blog Darka Wołowskiego
RSS
piątek, 21 grudnia 2007

N dzisiejszym treningu Barcelony, tuż przed szlagierem z Realem Madryt Rijkaard znów zwrócił uwagę Ronaldinho, żeby wiecej pracował, mniej żartowął. Obaj rozmawiali przez kilka minut. Pare dni temu trener Barcy zawrócił Ronaldinho na trening, bo ten chciał za wcześnie iść do szatni.

Czym to się skończy? Zobaczymy w niedzielę. Jeśli tak jak z Valencia Brazylijczyk nie wstanie nawet z ławki rezerwowych, to chyba sprawa jego odejścia będzie przesądzona.

Dziwny klub ta Barca. Nikt w Katalonii nie ma wątpliwości, że w innym miejscu Brazylijczyk szybko wróci do formy. Dlaczego nie może wrócić w Katalonii? A dlaczego nawet takie legendy jak Cruyff i Maradona zdobyły w Barcelonie mniej niż Ronaldinho?

- Jeśli nie zagra Ronaldinho i Deco, tym lepiej dla nas - powiedział pomocnik Realu Julio Baptista. No, zobaczymy.

Rozmawiałem właśnie z Dariuszem Górskim, synem Pana Kazimierza. Z grobu jego taty ukradziono piłkę. Ale co ja będę pisał. Zacytuję co mi powiedział:

 - Kiedy zadzwonił do mnie dyrektor cmentarza i powiedział co się stało, odebrało mi mowę. Musiałem usiąść i złapać powietrze. Nawet teraz brak mi słów. Przecież ja nawet grobu nie ubezpieczałem, tak byłem pewny, że nic się stać nie może. Tata był w Polsce dobrem narodowym, jak mogło mi przyjść do głowy, że ktoś mógłby ograbić i zbezcześcić jego grób. Nie wierzę, że zrobił to złodziej, bo nawet taki swój honor ma. To musiała być jakaś hiena cmentarna, która sprzedała piłkę na złom, bo potrzebowała na flaszkę. Nie mógł to być nikt kto znałby ojca.Poszedłem na policję i czekam co będzie. Wierzę, że kibice z całej Polski pomogą, że jeżeli ktoś znajdzie, odkupi piłkę, zwróci ją. Wiem, że ludzie pomogą, przecież to był grób rodzinny, tam leży też moja mama. Brak mi słów.

Mnie też

Celtic nie ma z Barceloną specjalnych szans, ale Artur Boruc wylosował w 1/8 finału Ligi Mistrzów znakomicie. Po pierwsze Barcelona to jego ulubiony klub, po drugie nie ma chyba rywala na tle którego polski bramkarz mógłby łatwiej pokazać Europie swoją klasę.

Kiedy w wywiadzie dla „Gazety” Boruc powiedział, że w czerwcu ma zamiar opuścić Celtic natychmiast zadzwoniłem do kolegów z hiszpańskiej ”Marki”. Zapytałem czy możliwe jest, by Barca sprowadziła Polaka, a oni parsknęli śmiechem. - Jest tak samo prawdopodobne, że klub z Katalonii zamieni Valdesa na Boruca, jak to, że Real zamieni Casillasa na Dudka - powiedzieli.

Moim zdaniem różnica jest jednak duża. Casillas to bramkarz wybitny, Valdes tylko dobry. Oczywiście nie bramkarz Barcy będzie kluczową postacią meczów z Celtikiem. Raczej Henry, Eto'o, Messi i Ronaldinho jeśli do tego czasu zostanie w klubie. Ponieważ obrona Celtów gra katastrofalnie Boruc na pewno w lutym nie zmarznie - ani na Celtic Park, ani Camp Nou.

Mam tylko jedną obawę: by Artur Boruc nie chciał błysnąć za bardzo. Kiedyś znany hiszpański golkiper Andoni Zubizarreta powiedział mi w wywiadzie, że bramkarz nie może być gwiazdą. To znaczy nie może chcieć nią być, bo to szkodzi drużynie i w efekcie jemu samemu. Jeśli Boruc będzie grał normalnie, to zupełnie wystarczy, by potencjalni nowi pracodawcy zwrócili na niego uwagę.

czwartek, 20 grudnia 2007

Raul Gonzalez to taki facet jak Paolo Maldini - jest gwiazdą w wielkim klubie, ale naprawdę bardzo trudno znaleźć na niego haka. Ktoś przypomni gola zdobytego reką w meczu z Leeds w Lidze Mistrzów. No zgoda. Ale jak na tyle lat kariery: ani skandalu, ani konfliktu, ani szczególnie brutalnego faulu. Nic, lub prawie nic. Jego marzeniem jest skończyć z piłką w białej koszulce, ale kiedy grał źle, mówił, że jest gotów wyjechać, by nie być ciężarem dla ulubionego klubu.

Kiedy trzeba wysłać piłkarza Realu do domu dziecka, czy szkoły - zawsze jego. Sam ma zresztą czwórkę dzieci. Jest jedynym piłkarzem ”królewskich” o którym z szacunkiem pisze nawet prasa w Katalonii. I właśnie teraz przed meczem z Barceloną powiedział jakby nigdy nic, że nie ma na świecie drugiego takiego piłkarza jak Leo Messi.

Ciekawa różnica w zestawieniu z prezesem Ramonem Calderonem, który chcąc zmotywować piłkarzy Realu przed batalią na Camp Nou stwierdził, że w jego klubie nawet Kaka by się w składzie nie zmieścił. Kaka na którego punkcie Calderon ma przecież bzika.

Raul pewnie mówi co myśli, bo ktoś z jego klasą nie musi być niewolnikiem poprawności politycznej. Szanuje graczy Barcy, bo wie, że tak na prawdę właśnie to, a nie przechwałki są najlepszą drogą do zwycięstwa. Raul chce mieć uczucie, że opuszczając Camp Nou z trzema punktami dokonał czegoś niezwykłego. Bo to będzie niezwykłe. A jeśli nawet wyjedzie bez punktu na niezwykłości i tak mu nie ubędzie. Kiedy jest się wielkim graczem nie ma po co bawić się w psa, który szczeka zza płotu.

 

środa, 19 grudnia 2007

- Takich opowieści ci ludzie znają tysiące - powiedział mi jeden ze starszych kolegów pokazując na kibiców siedzących wokoło. Rzecz działa się na stadionie Legii, a jego złośliwa uwaga dotyczyła mojego tekstu w „Gazecie” w którym jeden z piłkarzy opowiadał o tym jak sprzedawał i kupował mecze w II i III lidze. Oczywiście anonimowo. To był zresztą problem całego środowiska. Mój rozmówca opowiadał jak korupcja niszczyła mu karierę, jak była zła dla tysięcy podobnych do niego chłopaków, którzy wchodzili w zawodowy futbol śniąc, by być Maradonami, albo Zidane'ami.

Tysiące ludzi tkwiło i tkwi wciąż w chorym układzie, ale nikt nie odważył się puścić pary z ust, choćby po to, by ocalić innych. Co więcej, gdy kilka lat temu prezes GKS Katowice Piotr Dziurowicz zdecydował się mówić, po wywiadzie w „Gazecie” został wyrzucony z PZPN jako czarna owca. Prezes Michał Listkiewicz pozwolił sobie wtedy na kiepski dowcip: jego zdaniem najlepszym dowodem na to, że Dziurowicz zmyśla było to iż ustawił więcej meczów niż rozegrano w tym czasie. Kiedy policja złapała sędziego F. na tym jak przyjmował łapówkę, prezes powtórzył swą ulubioną frazę o czarnych owcach.

Oto chichot piłkarskiej historii. Wiele lat temu w wojnie futbolowej numer 1 w której do oczyszczania PZPN wziął się minister sportu Jacek Dębski w piłkarskich okopach tkwił Marian Dziurowicz, ojciec Piotra, od którego syn dostał w spadku katowicki GKS. Odejście Mariana Dziurowicza z PZPN i powołanie Listkiewicza na jego miejsce było dla wielu z nas końcem komunizmu w polskiej piłce - i tak spóźnionym o dekadę. Jak bardzo się wtedy pomyliliśmy. Co się tak naprawdę stało? Działacze PZPN postawili na swoim czele człowieka z lepszymi manierami, by pod bardziej cywilizowaną przykrywką tkwić wciąż w tym samym. Bezkarnie.

Do czasu. Dopiero proces wrocławskiej prokuratury ujawnił prawdziwą twarz PZPN - organizacji w której przestępstwo nie jest marginesem, ale powszechną praktyką. Z zeznań Ryszarda F. wynika to jasno. Oczywiście Listkiewicz nazwie „Fryzjera” czarną owcą, ale tym razem poza słowami zostaną dowody prokuratorskie. Trudne do obalenia dwoma słowami prezesa.Ja wiem, wszyscy jesteśmy zmęczeni. Kibice chcą, by piłka dawała im rozrywkę, a nie tylko aferę poganianą aferą. Kolumny sportowe zasłane tekstami o przekrętach w piłce to koszmarny sen, który wszyscy śnimy na jawie. Ale ponieważ przeżyłem już wojnę futbolową numer 1 i byłem jednym z tych, którym naiwność kazała widzieć ją zwycięską, będę się upierał, że trzeba wojnę numer 2 doprowadzić do końca. Bo jeśli znów uwierzymy w triumf tylko dlatego, że pozbędziemy się Listkiewicza, to polski futbol po prostu trzeciej wojny już nie doczeka.

Dziś, gdy zeznania „Fryzjera” pokazują niewyobrażalną skalę zjawiska, przy którym kadry z filmu „Piłkarski Poker” to bajki dla przedszkolaków, prezes Listkiewicz szykuje uchwałę o abolicji. Czyli znowu PZPN zamiata pod dywan zanim prokurator ustali co w ogóle jest do zamiecenia. Są przecież dowody na 450 ustawionych meczów. I co kluby, które je ustawiły trzeba teraz pogłaskać po głowie?

Kiedyś w porywie bezsilności napisałem tekst do „Gazety”, że PZPN to ugór na którym można grać w piłkę łamiąc sobie nogi na wybojach, lub ten ugór zaorać i od nowa posiać na nim trawę. To była puenta przenośna. Dziś myślę, już bez przenośni, że nie ma innego wyjścia. Zakopać i zacząć wszystko od nowa.

Niepoważnym nazwał hiszpański dziennik ”As” zachowanie polskiego bramkarza, który latem podpisał kontrakt z Realem Madryt, choć wiedział, że będzie w nim tylko rezerwowym, a teraz chcąc jechać z kadrą na Euro 2008, postanowił jednak zmienić klub.

Czy rzeczywiście Dudek jest niepoważny? Kluczem do rozstrzygnięcia problemu są niuanse, które często gubią się w gwarze medialnym. Zdanie Dudka, że na początku był na tyle zafascynowany poznawaniem Realu i nowych kolegów, że nie czuł się źle siedząc na ławie - jest dla mnie kluczowe. Tak jak dalszy ciąg, gdy mówi jak zaaferowanie minęło, a on wciąż nie grał, więc zaczął czuć frustrację. W zasadzie normalne, prawda?

Kiedy pracownik jest sfrustrowany ma prawo zapytać pracodawcy czy jest mu jeszcze potrzebny. Gdy Dudek otrzymał od Schustera odpowiedź: ”tak” - temat się skończył. Polak nie wywołuje skandali, nie bije głową o ścianę, nie kłóci się z kolegami. Grzecznie wrócił do swoich zajęć, tak jak w Liverpoolu, gdzie Rafael Benitez dwa lata utrzymał go na ławce rezerwowych. Nie wiem czy ten nadmiar grzeczności mu nie zaszkodził.

”Polak jest idealnym rezerwowym dla wielkiego klubu. Powiecie mi, że na drugiego bramkarza lepszy jest wychowanek, ale wychowanek wytrzymuje mniej na ławce i robi mu się większą krzywdę” - napisał dziennikarz Asa. Znaczy, że traktuje Dudka jak faceta, któremu krzywdę robić można.

Nie chcę dyskutować o tym czy Dudek jest potrzebny kadrze, czy ma szanse na Euro 2008, czy może powinien cicho siedzieć w Madrycie. Ma prawo sam oceniać co dla niego dobre. Niepoważne było tylko to, że najpierw rozmawiał z dziennikarzami, a potem z Schusterem. Ale w końcu nie powiedział na Real jednego złego słowa.

 

Brazylijczyk Kaka, który wygrał właśnie wszystkie plebiscyty na najlepszego piłkarza świata w 2007 roku, stał się w ostatnich czasach obsesją prezesa Realu Madryt. Przed prezentacją Jerzego Dudka dzwoniłem do dziennikarzy z Hiszpanii pytając dlaczego nie będzie na niej  Ramona Calderona. Odpowiadali, że załatwia w USA tak ważne interesy, iż tylko prezentacja Kaki mogłaby go zmusić do powrotu. Chyba żaden inny szef nie wykazał w ostatnim czasie tyle uporu w staraniach o piłkarza co Calderon. Nawet właściciel Milanu Berlusconi w sprawie Ronaldinho. 

- Od małego kibicowałem Realowi, ale nie ruszę nawet palcem, by odejść z Milanu, bo bardzo mi tu dobrze - powiedział niedawno Kaka hiszpańskiej prasie. Dwa dni później zdobył z Milanem mistrzostwo świata klubów. Wydawałoby się, że deklaracja dawajaca nadzieję zwłaszcza, że w Mediolanie Kaka wygrał już wszystko. Może Calderon zdoła w końcu spełnić swoją obietnicę i podaruje Brazylijczyka swoim wyborcom (kibicom klubu). Bijąc przy okazji wszystkie transferowe rekordy.

Ale Kaka w Realu to na razie marzenie. Rzeczywistością jest zbliżający się mecz Barcelona - Real. Po kilku latach dominacji Katalończyków, w ubiegłym sezonie Real zdobył w bezpośrednich meczach z wielkim rywalem aż 4 pkt, co zapewniło mu tytuł mistrza Hiszpanii.

Niedzielne stracie jest nie mniej ważne, bo trudniej jest utrzymać niż zdobyć. Real wyprzedza Barcę o cztery pkt i gdyby wygrał na Camp Nou jego sytuacja byłaby nadzwyczajna - zwłaszcza, że rewanż będzie w Madrycie. Ale Barca wygrała właśnie 3:0 z Valencią, a na swoim stadionie jeszcze w tym sezonie nie oddała punktów. Oczywiście strata Messiego jest ogromna, ale czego można być pewnym jeśli do gry wraca Eto'o, Henry, Deco a podobno szansę od Rijkaarda dostanie też Ronaldinho.

Calderon wie o tym dobrze, że porażka z Barceloną zburzy spokój misternie budowany wokół jego klubu. Znów powrócą głosy, że to Laporta rozsądniej buduje drużynę i ma większe gwiazdy za niższą cenę. Gra idzie o wielka stawkę. Prezes Realu chciałby wywołać u swoich graczy pewność, że są w stanie sprostać zadaniu specjalnemu. Stąd chyba stwierdzenie, że jego drużyna jest tak mocna, iż dziś nie zmieściłby się w niej nawet Kaka.

PS. Zabawna jest korespondencyjna wymiana ciosów toczona między Calderonem i zwolnionym przez niego trenerem Fabio Capello mianowanym własnie na selekcjonera Anglików. Najpierw Calderon ujawnił, że Capello żądał od niego, by sprzedał Casillasa i kupił Buffona. Teraz Capello ujawnił, że Calderon kazał mu pozbyć się z klubu Raula. Wyższa polityka.

wtorek, 18 grudnia 2007

Wiem, że wyliczanie zalet trenera piłkarskiej reprezentacji Polski ociera się o zły smak. Nie dlatego, że chwalić go nie ma za co, ale dlatego, że robią to teraz wszyscy. Tym, którzy uważają, że Leo to taki stary człowiek i może, podrzucę jeszcze banalniejsze stwierdzenie, że Holender jest jak wino. Wiecie dlaczego tanie wino jest dobre? Bo dobre i tanie. To samo Beenhakker. Dobry i tani. Nie wszyscy o tym jednak wiedzieć chcą.

Pamiętam, że w dniu kiedy ogłoszono, iż zostanie trenerem kadry po Polsce poszedł lament - jaki drogi ten trener z Holandii. 600 tys euro rocznie to miała być ta astronomiczna pensja. No to spójrzcie na bloga Rafała Steca, gdzie podał dziesiatkę najlepiej zarabiających trenerów świata. Zamyka ją Frank Rijkaard z pensją pięć razy większą od Beenhakkera.

Tak się składa, że Leo to nauczyciel Rijkaarda. My zatrudniamy więc nauczyciela, uczniem musi zadowolić się Barca. Gdy spojrzycie na wspomnianą dziesiatkę to CV Beenhakkera (na przykład trzy tytuły mistrza Hiszpanii z Realem Madryt) nie odstaje znacząco od dokonań tych, którzy zarabiają kilkanaście razy więcej.

To wszystko mniej mówi o Beenhakkerze niż o nas samych. Stereotyp jest taki, że Polacy to nacja rozrzutna. Tymczasem potrafimy zrobić niezły interes żaląc się przy tym mocno jak drogo nas to wszystko wyniosło. Beenhakker kosztował Polskę jak dotąd 900 tys euro (pracuje 1,5 roku), a za sam awans na Euro 2008 PZPN dostanie z UEFA 5 mln euro. Ktoś powie, że awansu mogło nie być? Z tańszym trenerem nie byłoby na pewno - testowaliśmy to przez lata.

Na koniec mam propozycję, by ktoś stworzył klasyfikację na awans wywalczony najmniejszym kosztem (rzecz jasna chodzi o wydatki, a nie wysiłek piłkarzy). Już wiem, że Polska będzie tam w czołówce. A więc wbrew stereotypom nie ma w europejskiej piłce wielu, którzy dorównaliby naszej efektywności.

 

Dowcip o kibicu Barcelony, który na łożu śmierci ogłosił, że został fanem Realu bo wolał, żeby z tego świata zniknął zwolennik klubu z Madrytu, oddaje z grubsza relacje między hiszpańskimi potęgami.

Zbliżają się gran derbi Europa - już w niedzielę kolejny mecz Barcelony z Realem. Wszyscy żyją rzecz jasna kontuzją Messiego, ale pomyślałem sobie, że może ktoś chciałby poznać tło rywalizacji obu klubów. Tło ma 100 lat w ciągu których nie udało się obronić sportu przed polityką. Ja zetknąłem się z tym zaledwie dziewięć lat temu. Posłuchajcie.

Była ciepła noc w Barcelonie, 18 kwietnia 1998 roku kiedy pierwszy raz byłem na Camp Nou. W ogóle nie byłem przygotowany na „wojnę z Realem”, bo Barca grała z Saragossą. 115 tysięcy ludzi świętowało zwycięstwo i 17. tytuł mistrza Hiszpanii. "Madrid cabron, saluda al Campeon" (Madryt rogacz, kłania się mistrzowi) - to był jeden z okrzyków.W całej Katalonii euforia. Rozradowany tłum tańczył przed Camp Nou. - Jedno mnie trochę martwi, 20 maja Real gra w finale Ligi Mistrzów - mówił mi młody Katalończyk, tłumiąc na chwilę radość. - Ale z Juventusem musi przegrać - dodał, pokazując w uśmiechu zęby pomalowane w kolory blau-grana.

Kilka minut po meczu z Saragossą z sali balowej Camp Nou wychodził prezydent Katalonii Jordi Pujol. - Panie prezydencie: niech żyje Barca, niech żyje Katalonia, niech żyje Juventus - krzyczeli fani Barcy. - Niech żyją - odpowiedział prezydent.Na Ramblas świętowało ponad 100 tys. ludzi. Tłum kąpał się w fontannie Canaletas (ten, kto napije się z niej wody, będzie wracał do Katalonii). W południowej części pasażu były stoiska separatystycznej partii Katalonii. Rozdali ulotki: "Niech się skończy ta fikcja - Hiszpania". Ale to wszystko normalka. Skandal wybucha dopiero, gdy uwczesny wiceprezes Barcelony Joan Gaspart oficjalnie powiedział, że w finale Ligi Mistrzów będzie kibicował Juventusowi. Gaspart nie miał jednak nawet zamiaru wycofac swoich słów.

32 dni później. Ciepła noc w Amsterdamie. 45 tysięcy ludzi pcha się na stadion Arena. Przed wejściem w gęsty tłum wciska się reporterka hiszpańskiej telewizji - TVE. - Jeśli słuchacie mnie Katalończycy - mówi fan Realu. - My jesteśmy tu, na szczycie. A wy gdzie? Dwie godziny później Real rzeczywiście był w niebie. Zdobył tytuł najlepszego klubu Europy, wygrywając z Juventusem 1:0. "Barca cabron, saluda al campeon" (Barca rogacz, kłania się mistrzowi) - wołał roztańczony tłum na placu Cibeles w Madrycie. Pół miliona ludzi świętuje całą noc. 170 osób zostaje rannych w zamieszkach z policją, która nie pozwala wejść do fontanny Cibeles. - Dla wielu ludzi w naszym kraju futbol jest sensem życia - tłumaczył prezes Realu Lorenzo Sanz. Agencja Reuters: "To wielki dzień "Królewskich", po 32 latach znów są na tronie Europy. A przez ten czas doznali wielu upokorzeń. Musieli ścierpieć, że w 1992 roku Puchar Europy zdobyła Barcelona".

"Ta wojna klubów najlepiej pokazuje zaciekłą rywalizację polityczną i społeczną Katalonii i Kastylii: dwóch najpotężniejszych regionów Hiszpanii" - pisał Justo Conde Esteve. Jego ksiązka „Wojna, która się nigdy nie skończy” wpadła mi w ręce przypadkiem. Na 208 stronach opisał historię konfliktu, który trwa ponad sto lat.W 1902 roku na fiestach koronacyjnych króla Alfonsa XIII w Madrycie zorganizowano turniej piłkarski, który miał rangę mistrzostw Hiszpanii. 13 czerwca (zaledwie trzy miesiące po powstaniu Realu) odbywa się pierwsze starcie z Barceloną. Goście wygrali 3:1. Tak zaczęła się najsłynniejsza w świecie piłkarska „święta wojna". Wojna? Tak, bo rywalizacja Realu z Barceloną wykracza daleko poza sport.

W 1925 roku w okresie dyktatury Primo de Rivery jeden z jego generałów zamknął stadion Barcelony (wtedy jeszcze Les Corts) i zawiesił działalność klubu na sześć miesięcy za to, że podczas międzypaństwowego meczu Katalończycy wygwizdują hymn hiszpański. Prezes i założyciel FC Barcelony Hans Gamper musi uciekać z Hiszpanii. 11 lat później, gdy w Hiszpanii wybucha wojna domowa, inny preses FC Barcelona Josep Sunyol, kataloński polityk i przemysłowiec, został schwytany i rozstrzelany przez faszystów generała Franco. 16 marca 1938 roku w czasie walk w stolicy Katalonii żołnierze Franco zbombardowali jeden z budynków klubowych Barcy. Franco zmienia herb i flagę Barcelony. I zabronił wnoszenia na stadion flagi katalońskiej. Ale i tak Camp Nou był jednym z nielicznych miejsc, gdzie Katalończycy czuli się „u siebie". Tylko na meczach Barcy można było mówić po katalońsku. Przywiązanie do klubu stało się więc sposobem manifestowania katalońskiego patriotyzmu i separatyzmu. Wtedy powstało powiedzenie, że Barcelona to coś więcej niż klub.

W 1943 roku w Pucharze Hiszpanii Barcelona pokonała Real 3:0. Przed rewanżem do szatni Barcy wszedł dyrektor generalny ds. bezpieczeństwa kraju. Podobno udzielił gościom takich wskazówek, że przegali 1:11. Franco, choć nie był wielkim fanem futbolu lubił utożsamiać się z Realem. Wielkie sukcesy klubu w kraju i Europie dyktator wykorzystywał w propagandzie. Według jego centralistycznej polityki Madryt miał być wzorem dla innych miast Hiszpanii, a wszystkie kluby w kraju powinny brać przykład z Realu. Rosła więc nienawiść do królewskiego klubu wszystkich przeciwników generała. Ale podział na „reżimowy” Real i „opozycyjną” Barę byłby grubą przesadą. W czasach hiszpanskiej wojny domowej prezesem Realu był Rafael Sanchez Guerra, republikanin więziony i torturowany przez nacionalistów, za to dwaj piłkarze Barcy z tego okresu Josep Samitier i Ricardo Zamorra otwarcie popierali reżim Franco. Nawet ostatnio rozegrał się kolejny akt dramatu kiedy w Katalonii wyszło na jaw, że odpowiedzialny za bezpieczeństwo w Barcelonie Alejandro Echevarria, szwagier prezesa Laporty jest członkiem fundacji generała Franco! Musiał podać się do dymisji.

Sprężyna niechęci nakręciła się tak mocno, że kiedyś legendarny prezes Realu Santiago Bernabeu powiedział publicznie: - Zarzucają mi, że nie szanuję Katalonii. Szanuję ją, a nawet podziwiam, mimo że żyją tam Katalończycy. Siedemnaście lat temu kiedy Barcelona pokonała Real w Pucharze Hiszpanii, kapitan zespołu z Madrytu Chendo stwierdził: - Najbardziej boli mnie to, że Puchar Hiszpanii zdobyli obcokrajowcy.

12 maja 1987 roku w barcelońskim „Sporcie", w którym kataloński klub ma udziały, ukazało się zdjęcie gwiazdora Realu, meksykańskiego napastnika Hugo Sancheza. Ubrany w koszulkę Barcy mówił: - Chcę grać w Barcelonie. Conde Esteve zapewnia, że Sanchez i prezydent Barcy Jose Luis Nunez mieli tajne porozumienie, które zmusiło szefa Realu Ramona Mendozę, by znacznie podniósł zarobki Meksykanina. A jeszcze kilka miesięcy wcześniej Jose Luis Nunez mówił o Sanchezie: - Takiemu brutalowi powinno się zakazać gry w piłkę. Kiedy Emilio Butragueno i Manuelowi Sanchisowi kończyły się kontrakty w Realu, Nunez robił to samo. Natychmiast proponował im pracę, nie po to by u niego grali, bo było to nierealne, ale po to, by Mendoza musiał więcej wydać. Ekscentryczny Niemiec Bernd Schuster był przez kilka lat gwiazdą Barcy. Nunez patrzył przez palce, że piłkarz nie jeździł na mecze z drużyną, a w hotelowym pokoju mieszkał z żoną Gaby. Kiedyś pijany Schuster obraził Udo Lattka, a Nunez zwolnił z pracy trenera. Po jednym z meczów o Puchar Hiszpanii Schuster pokazał fanom Realu gest Kozakiewicza. „Dwa lata później te same ręce posłużyły mu do ściskania Mendozy i przysięgania na białe barwy Realu" - pisze Conde Esteve. Jak wiemy dziś Schuster przyjedzie na Camp Nou nie tylko jako socio Barcelony, ale też trener Realu. To jednak dowód normalności.

Luis Enrique grał i w Realu i Barcelonie: - Real i Barca to odwieczni rywale, których celem jest nosić głowę wyżej niż konkurent. Ale tak naprawdę te dwa kluby bardzo się potrzebują. Bo futbol jest sportem, który nie może istnieć bez pasji. A cóż bardziej pasję wyzwala niż mecze Realu z Barceloną? Każda potęga potrzebuje przeciwwagi. Inaczej staje się pewna siebie, leniwa, statyczna.

I tak potrzebują się do dziś. W 2000 roku, gdy Luis Figo już w barwach Realu wybierał się na swój pierwszy mecz na Camp Nou kibice Barcy, którzy jeszcze niedawno go kochali, kipili 200 tys gwizdków, by go wygwizdać „za zdradę”. Na tym się niestety nie skończyło. Figo obrzucono butelkami, jeden z biznesmenów cisnął w niego telefonem komórkowym, a pod nogi Portugalczyka padł nawet odcięta głowa świni. Obraz płonacego Camp Nou obiegł świat i chyba zawstydził samych Katalończyków. Nowy prezes Joan Laporta zadbał o poprawne stosunki z Realem. Dzięki niemu i Florentino Perezowi wojna przycichła, choć do dziś na meczach Barcy z Realem na Camp Nou pojawia się transparent grupy separatystów z napisem „Katalonia to nie jest Hiszpania”. Każdy triumf jest okazją do okazywania swojej wyższości. „Madrid cambron saluda al Campeon” - krzyknął napastnik Barcy Samuel Eto'o, gdy zdobył Barceloną swoje pierwsze mistrzostwo Hiszpanii. Następnego dnia przeprosił. W ostatnich lat w modzie jest przynajmniej poprawność polityczna.

PS. Przy tym długaśnym wpisie wykorzystałem fragmenty swoich tekstów w Gazecie i książeczki o Realu Madryt, którą napisałem. Wszystkim, którzy przebrnęli do post scriptum obiecuję, że od jutra wracami do normalnych rozmiarów wpisów na bloga.

niedziela, 16 grudnia 2007

36 mln euro wydał Ramon Calderon, by z 12 miesięcznym opóźnieniem spełnić swoją pierwszą obietnicę wyborczą. Prawie jak polityk, choć ci ponoć oczyszczają swoje mózgi z wszelkich przyrzeczeń w dniu zwycięstwa w wyborach. Prezes Realu nie zapomniał, kupił Robbena - Kaka i Fabregas wciąż są dla niego nieosiągalni. Może i dobrze, bo trudno sobie wyobrazić nawet ile by wydał. Zwłaszcza, że każdy transfer Realu jest przepłacony o 100 proc (Pepe nawet o 300).

Szybko okazało się jednak, że słowność Calderona nie jest wartością samą w sobie. Robben to piłkarz bardzo zdolny, ale dla niego najważniejszym zwycięstwem byłby powrót do gry na dłużej. Real kupił już kiedyś Woodgate'a dla którego Madryt był luksusowym sanatorium, dziś przypadek Holendra zaczyna wyglądać podobnie. A przecież zdrowie Robbena budziło wątpliwości jeszcze przed transferem.

Kto bogatemu zabroni? Ja na pewno nie, choć przyznam, że te 250 mln euro wydane przez Calderona na transfery wydaje mi się jeszcze większym absurdem niż to co robił jego poprzednik. Zanim Florentino Perez pchnął Real w galaktyczną otchłań - stworzył drużynę fascynującą. Kiedy wydawał 65 mln na Zidane'a, albo 56 mln na Figo, to przynajmniej byli to piłkarscy giganci.

Życzę Calderonowi sukcesów, bo życzę ich Realowi, ale przyznam, że ten sposób zarządzania klubem kompletnie mi nie odpowiada. Szastanie swoją kasą bywa bezsensowne i w złym guście, a już szastanie cudzą (przypominam, że Calderon jest prezesem, a nie właścicielem Realu) w najlepszym przypadku ociera się o skandal.

Patrzyłem dziś na piłkarzy Boca Juniors, którzy przegrali z Milanem w Tokio finał klubowych mistrzostw świata. Każdy z nich świetnie panuje nad piłką, ale żeby stworzyć z nich silną drużynę trzeba się wykazać doświdczeniem i wiedzą. W Madrycie myśl przewodnia na drużynę ginie zasypana ciężarem milionów euro i kiełbasy wyborczej prezesa, która obliczona jest na korzyść jego, a nie klubu. 

A rozsądek, umiar, wiedza o piłce? Mam coraz silniejsze wrażenie, że w Madrycie miejsca na to nie ma. Calderon po bizantyjsku upaja się opinią wszechmogącego. Oby nie utopił w niej siebie, a zwłaszcza klubu. Dotąd Real był najlepszym klubem na świecie, dziś jest najbogatszym. Wątpliwej jakości zmiana. 

 

Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac