blog Darka Wołowskiego
RSS
czwartek, 30 października 2008
Transmisja na żywo w TVN24 ze zjazdu PZPN miała jedną dobrą stronę. Cała Polska widziała jakie mózgi decydują o losie polskiej piłki. A nie chce się gadać...  
środa, 29 października 2008

Jagodziński, Kręcina, Lato, Boniek - z czterech kandydatów na prezesa PZPN największe poparcie kibiców ma ten ostatni. Ale nie znaczy to, że były gwiazdor Juventusu i Romy to dobry materiał na zbawiciela polskiej piłki.

Jutro 116 delegatów PZPN wybierze nowego prezesa. Naiwność kibica każe mu oczekiwać wielkiego zwrotu, bo stan polskiej piłki jest fatalny. Afera korupcyjna, leżący w gruzach system szkolenia „produkujący” piłkarskich analfabetów - to najważniejsze zarzuty jakie stawia się federacji.

Wojny futbolowe wywoływane nieudolnie przez kolejne rządy dały tyle, że prezes Michał Listkiewicz zgodził się odejść. Kto z kandydujących na zastąpienie go mógłby pociągnąć polski futbol we właściwą stronę? Kibice uważają, że Boniek. W telewizyjnych debatach zdobywał zdecydowanie większe poparcie niż jego trzej rywale razem wzięci.

To prawda, że przez wiele lat Boniek występował jako naczelny krytyk Związku, mówił o wyeliminowaniu z niego „leśnych dziadków”, zastąpienie menedżerami. Były piłkarz Widzewa to człowiek sukcesu: na boisku i poza nim. Jako jedyny z kandydatów deklaruje, że za zajęcie prezesowskiego fotela nie będzie pobierał pieniędzy z kasy związku. Ale ci, którzy prowadzili z nim interesy zwracają uwagę, że Boniek działa w myśl zasady „cel uświęca środki” i dla ich osiągnięcia posunie się do każdych metod. Gdy pracował w firmie „Go and goal” wykorzystując lukę w przepisach sprzedał prawa do meczów Legii Warszawa dwóm różnym stacjom telewizyjnym.

Czy Boniek odnajdzie w sobie duszę Judyma, który ratuje coś bezinteresownie w imię dobra wspólnego? Wystarczy przypomnieć jak ratował Widzew Łódź, którego jest symbolem. Wszedł w spółkę z Wojciechem Szymańskim - podejrzanym w aferze korupcyjnej, polecił Janusza Wójcika, mimo opinii, że nie jest najbardziej uczciwym z trenerów, a interesy w klubie prowadził tak, by z własnej kieszeni nie wydać na niego złotówki. Na koniec jeszcze dobrze sprzedał akcje Widzewa. Czy tak samo jak klub z Łodzi potraktuje cały polski futbol?Boniek był już wiceprezesem PZPN i ani z korupcją nie walczył, ani systemu szkolenia nie budował. Sławne jest za to jego stwierdzenie z czasów, gdy obejmował stanowisko selekcjonera reprezentacji. Na pytanie co będzie, gdy mu się nie uda, odpowiedział: „To będziecie mieli problem”.

Wiara w Bońka jako najlepszego z kandydatów na nowego szefa PZPN nie jest jednak absurdem. Wystarczy rzut oka na rywali. Jagodziński napisał kiedyś książkę o aferach w polskim futbolu, po czym bez skrupułów przyjął posadę u Mariana Dziurowicza stając się naczelnym obrońcą wszystkich pzpnowiskich patologii. Kręcina i Lato jawnie lekceważą opinię kibiców i otrawcie umizgują się do pzpnowskiego betonu. Mówią nie o rewolucji w piłce, ale o utrzymaniu status quo z kosmetycznymi korektami w jego działalności.

Nadchodzące wybory w PZPN to walka o zminimalizowanie zła w piłce. I w zasadzie nic dziwnego, że Boniek jawi się w tym towarzystwie jako kandydat najlepszy.

wtorek, 28 października 2008

Barcelona i Real Madryt zagrają ze sobą dopiero 14 grudnia. Na razie zdobyły tyle samo punktów, nie ma więc powodów, by ogłaszać wyższość jednych nad drugimi. Zanim dojdzie do meczu na Camp Nou kibiców interesować będą jednak najróżniejsze porównania. Dla nas ciekawe może być to, którego dokonał Leo Beenhakker w wywiadzie dla gazety „AS”. Selekcjoner reprezentacji Polski powiedział, że Barca jest najbliższa jego filozofii gry, ale jest pewny, że i drużyna Bernda Schustera może wznieść się na ten sam poziom.

Jako były trener Realu Beenhakker musi się wypowiadać dyplomatycznie. Zwłaszcza do dziennika takiego jak ”As”, który nie kryje swoich preferencji. Mimo to mówi o tym, że Real może grać tak jak Barcelona, na razie zarzuca mu jednak zbytnią nerwowość i niecierpliwość przy rozgrywaniu piłki. „Nie każde podanie, nie każda akcja musi zakończyć się golem” - tłumaczy Holender. Wytyka też Realowi brak drugiego skrzydłowego, ale wychwala wszystkich Holendrów zatrudnionych w Madrycie.

Z drugiej strony w prasie katalońskiej rodak Beenhakkera Johann Cruyff ironizuje z tych, którzy po porażkach z Wisłą i Numancią uważali, że Guardiola się nie nadaje, a dziś wychwalają go pod niebiosa. „Witajcie w Barcelonie - raju przesady” - mówi Cruyff zwracajac uwagę iż nadzieję na dobrą grę widział już po meczach przegranych, za to dziś nie widzi powodu, by rozpływać się nad tym co robi drużyna Guardioli. „W październiku nie zdobywa się tytułów” - rzypomina, a porównania ze swoim dream teamem uważa za absolutnie nie na miejscu.

Na koniec chciałbym zauważyć jak liczy się w świecie zdanie holenderskich trenerów. Hiszpanom to jakoś nie przeszkadza.

niedziela, 26 października 2008

Dawno nie widziałem czegoś podobnego do tego co stało się w pół godziny meczu Barcelona - Almeria. Barca wyglądała jak drużyna z ADHD. Biegała dwa razy więcej, walczyła dwa razy więcej, ale jeszcze to wszystko nie przeszkadzało jej grać w piłkę. Gdyby utrzymała to tempo, wbiłaby drużynie Arconady tyle goli, ile wbili jej w siedmiu wcześniejszych meczach. Niepostrzeżenie, po słabym poczatku sezonu Barca znów jest symbolem gry pięknej i zaskakujacej. Piłka to nie jazda figurowa, wrażenia artystyczne punktów nie dają, ale podziw kibiców i owszem. Na podziw Barca w sobotę zasłużyła. A i punktów zdobywa sporo - 27 w ostatnich 9 meczach.

Guardiola dokonuje tego wszystkiego z tymi samymi ludźmi, których miał Frank Rijkaard. W pierwszym składzie zmienił się tylko Dani Alves, o ile u Guardioli istnieje coś takiego jak podstawowy skład. Na poczatku sezonu: w meczach z Numancią i Racingiem, a nawet jeszcze z Espanyolem Barca grała wolno i przewidywalnie. Raptem wrzuciła szósty bieg, by zdobyć 33 gole. Niewiarygodna zmiana dla mnie. Ale nie tylko, bo nawet nowy trener Barcy jest zaskoczony.

 

sobota, 25 października 2008

Pewien młody człowiek w Maroku napisał na ścianach swojej szkoły „Bóg, ojczyzna i Barcelona”. Zamiast obowiązujacego powszechnie patriotycznego „Bóg, ojczyzna i Mohammed”. Mohamed VI to król Maroka.

Dyrektor szkoły zadzwonił na policję, a ta zabrała chłopaka. Dostał 18 miesięcy w ciężkim więzieniu.

Klub z Katalonii interweniował już w tej sprawie. Walczą obrońcy praw człowieka. Trudno wyobrazić sobie przypadek bardziej kuriozalny. To już nie jest nawet fundamentalizm, ale ciężka choroba umysłowa.

 

 

 

piątek, 24 października 2008

Bardzo ujęła mnie informacja o tym jak Jerzy Engel chciał ocieplić wizerunek PZPN przez zatrudnienie specjalistów od PR. Drogi panie Jerzy, słyszał pan o strzale w stopę? Właśnie to naród ma wam za złe, że zamiast na piłkę wydajecie kasę na siebie.

Moim zdaniem wizerunek PZPN jest nie do polepszenia. Równie dobrze można wynająć firmę PR do poprawienia wizerunku Józefa Stalina. Goście wezmą kasę, a Stalinowi krzywda się nie stanie. Zła analogia? Stalin przynajmniej w końcu odszedł, o co PZPN nie można się od lat doprosić.

Gaizka Mendieta nie dał rady. Jak wielu przed nim przegrał z kontuzją i ogłosił, że zawodowo w piłkę już nie zagra. Ogłosił to w swoim stylu: tak cicho, żeby nikt nie zwrócił uwagi. Poza boiskiem zawsze był antygwiazdą.

Wielu z nas już kilka lat temu pogrzebało go jako piłkarza. Upadek zaczął się przecież w 2001 roku, gdy za 38 mln dol odchodził z Valencii do Lazio Rzym. Serie A to tradycyjny grób piłkarzy hiszpańskich. Stała się nim także dla Mendiety. Trafił ponoć do Rzymu, bo władze Valencii robiły wszystko, by nie zabrał go Real. Do Madrytu przybył tamtego lata Zinedine Zidane.

W 2001 roku Mendieta został jedynym graczem w historii klubu z Walencji, który zdobył gola w finale Ligi Mistrzów. Ale to nie złagodziło rozczarowania. To był dla niego i drużyny drugi kolejny przegrany bój o Champions League. Porażka w decydującej grze z Realem w 2000. roku nie była tak bolesna, jak ta z Bayernem po serii rzutów karnych (2001). Wtedy między Mendietą, a klubem, którego był symbolem, coś pękło.

Dla mnie Mendieta był piłkarzem wybitnym. Wyszkolony jak każdy Hiszpan, ale myślał i biegał dwa razy szybciej. Był dynamiczny jakby uczył się gry w Premier League. Słynął z potężnego strzału z dystansu, a jeśli chodzi o karne nie było lepszego specjalisty. Równać się może dziś tylko David Villa.

Właśnie dlatego, że Mendieta był tak hiszpański i niehiszpański zarazem stał się jednym z najwybitniejszych pomocników swoich czasów. Był Baskiem, ale nigdy nie grał w żadnym z baskijskich klubów, od Zidane'a odróżniało go wiele - piłkarskim prorokiem był krótko i wyłacznie we własnym kraju.

Po roku w Rzymie przyszedł do Barcelony cień Mendiety. Taki nieudany portret pamięciowy wielkiego gracza wyszperany przez Louisa van Gaala. Potem było jeszcze chwila nadziei w Middlesbrough, gdzie kontuzja ostatecznie zakończyła jego karierę. W ostatnim roku nie zagrał ani razu, a niektóre źródła podają, że rzucił futbol już 12 miesięcy temu.

czwartek, 23 października 2008

Zatrudniając Davida Beckhama AC Milan stał się klubem galaktycznym. Ronaldinho, Kaka, Beckham, Szewczenko...Szkoda, że kontuzja złamała karierę Ronaldo.

Zszokowani muszą być ci, którym wydawało się, że koncepcje Florentino Pereza poniosły fiasko ostateczne. Legendarnego szef Realu Madryt wpadł na to jako pierwszy, że w piłkarskim show bardziej niż umiejetności wielką kasę przynoszą wielkie nazwiska.

To dziwne jednak, że koncepcja galaktyczna przyjęła się właśnie w Milanie. W czasach gdy Real puszył się przed światem Zidanem, Beckhamem, Figo i Ronaldo klub z Mediolanu zdawał się być oazą rozsądku. Zdobywał nie mniej niż Real zatrudniając piłkarzy według całkiem innego klucza.

Powie ktoś, że to naturalne. Że taki tandeciarz jak Berlusconi musiał w końcu zapragnąć zrobić to samo co Perez. Racja. Z drugiej strony właściciel Milanu przeżył już w swoim życiu czas galaktyczny. W latach 90. Milan był największą światową marką, a w jej szeregach stali Gullit, Rijkaard i van Basten. Ci, którzy pamiętają tamte czasy wiedzą, że nie każdy projekt, który dziś nazwalibyśmy galaktycznym, musi zakończyć się fiaskiem.

Mnie jednak to co robi dziś Milan przypomina bardziej schyłkowe czasy Pereza, niż wczesnego Berlusconiego. Poczekamy, zobaczymy.

poniedziałek, 20 października 2008

Villa, Eto'o, Messi, Raul, van Nistelrooy? Kto będzie królem strzelców ligi hiszpańskiej? Napastnik Valencii ma niewiarygodny początek. W siedmiu kolejkach trafił do siatki osiem razy, a jego drużyna jest samodzielnym liderem. Latem omal nie doszło do rozwodu, teraz David i Valencia biorą rewanż za traumę z poprzedniego sezonu. Wyrównali właśnie osiągnięcie drużyny Rafaela Beniteza, która w siedmiu kolejkach sezonu 2003-2004 straciła tylko dwa punkty. Zdobyła wtedy mistrzostwo kraju, Puchar UEFA, a na deser Superpuchar Europy.

Ostatnia kolejka musiała być dla Villi wielką frajdą, nie tylko ze względu na łatwy triumf jego drużyny, ale też zwycięstwo Sportingu Gijon, klubu, który był pierwszy na jego piłkarskiej drodze (w latach 2000-2003 Villa zdobył dla niego 51 bramek).

Pamiętam konferencję prasową po meczu Hiszpania - Szwecja na Euro 2008 kiedy Villa został MVP za zwycięską bramkę w ostatniej minucie. Pytano go wtedy o Sporting, który grał decydujący mecz o awans do Primera Division. I Villa całkiem na serio opowiadał jak to dla niego ważne wywołując zdumienie u wielu zagranicznych dziennikarzy.

Awans Sportingu stał się faktem, ale początek gry wśród najlepszych był dla niego bolesnym kopniakiem. W tych samych siedmiu meczach, w których Villa trafił do siatki osiem razy, bramkarz Sportingu wyjmował piłkę z bramki 21 razy. Zwycięstwo z Osasuną pozwoliło jednak opuścić strefę spadkową i zacząć myśleć o przyszłości bez paraliżującego strachu.

Wtedy, podczas Euro 2008 radość Villi z awansu Sportingu zakłóciła kontuzja. Uraz mięśnia sprawił, że najważniejsze dwa mecze mistrzostw reprezentacja rozstrzygnęła bez niego. Widywaliśmy Villę już tylko w strefie wywiadów - zawsze z butelczyną szampana opijającego triumf nad Rosjanami i Niemcami. No i tytuł króla strzelców turnieju, którego nikt nie zdołał mu odebrać. Rolę największej gwiazdy mistrzowskiego teamu odebrali Xavi i Torres - z tym Villa rozstał się bez żalu. Wygląda na równego chłopa (zwłaszcza po szampanie). Ma 175 cm, 72 kg wagi i pseudonim „Mocarz” na pewno nie odnoszący się do jego postury.

Końcówkę Euro Villa odbija sobie w eliminacjach MŚ ratując Hiszpanom punkty w kolejnych meczach. Nie zraziło go nawet pudło z rzutu karnego - coś, co wcześniej nigdy mu się nie przytrafiło. Najgorsze ma jednak wciąż przed sobą. 16 listopada w 11. kolejce Primera Division Valencia podejmuje Sporting. To będzie trudny egzamin dla Davida Villi.

niedziela, 19 października 2008

Duże wrażenie zrobił na mnie Real Madryt w meczu z Atletico. Większe niż dwa tygodnie temu Barcelona, która ograła tego samego rywala aż 6:1. W obu meczach Atletico szybko straciło gola, ale bardziej bezradne wydało mi się w tym drugim.

Oczywiście nie chodzi o to, by się sprzeczać o przeszłość. Spójrzmy wprzód. Po dwóch mistrzostwach Hiszpanii Real wydawał mi się drużyną skazaną na gorszy sezon, w sobotę miałem wrażenie, że widziałem i kandydata do kolejnego mistrzostwa i triumfu w Champions League.

Drużyna z Madrytu z niewiarygodną łatwością stwarza sytuacje bramkowe, a Ruud van Nistelrooy czy Raul równie łatwo zamieniają je na gole. Wśród wielu zalet Realu zobaczyłem też pewną wadę. Real jest jak jego kapitan. Radzi sobie dopóki rywal gra z nim w piłkę. Ale kiedy mecz zmienia się w wojnę lub kopaninę, argumenty królewskim się wyczerpują. W sobotę przez 90 minut Real górował nad Atletico, a kilkadziesiąt sekund brakowało, by nie wygrał.

O Hiszpanię nie ma się co martwić, bo Barcelona, Valencia, czy nawet Villarreal będą się starały zdetronizować mistrza najbardziej klasyczną z piłkarskich metod. Nie obawiałbym się też, gdyby w Lidze Mistrzów na drodze królewskich stanął broniacy trofeum Manchester UTD. Gorzej, gdy przyjdzie się mierzyc z zespołem tak „wrednym” jak Liverpool. A propos już w środę porównamy go z Realem na tle Atletico Madryt.

 
1 , 2 , 3
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac