blog Darka Wołowskiego
RSS
poniedziałek, 31 października 2016

Ma swoje ofensywne trio BBC Real Madryt, Barcelona szczyci się MSN - być może najlepszym atakiem w historii. Atletico już im nie musi zazdrościć.

Yannick Ferreira Carrasco to najbardziej gorące nazwisko w całej lidze hiszpańskiej. A może raczej Yannick Carrasco, belgijski piłkarz wyrzekł się ojca po tym jak kilkanaście lat temu opuścił jego i matkę. Całus jakiego zafundował skrzydłowy Atletico swojej dziewczynie siedzącej na trybunach San Siro podczas finału Ligi Mistrzów byłby symbolem tamtej dramatycznej nocy.

Ale w serii rzutów karnych lepszy był Real. Kibicom Atletico pozostało wspomnienie Carrasco wkręcającego w ziemię Danilo i innych obrońców „Królewskich”. Może to był błąd, że Diego Simeone wpuścił go do gry dopiero w drugiej połowie, ale wtedy zaczął się czas dominacji Atletico. Belg jak zjawa wyskakiwał zza pleców graczy Zinedine’a Zidane’a. Na przykład przy golu na 1:1.

Belg to typ skrzydłowego nękającego obrońców nieustannym balansem ciała. W zespołowej grze Atletico Simeone zrobił miejsce dla piłkarza, który większość akcji rozwiązuje dryblingiem. Argentyńczyk uwielbia slogan o tym jak na Vicente Calderon przychodzą chłopcy, którzy pod jego ręką zmieniają się w mężczyzn. Taki jest 23-letni Carrasco przeżywający swoje wielkie dni.

Rozstrzygnął hit z Bayernem w Lidze Mistrzów, w ostatnich trzech meczach Atletico zdobył sześć goli. Zawalił tylko spotkanie w Sewilli - jak cała drużyna, która zapłaciła za porażkę stratą pozycji lidera La Liga.

Przed sezonem powtarzano, że ofensywna gra Atletico za mocno zależy od Antoine’a Griezmanna. Francuz rozgrywa, podaje, strzela. Dokupiono mu do pomocy rodaka - Kevina Gameiro, który wolał przyjść na Vicente Calderon niż być rezerwowym w Barcelonie. Trio Messi, Suarez, Neymar jest przecież nietykalne.

Gameiro gra świetnie, zdobył w lidze hiszpańskiej 5 bramek, tyle samo co Carrasco i jedną mniej niż Griezmann. W sumie mają więc 16 goli w Primera Division, więcej niż madryckie BBC (12), choć Ronaldo, Bale i Benzema stracili sporo meczów przez urazy. Póki co na prowadzeniu jest barcelońskie MSN (18 bramek), choć Neymar (4) strzelił mniej niż jego rodak i kumpel z drużyny Rafinha (5).

Simeone śmieje się, gdy mówią, że jego drużyna wreszcie gra ofensywnie. Atletico ma najlepszą różnicę bramek w La Liga, ale wciąż dlatego, że najmniej traci. Esencja zespołu została nienaruszona. Wciąż dyscyplina taktyczna i nadnaturalna wola walki jest siłą Atletico. Ale tysiące kibiców z Vicente Calderon, którzy za chwilę przeniosą się na nowy, piękny stadion, już nie chcą oglądać futbolu zerojedynkowego. Simeone się zmienia, a drużyna razem z nim.

Pomnik Neptuna w centrum Madrytu zdobi słynną fontannę na placu Canovas de Castillo, gdzie kibice Atletico świętują sukcesy klubu. Neptun trzyma w ręce trójząb, z którego w czasach wojny domowej i głodu kpili mieszkańcy stolicy. Żartowali gorzko, że to widelec, a bóg mórz domaga się w końcu czegoś do jedzenia. Zwłaszcza, że twarz posągu jest pochmurna.

Trójzębem Hiszpanie nazywają też trójkę napastników w zespole piłkarskim. Dotąd Atletico jej nie miało. W ubiegłym sezonie gole zdobywał Griezmann przy wsparciu starzejącego się Fernando Torresa. Trzecim strzelcem drużyny był pomocnik Koke. Carrasco uzbierał w La Liga zaledwie cztery gole, mniej niż w 10 meczach tego sezonu.

Dotąd Simeone i Atletico łamało hiszpańskie normy, dziś czerpie z tradycji. Póki co wydaje się, że z korzyścią dla siebie. Argentyński trener wiedział, że defensywna taktyka, polegająca na oczekiwaniu na błąd rywala nie sprawdzi się na dłuższą metę. Rzecz jasna w przypadku klubu, który chce zaliczać się do mocarzy Primera Division.

piątek, 28 października 2016

Czy jeden gol mógł przewrócić Hiszpanię do góry nogami? A jeśli, to gol Leo Messiego.

Tak jak można było oczekiwać, emocje nie zmieściły się na boisku. Monstrualny status futbolu w dzisiejszym świecie tworzy spektakl z pogranicza absurdu. W ostatnich sekundach „bitwy o Mestalla” w minioną sobotę Luis Suarez wywalczył rzut karny dla Barcelony. Na gola zamienił go Messi pokonując takiego speca od jedenastek jak Diego Alves. Tu wszystko powinno było się skończyć, ale się dopiero zaczęło.

Kipiący od emocji gracze Barcelony ruszyli cieszyć się pod trybunę fanów Valencii. A wtedy sfrustrowany kibic cisnął w nich butelką z wodą, która trafiła Neymara w głowę. Na murawę padło kilku graczy Luisa Enrique jakby to był granat, a nie butelka z plastiku.

Kto obserwuje Messiego wie, że rzadko okazuje tak skrajne emocje - Argentyńczyk miotał siarczyste przekleństwa do publiczności. Kibice reagowali zresztą wyjątkowo zapalczywie, zaczynając od jednego z nich, który cisnął w twarz Paco Alcacera torbę pełną chipsów. Kupiony przez Barcelonę za 30 mln euro wychowanek Valencii nie wyszedł na boisko nawet na sekundę, ale powrót do domu miał trudny wsłuchując się w symfonię bluzgów, wyzwisk i gwizdów. Ktoś porównał go nawet do Luisa Figo. Zapewne po to, by uświadomić Katalończykom, że potrafią być jeszcze bardziej zapalczywi i szowinistyczni, kiedy idzie o piłkę.

Pod te skrajne emocje szybko „podpięli” się ludzie z Madrytu. Pewien oszalały dziennikarz stołecznego „Asa” zaapelował do szefów Realu, by wycofali drużynę z rozgrywek. Apel kuriozum, pokazujący jednak skalę zacietrzewienia. Tego dnia w stolicy Hiszpanii odbywał się zjazd socios królewskiego klubu, dla których praca arbitra meczu Valencia - Barcelona Undiano Mallenco stała się jawnym dowodem, że w lidze działają ukryte siły sprzyjające Katalończykom. Jaki jest powód, że od czterech lat Real nie był mistrzem?

Tym razem poszło o gola na 1:0, także zdobytego przez Messiego. Argentyńczyk strzelił, a stojący na spalonym Suarez przeskoczył nad piłką. Diego Alves protestował (a z nim cała stolica kraju), że Urugwajczyk przeszkodził mu w interwencji.

Ziarno posiane na podatny grunt katalońsko-madryckich animozji natychmiast wzeszło. Prezes ligi Javier Tebas powiedział mediom, że zachowanie piłkarzy Barcy (po wylądowaniu butelki na głowie Neymara) było zawstydzające. Faktycznie można się było w nim dopatrzyć przesady i śmieszności - padli na murawę w sposób groteskowy. Ale też emocje były tego dnia ogromne po wszystkich stronach konfliktu. I widząc, że z trybun lecą butelki, można było się przestraszyć. 

Frustracja gości zaczęła się od ciężkiej kontuzji Andresa Iniesty (atak Enzo Pereza), kiedy gracze Luisa Enrique uwierzyli, iż rywale gotują im wojnę na boisku. Wślizg był ostry, może brutalny, ale chyba pozbawiony bandyckich intencji. Iniesta to jednak uosobienie delikatności i geniuszu, uraz kogoś takiego boli podwójnie.

Zwycięski gol Messiego z karnego w ostatniej akcji mógł być dla Katalończyków dowodem, że kunszt oparł się przemocy i sile fizycznej. Co oczywiście samo w sobie było grubą przesadą. Mecz na Mestalla był ostry, dramatyczny, może najbardziej energetyczny w całym sezonie, ale tylko incydentalnie wykraczał poza granicę przyzwoitości.

Tebasa poparł tamtejszy wydział gier. Ale kolegium sędziów wzięło stronę arbitra. Uznało, że gol na 1:0 został słusznie uznany, bo choć Suarez stał na spalonym to jednak jakieś 7-8 m od Diego Alvesa. A więc jednak nie przeszkadzał mu w interwencji?

Katalończycy natychmiast rozgryźli działaczy ligowych posądzając ich o to, że wszyscy, łącznie z Tebasem są kibicami Realu. Szef ligi tego specjalnie nie ukrywa, w Hiszpanii wobec stuletniej futbolowej wojny madrycko-katalońskiej nikt nie stara się nawet być obiektywny. I nikt by nie uwierzył, że obiektywnym być w ogóle można.

Konflikt padł na szersze tło wzajemnych fobii i niechęci. Kiedyś z taką gracją wykorzystywał to Jose Mourinho. Teraz nie wytrzymał prezes Barcy Josep Maria Bartomeu. Zaapelował do ministra sportu i do trybunału sportowego Hiszpanii, by wszczęli postępowanie wobec Tebasa. Tebas chyba sam zrozumiał, że choć jego opinia o zachowaniu graczy Barcy była uzasadniona, jako szef ligi nie powinien był jej wygłaszać publicznie. Prezes klubu z Camp Nou przypomniał mu, że to dzięki FB Barcelona rozgrywki ligi hiszpańskiej dobrze sprzedają się nawet w Chinach.

Stając naprzeciwko Diego Alvesa Messi nie zdawał sobie pewnie sprawy, że podpala lont pod grubszym ładunkiem. Separatyzm i tak samo pełna zacietrzewienia niechęć do niego, znalazły upust poprzez piłkę.

Niewiele jest dziedzin nośnych jak futbol. Zwłaszcza w kraju podzielonym i skonfliktowanym jak Hiszpania. Wszystko to na rękę Valencii, nikt nie ma czasu zajmować się zachowaniem jej kibiców. Świadczy o tym kara - 1500 euro.

poniedziałek, 24 października 2016

Swoisty wyścig napastników pozwolił Realowi Madryt wrócić na szczyt tabeli ligi hiszpańskiej. A może rywalizacja Karima Benzemy i Alvaro Moraty stanie się kołem zamachowym królewskiej drużyny?

Marzenie o Robercie Lewandowskim jest coraz bardziej iluzoryczne. Kiedy w styczniu 2018 roku królewskiemu klubowi skończy się zakaz transferowy nałożony przez FIFA, polski napastnik będzie zbliżał się do trzydziestki. Starania o kapitana reprezentacji wskazywały jednak wyraźnie, że Florentino Perez nie jest w stuprocentach zadowolony z Benzemy, a także liczy się z tym, że monstrum pożerające kolejne strzeleckie rekordy - czyli 31-letni Cristiano Ronaldo wszedł w fazę zmierzchu.

Niedługo Cristiano odbierze czwartą Złotą Piłkę, wiosnę i lato 2016 roku miał fenomenalne - wygrał Ligę Mistrzów i mistrzostwa Europy. Jesienią - po kontuzji - cierpi, w lidze hiszpańskiej zdobył dwie bramki w sześciu meczach, jego frustrację widać gołym okiem, choćby wczoraj w meczu z Athletic Bilbao, gdy w doliczonym czasie biegł sam na bramkę Barsków od połowy boiska. Po czym nieatakowany trafił piłką w bramkarza.

Na szczęście wynik na tablicy brzmiał wtedy 2:1. Zmarnowana szansa Ronaldo pozostała bez konsekwencji, dzięki bramkom Benzemy i Moraty, który go zmienił. Trzeba się chyba do tego przyzwyczajać, CR7 zdobędzie z pewnością dla Realu jeszcze wiele bramek, ale czy zdoła utrzymać kosmiczną średnią przekraczającą 1? Wątpliwe. Póki co wynosi ona jesienią 0,44. Może to zwiastuje, że Real z konieczności osiąga wyższy stopień zespołowości?

Tym ważniejsze jest to, co urodzi się z rywalizacji Benzemy i Moraty, być może mecz z Athletic Bilbao, który zapewnił Realowi powrót na szczyt tabeli Primera Division, nie był odstępstwem od reguły, ale zapowiedzią czegoś nowego. Na grę Moraty z zazdrością może patrzeć dziś Barcelona, która latem za te same 30 mln euro, co Real odkupił Alvaro z Juventusu, sprowadziła z Valencii Paco Alcacera. Alcacer miał być alternatywą dla Luisa Suareza, ale póki co nie jest nawet jego cieniem. Morata zdobył w tym sezonie dla Realu cztery bramki, tyle samo co Benzema i Ronaldo. Alcacer póki co ani jednej. W sobotę wrócił na Estadio Mestalla w Walencji, by 90 minut przesiedzieć na ławce. I zobaczyć jak oddany za niego do Valencii Munir zdobywa gola na 1:1.

Alcacer przybył do Barcelony, by uczyć się od trio MSN (Messi, Suarez, Neymar). Ale jeśli nie będzie grał, nie odzyska pewności siebie. Gdy wychodzi na boisko, pudłuje w najprostszych sytuacjach. Co oczywiście może się jeszcze zmienić w miarę poznawania tajników gry Barcelony. Póki co biega i myśli o dwa tempa za wolno.

Kiedy Real odzyskał latem Moratę z Juventusu, miał kilka ofert by go sprzedać za kwotę znacznie wyższą niż 30 mln. Reprezentanta Hiszpanii chciało Atletico i kluby angielskie, ale Perez nie miał zamiaru skorzystać z tych ofert. Wychowanek może nie szybko przebije się do podstawowego składu, może nawet będzie zastępował Benzemę cały sezon, ale już do tej pory zagrał w 13 meczach.

A więc obietnica Zinedine’a Zidane’a, że będzie ważnym graczem w królewskiej kadrze się spełnia. Uratował przecież zwycięstwo w meczu ze Sportingiem Lizbona na Santiago Bernabeu, a do 88. minuty zanosiło się na wielki falstart obrońcy trofeum w Lidze Mistrzów. Taki rezerwowy to skarb, zwłaszcza, że fakt, iż jest wychowankiem powinien przemawiać na jego korzyść, a nie obciążać. Czas, by po Raulu Gonzalezie, jakiś inny absolwent La Fabrica występował na Santiago Bernabeu w rolach głównych.

niedziela, 23 października 2016

Po dwóch wygranych 4:0 Barcelona jeszcze raz się przekonała, że łatwych wizyt na Mestalla nie ma, choć nie przegrała tam 10 ostatnich meczów.

Dziesięć sekund przed końcem gry Abdennour powalił na murawę Luisa Suareza. Karny był ewidentny, znacznie mniej ewidentny był jego wykonawca. Barcelońskie trio MSN ma z tym ogromny kłopot, Luis podszedł do Leo i poprosił, by wziął na siebie odpowiedzialność. Dramat dobiegał końca - Barcelona remisowała z Valencią 2:2, po meczu pełnym drastycznych spięć i błędnych decyzji arbitra naznaczonym ciężkim urazem Andresa Iniesty.

W bramce Valencii stoi facet, który broni 50 proc jedenastek. Diego Alves wyczuł Messiego, ale piłki nie zdołał wybić. Barca zgarnęła punkty, na kolejne straty na Mestalla pozwolić sobie nie mogła. W świętujących graczy blaugrany poleciała butelka uderzając w głowę Neymara. Pełna, ale plastikowa. Na szczęście.

Rzadko widuje się Messiego wzburzonego do takiego stopnia. Rzucił kilka przekleństw w stronę widowni, zapomniał zasłonić usta, łatwo było się zorientować nie będąc specem od odczytywania słów z ruchu warg.

Dramat sobotniego popołudnia tworzyli wszyscy, na czele z sędzią Undiano Mallenco, który nie powinien był uznać pierwszej bramki Messiemu, bo Suarez stojący na spalonym podskoczył nad piłką.

To był jeden z takich meczów, w których rywal nie chce wyłącznie grać w piłkę, ale dąży do wywołania wojny na boisku. Gdy ktoś z Barceloną mierzy się na umiejętności, zwykle kończy jak ostatnio Deportivo i Manchester City (porażki 0:4). Zespół Prandellego chciał wziąć Katalończyków walką i był tego bardzo blisko. Jednym z bohaterów Mestalla był Munir, który zdobył gola na 1:1. Z zazdrością patrzył na niego z ławki Paco Alcacer kupiony do Barcy za 30 mln, by zając miejsce Munira i dać mu czas na rozwój.

Na Mestalla najjaśniej świecił Messi, który swoim zwyczajem nie brał udziału w bitwie. Znikał na długie minuty, jakby unikał walki, ale jednym dotknięciem piłki, zmieniał wszystko. Zdobył dwa gole, jego średnia jest w tym sezonie niebotyczna. 14 bramek w 11 meczach, trafia do siatki co 60 minut. Tak często nie robił tego nigdy.

Trzeba za Argentyńczyka biegać, walczyć w tyłach, ale warto - w Barcelonie to wciąż on robi różnicę, widać to zwłaszcza wtedy, gdy Neymar miota się w bezproduktywnych dryblingach. Na Mestalla Messi pojawiał się i znikał, na koniec pozostało wrażenie, że z boku przyglądał się 21 walczącym, ale i tak miał najwięcej do powiedzenia.

Barcelona poniosła wielką stratę. Zaatakowany ostro, ale nie złośliwie Iniesta będzie pauzował od 6 do 8 tygodni. Może wróci na klasyk na początku grudnia? To zła wiadomość, bo kupiony z Valencii Andre Gomes gra póki co słabiutko. Daleko mu do poziomu Umtitiego, który z marszu zastąpił Gerarda Pique. Trzeba sobie poradzić bez Pique, Iniesty i Jordiego Alby kilka tygodni. Już widać, że wzmacnianie ławki ostatniego lata, było dobrym kierunkiem. Choć transfery Gomesa i Alcacera wyglądają póki co marnie.

środa, 19 października 2016

Hat trick Argentyńczyka i asysta rozstrzygnęły hit trzeciej kolejki Ligi Mistrzów, w której Manchester City zagrał na Camp Nou odważnie, ale poległ 0:4 przez własne błędy.

„Moim idolem z dzieciństwa był Maradona, ale kogoś takiego jak Messi nigdy nie widziałem. Pewnego dnia opowiem swoim wnukom, że to ja byłem jego trenerem” - mówił kiedyś Pep Guardiola. To on uchodzi za szkoleniowca, przy którym Argentyńczyk najbardziej się rozwinął. Pep znalazł mu nową pozycję w ataku, przesunął ze skrzydła bliżej bramki, dzięki czemu Leo stał się maszyną do zdobywania bramek. W tamtych czasach ustanowił niepobity rekord ligi hiszpańskiej - 50 bramek w sezonie 2011-2012. Dziś Luis Enrique robi coś przeciwnego - zachęca Argentyńczyka, by brał jak najczęstszy udział w konstruowaniu akcji. Messi rekordów strzeleckich nie śrubuje, ale wciąż rozstrzyga mecze wagi ciężkiej.

- Kocham zwycięstwa, ale też potrafię przegrywać - opowiadał Guardiola przed wczorajszym hitem na Camp Nou. Jego filozofia się nie zmienia. Nowy trener Manchesteru City tłumaczy, że straciłby wiarygodność w oczach swoich piłkarzy, gdyby z obawy przed przeciwnikiem kazał im grać inaczej niż zwykle. Maksymalizacja posiadania piłki i wysoki pressing stały się teraz znakiem firmowym drużyny z Etihad Stadium. Wczoraj udowodnili to na Camp Nou - czyli w miejscu, gdzie rzadko ktoś ma na to odwagę. Ta odwaga City została ukarana w 17. min, gdy w polu karnym przewrócił się Fernandinho. Do piłki dopadł Messi, zatańczył przed Claudio Bravo, a potem posłał ją do pustej bramki.

Zwykle tak to się kończy. Najbardziej misterny plan wali się w gruzy, gdy pojawia się Argentyńczyk. To on rozbił obronę Bayernu Monachium półtora roku temu, gdy w półfinale Ligi Mistrzów Guardiola pierwszy raz z innym zespołem wracał do domu. Dom okazał się dla niego niegościnny. Tak jak wczoraj.

Błąd Fernandinho był tylko początkiem dramatu City. Choć Barca już w pierwszej połowie straciła Jordiego Albę i Gerarda Pique - dwa filary obrony. Pierwszemu odnowił się uraz, drugi kontuzji doznał po faulu Davida Silvy. Na szczęście dla Luisa Enrique do zdrowia zdążył wrócić Samuel Umtiti.

Kiedy wydawało się, że defensywa Barcy trzeszczy w szwach, odważna taktyka Guardioli jeszcze raz zawiodła z powodu indywidualnego błędu. Claudio Bravo został latem wykupiony z Barcelony, bo znakomicie gra nogami, a tylko taki bramkarz może zadowolić Pepa. Wczorajszy mecz był swoistym porównaniem z Markiem Andre Ter Stegenem, z którym Bravo przez dwa lata rywalizował o miejsce w bramce Barcelony. W tym sezonie więcej pretensji było do Niemca, wczoraj obaj ryzykowali dużo, ale ryzyko zemściło się na bramkarzu City. W 52. min wyszedł poza pole karne i podał piłkę Luisowi Suarezowi. Gdy Urugwajczyk posłał ją na nim lobem, interweniował rękami, więc dostał czerwoną kartkę.

Wtedy odważna taktyka City ostatecznie zwaliła się w gruzy, Messi zdobył drugą i trzecią bramkę rozstrzygając losy meczu. Czerwona kartka dla Mathieu wyrównała siły, ale przy wysokim prowadzeniu Barcy, niewiele mogło się zmienić. Dopiero wtedy Pep wpuścił na boisko klasycznego środkowego napastnika Sergio Aguero. Wciąż główną rolę grał Messi, który wywalczył rzut karny dla Neymara. Brazylijczyk strzelił jednak w ręce Willy’ego Caballero. Ale chwilę później Leo asystował Brazylijczykowi przy czwartej bramce.

Mówił kiedyś Guardiola, że do Messiego trzeba mówić mało. Ale uważnie wsłuchiwać się w tych parę słów, które on szepcze pod nosem. I nigdy nie zdejmować go z boiska przed końcem meczu, nawet po to, by kibice podziękowali mu za grę owacją na stojąco. Minęły cztery lata od kiedy Guardiola opuścił Barcelonę, ale wszystkie jego uwagi na temat Messiego pozostają aktualne.

wtorek, 18 października 2016

Dla piłkarzy mistrza Polski Real Madryt jest przeciwnikiem wymodlonym. Dziś o 20,45 na Santiago Bernabeu w trzeciej kolejce Ligi Mistrzów poznamy skutki tej modlitwy.

To nie jest normalny mecz, to wydarzenie dla kraju. Mistrz Polski staje w szranki z najbardziej ekskluzywną futbolowa marka świata. Najbogatszy, najbardziej utytułowany, z gwiazdami o globalnej sile oddziaływania - taki jest Real dziś - broniąc tytułu w Lidze Mistrzów, najbardziej prestiżowych i najlepiej opłacanych rozgrywkach klubowych.

Jak znaleźć wspólny mianownik między drużyną wartą 30 i 770 mln euro? Jak znaleźć wspólny mianownik między najwyżej wycenianym w Legii Vadisem Odjidją-Ofoe (według Transferparkt 4,5 mln euro) i Cristiano Ronaldo (110 mln)? Obawa przed sportową katastrofą mistrza Polski jest uzasadniona. Bilans Legii w dwóch wcześniejszych meczach Ligi Mistrzów z Borussią Dortmund i Sportingiem Lizbona wygląda traumatycznie: 0 pkt, bramki 0:8! Dramatyzm sytuacji potęgują wybryki stołecznych chuliganów, za co UEFA nakazała rozegrać rewanż z Realem 2 listopada w Warszawie przy pustych trybunach.

W sobotę wieczorem 24 godziny po porażce mistrza Polski w ligowym starciu z Pogonią w Szczecin (2:3), Real grał w Sewilli z Betisem rozbijając go 6:1. Wystąpił bez trzech kontuzjowanych gwiazd, które nie zagrają z Legią - szefa obrony Sergio Ramosa, oraz pomocników Luki Modrica i Casemiro. Cóż to jednak za ulga dla mistrza Polski - na królewskiej ławce siedzą piłkarze warci dziesiątki milionów. Na Jamesa, Isco, Kovacica, czy Moratę prezes Florentino Perez wydał 150 mln euro. Ta czwórka przeżywa właśnie okres wyższej aktywności. W Sewilli bohaterem był Isco, którego w podstawowej jedenastki wprowadziły kontuzje kolegów. Zdobył dwa gole i ogłosił: „potrzebowałem właśnie takiego meczu”.

Liga Mistrzów to wyzwanie elitarne - dla drużyny z Polski jedyna szansa zmierzenia swoich sił z największymi. Dlatego przed losowaniem wielu graczy Legii chciało trafić na Real, choćby skutki zderzenia na boisku dwóch odległych światów łatwo było przewidzieć. Kwestią zdają się być tylko rozmiary i styl porażki Legii? Real musi wygrywać walcząc o zwycięstwo w grupie.

Klub z Warszawy wrócił do Ligi Mistrzów po 21 latach, ale w tym sezonie gra akurat fatalnie. Nie tylko w Champions League. W ekstraklasie jest dopiero na 12. pozycji mając zaledwie o 2 pkt więcej od leżącej na dnie Wisły Kraków.

Nadzieją mistrza Polski jest powrót do zdrowia Michała Pazdana. Środkowy obrońca pauzował od 23 września, gdy doznał kontuzji barku. W tym sezonie Legia straciła 32 gole w 22 meczach, Pazdan zagrał w 11 z nich, w których bramkarz Legii został pokonany tylko pięć razy. Z nim aż osiem razy defensywa mistrza Polski zagrała na zero.

Kluczowym momentem miała być zmiana trenera: Besnika Hasiego zastąpił Jacek Magiera, debiutant, ale lubiany przez piłkarzy. Legioniści zaczęli walczyć, ale w Szczecinie wróciły koszmary. Defensywa mistrzów Polski w starciu z przeciętnym rywalem z ekstraklasy znów rozpadła się na kawałki.

Jak powstrzymać dziś madryckie trio BBC? Czy ma znaczenie fakt, że Cristiano Ronaldo, Gareth Bale i Karim Benzema przeżywając różne trudności zdobyli w tym sezonie tylko 10 bramek?

Real ma dziś niemiecki mózg. Podobno Toni Kroos dostał ostatniego lata czek in blanco z Etihad Stadium. Szejkowie z Manchesteru City zachęcali go, by wpisał tam dowolną kwotę, jeśli zgodzi się zostać liderem drużyny, którą przejął Pep Guardiola. Prasa hiszpańska informowała, że po zwycięstwie w Lidze Mistrzów aż ośmiu graczy Realu otrzymało propozycje z innych klubów z pensją wyższą niż otrzymują w Madrycie (Casemiro, Modric, Varane, Isco, James, Morata). A przede wszystkim Bale kuszony milionami przez wszystkie wielkie kluby z Wysp na czele z Manchesterem United. Nowy kontrakt telewizyjny w Premier League zapewnia nawet angielskim słabeuszom wpływy porównywalne z tymi, które z praw do pokazywania meczów otrzymują Real i Barcelona - dwie największe hiszpańskie potęgi.

Prezes Florentino Perez zrozumiał, że siatka płac wymaga gruntownych zmian, jeśli nie chce stracić kluczowych graczy. Pierwszy negocjował Kroos, którego zarobki wzrosły dwukrotnie, do 20 mln euro za sezon (brutto). Niemiec jest mózgiem drużyny, piłkarzem o najwyższej celności podań w lidze hiszpańskiej (94 proc), najlepszym asystującym w wielkich ligach Europy w tym sezonie. A więc graczem o jakim Guardiola i każdy inny trener na świecie marzy.

W kolejce do kasy Realu stoją następni, także Cristiano Ronaldo - mimo 31 lat ma zostać najwyżej opłacanym piłkarzem na ziemi.

Te fakty tłumaczą, dlaczego Perez przegrał latem wyścig po Paula Pogbę. Ponad stumilionowego transferu powiększonego o galaktyczną gażę dla młodego Francuza nie wytrzymałby nawet największy budżet w futbolu. Prezes Realu ogłosił, że takiej kadry nie da się wzmocnić.

Dla  nas nie do wyobrażenia jest dziś tak dramatyczna rywalizacja jak ta Realu z Górnikiem Zabrze w 1988 roku. „Królewscy” ze słynną Quinta del Biutre (Piątką Sępa) byli wtedy po Milanie Arrigo Sacchiego drugą drużyną w Europie. Ale mistrz Polski z Janem Urbanem w ataku bił się wspaniale do 77. min rewanżu na Santiago Bernabeu to Górnik był bliżej awansu. Dziś Real od czołowych polskich drużyn dzielą dwie przepaści.

Mecz z Legią to dla Madrytu epizodzik, ciekawostka egzotyczna. Media szukają tematów, bo nie rozbudzą wyobraźni Hiszpanów nazwiskami legionistów. Dziennik ABC pisał o zagrożeniach związanych z przybyciem kibiców z Polski. Ponoć przygotowania policji, władz miasta i Realu trwały od dwóch tygodni. Hiszpanie traktują to jak mecz podwyższonego ryzyka, dlatego zastrzeżono, że na stadion wejdą tylko ci z polskich kibiców, który kupili bilety za pośrednictwem Legii i zajmą miejsca na specjalnie wydzielonym sektorze Santiago Bernabeu. Ze względów bezpieczeństwa Real nie chce by goście z Warszawy mieszali się z kibicami z Madrytu.

Ten sam ABC opublikował też tekst o „wielkim polskim pisarzu Ryszardzie Kapuścińskim” nazywanym w Hiszpanii „Mistrzem”, który miał epizod w bramce dziecięcej drużyny Legii, tuż po okupacji, gdy jego rodzina przeniosła się z Pińczowa do Warszawy. Idolem Kapuścińskiego był legendarny Kazimierz Górski, Lwowiak, który po wojnie grał w Legii. Dopiero w 1949 roku, gdy Kapuściński dostał ofertę pracy w „Sztandarze Młodych” umarł bramkarz, ale narodził się przyszły cesarz reportażu.

Czy piłkarze mistrza Polski będą dziś w stanie dostarczyć Hiszpanom innych tematów?

środa, 12 października 2016

Dwie trzecie polskich goli w kwalifikacjach do mundialu w Rosji zdobył Robert Lewandowski. I nawet to nie oddaje skali w jakiej kadra Adama Nawałki uzależnia się od niego.

Obrazek półprzytomnego z emocji prezydenta Dudy skandującego przed kamerami Polsatu nazwisko napastnika Bayernu pozostanie dla mnie najgłębszym wspomnieniem meczu z Armenią. Głowa państwa składała hołd bohaterowi drużyny, która pokonała w Warszawie 112. zespół światowego rankingu. Bramka Lewandowskiego w 95. min uratowała punkty, zaraz po tym jak Aras Ozbiliz kopnął piłkę obok słupka w sytuacji sam na sam z Łukaszem Fabiańskim. W 70 sekund kibic przebył z zespołem drogę z piekła do nieba.

Kiedy ochłonął przez głowę przebiegły mu ponure myśli. Ćwierćfinalista Euro 2016 był o krok od porażki z ostatnim zespołem w tabeli, który przez godzinę grał w dziesiątkę. Z jednej strony taki mecz buduje sportową dramaturgię, uzmysławia samym piłkarzom, że wszystko jest możliwe do końca, z drugiej nikt nie chce nawet myśleć co by było, gdyby kadra Nawałki musiała zagrać choć jeden mecz w tych eliminacjach bez swojego kapitana.

Część z nas była poruszona, gdy trener Danii Age Hareide powiedział, że Polska jest drużyną łatwą do rozszyfrowania. A po porażce w Warszawie dodał, że oba zespoły różni osoba Lewandowskiego. Rzeczywiście w kwalifikacjach do rosyjskich mistrzostw świata kapitan ciągnie drużynę za uszy, sprawia wrażenie jakby połowa jej atutów przepływała przez jego buty. Pięć goli z siedmiu zdobytych, plus ten szósty, a pierwszy z Ormianami, gdzie po jego strzale zdezorientowany obrońca wpakował piłkę do własnej bramki.

Trudno się złościć na Hareide, bo zespół jednej gwiazdy rzeczywiście jest przewidywalny i łatwiejszy do zatrzymania. Nie trudno przewidzieć jak grają Polacy skoro każda akcja musi mieć stempel jednego zawodnika. Kuba Błaszczykowski zaliczył przy zwycięskim golu z Ormianami wspaniałą asystę, ale gdyby rywale zablokowali Lewandowskiego, mieliby remis.

A przecież jeszcze do niedawna spieraliśmy się kto był najlepszy w drużynie Nawałki na Euro 2016. Grzegorz Krychowiak przenosił pozycję nietykalnego w Sevilli na zarządzanie środkiem pola reprezentacji. Błaszczykowski zdobywał bramki, miał asysty, wykonywał tytaniczną pracę w tyłach. Kamil Glik szefował obronie, u jego boku rozbłysła gwiazda Michała Pazdana. Kamil Grosicki włączał turbo, Arkadiusz Milik był wsparciem dla Lewandowskiego. Łukasz Piszczek i Artur Jędrzejczyk zabezpieczając tyły pchali do przodu polskie skrzydła. Przegrany ćwierćfinał z późniejszymi mistrzami z Portugalii pozostawił wrażenie wspólnej, solidarnej i solidnie wykonanej pracy.

Piłkarze byli wobec siebie wymagający bardziej niż kibice, powtarzali, że awans do ósemki najlepszych w Europie to za mało, by mówić o sukcesie. Spektakularne, stumilionowe letnie transfery podgrzały atmosferę wokół kadry, która jesienią zamiast wykonać kolejny krok, popada w stagnację i uzależnienie od swojej największej gwiazdy.

Główna zmiana Nawałki polega na odważnym wprowadzeniu do środka pomocy Piotra Zielińskiego, kreatywnego, zdolnego 22-latka. To piłkarz ofensywny, ale trudno obarczyć go winą za to, że w trzech meczach kwalifikacji mundialu w Rosji drużyna straciła aż 5 goli. Gdyby Polacy tak bronili na francuskim Euro (2 bramki stracone w 5 spotkaniach), nie byłoby mowy o odrodzeniu drużyny narodowej.

Lista trudności z jakimi boryka się dziś Nawałka jest znacząca, od kontuzji Milika i Pazdana, przez Bartosza Kapustkę i Krychowiaka szukających miejsca w nowych klubach. Żaden trener nie pracuje w warunkach idealnych, polski selekcjoner kroi drużynę z zaledwie kilkunastu dobrych graczy. I może sobie poradzić wyłącznie przy maksymalnym zaangażowaniu wszystkich.

Przekaz Lewandowskiego po zwycięstwie z Armenią był jasny: Polska nie jest na tyle mocną drużyną, by wygrywać choćby ze słabeuszami bez 100-procentowego poświęcenia. Pocieszający może być fakt, że takie mecze jak z Kazachami i Ormianami uświadamiają to zawodnikom. Zbigniew Boniek przypominał, że na tych dwóch słabszych drużynach można zdobyć aż 12 pkt, co jest fundamentem walki o rosyjski mundial. Z tej puli Polakom pozostało 10 pkt, a niewiele brakowało, żeby stanęło na siedmiu. Wtedy straty z outsiderami trzeba by odrobić na Rumunach, Czarnogórcach i Duńczykach. Czyli o awans na mundial byłoby bezdyskusyjnie trudnej.

czwartek, 06 października 2016

„Wygrajmy dwa najbliższe mecze i po kiksie w Astanie wszystko wróci do normy” - przekonuje Robert Lewandowski. No więc, wygrajmy.

Pochodzący z Ugandy 21-letni Pione Sisto zdobył w niedzielę pierwszą bramkę w meczu Celty z Barceloną. Szybki, sprawny, dynamiczny prawoskrzydłowy potrafi wskoczyć przed Jordiego Albę i pokonać Marca-Andre Ter Stegena. To ostrzeżenie wysłane do Macieja Rybusa i wszystkich kibiców polskiej kadry przeświadczonych, że Dania to dziś drużyna przeciętna nie bardzo mająca kim straszyć. Gwiazdą jest Christian Eriksen prowadzący grę w Tottenhamie, do kapitana reprezentacji Polski piłkarską renomą jednak nie doskakuje. Można zaryzykować tezę, że indywidualnie drużyna Adam Nawałki ma potencjał wyższy, co rzecz jasna zwiększa jej szanse na zwycięstwo. Gwarancji nie ma nigdy.

Z psychologicznego punktu widzenia Duńczycy są w znacznie większym komforcie. Remis w Kazachstanie wywołał w Polsce ciężkiego kaca. Zaraz po tym jak drużyna wskoczyła do ósemki najlepszych w Europie, chwilę po tym jak poczuliśmy się więksi, znów musieliśmy się poczuć mali.

Lewandowski mówi, że kadra musi wytrzymać i przyzwyczajać się do roli faworyta. Nie można wiecznie przed nią uciekać. Napastnik Bayernu jest z taką presją oswojony, czy są oswojeni inni? Przekonamy się w sobotę. Dla Polski to mecz absolutnie o być, albo nie być - po złym starcie zespół nie może zrobić kolejnego kroku do tyłu. Tymczasem przeciwnik jest co najmniej o dwie klasy mocniejszy. Duńczycy są skromni, profesjonalni, wybiegani i dobrze zorganizowani - taka u nich tradycja. Nie uchodzą i nie uważają się za potęgę, ale ten kto musi ich pokonać ma szansę udowodnić sobie i innym, że jego wysokie aspiracje są uzasadnione. Rumuni i Czarnogórcy to drużyny silne, ale chimeryczne, z Danią jest inaczej - trudno liczyć na jej słaby dzień.

Pocieszający jest fakt, że w pierwszej serii meczów w tych eliminacjach wygrali tylko Duńczycy. Z Armenią u siebie - to było spotkanie z gatunku takich jak dla Polaków w Astanie. Ta grupa wydaje się bardzo wyrównana, gdyby jednak w sobotę Polacy stracili punkty z Danią automatycznie przekształci się ona w faworyta. Trzeba więc wygrać z dwóch powodów, odbudować własne morale i ostudzić rywala, który po remisie w Warszawie (o zwycięstwie nie wspominając) dostałby olbrzymi zastrzyk energii już na starcie.

Przez ostatnie dekady polscy piłkarze byli faworytami głównie w starciach ze słabeuszami. Dziś czują się faworytami przed meczem z zespołem dobrym - prezentującym średni poziom europejski. Aby te ambicje potwierdzić - trzeba wygrać. A żeby wygrać trzeba się szykować na taki bój jak ze Szwajcarią w 1/8 finału Euro 2016. Lewandowski, Milik, Błaszczykowski, Piszczek, Glik, Krychowiak, Fabiański, Grosicki i reszta mają potwierdzić, że we Francji nie mieliśmy do czynienia z wybrykiem natury.

Szanse są spore. Z tego pokolenia polskich piłkarzy na mundialu nie był jeszcze nikt. Czekać nie ma na co, tuż po mistrzostwach świata w Rosji kapitan reprezentacji Polski skończy 30 lat. To samo Kamil Glik, Grzegorz Krychowiak będzie miał wtedy 28 lat, Błaszczykowski i Piszczek już są po trzydziestce. Teoretycznie czas mają Milik, Piotr Zieliński, Karol Linetty, ale zawodowy futbol nie zawsze daje drugą szansę. Teraz, gdy reprezentacja Nawałki osiągnęła dobry poziom, musi wykorzystać swój moment, bo następny może w ogóle nie nadejść. A przecież kwalifikacje do mundialu są dwa razy trudniejsze niż kwalifikacje do Euro, w mistrzostwa świata zagra 14 drużyn z Europy aż o 10 mniej niż w mistrzostwach we Francji. Margines błędu jest więc mniejszy, w dodatku w Astanie Polacy już go zredukowali do minimum.

środa, 05 października 2016

Manuel Neuer podsycił modę na bramkarzy wcielających się w rolę ostatniego obrońcy. W meczu Celta – Barcelona o śmieszność otarł się jeden z jego najzdolniejszych naśladowców.

Katalończycy przegrywali do przerwy 0:3, ale potem szybko się pozbierali. Gole Pique i Neymara dały im realną szansę na remis w 64. minucie. Kiedy rozpoczynał się ostatni kwadrans piłka trafiła do bramkarza Marca-Andre Ter Stegena, do którego podbiegał Pablo Hernandez. Niemiec nie podał piłki do najbliższego kolegi, ale postanowił przerzucić ją nad głową napastnika Celty. Zrobił to jednak fatalnie, Hernandez wbił ją do bramki. Było 2:4, załamani Katalończycy zdołali już tylko zdobyć jednego gola. I przegrali.

Jeden z komentatorów ligi hiszpańskiej zakpił, że Ter Stegen musi uważać się za Garrinchę. Niemiec był po meczu skruszony, przeprosił za błąd, ale powiedział, że stylu gry nie zmieni. W obronę wzięli go koledzy z drużyny i trener Luis Enrique mówiąc, że ryzyko, które podejmuje Ter Stegen wynika ze stylu gry drużyny. To prawda, w meczu drugiej kolejki ligi hiszpańskiej na San Mames w Bilbao bramkarz Barcy zaliczył więcej kontaktów z piłką niż sam Leo Messi! Wykonał aż 62 podania z czego 51 celnych. Wtedy też popełnił gruby błąd przy wyprowadzeniu piłki, ale Baskowie nie potrafili go wykorzystać. Barca wygrała 1:0.

Spór nie dotyczy umiejętności gry nogami bramkarzy, ale skali ryzyka, które podejmują. Niedawno głośna na cały kontynent była wymiana dokonana w bramce Manchesteru City. Nowy trener Pep Guardiola odsunął od składu symbol drużyny Joe Harta, tłumacząc, że potrzebuje bramkarza potrafiącego dobrze wyprowadzać piłkę. I zapłacił 18 mln euro za 33-letniego goolkipera Barcy Claudio Bravo. Kibice City byli jednak skonsternowani, gdy w swoim debiucie w derbach Manchesteru Chilijczyk próbował tuż przed linią bramkową kiwnąć Wayne’a Rooney’a. Anglik bramki nie zdobył, nowy bramkarz City wybił mu piłkę powalając na ziemię, ale wielu obserwatorów uważało, że należała się jedenastka i czerwona kartka dla Bravo. Na jego szczęście sędzia ocenił tę sytuację inaczej.

Moda na bramkarzy grających nogami pochodzi z futsalu, gdzie w bramce staje często zawodnik z pola, by pomóc kolegom rozegrać atak pozycyjny stwarzając przewagę liczebną. Barcelona skopiowała to do piłki jedenastoosobowej. Zanim jej bramkarz Victor Valdes osiągnął szczyt kariery, zawalił kilka bramek. Według Katalończyków bilans i tak był dodatni, ale w reprezentacji Hiszpanii selekcjoner Vicente Del Bosque wołał grającego tradycyjnie Ikera Casillasa. Rzecz jasna Valdes nie był prekursorem gry nogami, przed nim w Hiszpanii grał tak Jose Molina, który w „La Roja” zadebiutował nawet grając w polu.

Słynny kolumbijski bramkarz Rene Higuita też był szaleńcem na linii, jego błąd pozbawił drużynę narodową awansu do ćwierćfinału mundialu Italia’90. Ryzykowanie grał Meksykanin Jorge Campos, który tamtejszej lidze bywał napastnikiem. Słynny Jose Luis Chilavert, specjalizował się w wykonywaniu rzutów wolnych i karnych zdobywając dla Paragwaju 8 bramek.

To jednak czasy odległe. Nowy boom na bramkarzy grających nogami i podejmujących ryzyko wybuchł po mundialu w Brazylii, gdy brawurowe wybiegi Manuela Neuera uratowały Niemcy przed porażką z Algierią w 1/8 finału. Złoto było w dużym stopniu zasługą bramkarza uznawanego za bezdyskusyjny numer 1 w swoim fachu. W Bayernie Neuer podejmował ryzyko wiele razy, i kilka razy drużyna zapłaciła za to stratą gola. Na przykład w 1/8 finału Ligi Mistrzów przed rokiem w starciu z Juventusem, gdy pochopnie wybiegł z bramki.

Trudno określić gdzie przebiega granica rozsądku? Nie sposób wykonać dokładnych badań, które wskazywałyby, czy ryzyko bramkarzy grających nogami opłaca się drużynie. Każdy trener określa to sam. Z pewnością Enrique nie skrytykuje Ter Stegena publicznie, ale może zwrócić mu uwagę, że to co zrobił w meczu z Celtą przekroczyło dopuszczalne standardy. Ter Stegen jest sześć lat młodszy od Neuera, znają się z kadry, wydaje się więc naturalne, że 24-letni Marc próbuje równać do ideału. Ze względu tę jego zdolność do gry nogami Barca zapłaciła Borussii Moenchengladbach 12 mln euro.

poniedziałek, 03 października 2016

Wzmocnione triumfem nad Bayernem Atletico wskoczyło na szczyt Primera Division. Real i Barcelona człapią noga w nogę.

Teorie na temat Barcy rosną jak grzyby po deszczu. Po zwycięstwie nad Sportingiem Gijon wyliczono, że Neymar gra lepiej i strzela częściej, gdy na boisku nie ma Leo Messiego. W niedzielną noc w Vigo wszyscy zatęsknili za kontuzjowanym Argentyńczykiem, obraz nędzy i rozpaczy wysłany przez drużynę w pierwszej połowie dowodził, że messiuzaleznienie nie jest tezą bez pokrycia. Jasne, że Barca bez Messiego jest słabsza, ale wciąż ma potencjał, by wygrywać. Neymar i Luis Suarez muszą jednak zachować swój normalny poziom, co w Vigo nie miało miejsca.

Kiksy obrony poszły na konto Mathieu, tak ostro traktowanego jak przed nim Mascherano. Pique obronił się dwoma zdobytymi golami, ale w tyłach też nie błyszczał. Wynik 0:3 do przerwy trzeba było mozolnie odwracać, a kiedy było blisko bramkarz Ter Stegen zrobił co mógł, by koledzy porzucili złudzenia. Niemiec przepraszał za to co zrobił, bo zrobił gigantyczną głupotę, ktoś ironizował, że uważa się za Garrinchę, którym nie jest ani on ani wielu podobnych. Piłka wymaga podejmowania ryzyka, ale i kalkulowania ryzyka, co może zyskać bramkarz próbujący przerzucić piłkę nad napastnikiem?

Czwarty gol dla Celty załatwił sprawę i teraz można gdybać, czy Barcy szkodzi wirus FIFA tylko po powrocie z meczów reprezentacji, czy również przed wyjazdem na nie.

Tak samo zły wynik osiągnął Real Madryt. Mecz z Eibarem na Santiago Bernabeu przedłuża serię remisów do czterech. Ten czwarty remis był najbardziej bolesny, drużyna bez Casemiro i Luki Modrica totalnie traci impet. Podobno Zinedine Zidane był wściekły, co tylko dobrze o nim świadczy, trudno robić dobrą minę do gry tak fatalnej.

Największą odporność wykazało Atletico. Zaczęło sezon od straty 4 pkt w dwóch kolejkach, by od tamtej pory mknąć jak pospieszny pociąg. Na Mestalla gracze Diego Simeone zaprzepaścili dwa rzuty karne, mimo to mieli dość siły i odporności, by pewnie wygrać 2:0. Kevin Gameiro podjął słuszną decyzję wybierając kierunek madrycki zamiast barcelońskiego. Camp Nou skusiło Paco Alcacera i póki co wygląda to na gruby błąd. Jeśli do Barcelony nie pasują Mathieu, czy Ter Stegen to Alcacer jest tam póki co powietrzem. Kontuzja Messiego miała być dla niego szansą, by pokazać, że był warty 30 mln euro. Ale z pochopnymi ocenami wypada się wstrzymać, by nie tworzyć kolejnej koncepcji na temat Barcelony, która nie oprze się próbie czasu tak krótkiego jak 90 minut.

Wizyta w Vigo staje się dla Luisa Enrique traumą, tak jak wyjazd do San Sebastian - gdzie Barca bierze baty bez względu na wszystko. Celta rozprzedała skład, który rozbił Barcę przed rokiem, miało być inaczej, a wyszło jak zwykle. Bardziej niż gracze Celty świętowali piłkarze Eibaru - punkt na Bernabeu to kompletnie nieoczekiwany dar od losu.

Nieprawdopodobna jest za to odporność Atletico, widać, że zespół z Calderon wciąż rośnie, świadomy, że po drodze do dojrzałości trzeba zebrać parę kopniaków (jak przegrane finały LM). Zwycięstwo nad Bayernem i Valencią to dowód, że wciąż wszystko jest możliwe: w kraju i za granicą.

Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac