blog Darka Wołowskiego
RSS
piątek, 26 września 2014

Po czterech latach Valencia wróciła na pozycję lidera Primera Division. Media hiszpańskie świętują narodziny ligi pięciorga, tak samo niecierpliwie jak my narodziny gwiazdy Grzegorza Krychowiaka.

Nuno Herlander Simões Espírito Santo, czyli po prostu Nuno, to jeden z tych szkoleniowców, którzy dokonują zasiewu na wypalonej ziemi, by w cudowny sposób wyrosło z niej coś pięknego. Tak jak Juergen Klopp w Dortmundzie, lub Diego Simeone w Madrycie. Póki co to tylko pobożne życzenie fanów Valencii dostrzegających w portugalskim szkoleniowcu tego, który wyciągnie zespół z notorycznych problemów. Zbliża się czas, gdy na drzewach wzdłuż głównych ulic Walencji zaczną dojrzewać mandarynki, sprawiając rajskie wrażenie na przyjezdnych.

Pasja do piłki w tym rejonie Hiszpanii sprowadziła na największy klub najpierw wzlot ponad stan, a potem równie bolesny upadek. Za dwa finały Champions League (2000, 2001), za zwycięstwo w Pucharze UEFA (2004), za dwa ostatnie mistrzostwa Hiszpanii (2002, 2004) trzeba było zapłacić cenę wysoką - od kilku lat pogrążony w chaosie klub balansował na krawędzi. Wybawieniem z finansowej zapaści miał być nowy stadion Mestalla. Gdy byłem tam dwa lata temu, niedokończona konstrukcja, którą nie interesował się nikt prócz hulającego wiatru, była najsmutniejszym miejscem w mieście.

Fani Valencii mieli serdecznie dość. Dlatego tak mocno naciskali na władze miasta i dzierżące los klubu banki, by sprzedały go Peterowi Limowi, jednemu z dziesięciu najbogatszych ludzi w Singapurze. Nie obiecywał wielkich transferów, ale dokończenie stadionu, dzięki czemu klub ma szansę stanąć na nogi.

Letniej rewolucji w kadrze dokonał Francisco Rufete, kiedyś błyskotliwy skrzydłowy z czasów, gdy Valencia ogrywała Legię w Pucharze UEFA (1:1 i 6:1). - Nie będziemy działać jak klub bogaty - zastrzegł i rzeczywiście na Mestalla nie sprowadzał zawodników o głośnych nazwiskach. Wyjątkiem był Alvaro Negredo wypożyczony z City w końcówce okna transferowego jak wisienka na torcie. Klub miał być odbudowywany powoli, rozsądnie, na miarę swoich możliwości, by życie ponad stan, takie jak przed dekadą, nie zrujnowało jego przyszłości.

Negredo nie zagrał jeszcze ani razu - wciąż się leczy. I nikt przesadnie za nim nie tęskni. Wychowanek Paco Alcacer, który miał ofertę z Barcelony, zdobywał gole w każdym z czterech ostatnich meczów. Valencia miała być gotowa na drugą połowę sezonu, by zawalczyć o miejsce w Lidze Mistrzów. Powrót do niej, będzie kolejnym zastrzykiem finansów i optymizmu. Żaden z dużych hiszpańskich klubów nie wycierpiał w ostatnich latach więcej.

Espírito Santo znaczy Duch Święty, to nie powód, dla którego zatrudniono Nuno jako trenera. Ale działa fenomenalnie. Zaczął od remisu na Ramon Sanchez Pizjuan, gdzie Valencia w dziesiątkę uratowała remis z Sevillą. Potem nastąpiła seria zwycięstw, z tym wczorajszym nad Cordobą, dającym pozycję na szczycie. Klub z Mestalla nie był liderem La Liga od czterech lat.

Entuzjazm fanów jest proporcjonalny do gry zespołu. - Kiedy usłyszałem Mestalla przed meczem z Cordobą, wiedziałem, że nasi kibice sami wygrają ten mecz - mówił wzruszony Nuno. Remis Barcelony w Maladze postawił zespół z Mestalla przed szansą zajęcia pozycji lidera, pod warunkiem, że wygra 3:0. I wygrał dokładnie tyle, ile było trzeba.

Trzy zespoły Valencia, Barcelona i Sevilla mają po 13 pkt. Trener Sevilli Unai Emery pytany o znakomitą grę drużyny wyznał, że on na razie w ogóle nie spojrzał w tabelę. Jest na to za wcześnie. Musiał mieć jednak frajdę z ostatniego zwycięstwa nad Realem Sociedad. Wyrzucony przez trenera Barcelony Luisa Enrique Gerard Deulofeu zdobył wspaniałego gola dla Sevilli uderzeniem z woleja, w kolejce, w której Katalończycy nie oddali celnego strzału na bramkę Malagi.

Dziennik „Marca” zawiadomił Europę o powstaniu ligi pięciorga. Wiadomo, że Hiszpanie, choć ich liga we wszystkich rankingach zajmuje pozycję numer 1 na świecie, mają finansowy kompleks Premier League. Gdy w grze o tytuł w La Liga przez dekadę brała udział tylko para kolosów Real i Barcelona, rozgrywki stały się przewidywalne i smutne. Śledzenie wojny Mourinho z Guardiolą obrzydło Hiszpanom do szczętu. Wszyscy mieli serdecznie dość ligi dwojga, stąd niespodziewany tytuł dla Atletico cztery miesiące temu świętowała zdecydowana większość mieszkańców kraju. Miało się nawet wrażenie, że wśród nich część kibiców tracącej mistrzostwo Barcelony.

Powstaniu ligi trojga zaprzeczał Simeone. Mówił, że obrońcy trofeum w nowym sezonie nie będą ścigać się z Barceloną i Realem, ale z Sevillą i Valencią o trzecie miejsce. Po 5 kolejkach słowa Argentyńczyka brzmią proroczo. Czwórka liderów nie doznała jeszcze porażki. Real Madryt ma dwie, ale jest w stanie szybko odrobić straty. Gdy „Królewscy” po przegranych w San Sebastian i derbach stolicy spadli daleko w tabeli, w Barcelonie nikt nie miał złudzeń, że najlepsza drużyna Europy błyskawicznie stanie na nogi.

Tymczasem, może tylko przez chwilę, a może dłużej, Hiszpanie cieszą się czołówką wyrównaną. W sobotę Atletico podejmuje Sevillę, a więc Grzegorza Krychowiaka czeka próba ognia. Za ostatni mecz z Realem Sociedad nie strzelec gola Deulofeu, ale Polak dostał od prasy hiszpańskiej najwyższe noty. I to zdecydowanie.

On i napastnik Carlos Bacca grają u Emery’ego najwięcej. Po przenosinach ze słabego klubu Ligue 1 wieszczono, że Krychowiak nie poradzi sobie w rozgrywkach, gdzie wymagania techniczne są największe na świecie. Ale Polak jest rewelacją, po Robercie Lewandowskim mamy drugiego rodaka, o którym w prasie hiszpańskiej powstają osobne teksty. Siła, witalność, ale też panowanie nad piłką, które demonstruje olśniewają najlepszą ligę na ziemi. Jeśli przejedzie jak czołg przez Vicente Calderon (Atletico nie przegrało tam 22 kolejnych meczów), to czego więcej trzeba? Może tego, by nie szedł śladem Lewandowskiego także w reprezentacji Polski, poszukując dla siebie miejsca w nieskończoność.

Póki co tak obwoływanie powstania ligi pięciorga, jak pisanie laurek Krychowiakowi jest raczej przejawem niecierpliwości niż rozsądku. Emery ma rację, na tabelę warto popatrzeć w marcu, by wyczytać z niej coś sensownego. Gdzie będzie wtedy Sevilla z Krychowiakiem?

A może z Negredo jeszcze silniejsza stanie się Valencia? Wciąż jest jednak zdecydowanie za wcześnie na wymaganie od niej rywalizacji z Barceloną i Realem. Budżety tych klubów dzielą setki milionów euro, i ani Peter Lim, ani Nuno, ani nawet Duch Święty tego nie zmienią.

czwartek, 25 września 2014

10 dni od ogłoszenia wielkiego kryzysu Real Madryt wbił kolejnym trzem rywalom 18 goli. Z tego Cristiano Ronaldo aż 8. Nawet awantura, kto powinien stać w bramce Iker Casillas, czy Keylor Navas zeszła na plan dalszy.

- Dajcie już temu spokój, czy was nie nudzi powtarzać wciąż to samo - dopytywał dziennikarzy Ronaldo po wtorkowy meczu ligi hiszpańskiej z Elche. Chodziło mu oczywiście o debatę na temat tego, kto ma stać między słupkami. Część kibiców z Santiago Bernabeu wygwizdywała ostatnio Ikera Casillasa. Carlo Ancelotti bronił legendarnego bramkarza, powtarzał, że dwie porażki w lidze z Realem Sociedad i Atletico Madryt to nie jego wina, ale aż 80 proc ankietowanych przez dziennik „Marca” poparło decyzję włoskiego trenera, gdy na spotkanie z Elche wystawił Keylora Navasa.

Kostarykanin, bohater mundialu w Brazylii, został sprowadzony do klubu tego lata kosztem 10 mln euro, ale był dotąd rezerwowym. I chyba wciąż nim pozostanie, bo wszystko wskazuje na to, że Ancelotti dał tylko odpocząć Casillasowi w jednym meczu. Real z Navasem między słupkami pobił Elche 5:1, Kostarykanin puścił gola z karnego. Jego debiut postawił na nogi 4,5-milionową ojczyznę. - Patrzeć jak rodak gra na Santiago Bernabeu w barwach Realu, to wydarzenie historyczne dla kraju - przekonywał Victor Akuna, były piłkarz reprezentacji Kostaryki.

Jedno pozostaje w Realu niezmienne. Ronaldo zaliczył kolejne spotkanie z czterema golami na koncie. Od czasu porażki z Atletico w derbach Madrytu, „Królewscy” zmiażdżyli trzy kolejne przeszkody wbijając 5 goli FC Basel w Lidze Mistrzów oraz 13 bramek Deportivo i Elche w Primera Division. Aż osiem z nich były dziełem Ronaldo. Z Elche dwa razy trafił z budzących wątpliwości karnych, co nie umniejsza jego nieziemskiego dokonania. Odkąd w sezonie 2009-2010 CR7 przeprowadził się do Madrytu zdobył z jedenastek aż o 14 goli więcej niż gwiazda Barcelony Leo Messi.

W starciu z Elche Ronaldo grał na tej samej pozycji co Argentyńczyk, tak zwanego fałszywego napastnika (Benzema był na ławce). Nie lubi jej, bo nie bardzo potrafi grać tyłem do bramki, co w zdobywaniu bramek mu to nie przeszkadza. Przeciwnie. W tydzień trafił do siatki 8 razy. - O ile pamiętam nigdy nie zdobyłem aż tylu goli w tak krótkim czasie - powiedział.

W tym sezonie ma już 12 bramek, z tego 9 w lidze. Następny jest Gareth Bale z czterema bramkami, Messi i Neymar mają po trzy. Jeszcze przed chwilą o nagrodzie „Złotego Buta” dla najlepszego strzelca w ligach europejskich mógł zamarzyć Diego Costa z Chelsea, który w pięciu spotkaniach Premier League trafił do siatki 7 razy. Z taką maszyną jak Ronaldo trudno się równać.

Mecz z Elche to już 25. raz gdy Ronaldo zdobywa dla Realu trzy, lub więcej goli. Lepszy jest tylko Alfredo di Stefano. Portugalczyk awansował właśnie na 10. miejsce w klasyfikacji wszech czasów strzelców Primera Division wyprzedzając legendarnego Santillanę. W 169 meczach ligowych zdobył dla Realu 187 bramek. Wszystkich goli dla „Królewskich” ma 265, co sprawia, że rekord Raula Gonzaleza (323) znalazł się niemal na wyciągnięcie ręki. Raul grał w Realu 16 sezonów, Ronaldo rozpoczął zaledwie szósty. Jeszcze bliżej Portugalczyk znalazł się Raula liderującego w innej historycznej klasyfikacji. W Champions League Hiszpan ma 71 goli, Ronaldo 69.

Peanom na cześć Ronaldo nie ma w Madrycie końca, a jeszcze niedawno dziennik „El Pais” donosił, że Real trzyma w tajemnicy prawdziwy stan jego zdrowia, i że grozi mu operacja. Tymczasem po kilkunastu dniach przerwy i rehabilitacji kolano Ronaldo wytrzymuje grę co trzy dni, po 90 minut. „Pożeracz goli”, „Monstrum” - najbardziej wyszukane przydomki znów są aktualne. Emilio Butragueno, dziś dyrektor Realu, kiedyś piłkarz, z którego osiągnięciami Ronaldo już się rozprawił, mówi, że gdyby postawić na szali talent, pracowitość, profesjonalizm i entuzjazm Portugalczyka młodym piłkarzom poleciłby ostatnią cechę. - Jego radość, głód gry wywołuje zazdrość we wszystkich. To po prostu dla piłkarza dojrzałego, po przejściach nie jest normalne - mówi. - Jest takim samym fenomenem w piłce jak Jordan w koszykówce - dodał trener Elche Fran Escriba.

Nieziemskie dokonania Ronaldo zagłuszyły debatę o kryzysie w Realu oraz zakłóconej równowadze między atakiem i obroną, która nastąpiła po odejściu Angela Di Marii do Manchesteru i Xabiego Alnoso do Bayernu. Dziś wszyscy chwalą następcę Alonso Asiera Illarramendiego, który zagrał w trzech ostatnich meczach 140 minut i nieczego nie zawalił. Zachwycają się wzrostem formy Isco, tym, że nowi w zespole James i Kroos są coraz lepsi. Być może jednak to Ronaldo i jego gole zniekształcają obraz Realu. Jego faktyczną formę i klucz do sukcesów, którym jest odzyskanie równowagi w grze defensywnej i ofensywnej - sprawdzą zespoły lepsze niż Basel, Elche i Deportivo. Z nimi Ronaldo wygrywa w pojedynkę.

wtorek, 23 września 2014

Doczekali się ci, którzy chcieli, by Iker Casillas ustąpił miejsca w bramce Keylorowi Navasowi. Czy to rozwiąże kłopoty Realu Madryt?

Gwizdy na Vicente Calderon po tym jak w ostatnim meczu z Celtą Vigo Diego Simeone wymienił Antoine’a Griezmanna na Raula Garcię są dowodem, że w futbolu nie istnieją nietykalni. Co prawda jeden z działaczy Atletico przestrzegł kibiców, by uważali na kogo gwiżdżą, ale sam Simeone uznał, że to była reakcja spontaniczna, którą zawsze ceni wyżej niż te wystudiowane. Argentyński trener Atletico w tysiąc dni podniósł drużynę z kolan, zdobył z nią pięć trofeów, był o 90 sekund od wygrania Champions League - choć wiadomo, że prawie robi kolosalną różnicę.

Gwizdy na Simeone na Vicente Calderon zabrzmiały jak świętokradztwo. A jednak kibic płaci, jest wolny i reaguje jak chce. Zetknięcie z gniewem ludu to rzeczywistość futbolowych idoli, którzy są wynoszeni pod niebiosa, by za chwilę tłum rzucił ich na pożarcie psom.

Cały ten wstęp zadedykowałbym nie tyle Simeone, co Ikerowi Casillasowi. Jego „święte” ręce przez lata ratowały skórę obrońcom Realu Madryt. Ostatnio ratować przestały, w dodatku Iker zarabia jak na legendę przystało, tymczasem jego pozycja, sława, symbolika wyrasta ponad aktualne dokonania. Co zrobić z graczem gigantem, którego wielkość przechodzi do przeszłości. Takie samo zmartwienie ma dziś Barcelona z Xavim Hernandezem.

W obronie wygwizdywanego na Santiago Bernabeu Casillasa stanęli nawet ludzie związani z Atletico i Barceloną. Choć na logikę, niesnaski w szeregach wielkiego wroga, powinny im być na rękę. Serce się kraje, gdy gracz tak zasłużony i utytułowany jak Iker, traktowany jest niczym intruz przez publiczność, którą przez 15 lat wprowadzał w ekstazę.

Carlo Ancelotti to trener z klasą i cierpliwością godną buddyjskiego mnicha. Casillasa do bramki stawiał konsekwentnie, nawet gdy sam bramkarz składał publiczną samokrytykę. Można przypuszczać, że Włoch robił co można, by nie wzmacniać przeciwników Ikera, w końcu jednak doszedł do wniosku, iż miękkie serce nie może mu wiązać rąk jako przełożonemu. Dziś na Bernabeu w starciu z Elche do bramki stanie Keylor Navas. Tylko, czy to wzmocni Real? Te 9 goli, które puścił Casillas w czterech meczach ligowych i jednym Ligi Mistrzów nie padły po strzałach lekkich, łatwych i przyjemnych. „Królewscy” mają problem przy stałych fragmentach gry, czy rozwiązaniem ich może być wyłącznie zmiana bramkarza? Czy też faktycznie chodzi - jak mówi Ancelotti - o zachwianą równowagę między atakiem i obroną.

Jeśli Przemysław Tytoń miał dziś nadzieję na starcie z legendą Realu, to będzie zawiedziony. Podwójnie, bo spotkał go ten sam los co Casillasa - wygwizdany w poprzednim, przegranym meczu Elche, został zastąpiony przez rezerwowego Manu Herrerę. Jego rywalem będzie Kostarykanin debiutujący w oficjalnym meczu - dotąd zagrał raz, w Warszawie, gdzie „Królewscy” przegrali sparing z Fiorentiną 1:2. I nie wypadł wspaniale. Mimo wszystko w dzisiejszej ankiecie „Marki” Navasa nad Casillasa stawia aż 80 proc kibiców Realu. Wygląda to na klasyczny przypadek myślenia magicznego - dokonany rewolucji na pozycji, która od 15 lat jest domeną jednego faceta, a zacznie się nowa era dla wszystkich. Problem z nowymi erami jest taki, że przyszłość wcale nie musi być lepsza od przeszłości.

Mecz z Elche jest z gatunku takich, które Real wygra bez względu na to, kto stanie między słupkami. Manu Herrera będzie pracował znacznie ciężej niż Navas. Fascynujące jest to, co się stanie dalej, czy Iker pozostanie na ławce, czy wróci na linię bramkową? Tam, gdzie znów będzie narażony na gwizdy. Na szczęście to już nie dzieciak, ani debiutant. Z pewnością znalazłoby się więcej klubów, których kibice wynoszą anonimowych przyjezdnych ponad legendy wychowane i stworzone we własnym domu. Tak, czy siak Casillas stoi przed wyzwaniem godnym najbardziej utytułowanego bramkarza w historii piłki hiszpańskiej.

czwartek, 18 września 2014

Mecz z APOELem Nikozja wygrany przez Barcelonę 1:0 nie okazał się łatwy dla Leo Messiego. Argentyńczyk nie zdobył w nim bramki, co sprawia, że bliższy pobicia rekordu Raula Gonzaleza pozostaje Cristiano Ronaldo.

Do niedawna Messi był najpoważniejszym kandydatem na doścignięcie najskuteczniejszego gracza w historii Pucharu Europy. Raul Gonzalez w 144 meczach w tych rozgrywkach pokonał bramkarzy 71 razy. Argentyńczyk był najlepszym strzelcem przez cztery kolejne lata, od 2009 do 2012, kiedy z 14 trafieniami w sezonie wyrównał osiągnięcie Jose Altafiniego.

W wyścigu nieustannie brał jednak udział także Cristiano Ronaldo. Portugalczyk i Argentyńczyk wywindowali swoją rywalizację ponad wszelkie poziomy. Aby przypomnieć sobie sezon, w którym ani jeden ani drugi nie zgarnął tytułu króla strzelców Champions League, trzeba się cofnąć aż do wielkiego wzlotu Kaki sprzed 7 lat. Od tej chwili Ronaldo był najskuteczniejszy w 2008 roku, potem cztery razy Messi i dwa razy Portugalczyk. Przy czym w ostatnich 24 miesiącach Ronaldo zdobył w Lidze Mistrzów niewyobrażalną wręcz liczbę 29 bramek. Ta z Bazyleą we wtorek była 30., a w sumie już 69 w karierze. Portugalczyk znalazł się o dwa trafienia od rekordu Raula.

Messi, któremu brakuje czterech bramek miał okazję odpowiedzieć w meczu z Cypryjczykami, ale było to spotkanie rodem z poprzednich sezonów. Barca nacierała wolno i monotonnie, rywal tylko się obronił ustawiając zasieki wokół pola karnego, Messi spacerował sfrustrowany i jakby na cały świat obrażony.

W meczu z APOELem było wszystko, czego fani z Katalonii się obawiają. Poza golem głową Gerarda Pique. Barca grała przewidywalnie, nudno, jednostajnie, zespół pokazał te przypadłości, z których ma go wyleczyć nowy trener Luis Enrique. Wymiana wszystkich podstawowych pomocników musiała mieć swoje konsekwencje, ale Barca niebezpiecznie przypominała siebie z czasów, gdy dyrygował nią Tata Martino. To pierwszy taki przypadek w tym sezonie. W lidze Katalończycy grają szybciej i bardziej zaskakująco, bo też za kierownicą auta z szyldem „Barca” siada wtedy Ivan Rakitic.

Wydawało by się, że para Messi i Neymar, która w sobotę w kilka minut rozbiła defensywę Athletic Bilbao, zmiażdży też Cypryjczyków. Nic takiego się jednak nie stało. Wyglądało na to, że inauguracja Ligi Mistrzów z APOELem jest dla Barcy i Messiego przykrym obowiązkiem do zaliczenia.

Może to jednak dla Barcelony dobrze, że Messi nie walczy o rekordy za wszelką cenę. Wyścig z Ronaldo znudził już zapewne ich samych. Argentyńczyk ma inne cele. Aby Barca grała jak najrzadziej tak jak w środę. To nie przypadek, że Messi był najlepszym strzelcem Ligi Mistrzów w latach 2009-2012, czyli wtedy, gdy drużyna z Katalonii sięgnęła w rywalizacji europejskiej szczytu. Rekordowe 17 bramek Ronaldo z poprzedniej edycji sprawiło Portugalczykowi wielką, osobistą frajdę, ale najważniejsze, że pomogły mu wznieść „La Decima”. Rekordy bez trofeów są dla graczy mniejszego kalibru niż Ronaldo i Messi.

Spoglądając na klasyfikację najlepszych strzelców Pucharu Europy Argentyńczyk i Portugalczyk nie mają konkurentów. Z graczy wciąż aktywnych najbliższy tej pary jest starszy od obu Zlatan Ibrahimovic, który zdobył w rozgrywkach 42 gole.

poniedziałek, 15 września 2014

Real, Bayern, Barcelona, Chelsea - w każdym klubie zaliczanym do faworytów nowej edycji Champions League relacje między ambicjami prezesów, trenerów i piłkarzy wyglądają inaczej. Co weźmie górę przekonamy się w finale w Berlinie

- Jose Mourinho nie powiedział na temat futbolu nic, co godne byłoby zapamiętania - twierdzi Jorge Valdano. Niechęć między Portugalczykiem i Argentyńczykiem pochodzi jeszcze sprzed okresu, gdy popadli w otwarty konflikt pracując razem w Realu Madryt. Są ludzie z zapałem mnożący fantastyczne piłkarskie teorie i tacy, którzy wdrażają je w życie. Mourinho nie jest teoretykiem, to co mówi o piłce związane jest zazwyczaj z osiągnięciem doraźnych celów w najbliższym meczu.

Jeszcze dwa lata temu Valdano, wygłaszając takie sądy, wyszedłby na klasycznego zawistnika, dziś blask „The Special One”, jako specjalisty od zadań specjalnych w Champions League znacząco przygasł. 24 miesiące bez trofeum w Realu i Chelsea to nawet za długo, by opromieniony wcześniej wszelkimi triumfami „Mou” odzyskał głód sukcesu.

Od 1981 roku wśród piłkarskich trenerów trwał wyścig o to, kto dorówna Bobowi Paisleyowi sławnemu szkoleniowcowi Liverpoolu, który Puchar Europy wznosił aż trzy razy (1977, 1978, 1981). W finale sprzed 33 lat w Paryżu „The Reds” i Paisley triumfowali 1:0 tłamsząc ambicje odradzającego się Realu Madryt, którego graczem był Vicente del Bosque.

Kandydatem na współczesne wcielenie Paisleya był właśnie Mourinho. Czasy się jednak zmieniły. Anglik, następca słynnego Billa Shankly’ego, był związany z Liverpoolem przez pół wieku, jako piłkarz, fizjoterapeuta, trener i dyrektor. Portugalczyk to z kolei klasyczny obieżyświat. Dwa lata po tym, jak nieżyjący już Paisley wszedł do galerii sław angielskiej piłki, Mourinho pierwszy raz wygrał z Porto Ligę Mistrzów. I potraktował to jak trampolinę do futbolowego raju. W Chelsea u boku Romana Abramowicza chciał zarabiać więcej i wygrywać więcej. Kluby nieograniczonych możliwości finansowych okazały się jednak dla Portugalczyka rodzajem pułapki. Ligę Mistrzów podbijał tam, gdzie używał trenerskiego geniuszu, a nie przepastnego portfela pracodawcy.

Następnym przystankiem dla „Mou” był Inter Mediolan własność kolejnego ekscentryka - Massimo Morattiego. Portugalczyk odzyskał dla niego tytuł numeru 1 w Europie po 45 latach. Stał się wtedy najpoważniejszym kandydatem na doścignięcie Paisley’a. Zagrażała mu wtedy wyłącznie wschodząca gwiazda Pepa Guardioli. Katalończyk zaprowadził na europejski szczyt Barcelonę w 2009 i 2011 roku. Ci dwaj trenerzy stali się największymi antagonistami w świecie piłki. „Intymni wrogowie” - pisała prasa, gdy Mourinho przeprowadził się do Realu. Wygryzł stamtąd Valdano i owinął sobie wokół palca Florentino Pereza, co wzmagało wrażenie, że jest trenerem wszechmocnym.

I nagle coś się w karierze usłanej różami załamało. Paisley’em XXI wieku został Carlo Ancelotti, przeciwieństwo Mourinho, czyli człowiek skromny, prostoduszny, opanowany. Na początku swojej kariery Włoch przypominał Paisley’a, grał i pracował w innych włoskich klubach, ale jako piłkarz i trener szczyt osiągnął z Milanem. Zdobył dla niego dwa Puchary Europy na boisku i dwa na ławce rezerwowych. W świat ruszył znacznie później niż cztery lata młodszy Mourinho. Ale jak już w 2009 roku ruszył, to rzucił go sobie do stóp. W Chelsea zdobył mistrzostwo i Puchar Anglii, w PSG mistrzostwo Francji. Został wtedy drugim po Mourinho szkoleniowcem, który osiągał ćwierćfinał Ligi Mistrzów z czterema różnymi klubami.

25 czerwca 2013 roku podjął się misji być może paradoksalnie najtrudniejszej. Takiej, której nie podołał sam Mourinho. Stanął na czele Realu Madryt, najbogatszego klubu świata, który od 11 lat bezskutecznie śnił o „La Decima”, czyli 10. Pucharze Europy. Ancelotti go dla „Królewskich” zdobył, sam wyrównując osiągnięcie Paisleya. W półfinale Real rozbił broniący tytułu Bayern prowadzony przez Guardiolę. Posunięcia taktyczne Ancelottiego, na przykład przesunięcie do pomocy skrzydłowego Angela Di Marii, okazały się strzałem w dziesiątkę.

Tego lata Florentino Perez rozbił drugą linię Ancelottiemu sprzedając Xabiego Alonso i Di Marię, sprowadzając Jamesa Rodrigueza i Toniego Kroosa. Prezes tłumaczy się jak typowy przedsiębiorca. Przypomina, że mimo iż do futbolu napłynęły gigantyczne pieniądze szejków i oligarchów, Real wciąż utrzymał się na ekonomicznym szczycie. 603 mln euro wpływów za ostatni rok, to sportowy rekord świata.

Mourinho uważa, że lansowane przez UEFA finansowe fair play służy wielkim klubom. Ci, którzy najwięcej zarabiają, czyli Real, Manchester United, Barcelona, czy Bayern będą mogli najwięcej wydawać i pogłębiać swoją dominację. Póki co eksperci chwalą jednak sprytnego Portugalczyka. Przeobraził on Chelsea dzięki ogromnym pieniądzom uzyskanym z transferów Juana Maty (45 mln euro), Davida Luiza (50 mln) i Romelu Lukaku (35 mln). Sprowadził latem Diego Costę, Cesca Fabregasa, Filipe Luisa, Loica Remy’ego, odzyskał legendę klubu Didiera Drogbę i z wypożyczenia do Atletico Madryt Thibauta Courtoisa. Ma teraz najznakomitszą parę bramkarzy, bo Petra Cecha posadził na ławce. W ten sposób nie grozi mu to, co w ubiegłym sezonie, gdy w półfinale Champions League Cech doznał kontuzji i do bramki musiał wejść znacznie słabszy Mark Schwarzer.

Chelsea i Mourinho są na dobrej drodze, by odzyskać swoją pozycję w Anglii i Europie. Ale świat trenerskich gwiazd rozszerzył się w ostatnim czasie. Przed rokiem do finału Champions League dotarła skromna Borussia Dortmund prowadzona przez Juergena Kloppa, w maju w Lizbonie o krok od pozbawienia Realu „La Decima” było Atletico nie tyle zbudowane, co wręcz stworzone przez Diego Simeone. Argentyńczyk nadał drużynie z Vicente Calderon swój niezłomny, chwilami wredny charakter wojownika. Tego lata zadłużony klub stracił Costę, Filipe Luisa, Courtoisa, Villę, ale uzyskane stąd 95 mln euro wydał na nowych graczy, by za wszelką cenę uniknąć miana rewelacji jednego sezonu. Simeone wydał na transfery 105 mln, ma teraz nawet silniejszą kadrę z Mandżukicem, Griezmannem, Siquieirą, Jimenezem, czy Cercim. Tyle, że styl gry Atletico traci element zaskoczenia, a piłkarze, od których Argentyńczyk wymaga nadludzkiej harówki na boisku, mogą nie wytrzymać morderczego tempa. To przytrafiło się Kloppowi i jego Borussii przed rokiem, gdy w połowie sezonu kontuzjowani byli wszyscy podstawowi obrońcy, a kadra była za mała, by ich zastąpić. Być może to zdecydowało o porażce z Realem w ćwierćfinale Ligi Mistrzów (0:3 i 2:0), choć Borussia mocno postraszyła „Królewskich” w rewanżu stawiając im większy opór niż w półfinale potężny Bayern.

Bawarczycy znów stali się tego lata wielkim placem budowy. Guardioli nie opuszcza zaprzestał innowatora. Testuje teraz grę trójką obrońców. W czasach, gdy dzięki gwiazdom Bayernu Niemcy odzyskali tytuł mistrzów świata, trener ich najpotężniejszego klubu zdecydował, że jego drużyna będzie coraz mniej niemiecka. Sprowadził 21-letniego Juana Bernata z Valencii, Xabiego Alonso z Realu oraz obrońcę Mehti Benatię z Romy. Dwaj ostatni to reakcja na stratę Javiego Martineza, który zerwał więzadła w kolanie. Najważniejsze pytanie dotyczące Bayernu brzmi, czy przyjście Roberta Lewandowskiego zrekompensuje stratę Toniego Kroosa? Pytanie z pozoru absurdalne, Polak jest napastnikiem, Niemiec, który wybrał Real, reżyserem gry. Bez niego Bayern będzie słabszy w konstruowaniu akcji, ale być może uniwersalny Polak zrekompensuje mu to błyskotliwością w polu karnym. Lewandowski uchodzi za gracza bardziej wszechstronnego niż Mandżukic, którego Bayern sprzedał do Atletico. Wszystkie zmiany dokonane w klubie z Bawarii mają tę niebanalną zaletę, że Bayern więcej zarobił na transferach tego lata niż wydał.

Zupełnie inaczej postępował klub, który wychował Guardiolę, kolejny dyżurny faworyt Champions League, czyli Barcelona. Katalończycy kupili graczy za 165 mln euro, bijąc swój transferowy rekord (więcej tego lata wydal tylko Manchester United). Połowę pochłonął zakup zdyskwalifikowanego Urugwajczyka Luisa Suareza, który wróci do gry za półtora miesiąca. Nowym reżyserem ma być Ivan Rakitic (20 mln) zastępując w tej roli Xaviego Hernandeza. Resztę pieniędzy przeznaczono na obrońców (Vermaelen, Mathieu, Douglas) oraz bramkarzy (Bravo, Ter Stegen). Czy ilość przerodzi się w jakość? Nowy trener Luis Enrique wywołuje w Katalonii tyle entuzjazmu ile w 2008 roku Guardiola, choć wydaje się niemożliwością, by mu dorównał. Podobnie jak Pep śmiało stawia na wychowanków La Masia. Jedno w Barcelonie się nie zmieni - wciąż bardzo dużo będzie zależało od Leo Messiego. Czy geniusz się odrodzi? W gwiazdorskim trio z Neymarem i Suarezem, a może otoczony wychowankami (Pedro, Munir, Sandro)?

Do gry w Champions League wraca Liverpool, który z pieniędzy za Suareza kupował tego lata jak szalony dając być może ostatnią wielką szansę szalonemu Mario Balotellemu. Najważniejszy transfer na Anfield Road dokonał się jednak dwa lata temu, gdy do klubu trafił Brendan Rodgers - trener, który odmienił styl drużyny z topornego, wyspiarskiego, na błyskotliwy, europejski. W ubiegłym sezonie „The Reds” byli rewelacją i najpiękniej grającym zespołem Premier League.

Nasycony triumfami we Włoszech Juventus (trzy mistrzostwa z rzędu) ma postawić w tym sezonie na sukces w Champions League. Prestiż Serie A upadł ostatnio niemal na dno w rywalizacji międzynarodowej. Przed rokiem tylko Milan wystawił nos poza fazę grupową Ligi Mistrzów. Na chwilę, bo w 1/8 finału rozbiło go Atletico. Teraz Milanu nie będzie - siedmiokrotny triumfator Pucharu Europy jest w wielkim kryzysie, takim samym jak w Anglii Manchester United, drugi z wielkich nieobecnych tej edycji Champions League. Tyle, że United wydając rekordową kwotę na transfery uzbroił się Di Marią i Falcao, a taki spec jak Luis van Gaal ma wyprowadzić go na prostą. W Milanie widoki na reanimację są mizerne.

Z drugiej linii wciąż atakują nowobogaccy z Manchesteru City, PSG. Dziesiątki, a nawet setki milionów euro, które wpakowali w piłkę szejkowie, miały służyć podbiciu Ligi Mistrzów. City miało plan, by ją zdobyć już w 2012 roku, tymczasem do tej pory udało się tylko raz wyjść z grupy, by natychmiast przepaść w 1/8 finału. Manuel Pellegrini miał dać klubowi z Manchesteru europejski szlif, póki co nie dał, umocnił tylko pozycję City na Wyspach. To samo z PSG, które nie przebrnęło fazy ćwierćfinału, mimo milionowych wydatków i całkowitej dominacji w Ligue 1, którą gwiazdy pokroju Ibrahimovica, Cavaniego, czy Thiago Silvy wygrywa lewą nogą. To dowód, że geniusz trenerski wciąż jest bezcenny. Fakt, że kluby szejków tkwią w przeciętności, podczas gdy w finale Champions League błyszczą Borussia Dortmund i Atletico Madryt, jest hołdem dla pracy wykonanej przez Kloppa i Simeone. Jedni trenerzy wychowują i kreują piłkarzy, by inni kupowali ich za dziesiątki milionów. O dziwno niektórym bogactwo i nieograniczone możliwości szkodzą. Pellegrini budował swoją markę w małych klubach, z Villarreal i Malagą zdziałał w Lidze Mistrzów więcej niż w Realu i Manchesterze City.

niedziela, 14 września 2014

Porażka Realu z Atletico 1:2 w wielkich derbach Madrytu jest kolejnym ciosem w najlepszy zespół Europy. Carlo Ancelotti musi stworzyć od nowa to, co zdawało się już zbudowane.

Pepe z zażenowaniem, ale i determinacją zaapelował do kibiców o wsparcie. Przekonując przy okazji, że królewska drużyna potrzebuje go bardziej niż kiedykolwiek. Nikt w Madrycie sobie nie wyobrażał, że tak bolesny kryzys może nastać na Santiago Bernabeu niespełna cztery miesiące po odzyskaniu tytułu najlepszej drużyny Europy. Atletico bierze na raty rewanż za finał Champions League w Lizbonie, a coraz bardziej wzburzeni mieszkańcy stolicy Hiszpanii spierają się, co jest tego prawdziwym powodem. Czy to „Królewscy” dokonali tak znaczącego kroku wstecz, czy zespół Diego Simeone milowego kroku do przodu? A może prawda jest sumą obu faktów?

Zmiany w madryckich zespołach, które dokonały się latem, miały skrajnie różne powody. Dla Simeone potrzeba była matką wynalazków: stracił Costę, Courtoisa, Filipe Luisa, Villę, więc musiał wymyślić sobie Mandżukica, Griezmanna, Siquierę, Moyę, Jimeneza. Dziś wydaje się nawet, że bilans zysków i strat jest dodatni, co świadczy o talencie trenera nie tylko do motywowania, ale też wyszukiwania graczy.

Realowi nikt zmieniać się nie nakazał. To nie konieczność ekonomiczna, ale polityka Florentino Pereza doprowadziła do straty Angela Di Marii i Xabiego Alonso. Ancelotti musiał pogodzić się z rozwiązywaniem zagadki od nowa, ale jak dotąd nie znalazł do niej klucza.

Świat patrzy na tę osobliwą madrycką rywalizację z otwartymi ustami. W sobotę na Santiago Bernabeu oba zespoły spotkały się ósmy raz w ciągu 12 miesięcy. Simeone sprawił, że trzeba było puścić w niepamięć 14 lat, gdy wielkie derby stolicy Hiszpanii mogły mieć tylko jednego triumfatora. Dziś to walka równego z równym, a może nawet równego z równiejszym.

Trener meksykańskiej drużyny Puebla wyprowadził pewnego dnia na trening piłkarzy w maskach psów. Gdy spytano go, o co chodzi, wyjaśnił, że chciał, by poczuli się jak sfora. Pomysł zaczerpnął od Simeone, bo to gracze Atletico rzucają się z tak dziką  pasją na rywali.

W sobotę sfora jeszcze raz zaatakowała Real, mniej odporny niż w ubiegłym sezonie. Wydawało się jednak, że po wyrównującym bramce Ronaldo, kolos zdoła się przed nią obronić. „Królewscy” zaczęli robić użytek z wyższych umiejętności spychając Atletico pod bramkę. I nagle okazało się, całkowicie wbrew logice, że atuty zgromadzone na obu ławkach rezerwowych zdecydowanie przemawiają za Atletico. Za Atletico, którego największym ograniczeniem, nawet we wspaniałym ubiegłym sezonie, była wąska kadra.

Wejście Griezmanna i Ardy Turana odmieniło mecz jeszcze raz. Sfora przestała biegać, kąsać i przeszkadzać, zaczęła konstruować i dominować. Gol na 2:1 był dziełem sztuki, uświadamiającym „Królewskim”, że panowanie w Europie i Madrycie to dwie różne rzeczy.

Po trzech kolejkach Real traci do Barcelony już 6 pkt. Katalończycy - pod dwóch golach Neymara i asystach Messiego w końcówce - ograli Athletic Bilbao, czwartego hiszpańskiego reprezentanta w Lidze Mistrzów. Frustracja fanów królewskiej drużyny skupia się na Ikerze Casillasie. Legendarny bramkarz słyszy gwiazdy na obiekcie, który przez 15 lat uważał za swój drugi dom. Przeciw Atletico gola nie zawalił, ale był kompletnie rozbity, gdy ktoś pokazał mu statystyki: z siedmiu ostatnich celnych strzałów, obronił zaledwie jeden. - To dowód, że jestem daleki od poziomu, na jakim być powinienem - skomentował. Co na to Simeone? Że po odejściu Di Marii dla niego najlepszy w Realu jest właśnie Iker.

W dzienniku „As” pojawiła się jasna sugestia, że Real przypomina drużynę galaktyczną w fazie schyłku. „Marca” napisała, że zespół Ancelottiego to był „Ronaldo i prawie nic więcej”. Nikt już nie zachwyca się transferem Toniego Kroosa, o Jamesie Rodriguezie nawet nie wspominając. Mecz pokazał jeszcze raz jak złudne jest opisywanie piłki przez statystyki. Real miał aż 66 proc posiadania piłki, oddał 21 strzałów (Atletico 9 w tym dwa celne), „Królewscy” wymienili 611 podań z czego 102 zepsuli, z 334 podań ich rywali aż 106 nie trafiło gdzie chcieli. Kroos z 77 zagrań miał 71 celnych - tymczasem wyższość Atletico w tym meczu to kwestia nie podlegająca dyskusji.

Mimo wszystko histeria na Bernabeu byłaby zjawiskiem przedwczesnym i przesadzonym. Może Ancelotti jeszcze raz podniesie drugą linię z popiołów? Na Atletico przewróci się jeszcze niejeden, i w Hiszpanii i w Europie. Choć jego trener uparcie twierdzi, że gra w innej lidze niż Real i Barca, wiadomo już, że kokietuje. Przynajmniej trochę. Z ośmiu ostatnich wielkich derbów Madrytu Atletico wygrało trzy i trzy przegrało. I tak jednak w ubiegłym sezonie to Barcelona była pokąsana dotkliwiej po spotkaniach ze sforą Simeone.

czwartek, 11 września 2014

Chicharito Hernandez nie jest zmiennikiem dla Karima Benzemy, ale walczącego z kontuzją kolana Cristiano Ronaldo - taką brawurową tezę stawia dziennik „El Pais”.

Stan zdrowia Cristiano Ronaldo zaczyna być według Diego Torresa, dziennikarza „El Pais” najpilniej strzeżoną tajemnicą Realu Madryt. Lekarze klubowi ukrywają podobno swoje diagnozy nawet przed innymi piłkarzami. Z jednej strony sprawa jest oczywista: między marcem i majem Portugalczyk skatował bolące kolano. Torres pisze, że owładnęło nim pragnienie pobicia strzeleckiego rekordu w Champions League należącego do Jose Altafiniego i Leo Messiego. Bardziej elegancko można by to ująć tak: obsesja „La Decima” udzieliła się największej gwieździe „Królewskich” i jest to w pełni uzasadnione. Kiedy Ronaldo opuścił rewanżowy mecz ćwierćfinału z Borussią Dortmund o mały włos nie zakończyło się to katastrofą dla Realu (0:2). A przecież sześć dni wcześniej na Santiago Bernabeu „Królewscy” zwyciężyli gładko 3:0. Portugalczyk miał prawo się przestraszyć, że bez niego koledzy nie dotrą do finału w Lizbonie.

Sześć dni przed ostatecznym starciem z Atletico byliśmy w Madrycie z Michałem Szadkowskim. Słyszeliśmy, jak jeden z dziennikarzy zapytał Ronaldo o narażanie zdrowia. Portugalczyk był tego dnia wyjątkowo uprzejmy, cierpliwy, odpowiadał na wszystkie pytania w trzech językach (portugalski, hiszpański, angielski), ale na sugestię, że grał z urazem nienaturalnie się wzburzył. Niby nic w tym wstydliwego, że najlepiej opłacany piłkarz świata ryzykuje zdrowiem, by pomóc drużynie.

Zrozumieliśmy jednak potem o co chodziło. Ronaldo i klubowi lekarze, którzy zakazywali mu brać udział w meczach i treningach, popadli w ostry konflikt. Portugalczyk zatrudnił swoich medyków, a ci pozwolili mu grać. Dopiero po mundialu w jednym z wywiadów Cristiano przyznał, że od marca zmagał się z notorycznym bólem ścięgien w kolanie. „El Pais” sugeruje, że może się to skończyć operacją.

Ostatnio Ronaldo wziął wolne - krótki rozbrat z piłką. Jak jest niezbędny przekonała się reprezentacja Portugalii, która bez niego przegrała u siebie z Albanią na starcie eliminacji Euro 2016. Intensywne zabiegi fizykoterapeutyczne miały postawić gracza na nogi. Na sobotnie derby z Atletico będzie gotowy. Jeśli ból wróci, trzeba będzie zapewne położyć kolano na stole operacyjnym.

Carlo Ancelotti słucha lekarzy Realu. Z pewnością nie tych wynajętych przez sławnego piłkarza. Dwa miesiące temu, gdy pytano Włocha o sprowadzenie środkowego napastnika, powiedział, że Real go nie potrzebuje. Pod koniec okna transferowego zmienił zdanie, stąd na Santiago Bernabeu pojawił się Chicharito Hernandez. Wszyscy sądzili, że na zmianę wpłynęły narastające wątpliwości wobec gry Karima Benzemy. Tymczasem - według „El Pais” - chodzi o gracza, który wypełniłby lukę po Ronaldo, gdyby sprawdził się czarny scenariusz o operacji.

Tak, czy siak zdobywając „La Decima” Ancelotti nie przypuszczał, że tak szybko dopadną go kłopoty. Florentino Perez pozbawił go dwóch ulubionych graczy Angela Di Marii i Xabiego Alonso, klub zarobił jednak na nich aż 85 mln euro. Ancelotti twierdzi, że sobie poradzi. Może James Rodriguez wyląduje w ataku, a superatleta Gareth Bale w drugiej linii, ganiając jak w poprzednim sezonie Di Maria od pola karnego do pola karnego. Niedługo do gry wróci też kontuzjowany Jese Rodriguez, gracz wybitnie uzdolniony. Prawdziwą trudnością, może największą ze wszystkich, byłoby poradzenie sobie bez Ronaldo. Piłkarza, który w 250 meczach Realu zdobył 255 goli.

poniedziałek, 08 września 2014

Ewolucja zamiast rewolucji – reprezentacja Hiszpanii niedawny futbolowy hegemon chce się podnieść po nokautującym ciosie otrzymanym w Brazylii. Bukmacherzy wciąż widzą w „La Roja” faworyta Euro 2016.

Osoba Vicente del Bosque ma być dowodem, że po klęsce na ostatnich mistrzostwach świata, w hiszpańskiej piłce darowano sobie trzęsienie ziemi. Triumfatorzy dwóch ostatnich Euro i mundialu w RPA zapracowali na wystarczająco wysoki poziom uwielbienia, by wybaczyć im jedną porażkę, nawet najbardziej bolesną. Selekcjoner „La Roja” zachował stanowisko, upierając się, że drużyna, która w Brazylii nie wyszła z grupy, nie wymaga rewolucji, ale zmian ewolucyjnych. Innego zdania byli piłkarze tak kultowi jak Xavi Hernandez, Xabi Alonso, czy David Villa, którzy ogłosili, iż ich opromienione złotem kariery reprezentacyjne dobiegły końca.

Dziennik „El Pais” przekonywał, by nową historię, którą ma pisać Del Bosque nazywać „postxavizmem”. Rzeczywiście 34-letni rozgrywający Barcelony (133 mecze w kadrze) był przez ostatnią dekadę architektem gry „La Roja”. Pozostawił w niej ślad taki sam jak Zinedine Zidane w okresie wielkich triumfów „Trójkolorowych” (1996-2006). O ile jednak Francuz schodził z futbolowego Olimpu w sposób traumatyczny – wymierzając cios głową włoskiemu obrońcy Marco Materazziemu w finale mundialu w Niemczech, o tyle Xavi klęskę „La Roja” w Brazylii obserwował jako niemy bohater z ławki dla rezerwowych. Kiedy Del Bosque nie wystawił go na mecz ostatniej szansy z Chile, gracz Barcelony zrozumiał, że jego czas w „La Roja” przeminął. Nigdy nie dorównał Zidanowi sławą i medialnością, ale klasą sportową być może go nawet przewyższył.

Del Bosque nie ma złudzeń, że bez rozgrywającego Barcelony drużyna narodowa będzie grała inaczej. W tym widzi jej szansę. Przez lata rywalom udało się rozpracować geniusz Xaviego, gdy z wiekiem stawał się wolniejszy, coraz rzadziej zaskakiwał. Nowa reprezentacja Hiszpanii nie będzie miała jednego centrum zarządzania. Kierowanie grą ma się rozkładać między Koke, Fabregasa i Iniestę, których wesprze David Silva. Poza kontuzjowanym pomocnikiem Barcelony ta trójka zagrała w czwartkowym sparingu z Francją na Saint Denis w Paryżu przegrywając 0:1. „La Roja” zaprezentowała się nieźle w grze w polu, ale nie dość, że poległa, to nie oddała celnego strzału. „Nowa drużyna, stary problem” – komentowały hiszpańskie media.

Cesc Fabregas pocieszał kibiców, że nie było celnych strzałów, ale sytuacje do zdobycia gola udało się stworzyć. Choćby w końcówce, gdy Silva błyskotliwie wymienił podania z Isco i strzelił tuż obok słupka. - Del Bosque maluje przed nami ciekawą przyszłość – przekonywał rozgrywający Chelsea, który niedawno ogłosił, że przez ostatnie 8 miesięcy swojej kariery grał z notorycznym bólem pachwiny.

Za zero po stronie zdobyczy na Saint Denis odpowiada w jakimś stopniu Diego Costa. Drużyna wciąż nie umie wykorzystać talentu naturalizowanego Brazylijczyka, a przecież właśnie to, było jedną z przyczyn klęski na mundialu. - Musimy go poznać, zrozumieć i nauczyć się jak z nim grać – mówi Del Bosque sugerując, że skoro w Atletico i Chelsea trafia do siatki niczym karabin maszynowy, to w reprezentacji też może. Koledzy powinni mu jednak stworzyć ku temu okazje. Cesc robi to w Chelsea, Koke robił w Atletico, w drużynie narodowej nie udaje się powielić tych schematów. Póki co. Na mundialu Costa wyglądał w „La Roja” jak obce ciało, które nie pomaga, ale przeszkadza w grze, i do dziś nic w tym względzie się nie zmieniło.

Sam strzelec czterech goli w trzech ligowych meczach Chelesa w tym sezonie skromnie podkreśla, że to on musi się dostosować do kolegów z „La Roja”. Bierze część winy na siebie. Kiedy automatyzmy między nim i resztą zostaną zbudowane? I czy w ogóle? Dziś na inaugurację eliminacji Euro 2016 problemu nie będzie, kontuzjowany Costa nie zagra z Macedonią na stadionie Levante w Walencji. Del Bosque powołał za niego 19-latka z Barcelony Munira, gracza genialnie zdolnego, który jednak w lidze hiszpańskiej zgrał zaledwie dwa razy.

Grupę „La Roja” ma dość łatwą z Ukrainą, Słowacją, Białorusią i Luksemburgiem, więc będzie czas i okazja eksperymentować. Czy powstanie z tego zespół zdolny odzyskać miejsce na szczycie? Bukmacherzy typujący faworytów mistrzostw Europy we Francji stawiają na Niemców, a zaraz za nimi na Hiszpanów i Francuzów.

Francja to dla Hiszpanii rywal symboliczny. „La Roja” przegrywała z nimi regularnie, aż do złotego okresu zapoczątkowanego przez Xaviego i resztę w 2008 roku. Drużyna Luisa Aragonesa i Del Bosque nauczyła się zwyciężać ze wszystkimi, „Trójkolorowych” wyeliminowała w ćwierćfinale Euro 2012, a potem wyprzedziła ich w kwalifikacjach do brazylijskiego mundialu. Aby tego dokonać musiała wygrać w Paryżu. 26 marca po golu Pedro Rodrigueza zwyciężyła 1:0. Czy różnica między zwycięstwem z marca i porażką w czwartek wyznacza dystans, jaki dzieli Hiszpanów od powrotu na szczyt?

Cztery dni temu Del Bosque eksperymentował. Do bramki wstawił Davida de Geę, Iker Casillas usiadł na ławce (dziś zagra z Macedonią). Selekcjoner odniósł się do jego sytuacji w klubie przekonując, że bardziej niż pozycja rezerwowego, legendarnego bramkarza bolała utrata zaufania fanów Realu. W Paryżu Del Bosque posłał do gry czterech debiutantów: obrońców Mikela San Jose (Athletic Bilbao), Carvajala (Real Madryt) oraz pomocnika Raula Garcię (Atletico Madryt) wystawił do podstawowej jedenastki, a w 66. minucie Diego Costę zmienił 21-letni Paco Alcacer (Valencia). Dziś ten ostatni ma grać w podstawowym składzie.

Z pewnością po powrocie do zdrowia Iniesty i odbudowaniu formy przez Pique, Hiszpania może być silniejsza. Tyle, że nadmiar graczy Barcy w „La Roja” to był od jakiegoś czasu dyżurny argument przeciw Del Bosque.

- Nie jest magiem, musi mieć czas na zbudowanie nowej drużyny – mówił o selekcjonerze Hiszpanów Didier Deschamps. Sam Del Bosque upiera się, że nie buduje od nowa, ale zmienia. Nie dokonuje rewolucji, ale chce istotnych korekt. Hiszpania wciąż ma grać w swoim stylu, dominować, być jak najdłużej przy piłce. Ale selekcjoner żąda od swoich graczy większej liczby podań prostopadłych, futbolu bezpośredniego, wykorzystywania okazji do kontr i zaskakiwania przeciwników. Z grubsza te same zadania w Barcelonie ma Luis Enrigue.

Czy Del Bosque jest w stanie nawiązać do wielkich lat 2008-2012? - W futbolu sztuką jest zachowanie zimnej głowy tak po zwycięstwie, jak po klęsce. Tak jak staraliśmy się tonować euforię po zdobytych tytułach, tak samo nie uważamy się za trupów po porażce w Brazylii – przekonuje selekcjoner Hiszpanów. Wciąż ma, z czego budować, jego wybrańcy to gwiazdy Realu, Barcelony, Atletico, Chelsea, Bayernu, Manchesteru City i United – a więc wszystkich największych klubów kontynentu. Są podstawy, by wierzyć w powrót do czołówki. Ale czy na sam szczyt? Poczekajmy.



czwartek, 04 września 2014

Brawurowy występ Angela Di Marii w towarzyskim meczu Niemcy – Argentyna 2:4 podsyca debatę na temat sensowności transferów Realu Madryt.

„I co by było, gdyby Di Maria zagrał na Maracanie?” – pytanie w dzienniku „Marca”, nawiązujące do wczorajszego sparingu w Duesseldorfie, jest ciekawe i zarazem pozbawione sensu. Będący u szczytu formy Argentyńczyk stracił finał mundialu być może bezpowrotnie. Chyba, że historia powtórzy się jak w czteroleciu 1986-90, gdy Argentyńczycy i Niemcy spotykali się w grze o złoto w Meksyku i Włoszech. Na szczęście Di Maria okazał się na tyle odporny, by uraz, który odebrał mu życiową szansę, nie zniszczył jego przyszłości.

Opuszczenie Realu Madryt zaraz po zdobyciu „La Decima” kosztowało zapewne Argentyńczyka sporo nerwów. Ale też dało status medialnej gwiazdy, którą dotąd nie był. Jego czerwone koszulki z numerem 7 sprzedadzą się bezdyskusyjnie lepiej niż białe. Gdyby królewski klub w tym sezonie mocno odczuł stratę Argentyńczyka, stałby się on graczem tak samo symbolicznym jak Claude Makelele. W 2003 roku Francuz odszedł do Chelsea, co w zbiorowej świadomości kibiców Realu stanowi moment zmierzchu ery galaktycznej.

11 lat temu Florentino Perez był pewny, że zespół poradzi sobie bez Francuza, niestety do czasów Xabiego Alonso nie było na Santiago Bernabeu defensywnego pomocnika, którego klasą można by do niego porównać. Przyczyn porażek galaktycznych było znacznie więcej (w 2003 roku odeszli jeszcze Del Bosque, McManaman, Morientes i Hierro), ale przypadek Makelele stał się rodzajem przestrogi dla ludzi piłki, że wybitni, lub niezbędni w drużynie piłkarze nie muszą mieć statusu celebrytów.

Zapewne każdy piłkarz woli świecić światłem własnym, a nie odbitym. Tak jak Cristiano Ronaldo i Leo Messi, dyżurni wygrani wszelkich plebiscytów. Gdyby Di Maria został na Santiago Bernabeu, zawsze byłby w cieniu. Podjął ryzyko odpuszczenia najlepszej drużyny w Europie, na rzecz innej wielkiej marki, która po odejściu Alexa Fergusona staje się synonimem sportowego upadku. Manchester United był klubem kultu pracy opierającemu się politykom galaktycznym. Dziś idzie tą samą drogą co Perez, szejkowie i oligarchowie bijąc transferowe rekordy.

Di Marii dał status najdroższego gracza w historii Premer League, co jak widzieliśmy w towarzyskim meczu w Duesseldorfie, bardzo go motywuje. Trzy asysty i gol nawet przeciw osłabionym mistrzom świata, robi wrażenie. Wszystko to sprawia, że Di Maria w wyobraźni kibiców zaczyna funkcjonować na poziomie dostępnym dotąd tylko dla największych.

Perez próbował traktować Argentyńczyka jak człowieka od czarnej roboty, tło dla Ronaldo, czy Garetha Bale’a. Di Maria na to się zgodzić nie chciał. Może poszło o pieniądze, może o coś więcej. Niedawno Argentyńczyk wyznał, że gdyby nie Ronaldo, opuściłby Santiago Bernabeu wcześniej. A więc zasługi Di Marii w zdobyciu „La Decima” (najlepszy gracz finału w Lizbonie), są w jakimś stopniu dziełem Portugalczyka.

Sam Ronaldo robił dużo, by nie dolewać oliwy do ognia. Gdy spytano go o letnie zmiany w klubie z Barnabeu, stwierdził, że nie powie tego co myśli, bo jutro te słowa znajdą się na czołówkach gazet. Zasugerował, że na miejscu Pereza podjąłby może inne decyzje, to wystarczyło, by wywołać medialny rwetes. On też Di Marii bardziej pomoże, niż zaszkodzi. Bo od strony sportowej Argentyńczykowi nie będzie wcale łatwo utrzymać gorącą atmosferę wokół siebie. Za chwilę kibicowską świadomość zdominuje Champions League, w której go nie będzie. Pozostaje Premier League, ale Manchesterowi, mimo wielkich transferów, daleko do drużyny solidnej.

Być może o Di Marii wciąż wiele mówić się będzie w kontekście Realu. Jeśli obrońcy trofeum z Jamesem Rodriguezem i Tonim Kroosem cokolwiek się nie powiedzie, dziennik „Marca” zapyta: „co by było, gdyby Di Maria…”. Pytanie ciekawe, choć pozbawione sensu.

poniedziałek, 01 września 2014

Pycha, przedwczesne uczucie zwycięstwa, czy też zachwianie równowagi między atakiem i obroną stało się przyczyną klęski Realu Madryt w San Sebastian?

Rozwód nie posłużył nikomu.  Po debiucie w Manchesterze United Angel Di Maria wie, że trafił do drużyny, której z wielkości pozostała nazwa. Bayern też się przeobraża, Pep Guardiola stawia na grę trzema obrońcami, stąd dobijający do 33. roku życia Xabi Alonso musi się uczyć swojej roli od początku.

Bez tych dwóch graczy, architektów „La Decima” Real Madryt wyglądał na Anoeta jak zespół rozdarty. O ile między atakiem z Benzemą, Bale’m i Jamesem oraz pomocą Kroosem, Modricem i Isco porozumienie można było chwilami dostrzec, o tyle obrońcy i Casillas zostawali ze swoją robotą sami. Efektem była strata czterech goli, co dla takiej drużyny jest skandalem.

W 11. minucie było po sprawie. Tak wydawało się Bale’owi, Ramosowi i innym, gdy Real obejmował prowadzenie 2:0. Nie było w tym nic zaskakującego, przecież zaledwie kilka dni wcześniej Sociedad stracił trzy gole w Krasnodarze odpadając z Ligi Europy. Na inaugurację ligi przegrał z Eibar. Przed sezonem stracił Griezmanna, który odszedł do Atletico, a gwiazdami zespołu są Canales i Granero, którzy na Santiago Bernabeu skazani byli na grę w epizodach. Różnica w cenie i potencjale graczy po obu stronach miała się jednak nijak do klasy i siły stworzonych przez nich drużyn.

Pół biedy, gdyby problem zespołu Carlo Ancelottiego polegały na zlekceważeniu Realu Sociedad. Superdrużynie z Madrytu doskwierają jednak nie tylko braki motywacyjne. Ani Kroos, ani Isco, ani nawet Modric nie mają w genach skłonności do gry obronnej, stąd kłopoty, które drużyna przeżywała wczoraj, tylko się nasilą. Nie rozwiąże ich wypożyczony z Manchesteru Chicharito Hernandez, Meksykanin może być lekarstwem na problemy z formą Karima Benzemy. Kiedy do gry wróci Ronaldo, James zajmie miejsce Isco, co sprawi, że dysproporcja w ataku i obronie Realu jeszcze się powiększy.

Rozwiązania nie widać, chyba, że Ancelotti zdecyduje się posadzić na ławce gracza, za którego Florentino Perez dał 80 mln euro. Wydaje się, że po odejściu Alonso, jego miejsce powinien zając defensywny pomocnik, na przykład Sami Khedira, lub Asier Illarramendi. Akcje ich obu stoją jednak w Madrycie wyjątkowo nisko. Być może więc takie mecze jak wczorajszy będą się przytrafiać „Królewskim” częściej?

Póki co wszyscy gracze Ancelottiego posypali głowę popiołem, uderzyli się w pierś, przeprosili fanów, obiecali, że to się już nie powtórzy. Defensywa „Królewskich” wygląda jednak marnie, choć samym obrońcom, a nawet Casillasowi nie da się zbyt wiele zarzucić. W czasach, gdy w defensywnej grze większości drużyn udział bierze 10, lub niekiedy 11 ludzi, najlepszy klub Europy staje się dziwnym tworem, który ma się obronić piątką graczy. Wydaje się, że przy transferach tego lata, Perez pomylił się w kalkulacji. Niewykluczone jednak, że to wyłącznie trudne początki przełomu w taktyce.

Barcelona nie straciła gola w dwóch meczach. Chwilami drużyna Luisa Enrique gra szybciej, ciekawiej i mniej przewidywalnie, niż zespół Taty Martino. Jedno się nie zmieniło, odpowiedzialność za wynik spada na barki Leo Messiego. Gdyby nie Argentyńczyk o sześciu punktach na starcie Katalończycy mogliby pomarzyć.

Barca goli nie traci póki co, ale Mathieu nie sprawia wrażenia stopera dającego gwarancję na poziomie wyższym niż w rywalizacji z Elche, lub Villarreal. Neymar zagrał w tym sezonie tylko pół godziny, ale już pokazał, że ze stresem wynikającym z dysproporcji między rolą którą odgrywa w klubie i którą powinien odgrywać, wciąż sobie nie poradził. W niedzielę miał doskonałą sytuację do zdobycia gola przy stanie 0:0. W Santosie, lub reprezentacji Brazylii trafiłby do siatki w 9 próbach na 10. W Barcy wciąż się nadmiernie spina. Jak długo kibice z Camp Nou poczekają na przełom?

Jedno nie ulega wątpliwości. Na starcie sezonu Katalończycy wyglądają na znacznie bardziej głodnych sukcesu niż Real Madryt.

 


Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac