blog Darka Wołowskiego
RSS
poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Gol i asysta w debiucie z Guingamp, dwa gole i dwie asysty przeciw Toulouse. Neymar spłaca 222 mln euro za swój rekordowy transfer wprowadzając Paryż na salony piłkarskiej Europy.

Szósty gol w meczu z Toulouse można uznać za dzieło sztuki. PSG grało już w dziesiątkę po czerwonej kartce dla pomocnika Marco Verrattiego. W 90. min Neymara otaczało w polu karnym sześciu rywali, dał radę wszystkim. A fani na Parc des Princes poczuli to na co czekają - powiew piłkarskiej magii. Brazylijczyk sprawia, że paryski klub zapomina o katastrofie w ubiegłym sezonie, kiedy przegrał mistrzostwo kraju i w traumatycznych okolicznościach odpadł z Barceloną w 1/8 finału Ligi Mistrzów (4:0 i 1:6).

Póki co jest jak miało być. A nawet lepiej. Barcelona pozbawiona Neymara dostała ciężkie baty z Realem w Superpucharze Hiszpanii. Tymczasem PSG uwodzi nową nadzieją. Na prezentacji Brazylijczyka Wieża Eiflla rozbłysnęła kolorami paryskiego klubu, a na górze ukazał się napis „Welcome Neymar”. Potem prasa francuska opisywała jak władze PSG finansowały bizantyjską fiestę piłkarza i jego brazylijskich kumpli z tak zwanej grupy „Tois” w kurorcie Saint-Tropez, opłacając pluton ochroniarzy, by mogli się dobrze i spokojnie wyszaleć. Podwojono też ochronę w ośrodku treningowym klubu, bo Neymar wywołuje gigantyczne zainteresowanie. Wydarcie go Barcelonie, bez względu na cenę (222 mln euro) było dla Paryżan czymś więcej niż wygranie z nią finału Ligi Mistrzów. W końcu to właśnie Neymar ma największe szanse, by przerwać hegemonię Leo Messiego i Cristiano Ronaldo. 25-letni Brazylijczyk wciąż nie uchodzi za najlepszego piłkarza świata, ale z pewnością swoimi sztuczkami robi na boisku show znacznie większy niż aktualny posiadacz Złotej Piłki CR7.

- Wszyscy myślą, że odejść z Barcelony to jak umrzeć, a ja jestem bardziej żywy niż kiedykolwiek - powiedział Brazylijczyk po debiucie z Guingamp. A po spotkaniu z Tolouse zaatakował obecnych szefów Barcy, mówiąc że taki klub zasługuje na lepszych. Jakie są ich winy, nie wyjaśnił. Wiadomo tylko, że nie zgodzili się tego lata podnieść Neymarowi pensji z 25 mln euro netto za sezon do 30. PSG właśnie tyle mu dał.

W klubowym sklepie PSG koszulki Neymara znikają i wciąż ich mało. Ligowe mecze paryskiego klubu mają dwa razy wyższą oglądalność niż innych francuskich drużyn. Debiut Neymara w Canal + śledziło 1,25 mln widzów, mecz Nantes - Marsylia tylko 629 tys.

Wszystko to idealnie trafia w potrzeby kibiców we Francji. Jeśli chodzi o klubowy futbol mają oni tyle samo powodów do dumy, co kompleksów, lub przynajmniej poczucia niedosytu. Francuzi wymyślili plebiscyt Złota Piłka, europejskie rozgrywki, a jednak w 61-letniej historii Pucharu Europy ich klub zdobył go zaledwie jeden raz - Olympique Marsylia w 1993 roku. Ligue 1 jest wylęgarnią talentów zasilających potem angielską Premier League, hiszpańską Primera Division, włoską Serie A i niemiecką Bundesligę.

Przez lata przepisy futbolowe we Francji były najbardziej restrykcyjne, nie pozwalały klubom zadłużać się po uszy. Ale też rzadko do Ligue 1 trafiały wielkie gwiazdy rozbudzające wyobraźnię milionów fanów także poza Francją. Jak trudno wygrać Ligę Mistrzów bez milionowych transferów przekonywał przypadek Olympique Lyon, klubu wzorowo prowadzonego, ze świetną akademią, który w latach 2002 - 2008 siedem razy z rządu zdobył mistrzostwo Francji. Sprzedawał piłkarzy do największych potęg europejskich, ale sam w Champions League tylko raz sięgnął granicy półfinału. Bliżej trofeum było nawet Monaco w 2004 roku, gdy przegrało finał z Porto prowadzonym przez Jose Mourinho.

We Francji narastało poczucie, że miejscowe kluby to europejska druga liga. Sukces OM z 1993 roku kusił i wskazywał drogę na szczyt. Tamten zespół stworzył polityk i showman Bernard Tapie sprowadzając do Marsylii gwiazdy europejskiej piłki za grube miliony, co zaowocowało zwycięstwem w Lidze Mistrzów, ale też wyrokami za korupcję i przestępstwa podatkowe. W 2007 roku Tapie popierał kandydaturę Nicolasa Sarkozy'ego w wyborach prezydenckich we Francji i to właśnie Sarkozy był tym człowiekiem, który namówił rząd Kataru do zainwestowanie w PSG.

W maju 2011 roku prezes Nasser Al-Khelaifi zaczął wielkie inwestycje, rok później kupił Zlatana Ibrahimovica i Thiago Silvę z Milanu, ale setki milionów dało PSG tylko dominację we Francji przerwaną na dodatek w ostatnim sezonie przez znacznie biedniejsze Monaco. Tak spektakularny transfer jak ten Neymara stał się potrzebą chwili. Bez względu na koszty. Brazylijczyk sprawia, że Paryż dołącza do miejsc, gdzie można dostać łyk futbolowej magii. Choć rzecz jasna, nie mecze z Guingamp, czy Tolouse będę decydujące, ale starcia z Realem, Barceloną, Bayernem i Juventusem w LM.

niedziela, 20 sierpnia 2017

Liga hiszpańska od dawna nie miała tak zdecydowanego faworyta. Tyle, że Real Madryt musi wcielić się w nową rolę – uciekającego. W ostatnich latach głównie gonił za rozpędzonym ekspresem z Katalonii, który nagle utknął na bocznicy.

Trzy dni w połowie sierpnia były jak futbole trzęsieniem ziemi. W rywalizacji o Superpuchar Hiszpanii bukmacherzy dawali minimalnie większe szanse Barcelonie, może dlatego, że zaledwie dwa tygodnie wcześniej w Miami Katalończycy jeszcze z Neymarem w składzie, pokonali Real 3:2. W towarzyskich meczach przed sezonem Królewscy ani razy nie wygrali, zaliczając taką dotkliwą wpadkę jak 0:4 z Manchesterem City Pepa Guardioli.

Ale Zinedine Zidane nie szukał alibi. Przed starciem z Manchesterem United o Superpuchar Europy ogłosił, że Real jest gotowy do obrony pozycji numeru 1 w Europie. – Wystarczy, że moi piłkarze poczują jak świetnie są przygotowani fizyczne i odpalą – przekonywał. Co do ich klasy, nikt nie ma wątpliwości. W czerwcu jako pierwsi obronili trofeum w Lidze Mistrzów. I wydarli Barcy monopolizowane przez nią mistrzostwo Hiszpanii.

Zidane to trener z charyzmą, którego jednak powszechnie nie uważa się za geniusza strategii. Jest słabym mówcą, mimo 16 lat spędzonych w Madrycie, jego hiszpański wciąż go zawodzi. Z drużyną rezerw nie osiągnął żadnych sukcesów. Ale nawet dla największych gwiazd Królewskich wciąż jest futbolowym wzorem. Poszli za nim jak w dym i przyniosło to skutek przerastający oczekiwania. Siedem trofeów w 18 miesięcy wspólnej pracy.

W trzy dni między 13 i 16 sierpnia Real jeszcze raz wywrócił porządek rzeczy do góry nogami. Zwycięstwo na Camp Nou 3:1 i spektakularny triumf w rewanżu 2:0 sprawiły, że media hiszpańskie zaczęły przebąkiwać o Atletico Madryt jako jedynej alternatywie dla drużyny Zidane’a w rozgrywkach Primera Division. W 72 godziny Barcelona skurczyła się do rozmiarów przeciętniaka, którego w ankiecie madryckiego dziennika „Marca” zaledwie 17,5 procenta kibiców uznaje za faworyta do zdobycia tytułu! A przecież drużyna z Leo Messim była mistrzem sześć razy w ostatnich dziewięciu sezonach – czyli od czasu gdy na jej ławce usiadł Guardiola.

Gerard Pique był jednym z pierwszych jego transferów. Ale po ostatniej lekcji na Santiago Bernabeu przyznał, że pierwszy raz czuje się gorszy od Realu. Królewscy zdominowali Ligę Mistrzów w ostatnich latach, ale klasykach wciąż górą częściej była Barcelona. Nagle i to się zmieniło.

Zidane traktowany jest w Madrycie jak cudotwórca. Pod jego ręką rozkwitają nawet hiszpańscy piłkarze. A przecież przez ostatnie lata, gdy Barcelona lansowała wychowanków La Masia, Real krytykowano za to, że nie daje swoim cienia szansy. Co prawda Isco i Asensio przyszli z Malagi i Mallorki, ale stali się wielką nadzieją „Białych”. Asensio, który w Superpucharze wbił Barcelonie dwie spektakularne bramki, podniesiono klauzulę odejścia w kontakcie do pół miliarda euro. By nie spotkało Realu to, co Barcelonie przydarzyło się z Neymarem.

Poczucie wielkości i siły Królewskich zbiega się z kryzysem, frustracją i histerią w Barcelonie. O ile przed meczami z Realem kibice przebąkiwali o potrzebie transferów, które pozwolą zapełnić miejsce Neymara, o tyle dziś wręcz ich żądają. Bez względu na koszty. Prezes Josep Maria Bartomeu stoi pod ścianą, rozjuszeni fani chcą jego głowy. Kto na tym skorzysta? Z pewnością Liverpool i Borussia Dortmund, które żądają za Philippe Coutinho i Ousame Dembele w sumie niemal 300 mln euro. I wiedzą, że Katalończycy stoją pod ścianą, mają małe pole manewru. „Barca bez duszy i serca” – podsumował po porażkach z Realem dziennik „El Pais”. Nowy trener Ernesto Valverde przyszedł do klubu, by przywrócić mu miejsce na szczycie, tymczasem już na starcie trzeba zbierać jego morale z podłogi.

Po raz pierwszy od dawna Katalończycy zaczynają sezon w atmosferze tak głębokiej frustracji i niemocy. Trzeba czasu, by się przekonać, czy ciężkie ciosy, które spadły na 30-letniego Messiego i jego kolegów w Superpucharze Hiszpanii doszczętnie rozbiły zespół, czy też go zmobilizowały. Nawet po odejściu Neymara do PSG za 222 mln euro Barcelona ma jeszcze w kadrze więcej jakości niż większość klubów europejskiej czołówki. Toteż kolejny zwrot w hierarchii na szczytach hiszpańskiej piłki wciąż nie jest nierealny.

Póki co większość spogląda jednak na Atletico jako potencjalnego rywala swojego wielkiego sąsiada. Drużyna Diego Simeone wystartowała remisem (2:2) z beniaminkiem z Girony przegrywając już 0:2 i tracąc Antoine’a Griezmanna, który dostał niesłuszną czerwoną kartkę. W pierwszym meczu trzeba było w desperacji odwołać się do klubowej dewizy „nigdy nie przestawaj wierzyć”, co przyniosło nagrodę, ale w postaci tylko jednego punktu.

– Klub dokonał niezwykłego wysiłku, by utrzymać drużynę – powiedział niedawno Simeone. Atletico znalazło się pod ścianą z powodu zakazu transferów nałożonych na nie przez FIFA. Szefowie klubu za wszelką cenę starali się utrzymać stan posiadania, a jak wiadomo Griezmannem i Saulem Niguezem interesowali się najbogatsi z Manchesterem United i Barceloną na czele.

Klub dokona dwóch spektakularnych transferów: odkupi z Sevilli reprezentanta Hiszpanii Vitolo i sprowadzi z Chelsea napastnika Diego Costę. Póki co drużyna cierpi wciąż na tę samą chorobę. Miota się, gdy przyjdzie jej grać w ataku pozycyjnym, Vitolo i Costa mają być znaczącym zastrzykiem siły ofensywnej. Ale będą mogli zacząć grać dopiero w styczniu.

Argentyński trener nie panikuje. Przypomina, że ten zespół, który oskarża się o niewydolność w ataku, potrafiła pobić w ostatnich latach całą europejską czołówkę. Ludziom Simeonie pozostała do przejścia ostatnia granica, czyli zwycięstwo nad Realem w Lidze Mistrzów, co mogłoby otworzyć drogę do upragnionego trofeum. Atletico to najbardziej efektywny klub w ostatnich latach, relacja między jego osiągnięciami i wydatkami jest najwyższa w Europie. Czy będzie jednak w stanie dotrzymać kroku sąsiadowi z Santiago Bernabeu w walce o mistrzostwo Hiszpanii? Na dystansie 38 meczów.

Po pół wieku klub opuszcza swój legendarny stadion Vicente Calderon, by przenieść się na nowoczesny Wanda Metropolitano, który ma mieścić docelowo 73 tysiące osób. Inauguracja zaplanowana jest na 16 września. Trzy mecze otwierające sezon Atletico zagra na wyjazdach. Początek będzie więc trudny. Ale po to Simeone przedłuży kontrakt do 2020 roku, by się zmierzyć z kłopotami raz jeszcze. Wartości wyznawane przez klub (nigdy się nie poddawaj), wymagają poświęcenia i determinacji. „Cholo” chce się jeszcze raz podjąć wyzwania. By pod pomnikiem Neptuna zaśpiewać „niech się dowiedzą Biali kto rządzi w Madrycie”. Tyle, że tym razem wielki sąsiad, który pokonał Atletico w dwóch finałach Ligi Mistrzów, jest w stanie uniesienia i wydaje się mocniejszy niż kiedykolwiek.

piątek, 18 sierpnia 2017

Nie wiadomo czy epoka już się skończyła i czy w ogóle się skończy. Sugerują to dwie klęski z Realem w Superpucharze Hiszpanii i seria nieszczęść na rynku transferowym.

Przez ostatnią dekadę Barcelona wyznaczała kierunek rozwoju światowej piłki. Wokół wychowanego w jej szkółce La Masia Argentyńczyka Leo Messiego powstał zespół kultowy, który potrafił zawładnąć wyobraźnią milionów ludzi.

Tiki-taka to hiszpańska wersja futbolu totalnego powołanego do życia przez takie legendy holenderskiej piłki jak nieżyjący już Rinus Michels i Johan Cruijff. Obaj pracowali w Barcelonie, gdzie miejscowa akademia została zreformowana według wzorców przeszczepionych z Ajaxu Amsterdam.

Prowadzony przez Cruijffa „Dream Team” zdobył dla Barcelony pierwszy Puchar Europy. W tym zespole grał Pep Guardiola, który kilkanaście lat później jako trener umiał udoskonalić i rozwinąć koncepcje swojego mistrza. Powstał z tego styl niepowtarzalny, wykwintny, kunsztowny: nowatorskie spojrzenie na czas, przestrzeń i role piłkarzy na boisku. Styl polegający na błyskawicznej wymianie krótkich podań i bezustannym utrzymywaniu rywala z dala od piłki.

Szczytowym momentem tiki-taki był 2010 rok, kiedy wychowani w La Masia Messi, Andres Iniesta i Xavi Hernandez zajęli całe podium w plebiscycie Złota Piłka. Drugi i trzeci zdobyli wtedy dla Hiszpanii pierwszy tytuł mistrzów świata, bo selekcjoner Vicente del Bosque, choć wychowany w Realu, do kadry przeszczepiał wzory z Katalonii. Skutkowało to nieprzerwaną serią zwycięstw na wielkich turniejach od 2008 do 2012 roku.

W 2009 roku prowadzona przez Guardiolę Barcelona zdobyła sześć trofeów, wygrywając wszystkie rozgrywki, w których brała udział. Była o mały krok od powtórzenia tego także dwa lata temu. Wtedy do gry o dominację w Europie wkroczył Real Madryt - przez lata upokarzany w rywalizacji z Katalończykami, ale też nie szczędzący sił i środków, by ich gonić. Od dwóch lat Królewscy są najlepsi w Europie, ale dopiero w środę w Superpucharze Hiszpanii zafundowali Barcelonie tak surową lekcję pokory. Przez lata Barca uchodziła za miejsce, gdzie rodzą się największe gwiazdy. W listopadzie 2012 roku trener Tito Vilnova posłał do gry w meczu ligowym drużynę złożoną z 11 wychowanków. Dziś pozostało po tym blade wspomnienie. Barcelona, której dwa tygodnie temu budowany za katarskie petrodolary Paris Saint Germain wydarł Brazylijczyka Neymara płacąc rekordowe 222 mln euro, sama musi ruszyć na wielkie zakupy, by ratować się przed sportową zapaścią.

Każdy w Europie wie, że Katalończycy mają gotówkę i są w kryzysie. Dlatego ceny rosną. Kandydaci do Barcy Francuz Ousame Dembele i Brazylijczyk Philippe Coutinho osiągnęli 10 razy wyższe ceny, niż za nich zapłaciły Borussia Dortmund i Liverpool. 40 mln euro klub z Katalonii wydał na Paulinho z ligi chińskiej, który grał kiedyś w ŁKS Łódź. Wszyscy jesteśmy ciekawi, co z tego wyniknie.

Niełatwo pogodzić się z porażkami w klubie przyzwyczajonym do zwycięstw. Cierpliwość jest w zawodowej piłce towarem najbardziej deficytowym. Każdy potentat w chwilach kryzysu pod presją gniewu milionów fanów przepłaca za piłkarzy, zaniedbuje wychowanków, działa histerycznie i pogrąża się w chaosie. W Barcelonie zły czas nastał teraz. Najwięksi rywale wreszcie patrzą na nią z góry. I z uśmiechem.

czwartek, 17 sierpnia 2017

Sezon nie mógł zacząć się gorzej dla Barcelony. Upokorzona przez Real w Superpucharze Hiszpanii sięgnęła dna. Żeby się odbić?

- Pierwszy raz od 9 lat czuliśmy się od nich gorsi - przyznał Gerad Pique. Bez Ronaldo, Bale’a i Isco Królewscy urządzili Katalończykom łaźnię parową na Santiago Bernabeu. Gospodarze i goście poruszali się z innymi prędkościami, choć nowy trener Ernesto Valverde zmienił na rewanż taktykę i ustawienie. Efekt był jeszcze bardziej porażający.

Cały potencjał zawarty w kadrze katalońskiego klubu nie przydał się na nic. Wystarczyło porównać skrzydła. W Realu zagrali Marco Asensio i Lucas Vazquez, po przeciwnej stronie człapali wychowankowie Barcy Sergi Roberto i w końcówce meczu Gerard Deulofeu. Być może w innym momencie można byłoby uznać umiejętności jednych i drugich za porównywalne. Ale nie wczoraj na Santiago Bernabeu, gdzie hiszpańscy gracze Realu unosili się w innym wymiarze.

Piłkarze Zinedine’a Zidane’a zagrali tak jakby ostatecznie chcieli odesłać do archiwum minioną dekadę, którą spędzili na mniej lub bardziej udanych próbach pogoni za Barceloną. Dziś to oni są panami piłki hiszpańskiej, z przewagą jakiej nikt się nie spodziewał po poprzednim klasyku rozegranym w Madrycie w wiosną. Barca - także bez Neymara - wygrała wtedy 3:2 i choć zmiana się dokonała, Real wygrał tytuł mistrza Hiszpanii i Ligę Mistrzów, Katalończycy wciąż mogli pocieszać się korzystnym bilansem bezpośrednich meczów. Parę miesięcy później po 180 minutach zmagań w Superpucharze, wynik brzmi 1:5. I jest wymowny jak w sezonie, gdy Barcę prowadził Gerardo Martino.

Valverde przypomina, że sezon dopiero się zaczyna, jest długi i Real też kiedyś będzie musiał przegrać. Co innego może powiedzieć szkoleniowiec, którego żaden pomysł nie chwyta, a po okresie przygotowawczym piłkarze zdają się mieć nogi z ołowiu? Trzech pomocników Realu: Modric, Kroos i Kovacic bezdyskusyjnie wygrali bój o środek pola z piątką Katalończyków. Królewscy byli nawet lepsi w posiadaniu piłki.

„Superpuchar dla Realu, superproblem dla Barcelony” - napisał kataloński dziennik „El Mundo Deportivo”, a „Sport” dał tytuł „Bez duszy”. O ile po porażce na Camp Nou 1:3 Katalończycy mogli się łudzić, że jadą na rewanż odzyskać twarz, o tyle mecz na Santiago Bernabeu nie pozostawił im cienia nadziei. W Realu najbardziej zdumiewające jest to, że w szczycie formy są nawet ci piłkarze, którzy najczęściej wycierają ławkę.

Tymczasem w Barcelonie Luis Suarez nie jest nawet wspomnieniem napastnika sprzed roku, który strzelił w sezonie 59 goli. Leo Messi wygląda jak ktoś głęboko zniechęcony do gry. Gerard Pique wszedł w sezon lewą nogą, 180 minut rywalizacji z Realem było dla niego koszmarem na jawie. Nie ma gracza w Barcelonie, który zdradzałby oznaki chęci podjęcia wyzwania. Ale sezon jest rzeczywiście na tyle długi, że może się w nim zdarzyć wiele.

Póki co impuls będzie Barcelonę kosztował setki milionów. Niedawno kupiła Paulinho za kwotę dwa razy większą niż Juventus zatrudnia pomocnika o podobnej charakterystyce Blaise’a Matuidiego z PSG. Szefowie klubu z Katalonii oduczyli się robić transfery w rozsądnej cenie. Dlatego pobiją rekordy w przypadku Coutinho i Dembele.

środa, 16 sierpnia 2017

Porażka z Realem na Camp Nou 1:3 wywołała skrajne reakcje w Katalonii. Superpuchar Hiszpanii Barcelona już właściwie przegrała, ale dzisiejszy rewanż na Santiago Bernabeu może wpłynąć na przyszłość klubu.

„Dzień koszmarny, ale trzeba się podnieść i walczyć. To się dopiero zaczyna” - napisał na Instagramie Leo Messi. Pięciokrotny laureat Złotej Piłki był jedynym graczem Barcelony, do którego nikt nie zgłaszał pretensji po niedzielnej klęsce z Realem. Klęska to słowo mocne, ale tak wynik 1:3 na Camp Nou w pierwszym meczu Superpucharu Hiszpanii został odebrany przez kibiców Barcy. W ten sposób pierwszy oficjalny mecz sezonu, stał się powodem wielkiej, zbiorowej frustracji. Fanom podpadli piłkarze: na czele z Gerardem Pique, który w mediach społecznościowych zabiera głos jakby był prezesem klubu, tymczasem na boisku zawalił przy wszystkich bramkach dla Realu, zaczynając od pierwszej, którą sam strzelił.

Małomówny zazwyczaj Sergio Busquets ogłosił, że drużyna powinna odbudować się na nowo. On i kilku innych kluczowych graczy dawało do zrozumienia, że zespół potrzebuje wzmocnień piłkarzami światowej klasy. Porażka Katalończyków w prestiżowym starciu z Królewskimi zbiegła się z udanym debiutem Neymara w barwach PSG. Brazylijczyk zdobył gola i miał asystę w wygranym meczu ligi francuskiej z Guingamp, po czym dolał oliwy do ognia słowami: - Wszyscy myślą, że odejście z Barcelony to śmierć, a to nieprawda. Ja czuję się bardziej żywy niż kiedykolwiek.

Negocjacje Barcy w sprawie transferów skrzydłowych Ousmane Dembele i Philippe Coutinho przedłużają się. Szefowie Borussii Dortmund i Liverpoolu żądają ponad 100 mln euro, bo doskonale wiedzą, że jeden z najbogatszych klubów świata dostał właśnie 222 mln za Neymara. W niedzielę mogli jeszcze zatrzeć ręce. Porażka z Realem stawia pod ścianą szefów Barcelony, a jak wiadomo źle negocjuje się z pozycji desperata.

W poniedziałek wieczorem, zaraz po tym jak klub z Katalonii ogłosił, że za 40 mln euro wykupił z ligi chińskiej pomocnika reprezentacji Brazylii Paulinho, potężna grupa sfrustrowanych fanów skrzyknęła się pod hasztagiem nawołującym do dymisji prezesa Josepa Marii Bartomeu. Ich zdaniem fatalnie kieruje drużyną, nie radzi sobie z transferami. W ciągu kilku godzin stał się to jeden z najpopularniejszych hasztagów na Twitterze. Fala wzburzenia rosła jak śnieżna kula.

Głos zabrał legendarny Carles Rexach przyjaciel i najbliższy współpracownik zmarłego przed półtora roku Johana Cruijffa. Przestrzega przed histerią, uspokaja, że to dopiero start sezonu, a Superpuchar Hiszpanii jest najmniej prestiżowym trofeum. Przekonuje, że nowy trener Ernesto Valverde potrzebuje czasu i spokoju. Ale kibice nie są cierpliwi. I błędne koło się zamyka. Jeszcze niedawno gazety katalońskie publikowały ankiety z pytaniem co powinna zrobić Barca w obliczu negocjacji Neymara z PSG, a większość kibiców katalońskiego klubu odpowiadała, że brać rekordowe 222 mln euro. Dziś wszyscy są wzburzeni, że zespół został osłabiony.

Sfrustrowani są także piłkarze. Wychowanek Sergi Roberto miał propozycje z Manchesteru United, który dawał za niego Barcelonie 40 mln euro. Klub go jednak zatrzymał. Z Realem zagrał tylko 20 minut, po czym w poniedziałek dowiedział się, że Barca sprowadziła Paulinho - kolejnego pomocnika.

Zupełnie przeciwny nastrój opanował Madryt. Na Santiago Bernabeu istna idylla. Real dominuje w Europie od dwóch lat, ten sezon zaczął od zwycięstwa nad Manchesterem United (Superpuchar Europy) i Barceloną. Na Camp Nou drużyna Zinedine’a Zidane’a poradziła sobie bez Luki Modrica, a zastępujący go Mateo Kovacic uprzykrzył życie Messiemu. Teraz Chorwat wraca do gry, nieobecny będzie tylko Cristiano Ronaldo - ukarany pięcioma meczami dyskwalifikacji za czerwoną kartkę na Camp Nou i odepchnięcie arbitra. Ale w powszechnym odczuciu Portugalczyk padł ofiarą złego sędziego, który podjął kilka decyzji na korzyść Barcy. Mimo wszystko CR7 zdobył piękną bramkę. Dziś w rewanżu o 23 na Santiago Bernabeu Real może przegrać nawet 0:2 i zdobyć drugie w tym sezonie trofeum. Barca limit błędów i cierpliwości swoich fanów już wyczerpała.

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Historia Paulinho prowadzi z Łodzi przez Chiny aż po Barcelonę. Katalończycy płacą za 29-letniego, defensywnego pomocnika aż 40 mln euro. Drożsi od niego byli w jej historii zaledwie trzej piłkarze: napastnicy Neymar, Luis Suarez i Zlatan Ibrahimovic.

To nie jest dobry czas dla Barcelony. Katalończycy stracili Neymara i szybko zdali sobie sprawę jak niewiele można zdziałać za owe, rekordowe 222 mln euro. Porażka z Realem w pierwszym meczu Superpucharu Hiszpanii stawia kataloński klub pod ścianą. Wszyscy czekają na wielkie nazwiska, a przynajmniej znanych graczy ofensywnych, jak Philippe Coutinho (Liverpool), czy Ousmane Dembele (Borissia Dortmund). Tymczasem klub ogłasza, że podpisał umowę z dobijającym do trzydziestki defensywnym pomocnikiem grającym w lidze chińskiej.

W czerwcu 2015 roku Paulinho opuścił Tottenham, by grać w Guangzhou Evergrande. Wydawało się, że zajmie się już tylko zarabianiem pieniędzy. W Chinach dostawał 7 mln euro rocznie. Według katalońskiego dziennika „El Mundo Deportivo” musiał obniżyć swoje oczekiwania, aby grać na Camp Nou. Na czteroletnim kontrakcie w Katalonii straci ponoć 7,5 mln euro. Czyli będzie zarabiał ponad 5 mln za sezon.

Przez ostatnie lata przed sportowym zapomnieniem Paulinho ratowała reprezentacja Brazylii. Zagrał w niej aż 41 razy, zdobył 9 bramek, świetnie wypada w eliminacjach mundialu w Rosji.

Ale żeby po takiego gracza sięgała Barcelona? W lipcu przyszłego roku skończy 30 lat, 10 dni po finale mistrzostw świata. Paulinho to piłkarz silny, ale defensywny, w typie Casemiro, który robi furorę w Realu Madryt.

Algimantas Breikstas, były prezes nieistniejącego już FC Wilno, sprowadził Paulinho na Litwę, kiedy ten nie miał jeszcze osiemnastu lat. Brazylijczyk zamieszkał u niego w domu i czekał na pełnoletność. Ale Breikstasa rozczarowały skorumpowane rozgrywki, przynajmniej tak twierdzi, więc wysłał Paulinho do zaprzyjaźnionego ŁKS Łódź.

Chodzą różne pogłoski o tym, kto nie chciał Brazylijczyka w Polsce. Breikstas twierdzi, że trener Marek Chojnacki był nacjonalistą i chciał wystawiać wyłącznie rodaków. Brzmi to niedorzecznie, skoro Chojnacki współpracował z Antonim Ptakiem, który jak wiadomo obsesyjnie widział w brazylijskich piłkarzach nową siłę polskiej ligi.

ŁKS po prostu nie miał pieniędzy na piłkarza, który już wtedy się wyróżniał. Trzej skłóceni właściciele klubu nie doszli do porozumienia. Tak czy siak ŁKS stracił szansę na zarobek na pomocniku przerastającym talentem polskie rozgrywki. Nie dostanie nawet procentu od transferu Paulinho do Barcelony - 150 tys euro trafi do PZPN, Związek wyda je na szkolenie młodzieży.

Po pobycie w Polsce Paulinho wrócił do Brazylii, do Pao de Acucar - gdzie się wychował, potem do Bragantino, aż wreszcie do wielkiego Corinthians. W lipcu 2013 roku Tottenham zapłacił za niego 20 mln. Przyszła jednak moda na wyjazdy do Chin, nowe piłkarskie Eldorado. W Londynie defensywny pomocnik nie mógł liczyć na kosmiczne zarobki.

Latem 2003 roku, czyli trzy lata przed tym jak Paulinho wyruszył do Wilna, Barcelona kupiła z PSG największego brazylijskiego geniusza Ronaldinho płacąc 32,25 mln. Dziś tamten transfer jest już na 133. miejscu pod względem wysokości kwoty. Dla Katalończyków to był jednak wielki zwrot. „Polowali” wtedy na Davida Beckhama, który wybrał pracę na Santiago Bernabeu w Madrycie.

Ronaldinho odmienił jednak Barcelonę właściwie w pojedynkę. U jego boku wyrósł Leo Messi, Andres Iniesta, a nawet Xavi Hernandez. Po 14 latach klub z Katalonii więcej musi zapłacić za futbolowego wyrobnika, co do którego są wątpliwości, czy w ogóle zdoła się przebić do składu. Prawdopodobnie czeka go rola zmiennika Sergio Busquetsa.

Paulinho jest czwarty na liście najdroższych graczy w historii klubu z Camp Nou. Ile kosztował Neymar nigdy się nie dowiemy. Portal transfermarkt ocenia, że Barcelona zapłaciła 88,3 mln euro, ale umowa była tak zawiła, że do dziś trwają o to zaciekłe spory. Wiadomo za to, że Luis Suarez kosztował Barcę 81,72 mln euro, a Zlatan Ibrahimovic 69,5 mln. W transfer Szweda zaangażowany był Samuel Eto’o, którego Pep Guardiola odesłał do Interu.

Dlaczego Paulinho kosztował 40 mln (najdroższy piłkarz kupiony dotąd z ligi chińskiej)? Tyle wynosiła klauzula w jego kontrakcie z Guangzhou Evergrande, a chiński klub nie chciał w ogóle negocjować z Barceloną.

40 mln euro kosztowali Barcelonę także David Villa i Marc Overmars. Z tego drugiego transferu Barcy do dziś wszyscy się śmieją. Holender miał zastąpić Luisa Figo po jego nagłej i bulwersującej przeprowadzce do Realu Madryt. Jeszcze niedawno prezes Florentino Perez wspominał, że wydarcie Figo było jak wyrwanie serca Katalończykom.

Latem 2000. roku Barca kupowała na potęgę, wydała prawie 100 mln na graczy zbędnych lub przeciętnych, w tym Emmanuela Petita. I do czasu sprowadzenia Ronaldinho, tkwiła w głębokim kryzysie.

Kibice obawiają się, by po stracie Neymara sytuacja się nie powtórzyła. Za chwilę na Camp Nou trafią pewnie Dembele i Coutinho. Każdy będzie kosztował grubo ponad 100 mln euro. Na Twitterze pojawiają się kpiny: „Petita już mamy, czekamy na Overmarsa”. Petit to według złośliwców właśnie Paulinho.

Real Madryt upokorzył Katalończyków rozstrzygając kwestię Superpucharu Hiszpanii już na Camp Nou. Jak wyglądałaby dziś drużyna Ernesto Valverde, gdyby nie błędy baskijskiego sędziego?

- Ludzie myślą, że odejść z Barcelony to umrzeć. Tymczasem to nieprawda. Ja jestem bardziej żywy niż kiedykolwiek - słowa Neymara po świetnym debiucie w PSG podkreślają dramaturgię sytuacji w opuszczonym przez niego klubie.

Jeśli Barcelona chciała się przekonać jak będzie radzić sobie bez Brazylijczyka, to mecz z Realem był dla niej znakomitą okazją. Zastępujący go Gerard Deulofeu wzniósł do gry bardzo niewiele, prawdziwy koszmar przeżył jednak jeden z liderów. Gerard Pique, przeszły prezes Barcelony miał udział przy wszystkich golach Realu. Pierwszego sam zdobył, przy dwóch kolejnych Ronaldo i Asensio potraktowali go jak słupek treningowy. Stoper wolny, mało zwrotny, z głową zaprzątniętą innymi sprawami niż gra w piłkę. Oficjalny debiut nowego trenera Ernesto Valverde zmienił się w festiwal niemocy Katalończyków.

Osobnym antybohaterem był sędzia Ricardo de Burgos, który popełnił trzy grube błędy. Nie uznał gola Ronaldo, choć Portugalczyk nie był na spalonym, podyktował karnego dla Barcy za teatralny pad Luisa Suareza w starciu z Keylorem Navasem, w końcu wyrzucił z boiska CR7 uznając, że symulował w starciu z Umtitim. Piłkarze Realu opowiadali, że takiego sędziowania nie przeżyli nigdy w życiu. Ronaldo odepchnął arbitra po czerwonej kartce za co grozi mu dyskwalifikacja od 4 do 12 meczów.

Niewielki to problem wobec tych, które spadają na Barcelonę. Drużyna Valverde zagrała fatalnie, jeden Leo Messi nie był w stanie ocalić jej od porażki. Gospodarze przeżyli osobliwy wieczór, na trybunach Camp Nou była cała masa turystów, z których duża część wspierała Real. Skarżył się na to po meczu człowiek tak opanowany jak Andres Iniesta.

„Transfery natychmiast” - krzyczy dziś na pierwszej stronie kataloński „Sport”. Być może 222 mln euro za Neymara okaże się za mało. Barca odkupiła z ligi chińskiej 29-letniego Paulinho, byłego gracza ŁKS Łódź, defensywnego pomocnika reprezentacji Brazylii, który kosztował 40 mln euro. Oczekuje się na Philippe Coutinho i Ousmane Dembele - ich transfery pochłoną całą kwotę za Neymara. Liverpool i Borussia Dortmund wiedzą, że Barcelona jest na musiku i z pieniędzmi nie będzie się liczyła. Porażka z Realem powiększa desperację i frustrację w Katalonii.

CR7 zapamięta na zawsze niedzielny wieczór - po golu na 2:1 zachował się jak Messi w ostatnim ligowym klasyku na Santiago Bernabeu. Argentyńczyk zdobył zwycięską bramkę w 90. minucie, zdjął koszulkę i pokazał ją kibicom Realu. Te sam gest wykonał Ronaldo na Camp Nou. Równie dobrze uzasadniony. Wynik 3:1 to dla Realu wielkie zwycięstwo, a przecież mogło być 4:0, gdyby arbiter się nie mylił.

Formuła Superpucharu Hiszpanii daje Barcelonie natychmiastową okazję do rewanżu. Trofeum zapewne i tak zostanie na Santiago Bernabeu, w środę Leo Messi, Gerad Pique, Luis Suarez, Andres Iniesta i inni zagrają o coś ważniejszego. Trzeba przekonać siebie i kibiców, że życie po Neymarze jest możliwe. I że ta zasłużona drużyny wymaga rzeczywiście tylko dobrych wzmocnień, a nie głębokich zmian i budowy od podstaw. W ostatnich miesiącach, przyglądając się triumfalnemu marszowi Realu, Katalończycy pocieszali się tym, że byli górą w bezpośrednich meczach. Dziś nawet ten argument traci aktualność.

czwartek, 10 sierpnia 2017

W niedzielę na Camp Nou Katalończycy podejmują Real Madryt opromieniony wtorkowym zwycięstwem nad Manchesterem United w Superpucharze Europy. Czy do tej pory wyjaśni się jak wydadzą 222 mln euro zarobione na transferze Neymara do PSG?

Drużyna Zinedine’a Zidane’a, która przegrała niemal wszystkie letnie sparingi, we wtorek sięgnęła po Superpuchar Europy pokonując 2:1 Manchester United. Gdy przyszedł mecz o stawkę, piłkarze Realu natychmiast wrzucili wyższy bieg i wszystko wróciło do normy. Pojedynek z Anglikami w Skopie był ich dziewiątym kolejnym wygranym finałem. Królewscy dominują na kontynencie od czterech lat, podczas których przegrywali tylko pojedyncze mecze, najczęściej z Barceloną.

Zbliża się czas kolejnego klasyku. Mimo imponujących dokonań zespołu Zidane’a bukmacherzy oceniają, że faworytem dwumeczu o Superpuchar Hiszpanii są Katalończycy (na Camp Nou nie zagra Modric). Do gry w Realu wraca Cristiano Ronaldo, który w Skopie był na boisku zaledwie kilkanaście minut. Kolejny wielki mecz zagrał niedoceniany defensywny pomocnik Casemiro. Brazylijczyk zupełnie przyćmił Paula Pogbę sprowadzonego do Manchesteru przed rokiem za 105 mln euro (wtedy zabiegał o niego Real).

To pokazuje jakie ryzyko niosą wielkie transfery. Myślą o tym w Barcelonie, która ma do wydania 222 mln euro po odejściu Neymara do PSG. Prasę hiszpańską elektryzuje dziś spór ojca i agenta piłkarza z katalońskim klubem o 26 mln euro premii jaką obiecała Barcelona Neymarowi za przedłużenie kontraktu w ubiegłym roku.

„Będą transfery” - powiedział prezes Josep Maria Bartomeu kibicom Barcy załamanym stratą Brazylijczyka. Frustracja była tak duża, że w czasie poniedziałkowego meczu o Puchar Gampera z Chapecoense z trybun Camp Nou skandowano: „Neymar umrzyj”.

Odzyskany z Evertonu tego lata wychowanek Barcelony Gerard Deulofeu robił co mógł, by przedstawić swoją kandydaturę jako następcy Brazylijczyka. Zdobył gola, zaliczył dwie asysty, Barca wygrała gładko 5:0. Oczywiste jest jednak, że tak wielki klub chce gracza z topu o znacznie bardziej rozpoznawalnym nazwisku. Za takiego uchodzi rodak Neymara Philippe Coutinho z Liverpoolu oraz wschodząca gwiazda Borussii Dortmund Ousmane Dembele.

Kiedy ich kluby dowiedziały się, że Barca wyciąga ręce po obu graczy ceny poszybowały do granic 100 mln euro. Według niemieckich mediów Borussia żąda nawet za Dembele 150 mln. Wszyscy wiedzą, że Katalończycy są na musiku, mają pełną kasę i muszą kupować. A przecież Coutinho kosztował Liverpool w 2013 roku 11 mln euro, za to klub z Dortmundu zapłacił przed rokiem za Dembele 15 mln. Teraz oczekują za nich 10 razy więcej.

Nowy trener Barcy Ernesto Valverde chciał mieć zamkniętą i kompletną kadrę do 7 sierpnia. Okazało się to nierealne. Nie udało się nawet sprzedać zbędnego Turka Ardy Turana. Nierealny okazuje się nawet transfer stopera Inigo Martineza, bo Real Sociedad chce za niego od Katalończyków 32 mln euro.

W Hiszpanii przypomina się kilka kluczowych momentów w dziejach Barcelony, kiedy klub z Camp Nou tracił wielkie gwiazdy takie jak Diego Maradona (1984 rok), Brazylijczyk Ronaldo (1997), czy Luis Figo (2000). Odchodzili do Napoli, Interu i Realu zostawiając w kasie Barcy dziesiątki milionów. Klub wydawał je na innych graczy, zazwyczaj bardzo drogich, ale zupełnie przeciętnych. 17 lat temu, gdy Figo odszedł do Realu za 65 mln, Barca sprowadziła Marca Overmarsa za 40 mln, Gerarda Lopeza za 21,6 mln, Alfonso Pereza za 16,5 mln, Emmanuela Petita za 15 mln i Richarda Dutruela za 4 mln. Wydała prawie 97 mln, ale pożytek dla drużyny był marny.

Czy teraz Katalończycy będą ostrożniejsi w zakupach? Czego nauczyli się na własnych błędach? Przekonamy się wkrótce. Valverde zależy, by w niedzielę, gdy Barca podejmie Real w pierwszym meczu Superpucharu Hiszpanii, Coutinho siedział już na trybunach Camp Nou. To ma być demonstracja ku pokrzepieniu serc.

25-letni Coutinho chce oczywiście grać u boku Leo Messiego i Luisa Suareza, ale nie ma zamiaru narażać się Liverpoolowi i publicznie, na piśmie poprosić klub o transfer (w Anglii to powszechna praktyka).

Barcelona znalazła się w sytuacji trudnej. Przez wiele lat była najwyższym punktem odniesienia w światowym futbolu. Trener Frank Rijkaard odzyskał dla niej miejsce na szczycie, Pep Guardiola uczynił hegemonem. Luis Enrique zdobył potrójną koronę w debiutanckim sezonie (2015), ale gdy na ławce Realu pojawili się Carlo Ancelotti, a szczególnie Zidane, Królewscy zaczęli wygrywać wielki wyścig. I dziś to Barca musi gonić. Szczególnie w Lidze Mistrzów, gdzie w ostatnich czterech sezonach Real prowadzi aż 3:1. W ostatnich dwóch latach, kiedy Katalonię opuścił Xavi Hernandez, Barcelona odpadała już w ćwierćfinale najważniejszych rozgrywek patrząc z bólem jak trofeum wznoszą Królewscy. Valverde ma to zmienić. Misja jest niezwykła, wymaga jednak dobrych transferów.

wtorek, 08 sierpnia 2017

Cristiano Ronaldo poleciał do Skopje, ale jego udział w dzisiejszym meczu o Superpuchar Europy z Manchesterem United jest wątpliwy. Faworytem jest i tak Real Madryt.

Jose Mourinho nie chce słyszeć o rozliczeniach z przeszłością. Mówi tylko o tym, że dziś w stolicy Macedonii odbudowywany przez niego Manchester United dostaje okazję sprawdzenia się na tle najlepszej drużyny w Europie. Zaledwie dwa tygodnie temu w Kalifornii obie legendarne drużyny zremisowały ze sobą 1:1 w meczu towarzyskim w ramach International Champions Cup, po czym Anglicy byli lepsi w serii rzutów karnych dzięki hiszpańskiemu bramkarzowi Davidowi de Gei, o którego od dłuższego czasu zabiega Real Madryt.

Dziś bukmacherzy stawiają na „Królewskich” opromienionych zwycięstwami w ośmiu ostatnich finałach, w których grali. Od porażki z Atletico Madryt w finale Pucharu Króla 2013 roku. Wtedy trenerem Realu był Mourinho, ale jego czas na Santiago Bernabeu dobiegał końca. W trzy lata pracy w Madrycie (2010-2013) portugalski trener wywołał niespotykaną wręcz liczbę skandali. Szykowany do roli jego następcy Zinedine Zidane nie chciał w tym brać udziału. Portugalczyk żądał, by stała za nim jedna z legend klubu, ale Francuz usunął się w cień, gdy przekonał się jakimi metodami „Mou” chciał przerwać hegemonię Barcelony.

Dziś Real już pod wodzą Zidane’a patrzy z góry nie tylko na Katalończyków, ale na wszystkich rywali. Niedawno jako pierwszy obronił trofeum w Lidze Mistrzów. Francuski szkoleniowiec zdobył dwa Puchary Europy w czasie 18 miesięcy pracy, poza tym udało mu się przerwać dominację Barcy w lidze hiszpańskiej. „Królewscy” znów stali się w światowej piłce najważniejszym punktem odniesienia. Co nie znaczy, że nie mają problemów.

Dwa miesiące temu, tuż po zwycięstwie w finale Champions League z Juventusem gruchnęła wiadomość, że oskarżony o malwersacje podatkowe Ronaldo ma dość Hiszpanii. Portugalczyk był wtedy z kadrą na Pucharze Konfederacji i choć oficjalnie nie zabrał głosu w sprawie swojej przyszłości, media spekulowały, iż opuści Madryt. Każdy dzień wakacji łagodził frustracje gwiazdy, dwa dni temu CR7 wznowił treningi na Santiago Bernabeu i Zidane zabrał go do Skopje. Co nie znaczy, że dziś wystawi do gry. Przeciwnie. Tak jak przed rokiem 32-letni supersnajper ma powoli wchodzić w sezon, by nie zabrakło mu sił w maju. Tak było na finiszu ostatniej edycji Ligi Mistrzów. W ćwierćfinale Bayernowi wbił pięć bramek, w półfinale Atletico trzy i w finale Juventusowi dwa zdobywając tytuł króla strzelców.

Bez CR7 Real ma kłopoty w ataku. W czterech wakacyjnych sparingach zdobył pięć z MU, Manchesterem City, Barceloną oraz reprezentacją gwiazd amerykańskiej MLS. W ogniu krytyki stanął Gareth Bale, o którego wciąż stara się United. Dziś Walijczyk ma być motorem napędowym Realu.

Mourinho jest trzecim szkoleniowcem, który stara się podnieść Manchester United po odejściu Alexa Fergusona. Tego lata wydał 145 mln funtów na trzech graczy: napastnika Romelu Lukaku (75 mln), pomocnika Nemanję Matica (40 mln) i obrońcę Victora Lindelofa (30,7 mln). Z zespołu pozbył się Wayne’a Rooney’a.

Manchester United nie wygrał Superucharu Europy od 26 lat. Real ma szansę na trzeci triumf w ostatnich czterech latach. W 2014 i 2016 roku pokonał Sevillę. Dziś przeciwnik ma znacznie większą markę. Tyle, że drużyna z Manchesteru wciąż męczy się na boisku. W ostatnim sezonie zajęła szóste miejsce w Premier League z 24 pkt straty do Chelsea. Uratowała sezon triumfem w Lidze Europy, co teraz pozwoli jej wrócić do Ligi Mistrzów. Manchester to wciąż jednak klub, który póki co musi chwalić się wyłącznie swoją historią.

Mecz o Superpuchar Europy to szansa na pierwsze trofeum w nowym sezonie, w który obaj giganci chcą wejść z przytupem.

sobota, 29 lipca 2017

Miami ma zarobić na hiszpańskim klasyku 16 mln euro. Barcelona ściągnęła na swój trening 15 tys ludzi, Real nawet o pięć tysięcy więcej. Mecz o 2,00 w nocy z soboty na niedzielę.

65 tysięcy biletów na Hard Rock Stadium sprzedano już wiele miesięcy temu. Za wejściówki na treningi trzeba było zapłacić 20-30 dolarów. Nawet Amerykanie ulegli piłkarskiej pasji rozsiewanej po świecie przez wyścig Realu z Barceloną. Stawki nie ma tym razem żadnej, znaczy gra idzie o honor.

Niedługo Real i Barca zmierzą się w Superpucharze Hiszpanii. Przygrywką jest starcie w Miami, w ramach International Champions Cup, w którym Katalończycy dwa razy wygrali, a ich wielcy rywale ulegli gigantom z Manchesteru. Nie ma to wielkiego znaczenia dla Realu, który w ostatnich dwóch latach jest europejskim hegemonem. Gdyby wygrywał mecze towarzyskie przed sezonem, bez odpoczywającego Cristiano Ronaldo, można by się zacząć zastanawiać, czy ambicja nie rozsadzi od środka najlepszej drużyny na świecie.

Barcelona skazana została na pogoń. To dla niej nowość w ostatnim czasie. Od 2006 roku to ona wyznaczała trendy i standardy w światowej piłce. Ale Zinedine Zidane dokonał tego, co nie udało się nawet Pepowi Guardioli. Francuz jako trener umiał obronić tytuł w Lidze Mistrzów. Po dwa Puchary Europy sięgnął w zaledwie 18 miesięcy pracy. Na Hard Rock Stadium w Miami spotkają się triumfatorzy LM w ostatnich czterech sezonach. Magia ich szalonego wyścigu działa nawet za Oceanem.

Katalonia pochłonięta jest debatą nad przyszłością Neymara. Kibice wypowiadają się w rozmaitych ankietach, a to głosując, czy Brazylijczyk swoją postawą obraża klub, a może dobrze, gdyby jak najszybciej wyjechał do Paryża zostawiając w kasie 222 mln euro. Jeśli transfer do PSG dojdzie do skutku, poruszy lawinę. Barca będzie musiała wydrzeć Liverpoolowi Philippe Coutinho i Juventusowi Paulo Dybalę. Tak Anglicy, jak Włosi zażądają za swoje gwiazdy ponad 100 mln euro. Wiedzą, że Barca ma pieniądze i jest na musiku.

Andres Iniesta, na oficjalnej konferencji prasowej przed meczem z Realem w Miami powiedział, że nawet 300 mln euro nie zrekompensuje Barcelonie straty Neymara. - Niech on sam się wypowie - dodał jednak. A ponieważ Brazylijczyk myśli, wszyscy wyciągają jedyny wniosek: że niedzielny klasyk będzie ostatnim w jego karierze. Nagle pada argument, że Brazylijczyk chce wyjść z cienia Leo Messiego.

Neymar z pewnością jest pod napięciem. Na jednym z ostatnich treningów podczas amerykańskiego Tournee Barcy pobił się z nowym w klubie portugalskim obrońcą Nelsenem Semedą i wściekły poszedł do szatni. 

Do gry w Realu wraca Sergio Ramos, co gwarantuje, że pojedynek w Miami będzie miał swoją temperaturę. Prawdopodobnie nie zagra Toni Kroos, który uległ lekkiej kontuzji i ostatnio trenował indywidualnie. Po porażkach z Manchesterem United i Manchesterem City, prasa madrycka stara się obudzić Karima Benzemę, a przede wszystkim Garetha Bale’a. O transferze tego drugiego na Old Trafford plotkuje się od dawna. Wydaje się to niemożliwe. Tyle, że Bale gra ostatnio słabiutko. A przecież to on powinien mieć największy głód gry w Realu, stracił pół ostatniego sezonu przez kontuzje, a był to przecież najlepszy sezon „Królewskich” od 60 lat. Lansowany na następcę Ronaldo Walijczyk budzi mieszane uczucia u części kibiców, choć jeden z najbardziej fanatycznych blogerów dziennika „Marca” uspokaja, że w Kijowie Bale wzniesie 13. Puchar Europy dla Realu.

Z pewnością Barcelona zrobi wszystko by do tego nie dopuścić. Z Neymarem, lub bez. Ostatnie dwa lata są naznaczone porażkami Katalończyków w Lidze Mistrzów. W bezpośrednich meczach z Realem wypadają nieźle, za to w porównaniu trofeów słabo. To bolesny cierń w sercu ambicji Barcelony.

Nowy trener Ernesto Valverde emanuje spokojem. Ale w meczach swojej nowej drużyny, doczekał dotąd wyłącznie goli Neymara. Brazylijczyk trafił dwa razy do bramki Juve i raz do bramki United. Pokonał Gianluigiego Buffona i Davida de Geę. Największe strzelby Luis Suarez i Leo Messi milczą póki co. Ale ze zdobywaniem goli tego lata Real ma jeszcze większy problem.

Dlatego Madryt mówi o transferze Kyliana Mbappe. 180 mln euro to cena kosmiczna jak za nastolatka mającego za sobą świetne pół sezonu. Monaco wysoko ceni swoje gwiazdy. Sprzedało już pół mistrzowskiej drużyny, a są chętni na następnych. Zidane uspokaja jednak, że on kadrę ma kompletną i nikogo nie potrzebuje. Znając Florentino Pereza aż trudno uwierzyć, by nie szykował kibicom jakiejś niespodzianki. Będzie się jeszcze działo w tym oknie transferowym.

Póki co oba kolosy zderzą się w Miami. USA to drugi kraj na świecie, który będzie gospodarzem meczu Barcelona - Real. W 1982 roku oba kluby zmierzyły się w Wenezueli. Ale to nie był dla nich czas wzlotu. Teraz Europa leży u stóp Hiszpanów. Przeżywamy rodzaj futbolowej konkwisty, której kolejny epizod przeżyjemy już za kilka godzin.

Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac