blog Darka Wołowskiego
RSS
środa, 28 października 2015

Uciekając z Madrytu po najgorszym sezonie w życiu, Jose Mourinho wracał na Stamford Bridge jak do domu. Zaledwie 180 dni po odzyskaniu dla Chelsea mistrzostwa Anglii, przypomina rozbitka na wyspie bez wody. Ale z pragnienia umrzeć może raczej Chelsea.

W Hiszpanii niszczyły go media. Przedstawiając jak bufona, aroganta i szkodnika. Vicente del Bosque rzadko był tak kategoryczny jak przy ocenie trenera, który podkładał granaty w szatni, do której nawet wchodzić nie musiał. Jedność w drużynie ówczesnych mistrzów świata została zagrożona, Mou spolaryzował Hiszpanów jak prorok, który z fanatyzmem i wszystkimi dostępnymi środkami wiedzie wiernych do ziemi obiecanej. Barcelona nie była dla niego wyłącznie rywalem, ale wręcz obsesją. Chciał zasłynąć jako dżentelmen, który dopadł Pepa Guardiolę w ciemnej ulicy i zatłukł na śmierć parasolką.

W jednym Mou miał jednak rację. Dopóki prowadził drużynę do zwycięstw, lub chociaż dawał namiastkę nadziei na nie, jego palec wydobyty z oka Tito Vilanovy wskazywał Realowi jedyny właściwy kierunek. W książce „RealvsBarca. Wrogowie, którzy nie mogą bez siebie żyć” (tytuł hiszpański „Nacidos para incordiarse”) Alfredo Relano jako madridista przyznaje, że jego ukochany klub, jak żaden inny w Hiszpanii stał się zakładnikiem kultu zwycięstwa. Mou pasował do tego obrazu doskonale. Czy tak było na prawdę, czy nie, media na półwyspie Iberyjskim widziały w nim obłąkanego brnącego do celu wszelkimi środkami. I nakręcającego się każdym kolejnym szaleństwem.

Ale byli tacy, którym imponował. I imponuje do dziś. Który trener tak otwarcie i bezceremonialnie dałby po łapach Florentino Perezowi? Który usunąłby Jorge Valdano? Który postawiłby pod pręgierzem taką ikonę, jaką był wtedy Iker Casillas? Kto nazwałby powszechnie uwielbianą Barcelonę zgrają symulantów i cwaniaków? A Guardiolę zredukował do histeryka, bezwstydnika i katalońskiego ksenofoba? Ci, którzy uwielbiają sądy skrajne i zachowania desperackie, ci którzy nie wierzą w uczciwość piłki, a ufać jej przecież niełatwo. Dla wszystkich, którzy uważali, że Barcę na szczyt wynieśli sędziowie będący tylko lewym palcem spiskowej ręki UEFA, dla nich Porugalczyk był kapłanem. Atakował kolegów po fachu, sędziów, rywali, a nawet swoich piłkarzy i działaczy Realu, że zbyt opieszale za nim idą. To była religia negatywna, zwalczająca zło szerzące się dookoła. Zło które wszyscy znają, ale które tylko ON umie nazwać.

Mou nie polubił Hiszpanii z wzajemnością. Stał się tam wrogiem publicznym zamkniętym na skrawku ziemi z sektą ślepych wyznawców. Kurczyła się ona z każdą kolejną porażką, gwóźdź do trumny wbiło Atletico w finale Pucharu Króla. Wracał na Wyspy, bo tam go kochano, rozumiano jego język, metody i poczucie humoru. Tam gdzie Hiszpanie widzieli cynizm, Anglicy tylko planowe, inteligentne, lub prowokacyjne zachowania. Chroniące drużynę i dodające jej sił do walki. Poza tym cóż jest cudowniejszego ponad brytyjskie poczucie humoru?

Początek był niezły - Chelsea wróciła do półfinału Champions League przegranego z rewelacyjnym Atletico. Rok później przepadła w Europie, za to wróciła na tron w Anglii. Wystarczyło 180 dni od szczęśliwej chwili, by Mou znalazł się na dnie równi pochyłej. 5 porażek w 10 meczach ligowych i 5 pkt nad strefą spadkową. Tak źle nie zaczął nigdy. Sezon bez trofeum w Realu nie wygląda dziś tak fatalnie. Problemem dla Romana Abramowicza, by pozbyć się najlepszego trenera w dziejach klubu, jest 45 mln euro odszkodowania.

Dopóki wygrywał jego maniery raziły mniej. Częściej fascynowały. - Jeśli Chelsea chce mnie zwolnić, niech to zrobi - mówi Mou. Jasne, on na tym straci najmniej. Poza odszkodowaniem znajdą się jeszcze wielkie i bogate kluby, które przyjmą go z otwartymi ramionami. Za chwilę liczba rannych wśród europejskich kolosów się powiększy, kiedy zaczną tracić szanse na tytuły, karuzela trenerska ruszy. Mou wyszedł tak wysoko, że spadał będzie dłużej niż ktokolwiek sobie wyobraża. Posada w Paryżu? A czemu nie? Czyż The Special One nie jest największym ekspertem od misji specjalnych w Champions League? Czy nie te rozgrywki są przedmiotem obsesyjnego pożądania szejków z Kataru?

Poza tym Mou gwarantuje wieki show na ławce, jest postacią charyzmatyczną. Co szkodzi spróbować, gdyby grzecznemu Laurentowi Blancowi jeszcze raz nie powiódł się podbój kontynentu? Tak, Mou nie zginie. Zbyt duże jest w piłce zapotrzebowanie na jego cnoty.

wtorek, 27 października 2015

Bramkarz Realu Madryt jest największą gwiazdą Primera Division na starcie sezonu. Przyćmiewa wielkie strzelby z Ronaldo, Suarezem, Neymarem i Nolito. Czy peany dla Keylora Navasa biorą się wyłącznie z jego fenomenalnej formy?

Być może Iker Casillas powinien był opuścić Madryt znacznie wcześniej? Może błąd w finale Ligi Mistrzów w Lizbonie przeciw Atletico był sygnałem ostatecznym? Zapał z jakim legendarny bramkarz dziękował Sergio Ramosowi za ratunkową bramkę z 93. min pokazywał skalę winy, z której został oczyszczony. Przynajmniej w jakimś stopniu.

Iker mógł wierzyć, że to tylko incydent. Wcześniej grał na tyle dobrze, iż jako pierwszy w historii dotrwał do finału Pucharu Króla bez straty gola. Bramka Marca Bartry niewiele zresztą zmieniła, Real pokonał Barcelonę 2:1 otrzymując silny zastrzyk stymulujący, który wystarczył do sięgnięcia po „La Decima”. Może spełnione po 13 latach marzenie o 10. Pucharze Europy upoiło Florentino Pereza i samego Casillasa? Prezes oddał do Milanu Diego Lopeza uznając, że legendzie, wychowankowi należy się w klubie szczególne względy.

Keylor Navas przybył do Realu po fenomenatlnym mundialu w Brazylii, ale z misją wspierania Ikera. Pamiętam, że gdy dostał szansę w tak zwanym Supermeczu z Fiorentiną w Warszawie, jego gra nie zwalała z nóg. Carlo Ancelotti posadził go potem na ławce, w oczekiwaniu co się stanie z Ikerem. I właściwie nic się nie działo: ani nie zawalał, ani nie ratował drużyny, w półfinałach Ligi Mistrzów z Juventusem można było znaleźć pięć ważniejszych powodów porażki, niż gra bramkarza.

Dziś widać gołym okiem, że Navas szansę dostał za późno. Cud, że w ogóle się trafiła, jak opowiadał w ostatnim dniu okna transferowego widział już samolot, który miał go zawieść do Manchesteru. Wymiana na Davida de Geę omyłkowo nie doszła do skutku. Kostarykanin został na Bernabeu stając się z marszu najważniejszą postacią nowej drużyny. Nowej, bo prowadzonej przez Rafę Beniteza.

3 gole puszczone w 12 meczach tego sezonu są wynikiem świetnym. Tylko w jednym stracona bramka kosztowała Real punkty - w wyjazdowych derbach Madrytu z Atletico (1:1). Czy to wyczyny Navasa są tak imponujące, czy też ryglująca ręka trenera przykręciła rywalom kurek. W 9 meczach ligowych tego i poprzedniego sezonu Real zdobył 21 pkt, w Lidze Mistrzów nawet więcej przed rokiem (9), teraz ma 7. Z Ancelottim „Królewscy” zdobyli 43 bramki, z Benitezem 27. Straty? 12 miesięcy temu 12, teraz 3. Ta różnica 9 goli straconych jest znacząca przy ocenie gry bramkarza, a także defensywy poprzedniego i obecnego szkoleniowca.

Żeby odróżnić wpływ obu czynników, trzeba zerknąć w statystykę strzałów na bramkę Realu. Przed rokiem obrońcy „Królewskich” dopuszczali średnio do 11,3 uderzenia w meczu, teraz średnia to 10,6. A więc bardzo podobna. Można wnioskować, że różnica straconych bramek wynika ze skuteczności gry bramkarza. Wniosek jest obarczony ryzykiem o tyle, że jakość tych strzałów mogła być zupełnie inna. Ale w tym względzie Navasowi trudno cokolwiek zarzucić. Dziennikarz „El Pais” relacjonował, że opuszczając trybunę vip na stadionie Balaidos Emilio Butragueno powiedział, iż Kostarykańczyk dokonał w meczu z Celtą cudów. Nie trzeba zresztą powoływać się na Butragueno, widzieli to wszyscy, trener gospodarzy Eduardo Berizzo nie bacząc na okrucieństwo wobec Sergio Alvareza, powiedział: „różnica między nami i Realem sprowadziła się do gry bramkarza”.

A więc jednak Iker opuścił Madryt za późno. Jego walka z tą częścią kibiców z Santiago Bernabeu, której kierunek wciąż wskazywał nieomylny palec Jose Mourinho, była donkiszoterią? Gotowali kapitanowi z trybun kocią muzykę w każdym meczu, musiał się z tym mierzyć, może to budziło w nim zawziętość? Nie wspominając o bardzo wysokiej pensji, z której nie rezygnuje się łatwo. Ale to była pensja, na którą uczciwie pracował w Realu od 15 lat. Łzy Ikera, gdy informował, że odchodzi do Porto, pozostaną przykrym epizodem w historii klubu. Odchodził nie byle kto, choć może odchodził za późno.

A co do Keylora, spada na niego właśnie deszcz zachwytów przyćmiewający Ronaldo i całe BBC. Dziennik „El Pais” nazwał metodę Beniteza „Keylorsystemem”. Dziś „Marca” informowała o przedłużeniu kontraktu z Kostarykaninem, co wiąże się z podwyżką. To informacja dla tych, którzy wyrazu „pesetero” nadużywali wobec Casillasa. Wielu pracuje w mniejszym, lub większym stopniu dla wynagrodzenia. To wynagrodzenie bywa miarą oceny pracownika. Navas zasługuje na więcej? Trzeba tylko pamiętać, że najważniejszy egzamin wciąż przed nim. Gdy się jest bohaterem meczu Celtą, nie znaczy, że tak samo będzie przeciw Barcelonie. Choćby ta rewelacyjna Celta zbiła Katalończyków na kwaśne jabłko jak w tym sezonie.

poniedziałek, 26 października 2015

Pierwszy rok Luisa Suareza w Barcelonie zrekompensował mu lata tułaczki w klubach, z którymi nic, lub prawie nic nie dało się wygrać. Miał trudniej niż wielu innych. Nie znaczy, że gorzej.

Świętowali w szatni we trzech: Messi i Neymar w garniturach i Suarez w stroju sportowym, trzymając w rękach piłkę, którą w rocznicę debiutu w Barcelonie wbił trzy gole Eibarowi. Kontuzjowany Leo stęsknił się za szatnią, Neymarem i Suarezem. Dziś we dwóch muszą wydobywając drużynę z tarapatów. Słaba, niespójna, wolna i przewidywalna gra nagle przyspiesza, gdy Busquets odszuka kontakt z Neymarem, a „El Pistolero” zamienia ich starania na gole. I póki co starcza na Eibar, Rayo, Bayer Leverkusen i BATE Borysów. To są rywale, których trzeba ograć, by mieć frajdę zmierzyć się z najlepszymi w meczach o najwyższą stawkę. Na przykład 21 listopada w El Clasico z Realem Madryt.

Suarez zaczął grać w Barcelonie dokładnie rok temu, w meczu na Bernabeu wyszedł od początku, by asystować przy bramce Neymara. Potem „Królewscy” nakryli Katalończyków czapką, kolejny, jeszcze cięższy cios przyszedł w meczu z Celtą na Camp Nou. Barcelona z Urugwajczykiem w składzie straciła pozycję lidera, zaprzepaszczając uciułaną przewagę. Szybko jednak się okazało, że Suarez stanął u progu jednego z najlepszym momentów w karierze.

Na początku miejsce na środku ataku zarezerwowane był dla Messiego, przez zasiedzenie. „El Pistolero” cierpiał na skrzydle, ale zaciskał zęby asystując. Któregoś razu Leo zamienił się z nim miejscami, stało się to naturalnie, dobrowolnie, trochę przypadkowo, ale wszystkim się spodobało. Zyskiwała na tym drużyna: poukładana, uporządkowana, zdyscyplinowana, solidna od pasa w dół. Góra żyła własnym pulsem, swobodniejszego Messiego odciążonego od roli snajpera, wolnego Neymara uwielbiającego slalomy miedzy obrońcami i Suareza, który mógł dawać od siebie to co najlepiej potrafi. Gdyby zredukować ich wysiłek do symbolicznych momentów sezonu, można podać dwa. Drugi to finał Ligi Mistrzów, w którym Suarez, Neymar i Rakitic zdobywali gole po akcjach Messiego.

Pierwszy to Gran Derbi na Camp Nou, gdzie zwycięstwo urodziło się w ciężkich bólach. Real lepiej operował piłką, dominował, Katalończycy zdobyli gole po stałym fragmencie gry i długim, lekko desperackim podaniu do Suareza. Wszystko stało się jakby wbrew naturze Barcelony, ale taka była właśnie przewrotna koncepcja zespołu Luisa Enrique.

Suarez zdobył kilka ważnych goli, dobijając piłkę z pięciu metrów, jak w finale Champions League z Juventusem, lub dokonując cudów takich jak w ćwierćfinale z PSG, za które musiał przepraszać upokorzonego Davida Luiza. Tak czy siak Urugwajczyk stał się dla Barcelony bezcenny, podkreśla to Luis Enrique, choć złości się, gdy Suarez przypomina, że jego boiskowe relacje z Messim i Neymarem ułożyły się w zasadzie bez udziału trenera.

Oczywiście w Barcelonie zdawali sobie sprawę, że otoczenie Messiego Neymarem i Suarezem nie powinno kończyć się na wydaniu 160 mln euro. Iniesta z Mascherano dyskretnie pracowali nad tym, by Leo nie poczuł się zagrożony, dopuścił nowych do siebie nawet prywatnie, widząc w nich sprzymierzeńców. I tak się stało, zbudowali obraz zgody na potrzeby własne i klubu. Przyniosło to potrójną koronę i poczucie odrodzenia Messiemu.

Nic nie trwa wiecznie? Początek sezonu jest dla Barcelony trudny. Neymar ma 8 goli i pięć asyst, Suarez 10 bramek i cztery asysty, Messi się leczy i czeka na powrót na boisko. Co będzie potem, trudno przewidzieć. Sezon jest tak przeładowany, że imponujący początek wcale nie jest najlepszą wróżbą. Bayern Guardioli bije rekordy każdej jesieni, wiosną za to płaci. Przed rokiem Real wygrywał 22 kolejne mecze ustanawiając rekord, by w końcówce sezonu przegrać starcie z Juventusem, które miało otworzyć mu drogę do obrony Pucharu Europy. Najważniejsze gole Suareza, Neymara i Messiego jeszcze przed nimi. Jeśli nie, to w tym sezonie po raz kolejny przeżyjemy sagę o królu, który nie utrzymał się piedestału.

Bez względu na wszystko pierwszy rok Suareza w Barcelonie zrekompensował mu lata tułaczki w klubach, z którymi nic, lub prawie nic nie dało się wygrać. Gdy był w Groningen przyjeżdżał do Barcelony odwiedzić Sofię i przy okazji popatrzeć na grę Ronaldinho.

Taki Wayne Rooney miał łatwiej, zaledwie kopnął prosto piłkę, okrzyknięto go brytyjskim wcieleniem Pelego. Urugwajczyk musiał przejść długą drogę przez Groningen, Ajax, Liverpool. 9 lat gry w Europie, by wyrównać swój status z najlepszymi. I skonsumować go w rok w Barcelonie. W rok, który dał potwierdzenie, że warto było. Odruch walki to coś, co Suarezowi weszło w krew, jest częścią jego natury.

Pod pewnym względem przypomina Davida Villę, napastnika nad którego sportową klasą nikt nigdy przesadnie się nie rozpływał. Podają mu, to strzela. Tak jak Suarez.

Być może Urugwajczyk odbierze Robertowi Lewandowskiemu miejsce na podium w plebiscycie Złota Piłka. Ale nawet za to trudno będzie winić napastnika, który tak długo czekał.

niedziela, 25 października 2015

Diego Simeone miał dla kibiców z Vicente Calderon jeszcze jedną niespodziankę. Sfora, w którą wcieliło się Atletico pod jego ręką, przeszła kolejne, zdumiewające przeobrażenie.

Jeśli Karl-Heinz Rummenigge nie zmieni zdania, trzeba go będzie uznać za twardogłowego. Atletico Madryt w wersji tej, którą pokazało w meczu z Valencią, to najpiękniej grająca dziś drużyna Primera Division. Kunsztowne akcje Yannicka Carrasco budziły owację trybun, gdy Belg schodził z boiska przy stanie 2:0, fani z Calderon omal nie wyskoczyli ze skóry. Selekcjoner Belgów ma wśród skrzydłowych bajeczny wprost wybór: jak zmieścić w jednym zespole Edena Hazarda, Kevina de Bruyne’a i Carrasco? A może w ogóle nie trzeba wybierać. Każdy z nich może grać na pozycji media punta, za napastnikiem.

Prezes Baryernu poddał grę Atlitico miażdżącej krytyce w ubiegłym sezonie. I nie bez racji, bo gracze Simeone częściej korzystali na boisku z łokci, niż z innych części ciała przeznaczonych do panowania nad piłką. Argentyński trener stworzył pewną wartość, której teraz zaprzecza. Nawet jeśli Diego Godin wciąż prowadzi kolegów na wojnę, Antoine Griezmann zmusza ich do gry w piłkę. Nowe Atletico działa przez dominację, w ataku pozycyjnym czuje się swobodnie, szanuje piłkę, nie ogranicza się do kopania jej, ale z nią fantazjuje. Gdyby nie głupi faul Godina w polu karnym, Valencia nie miałaby cienia szans na remis.

Simeone kupił latem graczy za ponad 100 mln euro i powoli wprowadzał do drużyny. Jackson Martinez wyglądał trochę pokracznie, dziś zaczyna wygrywać wyścig z Fernando Torresem do podstawowej jedenastki. Valencii wbił gola i widać było, że zaczyna rozumieć o co w tym wszystkim chodzi. Zdumieni patrzą na to kibice Atletico przyzwyczajeni przez ostatnie lata, że piękno gry trzeba odnajdować w zaciętości, walce, poświęceniu.

Po drugiej stronie Madrytu Rafa Benitez przerabia Real z pięknoducha, którym był pod rządami Carlo Ancelottiego, w zgraną, zdyscyplinowaną grupę. Jej symbolem może być Casimiro, defensywny pomocnik odzyskany z Porto, na przyjściu nowego trenera Brazylijczyk zyskał najwięcej. Gra kluczową rolę w zespole, który zdobył w sobotę twierdzę Balaidos. Nie zrobiłby tego bez Keylora Navasa, drugiego z bohaterów Realu - kompletnie przyćmił Ronaldo i pozostałych strzelców goli. Celta stawiała się dzielnie, ale została wypunktowana po królewsku.

Benitez korzysta z plagi urazów. Co zrobi, gdy do gry wrócą James, Bale i Benzema? Czy starczy miejsca w składzie dla Casimiro? Wiadomo, że każdy trener Realu jest w jakimś stopniu zakładnikiem gwiazd, prezes nie po do wydał setki milionów, by jego pracownik traktował je obojętnie. Niewykluczone, że obecny Real jest więc mocniejszy od tego, który zobaczymy, gdy wszyscy będą zdrowi. Teza karkołomna? Poczekajmy. W Paryżu w Lidze Mistrzów ten rezerwowy Real spisał się dzielnie, więcej było pracy dla drużyny niż gwiazdorzenia.

Najmniej poważnie w tym gronie wygląda obrońca trofeum. Barcelona nie potrafiła wygrać bezdyskusyjnie żadnego meczu w tym sezonie. Z BATE w Lidze Mistrzów nie straciła bramki, ligowy pojedynek z Eibarem znów zaczęła fatalnie. Wtedy do roboty wziął się Neymar z Luisem Suarezem - pierwszy miał dwie asysty i kluczowe podanie przy wyrównującym golu, drugi zdobył hat-tricka. Katalończycy na kontuzjach na pewno nie zyskują. Bez Leo Messiego i Andresa Iniesty drużyna jest zdecydowanie bardziej przewidywalna.

Ale normę wypełnia, mimo klopotów. W Primera Division wytrzymuje tempo lidera, w Champions League już po rewanżu z BATE może być w 1/8 finału. Da się psioczyć na styl gry Katalończyków, ale efekty są zupełnie przyzwoite. Gdy oglądałem mecz z Eibarem na ekranie pojawiła się informacja - 27 dni do El Clasico. Może Barca pojedzie na Santiago Bernabeu z Messim? A wtedy wszystko będzie możliwe. Wystarczy przypomnieć co Argentyńczyk zrobił na Vicente Calderon, gdy pojawił się na boisku na pół godziny. Atletico nie wyglądało tak pięknie jak na tle Valencii.

piątek, 23 października 2015

Hiszpański sędzia liniowy doniósł do prokuratury, że przełożeni naciskali na niego, by w zaplanowanym na 21 listopada hicie Primera Division Real Madryt - Barcelona podejmował decyzje na korzyść gospodarzy.

- Presja na mojego klienta miała na celu zaszkodzenie Barcelonie - powiedział Jacinto Vicente adwokat arbitra, który w obawie przed represjami ze strony kolegium sędziów, postanowił zachować anonimowość. W sześciostronicowym pozwie do prokuratury opisał jednak swój przypadek. Tłumaczył, że na wrześniowym spotkaniu kolegium sędziów zasugerowano, by arbitrzy, którzy poprowadzą najbliższe Gran Derbi podejmowali decyzje na korzyść Realu. Przy czym nie chodziło o sędziego głównego, on jest postacią medialną, jego werdykty generują zbyt dużo kontrowersji, zwracają uwagę dziennikarzy. Szkodzić Barcelonie mieli sędziowie boczni, którzy są w cieniu.

Nie wiadomo póki co, kto oskarża, ale wiadomo, kto jest oskarżany. Według relacji anonimowego sędziego liniowego naciski pochodziły od Jose Angela Jimeneza Munoza de Moralesa, kiedyś arbitra, a dziś rzecznika prasowego hiszpańskiego kolegium sędziów. W październiku zadzwonił on do arbitra głównego, z którym współpracuje pozywający. I przekonywał, że arbiter powinien prowadzić mecz tak, by utrudnić życie Barcelonie. Sędzia główny przekazał to „polecenie” swojemu liniowemu. A ten postanowił iść do prokuratury.

Munoz de Morales jest postacią kontrowersyjną, w 1999 roku kandydował w wyborach do władz Madrytu z listy partii o korzeniach faszystowskich Falange Espanola. Wczoraj dostał pozew z prokuratury, ma złożyć wyjaśnienia, ale już ogłosił w mediach, że do żadnej winy się nie poczuwa. Uważa, że jest oskarżany bezpodstawnie.

Adwokat sędziego liniowego tłumaczy, że jego klient chciał, by sprawa została upubliczniona już teraz. Dodał, że podobnej presji i naciskom poddawani są też inni sędziowie hiszpańscy. Jako przykład wymienił jednego z asystentów znanego arbitra Jose Luisa Gonzaleza Gonzaleza.

Czy inni poddawani presji zechcą zeznawać? Nie wiadomo. Prawnik zdaje sobie sprawę, że dowieść czegokolwiek w sądzie będzie trudno. Póki co sprawę bada także policja i urząd antykorupcyjny.

To nie pierwszy taki przypadek w hiszpańskiej piłce. Już w 1976 roku, a więc cztery dekady temu arbiter Antonio Camacho oskarżył szefa kolegium sędziów Jose Plazę o to, że jest obsesyjnie antybarceloński. Camacho wypowiedział wtedy słynne na całą Hiszpanię słowa. „Dopóki Plaza będzie szefem sędziów, dopóty Barca nie zdobędzie mistrzostwa”. Ta przepowiednia spełniła się niemal w 100 proc. Plaza szefował hiszpańskim sędziom 18 lat (1967-70 i 1975-1990). Real zdobył w tym czasie 11 tytułów, po dwa Atletico, Real Sociedad, Athletic Bilbao i tylko raz Barcelona w 1985 roku.

40 lat temu słowa Camacho wywołały wzburzenie w całej Hiszpanii. Dziennik „El Pais” pisał o mafii sędziowskiej. Plaza bronił się tak, że słaby arbiter mścił się na nim za to, iż został odsunięty od prowadzenia meczów. Federacja hiszpańska przeprowadziła śledztwo w tej sprawie, które niczego nie wykazało.

Czy tak samo będzie teraz? Ze słów prawnika arbitra, który złożył pozew do prokuratury wynika, że sprawa będzie trudna. W latach 70-tych, u schyłku i tuż po zakończeniu dyktatury generała Franco łatwiej było uwierzyć w to, że część hiszpańskich sędziów nie jest obiektywna wobec „Dumy Katalonii”. Ale dziś?

Jedno jest pewne: analizując wyniki piłkarskich mistrzostw Hiszpanii w ostatnim czasie, Barcelona nie ma powodów się skarżyć. Od 2005 roku zdobyła tytuł 7 razy, trzy razy wygrywał Real i raz Atletico.

Wczoraj w sprawie oskarżeń wypowiedziała się wiceprezes Barcy Susana Monje. - Oby to nie była prawda, bo to godzi w prestiż ligi. Minister sportu Miguel Cardenal dodał: - Zarzuty są ciężkie, poważne, alarmujące w najwyższym stopniu. Ta sprawa musi doczekać się wyjaśnienia. Ale sędzia powinien się ujawnić, nie ma się czego bać. Wszyscy będziemy go wspierać.

Wciąż nie wiadomo kto prowadzi El Clasico 21 listopada na Santiago Bernabeu. Zdaniem dziennika „Marca” największe szanse ma David Fernandez Borbalan z Andaluzji.

środa, 21 października 2015

Bez Benzemy, Bale’a i Jamesa drużyna Rafaela Beniteza chce zdobyć Paryż. Dla europejskich aspiracji PSG, to też wyjątkowy wieczór.

Od chwili, gdy w 2011 roku emir Kataru Tanim bin Hamad Al-Thani objął władzę nad paryską drużyną wydał na transfery więcej niż Florentino Perez (550 - 470 mln). PSG ma za sobą trzy kolejne mistrzostwa kraju, jest w drodze po czwarte, po 10 kolejkach z 8 zwycięstwami i dwoma remisami wypracowało już 5 pkt przewagi nad drugim w tabeli Angers. Liga francuska od początku była dla Paryżan za mała, rozmiarem budżetu przewyższają rywali o 400 mln. Trudno znaleźć satysfakcję w ściganiu się z drużynami z innej półki, w PSG nikt nie kryje aspiracji sięgających podboju Europy. W poprzednich latach rozbijały się one na Chelsea i Barcelonie.

Klub z Londynu przeszedł tą samą drogę co PSG, inwestycja Romana Abramowicza zaowocowała triumfem w Champions League po siedmiu latach. W Paryżu dłużej czekać nie chcą, wyrośli wystarczająco wysoko ponad futbol francuski, by być drugim klubem z Ligue 1 na europejskim szczycie (po Olympique Marsylia). Puchar Europy wymyślili 60 lat temu Francuzi, ale skorzystali na tym najmniej z wielkich.

Angel Di Maria - ostatni wielki kaprys szejków - obiecuje, że jeśli strzeli gola Realowi, cieszyć będzie się w duchu. Wybrany na najlepszego piłkarza finału Champions League 2014 roku, nie doczekał się w Madrycie uznania i nagrody. Florentino Perez zamienił go na Jamesa Rodrigueza, rewelację mundialu w Brazylii. Argentyńczyk szukał szczęścia w Manchesterze United, zanim trafił latem na Parc des Princes.

Nie było piłkarza, za którego zapłacono by większe pieniądze. Di Maria pokonywał kolejne schody kariery w imponujący sposób. Benfikę kosztował 10 mln, Real 25 plus 11 w zależności od wyników, MU 75 plus 15 i PSG 63. W sumie co najmniej 173 mln, nawet taki futbolowy obieżyświat jak Zlatan Ibrahimovic nie kosztował tyle.

Dla 34-letniego Szweda to ostatni dzwonek, by nie skończyć kariery bez triumfu w najważniejszych rozgrywkach klubowych. Jego gonitwa za Pucharem Europy bywała kiedyś nawet dość komiczna. By go zdobyć uciekł z Interu do Barcelony, akurat przed sezonem, gdy zespół z Mediolanu zdetronizował Katalończyków. Gdy przyszedł do PSG trzy lata temu, Barca dwa razy stawała na drodze klubu z Paryża. Ani w 2013, ani w 2015 roku mistrz Francji na nią sposobu nie znalazł. Ćwierćfinał to na razie górna granica możliwości zespołu z Parc des Princes, a przecież kiedyś w zamierzchłym 1995 roku, w innej erze klubu zdołał go przebrnąć.

Rywalizacja z Realem to jedyna okazja tej jesieni, by PSG sprawdziło swoje europejskie aspiracje. Ale i goście z Madrytu pod kierunkiem Rafaela Beniteza mają sporo do udowodnienia. Debata nad stylem nowej drużyny jest wyjątkowo gorąca jak na tę porę roku. Benitez próbuje przekonywać, że wcale nie uwięził geniuszu swoich piłkarzy w taktycznych pętach. Nóż w plecy, zapewne niechcący, wbił mu Laurent Blanc, nazywając królewski zespół defensywnym. Rafa robi się od tego czerwony jak burak.

Hiszpańscy komentatorzy Realu, a jak wiemy są ich rzesze, zauważają, że Benitez nie udoskonalił Realu nawet w grze defensywnej. Dziennik „El Pais” postawił tezę, że dwie bramki stracone w 10 meczach tego sezonu, to efekt fenomenalnej postawy bramkarza Keylora Navasa. O tym, że nie zostanie wymieniony na Davida de Geę, dowiedział się w okolicach północy ostatniego dnia okna transferowego. Za zamieszanie przepraszał go sam prezes „Królewskich”, Kostarykanin przeprosiny przyjął żądając zadośćuczynienia w postaci solidnej podwyżki. I z miejsca zabrał się do roboty. Jeśli ktoś jest bohaterem Realu tej jesieni, to nawet nie Karim Benzema, ale właśnie on. Następca Ikera Casillasa, który sprawił, że w Madrycie nikt nie płacze za kapitanem.

Antybohaterem jest ostatnio Gareth Bale. Kupiony z 91 mln Walijczyk skarżył się w ubiegłym sezonie (ustami agenta), że nie odpowiada mu pozycja w zespole. Benitez ją zmienił, Bale miał być swobodnym elektronem biorącym na siebie ciężar rozegrania akcji pod bramką. Ale - jak piszą Hiszpanie - zapragnął zostać bohaterem ojczyzny. Walię poprowadził do finałów Euro 2016, po czym grał nawet w meczu bez stawki, by wrócić do klubu i od razu złapać kontuzję. Tej jesieni Real płaci więc miliony piłkarzowi, który gra dla Walii. Tak to widzą złe języki w Madrycie. Na Parc des Princes nie zagra też kontuzjowany w meczu towarzyskim Francji Benzema.

W centrum uwagi znalazł się tradycyjnie Ronaldo. Pobił rekord Raula, jest już najskuteczniejszym graczem w dziejach klubu z Bernabeu. Prasa we Francji spekuluje, że to on będzie nową gwiazdą PSG. Ale to dopiero za 10 miesięcy. Póki co Portugalczyk ma strzelać dla Realu. W Lidze Mistrzów z 6 bramek zespołu zdobył 5 i w klasyfikacji strzelców wszech czasów odskoczył kontuzjowanemu Leo Messiemu.

A więc nowy trener Realu, choć liczył na Bale’a, Benzemę, Jamesa, musi jeszcze raz zdać się na tego, którego rola w zespole miała powoli maleć. Ronaldo może jeszcze raz udowodnić, że jest obojętny na upływ czasu. Beniteza martwi stan zdrowia Modrica, który pauzował po meczach Chorwacji i dopiero dziś może zagrać pierwszy raz. Do gry wraca Ramos mający pomóc przy zatrzymaniu Ibrahimovica, Cavaniego i Di Marii. Ale PSG też ma kłopoty z urazami: David Luiz nie zagra, ostatnio leczył się też paryski odpowiednik Modrica Marco Verratti.

Oczywiście mecz w Paryżu niczego nie rozstrzygnie ostatecznie. Oba zespoły zapewne awansują, ważne jest jednak dla nich pierwsze miejsce w grupie i rozstawienie w losowaniu 1/8 finału. Ale w 2014 roku PSG wygrało grupę, po czym i tak miało pecha, trafiło na Chelsea i odpadło.

Przed rokiem pierwsze gole w sezonie i pierwszą porażkę zaliczyła na Parc des Princes Barcelona, ale potem odwzajemniła się Paryżanom trzema ciężkimi ciosami, w trzech kolejnych meczach. Real i PSG zweryfikują dziś nawzajem swoje obecne możliwości. Jeśli ta edycja LM ma czterech głównych faworytów (Barcelona, Real, Bayern i PSG), na Parc des Princes czas na pierwsze starcie wagi ciężkiej.

niedziela, 18 października 2015

Cztery gole, asysta, dwa wywalczone karne i dwa niepodyktowane. W meczu z Rayo Neymar oczarował Camp Nou, całą Europę, a jednak wciąż czegoś mu brakuje do szczęścia.

Nie będzie to tekst o kłopotach z brazylijskim fiskusem, ani kolejny odcinek zagmatwanej sagi transferowej, do której rozwikłania po ponad dwóch latach zabrała się FIFA. Skoro poddawany monstrualnej presji 23-letni człowiek potrafi skupić się na grze w tak niesprzyjających okolicznościach, niech i nas będzie na to stać.

Przed meczem z Rayo dziennik „Marca” dał tytuł: „Wszystko w rękach Neymara”, a „EL Pais” wtórował o uzależnieniu Barcy od Brazylijczyka, gdy nie może ona liczyć na cuda Messiego i Iniesty. Faktycznie Neymar tym oczekiwaniom sprostał: cztery gole, asysta przy bramce notorycznie spalonego Luisa Suareza, zapewniły Katalończykom najwyższe zwycięstwo w sezonie i trzy punkty. Z ośmioma golami na koncie Brazylijczyk usadowił się w fotelu lidera strzelców Primera Division. A mogły być o dwa więcej, gdyby arbiter był bardziej skrupulatny. Niesłusznie uznał jednak, że podyktowanie czterech jedenastek w jednym meczu, za faule na tym samym zawodniku, to byłaby aberracja.

Trudno znaleźć piłkarza 23-letniego mającego większy wpływ na zespoły, w których gra. Dla Brazylii strzelił więcej bramek niż Pele w jego wieku, szkoda tylko, że obecna drużyna „Canarinhos” ma się nijak do tej z przełomu lat 50-tych i 60-tych. W styczniu, w 350 meczach w karierze Neymar uzbierał 212 bramek. Leo Messi miał ich w tym momencie 140, Cristiano Ronaldo zaledwie 98. Trudno się dziwić, że latem o Neymara zabiegał Manchester United, to piłkarz, na którym da się budować przyszłość wielkiego klubu. Jeśli da się wierzyć w informacje przeciekające do prasy, Brazylijczyk chciał jeszcze pograć u boku Leo Messiego. W Manchesterze mógłby, póki co, więcej zarobić, ale jeśli chodzi o rozwój, trofea bilans decyzji o opuszczeniu Barcelony mógłby się okazać nietrafiony.

Po meczu z Rayo dziennik „El Pais” napisał, że od czasu odejścia Ronaldinho, Camp Nou nie widziało tyle magii jednego wieczoru. Jeśli chodzi o tricki, ci dwaj gracze są może najbardziej uzdolnieni w historii. Dzięki Ronaldinho Barca odrodziła się, wyrwała z przeciętności, wróciła na właściwie tory. Neymar wciąż wydaje się graczem niedojrzałym, irytuje boiskowymi manierami, zbyt nachalnie poluje na faule. Dzięki Messiemu jego los w symboliczny sposób zbiega się z poprzednikiem. Leo dojrzewał przy Ronaldinho, przy nim dojrzewa Neymar. Dla klubu z Camp Nou to wręcz błogosławiony okres.

Tajemniczy zmierzch Ronaldinho nigdy nie doczekał się pełnego wyjaśnienia. Od kiedy zdobył Złotą Piłkę w wieku zaledwie 25 lat, zaczął powolne osuwanie się ze szczytu. Bujne nocne życie tłumaczy wiele, ale nie wszystko. Ten niezwykły przypadek mógłby być przestrogą dla wszystkich zdolnych piłkarzy, którzy uważają, że są skazani na sukces, a najlepsze wciąż przed nimi.

Eksplozja Neymara akurat w meczu z Rayo nie jest niczym szokującym. Drużyna Paco Jemeza ustawiona była jak zwykle, czyli odważnie, wysoko, zostawiając brazylijskiemu slalomiście wyjątkowo dużo miejsca. Obie drużyny postawiły tego dnia na radosną twórczość: futbol podwórkowy z całą masą zagrań nieodpowiedzialnych, ryzykownych, naiwnych, za które poważni trenerzy w profesjonalnej piłce powinni ucinać głowy. Defensywne kiksy Barcelony, powtarzające się notorycznie od początku sezonu, burzą wizerunek drużyny, którą Luis Enrique z takim trudem zbudował.

W tym boiskowym zamęcie Neymar czuł się jak ryba w wodzie. Co oczywiście nie znaczy, że nie stać go na więcej. W ubiegłym sezonie rozbijał najlepsze defensywny świata: PSG, Realu Madryt, Bayernu Monachium i Juventusu Turyn. Wtedy dawał drużynie znacznie więcej niż wczoraj - tego podobno tak magicznego wieczoru.

sobota, 17 października 2015

Luis Enrique musiał zejść na ziemię szybciej niż ktokolwiek przypuszczał. Bywa, że nerwy mu puszczają, a z klubu płyną komunikaty sprzeczne z logiką.

Dzisiejszy mecz z Rayo jest kolejnym z cyklu bez Leo Messiego i Andresa Iniesty. Trener Barcelony zgubił szczęśliwą różdżkę do kontuzji. W ubiegłym sezonie dziennikarze sławili stosowany przez niego system rotacyjny. Opisywali jak piłkarze trenują w specjalnych kamizelkach, stale monitoruje się poziom ich zmęczenia, by ci najbardziej narażeni na urazy natychmiast lądowali na ławce. Wydawać się mogło, że Enrique okiełznał tak niszczący dla drużyny żywioł jak kontuzje.

Gdy piłkarze Barcy dobili do puentującego sezon finału Ligi Mistrzów w Berlinie, wszyscy byli zdrowi. Z Juventusem poradzili sobie śpiewająco dokładając najważniejszy klejnot do potrójnej korony. Zaczęły się słodkie porównania Enrique do Pepa Guardioli, dywagowanie, czy obecna drużyna, bardziej wszechstronna, mniej monotonna w sposobach boiskowej narracji, nie jest czasem najlepszą w historii klubu z Katalonii?

Idylla z kontuzjami nie trwała długo. Dziś Enrique ma 16 zawodników nadających się do gry. Kiedy na początku sezonu pytano go o chłopaków z drugiej drużyny, powiedział: - Będę po nich sięgał tak często, że będziecie mieli tego po dziurki w nosie. Faktycznie drużyna rezerw, choć nie przeżywa okresu wzlotu (kilka miesięcy temu spadła do III ligi) jest systematycznie drenowana. Do pierwszego zespołu trafia z niej kto żywy i zdrowy.

Już w ubiegłym sezonie trener Barcy pozwolił zadebiutować 7 chłopakom z La Masii. To zdecydowanie więcej niż jego poprzednicy Tata Martino i Tito Vilanova. Pod tym względem Enrique także przypomina Guardiolę, który przez cztery lata pracy z pierwszym zespołem wciągnął do niego aż 22 wychowanków.

Młodzi mogą być jednak tylko uzupełnieniem drużyny, trudno uznać ich za piłkarzy zdolnych unieść ciężar wymagań takiego klubu. Barca brnie w kłopoty, w lidze przegrała już dwa razy i choć traci zaledwie punkt do lidera Villarreal, kryzys widać po liczbie zdobytych i straconych goli. 12-9 to bilans słaby. Ci, którzy uważali, że winny jest niemiecki bramkarz Marc Andre Ter Stegen, szybko dostali odpowiedź. W przegranym spotkaniu na Ramon Sanchez Pizjuan w Sewilli, między słupki wrócił Claudio Bravo.

To wszystko zestresowało mocno Luisa Enrique. Na jednej z konferencji prasowych puścił w świat tajemniczy komunikat, że ma wrażenie, iż komuś zależy, by to wszystko co zbudował rozleciało się w drobny mak. Pewien dziennikarz z radia Catalunya, a więc prawdopodobnie życzliwy trenerowi, zbliżył się do niego po konferencji, by ustalić, co miał na myśli. - Co ty. Myślisz, że to jest Ulica Sezamkowa? Idź sobie - powiedział Enrique, a właściwie już prawie wrzasnął. I zniknął.

Nerwowa reakcja trenera nie była niczym odosobnionym. Po jednym z meczów pomocnik Sergio Busquets niezadowolony z pracy sędziego powiedział, że najwidoczniej komuś w Hiszpanii zależy, by tym razem tytuł zdobył kto inny. Narzekanie na arbitrów stało się w klubie z Camp Nou powszechne. Że nie dyktują karnych dla Barcy, że seryjnie popełniają krzywdzące obrońców trofeum błędy. Prasa w Madrycie ironizowała nawet, że klub z Katalonii wraca do „victimismo”, czyli postrzegania siebie jako ofiary spisku. Lepiej gracze Barcy nauczyliby się po prostu wykorzystywać karne. W tym sezonie zmarnowali już trzy, a poza tym jedyną bramkę w ostatnim starciu z Sevillą Neymar zdobył właśnie z 11 metrów. Trudno więc mówić, że w meczach Barcy sędziowie hurtowo przymykają oczy na faule.

Rzeczowo wypowiedział się Luis Suarez. Urugwajczyk przyznał, że drużyna gra po prostu źle, nie ujawniając tej spójności z poprzedniego sezonu. - Gramy wolniej, bez zrozumienia, staliśmy się przewidywalni dla przeciwników.

Pod nieobecność Messiego i Iniesty, ciężar gry chce wziąć na siebie Neymar. Ale robi to jak ktoś owładnięty obsesją zastąpienia tego, co niepowtarzalne. Neymar powinien być Neymarem, gdy chce być Messim, nie pomaga drużynie. Zwrócił mu na to uwagę słynny rodak Juninho Pernambucano. Nie było w tym cienia złośliwości, raczej troska. „Jesteś wystarczająco dobry, by być sobą” - tak brzmiało jego przesłanie.

Nawet trio MSN zeszło więc na ziemię z obłoków. Niedawno naczelny wielbiciel Barcy Cesar Luis Menotti namawiał rodaków z River Plate, by pomyśleli realnie o tytule klubowych mistrzów świata. Jego zdaniem obecną Barcelonę może pokonać każdy rywal, bo nie dorasta ona do pięt tej wspaniałej drużynie stworzonej przez Guardiolę.

Barca pogrąża się w nostalgii za lepszymi czasami. Wybiega myślą do stycznia, gdy skończy się nałożony przez FIFA zakaz transferów. Klub chce się wzmocnić, Luis Enrique przyznał, że nad tym się pracuje, choć w końcówce roku zdarzy się jeszcze tak wiele. Trzeba wygrać grupę w Lidze Mistrzów, zdobyć klubowe mistrzostwo świata, dotrzymać kroku ligowym rywalom. Wszyscy czekają na Messiego, ale nikt nie odważy się wyznaczyć ścisłej daty powrotu Argentyńczyka. Po meczu z Las Palmas 26 września mówiło się o dwóch miesiącach przerwy.

Luis Enrique działa w warunkach podwyższonego stresu. Kolejne doniesienia, że Messi nie uniknie sądu za podatki, a najbardziej zawiłym transferem w historii (Neymara) zajmie się FIFA, nie robią już na nikim wrażenia. Niedawno zapytano trenera Barcy, czy wyczekuje momentu oddechu, czy widzi jakiś termin, do którego trzeba wytrwać. Odpowiedział, że pożegnał się z taką myślą. Że nie wierzy, by kiedykolwiek przyszła chwila choć trochę luźniejsza.

piątek, 16 października 2015

Mecz z Levante powinien być formalnością dla Rafy Beniteza. Ale nim być nie musi. Dziennik „Marca” donosi, że nowy trener Realu Madryt wyczerpał już limit cierpliwości. Po zaledwie 9 meczach.

Wychowanek, człowiek, który 7 lat spędził w klubie jako piłkarz rezerw i dekadę jako trener, wrócił tego lata do domu. Dla 55-letniego Beniteza przyjazd do rodzinnego Madrytu jest wydarzeniem życiowym. Praca w Valencii i Liverpoolu wyniosła go na szczyt kariery, która przygasała potem w Interze, Chelsea, by odżyć w Napoli. - Rafa to najlepszy trener jakiego Real może mieć, on rozumie ten klub, kocha go, zna tu każdy kąt - zachwala prezes Florentino Perez.

Większość piłkarzy nie podziela jednak jego zdania. Ich faworytem był Carlo Ancelotti, włoski dżentelmen, człowiek prostoduszny i skromny, który w 2014 roku poprowadził klub po „La Decima”. To był najlepszy rok w historii Realu z czterema trofeami. Słaba wiosna 2015 sprawiła, że Perez uznał Ancelottiego za przeszłość. Nowy impuls miał dać Benitez.

Jeśli ktoś myślał, że powrót do domu będzie łatwy, był w błędzie. W Realu margines błędu właściwie nie istnieje, przekonał się o tym Ancelotti i Benitez też się przekonuje. To nic, że kocha klub, bo klub kocha wyłącznie zwycięzców. Benitez meczu jeszcze nie przegrał, ale zaliczył w lidze trzy remisy (Sporting, Malaga, Atletico). „Marca” napisała, że wyczerpał limit na cały sezon, w ubiegłym z Ancelottim na ławce Real podzielił się punktami tylko dwa razy.

To była uwaga wyjątkowo tendencyjna. Już w 3. kolejce poprzedniego sezonu „Królewscy” nie mieli jeszcze remisu, ale aż dwie porażki. Potem nastąpiła rekordowa passa 22 triumfów we wszystkich rozgrywkach, ostatecznie jednak wiosną Real po raz kolejny uznał wyższość Barcelony w wyścigu po tytuł. Benitez już trzy razy zremisował, ale póki co niczego nie przegrał. Barca jest za „Królewskimi”, przed nimi tylko Villarreal. Ale kibice Realu uważają, że teraz, gdy Katalończycy grają bez Leo Messiego i Andresa Iniesty, ich drużyna powinna wyrobić sobie bezpieczną przewagę. Tylko że w Realu taki sam szpital.

Benitez zaczął sezon w trudnej sytuacji. Plaga kontuzji wydrenowała kadrę do granic możliwości. Teraz z meczów kadry z urazami wrócili Karim Benzema i Luka Modric, dwaj najlepsi piłkarze Realu na początku sezonu. Z Levante w sobotę nie zagrają, nie zagrają też w hicie Ligi Mistrzów z PSG, gdy zacznie się decydować sprawa pierwszego miejsca w grupie. Dla Realu to sprawa superprestiżowa, nie mówiąc o rozstawieniu w losowaniu 1/8 finału.

Stereotypowo zarzuca się Benitezowi, że zespół gra defensywnie. Tylko że po siedmiu kolejkach ma 15 goli, najwięcej w lidze. Barcelona zdobyła o trzy mniej i o siedem więcej straciła. Bo obrona Realu też jest najskuteczniejsza na starcie Primera Division.

W ostatnim meczu ligowym „Królewscy” zremisowali na Vicente Calderon 1:1. I znów na Beniteza posypały się gromy. Zarzuca mu się, że przy stanie 1:0 drużyna nie ruszyła po drugiego gola. Potem było źle, bo trener skrytykował Sergio Ramosa za to, że nonszalancko i niecelnie podał, a potem spowodował karnego. Gdy po meczu Rafa stwierdził: „Chyba coś jednak zrobiliśmy dziś dobrze, skoro wywozimy punkt ze stadionu Atletico” prasa hiszpańska odebrała to jako uszczypliwość pod adresem Ancelottiego. No bo z ośmiu meczów derbowych poprzedniego sezonu, Real wygrał jeden. W lidze przegrał oba starcia. Według dziennikarzy Benitez wypomina to swojemu poprzednikowi, żeby siebie usprawiedliwić.

„Marca” napisała w piątek, że piłkarze są na nowego trenera oburzeni. Że przytyki pod adresem Ancelottiego uważają za niedopuszczalne. Carletto wciąż jest przez nich kochany. Gdy Benitez ociągał się z publiczną deklaracją, że Cristiano Ronaldo jest najlepszy na świecie, Ancelotti powiedział w wywiadzie, że Portugalczyk znów będzie królem strzelców Primera Division. Było to w przeddzień meczu z Espanyolem, kiedy Ronaldo wbił pięć goli. A trzy dni później poprawił hat-trickiem w Lidze Mistrzów w starciu z Szachtarem. A więc poprzedni trener okazał się lepszym motywatorem niż obecny.

Ronaldo odebrał właśnie czwartego Złotego Buta, nagrodę dla najlepszego strzelca lig europejskich. Został też niedawno najlepszym strzelcem w historii Realu wyrównując rekord Raula Gonzaleza. Raul ogłosił, że po sezonie kończy karierę, więc na chwilę media straciły z oczu Beniteza.

Nie na długo. Rafa też chwali Portugalczyka. Mówi, że jest numerem 1, że będzie grał zawsze, że nie będzie podlegał rotacji w składzie. Wciąż za mało? „Marca” ogłasza, że szatnia Realu tęskni za Włochem. I basta. A przecież po zwycięstwie na San Mames w Bilbao ten sam dziennik donosił, że wszyscy w klubie przekonują się do Rafy.

Albo dziennikarze ze stolicy Hiszpanii zmienili się w bajkopisarzy osiągając mistrzostwo w wymyślaniu konfliktów, albo Real jest klubem, który nie umie pracować w spokoju. - Ktoś tu ustawicznie kreuje polemiki - mówi Rafa. - I próbuje destabilizować.

Są media powołane dla klubu, które dziś żyją z klubu. I są realną siłą w grze.

Przed meczem z Levante królewska drużyna jest mocno osłabiona, ale według bukmacherów i tak połknie przeciwnika jak plankton. Za euro postawione na Real można wygrać 1,07. Za euro postawione na Levante można wygrać aż 24. Taki mecz to formalność, trzeba wygrać i bez najlepszego strzelca Benzemy i bez lidera środka pola Modrica.

Gorzej z wyjazdem na Parc des Princes na mecz z PSG. Przed rokiem pierwszy mecz w sezonie przegrała tam Barcelona, co wcale nie wyszło na złe, bo potem zdobyła Puchar Europy i potrójną koronę. Ale gdyby cokolwiek się w Paryżu „Królewskim” nie powiodło, winny będzie jeden - Benitez. Wychowanek, który kocha klub, ale zdaje się bez wzajemności.

środa, 14 października 2015

Wszyscy wiedzą ile zrobił Robert Lewandowski dla Adama Nawałki, a ile zrobił Nawałka dla Lewandowskiego? W reprezentacji u obecnego selekcjonera skuteczność napastnika Bayernu wzrosła czterokrotnie.

14 listopada 2012 roku przed sparingiem z Urugwajem w Gdańsku Zbigniew Boniek wręczył 24-letniemu Lewandowskiemu paterę z okazji 50. występu w drużynie narodowej. Młodszy od niego przy przekroczeniu tej granicy był tylko Władysław Żmuda. Drużyna Waldemara Fornalika przegrała 1:3 dostając lekcję gry od Edinsona Cavaniego i Luisa Suareza. 370 dni później w towarzyskim meczu z Irlandią w Poznaniu Lewandowski wszedł do klubu wybitnego reprezentanta. Ale to nie był czas na świętowanie. W 60 meczach kadry zdobył tylko 18 goli. Tamten sparing zakończył się bez bramek, to był drugi mecz kadry z nowym selekcjonerem Adamem Nawałką.

Wydawało się, że mizeria drużyny narodowej i kłopoty w niej najlepszego polskiego piłkarza będą trwały. Lewandowski miał już status europejskiej gwiazdy, był dwukrotnym mistrzem Niemiec, posmakował finału Champions League, a po drodze wbił cztery gole Realowi Madryt.

Impas w drużynie narodowej był oczywisty. Zanim Nawałka zaczął pracę z kadrą średnia goli Lewandowskiego zdobywana w niej wynosiła 0,24 na mecz! 58 występów i 18 bramek. Szybko miało się to zmienić. Do dziś Nawałka poprowadził drużynę 14 razy, a napastnik Bayernu trafił do siatki czternastokrotnie. Średnia jest więc ponad czterokrotnie wyższa.

Teorii jest kilka. Prezes PZPN twierdzi, że to Nawałka odmienił Lewandowskiego powierzając mu rolę kapitana. - Dzięki temu Robert poczuł się bardziej odpowiedzialny za drużynę - przekonuje Boniek. Tuż po niedzielnym zwycięstwie nad Irlandią zapewniającym Polsce awans na Euro 2016, kapitan drużyny opowiadał: - Klasa trenera przejawia się w tym, że chce na słuchać, rozumie i potrafi rozwiązać problemy, które nam przeszkadzają.

Inną z teorii Bońka jest zmiana sposobu gry drużyny, która bardziej odpowiada Lewandowskiemu. Wcześniej za jego plecami grał Ludovic Obraniak, piłkarz zdaniem prezesa niekompatybilny z napastnikiem Bayernu. Według niego byli jak dwa samochody innej klasy, o innych parametrach, jeden Formuły 1, drugi rajdowy. Każdy prowadził wyścig na własnych zasadach.

U Nawałki typowego pomocnika Obraniaka zastąpił napastnik Arkadiusz Milik, który z sześcioma asystami i sześcioma golami został odkryciem kwalifikacji do Euro 2016. Jego podanie otwierające Lewandowskimu drogę do bramki w meczu ze Szkotami w Glasgow mogłoby być wizytówką tego tandemu. - Milik nadaje na tych samych falach, działa na tej samej prędkości, co Lewandowski - przekonuje Boniek.

Jerzy Dudek ma inną teorię, że to transfer do Bayernu uczynił kapitana reprezentacji piłkarzem zdecydowanie bardziej dojrzałym. - W Dortmundzie wspinał się dopiero na szczyt, w Monachium go osiągnął. Tam stał się jednym z najlepszych, a może wręcz najlepszym napastnikiem świata - mówi były bramkarz Liverpoolu i Realu.

U poprzednich selekcjonerów Franciszka Smudy i Fornalika Lewandowski nie potrafił przenieść formy z klubu do kadry. Dziś dzieli z Andrzejem Szarmachem (po 32 bramki) piąte miejsce na liście snajperów wszech czasów reprezentacji. Wyprzedzają go tylko: Włodzimierz Lubański (48), Grzegorz Lato (45), Kazimierz Deyna (41), Ernest Pohl (39).

Jesienna eksplozja Lewandowskiego miała apogeum w meczu z Wolfsburgiem, gdy zdobył pięć goli, ale trwa do dziś. W klubie w 11 meczach tego sezonu zdobył 16 bramek, w kadrze w pięciu ostatnich spotkaniach dziewięć. Z 13 golami został najlepszym strzelcem kwalifikacji do Euro 2016, w których Polska zdobyła najwięcej bramek (aż 33).

Kapitan reprezentacji Nawałki unosi się w innym wymiarze, w cień usunął nawet Cristiano Ronaldo i kontuzjowanego Leo Messiego. Boniek powiedział nawet, że dostałby Złotą Piłkę za ten rok, gdyby nie był Polakiem. Nie ma jednak powodów, by sądzić, że za granicą wciąż traktują Lewandowskiego jak przybysza z kraju piłkarsko ułomnego. W poniedziałek wicedyrektor dziennika „Marca” w rozmowie z czytelnikami powiedział, że widzi tylko jednego gracza na świecie zdolnego wypełnić miejsce w Realu Madryt po Ronaldo. Oczywiście wymienił nazwisko Lewandowskiego. Peany na cześć Polaka sypią się pod każdą szerokością geograficzną.

Jeśli chodzi o prestiżową nagrodę dla gracza roku wydaje się ona zarezerwowana dla Messiego, który zdobył z Barceloną potrójną koronę z tym najważniejszym klejnotem - triumfem w Lidze Mistrzów. Drugie miejsce zajmie pewnie Ronaldo, triumfator z poprzednich dwóch lat. Choć Portugalczyk zdobywał w tym roku tylko gole, a nie tytuły, to jednak jego status medialny jest wciąż niebotyczny.

Czy Lewandowki ma szansę wskoczyć na podium, jak w 1974 roku Deyna i 8 lat później Boniek? Będzie rywalizował z Neymarem i Luisem Suarezem, których bramki dały Barcy triumf w Pucharze Europy. W bezpośrednim starciu w półfinale z Bayernem Neymar zdobył trzy gole, Lewandowski jednego. Ale dziś, gdy kapitanowie drużyn narodowych, selekcjonerzy i dziennikarze oddają swoje głosy w plebiscycie „France Football” i FIFA jak świat długi i szeroki jedno nazwisko niesie się ponad inne - Lewandowski.

 

Wyniki plebiscytu UEFA na gracza sezonu 2014-2015

1. Messi

2. Suarez

3. Ronaldo

4. Buffon

5. Neymar

...

21. Lewandowski

 
1 , 2
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac