blog Darka Wołowskiego
RSS
środa, 27 września 2017

Wielki mecz z jeszcze większymi podtekstami. Jeśli wierzyć światowej prasie pojawienie się Neymara doszczętnie zrujnowało jedność w szatni PSG. Bayern zweryfikuje dziś chorobliwe ambicje Paryżan, i przy okazji swoje własne.

- A ten za kogo się uważa? Za Messiego? - te słowa o Neymarze hiszpański dziennik „El Pais” przypisuje Edinsowi Cavaniemu. Dziennikarz Diego Torres napisał fascynującą historię konfliktu i podziału w szatni PSG wywołaną transferem Brazylijczyka za rekordowe 222 mln euro. Zaraz po tym niewiarygodnym wydatku władze UEFA naciskane przez rywali Paryżan, szefów Realu Madryt, Bayernu Monachium i Juventusu Turyn, ostrzegły katarskich właścicieli PSG, że za złamanie norm finansowego fair play, mogą wykluczyć ich z Champions League. Wtedy ponoć przestraszony prezes Nasser Al-Khelaifi, chcąc zbilansować wydatki i wpływy klubu skontaktował się z agentami kilku ważnych piłkarzy i przekazał im, że mogą odejść. Na liście podanej w „El Pais” są Di Maria, Pastore, Matuidi, Moura, Draxler, Ben Arfa, Aurier i nawet kapitan Thiago Silva. To wywołało wzburzenie i rozpoczęło konflikt w szatni. Zasłużeni gracze paryskiego klubu zostali dotknięci do żywego. Obrażony reprezentant Francji Blaise Matuidi odszedł do Juventusu za zaledwie 20 mln euro.

W ten sposób transfer Neymara stał się kością niezgody. Na czele buntu, według „El Pais”, stanął najlepszy strzelec drużyny Edinson Cavani.

Jak zwykle w takich wypadkach trudno oddzielić plotki od prawdy. Jedno jest pewne, że 10 dni temu po meczu z Lyonem, gdy Cavani i Neymar pokłócili się o to kto ma wykonywać rzut karny, w szatni omal nie doszło między nimi do rękoczynów. Pisał o tym dziennik „L’Equipe”. Od tej pory Al-Khelaifi robi co w jego mocy by konflikt rozwiązać. Według „El Pais” obiecał Cavaniemu, że jeśli pozwoli Neymarowi wykonywać karne, dostanie premię miliona euro, która była dotąd uzależniona od liczby bramek zdobytych przez Urugwajczyka. Cavani odrzucił propozycję.

W klubie trwa zawierucha. Neymar - nowy pupilek prezesów jest ponoć odbierany przez kolegów jako wielki arogant. Na jego bizantyjskiej prezentacji oświetlono Wieżę Eiffla napisem „Welcome Neymar”, a potem klub finansował huczną imprezę gwiazdora i jego brazylijskich kumpli w Saint-Tropez.

Czy we wszystko co pisze „El Pais” można wierzyć? Dziennik uchodzi za wiarygodny, ale Diego Torres uważany jest przez wielu kolegów po fachu w Hiszpanii za największego bajkopisarza wśród sportowych dziennikarzy. Według jego wersji aby pogodzić szatnię Al-Khelaifi zmienił zdanie i ogłosił, że ci piłkarze, których chciał się pozbyć, mogą zostać. W czwartek nowy w PSG brazylijski obrońca Dani Alves, przyjaciel Neymara, zaprosił wszystkich graczy na integracyjną kolację. Anonimowi informatorzy Torresa twierdzą, że atmosfera była jednak jak na stypie. Dziennikarz podaje też kolejną szokującą rzecz, że w ostatnim meczu ligowym, w którym PSG tylko zremisowało bez bramek z Montpellier, Neymar symulował uraz, żeby nie grać. Bez niego zespół stracił pierwsze punkty w Ligue 1.

W takiej mniej więcej atmosferze drużyna z Paryża podejmuje dziś w Parku Książąt Bayern Monachium. Neymara sprowadzono po to, by pomógł klubowi spełnić obsesyjne pragnienie wygrania Ligi Mistrzów. Al-Khelaifi stoi na czele PSG od 2011 roku, kiedy w klub zainwestowali nowi właściciele z Qatar Sports Investments. Na transfery wydano 1,2 miliard euro, tymczasem drużyna nie wychyliła dotąd nosa poza ćwierćfinał Champions League.

Z pewnością Bayern to surowy egzaminator wielkich ambicji Paryżan. Jeśli PSG go pokona, znaczy, że potrafi radzić sobie z zewnętrznymi i wewnętrznymi przeciwnościami. Przy okazji hitowego meczu odżyły wspomnienia trenera Bayernu Carlo Ancelottiego, który zdobywał z PSG pierwszy tytuł mistrza Francji po tym jak na jego czele stanęli Katarczycy. Włoch uciekł jednak potem do Realu Madryt i z nim wygrał Ligę Mistrzów. Dziś wraca na Parc des Princes z Bayernem, w trudnej dla siebie chwili. Duże pretensje do trenera i jego pomocników od przygotowania fizycznego wywołał kolejny uraz lewej stopy bramkarza Manuela Neuera, który musiał znów poddać się operacji i do gry wróci w 2018 roku.

Bawarczycy zaczęli sezon przeciętnie, w tabeli Bundesligi wyprzedza ich Borussia Dortmund i Hoffenheim. Bayernem też wstrząsały niedawno wewnętrzne konflikty, choćby po słynnym wywiadzie Roberta Lewandowskiego dla magazynu „Der Spiegel”. Polak powołał się na przykład PSG, mówiąc, że Bayern, który za piłkarzy płaci maksymalnie po 40 mln euro, pozostanie w tyle za europejską czołówką wydającą setki milionów. Dyrektor generalny Karl-Heinz Rummenigge uznał, że słowa Polaka były atakiem na klub. Mimo wszystko wobec tego co dzieje się w Paryżu, Bayern jest miejscem wyjątkowo spokojnym i ustabilizowanym.

Co nie znaczy, że tak będzie nadal. W ubiegłym sezonie Bawarczycy pożegnali Ligę Mistrzów już w ćwierćfinale. Z zespołu odeszli weterani Philipp Lahm i Xabi Alonso, a na nowych graczy wydano niecałe 80 mln. Przeciw temu protestował Lewandowski. Zdaniem Rummenigge Bayern wciąż należy jednak do ścisłej czołówki w Europie. Dziś w Paryżu to stwierdzenie ma ulec wstępnej weryfikacji.

wtorek, 26 września 2017

Po porażce z Tottenhamem lider Bundesligi podejmuje w hicie kolejki Ligi Mistrzów Real Madryt, który nie przypomina ostatnio najlepszej drużyny na świecie.

Dla Łukasza Piszczka jest to kolejny odcinek sagi. W sezonie 2012-2013 prawy obrońca Borussii zaczął od czterech meczów z Królewskimi - zwycięstwa i remisu w fazie grupowej oraz pamiętnego starcia w półfinale rozstrzygniętego czterema golami Roberta Lewandowskiego. Rok później Real wziął rewanż w ćwierćfinale, choć po porażce na Santiago Bernabeu 0:3 gracze z Dortmundu wbili w rewanżu dwie bramki w 37 minut (Marco Reus). Trzeciej już nie zdołali, mimo wielu okazji. Królewscy wygrali potem całe rozgrywki.

Przed rokiem, gdy drużyna Zinedine’a Zidane’a obroniła tytuł, w fazie grupowej dwa razy zremisowała z Borussią, ale przez stratę punktów w Warszawie z Legią pozwoliła Niemcom wyprzedzić się w tabeli.

W ostatnich pięciu latach pojedynki tych drużyn były wyjątkowo zacięte: trzy razy wygrywała Borussia i tylko dwa razy Real. Każdemu piłkarzowi z Dortmundu, który się wyróżnił, natychmiast przepowiadano etat na Santiago Bernabeu. Tak było z Piszczkiem i Lewandowskim. Od dwóch lat z pogłoskami transferowymi zmaga się Pierre Emerick Aubameyang król strzelców Bundesligi, lider najskuteczniejszych obecnego sezonu, jedyny piłkarz w Niemczech dotrzymujący kroku Lewandowskiemu. - Już dość, nie będę więcej mówił o Realu. Oni mnie nie chcą - powiedział niedawno urodzony we Francji reprezentant Gabonu.

Nie o transfery jednak chodzi. Wyprawa na Wembley dwa tygodnie temu była dla zespołu z Dortmundu jedynym traumatycznym momentem tego sezonu. Borussia prowadziła grę w starciu z Tottenhamem, ale przegrała 1:3. Limit błędów szybko został zredukowany do minimum. Porażka z Realem na Signal Iduna Park oznaczałaby początek nieszczęścia. Klub z Dortmundu nie ma zwyczaju żegnać najważniejszych rozgrywek w fazie grupowej. A musiałby odrabiać aż sześć punktów, jeśli Tottenham przywiezie zwycięstwo z wyprawy na Cypr.

Forma zespołu Petera Bosza zwiastuje jednak dziś wielkie emocje na Signal Iduna Park. Po sześciu kolejkach Borussia jest liderem Bundesligi z bilansem bramkowym 19-1. Aubameyang zdobył już 8 bramek.

Klub z Dortmundu od dawna budzi powszechny szacunek. Za efektowny styl gry drużyny, najbardziej gorącą publiczność i świetną politykę transferową, której kulminacja nastąpiła tego lata, gdy Barcelona wykupiła z Dortmundu Ousmane Dembele za 105 plus 42 mln euro. Zaledwie 12 miesięcy wcześniej działacze Borussii zapłacili za niego 12 mln. A jeszcze strata nie odbiła się na wynikach.

Real jest na przeciwnym biegunie. Zaczął sezon fenomenalnie, od dwóch trofeów ogrywając Manchester United w Superpucharze Europy i Barcelonę w Superpucharze Hiszpanii. Nie było wtedy cienia wątpliwości, kto jest najlepszą drużyną na świecie. Peany spływające na Isco i Asensio stawiały młodych Hiszpanów w gronie przyszłych kandydatów do Złotej Piłki. Ze stanu uniesienia wytrąciły Królewskich drużyny przeciętne: Valencia, Levante i Betis. Strata w lidze do Barcelony wynosi siedmiu punktów. To pierwsze poważne ostrzeżenie.

Real to jedna z tych drużyn, dla której hymn Ligi Mistrzów jest środkiem pobudzającym. W pierwszym meczu bez trudu pokonała APOEL Nikozja (3:0). Ale dopiero dziś zaczynają się schody. Zidane zabrał do Dortmundu Toniego Kroosa, który przez uraz nie grał w sobotnim spotkaniu ligowym z Alaves. Real wymęczył zwycięstwo 2:1 z ostatnim zespołem Primera Division, ale pozwolił mu wbić pierwszą bramkę w sezonie.

Trener Królewskich chciałby wystawić w Dortmundzie jedenastkę galową, tę która sięgała po Puchar Europy w Cardiff. Ale będzie zmuszony do pięciu, lub sześciu zmian, w zależności od stanu zdrowia Kroosa. Kontuzjowani są Marcelo, Karim Benzema i Mateo Kovacic, do składu wraca za to tak kluczowy piłkarz jak Luka Modric, któremu Zizou dał z Alaves odpocząć. Na lewej obronie zagra Nacho - solidny w defensywie, ale różnica będzie widoczna gołym okiem. Marcelo to natchniony drybler, który bez wytchnienia pchał Real do przodu. W pomocy kłopoty są mniejsze: zagrają Casemiro, Modric, Isco i Kroos. W ataku Ronaldo i Bale, Asensio prawdopodobnie usiądzie na ławce.

Po dwóch triumfach w Lidze Mistrzów królewski klub działa spokojnie, jak syty gigant. Latem raczej sprzedawał piłkarzy - środkowi napastnicy Alvaro Morata i Mariano robią furorę w Chelsea i Lyonie. W ostatnich tygodniach Real ogłaszał przedłużanie kontraktów. Nową umowę i podwyżkę dostali Isco, Asensio, Carvajal. Klauzule odejścia sięgały pół milarda, królewski klub uczy się na błędach Barcelony, która w kontrakcie Neymara zapisała kwotę 222 mln. Dla PSG nie była to granica abstrakcji.

Nowe umowy mają zapewnić przyszłość klubowi, który zdominował europejski futbol odkąd Zidane został w nim trenerem. Czy niedawne potknięcia w lidze to tylko incydent, czy też zwiastun poważniejszych kłopotów? Signal Iduna Park jest twierdzą, która prawdę może powiedzieć. Piłkarze Realu jeszcze jej nie zdobyli.

czwartek, 21 września 2017

Letnia histeria na Camp Nou ustępuje miejsca jesiennej euforii. Drużyna zaliczyła pięć zwycięstw w lidze hiszpańskiej i ma aż 7 punktów więcej od Realu Madryt.

9 bramek w pięciu meczach Primera Division i aż 12 we wszystkich rozgrywkach. Takiego początku sezonu Leo Messi nie miał nigdy. Cztery i pięć lat temu zdobył w pięciu kolejkach po sześć goli. A kiedy w sezonie 2011-2012 ustanawiał historyczny rekord ligi hiszpańskiej (50 bramek) w pięciu spotkaniach tylko pięć razy pokonał bramkarzy. We wtorek media sportowe całego świata jeszcze raz pokłoniły się Argentyńczykowi. Z patetycznymi komplementami kontrastuje tytuł z dziennika „El Pais” informujący, że choćby Liga Mistrzów nie grała, to Messi nie odpoczywa nawet we wtorek.

Po raz piąty w karierze zdobył cztery gole dla Barcelony w jednym meczu (Katalończycy wygrali z Eibarem 6:1). W sumie ma 358 bramek w lidze hiszpańskiej, we wtorek wyprzedził Jimmy’ego Greavesa, który w latach 1957-71 został najlepszym strzelcem w historii ligi angielskiej (357 goli). W wielkich liga Europy przed Messim jest jeszcze tylko legendarny Gerd Mueller, który w Bundeslidze uzbierał 365 bramek w latach 1965-79.

Rekordy Messiego nikogo już jednak nie szokują. Zaskakujące jest raczej to, kto jest największym wsparciem dla Argentyńczyka w Barcelonie. Wiadomo, że nie Neymar - on za 222 mln euro odszedł latem do PSG. Luis Suarez jest bez formy, w meczu z Eibarem wylądował na ławce rezerwowych. Po słynnym trio MSN nie ma wspomnienia. Messiego wspomaga piłkarz, którego transfer tego lata skonsternował, a nawet wręcz zawstydził kibiców z Katalonii. Cała Europa śmiała się, gdy Barca płaciła 40 mln euro za 29-letniego piłkarza z ligi chińskiej. Wszechobecni szydercy ignorowali nawet fakt, że Paulinho to kapitan reprezentacji Brazylii. I właśnie niechciany defensywny pomocnik uratował Barcy w sobotę zwycięstwo w wyjazdowym meczu z Getafe (gol na 2:1). Trzy dni później zagrał pierwszy raz w podstawowym składzie, zdobył bramkę na 2:0 z Eibarem, a potem asystował Messiemu przy golu numer pięć.

23-letni Nelson Semedo został wykupiony z Benfiki za 30 mln, by zastąpić na prawej obronie Daniego Alvesa. Po meczach towarzyskich jeden z kolumnistów katalońskiego „Sportu” napisał sążnisty komentarz o tym, że nie widzi u Portugalczyka ani jednej cechy, która uprawniałaby go do gry w takim klubie jak Barcelona. Dziś Semedo wyrasta na objawienie sezonu, ma płuca i mięśnie ze stali, w meczu z Eibarem przy stanie 0:0 wywalczył karnego, którego Messi zamienił na pierwszą bramkę.

Barca ma komplet 15 pkt, jest liderem ligi, na starcie Ligi Mistrzów rozbiła Juventus 3:0, rewanżując mu się za klęskę w ćwierćfinale poprzedniej edycji.

Ernesto Valverde to najspokojniejszy szkoleniowiec w Hiszpanii, umie jednak podjąć odważne decyzje. W meczu z Getafe, gdy Barca przegrywała 0:1, wprowadził Paulinho i Denisa Suareza, którzy zdobyli bramki. Na potyczkę z Eibarem 72 godziny później wymienił sześciu graczy.

I obecna sytuacja w Barcelonie kontrastuje z histerią startu sezonu. Po przegranych meczach o Superpuchar Hiszpanii z Realem Madryt, na Camp Nou zanosiło się na katastrofę, która zmiecie Josepa Marię Bartomeu niczym huragan Irma. Kibice żądali głowy prezesa za nieudolną i wystawiającą klub na pośmiewisko Europy politykę transferową. O fatalnych decyzjach Barcy grzmiała prasa sportowa i tak poważny dziennik jak „El Pais”. Barca przegrała batalię o to, by wydrzeć Liverpoolowi Philippe Coutinho, który miał zapełnić wyrwę po Neymarze. Zdawało się, że mając 300 mln euro na transfery, można zrobić wszystko. Tymczasem na Camp Nou przyszli Ousmane Dembele, Paulinho, Semedo, Gerard Deulofeu, co kosztowało 250 mln. Borussia Dortmund wytargowała za 20-latka z Francji 105 mln euro plus 42 mln w zależności od jego osiągnięć. W meczu z Getafe najdroższy piłkarz w historii Barcelony doznał urazu, miał już operację, wróci do gry za cztery miesiące. Zastępuje go odzyskany latem wychowanek Deulofeu.

Barca może być spokojna dopóki ma Messiego. Od dekady wciąż dyskutuje się o stopniu w jakim jest od niego uzależniona. Dziś, już po trzydziestce, Argentyńczyk znaczy dla zespołu więcej niż kiedykolwiek.

Na drugą stronę barykady kroczy Real. Najlepsza drużyna Europy straciła już w lidze 7 pkt (wszystkie u siebie), wczoraj przegrała z Betisem na Santiago Bernabeu, a Ronaldo nie potrafił uczcić powrotu po dyskwalifikacji. Po 73 meczach z golem, zespół Zinedine’a Zidane’a zakończył serię zerem po stronie zdobyczy, wyrównał rekord Santosu, ale pobić już go nie zdołał. Bohaterem Betisu był Antonio Adan, ten sam o którego wybuchł konflikt między Jose Mourinho i Ikerem Casillasem.

Dziennikarze zaczynają się dopytywać o dystans do szczytu tabeli, Zidane przypomina, że do końca zostały 33 kolejki. I 99 pkt do zdobycia. Po wspaniałym początku sezonu Real znalazł się w lusterku wstecznym Barcelony. Isco, Asensio, Carvajal zaczynają schodzić na ziemię, co może im tylko pomóc. Bardziej od zwycięstw, mobilizują porażki, takie jak w przypadku Barcy ta w Superpucharze Hiszpanii. Zapewne to jednak nie ostatni zwrot w tym sezonie.

wtorek, 19 września 2017

Na boisku pokłócili się o prawo do wykonywania rzutu wolnego i karnego, a potem w szatni omal nie doszło do rękoczynów. Edinson Cavani nie chciał ustąpić Neymarowi, który w zemście usunął Urugwajczyka ze swoich kont w mediach społecznościowych.

„Wojna wielkich ego” - donoszą media całej Europy. Głos zabrał trener PSG Unai Emery, który przyznał, że zostawił piłkarzom wolną rękę przy decydowaniu kto będzie wykonywał rzuty karne. - Ale jeśli nie dojdą do porozumienia, sam zdecyduję - dodał. Już w poniedziałek, dzień po zwycięstwie w hicie ligi francuskiej nad Lyonem, dziennik „L’Equipe” napisał na pierwszej stronie o „bardzo kosztownej wygranej”.

Najpierw pokłócili się o rzut wolny. Chciał go wykonywać Cavani, ale do piłki pierwszy dopadł boczny obrońca Dani Alves. Urugwajczyk poprosił go o nią, ale Brazylijczyk zrobił unik i wręczył ją Neymarowi. Obaj Brazylijczycy są od lat wielkimi przyjaciółmi. Neymar wykonał rzut wolny, ale bramkarz obronił jego strzał. Alves naciskany po meczu przez dziennikarzy powiedział, że zabrał piłkę nie dla Neymara, ale sam chciał strzelać.

Jeszcze gorzej było przy karnym. Tym razem piłkę złapał Cavani. Neymar podszedł i próbował go przekonać, że to on powinien strzelać. Urugwajczyk pozostał niewzruszony, ustawił piłkę 11 metrów od bramki. Strzelił, ale bramkarz obronił. Podczas gry obaj gwiazdorzy kłócili się kilka razy, a po meczu w szatni omal nie doszło do rękoczynów. Choć PSG wygrało 2:0 po dwóch golach samobójczych graczy Lyonu.

Cavani był największą gwiazdą PSG w ubiegłym sezonie. Zdobył dla Paryżan 49 goli w 49 meczach. Co nie uchroniło klubu od straty mistrzostwa Francji i porażki w 1/8 finału Ligi Mistrzów z Barceloną. Latem katarscy właściciele klubu wydali 402 mln euro robiąc z Neymara najdroższego gracza w historii, a 18-letniego Kyliana Mbappe (180 mln) umieszczając na drugim miejscu tej listy. Wszystko po to, by drużyna podbiła Europę. Nikt nie myślał, że może to uniemożliwić wojna domowa.

Naymar debiutował 13 sierpnia w meczu z Guingamp. Brazylijczyk wykonał wtedy aż 12 podań do Cavaniego, Urugwajczyk odpowiedział sześcioma. Wydawało się, że stworzą wielki duet. Ale z każdym kolejnym spotkaniem współpraca była gorsza. W czterech następnych meczach Neymar podał piłkę Cavaniemu w sumie już tylko siedem razy, Urugwajczyk odpowiedział czterema. Różnica kolosalna.

Kiedy do zespołu dołączył Mbappe, mówiono o najdroższym ataku w historii futbolu. Ta trójka kosztowała w sumie 465 mln euro. Dziś jej przyszłość nie wygląda już tak różowo. Swoje racje ma Cavani - do przyjścia Neymara on wykonywał karne. Ale szefowie PSG obiecali Brazylijczykowi, że w Paryżu będzie największą gwiazdą. W Barcelonie był w cieniu Leo Messiego. Tyle, że Messi oddawał Neymarowi prawo do wykonywania niektórych wolnych i karnych. Najlepiej pokazuje to przykład 35. kolejki - czyli finiszu ligi hiszpańskiej dwa i pół roku temu. Argentyńczyk miał 40 goli w rozgrywkach i walczył o koronę króla strzelców z Cristiano Ronaldo (39). Ale gdy Barcelona dostała karnego, pozwolił wykonać go Neymarowi. Dziś wielu fanów przypomina to Brazylijczykowi w mediach społecznościowych.

Właśnie media społecznościowe stały się miejscem, gdzie Neymar zemścił się na Cavanim. Po zajściach w meczu z Lyonem wykreślił kolegę z zespołu z Instagrama i Twittera. Wygląda to na dziecinadę, ale wielkie gwiazdy piłki to przecież duże dzieci. Przykładów zawiści między nimi było w piłce pod dostatkiem. W 2001 roku świeżo sprowadzony do Realu Madryt Zinedine Zidane poskarżył się prezesowi Florentino Perezewi, że Luis Figo, któremu odebrał miano najdroższego gracza w historii, nie podaje mu piłki. Do akcji wkroczył trener Vicente del Bosque i problem rozwiązał. W maju 2002 roku Zizou i Figo wznieśli razem Puchar Europy po finale w Glasgow.

Czy Emery będzie miał tyle autorytetu i zdolności mediatorskich co Del Bosque? - Może nam się wydawać, że PSG stworzyło swoją wielką drużynę w sposób sztuczny. Ale ścieranie się wielkich ambicji, to sprawa naturalna także w małych klubach - komentuje Del Bosque. - Rolą trenera jest przekonać piłkarzy, że zwalczając się nawzajem szkodzą nie tylko drużynie, ale też sobie. Nikt w piłce nie wygrywa w pojedynkę. Tylko współpraca wszystkich może przynieść trofea.

Czy Emery jest zdolny, by przekonać do tej słusznej wizji Neymara i Cavaniego? W szatni PSG od dawna kipiało od wielkich ego. Po transferze do Paryża za 63 mln euro w 2013 roku Cavani długo był w cieniu Zlatana Ibrahimovica.

poniedziałek, 18 września 2017

W niedzielę w San Sebastian Real Madryt wyrównał rekord Santosu z czasów Pelego. Zdobywał bramki w 73 kolejnych meczach. W środę pobije go na Santiago Bernabeu.

Ostatni mecz, który piłkarze Zinedine’a Zidane’a zakończyli z zerem po stronie zdobyczy, to półfinał poprzedniej edycji Ligi Mistrzów z Manchesterem City. 26 kwietnia 2016 roku na Etihad Stadium padł bezbramkowy remis, Joe Hart miał tamtego wieczoru nieprawdopodobnie dużo szczęścia. Real grał bez Cristiano Ronaldo. Cztery dni później wygrał po bramce Garetha Bale’a z Realem Sociedad i to właśnie wtedy w San Sebastian zaczęła się wielka seria. I trwa do dziś.

Najpierw drużyna Zidane’a poprawiła rekord Hiszpanii należący do Barcelony (44 kolejne mecze z golem), potem najlepszy wynik w Europie Bayernu Monachium (61). Wreszcie w niedzielę w San Sebastian w ligowym starciu z Realem Sociedad Królewscy zdobyli bramkę w 73. kolejnym spotkaniu wyrównując wynik Santosu z Pele w składzie ustanowiony między listopadem 1961 roku, a sierpniem 1963. Tamta drużyna obrosła legendą - żeby ją oglądać wstrzymano w lipcu 1967 roku wojnę w Kinszasie. A podczas tournee po Kolumbii, gdy sędzia odważył się wyrzucić z boiska Pelego, wzburzeni kolumbijscy fani odebrali mu gwizdek, wypędzili ze stadionu i przywrócili do gry „Króla futbolu”. W magicznej grze Santosu zakochany był cały świat.

Rekord liczby meczów zakończonych z golem przetrwał 54 lata. Ma on znaczenie czysto prestiżowe i symboliczne. Wyrównała go inna wielka drużyna - Real Madryt, która w ciągu ostatnich 18 miesięcy zdobyła siedem trofeów. W 73 ostatnich meczach zdobyła 200 goli w sześciu różnych rozgrywkach. W lidze hiszpańskiej 121, w Lidze Mistrzów 41, w Pucharze Króla 22, w klubowym mundialu 6, po 5 w Superpucharze Europy i Hiszpanii. Najlepszym strzelcem Realu w tym czasie był oczywiście Cristiano Ronaldo (49 bramek), przed Karimem Benzemą (21). Obaj w niedzielę z Realem Sociedad zagrać nie mogli, pierwszy jest zawieszony, drugi kontuzjowany. Bramki strzelał Borja Mayoral uważany za wychowanka, w klubie z Santiago Bernabeu gra od 10. roku życia. Przy golu na 2:1 pomógł mu obrońca, od którego odbiła się piłka.

Najwięcej emocji wywołała trzecia bramka dla Realu zdobyta przez Bale’a. Walijczyk był ostatnio w fatalnej formie, wygwizdywali go kibice na Santiago Bernabeu, tymczasem w San Sebastian przebiegł z piłką 70 m, osiągając prędkość 35 km/h i przerzucił ją nad bramkarzem. Zinedine Zidane cieszył się z tej bramki najbardziej, szukając jakiegokolwiek pozytywnego sygnału od Bale’a. Po dwóch remisach w lidze, jego drużyna znów wygrała 3:1.

W środę w meczu z Betisem do gry wróci Ronaldo. Kończy mu się dyskwalifikacja. Real pobije rekord Santosu z całą pewnością. Będą też mogli grać Toni Kroos i Marcelo, którzy w San Sebastian nie mogli wystąpić: pierwszy ze względu na uraz, drugi dyskwalifikację. Mocno osłabiony Real łatwo wygrał z drużyną, która do niedzieli nie straciła w Primera Division nawet punktu.

Liderem ligi jest Barcelona - jedyny w Hiszpanii zespół z kompletem czterech zwycięstw w tym sezonie. Ale na cztery miesiące straciła Ousmane Dembele, najdroższego piłkarza w swojej historii (kupiony tego lata z Borussi Dortmund za 105 mln euro plus 42 w zależności od osiągnięć). W meczu z Getafe 20-letni Francuz doznał urazu mięśnia i będzie operowany w Finlandii. Do gry wróci w 2018 roku.

piątek, 15 września 2017

Dwa remisy w dwóch ostatnich meczach ligowych wywołały debatę na temat obsady pozycji środkowego napastnika Realu Madryt. W Lidze Mistrzów do gry wrócił Cristiano Ronaldo i temat ucichł.

Dwie bramki wbite na Bernabeu APOELowi Nikozja nie zrobiły na nikim przesadnego wrażenia. CR7 ma już w Lidze Mistrzów 107 goli z czego aż 91 zdobył w Realu Madryt, czyli od jesieni 2009 roku. Dwie bramki Portugalczyk potrafił wbić na przykład Juvetusowi w ostatnim finale Champions League, a co dopiero w starciu grupowym z rywalem z Cypru. Mimo wszystko kibice Królewskich zdążyli zatęsknić za Portugalczykiem.

Wspaniała bramka wbita Barcelonie w Superpucharze Hiszpanii pomogła Realowi wygrać na Camp Nou. Tamten mecz Ronaldo zakończył z czerwoną kartką, za szarpnięcie za ramię sędziego niedługo po tym jak pokonał Ter Stegena. Dostał za to pięć meczów kary. I pauzuje na starcie ligowym. Real nie odczuł tego w La Corunii, gdzie rozbił Deportivo, po czym w dwóch kolejnych spotkaniach u siebie stracił aż 4 pkt. Przeciw Valencii Karim Benzema zmarnował trzy stuprocentowe szanse na gole. Nawet trener gości Marcelino, pytany o to, co by było, gdyby mógł grać CR7 przewidywał, że jego drużyna pewnie by przegrała. A w każdym razie na pewno straciła więcej bramek niż dwie, które zdobył dla Realu Marco Asensio.

W pojedynku z Levante było jeszcze gorzej. Beznema szybko uległ kontuzji, a zespół Zinedine’a Zidane’a znów zremisował (1:1). W Madrycie wybuchła dyskusja, że kardynalnym błędem była sprzedaż latem Alvaro Moraty i Mariano. Pierwszy zdobył już w tym sezonie trzy bramki dla Chelsea, drugi nawet o jedną więcej w lidze francuskiej dla Lyonu. Zidane przyznał, że być może Real pochopnie się ich pozbył. Ale to był rodzaj wotum zaufania dla Benzemy. Wariantem B jest wystawianie w środku ataku Ronaldo. Wariantem C - Garetha Bale’a. Ale Walijczyk jest na starcie rozgrywek w słabej formie. Niedawno przyznał, że w poprzednim sezonie popełnił błąd zmuszając niedoleczony organizm do przedwczesnego wysiłku, by wystąpić w finale Ligi Mistrzów.

Tego lata dużo spekulowano o jego odejściu do Manchesteru United. Tam miałby okazję w końcu wyjść z cienia Ronaldo. Jak Neymar uwolnił się od cienia Leo Messiego opuszczając Barcelonę. Sam Bale wypowiedział się w mediach tak, jakby to była kusząca perspektywa.

Póki co kibice Realu czekają aż Ronaldo skończy się dyskwalifikacja w lidze hiszpańskiej. Ani Bale, ani nawet będący w świetnej formie Marco Asensio i Isco nie mają takiego instynktu strzeleckiego. CR7 jest wciąż najbardziej pazerny na bramki, choć zdobył ich najwięcej, poprawił już wszelkie rekordy. Za kilka miesięcy skończy 33 lata i wciąż się spieszy. Po bramce na 2:0 z APOELem, popędził po piłkę i zaniósł ją rywalom na środek boiska, by nie tracić ani chwili meczu. Przecież jest też mistrzem hat-tricków. Kiedy gra Ronaldo, kibiców Realu przestaje martwić cokolwiek. Stał się nie tylko gwiazdą, nie tylko liderem, ale i dobrym duchem zespołu. Choć jeszcze przed chwilą mu zarzucano, że ponad drużynę stawia własne dobro i rekordy.

czwartek, 14 września 2017

„Marsjanin” - napisała Gazzetta dello Sport po tym jak Argentyńczyk wbił dwa gole Gianluigiemu Buffonowi i poprowadził Barcelonę do zwycięstwa nad Juventusem 3:0. Kibice w Katalonii wciąż muszą drżeć o podpis na kontrakcie przedłużającym „małżeństwo doskonałe” do 2021 roku.

Największy włoski dziennik sportowy dał na okładce tytuł „Ogłuszeni przez Messiego”. Opatrzył go zdjęciem dwóch Argentyńczyków: gwiazdorowi Barcelony za wtorkowy mecz na Camp Nou w Lidze Mistrzów wystawił notę 9 w skali dziesięciostopniowej. 24-letni Paulo Dybala z Juventusu lansowany na następcę Messiego dostał ocenę przeciętną 5,5. Bardziej symbolicznym obrazkiem był jednak pomeczowy uścisk dwóch legend. 39-letni Buffon (191 cm) przytulił Messiego (168) jak młodszego brata. Tak się składa, że Włoch był ostatnim z wielkich bramkarzy, którego Argentyńczyk do wtorku nigdy nie pokonał. Ale bastion padł i to dwa razy. „Messi demitologizuje Buffona” - ogłosił hiszpański „El Pais”.

Kibice Barcelony przynieśli na Camp Nou transparenty polityczne, witając gości z Turynu i cały świat oglądający hitowy mecz w Republice Katalońskiej. Messi wygrał jednak nawet z polityką. Męczarnie Barcy trwały do jego gola w 45. minucie, potem gospodarze rozszarpali obronę mistrza Włoch. A okrzyki polityczne zastąpiły głosy nawołujące prezesa Josepa Marię Bartomeu, by skłonił Argentyńczyka do przedłużenia kontraktu z Barceloną. Latem klub stracił Neymara, wykupionego przez PSG za 222 mln euro, strata Messiego byłaby jednak na Camp Nou odebrana jako koniec świata. I tak mocno kwestionowany Bartomeu wydałby na siebie wyrok.

Po zwycięskim meczu z Juve prezes Barcy spotkał się z dziennikarzami i tłumaczył, że w umowie przedłużającej pobyt Messiego w Barcelonie do 2021 roku brakuje tylko podpisu piłkarza. Mówił, że wszystko jest uzgodnione z ojcem i agentem gwiazdora Jorge Messim, który kontrakt już podpisał. Messi ma dostać premię 50 mln euro za jego przedłużenie. Klub da mu też podwyżkę do 25 mln euro netto za sezon (brutto to aż 56 mln), a klauzula odejścia zostanie podwyższona z 250 mln do 300.

Ale żądania Messiego nie kończą się na pieniądzach. „To nie jest ktoś, kto planuje karierę przez pryzmat stanu konta” - powiedział niedawno jeden z działaczy Barcy. Jeśli Messi ma się związać z klubem z Camp Nou do 34. roku życia, musi mieć gwarancję, że prezesi sprowadzą mu takich partnerów, z którymi będzie mógł zdobywać trofea. Takie jak Liga Mistrzów.

Dziennikarze i kibice Barcelony nie do końca wierzą w wersję przedstawianą przez Bartomeu. Drugą gwiazdą Barcelony, która we wtorek przeciw Juventusowi świeciła najjaśniej, był 33-letni Andres Iniesta. Symbol klubu, związany z nim od 21 lat. Jemu kontrakt kończy się w czerwcu. Niedawno prezes Barcy ogłosił, że wynegocjował z piłkarzem przedłużenie. Dziennikarze zapytali Iniestę, czy to prawda, ale on zaprzeczył. Wzburzyło to fanów Barcy. I tak wielu z nich uważa, że Bartomeu powinien podać się do dymisji. Za stratę Neymara, za to, że nie potrafił sprowadzić jego następców. Mieli nimi być Ousmane Dembele i Philippe Coutinho z Liverpoolu, ale udało się kupić tylko pierwszego. Niedawno Neymar już jako piłkarz PSG nazwał Bartomeu „śmiesznym prezesem”. Brazylijczyk nie jest już autorytetem dla fanów Barcy, ale Iniesta i Messi to symbole. Tymczasem Andres czuje się źle traktowany przez działaczy. A to piłkarz, którego wiarygodności nie da się podważyć. Doszło do tego, że w czasie niedawnego obiadu piłkarzy Barcelony, koledzy śpiewali „Andres zostań z nami”.

Messi też się często wkurzał na działaczy. Gdy jeden z nich powiedział publicznie, że Leo nie byłby tak dobry bez Neymara, Luisa Suareza i Iniesty, wyleciał z pracy. Inny stwierdził, że Barcelona musi słuchać głosu rozsądku negocjując nowy kontrakt Messiego, bo pensje piłkarzy nie mogą przekroczyć 70 proc budżetu klubu. Zareagował na to Luis Suarez, który po jednym z meczów powiedział do kamery. - W sprawie Messiego działacze nie powinni słuchać głosu rozsądku, ale po prostu za wszelką cenę zatrzymać go w klubie.

Tę opinię podzielają kibice. Bartomeu stoi pod ścianą. Parę lat temu Javier Faus wiceprezes Barcy do spraw finansowych powiedział, że nie widzi potrzeby, by co pół roku zmieniać kontrakt Messiego i dawać mu podwyżkę. Piłkarz odpowiedział, że Faus nie ma pojęcia o piłce i traktuje klub jak przedsiębiorstwo skupione na zyskach. Fausa już w Barcelonie nie ma. Pracuje w klubie tenisowym.

wtorek, 12 września 2017

Leo Messi zdobył dwie bramki, a Barcelona zwyciężyła zdziesiątkowany kontuzjami Juventus 3:0 w pierwszym meczu fazy grupowej nowej edycji Ligi Mistrzów. Formą Katalończycy błysnęli jednak dopiero w drugiej połowie.

„Zagraj to jeszcze raz Messi” - hasło reklamowe z Argentyńczykiem w roli głównej robił furorę w internecie. Na filmie nakręconym przez Adidasa pięciokrotny laureat Złotej Piłki usiadł do pianina i z dużą dozą wirtuozerii odegrał hymn Ligi Mistrzów. We wtorek wyszedł na Camp Nou, by zainaugurować rozgrywki, w których tak on, jak i Barcelona mają odtworzyć momenty świetności. Leo wygrał Champions League cztery razy (2006, 2009, 2011 i 2015), ale ostatnie słodkie wspomnienie to finał w Berlinie sprzed 27 miesięcy. Barcelona pokonała wtedy Juventus 3:1.

Ten sam Juventus stał się katem Katalończyków kilka miesięcy temu, gdy w ćwierćfinale przez 180 minut Messi, Luis Suarez, Neymar i Iniesta odbijali się od włoskiego muru. Nie zdołali nawet raz pokonać Buffona. W Turynie Leo przyćmił młody rodak Paulo Dybala, w rewanżu Barca grała już tylko o honor. I nawet to się nie udało. Juventus powstrzymał w finale broniący trofeum Real Madryt. Katalończycy drugi rok z rzędu musieli ścierpieć na europejskim szczycie odwiecznego rywala.

Tego lata w Barcy i Juve doszło do zmian. PSG wykupiło Neymara, Milan odebrał Turyńczykom szefa defensywy Leonardo Bonicciego, a Dani Alves przeniósł się do Paryża. Na wtorkowy mecz w fazie grupowej na Camp Nou drużyna Massimo Allegriego przybyła zdziesiątkowana - bez kontuzjowanych Chielliniego, Mandzukica, Khediry, Höwedesa, Marchisio i zawieszonego Cuadrado. W porównaniu z poprzednim meczem na Camp Nou Allegri wystawił sześciu nowych graczy. Najbardziej zmieniła się defensywa mistrza Włoch.

Tymczasem Barca zagrała w najmocniejszym obecnie składzie, z 20-letnim Ousmane Dembele sprowadzonym z Borussii Dortmund za 105 mln euro. Mimo wszystko Juventus traktowano w Katalonii jak wielkiego egzaminatora formy drużyny Ernesto Valverde. Co prawda wygrała ona trzy mecze ligowe, ale na starcie sezonu dostała bolesne lanie od Realu w Superpucharze Hiszpanii.

Messi zdobył w Primera Division już pięć goli, ale Paulo Dybala aż siedem w czterech meczach Juve. Niedawno wspólnie przeżyli wielkie rozczarowanie, w meczu eliminacji MŚ w Rosji Argentyna nie umiała pokonać u siebie ostatniej w tabeli Wenezueli. - Z Messim gra się wspaniale, ale zarazem ciężko, obaj jesteśmy ustawiani na tej samej pozycji - opowiadał Dybala. Rzecz jasna przed starciem z Juve katalońscy dziennikarze chcieli się dowiedzieć, czy Paulo chciałby kiedyś przenieść się na Camp Nou. Jego agent wymienił klub z Katalonii jako jeden z czterech (obok Realu, Manchesteru City i Manchesteru United), w których Dybala zrobiłby krok do przodu.

Barcelona i Messi nie zaczęli dobrze wtorkowego starcia z Juventusem. W pierwszej połowie nieźle wypadł tylko weteran Andres Iniesta. Messi długo pozostawał w cieniu, często tracił piłkę, rzadko wygrywał indywidualne pojedynki, niekiedy stał na boisku zagubiony, jakby brakował mu sil i pomysłów. Ale nadeszła 44. minuta, kiedy Dembele uciekł włoskim obrońcom w środku boiska, a Messi rozegrał piłkę z Luisem Suarezem i zdobył gola strzałem w długi róg bramki. Argentyńczyk pokonał 39-letniego Buffona pierwszy raz w życiu. I drużyna Barcelony wydostała się z żelaznego, włoskiego uścisku.

W 51. min Messi znów znalazł miejsce do strzału, ale piłka trafiła w słupek. Buffon znów byłby bezradny.

Cztery minuty później Argentyńczyk przeprowadził rajd prawym skrzydłem, wycofał piłkę, a po złym wybiciu Ivan Rakitic zdobył bramkę na 2:0. Od tej chwili Katalończycy bezdyskusyjnie panowali już na boisku. Plan Allegriego funkcjonował do straty pierwszej bramki. W 68. min Messi pokonał Buffona drugi raz. W klasyczny dla siebie sposób, schodząc z piłką do środka oddał strzał w przeciwny róg, niż ruszył się legendarny bramkarz.

Tak urodziło się efektowne zwycięstwo Barcy, na które długo się nie zanosiło. Katalończycy dostali duży zastrzyk optymizmu, a Messi przełamał kolejną barierę.

Dyrektor generalny Bayernu Monachium Karl-Heinz Rummenigge potraktował wywiad, którego udzielił Robert Lewandowski tygodnikowi „Der Spiegel” jako atak na klub. Czy Polak zaczął grę obliczoną na transfer do Realu Madryt?

To nie pierwszy raz, gdy szefowie Bayernu poczuli się urażeni przez kapitana reprezentacji Polski lub jego współpracowników. Tuż po zakończeniu poprzedniego sezonu, agent Lewandowskiego Maik Barthel opowiedział magazynowi „Kicker”, że nigdy nie widział Polaka tak rozczarowanego bawarskim klubem jak wtedy, gdy przegrał walkę o koronę króla strzelców Bundesligi z napastnikiem Borussii Dortmund Pierre-Emerickiem Aubameyangiem. Barthel przekonywał, że Lewandowski nie miał wsparcia w drużynie i trenerze. Carlo Ancelotti odpowiedział wtedy, że Robert jemu nigdy się nie skarżył. - Ale agenci za dużo mówią - dodał. I wyjaśnił, że jeśli agent zawodnika ma coś do powiedzenia trenerowi, lub klubowi powinien przyjść i porozmawiać, a nie żalić się w mediach.

Kolejna wypowiedź, która zabolała Bayern dotyczyła letnich tournee po Chinach i Singapurze, gdzie Bawarczycy grali płatne sparingi, m in przegrali 0:4 z Milanem. - Podczas przygotowań do sezonu nie mieliśmy czasu na trening - powiedział Lewandowski po inauguracji Bundesligi z Bayerem Leverkusen. - Dużo podróżowaliśmy, graliśmy wiele meczów towarzyskich. To nigdy nie pomaga. Teraz mieliśmy dopiero dwa tygodnie, żeby porządnie potrenować - dodał Polak tłumacząc przeciętną formę Bawarczyków.

Ale burzę wywołał dopiero wywiad Lewandowskiego w „Der Spiegel”, w którym Polak skrytykował politykę transferową bawarskiego klubu. - Działacze muszą coś wymyślić, być kreatywni. Skoro klub chce być jednym z najlepszych na świecie, to do Monachium trzeba sprowadzać piłkarzy o najwyższej klasie. Tymczasem Bayern, pomijając jeden wyjątek, nigdy nie zapłacił za piłkarza więcej niż 40 mln euro. Biorąc pod uwagę realia obecnego rynku można za to kupić jedynie zawodnika średniej klasy. Na pewno nie gracza z absolutnego topu - mówił Lewandowski.

Wzburzyło to szefów Bayernu. - Kto publicznie krytykuje klub, trenera, lub kolegów z zespołu będzie miał do czynienia ze mną - powiedział w niedzielnym wywiadzie dla „Bilda” Karl-Heinz Rummenigge.

- Robert był wkurzony na fakt, że PSG przeprowadzało wielkie transfery, jednak nie ma się czym martwić, bo my mamy znakomity skład - przekonywał Rummenigge. „Bild” poinformował też, że Lewandowski może zostać ukarany za wywiad bez zgody klubu. - Hasan Salihamidžić (dyrektor sportowy Bayernu - red) już rozmawiał z Robertem - ujawnił Rummenigge.

Najciekawsze rzeczy można jednak wyczytać między wierszami tego osobliwego dialogu. Wypowiedź Lewandowskiego tak zirytowała byłego piłkarza Bawarczyków Stefana Effenberga, że powiedział, iż Bayern powinien jak najszybciej sprzedać Polaka. Tu Rummenigge zareagował w sposób znacznie mniej emocjonalny. Wrócił do słów Lewandowskiego krytykujących letnie przygotowania Bawarczyków. - Gdy to mówił powinien przypomnieć sobie, że jego wymarzony klub, czyli Real Madryt, spędził latem w podróżach po gorących krajach dwa razy więcej czasu niż my.

Te słowa cytuje cała hiszpańska prasa, wiadomo, że królewski klub chętnie kupiłby Polaka. Ale Rummenigge ostrzega, że Bayern nie popuści. - Lewandowski jest naszym zawodnikiem i zarabia naprawdę godne pieniądze - mówi w „Bildzie”. - Piłkarz nie ma takiego wpływu na swoją przyszłość jak myśli Lewandowski. Wystarczy spojrzeć na jego umowę, która obowiązuje do 30 czerwca 2021 roku i nie ma w niej klauzuli odstępnego. Jeżeli Robert uważa, że lojalność w piłce jest mniej ważna od wydatków... Cóż, szkoda - stwierdził Rummenigge.

I na koniec zaatakował agenta Polaka. - Po raz kolejny za słowami Roberta stoi Maik Barthel, który działa na niekorzyść zawodnika. Ten wywiad był ewidentnie zły dla klubu.

Postawmy trzy pytania: - Jeśli Robert chce odejść do Realu, po co niedawno przedłużył kontrakt z Bayernem do 2021 roku? Dlaczego kontrowersyjnego wywiadu udzielił po zamknięciu okna transferowego, kiedy przeprowadzka na Bernabeu stanie się możliwa dopiero za 10 miesięcy (zimowe okno wykluczam dla takiej transakcji)? Czy Bayern jest w stanie zatrzymać Lewandowskiego wbrew jego woli?

Z jednej strony kapitan reprezentacji Polski ma powody, by odejść. To ostatni moment - na Bernabeu trafiłby jako 30-latek, by dać swojej karierze ostatni wielki impuls. Karierze niezwykłej, w której brakuje jednak ostatniego wielkiego etapu. Real w CV to byłoby coś gigantycznego - do czego żaden polski piłkarz nigdy się nie zbliżył. Czasu jest mało, przyszłe lato to właściwie ostatnia chwila. Rozumiem, że w Bawarii Lewandowskiego motywuje już tylko Liga Mistrzów (mistrzem Niemiec był pięć razy i zaraz będzie pewnie szósty). Trudno uwierzyć, że w przypadku piłkarza-przedsiębiorstwa otoczonego zgrają doradców te wszystkie wypowiedzi są przypadkowe i nie służą niczemu.

poniedziałek, 11 września 2017

Sezon zaczął się tak jakby Real Madryt szykował się do hat-tricka w Lidze Mistrzów. Po erze Jose Mourinho i Pepa Guardioli, standardy wyznacza Zinedine Zidane. Szczyt zdobył w 18 miesięcy.

Mowa ciała Cristiano Ronaldo wyjaśniała wszystko. Na gali UEFA w Monaco, gdzie 24 sierpnia nagradzano piłkarzy sezonu, siedział obok Leo Messiego i Gianluigiego Buffona. Z miną człowieka, który po morderczym finiszu wygrał najważniejszy wyścig swojego życia. Z Messim spotyka się przy takich okazjach od dekady. Na początku zajmował zwykle miejsce w cieniu Argentyńczyka. Dopiero po trzydziestce dopadł rywala, który według powszechnej opinii, stał się jego prywatną obsesją.

CR7 jest dziś piłkarzem spełnionym. Symbolem uporu i wiary we własne siły. Jako pierwszy piłkarz w historii przekroczył liczbę 100 goli w Lidze Mistrzów. Genialny Messi wciąż tkwi poniżej tej granicy.

Tak jak Ronaldo może czuć się dziś Real Madryt. Po latach pogoni za Barceloną dotarł do celu. Jako pierwszy obronił trofeum w Lidze Mistrzów, dołożył do tego mistrzostwo kraju, takiej euforii na Santiago Bernabeu nie przeżywano od 60 lat pomijając ostatnie drobne kłopoty w lidze.

Każdy ruch Królewskich wydaje się wzorcowy. Kosmopolityczna kadra zaczęła się zmieniać. Gwiazdy zaciężne Gareth Bale, czy Karim Benzema znalazły się w cieniu młodych Hiszpanów Isco i Asensio. Real odebrał Barcelonie nawet władanie nad reprezentacją Hiszpanii. W niedawnym starciu eliminacji MŚ w Rosji z Włochami Isco zapracował na komplement „spadkobiercy Iniesty”. Włoski pomocnik Marco Verratti, któremu piłkarz Realu założył siatkę, wyznał, że miał ochotę podnieść się z murawy i bić brawo. Isco zdobył dwie bramki, Hiszpania wygrała 3:0 skazując czterokrotnych mistrzów świata na baraże.

Barometrem nastrojów w wielkich klubach jest aktywność transferowa. Latem Paris Saint Germain pozbawił Real wszystkich rekordów, co tylko podkreśla kto naprawdę czuje się mocny. Kiedy inni szastali milionami Królewscy odchudzali kadrę. Sprzedali Danilo, Moratę, Mariano, oddali Pepe, Jamesa Rodrigueza wypożyczyli do Bayernu Monachium. Klub zarobił 123 mln euro, wydając zaledwie 46 mln, plus 45 mln na jedyną wielką ekstrawagancję, czyli 17-letniego Viniciusa Jr z Brazylii.

Real zaczął nowy sezon tak jak skończył poprzedni. Po zwycięstwie nad Manchesterem United w Superpucharze Europy, rozbił Barcelonę w Superpucharze Hiszpanii. Zidane był największą gwiazdą dorocznego zjazdu trenerów organizowanego przez UEFA. Jako piłkarz Ligę Mistrzów wygrał zaledwie raz w barwach Realu, ale zanim tego dokonał przegrał dwa finały z Juventusem. Hiszpanie uznają to za dowód, że klub z Santiago Bernabeu i Zizou to związek doskonały. Potwierdza to 18 miesięcy jego pracy w roli trenera Realu. Stawał na czele drużyny, która kilka tygodni wcześniej poległa z Barceloną 0:4 na własnym stadionie. A potem zdobył 7 trofeów. W 512 dni Królewscy znów zostali synonimem tego co najlepsze.

- Barcelona „sprzedaje” swój styl, Real zwycięstwa - mówi były gracz Królewskich Michel Salgado próbując opisać różnicę. Co nie znaczy, że drużyna Zizou nie ma stylu. W pierwszym meczu ligowym w La Corunii Real wbił Deportivo gola po akcji złożonej z 44 podań zakończonej strzałem defensywnego pomocnika Casemiro. Media opiewały madrycką wersję tiki-taki.

Real zaczął sezon bez zawieszonego Ronaldo. Nie jest już uzależniony od jego zrywów i instynktu. To raczej genialny Portugalczyk korzysta na szybkiej i różnorodnej grze zespołu. Toni Kroos, Luka Modric, Casemiro, 25-letni Isco i 21-letni Asensio tworzą wielką siłę. Do tego dochodzi firmowa para stoperów Ramos-Varane i jeszcze lepsza bocznych obrońców z Marcelo - urodzonym dryblerem.

Legendarny Buffon powiedział niedawno, że choć najlepszym piłkarzem świata pozostaje Leo Messi, właścicielem Złotej Piłki jest Ronaldo, ale piłkarz, który w ostatnim czasie zrobił na nim największe wrażenie to Isco. Rewelacją jest Asensio. Przyszłość Realu wygląda dobrze.

Spokój na Santiago Bernabeu kontrastuje z frustracją w Barcelonie. Katalończycy zagrali główną rolę w letnim oknie transferowym, od chwili, gdy PSG wydarło im Neymara. Ofensywa po Ousmane Dembele, Philippe Coutinho ewentualnie Angela Di Marię zakończyła się porażką - na Camp Nou pojawił się tylko Francuz. Czy 20-latek, na którego wydano 105 mln euro będzie w stanie odmienić oblicze drużyny zdezorientowanej - jakie pokazała Barca w Superpucharze Hiszpanii? Z frustracji i złości urodził się już niejeden sukces, nietaktem byłoby skreślanie Katalończyków z listy faworytów Ligi Mistrzów.

Od 2014 roku najważniejsze europejskie rozgrywki stały się domeną Hiszpanów. Do czterech ostatnich finałów kluby Primera Division wpuściły tylko Juventus (w 2015 i 2017), który był tłem dla Barcy i Realu. Tego lata cichy sukces odniosło także Atletico Madryt. Nie mogło kupować piłkarzy ze względu na zakaz transferowy nałożony przez FIFA, ale utrzymało gwiazdy. Namówiło nawet Antoine’a Griezmanna, by zrezygnował lub chociaż odłożył przeprowadzkę do Manchesteru. Zimą, gdy zakaz zostanie cofnięty zespół wzmocni reprezentacyjny skrzydłowy Vitolo (jesienią będzie grał w Las Palmas) i być może napastnik Chelsea Diego Costa. Wtedy „Colchoneros” ruszą na podbój Europy. Trzy przegrane finały, w tym dwa w ostatnich czterech latach sprawiły, że Liga Mistrzów stała się dla nich obsesją. Zadowolony z działań prezesa trener Diego Simeone przedłużył kontrakt do 2020 roku. Dla kibiców on jest gwarancją sukcesu.

Pogoń Europy za Hiszpanami ma dużą szansę powodzenia. Bayern Monachium się zmienił, odeszli Philipp Lahm i Xabi Alonso, przyszli James i Corentin Tolisso z Lyonu, a Kingsley Coman został wykupiony z Juve. Największą gwiazdą zespołu pozostaje Robert Lewandowski i to od jego formy strzeleckiej zależał będzie los drużyny w Lidze Mistrzów. W ubiegłym sezonie Bayern zakończył na ćwierćfinałowym dwumeczu z Realem, co było najgorszym wynikiem bawarskiej drużyny od 2011 roku. Nasycony pięcioma kolejnymi triumfami w Bundeslidze klub chce odzyskać europejski tron. Bayern zasiadł na nim w 2013 roku na Wembley po czym w czterech kolejnych sezonach odbijał się od rywali z Hiszpanii.

To samo czuje Juventus. W Serie A jest najlepszy od sześciu lat, ale w czerwcu przeżył traumę siódmej porażki w finale Champions League. Jeśli 39-letni Buffon ma wygrać te rozgrywki to właśnie teraz. Być może swoje szanse gry dostanie też jego zmiennik Wojciech Szczęsny.

Do rywalizacji w Lidze Mistrzów wracają trzy angielskie kolosy Chelsea, Liverpool i Manchester United. Jose Mourinho był trenerskim guru, w czasach, gdy United błyszczał w Europie pod wodzą Alexa Fergusona. Dziś klub z Old Trafford i Portugalczyk są rozbitkami szukającymi na nowo swojej drogi. Tak jak Mou, lekcję pokory ma za sobą także Pep Guardiola. Wiosną po raz pierwszy prowadzony przez niego zespół nie przebił się do półfinału Ligi Mistrzów. Latem Manchester City wydał na transfery 240 mln euro, sprowadzając pięciu piłkarzy uważanych jednak za przeciętnych (Danilo, Mendy, Walker, Ederson, Bernardo Silva).

Inną strategię obrał bezdyskusyjny król okna transferowego. Utrzymywany za kataraskie petrodolary PSG wydał 402 mln na dwie gwiazdy: Neymara i Kyliana Mbappe. W piątek w Ligue 1 pierwszy raz zagrali razem: a paryski klub rozbił Metz 5:1. Trio za 467 mln z Edinsonem Cavanim popisało się niszczycielską siłą. PSG jest w podobnej sytuacji do Bayernu i Juventusu: w kraju nie ma konkurencji, egzamin będzie zdawać w Europie. Z hiszpańskiego?

 
1 , 2
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac