blog Darka Wołowskiego
RSS
poniedziałek, 29 września 2008

Rezygnując z kadry, Artur Wichniarek powinien uświadomić sobie, że nawet jeśli bitwę z Leo Beenhakkerem wygra, to jednak swoją reprezentacyjną szansę bezpowrotnie przegra.

Dokonania Wichniarka są w tym sezonie imponujące. Sześć goli w sześciu kolejkach Bundesligi, w których jego drużyna trafiała do siatki rywala tylko ośmiokrotnie. Z piłkarzem Arminii Bielefeld nie może się równać żaden polski napastnik, nawet Paweł Brożek (zdobył tyle samo bramek, ale w siedmiu meczach Wisły). Po pierwsze jednak w Bundeslidze strzela się trudniej, po drugie - udział Brożka w zdobyczach drużyny z Krakowa to tylko 40 procent.

Z napastnikami Beenhakker ma problem ogromny. W dziesięciu ostatnich meczach drużyna narodowa zdobyła siedem bramek - bardzo mało biorąc pod uwagę, że mierzyła się w nich z Macedonią, Albanią, Słowenią czy San Marino.

Czy wypada więc kwestionować piłkarza w takiej formie jak Wichniarek? Ja tego robił nie będę, choć są tacy, którzy twierdzą, że jest królem Bielefeldu i poza nim - jak choćby w Berlinie, w Herthcie, gdzie zdobył w trzy lata cztery bramki - się nie odnajdzie.Prawda jest taka: jeśli Wichniarek miałby coś zdziałać w kadrze, to w formie takiej jak teraz. Są jednak dwie przeszkody: Beenhakker go nie powoływał, w rewanżu urażony napastnik ogłosił, że u Holendra już nie zagra. Ci, którzy go do tego ostentacyjnego gestu namówili, chcieli, aby napastnik Arminii udowodnił, jak złym trenerem jest Beenhakker. Wichniarek przyjął więc pozę obrażonego księcia. Tylko co na tym zyska, poza chwilą satysfakcji wątpliwej jakości?

Ma 31 lat i dobrą formę życiową. Szkoda marnować ją, ściskając kciuki za to, aby Beenhakker z kadry zniknął. Bo to będzie oznaczało, że eliminacje mundialu w RPA zostaną przez Polskę przegrane. W następnych, do mistrzostw Europy, drużyna narodowa grała nie będzie, bo Polska jest gospodarzem. Dlatego pierwszy ważny mecz w reprezentacji Wichniarek mógłby zagrać w czerwcu 2012! Mając 35 lat! Formę może mieć już zupełnie inną.

Nie rozumiem Beenhakkera, nie rozumiem Wichniarka. Ale sytuacja nie jest nowa. Sześć lat temu, gdy Wichniarek miał 25 lat i z 20 golami w sezonie był królem strzelców II Bundesligi, w Polsce trwała debata, czy zbawiłby kadrę Jerzego Engela. Engel Wichniarka nie chciał i na mundial do Korei nie wziął. Następny trener kadry - Boniek - chciał Wichniarka sprawdzić wszechstronnie, ale nie przepracował z drużyną narodową nawet pół roku. Janas dał Wichniarkowi zagrać cztery razy. Tylko raz o punkty eliminacji Euro 2004 w przegranym z kretesem pojedynku w Szwecji (0:3). Powołanie od Beenhakkera na lutowy mecz z Czechami na Cyprze było zaledwie 17. w karierze superstrzelca.

Wichniarek - nie tylko z winy Beenhakkera - nie zagrał dotąd w drużynie narodowej jednego wielkiego meczu, a bramki strzelał Luksemburgowi, Kazachstanowi, Estonii i Czechom w meczu towarzyskim w Warszawie prawie dziesięć lat temu. Jeśli decyzji o bojkocie Holendra nie zamieni, swoją reprezentacyjną szansę pogrzebie pewnie bezpowrotnie.

Powołania dla Wichniarka

Janusz Wójcik - 7 razy

Jerzy Engel - 1 raz

Zbigniew Boniek - 4 razy

Paweł Janas - 4 razy

Leo Beenhakker - 1 raz

czwartek, 25 września 2008

Informacja, że najbogatszym polskim klubem jest nie Wisła Kraków, Lech Poznań, czy Legia Warszawa, ale zdegradowane do II ligi za korupcję Zagłębie Lubin obrazuje z grubsza katastrofę, którą jest polska liga. Wszystko tam stoi na głowie. O korupcji, chuligaństwie i kilku innych patologiach nie będę wspominał. O fatalnym poziomie też nie. Ale jeśli największe przychody mają nie te kluby, które funkcjonuja jak firmy, ale te na które pieniądze dają spółki skarbu państwa to znaczy, że ligowa piłka wciąż tkwi w poprzedniej epoce. W komunie.

Gdyby skarb państwa wspierał Wisłę Kraków, która w ostatnich latach reprezentowała polską piłkę w Europie, byłoby łatwiej to zaakceptować. Tymczasem najbogatsze są u nas kluby takie jak Zagłębie i GKS Bełchatów z których polski futbol ma niewiele - z wyjatkiem tych, którzy w nich działają i żyją z kopania piłki. Ze słabym zresztą skutkiem. Ci, którzy pamiętają stare czasy wiedzą jak wydaje się państwowe pieniądze. Państwowe, czyli niczyje. A niczyje pieniądze wydaje się najczęściej bez sensu.

 

środa, 24 września 2008

Dwóch wysłanników Manchesteru CIty przybywa dziś do Madrytu. Podczas niewiele znaczących derbów Getafe - Atletico Madryt mają oglądać Sergio Aguero. Można sobie wyobrazić strach jaki zapanował w sercach tamtejszych fanów. To samo będą pewnie przeżywali kibice w innych miejscach świata, gdy na ich stadionach postawi stopę ktoś z tego niegroźnego do niedawna klubu Premier League.

Dziś wiadomo, że szejków, którzy kupili MC stać na każdego piłkarza. Pokazali to z Robinho i Realem Madryt wchodząc do walki o niego i ją wygrywając, gdy do końca okna transferowego pozostały godziny. Okno znów się jednak otworzy zimą. A wtedy...

Aguero zdobywa status topowej gwiazdy więc naturalne, że do City by pasował. Pieniądze dla szejków nie grają roli - fani Atletico wiedzą, że mogą stracić Argentyńczyka zanim zdąży podarować im jakikolwiek tytuł. Ten motyw powtarzał się będzie tej jesieni często. We wszystkich zakatkach świata. Kogo wezmą? Aguero, Villę, Messiego, Cristiano Ronaldo? Może wszystkich.

Powie ktoś, że futbol kocha kasę i bogaczy. A jednak jeszcze nigdy, nawet za czasów Abramowicza, tak bardzo się ich nie bał.

poniedziałek, 22 września 2008

Jana Urbana boli, że kibole Legii są przeciwko jego drużynie. A mnie to nie boli. Przez wiele lat w zdumienie wprowadzała mnie symbioza piłkarzy i szefów klubu z bandytami noszącymi szaliki w barwach Legii. To było nierwiarygodne widowisko: ci, którzy w sobotę czy niedzielę demolowali stadion, od poniedziałku przyjmowani byli w klubie jak swoi. I mówili, że za Legię to oni by życie oddali.

Narażania życia nikt od nich jednak nie wymaga. Wymaga przyzwoitego zachowania, a to, jak się okazuje, znacznie trudniejsze. Co gorsza kibol sam tego od siebie nie wymaga. A kiedy wymyślił sobie protest, to gotów jest szkodzić „własnej” drużynie, byle postawić na swoim. „Legia to my, a nie wy” - powtarzają pusty frazes. Nikt nie wie co to w ogóle znaczy.

Dlatego dobrze, że prawdziwe intencje kibolstwa zostały obnażone. Urbanowi przeszkadza to w pracy, ale wreszcie interes kibolstwa i drużyny stanął w tak jakstawej sprzeczności. Zwykle chamstwo i chuligaństwo to były patologie o których piłkarze i trenerzy woleli milczeć niż mówić zostawiając to policji, politykom, PZPN i swoim prezesom.

Urbana zmuszono do postawienia sprawy jasno. W tej wojnie o normalność na trybunach ważne jest ustalenie kto po której jest stronie. Bez tego problem nie zostanie rozwiązany nigdy. A tak przynajmniej wiem, że za trenera Legii mogę bez obaw ściskać kciuki. Bo dumne słowo „kibic” rozumiemy, zdaje się, podobnie.

 

piątek, 19 września 2008

Patrząc na grę Lecha i Wisły w Pucharze UEFA miałem wrażenie, że porażki to nie tylko efekt umiejętności, ale przede wszystkim mentalności. Piłkarze Smudy mogli wygrać, ale przez 80 proc czasu zajmowali się grą na przetrwanie. Gdyby polscy piłkarze mieli trochę mniej kompleksów i zahamowań wynik w Wiedniu mógł nawet rozstrzygnąć o awansie Lecha.

Spokoju i poczucia własnej wartości zabrakło też mistrzom Polski, którzy do końca nie mogli uwierzyć, że kryzys Tottenhamu to nie bajka. Zbyt wiele zagrań było „za mocno, za szybko, na łapu capu”, byle jak najkrócej mieć piłkę przy nodze. Miałem wrażenie, że piłkarze Skorży nie lubią swojego zawodu, nikt z nich nie chciał zrobić nic ponad to co nakazywał mu lęk przed potężnym rywalem. Grać tak, żeby go nie wkurzyć, bo to by dopiero było nieszczęście.

Co będzie za dwa tygodnie? Jest szansa na gigantyczny sukces naszych klubów - czyli awans obu do fazy grupowej. Słowo ”gigantyczny” napisałem z ironią, ale prawda jest taka, że dotąd tylko dwa nasze kluby w fazie grupowej zaistniały. Przez sześć lat. 

Rewanże mogą być jednak znacznie trudniejsze. U siebie trzeba będzie odrabiać straty i choć są one minimalne to polscy piłkarze bardzo nie lubią „gonić wyniku”.

Poczucie własnej wartości rodzi sukces, a nasi piłkarze sukcesów nie mają, więc to w zasadzie logiczne, że grają poniżej możliwości. Po laniu jakie zebrali wiślacy na Camp Nou, kolejny wyjazd na wielki stadion musiał być dla nich traumatyczny. I tak skończyło się więc tym razem na wyniku przyzwoitym.

O Lechu nawet nie wspomnę. Żal było patrzeć jak zespół o wyższych umiejętnościach, którym akurat wyjątkowo byli Polacy, marnuje tyle sił na markowanie gry. Na szczęście tym razem wszystko jest jeszcze do odrobienia.

 

czwartek, 18 września 2008

Przed meczem z Bate Borysów dziennik „Marca” ogłosił początek kampanii najsłynniejszego klubu świata po 10. tytuł nr 1 na kontynencie. Nietrudno przypomnieć sobie ostatni triumf Realu Madryt w Champions League ze względu na niewiarygodnej urody gola Zinedine Zidane'a w finale z Bayerem Leverkusen (2:1). Francuskiego geniusza w futbolu nie ma już od dwóch lat, Realu w Lidze Mistrzów właściwie od czterech. Cztery razy z rzędu wszystko kończyło się na 1/8 finału. Dla takiego potentata to rzecz jasna katastrofa.

Dlatego naturalne jest, że po zdobyciu dwóch tytułów mistrza Hiszpanii przyszedł czas na odbudowanie pozycji w Europie. Gola Zidane'a możemy mieć świeżo w pamięci, ale minęło od tamtej chwili ponad sześć lat...Magazyn „Don Balon” oceniając możliwości klubów hiszpańskich uznało, że zespół z Madrytu stać na ćwierćfinał Ligi Mistrzów. Że do faworytów z Chelsea brakuje drużynie Schustera zbyt wiele. A nawet Barcelona powinna, zdaniem „Don Balona”, zajść wyżej, bo do półfinału.

Prawdę mówiąc nie byłbym zszokowany, gdyby było jeszcze gorzej. Real gra na razie w takim stylu, że z wyjściem z grupy może mieć fundamentalne kłopoty. Oglądałem mecz Juventus - Zenit i obie drużyny mają potencjał, by w 1/8 finału grać. Oznaczałoby to, że klub z Madrytu zapowiadaną z rozmachem kampanię zakończy po sześciu meczach. I awansuje do...Pucharu UEFA, gdzie miałby okazję rywalizacji z Milanem - drugim na liście najbardziej utytułowanych klubów Europy. Chyba, że Milan nie przebrnie fazy grupowej w Pucharze UEFA, bo na razie nawet kłopoty Realu bledną przy tym czego „dokonują” piłkarze Berlusconiego.

A może będzie przeciwnie, bo jeśli Real jednak z grupy wyjdzie, może być dwa razy silniejszy niż wydaje się teraz. Wtedy szumne zapowiedzi „Marki” okażą się prorocze. Sezon jest tak przepełniony i ciężki, że upadków i wzlotów nie uniknie nikt. To może martwić powinna się Chelsea, która i w Premier i Champions League zaczęła znakomicie?

środa, 17 września 2008

Zacznę od tego, że wciąż nie jesteśmy pewni. Wciąż nie wiemy, co zrobi obecny prezes PZPN, gdy w chwili głosowania działacze poproszą go, by jeszcze raz kandydował. Ministrowi sportu podskoczy pewnie tętno, bo o głowę Listkiewicza założył się z dziennikarzami (stawiając flaszkę whisky).

Nie wiem czy biorac pod uwagę afery w Pekinach i Lwowie, w polskim sporcie o alkohol zakładać się jeszcze wypada. Ale niech tam. Zastanówmy się co będzie jeśli minister sportu zakład wygra? Patrzę na nazwiska tych, którzy mają zamiar zastapić Listkiewicza i jestem pewien, że w PZPN, a co za tym idzie w polskiej piłce wszystko zostanie jak było. Wciąż prezes będzie zakładnikiem działaczy z terenu i wciąż będzie musiał działać jak Listkiewicz. Lato, Kręcina, Jagodziński pracowali już przecież w PZPN i wiedzą, że działacze z terenu działają w myśl zasady: zmiany wprowadzać tak, by nic się nie zmieniło.

Czy więc odejście Listkiewicza absolutnie nie da nic? Da. Minister sportu wygra zakład.

 

poniedziałek, 15 września 2008
Część nadziei na lepszą grę kadry kibice pokładali w powrocie Dariusza Dudki. Tymczasem Dudka zamiast do gry wrócić, z gry wypada. Cierpliwość trenera Auxerre do kupionego za 2,5 mln euro Polaka trwała przez trzy kolejki. W 4. Polak wylądował na ławce, a w 5. już z niej nawet nie wstał. Zastępca z Ghany gra znacznie lepiej. Prawdopodobne jest więc, że Dudka wróci zbawiać kadrę bez formy. Te same obawy mogą dotyczyć Ebiego Smolarka, który zmienił Racing na Bolton, ale nie było go nawet w składzie na mecz z Fulham. Ciekawe czy zdąży zadebiutować w Premier League w ciągu miesiąca. Bo wolelibyśmy, żeby kluczowy dla kadry pojedynek z Czechami w Chorzowie nie był najbliższym, w którym obaj zagrają.
niedziela, 14 września 2008

Miliony ludzi zastanawiały się komu wyjdzie na lepsze najgłośniejszy rozwód lata. Zmagający się z kryzysem i nadwagą Ronaldinho przestał być twarzą firmową Barcelony. Ta chciała go sprzedać do Manchesteru City, ale Brazylijczyk - zdawało się roztropnie - zmusił ją, by pozwoliła mu odejść do Milanu. Inaczej postąpił Real Madryt z Robinho, bo skoro MC dał więcej niż Chelsea, to poszedł tam, gdzie kazął mu Ramon Calderon.

Milan i Barcelona zdobyły w tym sezonie 1 pkt. W sumie. I to dzięki przyjacielowi Ronaldinho Leo Messiemu, który skutecznie wykonał karnego w sobotę z Racingiem na Camp Nou. Ronaldinho na swój pierwszy punkt w barwach Milanu jeszcze czeka. Po pierwszej kolejce, gdy klub z Mediolanu poległ na San Siro z Bologną chwalono go nawet za grę. Podziękował skromnie odpowiadając, że bez zwycięstw drużyny miłe słowa są na nic. I w drugiej kolejce znów przegrał.

Wydawało się, że rozstanie Ronaldinho z Barceloną czyjeś problemy rozwiazać musi. Na razie jest to jednak rozwód absolutnie niedoskonały.

 

 

  

środa, 10 września 2008

Zwycięstwo z San Marino przekonało nas ostatecznie, że są w Europie gorsze drużyny niż nasza. Są, choć w ostatnich meczach można było nabrać pewnych wątpliwości. Jeśli wierzyć reklamie to polscy piłkarze są szybcy, ambitni, zgrani i sprytni. Zaraz po meczu zobaczyłem jednak w TVP reklamę leku na zgagę. Przydałoby się jeszcze coś na skręt kiszek.

No, ale dobrze. Pamiętam poprzedni mecz w San Marino. Kadra Zbigniewa Bońka wygrała 2:0, ale nie był to pojedynek tak emocjonujacy jak dzisiejszy, choćby dlatego, że nasz bramkarz nie obronił wtedy karnego. A tu zaczęło się jak u Hitchcocka od trzęsienia ziemi. A potem, no właśnie, co było potem? Strzelili Smolarek i Lewandowski. Jaki tego efekt? Oby to była ostatnia satyra na naszych piłkarzy na którą się ośmieliłem. Chociaż w tym roku.

PS. Na pocieszenie pozostaje fakt, że po niepełnych dwóch kolejkach gier nie ma już w naszej grupie drużyny, która nie straciłaby punktów. Jeszcze bardziej żal remisu we Wrocławiu...

 
1 , 2
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac