blog Darka Wołowskiego
RSS
sobota, 25 października 2014

Gran Derbi pasjonujące i wyrównane tylko do chwili, gdy Real objął prowadzenie, co znaczy, że siły nie były wyrównane. Informacje na temat poprawy gry w destrukcji Barcelony wyglądają na mocno przedwczesne, lub przesadzone.

Istnieje teoria lub plotka według której Carlo Ancelotti uznaje Isco za piłkarza o możliwościach mocno ograniczonych. Dobrego na średniaków Primera Division, ale bezradnego, gdy trzeba wspiąć się na futbolowe wyżyny. Młody Hiszpan obalił ostatnio tę teorię, jest graczem zupełnie niepodobnym do Garetha Bale’a, z nim Real musi grać inaczej, ale nie znaczy, że na tym traci. Isco zagrał w Barcą wspaniale. Równie dobrze spisali się inni pomocnicy „Królewskich”. Mecz był równy tylko do początku drugiej połowy, goście radzili sobie wyłącznie wtedy, gdy nie przegrywali.

Gol Neymara pobudził gospodarzy, gole Realu „zgasiły” Katalończyków. Stąd wrażenie, że zwycięzca tego meczu był mocniejszy przynajmniej o klasę. Defensywa Barcelony, niepokonana w lidze, przekonała się ile przed nią pracy. Gdy na Bernabeu prowadzenie obejmuje drużyna tak zwarta, waleczna i charakterna jak Atletico, Real wpada w potrzask. Dziś jego kłopoty trwały zaledwie do 50. minuty. Gra defensywna „Królewskich” jest na nieporównywalnie wyższym poziomie niż Barcelony.

Leo Messi nie wyrównał rekordu Telmo Zarry, co było najmniej istotne. Cała drużyna z Katalonii odebrała potężną lekcję pokory, na co nie wskazuje wynik (1:3), ale fakt, że w drugiej połowie nie zagrażała bramce Ikera Casillasa. Miało się wrażenie, że ofensywnie ustawiony Real z linią pomocy (James, Isco, Modric, Kroos), totalnie panuje nad sytuacją w tyłach. Barca człapała już tylko na biegu jałowym. Iniesta coraz rzadziej przypomina piłkarskiego magika, za to popełnia coraz częściej wręcz kuriozalne błędy. To nie była zwykła porażka, ale bolesna lekcja po której trzeba przemyśleć od podstaw pomysł na zespół. Tendencje reanimacyjne mogą przepływać przez nogi i serce Luisa Suareza.

Karim Benzema był być może graczem meczu, tym razem Ronaldo nie musiał zrobić wiele więcej poza perfekcyjnym wykonaniem karnego. Nawet Pepe, który zaczął fatalnie zawalając gola Neymara, potrafił się podnieść i zrehabilitować, tymczasem uskrzydlony gwiazdor reprezentacji Brazylii zgasł jak zapałka po 5 minutach meczu. Jeden zespół rósł dzięki znakomitej grze, a przede wszystkim sercu do walki godnym Gran Derbi, drugi pogrążał się w niemocy i depresji. Barca to była dziś drużyna taka jak w poprzednim sezonie, gdy sprawiała wrażenie, że frajda ze wspólnego pobytu na boisku zagubiła się bezpowrotnie.

Mecz z Barceloną był znaczący także dla Jamesa Rodrigueza - krytykowany Kolumbijczyk pokazał charakter i klasę godną tak ryzykownego i drogiego transferu. Podobnie jak Isco nie boi się pracy i walki, co jest warunkiem postępu.

Real dał sobie dziś kolejny zastrzyk entuzjazmu i optymizmu. Od dwóch sezonów start Barcelony był znacznie lepszy niż jego zakończenie, dziś drużyna z Katalonii nie może już obniżyć lotów. Jeśli tak by się miało stać, wszystko to co zwiastowało przełom, zacznie dążyć do katastrofy.

Kontuzja Garetha Bele’a sprawia, że Carlo Ancelotti jeszcze mocnej postawi na grę kombinacyjną. Z Kroosem, Jamesem, Modricem, Isco i przy wsparciu Benzemy Real Madryt ma szansę podjąć walkę z Barceloną nie tylko o zwycięstwo, ale i o posiadanie piłki.

To ma być klasyk piłkarzy - jak zapewnia dziennik „El Pais”. Minął czas, gdy na ławkach obu hiszpańskich kolosów zasiadali trenerzy apodyktyczni, przekonani o swoim strategicznym geniuszu, zapatrzeni we własne wizje. Carlo Ancelotti już drugi sezon próbuje „umeblować” królewski salon wystawnymi meblami, które nie zawsze już na pierwszy rzut oka pasują do siebie. Przed rokiem z klasycznego skrzydłowego Angela Di Marii zrobił pomocnika harującego w defensywie, co zapewniło klubowi największy sukces od 12 lat. Teraz nowe zadania dostają James Rodriguez, Isco, piłkarzy na wskroś ofensywni mający jednak grać tak by osławiona „równowaga” (słowo najczęściej wypowiadane przez Ancelottiego) nie była terminem bez pokrycia. Także Toni Kroos cofa się bardzo głęboko pod swoje pole karne skąd rozpoczyna dystrybucję piłek z precyzją godną Xaviego Hernandeza w szczytowym okresie jego kariery.

Gdy przypomnimy sobie pierwsze El Clasico Ancelottiego, w którym Sergio Ramos grał w pomocy, Bale w środku ataku, a Benzema wylądował na ławce, zdamy sobie sprawę z drogi, którą przebył trener Realu. Z drużyny specjalizującej się kontratakach, liczącej na szybkość i tytaniczną siłą Ronaldo i Bale’a „Królewscy” stali się zespołem na miarę ambicji klubu. Dziś ataku pozycyjnego i gry kombinacyjnej nie muszą się wstydzić nawet wtedy, gdy na przeciwko stanie Leo Messi, Andres Iniesta, Neymar i Xavi Hernandez.

Luis Enrique obawia się tej zmiany, bo jego drużyna wciąż żyje z przewagi pozycyjnej. Nauczyła się kontrować, poprawiła grę w defensywie, ale prostopadłe zagrania Messiego, Iniesty, czy Ivana Rakitica nadal są jej podstawową siłą. Iniesta zagra w lidze na Santiago Bernabeu 10. raz. Debiutował w 2005 roku, gdy po przeciwnej stronie grali Zidane, Brazylijczyk Ronaldo i Beckham. Uderzyło go jak niewiele trzeba by przegrać, „Królewscy” wykorzystali wszystkie swoje szanse, a Barcelona, choć grała dobrze, wróciła na Camp Nou bez punktu, a po stronie strat z czterema golami. Od tamtej pory przeżył owację na cześć Ronaldinho, najwspanialszy triumf 6:2, aż po niedawne zwycięstwo 4:3, kiedy zdobył gola. Jeszcze lepsze wspomnienia ze stadionu Realu ma Messi (17 goli w klasykach). Dziś może wyrównać, lub pobić rekord Zarry (251 bramek w lidze hiszpańskiej). Argentyńczyk napsuł „Królewskim” masę krwi, ale można mieć poważne obawy, że jest dopiero gdzieś w okolicy połowy historii, którą zapisze w Gran Derbi.

Luis Suarez ma dostać od Luisa Enrique co najmniej kilka minut. Czy będzie to czas, w którym zdecydują się losy meczu, a może wyjdzie do gry tylko po to, by pierwszy raz od mundialu poczuć się piłkarzem? Barcelona wydała na niego 81 mln euro, nowy trener ma zmienić w związku z tym taktykę gry. O ile ewolucja Messiego u poprzednich szkoleniowców polegała na zbliżaniu się do bramki, o tyle teraz Argentyńczyk ma zostać wycofany. Ciekawe jaki to przyniesie efekt, być może to, co działo się ostatnio, gdy Messi przestał dotrzymywać kroku Cristiano Ronaldo w liczbie zdobywanych bramek, jeszcze się pogłębi? Niewykluczone jednak, że przyniesie korzyść drużynie.

Na początku kariery Cristiano Ronaldo miał z Barceloną ogromny kłopot - jeszcze jako gracz United. Carles Puyol zdawał się być jego przekleństwem. W siedmiu meczach z Katalończykami Portugalczyk nie zdobył gola, w kolejnych 17 starciach wbił ich aż 13. Dziś zagra przeciw Barcy 25. raz. Mecze na Santiago Bernabeu były dla niego znacznie trudniejsze - trafił w nich do siatki tylko cztery razy, aż trzy z rzutów karnych. Za to Messi zawsze uwielbiał wypady do stolicy. W lidze uciszał Bernabeu 8 razy, ostatnio zdobył tam hat-tricka, a przecież był też bohaterem głośnego półfinału Ligi Mistrzów w 2011 roku.

Statystyki mają jednak to do siebie, że nie mówią nic o przyszłości. Ta napisze się dziś od godziny 18, gdy tradycyjnie futbolowy świat wstrzyma oddech na 90 minut. Czego się można spodziewać? Wszystkiego. Nawet tego, że pierwszy raz od 2008 roku w Gran Derbi Real będzie dłużej w posiadaniu piłki.

czwartek, 23 października 2014

Czy sobotni klasyk na Santiago Bernabeu ma faworyta? Real Madryt i Barcelona mają zupełnie inne atuty, ale ich suma wydaje się być bardzo podobna.

Gdyby za wspólny mianownik miał służyć wyjazdowy mecz z najtrudniejszym rywalem w grupie Champions League, za zdecydowanego faworyta trzeba by uznać Real. Jego środowy triumf na Anfield Road z Liverpoolem był bardziej bezdyskusyjny, niż można się było spodziewać. Karim Benzema zdobył 40. bramkę w rozgrywkach, z piłkarzy aktywnych, czyli takich, którzy wciąż mogą poprawić swoją pozycję na liście strzelców wszech czasów Pucharu Europy wyprzedzają go tylko Cristiano Ronaldo, Leo Messi i Zlatan Ibrahimovic. Francuz osiągnął życiową formę, w sobotę defensywa Katalończyków niepokonana dotąd w lidze nie może działać według zasady: „wszystkie oczy na Ronaldo”.

Portugalczyk zatrzymał się w środę na jednym golu. W 55 meczach Realu w Lidze Mistrzów pokonał bramkarzy 55 razy. Jest najpoważniejszym kandydatem na doścignięcie Raula Gonzaleza (71 bramek), mógł wyrównać rekord już wczoraj, ale ze względu na sobotni klasyk Carlo Ancelotti dał mu odpocząć zdejmując z boiska na kwadrans przed końcem meczu na Anfield. Jego gol był jednak dziełem sztuki, przy którym niepoślednią rolę odegrał kwestionowany często nowy zakup James Rodriguez.

Po turbulencjach z początku sezonu (porażki z Sociedad i Atletico) Real osiągnął wielką formę. W ośmiu ostatnich meczach zdobył 35 goli! Ronaldo przewodzi we wszystkich możliwych klasyfikacjach, Alvaro Arbeloa pytany o Leo Messiego, czy należy mu się hołd za pobicie rekordu Telmo Zarry (251 goli w lidze), powiedział, że na wdzięczność i akty uznania ze strony fanów z Santiago Bernabeu zasługuje przede wszystkim Portugalczyk. Od czasów Alfredo Di Stefano nie było w królewskim klubie piłkarza tak dominującego.

Gdyby porównać Real Ancelottiego, do tej pokracznej konstrukcji z trzema defensywnymi pomocnikami, którą tworzył jego poprzednik Jose Mourinho, ogarnia człowieka pusty śmiech. Dziś „Królewscy” to znów drużyna jaką Hiszpania chciałaby się szczycić: ofensywna, odważna, kreatywna, choć wciąż mająca swoje ograniczenia w ataku pozycyjnym. Ronaldo i Bale (kontuzjowany) zawsze będę potrzebowali miejsca do gry, tłok nie jest ich żywiołem, ale Luka Modric, Toni Kroos, a także Isco, James, czy przede wszystkim Benzema potrafią zaskakująco wymienić piłkę. Na Anfield, przeciw Liverpoolowi reformowanemu przez Brendana Rodgersa, Real umiał dominować kiedy chciał i jak chciał. Tak samo było w poprzednich meczach. Utrzymanie piłki nie służy jednak jakiejś odgórnej zasadzie, nie jest przejawem wierności stylowi (jak w przypadku Barcelony), ale stało się narzędziem, którym sprawnie posługuje się zespół.

Sobotni rywal Realu jest najmocniejszy z dotychczasowych, ale wcale nie musi być najbardziej niewygodny. „Królewscy” mają oczywisty kłopot z „wredną” taktyką Diego Simeone. Barcelona nie jest im już tak „nieprzyjazna” jak w latach 2008-2011, kiedy monopolizowała posiadanie piłki i wymieniała ją z prędkością światła. W historii Gran Derbi często bywało tak, że wzlot jednego kolosa zbiegał się z kryzysem drugiego. Kiedy Europą zawładnęli galaktyczni, Barcelona uchodziła za klub, gdzie piłkarze łamią sobie kariery. Punktem zwrotnym był transfer Ronaldinho, potem świat piłki śmiał się już głównie z Realu. Era Messiego i Guardioli to była dla „Królewskich” czysta trauma.

Mourinho wskazał kierunek rozwiązań brutalnych i siłowych: na boisku oraz poza nim. Zapewne wielu kibiców wiernych tradycji senorio, gdy Real otrzymał przydomek „klubu dżentelmenów”, czerwieni się do dziś. Spokój Ancelottiego wszystko zmienił: dziś „Królewscy” patrzą na własne atuty, zamiast wymyślać fortele przeciw atutom przeciwników. Tak było w złotych latach 50-tych, gdy nad Bernabeu unosili się Di Stefano, Gento i Puskas. Do tych czasów kibic Realu wzdycha najgłębiej.

Luis Enrique jest w sytuacji przeciwnej niż Ancelotti. On chciałby „odtworzyć” to co zbudował poprzednik. Pep Guardiola pracował na Camp Nou tylko cztery lata, ale odcisnął piętno tak samo głębokie jak Johan Cruyff. Jego zespół stał się wzorcem: zwyciężał wyznaczając tendencje dla piłki hiszpańskiej, ale też włoskiej, niemieckiej i angielskiej. Mistrzowie są dziś zmęczeni, lub zgrani, nawet wciąż młody Messi zdradzał przez ostatnie dwa lata oznaki wyczerpania. Jak odtworzyć wielkość drużyny? Nowy trener chce to zrobić przy pomocy Luisa Suareza i Neymara. Urugwajczyk, po dyskwalifikacji, ma zadebiutować na Bernabeu w koszulce Barcy, Brazylijczyk jest jej najskuteczniejszym graczem. To co za Guardioli Messi robił praktycznie sam, teraz mają wykonywać we trzech. Czy tridente stworzone z przedstawicieli trzech najwybitniejszych latynoskich nacji pozwoli Barcy utrzymać się na szczycie? Pierwszy test na Bernabeu.

Atutem Barcelony Luisa Enrique jest gra obronna. Claudio Bravo nie puścił gola przez 720 minut. Pobił rekord Victora Valdesa, który w erze Guardioli zapracował na tytuł numeru 1 wśród numerów 1 w historii klubu z Camp Nou. Nową jakość w pomocy ma dać Ivan Rakitic, nową jakość w tyłach Jeremy Mathieu. Czy to jednak gracze porównywalnej klasy ze zdradzającymi oznaki zmęczenia wychowankami: Xavim i Gerardem Pique?

Barca gra wolniej niż za Guardioli, mniej błyskotliwie, ale bardziej pragmatycznie. Andres Iniesta już nie unosi się nad boiskiem, ale wciąż ma przebłyski geniuszu. Kalendarz sprzyjał dotąd Barcelonie: Real jest jej pierwszym trudnym rywalem w lidze. W Champions League Katalończycy wybrali się na podbój Paryża, tak jak Real na podbój Anfield. Tylko z zupełnie innym skutkiem. Barca straciła trzy gole, przegrała z PSG 2:3 i jeśli w sobotę ulegnie Realowi, może to oznaczać, że w starciu z równymi sobie nie potrafi rozwiązać problemów nabrzmiałych w ostatnich latach. Na pewno Luis Eurique poświęcił wiele pracy, by wyrwać drużynę z biegu jałowego, gdy uprawiała sztukę dla sztuki trzymając piłkę bez pomysłu co z nią zrobić. Dziś więcej jest podań prostopadłych, Barca znów zaskakuje. W tyłach jej gracze są bliżej siebie, ale pierwszy znaczący egzamin zdają dopiero w sobotę.

poniedziałek, 20 października 2014

Gwiazdy Barcelony i Realu Madryt zdobyły już w tym sezonie 68 goli. Sobotnie Gran Derbi na Santiago Bernabeu znów zelektryzuje świat futbolu.

Jeszcze w poprzednim sezonie nie decydowały o niczym. W La Liga dwa razy triumfowała Barcelona, ale jej zwycięstwa przydały się tylko po to, by zaszkodzić Realowi. Mecz na Santiago Bernabeu i zwycięstwo Katalończyków 4:3 sprawiło, że „Królewscy” zaczęli tracić szansę na pierwszą w swojej historii potrójną koronę. Dla Barcy to były wygrane pyrrusowe, jej prześladowcą stało się Atletico, które pozbawiło ją złudzeń w Champions League (ćwierćfinał) i Primera Division (ostatnia kolejka). A jak doszło do meczu z Realem o trofeum, Katalończycy przegrali finał Pucharu Króla, w którym nie mógł grać Ronaldo.

Tym razem jeszcze trudniej wskazać faworyta. Barcelona nie straciła gola w ośmiu kolejkach Primera Division, co mogłoby stanowić dowód, że nowy trener Luis Enrique odbudował grę w defensywie. Tyle, że w Champions League klub z Camp Nou stracił trzy bramki, kiedy w Paryżu napotkał na swojej drodze pierwszego rywala klasy wyższej niż przeciętna. Z PSG bronił Niemiec Ter Stegen, w La Liga bramki strzeże Chilijczyk Claudio Bravo, który przez 720 minut jest niepokonany. Na Bernabeu czeka go próba ognia. Real zdobył w tym sezonie ligowym już 30 bramek (a przecież dwa mecze przegrał), z czego sam Ronaldo 15. Gdyby „Królewscy utrzymali średnią do końca rozgrywek, drużyna dotarłaby do sumy 142, a jej lider 72. Niebotyczne liczby.

Ataku Barcy nie sposób dotąd ocenić w pełni. Na Santiago Bernabeu zadebiutuje pewnie Luis Suarez. A więc w El Clasico wystąpią obaj posiadacze Złotego Buta (Ronaldo i Suarez), którzy przed rokiem zdobyli w lidze po 31 bramek. Ile wniesie Urugwajczyk do Barcelony, jakiego da jej kopa? Zobaczymy. Gdyby przydomek „Wampir” nie kojarzył się z pogryzionymi rywalami, Suarez mógłby go nawet polubić ze względu na swoje relacje z obrońcami i bramkarzami. Jest w polu karnym prawdziwym krwiożercą, który ma wszelkie dane, by poprawić katalońską efektywność.

W jednym względzie nie zmieni się nic. Barca pozostanie drużyną Leo Messiego. Przekonał się o tym młody, ambitny trener o twardej ręce, jakim jest ponoć Luis Enrique. W 73. minucie meczu z Eibar chciał dać odpocząć Argentyńczykowi i przygotował Munira do zmiany, ale Messi postanowił grać dalej, więc stanęło na zmianie Neymara. Brazylijczyk nie gra od początku sezonu, wszedł w niego po kontuzji, mimo wszystko ma już 8 goli. Jeśli dodamy do tego wyczyny w reprezentacji Brazylii, trzeba uznać, że przeżywa najlepszy okres w karierze.

W ostatnich meczach reprezentacji Neymar, Messi i Suarez trafili do siatki aż osiem razy. Gra Argentyńczyka w El Clasico wywołuje w Hiszpanii polemiki już od miesiąca. Leo jest o bramkę od legendarnego rekordu Telmo Zarry, najskuteczniejszego gracza w historii ligi hiszpańskiej (251). Byli tacy, którzy proponowali, że jeśli go wyrówna na Santiago Bernabeu, trzeba przerwać grę i złożyć mu specjalny hołd. Czy fani Realu chcieliby owacyjnie fetować gracza, który zdobył najwięcej goli w historii El Clasico? Niewykluczone, na owację Bernabeu zapracowali kiedyś inni gracze Barcy: Diego Maradona i Ronaldinho.

Być może jednak bohaterem wieczoru nie będzie nikt z gości. W ostatnich tygodniach to Cristiano Ronaldo najbardziej efektownie pracuje na swój trzeci tytuł piłkarza roku. Portugalczyk nie ma litości dla wszystkich legend królewskiego klubu, niedługo pobije zapewne rekord Raula, najskuteczniejszego gracza w historii Realu. „Z Ronaldo mecz zaczyna się od 1:0” – mówi Carlo Ancelotti i być może w sobotę będzie tak samo. Co na to Bravo, marzący o poprawieniu swojego rekordu i tak uważna ostatnio defensywa Barcelony?

Przed sobotnim El Clasico Katalończyków czeka bardzo ważny mecz z Ajaksem w Champions League. Potknięcie jest niedopuszczalne, bo po porażce w Paryżu sytuacja zespołu stała się niejasna. Real jedzie na Anfield Road i może sobie nawet pozwolić na porażkę, ale w tak prestiżowym starciu jak to z Liverpoolem będzie chciał budować morale na sobotę. W obu meczach nie zagra kontuzjowany Gareth Bale.

Tym razem Gran Derbi nie będzie meczem na szczycie, ale starciem lidera z trzecią drużyną w tabeli. Liga hiszpańska się wyrównuje, Atletico odebrało Barcelonie mistrzostwo Hiszpanii, Real ograło w Superpucharze i w lidze. Do niego dołączają nieśmiało Valencia i Sevilla, co nie zmienia faktu, że El Clasico pozostaje główną atrakcją Primera Division - najcenniejszym produktem eksportowym najsilniejszej ligi świata.

Luis Suarez jest o krok od spełnienia swojego marzenia. O Barcelonie marzył od dawna. Opowiada, że po pogryzieniu Giorgio Chielliniego na mundialu w Brazylii najbardziej przeraziła go perspektywa, że Katalończycy porzucą pomysł wykupienia go z Liverpoolu. Cena 81 mln euro nie była okazyjna, zwłaszcza za gracza, który przez kilka miesięcy będzie zawieszony. „Wydawało mi się, że tym jednym wybrykiem zmarnowałem sobie karierę” – wyznał Suarez. Barca go nie zawiodła, nadchodzi czas na spłacanie długów. „Palę się do gry, ale nie mam nawet odwagi wymagać od Luisa Enrique, by pozwolił mi wyjść na Bernabeu. Jeśli zostawi mnie na ławce, zrozumiem to i zaakceptuję”. Ciekawe, czy pojawienie się Urugwajczyka stanie się punktem zwrotnym dla zespołu z Camp Nou?

Dwa kolosy mają swoje wątpliwości: w Realu dotyczą one formy Ikera Casillasa i klasy Jamesa Rodrigueza. Czy warto było dać 80 mln za Kolumbijczyka, czy nie lepiej było przeznaczyć tę astronomiczną kwotę na zatrzymanie Angela Di Marii? Czy Toni Kroos zapełni wyrwę po Xabim Alonso? Tego dowiemy się za jakiś czas. Jak będzie wyglądała Barca z Suarezem? Czy dekadencja rozpoczęta w schyłkowym okresie pracy Pepa Guardioli jest nieodwracalna? A może Luis Enrique stanie się symbolem odrodzenia? Jeśli nie to będzie trzeba współczuć fanom z Camp Nou, a może przede wszystkim Neymarowi i Suarezowi - zakochanych w Barcy w okresie, gdy była nietykalna. Jak piękność, której upływ czasu nie pomaga.



czwartek, 16 października 2014

Mecz z Niemcami zdefiniował charakter drużyny Adama Nawałki, pojedynek ze Szkocją obnażył jej wady. Jest nad czym pracować, ale jest też z kim i dla kogo.

W wywiadzie dla ”Rzeczpospolitej” Wojciech Szczęsny powiedział, że o ile zarabia się w klubie, to przepustką do serc i pamięci fanów jest drużyna narodowa. W trzy dni między zwycięstwem nad Niemcami i remisem ze Szkocją, gracze Adama Nawałki mieli okazję poczuć na własnej skórze, jak bezkresne jest zapotrzebowanie na ich sukces. Futbol to najbardziej niewiarygodna z gier zespołowych, tu element przypadkowości, szczególnie w pojedynczym meczu, jest wyjątkowo wysoki. Sercem można zdziałać wiele, da się pokonać mistrzów świata, drużynę lepszą i dojrzalszą pod każdym względem. Można też „postraszyć” lepiej zorganizowanych Szkotów, choć remis w Warszawie to wynik bardziej zły, niż dobry.

Mimo historycznego triumfu nad Niemcami z peanami na cześć Nawałki trzeba się wstrzymać. Prawda, że na październikowe mecze drużyna była dobrze zmotywowana. Powstało coś w rodzaju chemii psychicznej między zawodnikami, którzy odnaleźli chęć i radość we wspólnej harówce. Jest znacznie gorzej gdyby oceniać automatyzmy i schematy wypracowane na treningach. Polscy piłkarze, próbujący grać w ataku pozycyjnym cierpią i skazują na cierpienie swoich kibiców. Zachowują się jakby wchodzili w obcą skórę i czuli się w niej wyjątkowo niewygodnie. O płynności, powtarzalności, elemencie zaskoczenia marzyć trudno: wszystko polega na walce, a kiedy trzeba się oprzeć na umiejętnościach, każdy sobie rzepkę skrobie. Drużyna rozpada się na 11 części, które w bólach i znoju poszukują wspólnego języka.

Może w ogóle nie doczekamy chwili, by drużyna Nawałki potrafiła czarować atakiem pozycyjnym? Jej akcje bywają wolne, schematyczne i nie technika, ani błyskotliwość, ale wola walki czyni je nieobliczalnymi. To nielogiczne jak na umiejętności Lewandowskiego, Piszczka, Krychowiaka i Szczęsnego, ale o ile Szkoci grają płynnie - pomimo niższej klasy indywidualnej, o tyle Polacy w kwestii organizacji tkwią na początku drogi.

Relewancją października byli Sebastian Mila i Arkadiusz Milik, gracze ostro kwestionowani w kadrze. Trudno przypomnieć sobie inny przypadek pomocnika z polskiej ligi, który w dwóch trudnych meczach reprezentacji dostał 40 minut szansy i zrobił na boisku jakościową różnicę. To brzmi jak paradoks: pomocnik Śląska trafił na zgrupowanie jako ostatni, wyszydzany rezerwowy, by przekonać kraj, że może być w drużynie narodowej kimś znaczącym. Ale i tu należy przezornie powstrzymać się od euforii, pamiętając, iż rodzime gwiazdy jeszcze szybciej gasną niż się zapalają.

W sumie były to jednak cztery dni wyjątkowe. Bez względu na huśtawkę nastrojów, euforię po Niemcach i zawód po remisie ze Szkotami. Jeśli nawet ten drugi mecz był dla klasy zespołu Nawałki bardziej znaczący, podarowała ona swoim kibicom coś bezcennego - realne emocje. Nie skrajną rozpacz, zniecierpliwienie i nudę jak bywało dawniej, ale pozytywny stres i umiejętność rozwiązywania sytuacji krytycznych. To niezwykłe, że przy prowadzeniu z mistrzami świata ktoś w drużynie Nawałki ośmielił się pomyśleć o drugim golu, i nie rozłożył bezradnie rąk po drugiej bramce dla Szkocji.

Do pełni szczęścia zabrakło, by Kamil Grosicki w 84. min meczu ze Szkocją kopnął piłkę bardziej w prawo. Drużyna miałaby wtedy po trzech meczach 9 pkt. Ma siedem, to dużo, choć bez żadnej gwarancji. Zwłaszcza, że nietykalni naszej grupy, czyli Niemcy potknęli się dwa razy. Wygląda na to, że rywalizacja w grupie D zamiast za plecami mistrzów świata, będzie się toczyć z ich udziałem. Dziś, drużyna Joachima Loewa jest na trzecim miejscu wyprzedzając Szkocję jednym golem. Polska znalazła się w czwórce rywalizującej o dwa miejsca, a nie w trójce bijącej się o drugą pozycję.

Dla wielu kibiców, którzy włączając telewizor bez trudu mają dostęp do Barcelony, Realu, Bayernu, albo Chelsea, reprezentacji Polski jest gatunkiem osobnym. Są jej wierni bez względu na wrażenia estetyczne. Przywiązanie do barw narodowych to słabość, na którą warto sobie pozwolić. Można kochać Barcelonę, lub Real dla ich sukcesów, lub stylu gry, a drużynę Nawałki za to, że swoja. I pokazuje charakter. Kapitan Lewandowski, pracownik Bayernu wytrwał 80 minut gry ze Szkocją z dziurą w nodze.

Graczom Nawałki udało się obudzić entuzjazm w kibicach, krusząc stereotypy dotyczące piłkarza. W Polsce traktowało się ich jako sportowców gnuśniejszych od innych, minimalistów łatwo zadawalających się uprzywilejowanym statusem ekonomicznym. Brzydkie kaczątko naszego sportu rozwinęło skrzydła, dziś może spoglądać nieśmiało nawet na Kamila Stocha, Justynę Kowalczyk, czy siatkarzy. Odmieniło to 90 minut meczu z Niemcami. Niewiarygodne jaki potencjał tkwi w naszej piłce. Trzeba to utrzymać, przedłużyć, pielęgnować jak zarodek sukcesu. Czy urodzi się z niego awans na Euro 2016? Pewności nie ma żadnej.

Póki co piłkarze przestali być chłopcami do bicia, na których rodak odreagowuje swoje frustracje. I to wszystko dało się osiągnąć zdumiewająco szybko.

Nawałka musi jednak pamiętać, że entuzjazm ma naturę płomienia: jak szybko się zapala, tak szybko gaśnie. Drużyna wciąż nie potrafi poradzić sobie z ograniczeniami, słabościami, przede wszystkim w kwestii tak podstawowej jak zgranie. Nad tym trzeba pracować, w atmosferze lepszej niż zazwyczaj. Może to jest tak samo cenne, jak cztery punkty wydarte Szkotom i Niemcom.

wtorek, 14 października 2014

Porażka Niemców w Warszawie nie jest jedyną sensacją na starcie eliminacji do Euro 2016. Brązowi medaliści mundialu w Brazylii Holendrzy przegrali już dwa razy, Portugalczycy ulegli Albanii, a Hiszpanie Słowacji.

Diego Costa trafił do siatki po 511 minutach. Zdobył gola na 3:0 dla Hiszpanii w meczu z Luksemburgiem (127. miejsce w rankingu FIFA). Gdyby tak samo często jak dla „La Roja” strzelał dla Chelsea, Jose Mourinho wyrwałby sobie zapewne wszystkie włosy z brody. Dla Costy, najskuteczniejszego gracza Premier League, ten gol, nawet z rywalem tak słabym, był sprawą życiową. Odkąd urodzony w Brazylii napastnik zdecydował, że będzie reprezentował Hiszpanię, jego gra wywoływała tylko kontrowersje.

W klubach (Atletico, Chelsea) strzelał jak karabin maszynowy, u Vicente del Bosque wyglądając jak obce ciało, potrzebował aż siedem meczów do zdobycia jednej bramki. Starszego i bardziej utytułowanego kolegi musiał bronić 21-latek z Valencii Paco Alcacer, który w trzech spotkaniach dla „La Roja” zawsze zdobywał gole, a przecież zwykle wchodził do gry z ławki.

Ale nie „posucha” Costy była największym zmartwieniem Hiszpanów. W czwartek na Słowacji ich drużyna przegrała pierwszy mecz eliminacyjny od października 2006 roku. W dodatku w Żylinie Iker Casillas zawalił gola na 0:1, a ponieważ w Realu legendarny bramkarz jest bezustannie w ogniu krytyki, hiszpańskie media znów rzuciły mu się do gardła. Na mecz z Luksemburgiem Vicente del Bosque wstawił do bramki Davida de Geę.

W Hiszpanii uczucia wobec nowej drużyny narodowej są ambiwalentne. Z jednej strony kibice są świadomi, że złota era dobiegła końca na mundialu w Brazylii. Kariery w „La Roja” skończyli gracze emblematyczni: Carles Puyol (jeszcze przed mundialem), Xavi Hernandez, Xabi Alonso, David Villa. Bez nich to nie może być wciąż wielki zespół. Z drugiej strony wciąż grają Andres Iniesta, David Silva, Cesc Fabregas, Sergio Ramos i kilku innych graczy łącznie z Costą, którzy robią wielkie kariery w klubowej piłce. Del Bosque traci już wiarę i siły, ogłosił, że Euro 2016 będzie dla niego metą pracy z drużyną narodową.

Pocieszeniem dla Hiszpanów po porażce ze Słowacją był fakt, że w finałach Euro 2016 zagrają aż 24 drużyny. Awans wywalczą po dwa zespoły z grupy, a te z trzecich miejsc staną do baraży. To pozwala wielkim na wpadki, takie jaka spotkała Hiszpanów w Żylinie, a Niemców w Warszawie. Trzecia drużyna ostatniego mundialu - Holandia wyrobiła już normę. Przegrała z Czechami 1:2 na inaugurację i w poniedziałek na Islandii 0:2.

Dwa gole zdobył Gylfi Sigurdsson, Arjenowi Robbenowi udało się wygrać jeden indywidualny pojedynek. Już w 10. min po bezsensownym faulu Stefana de Vrija sędzia podyktował dla rzut karny dla gospodarzy. Drugą bramkę Holendrzy stracili po rzucie rożnym. Wcześniej Islandczycy pokonali Turcję 3:0 i na wyjeździe Łotwę 3:0. Rewelacja jest liderem grupy A z 9 pkt w trzech meczach, trzecia drużyna świata zajmuje trzecie miejsce (3 pkt). W poprzednich eliminacjach „Pomarańczowi” przegrywali mecze dopiero wtedy, gdy awans mieli pewny.

Fatalnie w eliminacjach Euro 2016 wystartowali także Portugalczycy ulegając u siebie Albanii 0:1. Cristiano Ronaldo leczył wtedy chore kolano. Po wyrzuceniu Paulo Bento i zatrudnieniu Fernando Santosa drużyna ma wrócić do równowagi, ale największym wzmocnieniem dla niej jest oczywiście powrót Ronaldo. Dziś Portugalczycy grają w Danii.

niedziela, 12 października 2014

O przytomność umysłu łatwiej po porażce niż historycznym triumfie. Bez względu na skalę, rangę i prestiż zwycięstwa nad Niemcami, to mecz ze Szkocją będzie świadectwem, czy Adam Nawałka stworzył drużynę.

Koniec biadolenia, marazmu, lamentów i utyskiwań. Cała polska piłka, od najdrobniejszych po najpoważniejsze elementy potrzebowała tak entuzjastycznej „szprycy” jak wygrana nad mistrzami świata. W nieznośnym marazmie nasz futbol trwał wystarczająco długo. Być może nawet dłużej niż na to zasługiwał, oblepiony raczej brudem afery korupcyjnej niż uczciwymi standardami rywalizacji na boisku. W meczu z Niemcami Lewandowski, Piszczek, Szczęsny, Krychowiak, Glik uzmysłowili sobie, że gra w drużynie narodowej to nie musi być przekleństwo, lub kara za nie popełnione winy, ale kolejny pozytywny bodziec rozwoju kariery. Można ją budować w Bayernie, Borussii, Arsenalu, Seviilli i Torino, ale równie dobrze pod szyldem biało-czerwonym, jak w dawnych, dobrych czasach robili Deyna, Gadocha, Lubański, Tomaszewski, Smolarek i Boniek.

Reprezentacja Polski dokonała w sobotę swoistego cudu. Podarowała okazję Sebastianowi Mili, by przestał być piłkarzem notorycznie budzącym uśmiech sympatii pomieszanej z politowaniem. Gdy na konferencji przed meczem z Niemcami pofantazjował sobie na temat opaski kapitańskiej, występu w podstawowym składzie ustawiony za napastnikiem i wykonywania stałych fragmentów gry, do rozpuku śmiali się wszyscy: dziennikarze, trener Nawałka i koledzy z drużyny. 32-letni Mila - bez względu na to, jak go ocenimy - wczoraj był kimś maleńkim, skrobiącym jak szara myszka przeciętną karierę. Dziś urósł do rangi gracza, który pokonał najlepszego bramkarza świata w pierwszym, wygranym przez polskich piłkarzy meczu z Niemcami.

Po drugiej stronie jest 20-letni Arkadiusz Milik - jemu złota główka może otworzyć drzwi do kariery, pokiereszowanej trudnym wyjazdem zagranicznym. Wszyscy gracze Adama Nawałki, którzy do soboty mogli zastanawiać się co im może zaoferować reprezentacja Polski, sami dali sobie odpowiedź najlepszą z możliwych. Co nie udało się Lubańskiemu, Deynie i Bońkowi, stało się udziałem tych, którzy przy wieszczach naszej piłki uchodzili najwyżej za niewiele znaczących „wierszokletów”.

Przez ostatnie 25 lat prestiż futbolowej kadry regularnie spadał. Byli gracze, którzy przebąkiwali, iż powołanie do niej więcej odbiera niż daje. Że kolejne porażki pod biało-czerwonym szyldem ich kompromitują, załamują, są skazą na solidnej karierze klubowej. W sobotę przekonali się, że los drużyny narodowej jest czymś, co powinni wziąć w swoje ręce. Parafrazując słowa Johna F. Kennedy’ego - polski piłkarzu nie pytaj więcej co reprezentacja może zrobić dla ciebie, ale co ty możesz zrobić dla niej.

W ostatnim czasie polska futbol miał wszystko, prócz sukcesu. Orliki, porządne stadiony i ośrodki treningowe zbudowane na Euro 2012. Bez zwycięstw kadry było one jak martwe, Triumf taki jak z Niemcami uzasadnia w jakimś stopniu budowę Stadionu Narodowego.

Bez entuzjazmu, radości i pasji nie da się przekroczyć granic pospolitości. W tym sensie zwycięstwo nad Niemcami jest nie do przecenienia. Bądźmy jednak przytomni, sobotnia wygrana, jakkolwiek byłaby słodka, nie oznacza, że gdyby polski zespół awansował na mundial w Brazylii, wróciłby z niego ze złotym medalem. Szczytem absurdu wydało mi się zdanie wypowiedziane przez Jerzego Engela, który w TVP przekonywał, że w sobotę polska myśl szkoleniowa pokazała swoją wyższość nad niemiecką.

Sławiąc wysiłek drużyny Nawałki nie zapominajmy, że 90 minut sobotniego meczu nie zmieniło polskiej piłki, zmieniło co najwyżej atmosferę wokół niej. To dużo, ale Engel i jemu podobni, ponoszący winę za fatalny stan szkolenia młodzieży, nie mają prawa czuć się zwolnieni z odpowiedzialności. Niech nie wypinają piersi, ale się w nią uderzą, fanfary za mecz z Niemcami należą się innym.

W radosnym galimatiasie narodowym moją uwagę zwróciło zdanie Łukasza Szukały, który przypominał, że celem drużyny Nawałki nie była wygrana nad mistrzami świata, ale awans na Euro 2016. Banał, ale jak balsam na rozpalone głowy. Wciąż najpoważniejszymi konkurentami reprezentacji Polski są Irlandczycy i Szkoci. Irlandia wygrała ciężki mecz w Gruzji, zespół Nawałki pokonał Niemców. Dodatkową premią za to jest fakt, że w starciu z Irlandczykami we wtorek zespół Joachima Loewa koniecznie musi odnieść zwycięstwo. I jeśli wygra w Gelsenkirchen, sytuacja Polaków będzie jeszcze lepsza. Warunkiem koniecznym był i jest triumf nad Szkocją.

sobota, 11 października 2014

Trudno znaleźć w polskim sporcie porażkę bardziej oczekiwaną niż ta dzisiejsza w eliminacjach Euro 2016 z Niemcami.

Czas nie miał szans zatrzeć wspomnień z brazylijskiego mundialu, gdzie drużyna Joachima Leowa zdobyła złoty medal okraszając go bezprecedensową „goleadą” 7:1 z gospodarzami. Polscy piłkarze, jak pospolici kibice oglądali mundial w telewizji. Sami przepadli w grupie eliminacyjnej wyprzedzając tylko Mołdawię i San Marino. Jeśli przez 80 lat rywalizacji nie dało się wygrać z Niemcami ani razu, nawet w szczytowym okresie naszej piłki, dlaczego miałoby się udać teraz, gdy różnica w rankingu FIFA jest przepaścią wynoszącą 69 pozycji?

Thiago Cionek zaapelował do kibiców i dziennikarzy: „pozwólcie nam marzyć”. Nie byłoby w sporcie nic bardziej nonsensownego niż własnoręczne pozbawianie się złudzeń. Rozumiem doskonale, że gracze Adama Nawałki nie chcą popełniać harakiri zanim wyjdą na murawę Stadionu Narodowego, zobaczymy jednak ile wiary przetrwa w nich do chwili, gdy pod presją wielkiego rywala poczują deficyt w płucach oraz piekący ból w ścięgnach i mięśniach?

Rywalizacja polskich piłkarzy z Niemcami tylko incydentalnie nosiła znamiona równości. Przez pokolenia wspominaliśmy frankfurckie błoto, które utopiło polską finezję podczas mundialu w 1974 roku. Pytanie „co by było gdyby” zastępowało nam debaty nad teraźniejszością drużyny narodowej osuwającej się w przepaść. Między 1982, a 2006 rokiem reprezentacja Polski zagrała z Niemcami zaledwie raz, co świadczy między innymi o tym, że stawała się dla sąsiadów rywalem z niższej półki. Może nie pojedynczo, bo Furtok, Wałdoch, Hajto, czy Juskowiak grając w Bunsdeslidze wciąż przypominali, że polska piłka nie wyzionęła ducha, tak jak dziś nie pozwalają o niej zapomnieć Lewandowski, Piszczek i Błaszczykowski.

Nasza kadra przestała jednak posiadać atrybuty drużyny. Krok po kroku przeobrażała się w zbieraninę, która na boisku nie potrafi stanowić całości, znaleźć wspólnego języka. Z polskiej myśli szkoleniowej śmieją się już sami piłkarze, twierdząc, że ten kto chce ratować swoją karierę powinien jak najwcześniej uciekać z kraju. Mówi o tym Grzegorz Krychowiak, on Polskę opuścił w wieku 16 lat, a i tak musiał nadrobić wiele zaległości, by dziś grać w Sevilli. Robert Lewandowski podkreśla, że sukces odniósł nie dzięki, ale wbrew systemowi panującemu w Polsce, już nawet nie wracając do traumatycznej chwili, gdy mając 18 lat dowiedział się, iż trenerzy Legii uznali go za odpad futbolowy.

Przygotowania do meczu z Niemcami zagłuszyły fakt, że jeden z najbardziej znanych selekcjonerów reprezentacji został skazany za korupcję. Jeśli więc przez ostatnie 25 lat Polska jako kraj dążyła do normalności, jeśli kilka dyscyplin sportu: tenis, skoki narciarskie, piłka ręczna doczekały sukcesów nie notowanych wcześniej, nasz futbol najdłużej tkwi w czarnej dziurze. Jeszcze wyraźniej widać to w piłce klubowej. Kilkanaście miesięcy temu na Wembley rozegrano pierwszy niemiecki finał Champions League z udziałem naszego trio. W tym czasie kibice urodzeni w roku, w którym ostatni mistrz Polski awansował do najważniejszych rozgrywek, szykowali się do świętowania pełnoletności.

„Z punktu widzenia Niemców stoczyliśmy się do poziomu Giblartaru” - powiedział jeden z dziennikarzy i jest w tym sporo racji, mimo iż gracze Loewa, choćby z szacunku dla Piszczka i Lewandowskiego, zaprotestowali by pewnie zgodnym chórem. Nie znaczy to, że dzisiejszy mecz jest z góry przegrany. Kadra Nawałki musi poszukiwać punktów w drodze na Euro 2016, a także przełomu. Od dekady kadrowicze potrafili wygrywać tylko z rywalami klasy Mołdawii, dziś muszą się porwać na mistrza świata. Skoro w czwartek Słowacy pobili Hiszpanów, dlaczego nasi piłkarze mieliby zaprzepaścić okazję, by przejść samych siebie?

Nie ma jednak sensu czynić fetysza z meczu z Niemcami. Jest ważny, prestiżowy, każdy punkt wyszarpany mistrzom świata to byłaby wielka sprawa. Ruszając w pogoń za czołówką trzeba jednak pokonać w polskiej piłce wiele innych barier. Nawet dobry wynik z najlepszą drużyną jej nie zbawi. „Problem naszej piłki jest znacznie bardziej skomplikowany, niż postawa jedenastu ludzi w biało-czerwonych strojach biegających po zielonej murawie” - mówi Lewandowski i trudno to uznać za wykręt, albo wymówkę. Boisko weryfikuje wiele, ale nie wszystko.

poniedziałek, 06 października 2014

Madrycki BBC rzuca wyzwanie Europie. Cristiano Ronaldo w sześciu meczach Primera Division trafił do siatki już 13 razy. Razem z Karimem Benzemą i Garethem Bale tworzą tercet wagi superciężkiej. Kto mu może odpowiedzieć?

Zachwyt nad najdroższym zespołem w dziejach piłki, który z siedmiu meczów ligowych przegrywa dwa, musi mieć swoje granice. Wczorajsze zwycięstwo 5:0 nad Athletic Bilbao pozwoliło Realowi Madryt awansować na czwarte miejsce w tabeli Primera Division. „Królewscy” patrzą z góry na broniące tytułu Atletico, za to wciąż oglądają plecy Sevilli, Valencii i Barcelony. Realnym zagrożeniem są chyba tylko dwie ostatnie ekipy. Kandydatura do tytułu lidera nie pozostawia wątpliwości, Valencia staje się rewelacją sezonu. Dwa porównania: Real przegrał z Sociedad w San Sebastian 2:4, Valencia tam zremisowała 1:1, „Królewscy” polegli w derbach Madrytu na Santiago Bernabeu, Valencia właśnie rozbiła Atletico na Mestalla 3:1.

Pomijając wyniki i miejsca w tabeli, opierając się na czymś tak niewymiernym i złudnym jak przeczucia i wrażenia zaryzykuję tezę, iż najwyższy potencjał znów prezentuje drużyna Carlo Ancelottiego. Jej intensywność gry, witalność, siła, a także szybkość i technika czynią z Realu machinę. Nie jest ona oblężnicza, w ataku pozycyjnym nie zachwyca, ale gdy rywal odważy się pójść na wymianę ciosów, jest skończony.

Ostatni gol Ronaldo we wczorajszym meczu z Athletic (po nieumyślnym zagraniu ręką) wskazuje na to, że Portugalczyk osiągnął formę wręcz radosną. Piłka, przed wpadnięciem do siatki, sama szuka z nim kontaktu. CR7 ustrzelił 22. hat-trick w lidze hiszpańskiej, tyle samo mieli tylko Di Stefano i Zarra. Leo Messi kończył mecz Primera Division z trzema golami 19 razy.

Cokolwiek napisać o Ronaldo - brzmi jak laurka. Być może najistotniejsze jest jednak to, że między nim a Benzemą i Bale, którzy wciąż są w ogniu różnych krytyk, istnieje chemia. Po ostatnim spotkaniu w Champions League dziennik „El Pais” ironizował z powszechnego przekonania fanów, że jak na środkowego napastnika Francuz trafia do siatki wyjątkowo rzadko. Liczby wskazują na coś absolutnie przeciwnego. W Lidze Mistrzów Benzema zdobywa gola co 115 minut, częściej niż Raul Gonzalez, czy Hugo Sanchez uważani za fenomenów. Z graczy Realu Madryt tylko Ronaldo, Di Stefano i Puskas zdobywali bramki w Pucharze Europy z większą częstotliwością.

Ale krzywdząca opinia na temat Benzemy nie urodziła się w głowach kibiców-malkontentów. Jose Mourinho prowadząc „Królewskich” barwnie opowiadał, że musi wyruszać na polowanie z kotem. Problem, jaki ma Karim polega może na tym, że przyszło mu grać u boku Ronaldo, co bywa błogosławieństwem na boisku, jak przy czwartym golu przeciw Athletico, ale kto wytrzymałby takie porównanie?

Ten sam „kłopot” ma Bale. Prasa hiszpańska rozpisywała się niedawno o jego kryzysie formy. Podobno Walijczyk nie chciał się zgodzić na to, by Ancelotti wycofał go do pomocy zamieniając pozycjami z Jamesem Rodriguezem. Bale chciałby się skupić na ataku, tymczasem jego szybkość, potencjał fizyczny, mógłby być lepiej wykorzystany, gdyby swoje galopady zaczynał od odbioru piłki pod polem karnym Ikera Casillasa. James nie ma warunków, by grać jak Angel Di Maria, Bale fizycznie bez trudu sprostałby Argentyńczykowi. W Tottenhamie grał jako boczny obrońca, więc z walką w tyłach nie powinien mieć problemu.

Być może jednak włoski trener Realu zechce zachować tercet BBC, a kibice dostrzegą, że jego siła polega na dopasowaniu elementów. Co by było, gdyby w ataku Realu pojawiły się dwa klony Ronaldo, mimo bezdyskusyjnych zalet portugalskiego fenomena? A może niezwykłość Benzemy i Bale’a polega właśnie na dobrowolnym uznaniu i zaakceptowaniu statusu Portugalczyka?

Odpowiedzi na te pytania nie opuszczą sfery spekulacji. Już za dwa tygodnie zaczniemy przekonywać się na własne oczy, czy tercet barceloński Messi-Neymar-Suarez jest w stanie rzucić wyzwanie BBC. Innych kontrkandydatów chyba w Europie nie ma, choć i atak Bayernu wygląda nieźle z Robbenem, Thomasem Muellerem i Lewandowskim. W bawarskiej trójce chemia i hierarchia dopiero się tworzą. Trudno przewidzieć, co z tego wyjdzie.

niedziela, 05 października 2014

Czy rekord Claudio Bravo - 630 minut bez gola między słupkami Barcelony od początku sezonu ligowego - pokazuje skalę zmian w grze defensywnej zespołu z Katalonii?

Mecz z Rayo nie był dla drużyny Luisa Enrique trudny. Najpierw genialna akcja Messiego, potem dokładne uderzenie Neymara, a po czerwonej kartce dla Morcillo, Katalończycy nie musieli się wysilać. Munir błysnął przy drugiej bramce genialną asystą, ale potem zachował się jak kapryśny dzieciuch nie oddając piłki Neymarowi w sytuacji gdy obaj biegli na bramkarza Tono.

Po drugiej stronie boiska Claudio Bravo pobił rekord Pello Marii Artoli z 1977 roku, który był niepokonany przez 560 minut na starcie sezonu. Bravo nie puścił jeszcze bramki w barwach Barcy, ale to temat całkowicie drugorzędny. Chyba, że świadczy o znaczącym wzroście jakości gry defensywnej drużyny z Katalonii.

Mecz w Paryżu z PSG w Lidze Mistrzów temu przeczy - choć w bramce nie stał Bravo, ale Ter Stegen. Co prawda Niemiec nie błysnął, ale do strzałów na jego bramkę nie dopuścili rezerwowi, ale linia obrony grająca w składzie optymalnym (Alba, Mathieu, Mascherano, Alves). Messi i Neymar w Paryżu swoje gole zdobyli, ale prawdziwy egzamin miała zdać defensywa. I go nie zdała.

Przed wylotem na Parc des Princes Andoni Zubizarreta mówił, że PSG będzie pierwszym testem jakości dla drużyny Luisa Enrique. Pierwszym, bo w lidze Barca miała dotąd rywali przeciętnych. Rywalizację z czołówką hiszpańską zacznie od Gran Derbi. Już z Luisem Suarezem w ataku, ale nie o siłę ataku chodzi. 25 października na Santiago Bernabeu gra obronna Barcy przejdzie kolejny egzamin jakości. Tym razem ewentualne błędy będzie naprawiał Claudio Bravo - uważany dziś za bramkarza numer 1 Barcelony.

Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac