna. Trzeba przyznać, że choć gra prawie na okrągło i tak człowiek za nią zatęskni. Tęskniłby może jeszcze bardziej, gdyby 11 lat nie czekał na polskie danie w tym wielkim menu. Ale trudno. Może chociaż Boruc osłodzi ból polskiego sieroty wśród światowej braci fanów Champions League. Zobaczymy. Tak naprawdę trudno spodziewać się po naszych klubach czegokolwiek, bo własnie w pucharach sięgnęły dna. W I rundzie Puchru UEFA jest tylko Groclin. 

Na szczęście Liga Mistrzów kręci się i bez nas. Mimo że granice w europejskiej piłce są otwarte od dawna, style przed laty tak wyraziste, dziś się mieszają i zacierają, to wciąż nie ma większej frajdy niż porównanie Anglii z Włochami, albo Hiszpanami. Wolę oglądać Barcelona - Chelsea, albo Sevilla - Arsenal niż Barca - Sevilla i Arsenal - Chelsea, a pytanie kto jest najlepszy na Wyspach, czy Półwyspach Iberyjskim i Apenińskim chętnie zastąpię jednym: kto jest najlepszy w Europie.

 

poniedziałek, 17 września 2007

Z wszystkich drużyn Europy największe oczekiwania budziła tego lata Barcelona. Fenomenalne transfery, największy gwiazdozbiór, a już atak z Messim, Henrym, Ronaldinho, Eto'o oraz Dos Santosem i Bojanem na „w razie czego”, obiecywał wrażenia estetyczne najwyższych lotów. Wiadomo, że Barca jest nie tylko po to by wygrywać, ale przede wszystkim po to, by zachwycać. To nie Real Madryt nastawiony na rekordy, nie Milan na rekordy Realu czyhający. Ani nie wyrachowany Bayern. Wszyscy pogodziliśmy się z tym, że Barcelona przegrywa częściej niż inni, za cenę oszołomienia, które wywołuje.

Na razie nie wywołuje. Gra wręcz zawstydzająco. Nie chodzi o to, że traci do Realu już cztery punkty, ale o to, że przeżywa zatrważającą niemoc. I to właśnie w ataku. Świat chyba stanął na głowie? Tłumacząc to na język modnej ze względu na Kubicę Formuły 1 - wygląda to jak samochód z silnikiem dwa razy mocniejszym od innych docierający na metę godzinę po nich. I to bez wypadku po drodze (na razie kontuzjowany jest tylko Eto'o).

 

Na występ tych aktorów czekały tłumy, ale wygląda na to, że sami aktorzy nie bardzo czekali na to, by spotkać się na scenie. Barca to dziś grupa piłkarzy, która za skarby świata nie jest w stanie wykrzesać z siebie odrobiny entuzjazmu. A co dopiero, by tym entuzjazmem zarażać kibiców. Być może słuszna jest diagnoza Ikera Casillasa wieszczącego, że Barca wkroczyła właśnie w okres galaktyczny, który jego klub ma już za sobą. W Madrycie przez trzy lata trwały walki o powrót do równowagi po rozpadku gwiazdozbioru z Zidane, Figo, Ronaldo. Wcześniej jednak to właśnie oni wynieśli klub na niedostępny dla innych poziom więc porządkowanie klubu po nich było jak zamiatanie ulic i sceny po koncercie Beatlesów, albo Pink Floyd.

 Rzecz jasna dzisiejsza Barca to nie jest produkt nowy. Ronaldinho, Eto'o, a także Messi poprowadzili klub do dwóch tytułów mistrza kraju i drugiego w historii Pucharu Europy. Przemęczenie w ich przypadku przyszło jednak zadziwiająco szybko. Latem Barca wydała 68 mln euro na Milito, Toure, Abidala i Henry'ego, by byli jak zastrzyk świeżej krwi dla starzejącej się gwiazdy. Na razie nie są. Jakby nie rozumieli, że nie przyszli na Camp Nou, by chować się za plecami Ronaldinho. Bo jeśli Barca będzie zależeć tylko od niego, to będzie grała jak przed rokiem.
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac