blog Darka Wołowskiego
RSS
niedziela, 30 września 2018

Szef FIFA Gianni Infantino chce oczyszczać dżunglę rynku transferowego. Z pomocą algorytmu, który określałby rzetelnie wartość piłkarzy?

- Na pierwszy rzut oka widać, że z transferami dzieje się coś dziwnego. Coś tu jest nie tak, musimy postarać się, by piłkarski rynek stał się choć trochę bardziej przejrzysty - mówił Infantino kilka miesięcy po tym jak w lutym 2016 roku zastąpił Seppa Blattera na stanowisku szefa FIFA. Prestiż organizacji sięgnął dna. Afera korupcyjna zagrażała jej istnieniu. Infantino miał być człowiekiem odnowy, który oczyści FIFA z przekupnych działaczy i będzie walczył o normalność w futbolu.

Zawodowa piłka stała się biznesem spod ciemnej gwiazdy, a rynek transferowy miejscem działania gangów i szemranych agentów. Mniejsze i większe przestępstwa i przekręty ujawnia Football Leaks, wyciągając na światło dzienne rozmaite tajne klauzule w kontraktach piłkarzy, ich agentów i klubów. Na tym rynku nie ma żadnych reguł: ceny są umowne, tak jak wysokości prowizji menedżerów, prawników i pośredników. W książce „Brudna Piłka” dwóch dziennikarzy niemieckiego „Der Spiegel” opierając się o dane Football Leaks opisuje gangsterskie metody działania agentów, spekulację, oszustwa i pranie brudnych pieniędzy.

Jak z tym walczyć? Na pomysł wpadł georgaf i socjolog z wykształcenia doktor Raffaele Poli. Szwajcar tak jak Blatter i Infantino. W 2005 roku Poli ze swoimi współpracownikami powołali do życia CIES, czyli obserwatorium piłkarskie, międzynarodowego centrum studiów nad sportem. Siedzibę mają w szwajcarskim Neuchatel, dziś finansuje ich FIFA, UEFA, a także współpracujące z nimi kluby Chelsea, Benfica, czy Manchester City. Polli razem z dwoma innymi naukowcami monitorują światowy futbol, między innymi transfery, czyli rynek obracający kwotami przekraczającymi 6 miliardów euro na sezon.

Osiem lat temu opracowali matematyczny algorytm, który wycenia piłkarzy. Biorą pod uwagę około 30 czynników wpływających na cenę, na przykład wiek zawodnika, jego dokonania w każdym sezonie, klub, który kupuje. Oczywiste jest, że od wielkich i bogatych firm za zawodnika żąda się wyższych kwot. Przeanalizowali ponad 5 tys transferów w latach 2011-2018, swoją bazę danych aktualizują po każdym oknie transferowym.

Byli pewni, że na rynku dominują kwoty wzięte z sufitu. Ku ich zdumieniu okazało się, że wyniki, które otrzymali zbliżone są do realnych cen. Ich algorytm wycenił Cristiano Ronaldo na 103,5 mln euro. Tego lata Juventus zapłacił Realowi Madryt 100 mln. Kiedy przed rokiem Paris Saint Germain walczył o wykupienie Neymara z Barcelony, z kalkulacji algorytmem wyszło, że cena powinna wynieść 210 mln euro. Katarscy właściciele paryskiego klubu zapłacili 222 mln. Gorzej z młodymi graczami: na przykład cenę Brazylijczyka Viniciusa algorytm ustalił na 14 mln euro, Real Madryt zapłacił przed rokiem prawie 45 mln. Poli przyznaje, że w wypadku młodych graczy, algorytm wykazuje największe odchylenia od kwot rzeczywistych.

Co robić w takim przypadku jeśli klub płaci za piłkarza na przykład o 50 mln euro więcej niż wynosi cena racjonalna? Poli i jego współpracownicy zarekomendowali FIFA, żeby kupujący był obciążony podatkiem od nadwyżki, który zasiliłby fundusze przeznaczane na szkolenie młodzieży.

W 2013 roku CIES przedstawił swoje pomysły Blatterowi, ale ówczesny szef FIFA nie był zainteresowany. Przełom nastąpił, gdy Poli wystąpił jako konsultant w jednej ze spraw TAS (Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu) dotyczącej wysokości prowizji transferowych.

Infantino postępuje inaczej niż jego poprzednik. FIFA konsultowała się z Polim i CIES wielokrotnie przy opracowywaniu dokumentu „Reforma systemu transferowego 2018”. FIFA chce uporządkować także sferę wypożyczeń piłkarzy. Jakie to wszystko przyniesie efekty?

piątek, 28 września 2018

Barcelona poległa z ostatnią drużyną w tabeli Primera Division, a Real Madryt został rozbity przez Sevillę w 39 minut - takie rzeczy dzieją się w lidze hiszpańskiej rzadko. A może trzeba się przyzwyczaić?

Aby znaleźć mecz, w którym Królewscy przegrywali do przerwy 0:3, trzeba się cofnąć do legendarnego „Alcorconazo” - czyli klęski z trzecioligowcem w Pucharze Króla w 2009 roku, gdy między słupkami bramki Realu stał jeszcze Jerzy Dudek. Wtedy grali głównie rezerwowi, w środę wieczorem w szóstej kolejce ligi hiszpańskiej trener Julen Lopetegui rzucił do walki najlepszych. Co tak rozstroiło graczy najlepszej drużyny świata? Gdy piłkarze Realu wychodzili na murawę stadionu Ramon Sanchez Pizjuan wiedzieli, że lider z Barcelony poległ z ostatnim w tabeli Leganes 1:2. Obrońca tytułu prowadził po golu Philippe Coutinho, ale gospodarze, którzy do środy uciułali zaledwie jeden punkt, w minutę zdobyli dwie bramki.

W dwóch ostatnich kolejkach ligowych Barcelona straciła aż 5 pkt. Dla piłkarzy Realu to wielka wiadomość, przecież ich głównym celem w tym sezonie, jest odebranie Katalończykom mistrzostwa Hiszpanii.

Królewski klub rozpoczął właśnie nową erę. Musi poradzić sobie bez Cristiano Ronaldo, który w 9 lat zdobył dla niego 450 goli. I to on najczęściej bywał katem Sevilli.

Zaledwie tydzień temu na inaugurację Ligi Mistrzów Real rozbił Romę 3:0. Zagrał imponująco, eksperci zauważyli, że bez CR7, gra drużyny jest bardziej efektowna, płynna i kombinacyjna. - Ja czuję się na boisku lepiej, jestem bardziej zrelaksowany. A jako całość gramy bardziej zespołowo - powiedział Gareth Bale. Zwrócono też uwagę, że tak Walijczyk jak Karim Benzema biorą teraz na siebie większą odpowiedzialność za zdobywanie bramek i wyniki.

- Przyjdą jednak takie chwile, gdy Królewscy zatęsknią za Portugalczykiem - przewidywał Jorge Valdano. I tak było w Sewilli, gdzie po 39 minutach, drużyna z Madrytu przegrywała 0:3. I była kompletnie rozbita. Dziennik „Marca” postawił tezę, że zespół Lopeteguiego nie radzi sobie w starciach z wielkimi rywalami, przecież na inaugurację sezonu przegrał z Atletico w Superpucharze Europy. I z tym samym Atletico w sobotę zagra najbliższy mecz ligowy. Kolejna porażka pachniałaby już małą katastrofą.

A przecież kilka dni temu prezes Florentino Perez przekonywał socios Realu, że nie warto się szarpać na wielkie transfery. Choć od dwóch lat Real głównie sprzedaje piłkarzy i tak na ławce wciąż siadają takie gwiazdy jak reprezentanci Hiszpanii Isco, Marco Asensio, czy Lucas Vazquez. Faktycznie niewielu piłkarzy mogłoby wzmocnić Królewskich, a ci którzy by mogli jak Neymar, czy Eden Hazard kosztowaliby koło 300 mln. Prezes przekonał akcjonariuszy i kibiców klubu, by podjęli decyzję o zaciągnięciu kredytu 575 mln euro na gruntowną przebudowę stadionu. Nowy Santiago Bernabeu miałby generować rocznie dochody większe o 125 mln euro i to według prezesa Realu jest bardziej pilną potrzebą niż nowi gracze.

Oczywiście, gdyby ten sezon, pierwszy bez Ronaldo, nie okazał się dla klubu z Madrytu sukcesem, optyka dotycząca transferów natychmiast zmieni się o 180 stopni.

Przypadek Barcelony pokazuje jednak, że kupowanie nowych piłkarzy też nie jest szybkim i łatwym rozwiązaniem. W ostatnich dwóch latach Katalończycy wydali na transfery 400 mln euro. Połowę sfinansował Neymar, który za 222 mln przeprowadził się do PSG, część graczy odsprzedano, nawet z zyskiem (Paulinho, czy Yerry Mina). Ale w czasie gdy Real sprzedawał, Barca kupowała i efekty nie są olśniewające. Królewscy seryjnie wygrywali Ligę Mistrzów (cztery razy w ostatnich pięciu latach), Katalończycy dominowali w Hiszpanii (siedem razy w minionej dekadzie). Przed startem tego sezonu nowy kapitan Barcy Leo Messi publicznie obiecał, że drużyna zrobi co można by odzyskać Puchar Europy. Czy hiszpańskie kolosy zamienią się miejscami? Syty w Europie Real sięgnie po mistrzostwo Hiszpanii, a nasycona w Primera Division Barca po triumf w Champions League? Póki co jedni i drudzy mają masę kłopotów. Droga do celu mglista i daleka.

wtorek, 25 września 2018

Luka Modric wygrał, ale przede wszystkim przełamał rodzaj piłkarskiego tabu. Nagroda FIFA „The Best” dla Chorwata kończy dekadę dominacji Cristiano Ronaldo i Leo Messiego.

Z Polski dostali zaledwie punkt. Kapitan drużyny narodowej Robert Lewandowski głosował na Modrica, Raphaela Varane’a i Kyliana Mbappe. Selekcjoner Jerzy Brzęczek na Antoine’a Griezmanna, Modrica i Edena Hazarda. I tylko dziennikarz Michał Pol umieścił CR7 na trzecim miejscu (za Modricen i Griezmannem).

Niby wszyscy się tego spodziewali. A jednak mieli w pamięci 2010 rok, kiedy po mundialu w RPA, którego bohaterami byli Hiszpanie, kapitanowie i selekcjonerzy oddali Złotą Piłkę w ręce Messiego. Argentyńczyk nie zdziałał w tamtym roku absolutnie nic. W Lidze Mistrzów Barcelona odpadła w półfinale, w boju o strefę medalową afrykańskich mistrzostw świata Argentyna poległa z Niemcami 0:4. Messi nie zdobył gola w całym turnieju.

Faworytami do zdobycia Złotej Piłki byli Andres Iniesta, strzelec zwycięskiego gola w finale mundialu oraz Holender Wesley Sneijder, który sięgnął po tytuł wicemistrzowski, a wcześniej wygrał z Interem Ligę Mistrzów. Ale na Holendra głosowali przede wszystkim dziennikarze. I wylądował dopiero na czwartym miejscu. Iniesta był drugi.

To był pierwszy rok, gdy plebiscyty FIFA i France Football się połączyły. Przez pięć lat przyznawały nagrodę razem, dwa lata temu doszło jednak do rozwodu. Modric zdobył w poniedziałek nagrodę FIFA „The Best”, francuski magazyn wyniki Złotej Piłki za 2018 rok dopiero ogłosi. Ale i w nim akcje Chorwata stoją najwyżej.

Wyniki plebiscytu FIFA to wielki przełom w myśleniu środowiska piłkarskiego. Wydawało się, że kapitanowie i selekcjonerzy oddają głosy na Ronaldo i Messiego mechanicznie i rutynowo. Tym razem przełamali rodzaj tabu. W plebiscycie „The Best” Modric wyprzedził Ronaldo zdecydowanie. Uzyskał 29,05 procent głosów, Portugalczyk 19,08, a trzeci finalista Mohammed Salah 11,23. Tym samym po dekadzie dokonał się przełom. Od 2008 roku plebiscyt na najlepszego gracza wygrywali CR7, lub Messi. Każdy pięciokrotnie. Takiej dominacji nie było nigdy przedtem.

Wyścig Portugalczyka z Argentyńczykiem był pasjonujący. W 2012 roku Messi prowadził już 4:1. Ronaldo płakał jak dziecko, gdy odbierał nagrodę 12 miesięcy później. Opowiadał, że dzień, gdy wręczana jest Złota Piłka ma zaznaczony w kalendarzu na czerwono. Mówił, że wstaje rano podniecony, zemocjonowany, jakby miało wydarzyć się coś kluczowego w jego życiu.

Jak bardzo zmienił się przez ostatnie lata? W poniedziałek na gali FIFA w ogóle się nie pojawił. Nie było także Messiego, który nie znalazł się w trójce finalistów. Wywołało to duże poruszenie. Włoski trener Fabio Capello stwierdził, że dwaj wielcy piłkarze powinni pokazać, że potrafią wygrywać, ale i przegrywać. To samo sądzi jego legendarny rodak Paolo Maldini. Na gali padły nawet słowa, że dwaj giganci niszczą futbol.

Obaj wzięli udział w głosowaniu jako kapitanowie reprezentacji Argentyny i Portugalii. Messi przyznał 5 pkt Modricowi, trzy Mbappe i jeden Ronaldo. CR7 głosował na Varane’a, Modrica i Griezmanna.

Zwycięzca wywołał łzy Zvonimira Bobana, kapitana Chorwatów z 1998 roku kiedy sięgnęli po brąz mundialu we Francji. - Oni byli naszym natchnieniem, pokazali, że nasz kraj może walczyć z najlepszymi. W Rosji wierzyliśmy w sukces właśnie dzięki nim. Oby nasz sukces natchnął kolejne pokolenia - powiedział Modric.

Na najlepszego trenera roku wybrano Didiera Deschampsa, który w Rosji poprowadził Francję do tytułu mistrza świata. Wyprzedził Zinedine’a Zidane’a triumfatora Ligi Mistrzów z Realem Madryt. Najlepszą piłkarką roku została Brazylijka Marta, dla której to wielki powrót. Ona wygrywała plebiscyt w latach 2006-2010, a teraz po długiej przerwie, w wieku 32 lat wraca na tron. Za najpiękniejszą bramkę roku uznano rajd i strzał Salaha w meczu Liverpool - Everton. Wyprzedził bramkę CR7 z meczu Ligi Mistrzów Juventus - Real Madryt i gola Garetha Bale’a z finału Champions League Real - Liverpool.

czwartek, 20 września 2018

Trzy wspaniałe gole i aż 11 strzałów celnych - obrońca trofeum w Lidze Mistrzów zachwycił bez Cristiano Ronaldo, który w meczu Juventusu wyleciał z boiska.

„Drogo zapłacą nam za te łzy” - napisała na Instagramie siostra Cristiano Ronaldo. Dodała, że chcą zniszczyć jej brata, ale on na to nie pozwoli. Eksplozja emocji po czerwonej kartce dla Portugalczyka dotknęła nie tylko jego rodzinę. Wiceprezes Juventusu Pavel Nedved opuścił w przerwie loże VIP-ów, by zakomunikować niemieckiemu sędziemu Felixowi Brychowi, że się grubo pomylił.

W 29. min Ronaldo i kolumbijski stoper Valencii Jeison Murillo starli się o piłkę, ten drugi padł na murawę, sędzia gwizdnął. Ronaldo rzucił kilka słów o symulowaniu, po czym dotknął głowy leżącego rywala. Brych skonsultował się z jednym z asystentów i wyciągnął czerwoną kartkę. Jakby uznał, że Portugalczyk chciał, lub wręcz pociągnął za włosy Kolumbijczyka.

To jedenasta czerwona kartka w karierze Ronaldo, ale dopiero pierwsza w jego 158. występie w Lidze Mistrzów. Wielu obserwatorów uważa, że decyzja sędziego była pochopna, że starczyłaby kartka żółta. Niewątpliwie skala rozgłosu jakiego nabrała sprawa, związana jest z medialnością piłkarza.

CR7 opuszczał murawę płacząc. Na otarcie łez pozostaje fakt, że w dziesiątkę Juventus zafundował sobie w Walencji demonstrację siły. Grając w osłabieniu wygrał 2:0 z czwartą drużyną ligi hiszpańskiej. Brych podyktował dla gości dwie jedenastki, które wykorzystał Bośniak Miralem Pjanic. Wojciech Szczęsny obronił karnego w 96. minucie. Mimo wszystko klub z Turynu domaga się kary dla niemieckiego arbitra.

Debiut Ronaldo w LM z Juventusem był traumatyczny. W tym samym czasie Real rozpoczął nową erę w swojej historii od okazałego triumfu nad Romą. Zespół z Rzymu to pogromca Barcelony z ćwierćfinału poprzedniej edycji, na Santiago Bernabeu nie miał jednak nawet cienia szans. Dostaliśmy pierwszą odpowiedź na pytanie jak będzie wyglądała królewska drużyna bez Ronaldo, który w 9 lat zdobył dla niej 450 goli. Mówił o tym kapitan Sergio Ramos, że przy całej wielkości i niezliczonych zaletach, Portugalczyk zmuszał Real do częstszej gry z kontrataku. By wykorzystać jego szybkość. Dziś wszyscy gracze ofensywni zespołu mają trochę inne zadania. Karim Benzema i Gareth Bale biorą na siebie odpowiedzialność za zdobywanie bramek. W 6 meczach tego sezonu Francuz strzelił 5 goli, Walijczyk 4. Znacznie więcej grają młodzi reprezentanci Hiszpanii Isco i Asensio. Ten pierwszy wbił Romie wspaniałą pierwszą bramkę z rzutu wolnego. Gdyby Ronaldo nadal grał w Realu, nie dopuściłby Isco do piłki.

Akcję meczu wykonał Asensio, który po cudownym przyjęciu piłki z obrotem przegrał pojedynek sam na sam z bramkarzem Romy. Ale fani Królewskich i tak byli wniebowzięci.

Leo Messi mówił, że bez Ronaldo Real wciąż jest wielki, a jednak słabszy. Z Romą się to nie potwierdziło. Zachwycił grą dynamiczną, kombinacyjną, to (bez Ronaldo) wciąż wielka drużyna. A 33-letni Luka Modric jest obecnie najlepszym pomocnikiem na świecie. Rzecz jasna wszelkie podsumowania, staną się prawomocne dopiero po zakończeniu sezonu. Mając Isco, Asensio i odkupując z Lyonu Mariano (wczoraj wspaniały gol), można zrozumieć dlaczego prezes Florentino Perez nie ruszył na wielkie zakupy po stracie CR7. Po prostu niewielu jest graczy, którzy mogliby wzmocnić Real, a ci którzy by mogli, kosztowaliby rekordowe kwoty. Kandydatem numer 1 jest Neymar, on zaczął Ligę Mistrzów od porażki na Anfield Road. PSG było gorsze od Liverpoolu, a Brazylijczyk jednym z najsłabszych na boisku. Czy warto zapłacić za niego 300 mln euro?

Od lat w Realu mówiło się o hiszpanizacji drużyny, dziś staje się ona faktem. Wśród 14 graczy Królewskich, którzy zagrali z Romą, sześciu to Hiszpanie. Reprezentacja kraju wreszcie przestała być barcelońska. W finale mundialu 2010 wystąpiło sześciu piłkarzy Barcy, a siódmy wszedł z ławki. Jeszcze podczas mistrzostw w Rosji, gdy Hiszpania odpadała z gospodarzami, w jej składzie było czterech graczy z Katalonii i pięciu z Realu. W ostatnim spotkaniu Ligi Narodów La Roja rozbiła chorwackich wicemistrzów świata 6:0, a w jej podstawowej jedenastce zagrało sześciu zawodników Królewskich, w tym rezerwowi w Realu obrońca Nacho i pomocnik Dani Ceballos. Ten ostatni przyćmił Modrica. W meczu z Romą zmienił Chorwata w 85. min.

Póki co bieda drużynie z Santiago Bernabeu w oczy nie zagląda. Wciąż nawet na ławce siedzą gracze wybitni, lub co najmniej dobrzy. Inna rzecz, że Królewscy zaczęli sezon od porażki w Superpucharze Europy z Atletico, a ostatnio stracili punkty w lidze remisując z Athletic w Bilbao. Stało się to w czasie, gdy Ronaldo zdobył swoje pierwsze gole dla Juventusu.

Tak, czy owak, może się okazać, że najgłośniejszy piłkarski rozwód ostatniej dekady, posłuży obu stronom. Finał Ligi Mistrzów Juventus - Real? Po pierwszych meczach tej edycji, nie wydaje się to wykluczone. Tyle, że Królewscy są w tych rozgrywkach nasyceni, wszystkie siły mają rzucić w lidze, by odebrać Barcelonie tytuł mistrza Hiszpanii.

Mimo wszystko to jednak walka o Puchar Europy wyniosła Real ponad poziomy. Nowy trener Julen Lopetegui chciałby choć w jakimś stopniu dorównać Zinedine'owi Zidane'owi. Jest świadomy, że bez sukcesu w Lidze Mistrzów nie ma na to szans. Mistrzostwo kraju to jednak sukces lokalny.

środa, 19 września 2018

Trzy miesiące po tym jak ostro skrytykował wybór Meksyku na jednego z gospodarzy piłkarskich mistrzostw świata w 2026 roku, Diego Armando Maradona został tam trenerem drużyny drugoligowej.

Jaki kierunek wskazuje dziś „ręka Boga”? Przecież zaledwie w maju podjęła się wykierowania Dynama Brześć na szersze wody. Prezentacja Diego Maradony jako prezesa klubu z Białorusi odbyła się w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, gdzie boski Argentyńczyk publicznie ucałował koszulkę zespołu z Brześcia i z głębi serca podziękował jego szefom za zaufanie. - Dzięki temu będę mógł kontynuować pracę - powiedział. I dodał: - Będę pełnił w Dynamie funkcję prezesa i dyrektora technicznego.

Prezentacja w ZEA? Tak, bo tam pod koniec kwietnia Maradona stracił poprzednią posadę. Już z planami związanymi z podbojem Białorusi, Diego pojawił się na mundialu w Rosji. Tam odstawiał swoisty show w loży honorowej na meczach Argentyny. Wykonał obraźliwe gesty w stronę kibiców Nigerii podczas ostatniego spotkania grupowego, gdy Albicelestes wbili gola na 2:1. Wylądował w klinice, bo zasłabł z emocji na trybunach, ale po interwencji lekarzy wrócił na stadion. A do kibiców zamartwiających się o stan jego zdrowia powiedział: „Spokojnie. Diego zostanie tu z wami jeszcze jakiś czas”. Potem FIFA chciała zakazać mu wstępu na rosyjskie stadiony, gdy stwierdził, że Kolumbia została okradziona przez sędziego meczu 1/8 finału z Anglią. Po namyśle Maradona przeprosił jednak za te słowa.

Diego często mówi o sobie w trzeciej osobie. Jakby w jego ciało zamieszkiwał nie tylko były wielki piłkarz, ale jeszcze inna, wyższa istota. Ma swój kościół w Argentynie liczący kilkadziesiąt tysięcy wyznawców. 30 października w urodziny piłkarza spotykają się, by wypowiadać wspólnie słowa czegoś w rodzaju modlitwy: „Nasz Diego, któryś jest skarbem Ziemi, niech będzie poświęcona twa lewa noga, niech będą pamiętane twoje gole”.

Członkowie ruchu gromadzą się też przed symbolicznymi ołtarzami z fotografiami Maradony, koszulkami z nr 10, proporczykami z jego autografami. Nowi członkowie kościoła przechodzą „chrzest”, odtwarzając gola strzelonego przez Maradonę ręką w ćwierćfinałach mistrzostw świata 1986 roku przeciw Anglii, którego sam piłkarz nazwał „ręka Boga”.

Zachowanie Maradony i wszystko co go otacza znakomicie wpisuje się w ten swoisty teatr absurdu. Kiedy 16 lipca przybył na Białoruś, natychmiast obwołano go tam królem. Na lotnisku czekał czerwony dywan i zespół grający hymn. Od szefów Dymama gość z Argentyny dostał pierścień z brylantami i pojazd terenowy Hunta, w którym wyglądał jak wódz naczelny podczas defilady lub przeglądu wojsk.

Diego obejrzał mecz Dynama z Szachciorem Salihorsk, a kibice przyjęli go owacją. Plotkowano, że by zatrudnić słynnego Argentyńczyka w 350-tysięcznym mieście położonym o 10 km od granicy z Polską, szefowie Dynama musieli mieć pozwolenie samego prezydenta Aleksandra Łukaszenki.

Maradona podpisał kontrakt na trzy lata, miał się zająć promocją klubu i całego futbolu białoruskiego, pozyskiwaniem sponsorów, udziałem w negocjacjach transferowych, a nawet rozwojem futbolu młodzieżowego. Szukano dla niego rezydencji, jego prawnik ogłosił, że w Brześciu Diego poczuł się jak w domu...

Więcej na Białorusi się jednak nie pojawił. Aż nagle na początku września podpisał kontrakt z meksykańskim klubem Dorados de Sinaloa, występującym w II lidze. I został tam trenerem. Stało się to niedługo po deklaracji Maradony, że Meksyk, USA i Kanada nie nadają się do organizacji mistrzostw świata w 2026 roku, bo „żaden z tych krajów nie pasjonuje się piłką nożną”. W Meksyku wywołał oburzenie. 120-milionywy kraj kocha piłkę na zabój. Mundiale organizował już dwa razy w 1970 i 1986 roku. Podczas tego drugiego na Stadionie Azteków Maradona wzniósł Puchar Świata zostając ikoną futbolu. Zapomniał?

Diego szybko wytłumaczył się ze związków z Białorusią. Ogłosił, że miał być w Dynamie tylko prezesem honorowym i że nie mógł się dogadać z szefami co właściwie miał robić. Pracę w Meksyku traktuje „bardzo poważnie”. Przed swoim trenerskim debiutem z wyjątkowo mocnym rywalem Cafetaleros z Tapachuli zwołał swoich piłkarzy i powiedział: - U mnie nikt z was nie ma miejsca za darmo. Od dziś o każdą piłkę będziecie walczyć jak o życie. Idźcie na murawę i grajcie z głową.

Zagrali. Zwyciężyli aż 4:1 co dało im awans na 10. miejsce w tabeli. Maradona znów szalał z radości. Znów jest górą.

wtorek, 18 września 2018

Królewski klub przystępuje do obrony trofeum w Lidze Mistrzów bez największej legendy rozgrywek. Co nie znaczy, że wyścig Cristiano Ronaldo z Leo Messim dobiegł końca.

- Rozpaczał jak dziecko, które właśnie straciło matkę. Był zupełnie sam, usiadłem obok i przez chwilę płakaliśmy razem - specjalista od przygotowania fizycznego reprezentacji Argentyny opowiada jak Messi przeżywa porażki. Ukojenie znajdował w klubie, pierwszy raz Ligę Mistrzów z Barceloną wygrał jako 18-latek. Finał z Arsenalem opuścił z powodu kontuzji, ale po zwycięstwie jego wielki idol Ronaldinho zaciągnął go na murawę, by wziął udział w dekoracji. Wydawało się, że te rozgrywki są dla Messiego stworzone. W 2009 roku w finale z Manchesterem United przyćmił Cristiano Ronaldo. Odebrał mu Złotą Piłkę, a w czterech następnych sezonach był królem strzelców Ligi Mistrzów. Gdy wydawało się, że historię będzie pisał samotnie, nastąpił wielki kontratak Portugalczyka.

Od sezonu 2012-2013 nigdy się nie zdarzyło, by ktoś strzelił więcej bramek w Champions League niż CR7. 82 gole w sześciu ostatnich edycjach LM to wynik kosmiczny, bez którego czterech triumfów Realu Madryt by nie było. Biografowie Ronaldo podkreślali, że wyścig z Messim stał się jego obsesją. Miliony kibiców śledziły pojedynek geniusza z chorobliwie ambitnym pracusiem, w którym ten starszy i skromniej obdarowany przez naturę coraz częściej występował w roli zwycięzcy.

Dziewięć lat temu Real wydał na niego 96 mln euro, by gonić Barcelonę. Dziś to Królewscy po hat-tricku w Lidze Mistrzów są punktem odniesienia w europejskiej piłce.

Jak unikalna jest pozycja Ronaldo pokazał jego transfer do Włoch. Rozsądnie gospodarujący Juventus zapłacił 105 mln euro za piłkarza, który w lutym skończy 34 lata. Szefowie hegemona Serie A wierzą, że Portugalczyk zarazi szatnię pewnością siebie. Juventus docierał do finału Pucharu Europy aż siedmiokrotnie i tylko dwa razy wygrał. Ronaldo wznosił trofeum pięć razy i tylko raz, prawie dekadę temu uznał wyższość Messiego.

Dziś role się odwróciły. To Argentyńczyk musi gonić Portugalczyka. Obaj wracają do Ligi Mistrzów po bolesnej porażce na rosyjskim mundialu. Niedawno na Camp Nou 31-letni Messi został zaprezentowany jako nowy kapitan Barcelony. Obiecał tysiącom kibiców, że odzyska tytuł najlepszej drużyny Europy. Sytuacja polityczna w regionie jest napięta, a głód sukcesu wyjątkowy. W ostatnich trzech sezonach, gdy Barcelona żegnała Ligę Mistrzów w ćwierćfinale, triumfy Realu potęgowały poczucie klęski w Katalonii.

- Real wciąż jest dobry, ale bez Ronaldo jednak trochę mniej - ocenił niedawno Messi. Choć Argentyńczyk i Portugalczyk są od dekady hegemonami Champions League, a Real i Barca zgarnęły wszystkie trofea w ostatnim pięcioleciu, trudno redukować rozpoczynającą się dziś edycję rozgrywek do ich wewnętrznego wyścigu. Przeciwnie. Liga Mistrzów dawno nie miała aż tylu faworytów. Aspiracje hiszpańskie wzmacnia Atletico, zbudowane wygraną batalią z Barceloną o Antoine’a Griezmanna. Tego lata Francuz był o krok od przeprowadzki na Camp Nou, tuż przed mundialem w Rosji ogłosił, że zostaje, by cztery tygodnie później wznieść Puchar Świata.

Atletico kieruje żądza rewanżu podobna do Juventusu. Grało w finale Ligi Mistrzów trzy razy i zawsze przegrało w dramatycznych okolicznościach (powtórzony mecz z Bayernem w 1974, dogrywka z Realem w 2014 i karne z Realem w 2016). A przecież finał 2019 odbędzie się na Wanda Metropolitano w Madrycie. Najlepsze miejsce, by rozliczyć się z bolesną historią.

Nie mniej argumentów ma Paris Saint Germain, gigant budowany za katarskie petrodolary nasycił się dominacją we Francji i chce zdobyć Europę. Ma najdroższy atak w historii piłki: Mbappe-Cavani-Neymar kosztowali 462 mln euro. 19-letni Francuz podbił właśnie świat na turnieju w Rosji, od czasu Pelego żaden nastolatek nie zdziałał tyle w mistrzostwach świata. O ile Juventus i Atletico to drużyny z charakterem, to PSG zawsze go brakowało. Gwiazdy Paryża najczęściej pogrążone były w wojnach wewnętrznych. Czy 40-letni Gianluigi Buffon pomoże zaprowadzić porządek w rozkapryszonej szatni? Włoch grał w finale Champions League trzy razy, bez powodzenia. Ostatni dzwonek by spełnić marzenia. Jego miejsce w bramce Juventusu zajął Wojciech Szczęsny.

W XXI stuleciu kluby najbogatszej ligi świata zaledwie trzy razy zdobywały Puchar Europy: Liverpool (2005), Manchester United (2008) i Chelsea (2012). Cztery miesiące temu Liverpool przegrał finał z Realem po kuriozalnych błędach bramkarza Lorisa Kariusa, latem wydał aż 72,5 mln euro na Brazylijczyka Alissona.

Pep Guardiola ma przełamać kompleksy Manchesteru City, a Jose Mourinho uratować posadę i podupadły prestiż w United. Jeśli nie, to jego następcą może być Zinedine Zidane opromieniony trzema triumfami w LM z Realem. Wszystkie te kluby mają graczy mogących myśleć o rywalizacji z Ronaldo i Messim. Zanosiło się kiedyś, że wyłomu dokona Robert Lewandowski, ale w Bayernie Polak nie dotarł nawet do finału LM. A pozycja Bawarczyków w Europie jest z roku na rok słabsza.

czwartek, 13 września 2018

Niespełna dwa miesiące po bezprecedensowym sukcesie na mundialu w Rosji wicemistrzowie świata Chorwaci doznali najwyższej porażki w swojej historii. 0:6 z budowaną od nowa kadrą Hiszpanii.

Dla Luki Modrica to był cios bolesny. Kiedy sędzia gwizdnął ostatni raz, kapitan Chorwatów zakrył zmęczoną twarz koszulką i jak napisały hiszpańskie media, „brakowało tylko, żeby się rozpłakał”. Gwiazdor Realu Madryt jest w Hiszpanii wielbiony. Tak on jak Ivan Rakitic z Barcelony dają co tydzień w Primera Division dowody piłkarskiego geniuszu Chorwatów. Na mundialu w Rosji obaj poprowadzili drużynę narodową do srebrnego medalu. Imponujący klasą, elegancją i sercem do walki Modric został wygrany na gracza mistrzostw, niedawno w plebiscycie UEFA na piłkarza sezonu, wyprzedził Cristiano Ronaldo. - To największy geniusz jakiego kiedykolwiek wydał nasz kraj - mówi o nim Rakitic.

Kiedy w Rosji Chorwaci olśniewali świat, Hiszpanie lizali rany po dotkliwej porażce. W meczu 1/8 finału z gospodarzami wymienili ponad tysiąc bezproduktywnych podań i w żenującym stylu pożegnali się z mistrzostwami. To był ostatni mecz dla La Roja Andresa Iniesty, Davida Silvy i Gerarda Pique, hiszpańskich ikon złotej dekady.

Tymczasowego trenera Fernando Hierro zastąpił były szkoleniowiec Barcelony Luis Enrique, który zanim odbył pierwszy trening z drużyną narodową musiał się tłumaczyć z antymadridismo, czyli niechęci do Realu Madryt.

Dziś brzmi to jak kiepski żart, we wtorek przeciw Chorwatom wystawił sześciu graczy Królewskich do podstawowego składu. I tylko jednego piłkarza Barcelony, niezłomnego Sergi Busquetsa, lidera środka pomocy.

Chorwacja przybyła do Hiszpanii na mecz Ligi Narodów bez kilku wicemistrzów świata. Napastnik Juve Mario Mandżukic pożegnał się z kadrą po mundialu. Ale zespołu Zlatko Dalica Hiszpanie i tak bali się znacznie bardziej, niż pokonanych trzy dni wcześniej na Wembley Anglików - czwartej drużyny rosyjskich mistrzostw. Wystarczą nazwiska Modrica i Rakitica, by poruszyć półwysep Iberyjski.

Misja Luisa Enrique jest jasna. Ma uprościć grę Hiszpanii. Tiki taka ma się wyzbyć bezproduktywnego posiadania piłki, nie posuwających akcji podań w poprzek boiska w stylu „ja do ciebie, ty do mnie”. La Roja ma grać bezpośrednio, oddawać jak najwięcej strzałów, nie wstydzić się długich, prostopadłych piłek do napastników. I tak próbuje grać. Na Wembley w sobotę drużyna Luisa Enrique pobiła Anglików (2:1). To był wymarzony debiut nowego selekcjonera, ale to co się stało we wtorek przeszło najśmielsze marzenia.

Jest takie zdjęcie zrobione po meczu z Chorwacją jak nowy trener Hiszpanów podaje rękę Zlatko Dalicowi z taką miną jakby chciał go z całego serca przeprosić za te sześć goli.

Festiwal rozpoczął Saul Niguez, wschodząca gwiazda nowej La Roja (na Wembley dał Hiszpanom gola na 1:1). Po długim przerzucie i centrze od bocznego obrońcy Daniego Carvajala, Saul uderzył piłkę głową. I Chorwacja przegrywała 0:1. - Czy Saul ma jakieś wady - zapytano Carvajala. - Widzę jedną ogromną. Jest piłkarzem Atletico - odpowiedział obrońca Realu.

Bohaterem starcia z Chorwatami był jednak piłkarz Królewskich Marco Asensio. Na Webley rezerwowy, we wtorek wszedł na boisko w podstawowej jedenastce. Zdobył dwa wspaniałe gole i zaliczył trzy asysty. Czegoś takiego w meczu kadry nie dokonał wcześniej żaden hiszpański piłkarz. Asensio ma 22 lata. Od trzech lat Hiszpanie sławią jego wielki talent, ale przez ten czas piłkarz nie wywalczył miejsca w podstawowym składzie Realu Madryt. Dopiero teraz, gdy Królewscy sprzedali Cristiano Ronaldo, jest miejsce dla niego obok Karima Benzemy i Garetha Bale’a.

Najcudowniejszego gola zdobył we wtorek Isco. Inny zdolniacha z Realu, który w klubie rozpaczliwie walczy o miejsce w jedenastce. Przyjął piłkę w chorwackim polu karnym tak, że ośmieszył stoperów wicemistrza świata, by uderzyć w okienko bramki. To był szósty gwóźdź do trumny Chorwatów.

Hiszpania Luisa Enrique już gra inaczej, choć w starciu z Chorwatami była przy piłce ponad 70 proc czasu. Oddała jednak aż 14 strzałów, z tego połowę celnych. - Naprawdę wystawiłem aż sześciu graczy Realu w podstawowym składzie? - dziwił się nowy selekcjoner. - Nawet nie wiedziałem i nic mnie to nie obchodzi - dodał.

Hiszpańskie media pękają z radości i dumy, choć takie mecze zdarzały się już ich drużynie narodowej. Przed mundialem La Roja pokonała Argentynę 6:1 i nic z tego potem w Rosji nie wyniknęło. Co wyniknie tym razem...

Modric? Być może na koniec roku otrzyma Złotą Piłkę przerywając dekadę hegemonii Cristiano Ronaldo i Leo Messiego.

środa, 12 września 2018

Piłka to taki okrągły, krnąbrny, wredny, nieposłuszny przedmiot, który w zetknięciu z gnuśną, ciężką, źle wyważoną nogą polskiego piłkarza żyje własnym życiem.

Nie, to staje się nie do zniesienia. Coś ty robił wczoraj we Wrocławiu polski piłkarzu, który miałeś rehabilitować się w oczach kibica za rosyjskim mundial? Przecież to takie proste: zagraj i wyjdź na pozycję licząc, że partner z drużyny natychmiast odegra ci piłkę. Tymczasem we wtorek na jedyną taką akcję reprezentacji Polski trzeba było czekać 88 minut. Mateusz Klich i Arkadiusz Milik pokazali, że można, wcześniej trwał jednak koncert kociej muzyki: czyli snucia się po murawie bez ładu, składu, pomysłu i chęci.

Prezes PZPN Zbigniew Boniek powiedział przed kamerami TVP, że kilku piłkarzy „przeszło obok meczu”. Sam, gdy ponad 40 lat temu miał zadebiutować w reprezentacji, przez dwa dni, przed lustrem uczył się śpiewać hymnu. Potem trafił do klubu wybitnego reprezentanta, w Hiszpanii zdobył medal mistrzostw świata i dziś serce musi mu krwawić, gdy patrzy na etos swoich następców.

Kandydat do kadry może nie umieć, ale nie może nie chcieć. Nawet gdy mecz jest towarzyski, bo to ponoć okazja, by pokazać swoją wartość selekcjonerowi. Piłkarz spłaca też na boisku dług wobec kibica. Tego, który zapłacił za bilet i w chłodzie zdziera gardło na trybunach. Mógłby zostać w domu, odpalić sobie w telewizji mecz Hiszpanów z Chorwatami, a jednak wydaje pieniądze i biegnie na stadion, bo czyje, że tam jego miejsce, gdzie barwy biało-czerwone.

Nie, nie chcę faszerować piłki narodową ideologią, wymagam tylko elementarnego poszanowania zasad sportu. Jeśli z wysokości trybun fani patrzą na jedenastu ludzi przewracających się o własne nogi, to chcą czuć, że oni, nawet jeśli nie potrafią, to przynajmniej robią co mogą.

Rozumiem i akceptuję, że selekcjoner Jerzy Brzęczek zachował w starciu z Irlandią Roberta Lewandowskiego i Piotra Zielińskiego. Ich miejsce w drużynie narodowej jest niepowtarzalne. Nie wiem co musiał czuć kapitan Lewandowski, którego zaraz czekają mecze w Lidze Mistrzów i Bundeslidze, spoglądający na młodszych kolegów z kadry odgrywających taką chałturę. Byli na boisku we Wrocławiu debiutanci, byli tacy, którzy wciąż chcą się do kadry przebić, byli w końcu i tacy, który muszą zrobić wszystko, by z drużyny nie wypaść. I ta wybuchowa mieszanka bezwstydnie wyprodukowała jedną sensowną akcję na 90 minut.

Kibicu drogi, mam dla Ciebie też dobrą wiadomość. Dzięki Lidze Narodów mecze towarzyskie umierają śmiercią nagłą i zasłużoną. W grze bez stawki można oglądać piłkarzy nieźle wyszkolonych, frajda bierze się z obserwowania jak podają, dryblują, przyjmują piłkę, bądź strzelają. W wypadku znakomitej większości polskich graczy popychających krnąbrny, okrągły przedmiot kolanem, można się emocjonować wyłącznie grą o stawkę. Bo na doznania estetyczne to jeszcze poczekamy bardzo długo.

niedziela, 26 sierpnia 2018

Już w tym sezonie Barcelona lub Real Madryt mają rozegrać oficjalny mecz ligi hiszpańskiej w USA. Protestują kibice, a kapitanowie drużyn Primera Division grożą strajkiem.

Droga z Barcelony do Nowego Jorku to prawie 6200 km, czyli 7 godzin lotu. Być może właśnie w największym amerykańskim mieście 27 stycznia 2019 roku dojdzie do pierwszego oficjalnego meczu ligi hiszpańskiej na obczyźnie. Media w Katalonii spekulują, że w USA zostanie rozegrane spotkanie 21. kolejki Girona - Barcelona. Girona, kataloński klub z Primera Division należy do City Football Group, razem z New York City FC drużyną z MLS.

Wielki amerykański sen futbolu hiszpańskiego realizuje szef ligi Javier Tebas. Podpisał na 15 lat umowę z medialnym konsorcjum Relevant, które ma się zająć promocją hiszpańskich klubów w USA i Kanadzie. Tebasowi chodzi o mniej znane zespoły, bo trzy największe, czyli Real, Barca i Atletico razem z piętnastoma innymi wielkimi klubami z całego świata biorą udział w International Champions Cup, czyli wakacyjnych, towarzyskich turniejach rozgrywanych od 2013 roku w USA, Chinach, Australii i Singapurze. International Champions Cup organizuje właśnie Relevant.

Tebas postanowił wykonać kolejny krok. Badania wykazują, że ponad 30 proc ludzi interesujących się piłką nożną w USA pochodzi z krajów hiszpanojęzycznych. Promocja miałaby być korzystna dla obu stron, przecież w 2026 roku, czyli za 8 lat w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Meksyku odbędą się piłkarskie mistrzostwa świata.

Bezwzględnie chodzi jednak o pieniądze. Tebas przywołuje przykład największych amerykańskich lig: koszykarskiej NBA, baseballowej MLB i futbolowej NFL, które od wielu lat przekraczają granice. W 1990 roku koszykarze Phoenix i Utah polecieli do Tokio, by rozegrać tam mecz NBA. Potem gwiazdy ligi odwiedzały Meksyk. 4 marca 2011 roku Londyn był pierwszym europejskim miastem goszczącym ligowy pojedynek NBA Toronto - New Jersey.

W 1996 roku baseballiści z MLB polecieli do meksykańskiego Monterrey, a potem do Tokio, Sydney, Porto Rico, w przyszłym roku zagrają w Londynie. Najdłużej zwlekali futboliści amerykańscy, do 2005 roku gdy zagrali na Estadio Azteków w Meksyku. Od tamtej pory poza USA rozegrano 34 mecze ligowe NFL.

Podbijanie światowych rynków to w sportowym biznesie norma. Ale piłka nożna jest dyscypliną konserwatywną, z nią nie będzie tak łatwo. Kilka lat temu próbowały władze angielskiej Premier League, ale zrezygnowały pod naciskiem protestujących piłkarzy, kibiców i klubów. To samo dzieje się dziś w Hiszpanii.

Pierwszy krok został jednak zrobiony. Niedzielny mecz o Superpuchar Hiszpanii Barcelona i Sevilla rozegrały w Maroku. Po zwycięstwie Barcy 2:1 trenera Ernesto Valverde zostano o plany organizowania spotkań ligowych w USA. - Latać do Maroka na Superpuchar wydawało nam się dziwne, a jednak to zrobiliśmy. Piłka nożna przekracza granice sportu. Szokuje nas to, ale z czasem się z tym oswajamy. Nie wiem jako to wszystko się skończy - powiedział.

Znacznie mniej dyplomatyczni są hiszpańscy kibice i piłkarze. Szef stowarzyszenia piłkarzy David Aganzo nazwał plany Tebasa „szaleństwem” i „nieumiarkowaną pazernością’. Opowiadał, że na spotkaniu kapitanów klubów Primera Division wszyscy byli przeciwni. - Podejmować takie decyzje za naszymi plecami to całkowity brak szacunku - mówi. I zapowiada, że piłkarze będą stanowczo protestowali, a jeśli będzie trzeba, dojdzie do strajku. - Futbol tworzą gracze dla kibiców. Tebas zignorował jednych i drugich - zakończył.

W mediach hiszpańskich pojawiły się informacje, że szefowie klubów nie są już tak jednomyślni. Ponoć Real Madryt jest zdecydowanie przeciw, ale Barcelonie plany Tebasa wydają się interesujące.

Piłka od lat walczy o poszerzenie strefy wpływów, zdobycie rynków w Azji, USA, czy Australii. Pionierami byli Włosi. W roku 1993 Superpuchar rozegrali w Waszyngtonie, w 2002 w Trypolisie, rok później w Nowym Jorku. Od 2009 roku rozgrywano go na stadionie olimpijskim w Pekinie (trzy razy). Na mocy umowy z lat 2011-2013 za mecze Superpucharu Serie A otrzymała od Chińczyków 10 mln euro. W 2014 roku Superpuchar Italii odbył się w Katarze, potem w Szanghaju, i znów w Katarze. Nikt jeszcze nie zdecydował się na organizowanie poza krajem spotkań ligowych. Hiszpanie będą pierwsi?

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Po 9 latach skończył się niepowtarzalny wyścig Leo Messiego z Cristiano Ronaldo w lidze hiszpańskiej. Głód Realu Madryt wciąż nie jest jednak zaspokojony.

„Jak odpowie CR7?” - żaden hiszpański komentator nie zada więcej tego pytania. W sobotę na inaugurację sezonu Primera Division Leo Messi wbił dwa gole Alaves prowadząc Barcelonę do zwycięstwa 3:0. Zaledwie cztery godziny wcześniej Cristiano Ronaldo zadebiutował w Serie A: bez bramki, ale świętując triumf Juventusu nad Chievo 3:2. Drogi dwóch najlepszych piłkarzy świata ostatniej dekady rozeszły się. Koniec epoki.

80 tysiącom fanów Realu, którzy 6 lipca 2009 roku zapełnili legendarny stadion Santiago Bernabeu, by powitać Ronaldo, nie było do śmiechu. Dwa miesiące wcześniej w tym samym miejscu Barcelona rozbiła Królewskich 6:2. Cztery tygodnie później pokonała Manchester United w finale Ligi Mistrzów w Rzymie, by zająć miejsce na europejskim szczycie. Messi i debiutujący w roli trenera Pep Guardiola stali się synonimem tego co najlepsze w klubowej piłce.

Pogrążony w kryzysie najbogatszy klub świata skazany był na pogoń. Prezesem znów został Florentino Perez. Ronaldo miał być madrycką odpowiedzią na Messiego. I sam pewnie nie przypuszczał jak monumentalne wyzwanie przed nim.

W 9 sezonów Portugalczyk zdobył w lidze hiszpańskiej aż 311 goli, co wystarczyło Realowi do zaledwie dwóch tytułów mistrzowskich (2012 i 2017 rok). Barcelona wygrała w tym czasie ligę sześciokrotnie, a Argentyńczyk pokonał bramkarzy 329 razy. Gdyby nie Liga Mistrzów wielką misję Ronaldo należałoby traktować jako fiasko. Ale w Europie to on był górą.

W ostatnie pięć lat Portugalczyk stworzył siebie na nowo. Zamiast narcystycznej maszyny do śrubowania strzeleckich rekordów, zobaczyliśmy lidera najlepszej drużyny świata. Cztery triumfy w Champions League to wizytówka obecnego Realu, który latem sprzedał swoją 33-letnią gwiazdę do Turynu za 100 mln euro. Drożej niż zapłacił Manchesterowi United w 2009 roku (96 mln).

Hiszpanie żartują, że tytuł najlepszej drużyny Europy stał się ostatnio dla Królewskich trofeum pocieszenia. Całkiem poważnie mówił o tym trener Zinedine Zidane, który za swój największy sukces uznawał mistrzostwo Hiszpanii wydarte Barcelonie 15 miesięcy temu. - Żeby wygrać Ligę Mistrzów wystarczy dobrze grać od święta, ja chcę, by drużyna grała dobrze na co dzień - przekonywał.

Celem numer 1 jego następcy Julena Lopeteguiego jest triumf w Primera Division, co wydaje się zadaniem ekstremalnie trudnym. Zidane odszedł, bo uważał, że najlepszej drużynie Europy potrzebny jest nowy impuls. Zarządzający klubem Perez jest innego zdania. Latem Real kupił tylko belgijskiego bramkarza Chelsea Thibauta Courtoisa. Nie udało się zatrzymać Mateo Kovacica, o odejściu ponoć myśleli nawet tak emblematyczni piłkarze jak Luka Modric i Marcelo.

Prezes Realu chce, by z cienia Ronaldo wyszli Gareth Bale i Karim Benzema. Ten drugi przybył do Madrytu razem z Portugalczykiem. W 9 lat zdobył 192 bramki we wszystkich rozgrywkach, Ronaldo - 450, czyli trzy razy więcej. Odpowiedzialność za wyniki Królewskich mają wziąć na siebie reprezentanci Hiszpanii Isco i Marco Asensio, a może też młodzi Vinicius Jr i Martin Odegaard. Gdyby coś poszło nie tak, w kasie czeka 300 mln euro. Perez trzyma je do następnego lata, by wykupić Neymara z PSG. Chyba, że paryski klub dostanie karę od UEFA za złamanie zasad finansowego fair play, wtedy transakcja może zostać przyspieszona.

Porażka z Atletico w meczu o Superpuchar Europy była dla Realu pierwszym ostrzeżeniem. Gdyby Lopetegui zaczął od falstartu także rozgrywki ligowe, Perez musiałby w panice ruszyć na zakupy. Pośpiech bywa złym doradcą, niewielu jest piłkarzy, którzy dawaliby gwarancję sukcesu w tak wielkim klubie.

Królewscy muszą zachować skupienie od początku. W poprzednim sezonie stracili 7 pkt w trzech pierwszych kolejkach i już nie umieli ich odrobić. Barcelona była prawie pewna tytułu po rundzie jesiennej, na koniec Real stracił do niej aż 17 pkt. Drużynę Zizou wyprzedził w lidze także zespół Diego Simeone.

Tym razem w Realu liczą, że ich najwięksi krajowi rywale Barca i Atletico skupią się przede wszystkim na Lidze Mistrzów. Katalończycy nie kryją, że obrona tytułu mistrzowskiego jest dla nich celem numer 2. To samo „Colchoneros”, którzy chcieliby przełamać traumę Champions League. Trzy razy grali w finale, trzy razy przegrywając (lata 1974, 2014, 2016). W tym dwa razy z Realem. Kolejny finał odbędzie się na Wanda Metropolitano, nowym stadionie Atletico.

Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac