blog Darka Wołowskiego
RSS
czwartek, 31 stycznia 2019

Philippe Coutinho miał mecz, jakiego potrzebował, bo jak mówi za nim „trudne chwile”. Barca rozbiła Sevillę 6:1 i jest w półfinale Pucharu Króla.

Krótka chwila rozdwojenia jaźni. Kibice Barcelony, którzy zobaczyli skład na mecz w Sewilli, przypuszczali, że Ernesto Valverde odpuszcza Puchar Króla. Trener Barcy przyznał potem nawet, że priorytetem jest liga. Wszyscy wiedzą jednak, że największym marzeniem graczy z Camp Nou jest odzyskanie Pucharu Europy. Mówił o tym Leo Messi na początku sezonu, gdy został przedstawiony jako nowy kapitan zastępujący Andresa Iniestę.

To fakt, że dla Barcy Liga Mistrzów jest rozgrywkami, w których przeżyła najwięcej rozczarowań. Od 2015 roku, gdy ją wygrała, nie przebiła się do półfinału. Teraz ma się to zmienić. Legendarny stoper Carles Puyol stwierdził nawet otwarcie, że aby odzyskać tytuł numeru 1 w Europie, zespół Valverde powinien coś odpuścić. Co jeśli nie Puchar?

No więc w Sewilli trener Barcy wystawił rezerwy. Porażka 0:2 mogła załatwić sprawę. W rewanżu trener posłał do gry jedenastkę galową i drużyna z Katalonii zagrała najlepszy mecz w tym sezonie. Bohaterem był Jasper Cillessen, o którym mówi się, że to najlepszy rezerwowy bramkarz w historii klubu. Obronił pierwszą jedenastkę w karierze, przy stanie 1:0 dla Barcy na Camp Nou. Leo Messi uważa, że bez tego o awans byłoby wyjątkowo trudno. Nie wystarczyłyby nawet dwa kolejne gole dla gospodarzy.

Wcześniej kapitan drużyny popisał się miłym gestem wobec Coutinho. Pozwolił mu strzelać karnego, by przełamał serię bez bramki. Brazylijczyk szansę wykorzystał, po czym zdobył kolejną bramkę głową i dołączył do Cillessena na liście bohaterów wieczoru.

Wielkie wrażenie zrobił szósty gol - autorstwa Messiego, ale to nie strzał, a cała akcja była szczytowym wzlotem tiki-taki. Okazało się, że Katalończycy nie odpuszczają niczego. Nawet Pucharu Króla, rozgrywek, które zdominowali w ostatnich czterech latach.

To może oznaczać, że wzrośnie liczba klasyków w sezonie, jeśli Real Madryt znajdzie się w półfinale.

Dużo prasa hiszpańska pisała ostatnio o kryzysie Coutinho. Najdroższy piłkarz w historii Barcy zawodził, znacznie lepiej spisywał się Ousmane Dembele, do chwili kontuzji. Ile da ta dwójka Barcelonie w tym sezonie, zdecyduje się w Lidze Mistrzów. Ani w Pucharze, ani w Primera Division.

niedziela, 13 stycznia 2019

Były dyrektor klubu ekstraklasy: - Codzienne zastraszania, szykany, groźby i pobicia - z tym ja i moi współpracownicy zostawaliśmy sami. Policja uznała to za czyny niskiej szkodliwości

Były menedżer chce pozostać anonimowy. Wciąż jest w nim żal, że gdy próbował zaprowadzić porządek na jednym z najważniejszych stadionach w Polsce, został sam.

Nam opowiedział, jak było w ekstraklasowym futbolu sprzed reportażu TVN-u o patologii w Wiśle Kraków. Ale to opowieść także o tym, jaka polska piłka jest dziś. Zaczął od chwili, gdy dowiedział, się, że został zwolniony:

- Usiadłem przy spakowanych walizkach, do których musiałem wcisnąć całą swoją bezsilność - mówił. - Rok wcześniej zatrudniono mnie jako dyrektora klubu ekstraklasy, bym podjął walkę ze stadionowymi bandytami. Zrobiłem co mogłem, by dać szansę sobie i jednemu z najbardziej szacownych polskich klubów. Wstydu nie czułem. Mafia stadionowa sięgnęła jednak po ostateczny argument. Zastraszyła właściciela, a on nie wytrzymał pogróżek. Ale też nie chciał spojrzeć mi w oczy. Wymówienie przysłał mi przez swoich ludzi.

Moja misja była w jakimś sensie zwycięstwem, choć zakończyła się dymisją - mówi były dyrektor. - Zakazy stadionowe, współpraca z policją, otwarta wojna z bandytami na trybunach budziły przez jakiś czas podziw zastraszonego środowiska. Ale to były tylko pozory, hipokryzja. Gdy usunąłem z trybun 200 bandytów, prezesi innych klubów przysyłali mi sms-y z gratulacjami, ale żaden - żaden! - nie poprosił o listę z nazwiskami. I ta dwusetka wciąż wchodziła na inne polskie stadiony bez przeszkód.

Skończyło się jak zawsze. Triumfem tych, którzy nie mają problemów z łamaniem prawa, przylaniem komuś kijem baseballowym i traktują siebie jak sól piłki. W końcu to oni ożywiają trybuny, a nie białe kołnierzyki. Ale nie tylko o piłkę chodzi. Przede wszystkim o ciemne interesy, ocierającej się o struktury mafijne społeczności. Dealerzy narkotyków i dopalaczy, oraz różnego typu towarów czarnego rynku znajdują na trybunach tłum, w którym mogą się ukryć, na którym zarabiać. Policja ich inwigiluje, ma wśród nich informatorów, ale i oni mają ludzi w policji. Te dwa światy przenikają się od lat. Bez wsparcia bandyci nie mieliby szans. Przecież w policji, prokuraturze, władzach miasta, wszędzie pracują fani klubu, którzy nie zrobią im krzywdy. Przeciętnemu Kowalskiemu nie mieści się w głowie, dlaczego państwo jest tak bezradne wobec chuligaństwa na trybunach. Odpowiedź jest banalna: bo z nim nie walczy. A raczej tylko udaje, że walczy - uważa były dyrektor.

- Gdy zacząłem pracę w klubie, spotkałem się z komendantem policji, a potem nawet ministrem spraw wewnętrznych. Oni jednak uprawiają politykę. Ich żywiołem są spektakularne akcje przeciw bandytom, które pokazują i opisują media. Sam przeżyłem taką akcję, ze scenami jak z filmów o Bondzie. Ukarani zakazami stadionowymi kibole chcieli z zemsty zrobić burdę na trybunach. Umówili się przed meczem w barze, gdzie mieli „zatankować” do pełna i ruszyć na mój stadion. Policja ich uprzedziła, wjechała do knajpy z silnymi reflektorami: bandytom szczęki opadły na podłogę, razem z papierosami i kuflami piwa. Nikt nie odważył się tego dnia przyjść na stadion. Ale dla policji to była demonstracja siły, działanie od święta. Codzienne zmagania z zastraszaniem, szykanami, groźbami i pobiciami - z tym ja i moi współpracownicy zostawaliśmy sami. Policja uznała to za czyny niskiej szkodliwości. Miałem nawet poczucie, że chuligani stadionowi mają u nas status zbliżony do żołnierzy wyklętych. Że część Polaków im sprzyja, jak podczas Euro 2012, gdy polska bojówka zaatakowała Rosjan.

Każdy dzień pracy na stanowisku pogłębiał we mnie poczucie osamotnienia - mówi były dyrektor. - Wydawało mi się, że będę oczyszczał stadion z bandytów, by na trybunach zasiedli normalni kibice. Ale szybko okazało się że normalni kibice mieli przeze mnie kłopoty. Zaprzyjaźniłem się z pewnym starszym właścicielem restauracji ozdobionej proporczykami i plakatami klubu. Kiedyś bandyci stadionowi wymalowali na restauracji świński łeb, którego ryj przypominał moją twarz. I podpisali sprayem, że każdy kto kumpluje się ze świnią, będzie przez nich traktowany jak świnia.

Bandyci tak sterroryzowali normalnych kibiców, że trybuny świeciły pustkami. Odbijało się to na kasie klubu, ale wtedy jeszcze właściciel wierzył, że tak trzeba. Z dnia na dzień jego wiara była jednak słabsza.

- Piłkarze? Też bywają kumplami zadymiarzy. W dawnych czasach kupowali od nich podejrzanego pochodzenia samochody, telefony, czy zegarki, lub zwyczajnie chadzali razem na wódkę. Czasem wyrastali w tych samych miejscach, co stadionowi bandyci, byli wychowywani w tej samej mentalności, gdzie powszechne było prawo silniejszego. Kiedy herszt kiboli Legii spoliczkował Kubę Rzeźniczaka, następnego dnia podali sobie ręce, i piłkarz robił co mógł, by zatuszować sprawę w sądzie i mediach. Notorycznie nie stawiał się na rozprawach, bo na ich nieszczęście prokuratura zajęła się sprawą z urzędu. Wyrok: 6 miesięcy prac społecznych po 30 godzin tygodniowo.

- Najczęściej w takich sytuacjach pokrzywdzeni się po prostu boją - mówi były dyrektor. - Dlaczego właściciel Legii Dariusz Mioduski nie poszedł na policję, gdy dwa lata temu po upokarzającej porażce z Lechem jego piłkarze zostali zaatakowani na parkingu klubowym przez bandytów w szalikach Legii? Legia nie zgłosiła sprawy pobicia piłkarzy na policję i nie udostępniła jej nawet nagrań z monitoringu. To nie dowód, że Mioduski jest kolejnym kumplem bandytów, ale to znaczy, że uważał, iż nagłaśnianie, rozdmuchiwanie sprawy, nic nie zmieni, a tylko zaszkodzi klubowi. To jest szokujące, pokazuje jednak mentalność środowiska. Bierność, bezradność, inercja społeczna tworzą najlepsze środowisko dla bandytów.

- Po przegranej przez ITI wojnie z kibolami nowy prezes Bogusław Leśnodorski - dziś twierdzi, że pomaga Wiśle wyjść z kłopotów - ułożył się z chuliganami, znalazł wspólny język. Rzecz jasna spokój balansował na beczce prochu, eksplodował podczas inauguracji Ligi Mistrzów z Borussią Dortmund przed ponad trzema laty. Legia płaciła kary do UEFA, a jej kibole dymili potem w Madrycie, tłumacząc, że policja hiszpańska była wobec nich agresywna.

- U nas nikt nie traktuje futbolu jako rozrywki dla klasy średniej i wyższej. Władze polskich klubów boją się o to, kto w zimie, przy siarczystym mrozie wystoi 90 minut na zamarzniętych krzesełkach. Kto pokieruje dopingiem. Kto odda klubowi swoje życie i zdrowie. A przy okazji rządzi nim z tylnego siedzenia, załatwiając przy okazji ciemne interesy. Zbyt wielu ludzi w Polsce uważa, że taki właśnie kibic jest solą piłki. Opinię publiczną to szokuje, środowisko piłkarskie znacznie mniej. Dlatego tyle wojen z chuliganami polski futbol przegrał i jeszcze tyle następnych przegra. Z bandytami udało się wygrać tylko reprezentacji. Publiczność na meczach zespołu narodowego jest większa, to głównie rodziny. Ich stadionowa bandyterka nazywa pogardliwie „piknikami”. „Piknikiem”, ”świnią” nazywali też mnie. Więc spakowałem manatki i opuściłem klub w poczuciu, że niewielu było w gruncie rzeczy ludzi, którym naprawdę zależało na moim zwycięstwie. Dziś, gdy do Wisły wszedł prokurator, okazało się, że wszyscy o wszystkim wiedzieli. Tylko dlaczego dotąd nic nie zrobili? - zakończył były dyrektor.

niedziela, 23 grudnia 2018

Nie dokonał tego Santos Pelego, Bayern Beckenbauera, Ajax Cruyffa, Real Di Stefano, ani Barcelona Messiego. Trzy razy z rzędu najlepszy na świecie jest zespół, który budzi ambiwalentne uczucia.

Po odejściu Cristiano Ronaldo symbolem Realu Madryt stał się Sergio Ramos. Choć Złotą Piłkę zdobył Luka Modric, to jednak kapitan Królewskich budzi najwięcej emocji. W finale klubowych MŚ w Abu Zabi był wygwizdywany za brutalność, o którą oskarżają go miliony fanów. To przecież jego faul wyeliminował bohatera Afryki Mohameda Salaha z ostatniego finału Ligi Mistrzów.

W 78. min Ramos pokazał swoją drugą twarz, bo jest jak doktor Jakyll i pan Hyde. Po rzucie rożnym zdobył gola głową na 3:0 udowadniając, że w grze powietrznej nie ma sobie równych. Środkowy obrońca zdobył dla Realu już 79 bramek, w tym tak kluczowe jak ta, która ocaliła szanse na triumf w Champions League w 2014 roku w finale z Atletico.

Są tacy, którzy Ramosa uwielbiają widząc w nim wojownika, są tacy, którzy go nienawidzą. Niemal nikt nie pozostaje obojętny. Madryckie media oskarżają go, że rządzi szatnią niepodzielnie i chciałby decydować kto jest trenerem. Przed finałem mundialu klubów dziennikarze pytali go o zwolnionego z Manchesteru United Jose Mourinho, który według hiszpańskich mediów wyrasta na faworyta, by poprowadzić Królewskich. - Od pięciu lat gramy bez Mourinho, a wy wciąż mówicie o Mourinho - powiedział Ramos. Jego relacje z portugalskim szkoleniowcem gdy pracował w Madrycie były szorstkie.

W Abu Zabi Real rozbił Al-Ain 4:1. Cały turniej przeszedł lekko, łatwo i przyjemnie: zdobywając w dwóch meczach 7 bramek. Znów Królewscy wywołali wśród fanów dezorientację. W lidze hiszpańskiej grają przecież słabiutko, a strata Ronaldo sprawia, że nie ma kto strzelać goli. Karim Benzema i Gareth Bale są chimeryczni, zachwycają i zawodzą na zmianę, nie potrafią utrzymać wysokiego poziomu przez dłuższy czas. Do tego Isco i Asensio są w kryzysie, a szef pomocy Modric płaci za tytaniczny wysiłek całego roku. Tak jak Toni Kroos, ostatnio cień wielkiego piłkarza. Do tej listy trzeba dołożyć mistrza świata Raphaela Varane’a, a także bocznych obrońców Marcelo i Carvajala. Właściwie nie ma w Realu piłkarza, któremu by nie zarzucano kryzysu formy.

Niewiarygodny jest jednak fakt, że zespół budzący aż tyle zastrzeżeń, osiągnął sukcesy o jakich rywale mogą tylko marzyć. Drużyna z Ramosem i Modricem jest pierwszą w historii, która zdobyła tytuł mistrza świata trzy raz z rzędu. Nie udało się to zespołom tak kultowym jak Santos Pelego, Ajax Cruyffa, czy Barcelona Messiego. A przecież przez cztery lata, gdy Katalończyków prowadził Pep Guardiola byli oni wzorem dla świata. Ich gra zrewolucjonizowała futbol. Niedawno do kin wszedł film analizujący to unikalne piłkarskie zjawisko. Zdobyli 14 trofeów, ale Ligę Mistrzów zdołali wygrać tylko dwa razy (2009 i 2011).

Obecnego Realu nikt nie wynosi na piedestał, a przecież w ostatnich pięciu latach wygrał Champions League czterokrotnie. To wynik niewiarygodny. Tymczasem wciąż się mówi, że drużyna się wyczerpała, że czeka ją rewolucja w składzie, jeśli nie w styczniu, to latem. Jedną z ofiar ma być Ramos, póki co jednak kapitan świętuje kolejne trofeum.

Triumf w Abu Zabi nie wywołał wielkich emocji. Idea klubowych mistrzostw świata ma 60 lat, ale nikt nie wynalazł dla niej formuły doskonałej. Od 1960 do 2004 roku istniał Puchar Interkontynentalny, w którym rywalizowały najlepsze zespoły Europy i Ameryki Płd. W 2000 roku w Sao Paulo i Rio de Janeiro FIFA zorganizowała pierwszy turniej, ale przedstawiciele Europy czyli Manchester United i Real Madryt wybrali się do Brazylii raczej na wakacje. Toteż brazylijski finał Corinthians - Vasco da Gama interesował głównie gospodarzy. Po pięciu latach przerwy idea turnieju wróciła, ale organizowano go w Japonii, Zjednoczonych Emiratach Arabskich, lub w Maroku, czyli na peryferiach. Status rozgrywek nie umywa się do prestiżu europejskiej Ligę Mistrzów czy Copa Libertadores. Kluby z Europy, choć z ostatnich 12 edycji klubowego mundialu, wygrały aż 11, do dziś traktują go jak turniej drugiej, lub wręcz trzeciej kategorii. Kogo porwał sobotni finał Realu z Al-Ain FC? River Plate, które niedawno toczyło historyczną batalię z Boca Juniors o tytuł najlepszego klubu Ameryki, na MŚ poległo z anonimowym rywalem ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich.

FIFA ma kolejny pomysł jak zbudować rangę imprezy. Ma ona zastąpić rozgrywany rok przed mistrzostwami świata drużyn narodowych Puchar Konfederacji. Pierwszą edycję zorganizują Chińczycy, a wystartuje w niej 24 kluby, w tym połowa z Europy. Póki co wygląda to jednak na następny karkołomny projekt.

czwartek, 13 grudnia 2018

Kary za brak dyscypliny i zachwyty nad wspaniałymi golami - czy 21-letni francuski skrzydłowy Barcelony to kolejne wcielenie Mario Balotellego?

Trzeba było widzieć podziw na twarzy Leo Messiego, gdy w 7. minucie wtorkowego meczu Ligi Mistrzów Ousmane Dembele zrobił miazgę z obrony Tottenhamu i z zimną krwią wpakował piłkę do siatki. Kamery skupiły się na reakcji kapitana Barcy, pięciokrotnego laureata Złotej Piłki, by pokazać status 21-letniego Francuza w gwiazdorskiej szatni. Skali jego talentu nie oddaje nawet 145 mln euro zapłacone Borussii Dortmund. Z tego 40 mln to tak zwane bonusy za dokonania piłkarza. Ta kwota jej tym wyższa, im większe ryzyko, że transfer będzie nieudany.

Szefowie Barcelony twierdzą, że doskonale wiedzieli z kim mają do czynienia. Aby wymusić przeprowadzkę na Camp Nou Dembele strajkował w Borussii. Sabotował treningi, lekceważył szefów, kolegów, a gdy sobie poszedł, właściciel mieszkania, które wynajmował w Dortmundzie, pokazał mediom sajgon jaki w nim zostawił.

To nie jest przypadek grzecznego chłopca, raczej typ odludka, chłopaka zagubionego w świecie wielkiej piłki i ogromnych pieniędzy. Do 13. roku grał w hali, a gdy podpisał kontrakt z Rennes, przeprowadziła się za nim matka Fatima i siostry.

Dyrektor sportowy Barcy powiedział otwarcie, że gdyby Dembele miał 27 lat, klub z Camp Nou by go nie zatrudnił. Ale ponieważ jest bardzo młody, w Katalonii wierzą, że można go zmienić. W końcu „La Masia”, czyli słynna akademia Barcelony to także szkoła charakterów, w niej wychował się Pep Guardiola, Messi, Xavi Hernandez, Andres Iniesta - piłkarze poukładani.

Ale pochodzący z Mali Dembele to przypadek znacznie trudniejszy. Klub zatrudnił mu szofera i gosposię, ale póki co nie ma to wpływu na jego odpowiedzialność. Na treningi spóźnia się regularnie, ostatnio dwie godziny. Ćwiczył sam. A potem wyszedł na Tottenham i zabłysnął. Prasa hiszpańska podaje, że Barcelona ma zamiar ukarać go rekordową grzywną 100 tys euro, ale klub tego oficjalnie nie potwierdza.

Tak czy siak, Dembele to przypadek osobny. Zdobył w tym sezonie 9 goli, niektóre tak ważne jak ten na 1:1 w starciu z Atletico. Wszedł na kwadrans przy stanie 0:1 i wystarczyło. Zdobył zwycięską bramkę w starciu z Rayo, gdy Messi leczył kontuzję, asystował przy golu Arturo Vidala na 5:1 w klasyku z Realem, choć był na boisku 15 minut.

Na początku trener Barcy Ernesto Valverde liczył, że problem uda się rozwiązać w sposób klasyczny. Źle trenujesz, lub się spóźniasz, to w meczu siadasz na ławce. Sezon Dembele zaczął w podstawowym składzie, zdobył zwycięskiego gola w Superpucharze Hiszpanii z Sevillą. Ale szybko pokazał swoją drugą twarz: piłkarza nieokiełznanego. Także pod względem taktycznym. Nie pomagał w grze defensywnej, lekceważył polecenia szkoleniowca, raz zachwycał, by za chwilę głupio stracić piłkę, po czym zespół tracił gola. Kiedy Valverde karnie odsunął Dembele od meczu z Betisem, Barca przegrała na Camp Nou 3:4 i gdy goniła wynik nie było na ławce nikogo, kto mógłby wzmocnić atak.

Mistrz świata z 1986 roku Jorge Valdano napisał wtedy w El Pais tekst, w którym dowodził, że większość drogich transferów zakończyło się fiaskiem nie z powodu błędnej oceny umiejętności piłkarza, ale ze względu na jego złą adaptację w nowym miejscu.

Czyli klub płaci za gracza prawie 150 mln euro, a potem nie potrafi mu pomóc odnaleźć się w szatni i w mieście? Paradoks. A jednak. Na utalentowanym, ale krnąbrnym Włochu Mario Balotellim zęby połamały sobie Manchester City, Milan i Liverpool.

Dyrektorem w Barcelonie jest Francuz Eric Abidal, a stoperzy Samuel Umtiti i Clement Lenglet tworzą francuską kolonię w szatni. Według szefów klubu najważniejsze dla piłkarza jest wsparcie kolegów z zespołu. - Żebyśmy mogli mu pomóc, Ousmane musi naszą pomoc zaakceptować - powiedział niedawno Sergio Busquets. Dembele sam sobie nie pomoże. Jedną życiową szansę już pokpił, choć oficjalnie jest mistrzem świata. Na mundial do Rosji jechał jako piłkarz podstawowej jedenastki reprezentacji Francji. Po pierwszym meczu stracił miejsce, Didier Deschamps wolał Oliviera Giroud, napastnika mniej utalentowanego, ale pracowitego i zdyscyplinowanego. Giroud nie oddał nawet celnego strzału na mundialu, ale pomógł Francji go wygrać. Dembele patrzył na to z ławki.

O młodego Francuza zapytano nawet Iniestę, wielki symbol Barcy ostatnich lat. - Nie zabijajmy go. Chyba, że będzie to konieczne - powiedział.

wtorek, 11 grudnia 2018

Zaledwie siedem lat od piekła spadku do drugiej ligi argentyńskiej, „Milionerzy” zdobyli Copa Libertadores po historycznym finale z najzacieklejszym z rywali, który trwał 30 dni.

Prezydent Argentyny serce ma złamane. Mauricio Macri nie wybrał się w podróż na Santiago Bernadeu, historyczny Superklasyk River Plate - Boca Juniors (3:1) oglądał z rodziną w swojej wypoczynkowej rezydencji w Patagonii.

Nie ma powodu, by udawał bezstronnego. W przeszłości był prezesem Boca przez dekadę, zdobył z nim Copa Libertadores aż cztery razy budując status najpopularniejszego klubu w kraju.

Dziś Macri przeżywa jednak gorycz porażki. Na Twitterze napisał gratulacje dla River Plate, z dopiskiem „a my fani Boca pamiętamy, że futbol zawsze daje szansę rewanżu”. Czy przekonał większość obywateli? Wśród sloganów Boca jest taki, że trzyma za niego kciuki 50 proc Argentyńczyków plus jeden. Dziś oni wszyscy czują się pokonani.

Ale i River wywołuje gigantyczne emocje. Gdy siedem lat temu najbogatszy klub w Argentynie spadł do II ligi, w zamieszkach ulicznych brało udział 50 tys ludzi. Palono samochody, stragany pod stadionem, a pewien 23-letni fanatyk podciął sobie żyły. Palce w tamtej historycznej klęsce maczał Diego Simeone, dziś charyzmatyczny trener Atletico Madryt.

Ale to ponure wspomnienie. Dziś Milionerzy znów są na szczycie. W monumentalnym finale Copa Libertadores 2018 piłkarze Boca obejmowali prowadzenie trzy razy. A jednak w niedzielną noc w stolicy Hiszpanii świętował odwieczny rywal z River. Dziesiątki tysięcy jego fanów wyległo pod słynny Obelisk w Buenos Aires, by dać upust radości. To najważniejszy dzień w 117-letniej historii stołecznego klubu.

Argentyński dziennik „El Clarin” opisał niecodzienną przygodę grupy fanów River, którzy do Madrytu zjechali z Toronto. Rodzina Federico mieszka w Kanadzie od 17 lat, uciekła z Argentyny w 2001 roku w czasach wielkiego kryzysu, ale ich serca nie przestały bić dla River.

Normalnie nie mieliby szans dostać biletów na taki mecz. Ale z pomocą przyszli ...bandyci. Dwa tygodnie temu po ataku ultrasów River na autokar wiozący graczy Boca na rewanż na stadionie El Monumental, mecz odwołano, a władze Conmebol przeniosły go aż do Madrytu. Z jednej strony wstyd był wielki, Argentyńczycy czuli się skompromitowani w oczach świata, z drugiej dla takich ludzi jak Federico nadarzyła się życiowa okazja. Kupił bilety dla siebie i ojca Miguela i wyruszyli w podróż do Europy liczącą 10 tys km.

W stolicy Hiszpanii tysiące kibiców Boca i River zachowywały się wzorowo tworząc atmosferę niepowtarzalnego święta. Piłkarze obu drużyn szykowali się do najważniejszego meczu w swoim życiu, większość z nich to ludzie po przejściach, odrzuceni przez europejskie kluby. Drugoplanowi aktorzy dostali jedyną okazję zagrać w światowej superprodukcji.

Awantura przed rewanżem, który miał się odbyć dwa tygodnie temu skompromitowała futbol argentyński, ale też dodała pikanterii i rozgłosu wydarzeniu. Wszyscy chwieli być jego świadkami. Na niedzielny rewanż na Santiago Bernabeu przybyły najjaśniejsze gwiazdy futbolu: Leo Messi, mistrz świata Antoine Griezmann, czy Diego Simeone. Ten ostatni skrytykował ostro pierwszą połowę meczu. Graczom River i Boca ciężko było wtedy zapanować nad ambicją, temperamentem, za dużo było fauli, nerwów, presji. Za mało finezji.

Błysnął 28-letni Dario Benedetto, który nigdy nie zrobił światowej kariery. W lidze argentyńskiej tułał się od klubu do klubu najczęściej w roli rezerwowego. Klasę pokazał dopiero w Meksyku, z lokalnym gigantem America z miasta Meksyk zdobył dwa razy Concachampions, czyli odpowiednik Ligi Mistrzów w będącej na marginesie wielkiego futbolu strefie Ameryki Północnej, Środkowej i Karaibów. A kiedy stracił formę i wylądował na ławce, poprosił o transfer. Boca Juniors zapłaciła za niego 5 mln dolarów. I to on zdobył prowadzenie dla Boca w niedzielnym Superklasyku.

Przeprowadził wspaniały rajd, ograł ostatniego obrońcę River, a potem kopnął piłkę obok bramkarza. Po czym wykonał brzydki gest jakby chciał upokorzyć oszukanego rywala. Zemsta River była słodka.

Ta finałowa rywalizacja w Copa Libertadores 2018 zaczęła się 10 listopada na kultowym stadionie La Bombonera, gdzie mecze rozgrywa Boca. Pojedynek został przełożony z powodu ulewy, a nazajutrz dwaj wielcy rywale zremisowali 2:2. Boca dwa razy obejmowali prowadzenie. I dwa razy River wyrównało. Miesiąc później po strzale Benedetto w dwumeczu Boca znów było górą (3:2).

W 68. min River odpowiedziało wspaniałą akcją i golem Lucasa Pratto, który karierę zaczynał w Boca, ale tam się nie przebił. Tułał się po Europie (liga norweska i włoska) oraz Ameryce. W styczniu River odkupiło go z brazylijskiego Sao Paolo za 11 mln dol, co było najdroższym transferem w historii klubu. Opłaciło się. Wyrównanie dało River prawo do dogrywki. Na jej początku zaczął się dramat Boca, gdy Wilmar Barrios wyleciał z boiska z czerwoną kartką (druga żółta). Kolumbijczyk Juan Fernando Quintero rozbił marzenia rywali wspaniałym golem. To kolejny piłkarz poturbowany zawodowo, jest wypożyczony do River z FC Porto z opcją wykupu za 3,5 mln euro. Wszystko to co mu się dotąd nie udało, poszło w niepamięć w jednej chwili. Dziś jest bohaterem. Zdobył najważniejszego gola, w najważniejszym meczu w historii River Plate. Klub zdobył Copa Libertadores po raz czwarty, nigdy wcześniej jednak w tak niezwykłych okolicznościach.

W końcówce Boca walczyła w dziewiątkę, gdy były pomocnik Realu Madryt Fernando Gago doznał kontuzji, a limit zmian był wyczerpany. Mimo to Jara trafił w słupek bramki River, po czym „Pity” Martinez zdobył gola na 3:1 wtaczając piłkę do bramki Boca opuszczonej przez biegającego do ataku bramkarza.

I zaczęła się wielka feta. Federico i Miguel bawili się do rana na ulicach Madrytu, a gdy przechodzili obok słynnej Eurostars Towers natknęli się na Marcelo Gallardo. Trener River nie mógł spać z emocji, więc ruszył w miasto, żeby pomyśleć. Jego przyszłość zależała od tego meczu, ale już prezes ogłosił, że zostaje w River. I to on poprowadzi najlepszą drużynę Ameryki na mundialu klubów. Tam najgroźniejszym rywalem River będzie Real Madryt.

niedziela, 09 grudnia 2018

19 goli z rzutów wolnych w ostatnich czterech latach. Leo Messi bije na głowę pod tym względem wszystkich rywali w pięciu największych ligach Europy. Tuż za nim jest Juventus.

Statystyka podana przez Mister Chip podbiła światowe media. Argentyński gwiazdor Barcelony jest skuteczniejszy w wykonywaniu wolnych od całego Juventusu (18 goli), który nieprzerwanie króluje w Serie A. W ostatnich czterech latach bramki z wolnych zdobywało dla mistrza Włoch aż sześciu piłkarzy. Paulo Dybala (8), Miralem Pjanic (4), ale też Andrea Pirlo (3), Paul Pogba, Carlos Tevez i Federico Bernardeschi.

Messi ma o pięć bramek więcej z wolnych niż cały Real Madryt, Lyon i Roma (po 14).

Kto nauczył Argentyńczyka strzelać tak skutecznie ze stojącej piłki? Jednym z wzorów był legendarny Włoch Pirlo. 12 października 2012 roku w eliminacjach mistrzostw świata w Brazylii Argentyna grała z Urugwajem w Mendozie. Przy stanie 1:0 Messi zdobył wspaniałą bramkę z wolnego. W strefie wywiadów powiedział dziennikarzom, że podpatrywał ostatnio jak strzelają Pirlo i Ronaldinho.

Najbardziej znana jest jednak anegdota z Diego Armando Maradoną w tle. Opisał ją Fernando Signorini, spec od przygotowania fizycznego kadry Argentyny. W lutym 2009 roku selekcjoner Maradona zabrał drużynę do Marsylii na towarzyski mecz z Francuzami. W przeddzień prowadził trening, po którym Javier Mascherano, Tevez i Messi poprosili go, by pozwolił im pozostać na murawie i poćwiczyć uderzenia z dystansu.

Już na początku Leo kopnął piłkę w trybuny i wściekły ruszył do szatni. Zawołał go Maradona przekonując, że ze względu na samopoczucie, tak treningu kończyć nie należy. Selekcjoner ustawił piłkę 25 m od bramki i zdobył wspaniałego gola. Po czym tłumaczył zachwyconemu Messiemu jak to robić. „To była wielka, darmowa lekcja futbolu” - podsumował Signorini.

Fakt jest bezsporny, że Messi nie urodził się jako spec od wolnych. Choć jeden z kolegów z dzieciństwa opowiadał ich wspólne zabawy. Ustawiali mur z krzeseł, a w bramce kładli lalki siostry. I tak w nie strzelali uwielbiając tę rozrywkę. Ale do 2011 roku Messi zdobył z rzutów wolnych zaledwie cztery gole dla Barcelony. I wtedy nastąpił przełom. Opowiadał, że Portugalczyk Deco namawiał go na wspólne ćwiczenia strzałów ze stojącej piłki. Messi robił to dobrze technicznie, ale kopał zbyt słabo. Tymczasem dobrze wykonany wolny to odpowiednia mieszanka rotacji nadawanej piłce, ale też siły. Aby poprawić drugi element Deco kazał Messiemu strzelać bosą stopą. To zahartowało Argentyńczyka.

Jak wiadomo największym idolem Messiego był Ronaldinho. Jego Argentyńczyk starał się naśladować we wszystkim. Na szczęście tylko na boisku.

Jedno nie ulega dyskusji. O ile dryblingi Argentyńczyka, jego technika może być uważana za dar od Boga, o tyle styl wykonywania wolnych jest dowodem determinacji i pracowitości Messiego. Bez wykonania setek powtórzeń na treningach, nie byłoby tych 19 goli z wolnych dla Barcelony w ostatnich czterech latach. I 27 w całej niezwykłej karierze.

Na temat wolnych Messiego wypowiadał się kiedyś Unai Emery, wówczas jeszcze trener Sevilli. Przed meczem z Barceloną zastanawiał się jak powstrzymać Leo, gdy któryś z graczy z Katalonii zostanie sfaulowany blisko pola karnego jego drużyny. Przestudiował pomysł rezerw Nizy. Jej piłkarze przy rzutach wolnych nie ustawiali muru 9 metrów od strzelającego, ale w bramce. Emery myślał tak: „jeśli zrobimy to samo, gdy Messi będzie wykonywał wolnego, zostaniemy okrzyknięci prekursorami, gdy mu się nie uda. Jeśli jednak zdobędzie bramkę, wyjdziemy na głupców”. Ostatecznie Emery z tego karkołomnego pomysłu się wycofał. A Messi wbił Sevilli gola z wolnego.

W sobotę dwoma bramkami z wolnych rozstrzygnął derby Barcelony. Trener Espanyolu kipiał z wściekłości, gdy Messi pokonał Diego Lopeza pierwszy raz. To  był kluczowy moment meczu, potem Barca miała z górki. A Leo zakończył strzelanie drugim golem ze stojącej piłki. Dziennikarzom powiedział, że nie myśli o spotkaniu, w którym zdobędzie hat-tricka z rzutów wolnych. Studził ich podziw. - Miałem dziś fart. Bo bywają takie mecze, że sześć razy strzelam i za każdym razem panu Bogu w okno.

Tagi: Messi
18:16, wod
Link Komentarze (2) »
wtorek, 27 listopada 2018

To miał być najważniejszy mecz odwiecznych rywali, tymczasem 8, lub 9 grudnia na neutralnym terenie staną naprzeciw siebie śmiertelni wrogowie. Stawka jest znacznie większa niż Copa Libertadores.

Chcieli pokazać, że futbol łączy. Prezesi Boca Juniors i River Plate ogłosili, że dwumecz o klubowe mistrzostwo Ameryki to wielkie święto całej Argentyny. Tak czy siak Copa Libertadores miała zostać w kraju, w Buenos Aires mieście do szaleństwa zakochanym w futbolu. Okazało się, że zakochanym patologicznie.

Przestrzegał ich prezydent Mauricio Macri (kiedyś prezes Boca), który martwił się o tę połowę obywateli, którzy trzymając kciuki za jedną ze stron, popadną po porażce w głęboką depresję. Rodolfo D’Onofrio (River) i Daniel Angelici (Boca) tłumaczyli, by nie patrzeć na ten Superklasyk tak negatywnie. - Ktoś w piłce musi przegrać, nie róbmy z tego zaraz dramatu i sprawy życia lub śmierci - tłumaczył Angelici.

Ale obaj prezesi nie przystali na propozycję głowy państwa, że skoro jest to takie święto, niech oba legendarne stadiony będą otwarte dla wszystkich. Ze względów bezpieczeństwa na La Bombonera wpuszczono tylko fanów Boca, a na El Monumental mieli zasiąść wyłącznie kibice River. Pierwszy mecz zakończył się remisem 2:2, został przełożony o dzień ze względu na rzęsiste opady deszczu. Przed drugim wydarzył się dramat, fani River obrzucili autokar piłkarzy Boca kamieniami, tak, że powybijali szyby. Do środka dostał się gaz łzawiący: piłkarze wymiotowali, mieli zawroty głowy, dwóch trafiło do szpitala. W dodatku Carlos Tevez opowiadał, że gdy ich kapitan był opatrywany w szpitalu, jego kolegów poddawano brutalnym naciskom. Mieli grać za wszelką cenę, by wstyd i skandal były jak najmniejsze. Naciskali podobno szefowie Conmebol i FIFA, z jego prezesem Giannim Infantino. Goście honorowi zjechali się z wszystkich stron świata.

Poza stadionem trwała regularna bitwa fanów River z policją. - Gdybyśmy wygrali tego dnia to by nas pozabijali - powiedział prasie jeden z graczy gości. Zdesperowany prezes Boca obiecał, że jeśli mecz zostanie przełożony o 24 godziny, jego piłkarze wyjdą na boisko. D’Onofrio uznał, że dostał od Angeliciego słowo honoru. Tymczasem po powrocie do klubu prezes Boca przekonał się, że jego piłkarze w ogóle nie chcą grać. Żądają walkowera, tak jak w 2015 roku, gdy w ćwierćfinale tych samych rozgrywek na La Bombonera fani Boca potraktowali gazem graczy River za co goście zostali ogłoszeni zwycięzcami przy zielonym stoliku. Różnica polegała jednak na tym, że trzy lata temu fani Boca zaatakowali graczy River na stadionie, natomiast w sobotę fani River zaatakowali piłkarzy Boca na ulicach miasta, gdzie za bezpieczeństwo odpowiada nie klub, lecz policja.

„Nowy typ Superklasyku, taki którego się nie rozgrywa” - ogłaszała zbulwersowana prasa w Argentynie. Miejscowe media potraktowały ten skandal jako kompromitację całego kraju. Żądano głów wszystkich: od szefa policji zaczynając. Cała sprawa miała drugie dno: dzień przed rewanżem, policja dokonała nalotu na mieszkanie lidera bojówki kibicowskiej River konfiskując 300 biletów na mecz i 7 mln peso. Oczywiście prezes D’Onofrio nie miał pojęcia skąd bilety znalazły się w tak niepowołanych rękach. Choć nie wykluczał, że atak na autokar Boca był formą zemsty za akcję policji.

Na scenę wkroczył prezes Conmebol Alejandro Domínguez. Od razu był przeciwny, by taki prestiżowy mecz rozstrzygać przy zielonym stoliku. Czyli wziął w jakimś stopniu stronę River, fani Boca wygrzebali natychmiast zdjęcie jego siostry w koszulce ich wrogiego klubu. Spiskowe teorie zaczęły się mnożyć.

Kto wygra tę wojnę futbolowych magnatów? We wtorek do Asuncion w Paragwaju do siedziby Conmebol jechały dwie wrogie sobie ekipy. Dobre relacje prezesów legły w gruzach. Angelici żądał walkowera, choć sam przyznawał, że to dziwne i skrajne rozwiązanie, ale tego domagali się wszyscy w klubie, który reprezentuje. D’Onofrio uznał, że Angelici złamał dżentelmeńską umowę z soboty. Idea wspólnego święta przepadła bezpowrotnie.

Po kilku godzinach debat w hotelu otoczonym przez paragwajską policję ustalono, że rewanż zostanie rozegrany (tak jak chciało River), ale poza Argentyną (czego River bardzo nie chciało). D’Onofrio domagał się gry na El Monumental z udziałem tamtejszych kibiców. Boca za nic na to nie chciała się zgodzić.

Delikatna nić porozumienia między obydwoma klubami została zerwana. Ze święta Argentyny wyszedł wielki, międzynarodowy skandal.

I końca nie widać. Angelici opuszczał miejsce obrad obiecując, że będzie żądał walkowera, jeśli trzeba odwoła się od decyzji Conmebol do TAS (Sportowego Trybunału Arbitrażowego) w Lozannie. Niesmak może więc być już tylko większy.

niedziela, 25 listopada 2018

Po raz pierwszy w historii Real Madryt przegrał z Eibarem, a właściwie poległ bezdyskusyjnie 0:3 w najsłabszym swoim meczu kryzysowego sezonu. Zmiana trenera pomogła na chwilę.

Dla Sergio Ramosa to są sądne dni. W piątek Football Leaks ujawnił, że kapitan Realu dwa razy złamał przepisy dopingowe. Najpierw po finale Ligi Mistrzów 2017 roku z Juventusem Turyn w jego organizmie wykryto deksametazon, będący na liście kortykoidów. Stosowanie środka jest dozwolone, ale tylko gdy zostanie podany dożylnie ponad 24 godziny przed meczem. I trzeba to zgłosić przed kontrolą. Tymczasem klubowy lekarz wpisał do protokołu zastrzyki z innego kortykoidu - betametazonu. Pomyłkę tłumaczył radością po zwycięstwie. Tydzień po finale do komisji dopingowej UEFA przyszło wyjaśnienie Ramosa, że bolało go kolano i ramię, więc potrzebował zastrzyku z deksametazonu. Wyjaśnienie zostało przyjęte.

W marcu 2018 roku Ramos miał poddać się kontroli dopingowej po meczu z Malagą, ale stwierdził, że najpierw musi pójść pod prysznic. Kontroler ostrzegł go, że przepisy tego zabraniają, mimo wszystko kapitan Realu postawił na swoim.

Doniesienia Football Leaks oburzyły klub z Madrytu. W obronę Ramosa wzięła także WADA (światowa agencja antydopingowa) tłumacząc, że analizowała decyzję UEFA oczyszczającą piłkarza Realu z zarzutów i uważa ją za zgodną z przepisami. Sam Ramos stwierdził, że został ofiarą wrogiej kampanii. Są tacy, którzy podzielają ten pogląd, ale i tacy, którzy uważają, że to kolejny dowód iż UEFA i FIFA robią wszystko, by maskować doping w piłce nożnej.

Nie wiadomo w jakim stopniu te rewelacje wpłynęły na stan psychiczny stopera Realu, ale w sobotę w meczu z Eibarem zagrał fatalnie. Jak wszyscy piłkarze Królewskich. Od ataku po obronę. 31-letni Karim Benzema niczym junior siedem razy był złapany na spalonym. Garetha Bale’a uznano za najgorszego na boisku. Maco Asensio został zmieniony, to dziś tylko cień wielkiego talentu. Luka Modric też nie dotrwał do końca gry, najlepszy piłkarz mundialu w Rosji płaci za ekstremalny wysiłek tego roku. Ramos i Varane - czyli para stoperów uchodząca za najlepszą w klubowej piłce, nie potrafiła zrobić nic, by zaradzić nieszczęściu. Pierwszą bramkę zawalił Dani Ceballos, reprezentant Hiszpanii, który miał zastąpić kontuzjowanego Casemiro. A potem Real zupełnie się rozkleił.

- Jeśli nie dorównujemy rywalom ambicją i wolą walki zmieniamy się w drużynę absolutnie przeciętną - powiedział Ramos zarzucając sobie i kolegom grzech najcięższy. Użył przy tym słów „equipo vulgar”, które dosłownie znaczą drużyna wulgarna.

Porażka zdarzyła się w najgorszym możliwym momencie. Po klęsce z Barceloną 1:5 prezes Florentino Perez zwolnił trenera Julena Lopeteguiego. Zastąpił go tymczasowo Santiago Solari, prowadzący klubową drużynę rezerw Castilla. Argentyńczyka miał zmienić Włoch Antinio Conte, ale postawił twarde warunki (długi, wysoki kontrakt oraz gwarancja, że Ramos nie będzie miał prawa kwestionować jego decyzji) i negocjacje stanęły w martwym punkcie. Zdaniem hiszpańskich mediów Perez przestraszył się, że despotyczny Conte natychmiast pokłóci się z piłkarzami.

Tymczasem z Solarim na ławce Real wygrał mecz w Pucharze Króla, potem w lidze z Valladolid, następnie w Lidze Mistrzów z Victorią w Pilznie aż 5:0. Kulminacją był spektakularny triumf w Vigo z Celtą 4:2. I Solari został trenerem na stałe. Czyli przynajmniej do końca sezonu.

W oczach kibiców stał się nowym wcieleniem Zinedine’a Zidane’a, który w 2016 roku zastąpił Rafę Beniteza, by poprowadzić Real do trzech kolejnych triumfów w Lidze Mistrzów. Odbudował drużynę, poniósł ją z kolan i uczynił wzorem dla całego futbolowego świata. Solari, także były piłkarz Królewskich, miał pójść tą samą drogą.

Madrycki sen na jawie przerwał skromniutki Eibar, z budżetem 45,3 mln euro. To rekord w historii baskijskiego klubu, ale to i tak 15 razy mniej od budżetu Realu Madryt. W ciągu ostatnich 5 lat Eibar dokonał wielkiego skoku. W sezonie 2012-2013 budżet III-ligowego wtedy klubu wynosił zaledwie 1,3 mln euro. Przed rokiem Real wygrał z Eibarem tylko 2:1 po dwóch golach Ronaldo, którego tego lata sprzedał do Juventusu. Odszedł Zidane, odszedł Ronaldo, który dla Królewskich zdobył 450 bramek w osiem lat, a Perez i tak uważał, że kadra jest wystarczająco mocna. Młodzież: Asensio, Vinicius, Isco mieli dojść do głosu. Tymczasem po porażce z Eibarem Ramos powiedział ponuro: - Skład mamy, jaki mamy.

Podobno Real ma iść na zakupy zimą, czego nie robił od lat.

Faworyt poniósł piątą porażkę w tym sezonie ligowym, jest na szóstym miejscu w tabeli. I to akurat teraz, gdy chciał odebrać Barcelonie tytuł mistrza Hiszpanii. Barca straciła w sobotę punkty w Madrycie po remisie 1:1 z Atletico, ale Królewscy już wcześniej zaprzepaścili swoją szansę.

Po przegranej z Eibarem Solari upierał się, że błędy popełnione przez zespół są łatwe do zdiagnozowania i naprawienia. Ale Varane ocenił, że Real pokpił sprawę także pod względem taktycznym. Zostało to odebranie jako podważenie kompetencji nowego trenera.

piątek, 23 listopada 2018

Hitem weekendu w wielkich ligach Europy ma być sobotnie starcie na Wanda Metropolitano, w którym Atletico Madryt będzie chciało strącić Barcelonę ze szczytu ligi hiszpańskiej.

Na drugi dzień po porażce z Betisem Sewilla 3:4 na Camp Nou Leo Messi wybrał się do Madrytu, by odbierać nagrodę dla najlepszego strzelca ubiegłego sezonu Primera Division wręczaną przez stołeczny dziennik „Marca”. - W tych rozgrywkach każdy może wygrać z każdym i niech tak będzie jak najdłużej - powiedział kapitan Barcelony. Słowa kontrowersyjne z punktu widzenia interesu katalońskiego klubu, ale oddające to, co w La Liga dzieje się obecnie. W poprzednich latach były to rozgrywki dwóch prędkości, w których biedniejsi rywale oglądali z daleka plecy Barcy, Realu Madryt, a ostatnio także Atletico. Teraz po dwóch porażkach i trzech remisach drużyna Messiego wciąż jest na szczycie tabeli. Ale przegrana w sobotnim hicie na Wanda Metropolitano może ją zepchnąć nawet na piątą pozycję. Tuż przed wydobywający się z kryzysu pod wodzą nowego trenera Santiago Solariego Real Madryt.

W La Liga zaczęły się dziać rzeczy fascynujące. Kiedy w 10. kolejce grająca bez kontuzjowanego Messiego Barca rozbiła Real 5:1 wydawało się, że pozbyła się największego rywala. Ale w kolejnym pojedynku na Camp Nou Katalończycy już z Messim polegli z Betisem. I z 7 pkt przewaga Barcy nad Realem spadła do 4.

To samo dzieje się z trzecim w tabeli Atletico. Drużyna Diego Simeone przegrała w tym sezonie tylko raz, ale aż piąć razy remisowała. Mówiło się o kryzysie, pladze urazów, a jednak w sobotę Atletico może wrócić na szczyt.

Nie ma wątpliwości, że Barcelonę czeka najtrudniejszy mecz w sezonie. To wielki test przede wszystkim dla defensywy Katalończyków. Drużyna Ernesto Valverde straciła w lidze aż 18 bramek, o dwie więcej niż Real i o 10 więcej niż Atletico. Co prawda wyzdrowiał już stoper Samuel Umtiti, ale zapewne jeszcze usiądzie na ławce, bo jego zmiennik Clement Lenglet spisywał się dobrze.

Mecz z Atletico to wielka szansa dla pomocnika Arturo Vidala. Kontuzja Chorwata Ivana Rakitica otworzy miejsce w składzie dla wojownika z Chile, który od początku sezonu gdy sprowadzono go na Camp Nou z Bayernu za 30 mln euro, ostro protestuje przeciw doli rezerwowego. Jego charakter opisany pseudonimem z dzieciństwa „pożeracz trawy” może bardzo pomóc Barcy w wojnie, którą wywoła jej Atletico.

Niestety zespół Simeone pozbawiony będzie swojego wodza. Stoper Diego Godin nie opuścił żadnego z 16 ligowych pojedynków z Katalończykami odkąd osiem lat temu zatrudnił się w Madrycie. W poprzednim meczu z Athletic Bilbao uległ kontuzji, mimo to zdobył zwycięską bramkę na 3:2. Ale na mecz z Barcą się nie wyleczył. Kiedyś Godin wsławił się bardzo kontrowersyjną wypowiedzią dotyczącą Messiego, tłumacząc, że w kadrze Argentyny gra słabiej niż Barcelonie, bo obrońcy w lidze hiszpańskiej boją się go atakować wystarczająco ostro. Siebie Godin uważał rzecz jasna za wyjątek.

Być może w Atletico nie zagra też drugi wojownik Diego Costa, który ostatnio leczył uraz. Siła ataku spocznie więc na Antoinie Griezmannie, piłkarzu, który tego lata omal nie trafił na Camp Nou. Atletico wygrało batalię o Francuza tuż przed tym jak pojechał do Rosji po tytuł mistrza świata.

Pojedynki Atletico z Barceloną zawsze są porywające, to starcie dwóch wizji futbolu, jednej opartej na dominacji bez piłki, drugiej z piłką. Messi często bywał katem „Colchoneros”, wbił im aż 25 goli, więcej niż ktokolwiek. Ale dwa ostatnie superprestiżowe starcia w Europie wygrało Atletico. W tym sezonie oba kluby celują przede wszystkim w sukces w Lidze Mistrzów, której finał odbędzie się 1 czerwca na Wanda Metropolitano.

środa, 14 listopada 2018

Była Agnieszka Radwańska jedną z najwybitniejszych polskich sportsmenek, choć pisząc o niej „była” czuję, że drżą mi ręce.

Nie potrafię sobie przypomnieć przez ile lat Polska była czarną dziurą na tenisowej mapie? Nic nieznaczącą, choć bolącą raną w jednej z najbardziej globalnych dyscyplin. W pamięci została mi wykładzina ma kortach Mery, gdzie rozgrywano mistrzostwa kraju. Zapyziałe, zapomniane, niemal bez kibiców. A gdy pewnego dnia jednemu z działaczy PZT wyrwało się, że tenis to w Polsce sport narodowy, z goryczą pokładaliśmy się ze śmiechu.

Czasy były ciężkie dla naszego sportu, a tenis istniał jak grupa rekonstrukcyjna po Fibaku. O Jadwidze Jędrzejowskiej, która w 1937 roku dotarła do finału Wimbledonu słuchaliśmy jak legend z czasów Mieszka I. To było coś bez porównania bardziej abstrakcyjnego niż dla dzisiejszych dzieciaków dokonania piłkarskich Orłów Górskiego.

Aż w 1995 po ośmiu latach spędzonych w Niemczech pewien nieznany trener tenisa Robert Radwański, ojciec Agnieszki i Uli postanowił wrócić do Polski. Agnieszka miała wtedy 6 lat i już w Niemczech wygrała swój pierwszy turniej. Dekadę później została zawodową tenisistką. Zdzisław Ambroziak, były siatkarz, a potem dziennikarz sportowy bez pamięci zakochany w tenisie, już wtedy nie żył.

Radwańską opisywały skromne liczby: 173 cm wzrostu i 56 kg wagi. Zdaniem wielu to one były jej granicami w świecie zawodowych tenisistek o dwie głowy wyższych i ociekających mięśniami. Trzeba było nieprzeciętnej inteligencji i finezji, by utrzymać się w grze przez 13 lat. Toteż w kategorii „zagranie miesiąca” Polak była zawsze na świeczniku.

Najbardziej symboliczny był zapewne finał Wimbledonu z 2012 roku, gdy naprzeciwko Agnieszki stanęła Serena Williams supersportsmenka XXII wieku, przy podobnym wzroście o 15 kg potężniejsza.

Polska miała się odbić jak od ściany od atletki wszech czasów, a jednak stworzyły porywające, trzysetowe widowisko. Ojciec Sereny powiedział wtedy, że jest pewny, iż Agnieszka wygra kiedyś najbardziej prestiżowy turniej na Ziemi.

Rok później tak się złożyło, że w półfinale na wimbledońskiej trawie zameldowało się dwoje Polaków. Agnieszka jako uznana gwiazda i Jerzy Janowicz jako rewelacyjny fajter. Zapytano Polaków co zrobią jeśli na przyjęciu po turnieju przyjdzie im zatańczyć jako parze zwycięzców. Janowicz twierdził, że o tańcu nie ma pojęcia, ona odparła „niech się Jurek nie martwi, w razie czego ja poprowadzę”. Szkoda, że nie poprowadziła.

Janowicz okazał się typem sportowca, który z jakąś masochistyczną pasją niszczy swój talent. Agnieszka przeciwnie, z wątłej postury wycisnęła wszystko, na co Bóg pozwolił. Niewiarygodny był też WTA Finals, czyli polski rewanż za słynną porażkę Fibaka z Orantesem w Masters z 1976 roku. Agnieszka zaczęła od dwóch przegranych, by w ostatniej grze pokonać Simonę Halep i w cudownych okolicznościach wyjść z grupy. W półfinale była lepsza od Garbine Muguruzy, w finale od Petry Kvitovej. Wzrost Hiszpanki to 182 cm, Czeszki 183. Ile trzeba serca i sprytu, by zrównoważyć taką przewagę.

Agnieszka nigdy nie była numerem 1 w rankingu WTA, i nigdy nie wygrała turnieju Wielkiego Szlema. W opinii fachowców brakowało jej kilku kilogramów mięśni, by dzień po dniu zwyciężyć siedem kolejnych meczów. Nikt już nie sprawdzi, czy te teorie miały jakiekolwiek podstawy. Mówiąc „pas” Radwańska dała jasno do zrozumienia, że po 13 latach zawodowej gry, posłuszeństwa odmówiło jej ciało. Serce wciąż się pewnie rwie do niespełnionych marzeń.

Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac