blog Darka Wołowskiego
RSS
środa, 30 września 2015

Konwulsyjne 120 sekund odwróciło losy rywalizacji Barcelony z Bayerem Leverkusen. Ale to tylko makijaż tuszujący głębokie bruzdy obrońcy trofeum.

Kontuzja Leo Messiego nie tłumaczy wszystkiego. Nie tłumaczy cała plaga urazów, razem z tym wczorajszym, mięśniowym Andresa Iniesty (miesiąc przerwy). Barcelona nie jest tą samą drużyną, która w czerwcu sięgała po potrójną koronę. Wczoraj na Camp Nou przez ponad 80 minut była bezradna w starciu z Leverkusen. Rywalem silnym, solidnym, uporządkowanym, ale dalekim od rozmiaru zespołu z Katalonii. Niedawno w Bundeslidze Bayern Monachium i Borussia Dortmund przefrunęły na Bayerem lekko, łatwo i przyjemnie.

Gol Sergiego Roberto był dość przypadkowy jak na standardy Barcelony. Strzał, rykoszet, dobitka i Leverkusen się pogubiło na dwie minuty. Ale i to by nie pomogło, gdyby wcześniej Chicharito Hernandez nie posłał piłki w lot okołoziemski w sytuacji sam na sam z Ter Stegenem. Z 0:2 Barca by się nie podniosła, potem zdecydowała klasa Luisa Suareza, który w sytuacji trzy razy trudniejszej niż Meksykanin zerwał piłką pajęczynę z prawego okienka bramki Leno.

Powie ktoś, że różnica między Barcą i Leverkusen zaklęta jest właśnie w wyszkoleniu piłkarzy. Co nie zmieni faktu, że zwycięstwo faworyta było naciągane i bardzo szczęśliwe.

Że na początku sezonu Katalończycy nie muszą iść pełną parą? To prawda. Luis Enrique wspominał niedawno, iż w zeszłym roku o tej porze dziennikarze z Katalonii chcieli do niego strzelać za to jak gra drużyna. Wtedy kłopoty były jednak uzasadnione. Po dwóch sezonach na biegu jałowym, nowy trener przestawiał Barcelonę na inny styl gry. Musiał wkomponować do drugiej linii Ivana Rakitica za Xaviego do nierozerwalnej przez lata trójcy z Iniestą i Sergio Busquetsem. Nowy był sposób obrony i atakowania, znaczenia nabierały stałe fragmenty gry. Dziś to wszystko nie działa. Gol stracony z Leverkusen po rzucie rożnym to dowód pierwszy z brzegu. W dodatku sfrustrowany Ter Stegen, który puścił w tym sezonie już 18 goli, wściekał się na Suareza, że nie zareagował stojąc przy krótkim słupku. Ale niemiecki bramkarz Barcy sam pogrąża się w odmętach niemocy. Wszyscy na Camp Nou marzą, by Claudio Bravo już wreszcie wrócił do zdrowia.

Defensywa drużyny z Katalonii też funkcjonuje słabiutko, trudno obwinić Ter Stegena za wszystkie nieszczęścia.

Wzmocnienia z ubiegłego sezonu? Rakitic jest kompletnie bez formy, Mathieu wygląda jak obce ciało, bardziej niż przed rokiem, gdy dopiero co wylądował w Barcelonie. Ale zawodzą i ci najlepsi: Neymar jest cieniem siebie, choć twierdził, że skoro potrafił być liderem dla Santosu i kadry Brazylii, weźmie odpowiedzialność także za Katalończyków przez 8 tygodni, gdy zabraknie Messiego. Nic z tego, wczoraj nie dało się odnaleźć w jego zachowaniu cienia talentów przywódczych. Głównie tracił piłkę i siły w jałowych dryblingach.

I może największe rozczarowanie tego sezonu: Busquets, regularniejszy niż zegarek, teraz snuje się po boisku popełniając głupie błędy. Wygląda na to, że wynikają one z przemęczenia psychicznego. Trudno przez lata utrzymać koncentrację na najwyższym poziomie po 60 meczów w sezonie.

Lista wad obecnej Barcelony nie oznacza oczywiście, że obrońcę trzech trofeów czeka krach. Tytułów nie wygrywa się jesienią, ale można je jesienią stracić. Barca daleka od formy umiejętnie minimalizuje straty. W lidze jest przed Realem, Atletico i Valencią, w Champions League objęła prowadzenie w grupie. Wyniki nie dają powodów do paniki, zwłaszcza, że są osiągane krótką kadrą dziesiątkowaną urazami. Wszystko to pokazuje skalę inteligencji i potencjału drużyny, która człapiąc dociera gdzie trzeba. Jak długo tak można?

Przy kłopotach Chelsea, czy Arsenalu to co dzieje się w Katalonii, jest drobnym panem pikusiem. Poza Bayernem z Robertem Lewandowskim, którzy zaczęli sezon tak, jakby mieli zamiar połknąć Europę, nikt nie jest wolny od problemów. Barcelona osiąga teraz wyniki ponad stan. Ponad stan swojej formy. Cały początek sezonu w jej wykonaniu wygląda jak mecz z Leverkusen, gdy w ostatniej chwili, jakimś cudem przeciwnik opuszcza Camp Nou z pustymi rękami.

Z jednej strony to umiejętność fenomenalna, bo co będzie, gdy drużyna do formy wróci. Kiedy wyleczy się Messi, wszystko może zatrybić tak jak wiosną, gdy rywale padali jeden po drugim. Od stycznia, gdy wygaśnie zakaz transferowy FIFA do gry ruszą Vidal i Turan. Póki co jednak Barca wygląda tak, jakby z utęsknieniem czekała na przerwę na mecze reprezentacji. Najpierw trzeba jechać do Sewilli, a potem gwiazdy Barcy rozjadą się we wszystkie strony świata. Odpoczną kontuzjowani. Tylko co to zmieni?

wtorek, 29 września 2015

Niedzielny sukces partii separatystycznych w wyborach do parlamentu katalońskiego sprawia, że wizja oddzielenia się od Hiszpanii staje się bardziej realna. Czy to zwiastuje, że FC Barcelona opuści ligę hiszpańską i ponad stuletnia rywalizacja z Realem Madryt dobiegnie końca?

- Czy mogę sobie wyobrazić Primera Division bez Barcelony? - zastanawiał się niedawno trener Katalończyków Luis Enrique. - Mogę sobie wyobrazić wszystko - odpowiedział. W niedzielę, w dniu katalońskich wyborów już o 9 rano był przy urnie, oddał głos, a potem pochwalił się tym na Twitterze z dopiskiem: „Niech żyje Katalonia”. Wieczorem do urny z wielką pompą przybył jego piłkarz Gerard Pique z synem, ale bez Shakiry. Na listach partii separatystycznych widniało nazwisko Pepa Guardioli, poprzednika Enrique, dziś szkoleniowca Bayernu, który otwarcie i zdecydowanie działa na rzecz niepodległości regionu. - Wcześniej, czy później do tego dojdzie - mówi. On głosował w konsulacie w Monachium.

Luis Enrique nie jest Katalończykiem, urodził się w Gijon, ale z Barceloną związał się w 1996 roku po transferze z Realu Madryt. Gdy dwa lata później robiłem z nim wywiad dla „Wyborczej” nie miał wątpliwości, że rywalizacja dwóch największych hiszpańskich klubów jest sprężyną napędową tamtejszego futbolu. Bez tego wyścigu piłka hiszpańska tak ligowa, jak reprezentacyjna nie byłaby na europejskim szczycie. „Barca vs Real. Wrogowie, którzy nie mogą bez siebie żyć” - znamienny jest tytuł książki dziennikarza Alfredo Relano. Ukazała się właśnie po polsku i opisuje dzieje tego frapującego wyścigu.

Barca i Real nie mogą bez siebie żyć, ale czy będą zmuszone? Wielu ludzi przestrzega, że nie będzie wyjścia. W niedzielę dowodzone przez prezydenta Katalonii Artura Masa partie separatystyczne zdobyły 48 proc głosów i aż 72 miejsca w 135-osobowym parlamencie Katalonii. Natychmiast ogłosiły, że w 18 miesięcy doprowadzą do skutku odłączenie się Katalonii od Hiszpanii. Władze w Madrycie odpowiadają, że będzie to nielegalne, sprzeczne z konstytucją. Javier Solana, były sekretarz generalny Rady Unii Europejskiej przestrzegł, że jeśli Katalonia odłączy się od Hiszpanii w sposób niezgodny z prawem, znajdzie się poza Unią Europejską.

- Gdyby Katalonia odłączyła się od Hiszpanii, Barcelona nie mogłaby grać w lidze hiszpańskiej. Zabrania tego ustawa o sporcie - mówi Javier Tebas, szef hiszpańskiej ligi zawodowej. To samo dodaje tamtejszy minister sportu Miguel Cardenal, który zarzucił Guardioli manipulacje i nie bez racji. Pep wsparł platformę „Guanyarem” (zwyciężymy) która miała popierać sportowców katalońskich, ale bez mieszania się w politykę, tymczasem kilka gwiazd (Joan Capdevila, Alex Coretja, Gervasio Deferr, Marc Coma, Raul Tamudo) się z niej wypisało, bo prowadziła ostrą kampanię na rzecz uniezależnienia sportu katalońskiego od hiszpańskiego.

Sprawa nie jest łatwa. Każda strona ma swój interes. Prawdę mówią, czy straszą Tebas i Cardenal? Jak wiadomo przepisy i ustawy da się zmieniać. Po separacji Barcę do gry w La Liga musiałby dopuścić parlament hiszpański.

O ile w polityce można się zastanawiać nad skutkami rozłamu, o tyle w sporcie stracą wszyscy. La Liga bez Barcelona będzie gorsza i biedniejsza, ale i klub z Katalonii nie poradzi sobie bez rywalizacji z Realem, Atletico, Athletic, czy Sevillą.

To da się przeliczyć na pieniądze. Cardenal ostrzega, że w kraju mającym 8 mln mieszkańców Barcelona musiałaby oprzeć się na wychowankach, nie stać jej będzie na takie transfery jak Luisa Suareza, czy Neymara. A to sprawi, że wcześniej lub później klub stanie się tym, czym dziś jest Celtic w Szkocji, lub w Holandii Ajax, dla których awans do ćwierćfinału Ligi Mistrzów to szczyt marzeń. Co więcej nie będzie stać Barcy na utrzymanie takich gwiazd jak wychowani w miejscowej szkółce La Masia Leo Messi (najwyżej opłacany piłkarz świata), Andres Iniesta, czy Gerard Pique.

Separatyści twierdzą, że ich przeciwnicy straszą hiobowymi wizjami chroniąc własny interes. Nikt nie chce przecież mordować kury znoszącej złote jajka, a tak można traktować El Clasico przyciągające uwagę całego świata. O tym, że biznes potrafi godzić nawet śmiertelnych wrogów przekonuje latami utrzymywany wspólny front szefów obu klubów wobec sprzedaży praw do pokazywania ligi w telewizji. W Anglii, Niemczech, Włoszech, Francji sprzedają je władze ligi, dzieląc pieniądze między wszystkie kluby. W Hiszpanii każdy klub sprzedaje osobno (co dopiero ma się zmienić), bo Barcelona i Real, które dostawały po 150 mln euro za sezon nie chciały dzielić się z rywalami. Wspólna kasa to było dla nich mniej kasy. Także dlatego obaj hiszpańscy giganci należą do trójki najbogatszych na świecie (Real jest pierwszy z rocznymi przychodami 660 mln, Barcelona trzecia 607).

Wszystko zaczęło się od tego, że Real założył Katalończyk Carlos Padros, który z rodzicami przeniósł się do Madrytu, a pierwszym prezesem klubu był jego brat Juan. To właśnie Carlos wpadł na pomysł, by z okazji 16. urodzin Alfonsa XIII (tym samym stawał się on królem Hiszpanii) urządzić uświetniający fiesty koronacyjne turniej piłkarski. W nim 13 maja 1902 roku Barcelona i Real spotkały się po raz pierwszy. Goście wygrali 3:1. To był początek futbolowej wojny stulecia, która przyćmiła inne rywalizacje w piłce nożnej. Już dwa lata wcześniej, czyli w 1900 roku powstały pierwsze rozgrywki na terenie Hiszpanii, właśnie w Katalonii, które zostały nazwane potem Pucharem Katalonii i aż do 1929 roku, czyli do powstania ligi krajowej były kwalifikacjami do Pucharu Hiszpanii. Puchar Katalonii cieszył się w tamtych latach wielkim prestiżem i zainteresowaniem, dziś nie sposób sobie tego jednak wyobrazić. W regionie liczącym niespełna 8 mln mieszkańców są tylko dwa kluby grające w Primera Division: Espanyol i Barcelona. Co więcej w całej historii ligi hiszpańskiej w najwyższej klasie grało tylko 5 innych klubów z Katalonii: Sabadell, Gimnastic, Europa, Lleida i nieistniejący już Condal. Dziennik „Marca” zrobił symulację dzisiejszej ligi katalońskiej: żeby składała się z 20 drużyn musiałyby w niej grać obecne kluby II, III, a nawet IV ligi hiszpańskiej. Co pokazuje, że nie tylko mająca światowe aspiracje Barcelona, ale nawet Espanyol mogłyby ugotować się we własnym sosie.

Ale szefowie Barcelony mają związane ręce. Klub jest od 100 lat symbolem Katalonii, nie może się teraz raptem wypowiedzieć przeciw odłączeniu od Hiszpanii, choćby ekonomicznie miał na tym bardzo stracić. Prezes Jose Maria Bartomeu ogłosił polityczną neutralność. Więcej zrobić nie mógł.

Nikt nie chce rozpadu Primera Division, choć nie wykluczone, że stanie się ona konsekwencją rozpadu Hiszpanii. Czysta futurologia? Dziś nikt nie jest w stanie przewidzieć przyszłości.

Mówi Paco Aguilar dziennikarz katalońskiego „El Mundo Deportivo”

- Nikt z nas nie wie, co będzie. Władze Barcelony chciałyby zostać w Primera Division ze względów sportowych i ekonomicznych tak jest najlepiej dla klubu. Ale mają związane ręce, zależą od polityków. Nie dotyczy to zresztą tylko futbolu, ale piłki ręcznej, koszykówki i wielu innych dyscyplin, w tym olimpijskich. Zamknięcie się w Katalonii oznaczałoby dla nich izolację, stratę w sensie sportowym i finansowym. Ale decydują politycy. Jeśli Katalonia się odłączy nie ma możliwości prawnych, by Barca i inne kluby rywalizowały w ligach hiszpańskich. Parlament hiszpański może jednak zmienić ustawy. Tylko czy zechce? Dla Barcy najlepsze byłaby powstanie ligi europejskiej, ale do tego daleka droga. Jak mówię, nikt z nas nie wie co będzie, bo nie ma łatwego i logicznego rozwiązania tej sytuacji. Interes ekonomiczny wskazuje jednak, że na rozpadzie La Liga stracą wszyscy.

piątek, 25 września 2015

„Po trudnym początku zdołał przekonać nawet największych sceptyków – pisze dziennik „Marca” twierdząc, że w 115 dni nowy trener Realu wyszedł na swoje.

Horyzont jest coraz węższy. Kategoryczne oceny w mediach zmieniają się już co trzy dni. W sobotę w mało efektowny sposób Real wygrał z Granadą na Santiago Bernabeu – zwycięska bramka Karima Benzemy wystarczyła, bo sędzia anulował prawidłowego gola dla gości. Cztery dni później „Królewscy” wybrali się na San Mames, dokładnie tam, gdzie siedem miesięcy wcześniej z Calro Ancelottim na ławce stracili pozycję lidera Primera Division. Zwycięstwo 2:1 po golach Benzemy wzmocniła klęska Barcelony w Vigo 1:4. W ten sposób Real wrócił na szczyt tabeli.

- Nie wygrywa się wyścigu na pierwszym zakręcie – mówi Rafa Benitez. Ale kto by go słuchał? W gorącej wodzie kompani kibice i dziennikarze czują, że ten wyścig jest jak w Formule 1. Kiedy bolid szczęśliwie wystartuje to mknie do mety. Tyle, że do mety sezonu ligowego brakuje 33 meczów.

Nie szkodzi? Największy sportowy dziennik Hiszpanii donosi, że Rafa przekonał nawet tych, którzy na starcie jego pracy odnosili się do niego najbardziej sceptycznie. Bo właściwie wszystko w zespole działa. Nawet to, co od Beniteza nie zależało. 31 sierpnia Keylor Navas widział już samolot, który miał go zawieść do Manchesteru. Płakał z emocji, ale był gotowy na grę w United skoro tak nakazywał wyrok losu. Błąd proceduralny zatrzymał go na Santiago Bernabeu, Real stracił Davida de Geę, którego dziś wyniesiono do roli jednego z kapitanów United. A Kostarykanin przez omyłkę został następcą Ikera Casillasa i w sześciu oficjalnym meczach sezonu puścił tylko jednego gola. W dodatku na San Mames kilka razy ratował Real.

Sześć spotkań wystarczyło, by dostrzeżono, że tak jak obiecywał Benitez, „Królewscy” znacząco poprawili grę w tyłach. To było do przewidzenia, poprzednie drużyny Rafy mogły grać brzydko, czasem wręcz prymitywnie, ale ich wspólnym mianownikiem była solidność w defensywie. Czy to prawda, czy nie, taki stereotyp Hiszpanie przyjęli za pewnik.

Bilans bramkowy Realu 17-1 musi zadawalać wszystkich, także tych, którzy bali się, że średnia goli strzelanych przez drużynę prowadzoną przez Beniteza spadnie poniżej średniej, którą zdobywał sam Ronaldo przy innych trenerach. Tymczasem „Królewscy” rozbili wysoko Espanyol, Betis i Szachtar, Ronaldo ma osiem bramek w sezonie, Benzema pięć w lidze i razem z Portugalczykiem oraz Nolito z Celty przewodzą w klasyfikacji Pichichi. Szczególnie zadziwia eksplozja Karima, latem, gdy leczył uraz i zastępował go Jese Rodriguez, spekulowano, że Francuz odejdzie z klubu, że z nowym trenerem mu nie po drodze. Dziś okazuje się, że jest rewelacją początku sezonu. Ale według „Marki” to też zasługa Beniteza, który poprosił Karima by mniej podawał kolegom, częściej sam strzelał. Dotąd jego głównym zadaniem było asystowanie przy golach Ronaldo, teraz nowy trener chce, żeby było inaczej. I jest. Proste, prawda?

Kontuzje Ramosa, Bale’a, Jamesa i Danilo nie osłabiły drużyny. Wszedł Kovacic, Isco, Pepe i spisują się znakomicie. To prawda, że Real ma wyjątkowo szeroką kadrę, wydaje się, że urazy są w jakimś sensie sprzymierzeńcem trenera, który nie musi trzymać na ławce graczy, na których wydano po 30 mln euro.

Prasa hiszpańska ma już za sobą moment konsternacji, gdy nie wiedziano, czy wybór Beniteza jest dla Realu dobry, czy zły. Zaczynają obiegać świat mediów anegdoty jak to Benitez pierwszy przybywa do ośrodka Valdebebas i ostatni z niego wychodzi. Kocha swoją robotę, jest obsesyjnie dokładny, rodzina mieszka w Liverpoolu, więc po co w ogóle wracać do domu? Rafa opowiadał, że na początku sypiał nawet w ośrodku Realu, a niedawno zdarzyło mu się wyjść z niego o 3 rano, by o 8,30 wrócić do pracy.

Do dobrych wyników pasują wszelkie teorie. Na przykład o tym, że pracoholizm szkoleniowca jest zbawienny dla zespołu. Dziś Benitez jest chwalony powszechnie, co nikogo specjalnie nie szokuje skoro Real widzi Barcelonę w lusterku wstecznym. Co prawda różnica w tabeli wynosi tylko 1 pkt, ale w Madrycie wierzą, iż ich drużyna sprawia znacznie solidniejsze wrażenie niż Katalończycy. Bilans bramkowy Barcelony w lidze wynosi 9-6 (Realu 14-1), a biorąc pod uwagę Superpuchary i Ligę Mistrzów, Katalończycy tracą zastraszającą wręcz liczbę goli (bilans 16-16). Tu różnica między początkiem sezonu „Królewskich”, którzy gonią i Barcy, która broni potrójnej korony, jest najbardziej jaskrawa. I to wszystko idzie na konto zmian wprowadzanych w Madrycie przez Beniteza.

- Zaczynamy coraz lepiej rozumieć wymagania trenera. Jego obsesją są zajęcia taktyczne – opowiada Pepe. Brzmi wiarygodnie i pozytywnie. Na początku media hiszpańskie obiegały filmiki z zajęć Realu, gdy Benitez rozstawiał graczy jak pionki po szachownicy. Ci stali i patrzyli bez zrozumienia. A dziennikarze zadawali prostsze pytania: jak Rafa ma zamiar pogodzić rosnące ego Bale’a z niezmiennie wielkim Ronaldo? Dziś nikt nie szuka dziury w całym, choć Benitez zdaje sobie sprawę, że jeden zły mecz może zburzyć starannie budowaną konstrukcję. Niedługo Real jedzie na ligowy mecz na Vicente Calderon, a potem do Paryża na hit z PSG w Lidze Mistrzów. Wtedy danych do analizy pracy nowego szkoleniowca będzie więcej. Cierpliwość w Madrycie to towar deficytowy, trener Realu jest tak dobry, jak ostatni mecz jego drużyny.

czwartek, 24 września 2015

Najwyższa porażka ligowa Barcelony od feralnego sezonu 2007-2008 kończącego erę Ronaldinho i Franka Rijkaarda stała się w Vigo faktem. Czy przykład z Celty mogą wziąć inne zespoły?

„Upokorzeni” – dziennik „Marca” lubuje się w tytułach mocnych, jak większość współczesnym mediów. Ale nawet prasa w Katalonii nie stroni od lamentów, jakby w Vigo drużyna Luisa Enrique zapłaciła cenę znacznie wyższą niż 3 pkt. Gdyby przyjrzeć się statystykom, można wyciągnąć wniosek, że Barca poległa dość nieszczęśliwie. Nie tyle była cieniem Celty w kreatywności, co zimnej krwi w sytuacjach podbramkowych. Luis Suarez wyglądał przy Nolito, a szczególnie Aspasie jak początkujący, nieporadny środkowy napastnik. Ale dwójka superstrzelców Celty nakryła czapką samego Leo Messiego.

Porażka 1:4 jest szokująca, ale jej styl jeszcze bardziej. Przez ostatnie siedem lat, w których Barcelona zdobywała mistrzostwo Hiszpanii aż pięć razy utarło się, że jeśli jej rywal nie chce schodzić z boiska głęboko poturbowany, musi wykazać się sprytem, przebiegłością, instynktem dostosowawczym. Drużyna z Katalonii gra na swoich zasadach zawsze, przeciwnik może zginąć, lub się dopasować. Nie chciał się z tym pogodzić Paco Jemes, trener Rayo, szedł na wymianę ciosów, to jego zespół padał jak mucha. Ktoś, kto zostawia miejsce do gry Messiemu, Suarezowi, Neymarowi i Inieście jest albo dogmatykiem, albo głupcem.

Oczywiście przez siedem lat bywały odstępstwa od normy. W półfinale Ligi Mistrzów 2013 roku Bayern przejechał się po Katalończykach ciężkim walcem. Ale to była wielka chwila Bawarczyków, poza tym zespół Tito Vilanovy miała wtedy doskonałe alibi. Dramatyczna choroba trenera, plaga urazów z kontuzją Messiego na czele. W Hiszpanii nikt nie szedł tą drogą, nawet Real Madryt, szczególnie w królikiem podszytych czasach Jose Mourinho. Carlo Ancelotti kazał swoim ludziom grać odważnie w ostatnim meczu na Camp Nou (w końcu Real był wtedy najlepszą drużyną Europy). Porażka 1:2 zdruzgotała jednak wysiłek „Królewskich”. A jeśli nie oni, to kogo stać w Hiszpanii na otwartą wojnę z Katalończykami? Rewelacyjne Atletico mające najtwardsze głowy i łokcie w Primera Division z założenia szukało klucza do barcelońskiego zamka. Na tym polega przecież strategiczny geniusz Diego Simeone.

Stąd miała czerpać przykład malutka Celta? A jednak dostosować się nie miała zamiaru. Ruszyła wczoraj do boju z otwartą przyłbicą, ustawiła atak pozycyjny, wymieniała podania ze zręcznością iluzjonisty. Aspas i Nolito upokorzyli Busquetsa, Pique i Mascherano, trójkę, na której opiera się defensywa najlepszej drużyny Europy. Dla Busquetsa był to dzień sądny, przecież uchodzi za gracza w swoim fachu zjawiskowego. Wczoraj reagował za wolno, nie w porę, zawsze był w złym czasie i miejscu. Przeżył koszmar, tak jak cała drużyna gości, polująca na duchy.

Messi, Neymar i Suarez mieli więcej miejsca pod bramką. Co z tego, skoro tylko Brazylijczyk z niego korzystał. Bramkarz Celty miał dzień konia, Messi pudłował, Suarez nie istniał. Iniesta zagrał słabiutko i to w zasadzie wyjaśnia porażkę. Najprostszym wytłumaczeniem jest przemęczenie gwiazd. Po ciężkim tournee amerykańskim, meczach w Superpucharach, Lidze Mistrzów gracze Enrique mieli dwa razy więcej w nogach niż piłkarze Celty. Ale to nie wyjaśnia wszystkiego, choć oczywiście trudno twierdzić, że Aspas z Nolito mają większą siłę rażenia niż trio MNS.

Luis Enrique chwalił Celtę, swój poprzedni klub. Mówił, że woli paść w pojedynku z rywalem, który nie stawia autobusu w bramce, nie podstawia nóg, nie walczy podjazdowo, lub brutalnie. Przeciwnie: Celta na ten wczorajszy wieczór wcieliła się w Barcelonę z najlepszych czasów. Myślała szybciej niż przeciwnik, podejmowała lepsze decyzje nie tylko pod bramką. – W czym byli od nas lepsi? We wszystkim – przyznał Mascherano.

Prasa katalońska opublikowała zdjęcia ekipy z Camp Nou wracającej do domu jak Napoleon spod Moskwy. Długie twarze nie wyrażają wyłącznie żalu za utraconą pozycją lidera. Real zdał egzamin na San Mames, choć długimi okresami pozwalał się zdominować Athletic. Ale gdy gola stracił, natychmiast odpowiedział. To nie była wielka gra drużyny Rafy Beniteza, ale zapewniająca wyszarpać punkty. Tam gdzie klasy nie starczało graczom z pola, był w bramce Keylor Navas może najlepszy w tym meczu obok strzelca obu goli dla Realu Karima Benzemy.

Barcelona ma większy powód do zmartwień niż spadek ze szczytu na piąte miejsce. Większy niż cztery gole stracone przez Ter Stegena w Superpucharze Europy, cztery w Superpucharze Hiszpanii i cztery w Vigo. Bo co, gdyby tak teraz śladem Celty poszli inni rywale? A może przeświadczenie, że z Katalończykami nie da się grać otwartej piłki, jest niewiele wartym, wytartym frazesem?

Nie chodzi o to, by po jednej porażce składać go grobu najlepszą drużynę Europy. Barca się podniesie, otrząśnie, będzie zwyciężać nadal tak jak bywało już kilka razy w ostatniej dekadzie. Śmiem jednak twierdzić, że Celta nie tylko zgarnęła wczoraj trzy punkty, ale wyznaczyła nowy kierunek. Nie wszystkich stać na to, by go obrać, ale może przynajmniej ktoś jeszcze spróbuje.

- Wygrał futbol - Eduardo Berizzo, trener Celty

16 - w 9 oficjalnych meczach tego sezonu Barcelona zdobyła tyle goli. I tyle samo straciła. W poprzednim sezonie o tej porze straciła ich zero!

7 - po tylu miesiącach Real posmakował pozycji lidera Primera Division. Także dzięki Celcie

wtorek, 22 września 2015

Pięć goli w zaledwie dziewięć minut strzelił Robert Lewandowski w hicie Bundesligi z Wolfsburgiem! Bayern przegrywał w Monachium 0:1 do przerwy, Polak wszedł w drugiej połowie odwracając losy meczu mistrza z wicemistrzem.

Po godzinie gry Bayernu z Wolfsburgiem Pep Guardiola złapał się za głowę i zaśmiał dziwacznie jak sceptyk doświadczający kontaktu ze zjawiskiem paranormalnym. Trener Bayernu zareagował tak samo entuzjastycznie na wyczyn Lewandowskiego jak po wiosennym meczu 1/8 finału Ligi Mistrzów Barcelona – Manchester City, gdy Leo Messi zakładał siatkę Jamesowi Milnerowi. Guardiola siedział wtedy na trybunach Camp Nou, kamery pokazały jak zasłania twarz oszołomiony tym, co zrobił czterokrotny laureat Złotej Piłki. Prasa niemiecka opisywała potem, że na jednym z treningów w Monachium trener zwrócił się do graczy Bayernu ze słowami: - Pracowałem tylko z jednym piłkarzem, który miał prawo ignorować moje polecenia. Miał oczywiście na myśli Messiego.

Wczoraj z takim samym podziwem Pep patrzył na napastnika reprezentacji Polski. „Jego mina to była czysta poezja” – komentował reakcję Guardioli hiszpański dziennik „AS”, bo o wyczynie Lewandowskiego zrobiło się natychmiast bardzo głośno we wszystkich elektronicznych mediach świata. W historii Bundesligi żaden piłkarz nie zdobył pięciu bramek tak szybko. W ogóle nikt tego nie dokonał wchodząc do gry z ławki.

Wyczyn Lewandowskiego jest zjawiskowy. Pięć wspaniałych goli w meczu z tak trudnym rywalem, w tak trudnym momencie, gdy Bayern przegrywał. Guardiola zna i docenia możliwości polskiego napastnika, niedawno tłumaczył, dlaczego niemieckiego geniusza Mario Goetze sadza na ławce. - Kocham Mario, ale mam przecież Roberta – mówił. Potwierdzenie słuszności tych słów przyszło szybciej, niż mógł się spodziewać.

Polak, który przed tygodniem uległ niegroźnej kontuzji w meczu Ligi Mistrzów z Olympiakosem w Pireusie, wracał wczoraj do gry. Wszedł po przerwie, gdy obrońca tytułu przegrywał i pokonał bramkarza Wolfsburga pięć razy: każdy gol był piękniejszy od poprzedniego. Polak ma już osiem bramek po pięciu kolejkach tego sezonu i jest liderem strzelców Bundesligi. To był taki wieczór, jak w kwietniu 2013 roku, gdy Lewandowski jeszcze jako piłkarz Borussii Dortmund pokonał cztery razy bramkarza Realu Diego Lopeza w półfinale Ligi Mistrzów.

Niedawno jeden z byłych niemieckich piłkarzy, dziś ekspert Juergen Kohler w komentarzu dla „Kickera” porównywał reprezentanta Polski do Thomasa Muellera. Ta para uważana jest za najbardziej gwiazdorską w klubie z Bawarii. Kohler stwierdził, że choć Lewandowski ma o klasę wyższe umiejętności, to instynkt i efektywność czynią Niemca piłkarzem bardziej wartościowym. Dziś można by się spierać, to, czego dokonał wczoraj Polak wydaje się być poza zasięgiem innych graczy Bundesligi.

Po transferze z Borussii Dortmund latem 2014 roku Lewandowski grał w Bayernie równo i dobrze. W debiutanckim sezonie zdobył dla Bawarczyków 25 bramek, z czego 17 w Bundeslidze, co nie wystarczyło do zdobycia drugiego tytułu króla strzelców. Polak wygrał z Bayernem tytuł mistrza Niemiec, ale dla takiego klubu to mało. Bawarczycy odpadli w półfinale Pucharu Niemiec, a przede wszystkim polegli w półfinale Champions League z Barceloną, co sprawiło, że sezon w Monachium został uznany za przeciętny. Polak zdobył dla Bayernu kilka bardzo ważnych bramek, zagrał kilkanaście dobrych meczów, ale takiego wzlotu jak wczoraj bardzo potrzebował. Czasem marzenia się spełniają. Zabrakło może jeszcze setnej bramki: w 166 spotkaniach w Bundeslidze Polak trafił do siatki 99 razy.

Ostatnie miejsce w tabeli, ledwie dwa punkty i dwa gole. Drużyna Grzegorza Krychowiaka jest największą zagadką nowego sezonu, nie tylko w Primera División, ale w wielkich ligach Europy.

Polak nie zawodzi, ale co z tego. Włoski portal umieścił go nawet w jedenastce pierwszej kolejki Ligi Mistrzów. Uzasadniając, że w meczu z Mönchengladbach (3:0) jak zwykle otarł się o perfekcję przy odbiorze i wiele akcji rozpoczął mądrymi podaniami. Oficjalna strona UEFA wyliczyła Krychowiakowi 73 podania, z czego 70 celnych (96 procent skuteczności).

Przed meczem z Borussią UEFA kazała zasłonić napis na Ramón Sánchez Pizjuán informujący, że „Nervion nie rozdaje punktów”. Nervion to dystrykt, gdzie wznosi się stadion Sevilli, na którym w ubiegłym sezonie potrafił wygrać tylko Real Madryt. Problem w tym, że starcie z Borussią było dla Sevilli przebłyskiem, odstępstwem od normy.

Teraz jej wielkim zmartwieniem są cztery ligowe mecze bez zwycięstwa. Drużyna Polaka wywalczyła dwa remisy na wyjazdach i to wstydu jej nie przynosi. Ale u siebie nie zdobyła choćby punktu. „Nervion czasem jednak rozdaje prezenty” – napisał ukazujący się w Andaluzji dziennik „Estadio Deportivo” po niedzielnej porażce z Celtą Vigo 1:2.

Od dziennika „Marca” za mecz z Celtą Krychowiak dostał notę 4, w dziesięciopunktowej skali, a więc poniżej przeciętnej. Polak trzy razy piłkę stracił, cztery razy odzyskał. W statystykach zbiorowych za cztery kolejki wygląda lepiej (26 odbiorów i 17 strat piłki), nikt nie ma do niego większych pretensji. „Marca” napisała nawet, że Polak stanowi rygiel niezbędny dla obrony w każdej drużynie. Największy hiszpański dziennik zwraca uwagę, że teraz, gdy defensywa Sevilli jest w rozsypce z powodu kontuzji, Polak dostał nowe zadania od trenera Unaia Emery’ego – ma przyklejać się do stoperów i naprawiać ich kiksy. Mimo wszystko plan działa źle, drużyna dopuściła do straty sześciu goli, z tego aż pięciu na swoim stadionie.

Cztery dni temu „Estadio Deportivo” opisywało jak po powrocie z krótkich wakacji dyrektor sportowy Sevilli Monchi zabrał się za przedłużenie kontraktu z Krychowiakiem. Polak ma umowę do 2018 r., ale klub chce go uhonorować za znakomitą grę. W tej sprawie Monchi spotkał się z menedżerem Krychowiaka kilka dni temu. Efektem ma być podwyżka i umowa przedłużona o rok. Klauzula wykupu pozostanie w wysokości 30 mln euro. Monchi tłumaczy zabiegi tym, że w kilkanaście miesięcy Polak stał się kluczowym graczem dla Emery’ego. A poza tym zawsze był wobec Sevilli fair. Nie naciskał na transfer, gdy zgłosił się klub, oferujący mu wyższą pensję. A przede wszystkim wnosi do gry masę serca.

Dziś mówi się o tym po cichu i z trudem, gdy zdobywca Ligi Europy leży na dnie tabeli Primera División. Porażki z Atlético 0:3 i Celtą dowodzą nie tylko kłopotów w tyłach. Po sprzedaży Kolumbijczyka Carlosa Bakki do Milanu drużyna z Andaluzji ma ogromny problem ze strzelaniem goli. Kévin Gameiro, który cały ubiegły sezon narzekał na status rezerwowego, teraz gra, ale jest nieskuteczny. W lidze trzy razy wychodził w podstawowym składzie, raz z ławki, ale ani razu nie trafił do siatki. Z dwóch goli dla Sevilli jeden dał strzał z dystansu nowego defensywnego pomocnika, partnera Krychowiaka Stevena N’Zonziego, który zastąpił Stephane’a M’Bię. Drugiego gola strzelił odzyskany z Juventusu Fernando Llorente, ale była to tylko bramka honorowa w meczu z Celtą. Na pocieszenie trener gości z Vigo stwierdził, że jego drużyna zagrała w Sevilli wzorcową pierwszą połowę. Napastnik gości Nolito ma już cztery bramki i w klasyfikacji strzelców zajmuje miejsce między Cristaino Ronaldo (5) i Leo Messim (3).

– Wciąż szukamy drużyny z wtorku – mówi enigmatycznie Emery odwołując się do meczu z Borussią. Ale zaprzeczył, że priorytetem jest Liga Mistrzów. Obiecywał kibicom, że drużyna wraca do najważniejszych międzynarodowych rozgrywek po pięciu latach przerwy, by zostać w nich na dłużej. Tymczasem nawet gdyby poradziła sobie w bardzo trudnej grupie z Manchesterem City, Juventusem i Borussią, nie może zaniedbywać ligi, bo za rok hymnu Champions League Emery, Krychowiak i inni będą słuchali w telewizji.

– Musimy grać z większą intensywnością. Od samego początku, a nie dopiero po stracie gola – powiedział w niedzielę Llorente. Sevilla przyjęła jego bramkę z ulgą, choć tylko wepchnął piłkę do siatki w prostej sytuacji. W klubie liczą, że 30-letni mistrz świata z 2010 r., odbuduje formę sprzed trzech sezonów, kiedy dla Athletic Bilbao strzelił 29 goli. Czy to realne? Emery mówi, że drużynie brakuje iskry, ale nie chce słyszeć o spadku morale. – Nasze kłopoty nie są wynikiem braku determinacji – mówi. W środę Sevilla gra na wyjeździe z beniaminkiem Las Palmas, który też uzbierał dotąd tylko dwa punkty.

 
poniedziałek, 21 września 2015

Leo Messi znów przestrzelił karnego, ale po zwycięstwie nad Levante Barcelony to nie boli. Keylor Navas wciąż niepokonany w lidze, co jest dowodem, że dorósł do swojej roli.

Trzy punkty w meczu z Levante nie były jedynym celem Luisa Enrique w niedzielny wieczór na Camp Nou. To rywal z gatunku lekkich, łatwych i przyjemnych, więc trener Barcelony chciał przeskoczyć go odrywając stopy od ziemi na minimalną wysokość. Trudny początek sezonu: Superpuchary, liga, Liga Mistrzów sprawiły, że Luis Suarez i Andres Iniesta grali na okrągło. Z Levante usiedli na ławce i jedynym zmartwieniem trenera było to, by jak najpóźniej z niej wstali.

Bartra, Adriano, Sandro, Munir, Gumbau – ci piłkarze odebrali gratulacje kibiców na Camp Nou po zwycięstwie 4:1. Najbardziej zasłużył się pierwszy, w tyłach był jak skała, a przecież w 49. min zdobył gola na 1:0 wykorzystując świetne podanie Leo Messiego. Enrique odetchnął z ulgą czując, że siły Iniesty i Suareza będzie można oszczędzić na środę, gdzie w meczu z Celtą w Vigo drużyna znów będzie musiała rzucić do gry 100 procent.

21-letni Gerard Gumbau został włączony do kadry pierwszej drużyny po kontuzji Rafinhy. Kiedy zmienił Sergio Busquetsa w 60. min przy stanie 3:0, na boisku zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Levante ruszyło do ataku, Ter Stegen sprezentował mu gola, sytuacja z bramkarzem jest o tyle delikatna, że nie można go zmienić (Bravo jest kontuzjowany), więc nie wypada niszczyć jego morale. Tak jak po golu straconym po strzale z 45 m w Rzymie Niemiec został rozgrzeszony przez trenera, tak teraz Enrique powiedział: - Gdyby to był ktoś inny, to bym się martwił o niego. Ale to jest Ter Stegen. Sugeruje, że poczucie własnej wartości i upór są u jego bramkarza na wysokim poziomie. Potwierdził to Niemiec po meczu mówiąc, że w swoim sposobie gry nie widzi nic do poprawienia.

Oczywiście to tylko zasłona dymna – Barca czeka na moment, gdy będzie mogła wybierać między bramkarzami.

Znacznie większy upór dotyczy pierwszeństwa Messiego do karnych i wolnych. Na Camp Nou to święty dogmat, dyskutować z nim to jak kwestionować miejscową wersję biblii. Na Vicente Calderon Neymar pokazał, że jest wielki specem od wolnych, wczoraj, gdy piłka stała 20-25 m od bramki zawsze uderzał Argentyńczyk. I zawsze niecelnie. To samo dotyczy jedenastek. Messi może oddać ich wykonywanie sam: Neymarowi, czy Suarezowi, ale zabrać mu do tego prawo, to jak podważyć jego pozycję w klubie. A więc będzie strzelał do skutku, na razie spudłował dwa z trzech. Dobrze, jeśli wyczerpał limit.

W sumie powodów do zmartwień na Camp Nou niezbyt wiele. Barcelona ma 12 pkt i jest liderem. W niedzielę Luis Enrique puścił do gry rezerwowych i się nie zawiódł. – Fajnie patrzeć, jaki potencjał ma ta kadra – powiedział. A przecież w tygodniu, po urazie Rafinhy Barcelona opłakiwała tragicznie krótką ławkę. Z pomocników zostało jej firmowe trio: Busquets, Iniesta, Rakitic, dla których alternatywą są Mascherano i Sergi Roberto. Obaj na co dzień grają w defensywie. Klub sondował nawet, czy FIFA nie pozwoliła by zgłosić do rozgrywek Vidala, lub Turana. Ale jak widać i bez tego Enrique sobie radzi.

Tak jak w Barcelonie rozprawia się o grze Ter Stegena, tak w Madrycie o Keylorze Navasie. Kostarykanin przeżył trudne chwile, gdy pod koniec sierpnia klub chciał go wymienić na Davida de Geę. Jak wiemy nie udało się, Keylor trochę przypadkowo więc ma być bramkarzem Realu na lata. Podobno za całe zamieszanie przeprosił go sam Florentino Perez, Kostarykanin przyjął je wraz z podwyżką. Od tamtej pory broni znakomicie, Real jako jedyny nie stracił gola w lidze. Choć hiszpańskie media przypomniały, że Iker Casillas ma za sobą pierwszy klasyk portugalski wygrany przez Porto 2:1. Były bramkarz Realu bardzo pomógł w tym nowemu klubowi.

Dyskusja o bramkarzach jest trudna i niewdzięczna, bo zazwyczaj oparta na poszlakach. Możemy tylko porównywać, jak Gary Lineker, który po golach puszczonych przez Sergio Romero w Manchesterze ogłaszał, że De Gea by to „wyjął”. Przez to całe zamieszanie z bramkarzami Realu i United w największe tarapaty popadł właśnie wicemistrz świata z Argentyny. On do bramki w klubie wróci na święte nigdy, jest o trzy lata starszy od Hiszpana, który na skutek gry omyłek koło północy 31 sierpnia 2015 roku ma stworzyć własną erę na Old Trafford.

Największą sensacją początku sezonu, może nawet w całej Europie (obok Lecha Poznań) jest ostatnie miejsce Sevilli w Primera Division. Drużyna Grzegorza Krychowiaka jedyne zwycięstwo odniosła w Lidze Mistrzów. Sytuacja z Lechem jest o tyle podobna, że obaj trenerzy Unai Emery i Maciej Skorża uważani byli do niedawna za cudotwórców. 

Najbliższa kolejka ligi hiszpańskiej będzie daleko trudniejsza dla jej liderów. Barcelona jedzie do Vigo, gdzie straszy jej wychowanek Nolito, Real zagra na San Mames, gdzie w poprzednim sezonie przegrał z Athletic. W październiku 2010 roku Nolito debiutował w ligowym meczu Barcy zastępując Pedro przeciw Mallorce, ale potem okazał się w klubie zbędny. W Benfice, Granadzie i Celcie udowodnił, że Pep Guardiola się mylił. Luis Enrique chciał to naprawić latem, gdy okazało się, że Pedro definitywnie odchodzi do Chelsea, ale wtedy Nolito był już drogi. Dziś ma cztery gole w lidze, więcej niż Messi i jest postrachem bramkarzy. Dobry sprawdzian dla dobrego samopoczucia Ter Stegena.

czwartek, 17 września 2015

Inauguracja fazy grupowej Ligi Europy, czyli coś, co miało być dla polskich klubów świętem, stało się jego zaprzeczeniem.

Kilka tygodni temu Zbigniew Boniek kpił z Michała Probierza, gdy przed meczem eliminacji Ligi Europy wystawił rezerwowych w ligowym starciu w Kielcach. Prezes PZPN nie bez racji nazwał amatorami piłkarzy, którzy nie są w stanie grać co trzy dni. Sygnał od trenera Jagiellonii był jednak oczywisty. Stawiał rywalizację w Europie, a właściwie tylko jej namiastkę (w końcu to były tylko eliminacje), ponad zmagania krajowe. Wydaje się to oczywiste, logiczne, uzasadnione wobec mizerii międzynarodowych wyników polskich klubów. Probierz potraktował prawo gry w pucharach jak nagrodę za ligowy wysiłek całego sezonu.

Jagiellonia w kwalifikacjach przepadła, Lech jak wszyscy mistrzowie Polski od dwóch dekad do Ligi Mistrzów się nie dostał. Cieszyliśmy się za to, że po raz drugi w Lidze Europy zagrają dwa kluby ekstraklasy. Wczoraj nadszedł 17 września 2015 roku, który w naszym kalendarzu piłkarskim powinien być zaznaczony na czerwono. Mistrz i wicemistrz Polski mieli zacząć żmudny proces podnoszenia międzynarodowego prestiżu naszej ligi. I co się stało? Legia przegrała w Danii po samobójczym golu jednego z tych piłkarzy, którzy w ekstraklasie uchodzą za gwiazdy. Pokazując przy tym futbol słaby, chaotyczny i bezrefleksyjny.

Potem na pusty stadion w Poznaniu wyszedł Lech, bo jego kibice (tak wierni i wzorowi ponoć) urządzili sobie protest. Szefowie klubu ogłosili, że priorytetem jest liga, a trener Maciej Skorża wystawił taki skład, by oszczędzić liderów na ligowy mecz z Jagiellonią. I koło się zamyka? Błędne koło.

To wszystko wygląda na totalne pomylenie pojęć. Rozumiem, że tragiczny start mistrza Polski w ekstraklasie mógł pomieszać w głowie szefom Lecha i jednemu z najlepszych ligowych szkoleniowców. Nie ma jednak wątpliwości, kto z dwójki Probierz, czy Skorża ma zdrowsze, racjonalniejsze poczucie hierarchii celów. Spychanie rywalizacji europejskiej na drugi plan wygląda na rodzaj paranoi. Stąd remis u siebie z Belenenses teoretycznie najsłabszą drużyną grupy. To mocno ogranicza szanse na awans. Mistrz Polski sam pozbawił siebie okazji odbicia się od dna kryzysu. To wygląda na podstawianie nogi samemu sobie.

Miało być świątecznie, jest śmiesznie - czyli jak to w naszej piłce ligowej.

 

Luis Enrique ogłosił, że odpowiedzialność za gola straconego w Rzymie bierze na siebie. Bo ze sposobu gry Barcelony w defensywie wynikają obowiązki dla bramkarza, które doprowadziły do zguby Marca-Andre Ter Stegena.

24-letni prawy obrońca Romy Alessandro Florenzi wykonał coś, co niełatwo znaleźć w piłkarskich katalogach. - Biegłem sam, zobaczyłem wysuniętego bramkarza, więc strzeliłem - opowiadał. Włoska prasa napisała, że zabawił się w Leo Messiego pokonując Niemca strzałem z 45 metrów. Tak naprawdę Florenzi skradł show Argentyńczykowi, który grał setny mecz w Lidze Mistrzów.

- Ta akcja nie była ćwiczona - powiedział o wyczynie Włocha były pomocnik Barcy Seydou Keita (dziś Roma). Gdyby powiedział co innego, wywołałby salwy pustego śmiechu.

Gdy piłka spada bramkarzowi za kołnierz, sprawa wydaje się oczywista. Znaczy popełnił błąd i nie ma dyskusji. Tym razem dyskusja była, część ludzi przekonuje argument Enrique, który w chwili, gdy linia obrony przesuwa się do przodu, do pressingu, wymaga, by przestrzeń za plecami stoperów asekurował bramkarz. Ter Stegen zrobił więc kilka kroków do przodu za Pique i Mathieu, w tym momencie Florenzi kopnął i stało się. Piłka poleciała idealnie z punktu widzenia Włocha, odbiła się jeszcze od słupka. Od chwili kopnięcia Marc-Andre miał na reakcję 3 sekundy.

To już drugi taki gol puszczony przez Niemca w tym sezonie. Pierwszy w nieszczęsnym meczu o Superpuchar Hiszpanii w Bilbao. Wtedy wyszedł daleko poza pole karne, wybił piłkę głową, po czym nie zdążył zareagować na strzał San Jose (Świętego Józefa). Tamta bramka zburzyła plan Barcy, która przegrała 0:4 i straciła jedyne jak dotąd trofeum odkąd prowadzi ją Enrique, a Ter Stegen w niej gra.

Wtedy błąd bramkarza był bardziej oczywisty - wybicie piłki powinno pójść w kierunku linii bocznej, a nie środka boiska. Niemiec złamał reguły. Ale czy złamał reguły także na Stadio Olimpico? Na to dowodów nie ma, trener daje bramkarzowi alibi.

Na specyficzną rolę bramkarzy Barcelony nakłada się rola bramkarzy niemieckich. Ter Stegen jest młodszym kolegą Manuela Neuera, który z taką zręcznością wcielał się w libero na mundialu w Brazylii. Nic dziwnego, że wszyscy bramkarze niemieccy są w niego zapatrzeni, skoro stał się wzorcem, zaczął wyznaczać tendencje. Tendencje, które według jajoglowych futbolu mają się wyłącznie pogłębiać. W dążeniu do doskonałości bramkarz ma być coraz bardziej uwalniany od tkwienia w bramce.

Niestety Florenzi, San Jose i im podobni im podstępni piłkarze stawiają nad tą światową tendencją bramkarską duży znak zapytania.

Aby rozwikłać zagadkę niebłędów wróćmy do wczesnych czasów Victora Valdesa. Od niego trenerzy Barcelony żądali, by nogami wiązał krawaty. Więc próbował i to podczas meczów. Było z tym trochę ambarasu, bo we wczesnych latach kariery zawalił sporo goli próbując przyjąć piłkę i podawać celnie, zamiast jak inni wykopywać w trybuny. Uchodził za największego ekscentryka na swojej z natury ekscentrycznej pozycji. Aż w pewnym momencie zapanował nad trudną materią i zapisał się w annałach jako bramkarz numer 1 w całej historii klubu z Katalonii.

Jaki to ma związek z Ter Stegenem? Że jeśli piłka będzie mu spadała za kołnierz zbyt często, nie zostanie mu cień szansy, by dorównać Valdesowi.

To nie Barcelona była prekursorem w tej dziedzinie. Jak libero zachowywał się meksykański bramkarz Jorge Campos, kolumbijski Rene Higuita, czy paragwajski Jose Chilavert. Pierwszy był uważany za solidnego speca w swoim zawodzie, drugi był raczej clownem, lub cyrkowcem, trzeci sięgnął szczytu. To znaczy, że wśród bramkarzy o duszy libero są równi i równiejsi.

Gdyby w osławionym już meczu z Algierią w 1/8 finału mundialu w Brazylii Neuer ryzykował dalekie wyjścia i puścił dwie bramki, Niemcy nie zdobyliby tytułu, a ich bramkarza porównywano by do Higuity, który na Italia’90 zawalił Kolumbii mecz o ćwierćfinał. Ale ponieważ był skuteczny, perfekcyjny, nie zrobił jednego fałszywego kroku, został okrzyknięty golkiperem XXI wieku.

To czy przy strzale Florenziego dopatrzymy się błędu Ter Stegena, nie ma znaczenia. Kiksy robią i wielcy bramkarze, puszczając gole głupie. Nie da się powiedzieć, że w ostatnim finale Champions League Gianluigi Buffon był bez winy przy bramce na 2:1 dla Barcy. Wypuścił piłkę po uderzeniu Leo Messiego wprost na nogę Luisa Suareza. Ale ten sam Buffon kilka razy wcześniej ratował Juventus.

Ter Stegen ma prawo wzorować się na Neuerze. Ale dopóki nim nie będzie, dopóki mu nie dorówna klasą, powinien robić to z wyczuciem i umiarem. A raczej na miarę swoich możliwości.

środa, 16 września 2015

Dwie bramki brakują Cristiano Ronaldo, by został najskuteczniejszym piłkarzem w historii Realu Madryt. W ostatnich dwóch meczach z Espanyolem i Szachtarem zdobył ich osiem.

Dziennikarz „El Pais” dostrzegł frustrację u posiadacza Złotej Piłki. Choć w Lidze Mistrzów dobił do rekordowych 80 trafień, choć jest liderem strzelców w La Liga, a od klubowego rekordu Raula Gonzaleza (323 gole dla Realu) dzielą go już tylko dwie bramki. Media w Hiszpanii szukają potwierdzenia teorii, że nowy układ w drużynie, z Rafą Benitezem na ławce i wzrastającą rolą Garetha Bele’a Portugalczykowi jest zdecydowanie nie w smak. Carlo Ancelotti bez problemu powtarzał przy każdej okazji, że Ronaldo jest numerem 1 na świecie, a jego następca się przy tym ociągał. Podobno w końcu dał za wygraną i stwierdził: - Od dziś ile razy mnie o to zapytacie, zawsze powiem, że tak.

Na inaugurację Ligi Mistrzów Real pokonał Szachtar łatwo. Trener gości stwierdził, że sędzia nie jest godny, by prowadzić mecze w tych rozgrywkach. Mircea Lucescu był wściekły za czerwoną kartkę dla swojego gracza, a także za absurdalny rzut karny przy stanie 0:1. Tak naprawdę gości złamał błąd ich bramkarza, który w banalnej sytuacji wypuścił piłkę z rąk. Bez względu na pechowe, czasem wręcz niesprawiedliwe okoliczności porażka na Bernabeu nie była chyba jednak dla drużyny z Ukrainy jakimś kuriozalnym i zaskakująco bolesnym wynikiem.

Madrycko-donieckie rozterki są niczym. Manchester City i Manchester United wydawały latem najwięcej, co nie uchroniło ich od porażek w pierwszej kolejce Ligi Mistrzów. Drużyny się buduje, a nie kupuje, pokazał to na Etihad Juventus, który po gruntownych zmianach uciułał w Serie A zaledwie punkt. Ani Sterling, ani De Bruyne, ani Otamendi, na których wydano ponad 200 mln nie pomogli City wejść o szczebel wyżej. Drużyna gra tak jak grała wykorzystując w LM każdą okazję do utrudnienia sobie życia. Bez Kuna Aguero lider Premier League nie wykazuje żadnych argumentów, by marzyć o europejskich salonach. O tym mówił Franz Beckenbauer zauważając, że angielskie miliony działają jak magnes przede wszystkim na graczy drugoplanowych. Messi i Iniesta wciąż grają dla Barcelony, Ronaldo i Bale dla Realu, a Thomas Mueller dla Bayernu. I pewnie szybko się to nie zmieni.

United wydawał się przypadkiem odmiennym. To klub z gigantyczną tradycją, żaden nowobogacki projekt. Przed rokiem sprowadził nawet piłkarza zdolnego rozstrzygać mecze na najwyższym poziomie. Ale Angel Di Maria nie dogadał się z Louisem van Gaalem i dziś pręży muskuły w Paryżu.

Przez lata klub z Old Trafford był bastionem rozsądku i umiaru, który uosabiał Alex Ferguson. Z graczy dobrych tworzył zespoły bardzo dobre lub wielkie dając kibicowi poczucie, że pracowitość, pokora, solidność to wartości w piłce nadrzędne. Dziś United dał się wpędzić w opętańczą spiralę zakupów: byle szybciej, byle drożej, byle jak. Z chaosu wyłoniło się ostatnio prestiżowe zwycięstwo nad Liverpoolem, zastrzyk optymizmu, który zgasł jak płomyk przy pierwszej podróży na kontynent.

Tam gdzie Louis van Gaal zajmował się budowaniem: w Ajaxie, AZ Alkmaar, także w Bayernie, zawsze wyglądało to lepiej niż, gdy biegał po zakupy. Kiedyś do Barcelony przeniósł pół Ajaksu, który był krótko po podboju Europy.  Ale i wtedy zdawało się, że zachowuje umiar wobec tego, co wyprawia w Manchesterze.

Przed laty Ferguson kpił z Realu, Florentino Pereza i innych jego prezesów sugerując, że to co jest kwestią pomysłu, pracy, wytrwałości i konsekwencji, w Madrycie próbuje się zagłuszyć szelestem banknotów. Dziś Manchester przy Realu wygląda jak karykatura. W Madrycie na ławce siedzą gracze, którzy w United byliby gwiazdami. „Królewscy” byli konsekwentni w kupowaniu, klub z Old Trafford nie wykazuje dziś konsekwencji w niczym.

Na szczęście dla United grupa nie jest aż tak trudna, by awans był poza zasięgiem. Co prawda PSV pokazało pazury, Wolfsburg to też zespół, przy który trzeba się będzie spocić. A nawet wygrać w Moskwie nie będzie misją łatwą. Wszystko to jednak w granicach możliwości United nawet tak mocno pogrążonego w przeciętność.

To samo dotyczy City. Sevilla to rywal mocny, ale też nie z najwyższej półki. Porażkę z Juve można przeboleć odwracając zły bieg wydarzeń. Oba kluby z Manchesteru kupowały jednak latem jakby wybierały się na finał na San Siro.

Trudno uznać za nieszczęśliwy zbieg okoliczności fakt, że City nigdy nie przekroczyło bariery 1/8 finału Ligi Mistrzów. United przez dekady śmiał się z sąsiada, by się w końcu na niego zapatrzeć. W tej sytuacji piękny, szczęśliwy i bogaty Ronaldo powinien dziękować losowi, że nie skorzystał z oferty powrotu do Manchesteru.

 
1 , 2
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac