blog Darka Wołowskiego
RSS
niedziela, 09 grudnia 2007

To miał być teatr jednego aktora. FC Barcelona zrobiła latem takie transfery (Toure, Milito, Abidal, Henry), że ligę hiszpańską powinna wygrać spacerem. Tak przewidywało wielu, także Mirosław Trzeciak, którego raczej nie można posadzić o ślepą miłość do klubu z Katalonii. Zadanie Realu, było ujmując je po kolarsku, jak najdłużej trzymać koło i liczyć, że siła Barcy i cuatro fantasticos zostanie zneutralizowana przez konflikty wewnętrzne.

Tymczasem klub z Madrytu gra bardzo skutecznie. Jasne, Barca mu pomaga, rozdając prezenty poza Camp Nou niczym Święty Mikołaj, ale 35 pkt w 15 meczach Realu to na prawdę wynik godny uznania. Co dziwniejsze to nowi gracze Barcy wnieśli do drużyny znacznie więcej niż nowi w Realu sprowadzenia za 120 mln. Sneijdera za wcześnie okrzyknięto rewelacją, Robbenowi daleko do formy, a istnieją uzasadnione podejrzenia, że pożegnał się z nią już na zawsze, Pepe to sympatyczny chłopak, ale żaden inny klub na świecie nie dałby za niego 30 mln euro. Nie ma co gadać, siłą Realu są wciąż Raul, van Nisterlooy i po raz pierwszy w karierze Guti.

A w Barcy? Gdyby nie nowi piłkarze, plus fenomenalny Messi strata do Realu byłaby już trudna do odrobienia. Wciąż naczelny problem w Katalonii to Ronaldinho. Jeśli Barca nie skupi się na swojej grze, to może być jej ciężko obronić nawet drugą pozycję. Jak wiemy i tak będzie to oznaczało powrót do złych czasów kiedy Barca miała wielkich piłkarzy (Cruyff, Schuster, Maradona), tylko po to, by od czasu do czasu wygrać Puchar Zdobywców Pucharów. Teraz poczucie klęski byłoby porównywalne. A PZP już nie istnieje.

piątek, 07 grudnia 2007

Kupowałem mecze za 10-12 tys złotych - mówi zatrzymany w aferze korupcyjnej Wojciech S. Czyli tytuł mistrza Polski kosztowałby jakieś 300 tys złotych. To w sumie nie tak drugo (przepraszam wszystkich, których na to nie stać).

Opowiadał mi jeden z kolegów, który na starcie kariery zdobył trzy bramki dla swojej drużyny. Cieszył się chłopaczyna trzy dni, aż poszedł do kasy w której wydano mu pół premii. - Dlaczego dostałem pół premii skoro zdobyłem trzy bramki - zapytał prezesa. - Dlatego, że dostałeś pół premii, mogłeś zdobyć trzy bramki - odpowiedział prezes. Po jakimś czasie kumpel dostał takiej obsesji, że nie było dla niego kiksów, pomyłek i błędów bramkarza czy obrony, ale ustawione tricki pozwalające wygrać komu trzeba. - Po kilku latach kariery nie wiedziałem nawet jakim jestem piłkarzem - zauważył kiedyś. Nie wiedział, bo i skąd?

I chyba nie był w Polsce wyjątkiem. Dlatego takim przekleństwem stały się dla naszych graczy europejskie puchary. Nie, nie mówię, że tam nic kupić nie można. Można, ale nie wszystko. Wtedy nasi piłkarze zaczynają się gubić, rywal nie popełnia kiksów wtedy kiedy powinien nie dając im szans na zwycięstwo. Koszmar. 

Teraz już rozumiecie Panstwo skąd wzięła się zapaść w polskiej piłce. Na świecie piłkarzy kupuje się po to, by zdobywali tytuły, a u nas można bezpośrednio kupić tytuł. Bez piłkarzy. Znaczy piłkarze są w naszej piłce zbędni, nie warto ich szkolić i wogóle zawracać sobie nimi głowy. A skoro nie są potrzebni piłkarze, to nie są i trenerzy. To znaczy niepotrzebni do trenowania, bo przydają się czasem do kupowania. Tak jak sędzia jest potrzebny wtedy, gdy rywal z jakiegoś powodu sprzedać nie chce.

Brakuje tylko, by bez piłkarzy i trenerów można było wygrać Ligę Mistrzów lub mistrzostwo świata i nasza piłka byłaby na szczycie. Nad tym trzeba usilnie pracować.

 

czwartek, 06 grudnia 2007

Czy Jerzy Dudek rzeczywiście chce odejść z Realu Madryt? Trzy razy rozmawiałem z nim na ten temat i sam już nie wiem. Od początku czułem, że życie w Madrycie i okazja poznania zasad działania takiego klubu jak Real rekompensują bramkarzowi fakt, że czas spędza na ławce rezerwowych. Tylko ile tak można? Gdy więc pojawił się pomysł odejścia i walki wyjazd na Euro 2008 wydało mi się, że to dobry pomysł. Realny, czy nierealny, ale dobry.

Real Madryt Dudek poznał, pierwszym Polakiem w nim jest, jego nazwisko z kronik już nie zniknie. Można pomyśleć o powrocie na boisko. Ostatni dzwonek po 2,5 roku casusu luksusowego rezerwowego w Liverpoolu i Madrycie. Dziś rozmawiałem z Dudkiem po raz kolejny i okazało się, że Bernd Schuster go z klubu nie puści. W czerwcu będzie za późno, by walczyć o Euro. Głos Dudka brzmiał jednak tak, jakby wyniki rozmowy z Schusterem go jednak satysfakcjonowały. Albo więc mówiac o odejściu chciał sklonić trenera, by pogłaskał go po głowie i powiedział sympatyczne zdanie: „potrzebujemy cię”, albo Niemiec obiecał mu coś czego Polak na razie ujawnić nie chce.

Real czekają ważne mecze z Lazio i Barceloną. Być może w klubie chcą teraz jedności, a nie kłótni, dyskusji, kontrowersji. A przecież niedawno Dudek udzielił wywiadu ”Marce” w którym ogłosił, że jest sfrustrowany tym, iż każdy dzień w Madrycie wciska go mocniej w ławkę rezerwowych. Niewykluczone, że Schuster poprosił, by Dudek i kilku innych: Saviola, Baptista, Drenthe, Diarra, czy Soldado na razie zajęli się pracą, by nie wysyłać w świat komunikatu, że w Realu jest stan wojenny, a rozmowy o przyszłości zostawili sobie na odpowiedni czas. Czyli gdy zacznie się zimowe okno transferowe.

środa, 05 grudnia 2007

Celtic Glasgow, europejski dziwoląg, który w Lidze Mistrzów przegrał 16 kolejnych spotkań na wyjeździenie, drugi rok z rzędu zagra w 1/8 finału. Awans dała mu porażka z Milanem na San Siro, bo inna ”polska” drużyna - Szachtar Donieck (Mariusz Lewandowski) przegrała u siebie z Benfiką. W jednym z najważniejszych meczów w swojej historii.

Artur Boruc ma w awansie Celtiku największe zasługi. Maciej Żurawski najmniejszych. A przecież to drugi wyjeżdżał do Glasgow jako gwiazda, pierwszy miał być rezerwowym dla reprezentanta Szkocji Marshala. Tymczasem polski bramkarz zaczął grać tak, że to Szkot musiał uciekać z klubu. To wskazówka dla tych z naszych piłkarzy, którzy swoje trudności w zagranicznych ligach tłumaczą sobie antypolskim spiskiem.

Wracajac jednak do Celtiku, to przyznaję, że szkockie serce do gry robi na mnie wielkie wrażenie. Ale na tym piłkarskie atuty Celtów właściwie się kończą. Oglądanie ich meczów w Lidze Mistrzów to dla mnie zwykle mordęga. Dlatego z całym szacunkiem, ale wolałbym, żeby zimą zniknęli z Glasgow obaj reprezentanci Polski. Jeśli nawet Żurawski jest na Celtic za słaby, to Boruc za dobry. Tak dla równowagi.

Tam gdzie zawodzą nas napastnicy i inni gracze z pola, pocieszają bramkarze. Szkoda, że nie można przesuwać ich na inne pozycje na boisku, bo gdyby Beenhakker mógł wystawić do składu Boruca, Kuszczaka, Fabiańskiego, a może też Kowalewskiego, czy Dudka to pewnie długo by się nie zastanawiał. Bramkarze byliby mniej sfrustrowani, a i my kibice spokojniejsi przed zbliżającym się Euro.

 

wtorek, 04 grudnia 2007

Mecz Polska - Niemcy w eliminacjach mistrzostw Europy 1972 roku był jednym z pierwszych jakie pamiętam. To było na sadionie X-lecia, gdzie teraz powstanie Narodowy. Nie miałem jeszcze 10 lat, więc gol Roberta Gadochy wywołał u mnie szalone bicie serca. Ojciec uspakajał mnie przypominając, że jak futbol futbolem polscy piłkarze Niemcom nigdy nie dali rady. Miał rację: raz, dwa, trzy i było po krzyku. 1:3 - u Jana Tomaszewskiego rodził się kompleks Gerda Muellera. Nieuleczalny niestety (patrz mundial 1974). Nawet tak wybitny trener jak Górski nie odwrócił tego co nieuniknione.

Dziś sam jestem ojcem i już z przykrością wyobrażam sobie dzień 8 czerwca 2008. Co ja powiem mojemu dziecku, gdy któryś z piłkarzy Beenhakkera strzeli gola na 1:0? Że raz, że dwa, że trzy? Nie, nie chcę mówić, że na pewno przegramy. Łatwiej mi jednak wierzyć w coś co widziałem już dziesięć razy niż w coś co nie zdarzyło się nigdy.

Wiem, że wielu z Was bardzo chce, żeby tym razem było inaczej. Wierzę i w to, że nasi piłkarze chcą. Ale nie bardzo wierzę, że wierzą.

 

 

Patrząc na ostatnie transfery Barcelony (Henry, Milito, Abidal, Toure) bramkarz Realu Iker Casillas przewidywał, że wielki rywal drużyny z Madrytu wchodzi w okres galaktyczny. Na razie wszystko wskazuje na to, że miał rację. Nie jest to jednak wina nowych: ci są najlepsi w drużynie, choć Henry'emu odnowiła się właśnie tajemnicza kontuzja kręgosłupa. 

Jeszcze bardziej tajemnicza wydaje się jednak sytuacja Ronaldinho i tu chyba jest klucz do problemów klubu z Katalonii. Wygląda na to, że Brazylijczyk zrobi co możliwe, by jego cena spadła jak najniżej i by pozwolono mu odejść. Skoro w chwili gdy nie grają Henry, Deco, Eto'o, Brazylijczyk jest rezerwowym, to co będzie gdy wrócą do składu. Dwaj ostatni już za chwilę.

Jeśli przeanalizuje się zachowanie Ronaldinho w jego poprzednim klubie PSG właściwie nie sposób uwierzyć, że w Barcelonie czeka go jeszcze świetlana przyszłość. Nie wiem czy zniknięcie Ronaldinho uzdrowi sytuację w Barcelonie, ale czuję, że najgłośniejszy rozwód w europejskiej piłce jest nieunikniony.

środa, 28 listopada 2007

Błąd Tomasza Kuszczaka w meczu ze Sportingiem był oczywisty. Ruszył do dośrodkowania, a to był strzał w krótki róg. Czy zaklasyfikujemy ten błąd jako koszmarny, gruby, czy kuriozalny ma to tylko takie znaczenie, że na sercu będzie nam ciężej lub lżej. Mnie zastanawia co innego: jak ten błąd zaklasyfikuje sam Kuszczak.

Jak już pisałem na blogu niedawno ogladałem jeszcze raz legendarny mecz na Wembley Anglia - Polska (1973). Jan Tomaszewski popełnim w nim z dziesięć grubych błędów: źle wychodził do dośrodkowań, lub niepotrzebnie do nich wychodził. Żaden z jego kiksów nie zakończył się jednak golem, za to - co pamiętamy wszyscy - w kilku nieprawdopodobnych sytuacjach Tomaszewski ratował drużynę.

Do meczu był komentarz samego Tomaszewskiego, który bez bicia, przyznawał się do swoich wpadek. - Kilka razy koledzy uratowali mi skórę - zauważył. Być może świadomość tego, że można było bronić lepiej  pozwoliła mu zostać gwiazdą mundialu w 1974 roku i jednym z najlepszych bramkarzy tamtych lat.

Oczywiście fajnie by bylo, gdyby Alex Ferguson przymknął oko na błąd Kuszczaka i dał mu się zrehabilitować w meczu z Romą. W końcu Manchester wygrał ze Sportingiem 2:1 więc konsekwencje błędu Polaka nie są nieodwracalne. Najważniejsze jest jednak to co sam Kuszczak ”zrobi” z tym wczorajszym błędem. Czy potraktuje go jak naukę, czy wypadek przy pracy.

 

wtorek, 27 listopada 2007

Tekst Radka Leniarskiego o Kubie Błaszczykowskim jest poruszający i delikatny zarazem. Dramatyczna historia chłopca, który był świadkiem najgorszego (jak ojciec zabija matkę) i w ułamku sekundy stracił oboje rodziców opiera się wszelkim komentarzom. Jedyne o czym da się pisać to o wuju, znanym piłkarzu Jerzym Brzęczku.

Muszę  przyznać, że był taki czas gdy Brzęczek nie był moim bohaterem. Kilku trenerów kadry chciało z niego zrobić centralną postać drużyny narodowej, co niestety przekraczało siły zawodnika. Srebrny medal igrzysk w Barcelonie zdobyty na początku kariery został do końca jej szczytowym punktem, co znaczy tyle, że talent Brzęczek w jakimś stopniu zmarnował. 

Dziś nie ma to już znaczenia. Jest w sporcie miejsce na porażki i zwycięstwa. Na pewno w życiu Brzęczek wygrał więcej zostając opiekunem Kuby Błaszczykowskiego. O wiele wiecej niż to, że uratował siostrzeńca dla piłki. Uratował go dla życia.

 

Był 30 grudnia 1990 roku kiedy Jan Urban zdobył trzy gole na Santiago Bernabeu w wygranym przez Osasunę 4:0 meczu z Realem Madryt. Zastanawialiśmy się wtedy w dziale sportowym „Gazety”, czy zrobić z tego czołówkę - to znaczy czy można wyczyn Urbana uznać za sportową informację weekendu. Nie byłem tego pewien, bo zaczynałem wtedy pracę w „Gazecie. Jak wyglądał w niej sport, niewielu już dziś na szęście pamięta. Na opisanie tego co zdarzyło się w sportowy weekend, mieliśmy jedną stronę.

Przypominam o tym, bo po 17 latach na Santiago Bernabeu wybiera się Ebi Smolarek i jego Racing Santander. Nie, nie, nikt nie oczekuje od niego hattricka. Niech strzeli jedną bramkę, a my w ”Gazecie” nie będziemy mieli wątpliwości z czego zrobić czołówkę, choć Gazeta-Sport opisująca sportowy weekend ma teraz 24 strony. Te 17 lat w polskiej piłce to był czas ostrego postu. Mieliśmy czego zazdrościć Czechom - to tak jeszcze raz a propos losowania grup eliminacji mundialu w RPA.

niedziela, 25 listopada 2007

Po losowaniu grup eliminacji MŚ 2010 radości Listkiewicza, Engela i Gmocha nie podzielam. Przypomnę, że Jerzy Engel już raz bardzo cieszył się z losowania. Prowadzona przez niego drużyna narodowa wybierała się wtedy na mundial do Korei. Mieliśmy ponoć masę szczęścia, a po dwóch meczach trzeba było wracać do domu. Przypomnę bilans pojedynków z Koreą i Portugalią: zero punktów, zero goli strzelonych, sześć straconych.

Ale wracając do grupy 3 nie jest to dla mnie grupa marzeń, choć cieszę się, że polscy piłkarze nie zagrają z Niemcami, czy Włochami, a Czechami.

Tyle, że Czesi to potęga, a niedawno ich kadra do lat 20 zdobyła wicemistrzostwo świata. Ci ludzie będą gotowi właśnie na eliminacje mundialu 2010. Słowacy i Słoweńcy to też silne drużyny, z którymi zwłaszcza na wyjeździe przyjdzie stoczyć bój morderczy. Irlandia Płn niedawno pokonała Hiszpanów w walce o Euro 2008. Z analizy rankingu FIFA wynika, że ta nasza łatwa grupa jest najmocniejsza ze wszystkich (biorąc pod uwagę miejsca w rankingu nie uwzględniając najsłabszej drużyny w grupie).

A poza tym zawsze, gdy po losowaniu cieszymy się z rywali przychodzi mi do głowy jak oni muszą cieszyć się z wylosowania nas.

Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac