blog Darka Wołowskiego
RSS
poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Zwycięstwem 3:0 na Ramon Sanchez Pizjuan, nowe Atletico Madryt zrobiło wrażenie drużyny ze światowego topu. Kończy się pewna era, czy dopiero zaczyna?

„Nervion nie rozdaje punktów w prezencie” - taki napis zdobi trybuny stadionu Sevilli. Dystrykt Nervion to miejsce w stolicy Andaluzji, gdzie wznosi się Ramon Sanchez Pizjuan. Napis jest prawdziwy, stadion Sevilli to twierdza w najprawdziwszym sensie słowa. Klub z Andaluzji przegrał tam tylko jeden raz w ubiegłym sezonie, z Realem Madryt, gdy przez 10 minut gospodarze grali w dziesięciu, bo lekarze nie mogli zatamować krwotoku z nosa Grzegorza Krychowiaka. Gdy wracał na boisko było 0:2. Ale gracze Unaia Emery'ego gonili wynik do 90. minuty.

Sevilla u siebie jest zawsze groźna. Także ze względu na kibiców, którzy mogą darować piłkarzom wszystkie niedostatki, poza brakiem serca do walki. Kto chce podbijać Nervion, musi być gotowy na wojnę, jak wiemy od kilku lat w Hiszpanii nie ma większych speców od walki wręcz niż ludzie Diego Simeone.

W tym sezonie zawisł jednak nad nimi znak zapytania, bo Argentyńczyk sprowadzał latem graczy bardziej finezyjnych niż gladiatorów. Z drużyny odchodzi właśnie Raul Garcia (do Bilbao), jemu koledzy z Atletico dedykowali bramki wbite Sevilli. Simeone powiedział, że zostaje on częścią historii klubu na zawsze, a jednak pozbywa się najtwardszego żołnierza swojego plutonu.

Atletico zagrało na Ramon Sanchez Pizjuan rewelacyjnie. Jedynym słabym punktem był Fernando Torres, którego zastąpił Jackson Martinez i zdobył gola. Simeone zachował się jak wódz wielkiej drużyny. Graczy za 82 mln euro sprowadzonych latem na Vicente Calderon posadził na ławce, jakby chciał pokazać im, że mają zapomnieć status gwiazdorski z poprzednich drużyn, bo u niego zaczynają od zera.

Antoine Griezmann zrobił różnicę. Jest w nim moc rozstrzygania spotkań. Sevilla zagrała poniżej możliwości, sprowadzony w ostatniej chwili Fernando Llorente zachowywał się jak strach na wróble. Tkwił bez ruchu w polu karnym, ale nie wystraszył obrońców. A jak szczęśliwie piłka spadła mu na nogę 13 m od bramki, spudłował przy stanie 0:1.

A potem było standardowo, Atletico dobiło rywala zdobywając gole z niczego. Drużyna Krychowiaka na tak dotkliwą porażkę nie zasłużyła. Ale goście byli jednak lepsi i punkty zgarnęli zasłużenie. Nie był to jednak prezent, bo wynik ważył się do 78. min.

Ostatnie ujęcia kamery pokazywały Polaka leżącego bezradnie i bez sił na murawie. Miał jedną wspaniałą interwencję, przy dryblingu Carrasco, który rozbujał się jak baletmistrz, ale został sprowadzony na ziemię. Atletico sprawiło jednak wrażenie drużyny z topu: silne w tyłach, przebiegłe, odpowiedzialne i finezyjne w ataku.

Nie chodzi o to, by wystawiać laurki. Nowa Sevilla, po odejściu Bakki, Vidala dopiero się tworzy. Ale nowe Atletico jest dwa kroki przed nią. Simeone mówił, że zmienia piłkarzy, ale zachowa esencję zespołu. Esencję, czyli rygiel w obronie, perfekcję przy wykonywaniu stałych fragmentów, dyscyplinę. Dodając do tego talent nowych graczy, serce do walki i siły Olivera Torresa, można spokojnie patrzeć w przyszłość. Może era wielkich wyników klubu będzie trwała? A nowa - ładnej, płynnej gry - dopiero się zaczyna.

niedziela, 30 sierpnia 2015

Thomas Vermaelen nie świętował gola z Malagą, bo nie wiedział jak to się robi. Za to współodpowiedzialny za jego transfer Luis Enrique odetchnął z ulgą.

Każdy wielki klub ma listę nieudanych transakcji. Pep Guardiola wydobył z rezerw Barcelony kilka perełek, takich jak Busquets, Pedro, czy Thiago Alcantara, odzyskał za śmieszne 5 mln euro Gerarda Pique z Manchesteru, ale do kupowania piłkarzy zagranicznych rękę miewał ciężką. Zamiana Zlatana Ibrahimovica na Samuela Eto’o z 50-milionową dopłatą, to najgorszy transfer w historii klubu z Camp Nou. Nie sprawdzili się też Dmytro Czyhryński, Martin Caceres, Alexis Sanchez (choć grał dużo), a nawet odzyskany wychowanek Cesc Fabregas dał drużynie mniej niż oczekiwano.

Przy nich kupno Jeremy’ego Mathieu i Thomasa Vermaelena to dziecinna zabawa. 30-latkowie kosztowali po 20 mln euro, bo tak kosztować musieli, każdy kto handluje z bogaczem, podbija ceny. Alex Song przychodził do Barcelony jako jeden z najlepszych pomocników ligi angielskiej, dziś znalazł się w futbolowym niebycie, tak mu posłużył transfer do najlepszej drużyny świata.

Song nie miał na Camp Nou nawet chwili wzlotu. Okazał się totalną omyłką, na jeden z meczów założył nawet za duże buty, pożyczone od Busquetsa, więc przewracał się o własne nogi. Za transferami Mathieu i Vermaelena stał Andoni Zubizarreta, co miało być dowodem, że jest najgorszym dyrektorem sportowym na świecie.

Odgłos westchnienia ulgi rozległ się na Camp Nou, gdy po styczniowym kryzysie w klubie stracił posadę. Już wtedy lista jego pomyłek redukowała się do Vermaelena, Mathieu coś tam wznosił do zespołu, choć zbitka meczów z Realem i Celtą, w których zdobył gole, miała dopiero nadejść.

Gehenna Vermaelena trwała. Głupio wyglądało, gdy po operacji pojawił się na boisku w meczu z Deportivo - Barcelona świętowała akurat tytuł mistrzowski. Do potrójnej korony ręki nie przyłożył, choć w ten jeden sezon zapisał w CV więcej niż przez dekadę w Arsenalu i Ajaksie. Zaraz po tym prasa hiszpańska puściła kaczkę, że klub z Camp Nou będzie musiał za niego dopłacić, bo osiągnął sukces. To miało pokazać jak skrajnie umowa z Arsenalem była absurdalna.

Nagle okazało się, że nawet po trzydziestce coś jednak Barcelonie Belg może dać. W meczach z Athletic i Malagą pomógł zagrać na zero z tyłu. W dodatku zdobył zwycięską bramkę w tym drugim pojedynku na Camp Nou, gdzie nie bardzo wiedział jak się cieszyć. W ubiegłym, historycznym sezonie Barca w starciach z Malagą wywalczyła punkt. Teraz ma trzy, dzięki Vermaelenowi, który wbiegł w pole karne, widząc męki tridente Messi, Neymar, Suarez.

- Znaliśmy jego klasę, gdy go kupowaliśmy - skomentował buńczucznie Luis Enrique. Może odetchnąć, bo przecież Zubizarreta zabiegał o tych, których wskazał mu trener. Mógł się lepiej targować? Mógł. Dziś „pośmiertnie” należy mu się słowo rehabilitacji. Tak jak Vermaelenowi.

Oczywiście nie mecze z Athletic i Malagą zdecydują o tym, czy Belg Barcy się przyda. Po przerwie na reprezentacje, Katalończycy jadą na Vicente Calderon. Tam czeka rywal europejskiej klasy. Jeśli Vermaelen egzamin zda, jego nazwisko będzie można skreślać z listy kandydatów na najśmieszniejszy transfer do klubu z Camp Nou. Taką barcelońską odpowiedź na Jonathana Woodgate'a w Realu Madryt.

piątek, 28 sierpnia 2015

Kłopoty, które napotykają nowi bogacze w drodze na europejski szczyt są fascynujące. W tym czasie, gdy PSG i MCity szastały kasą, skromne finansowo Borussia Dortmund i Atletico Madryt grały w finale Ligi Mistrzów.

Jeśli za Kevina de Bruyne’a, tego samego, który nie przebił się w Chelsea, Manchester City da 80 mln euro to znaczy, że bogate kluby nie mają kogo kupować. Belg to bardzo dobry skrzydłowy, ale cena z kosmosu nie uczyni go ani Neymarem, ani Andresem Iniestą. Przykład City pokazuje, że nawet dysponując nieograniczonymi środkami, trudno stworzyć piłkarskiego kolosa. To Bayern, czy Barcelona, które dużą część ze swoich gwiazd wychowały, wciąż stoją w hierarchii znacznie wyżej.

W siedem lat budowy potęgi klubu z Etihad, którego pierwszą wielką gwiazdą miał być Robinho sprowadzony latem 2008 roku za rekordową na Wyspach kwotę 32,5 mln funtów, nie stworzono imperium. City wydawało dużo: trafiły jej się futbolowe perełki jak Yaya Toure, Kun Aguero, czy David Silva. Reszta to jednak gracze na najwyższym poziomie przeciętni. Jeśli De Bruyne wart jest 80 mln, to 100 mln za Thomasa Muellera z Bayernu wydaje się niewiele.

Nawet trójka najwybitniejszych do City raczej by nie przyszła, gdyby nie pozwoliły na to Barcelona i Real. Toure odszedł z Camp Nou, bo przegrywał rywalizację z Sergio Busquetsem. David Silva nie trafił do Realu, bo Jose Mourinho wolał trzy razy tańszego Mesuta Oezila. Aguero wylądowałby na Santiago Bernabeu, gdyby nie fakt, że Atletico woli wysłać swojego piłkarza do piekła. Barcelona w 2011 roku Aguero nie potrzebowała, miała Villę i trio MVP podbijające Europę.

A może jest po prostu na rynku za mało wybitnych piłkarzy? Od 2008 roku, czyli przez 7 lat Złotą Piłkę wygrywa zaledwie dwóch. Zupełnie realne jest, że Leo Messi i Cristiano Ronaldo zaliczą co najmniej dekadę dominacji. W tym roku Argentyńczyk wygra po raz piąty, inne rozstrzygnięcie wydaje się niemożliwe, skoro w plebiscycie UEFA zdobył aż 49 głosów na 54 możliwe. Nikt wcześniej nie wygrał tej nagrody z tak przygniatającą przewagą, drugi w klasyfikacji Luis Suarez otrzymał trzy głosy.

Messi jest fenomenem - to prawda, tak jak Ronaldo, który w tak wyśrubowanej konkurencji, przy takim naporze młodych, wciąż bije strzeleckie rekordy. Obaj przerośli swoją epokę, spełniły się przepowiednie tych, którzy w 2009 roku wieszczyli, iż stratosferyczny transfer Portugalczyka za 96 mln euro okaże się kiedyś tani.

Lawinowy wzrost cen za obiecujących, ale wciąż przeciętnych piłkarzy pokazuje, że światowy futbol przeżywa stagnację. City i PSG potrafiły wygrać wyścig z największymi o pojedynczych piłkarzy. Barca chciała tak Thiago Silvę, jak Davida Luiza, obu brazylijskich stoperów z Paryża, co nie znaczy, że wynieśli oni PSG na najwyższy poziom. Ostatnie starcie z Katalończykami w ćwierćfinale LM pokazało, że bogacz ze stolicy Francji to wciąż na najwyższej europejskiej półce tylko średniak. Bilans dwumeczu 1:5 to różnica ogromna. Tak jak w starciach z City, ono od dwóch lat w 1/8 finału LM boleśnie odbija się od Barcelony.

Kłopoty, które napotykają nowi bogacze w drodze na szczyt są fascynujące. W tym czasie, gdy PSG i City szastały kasą, znacznie skromniejsze finansowo Borussia Dortmund i Atletico Madryt docierały do finału Ligi Mistrzów. Do tej grupy można dorzucić także Juventus, który korzystał z wielkiej marki sprowadzając świetnych graczy, ale robił to właściwie za bezcen. Carlos Tevez zaliczył może swój najlepszy okres w europejskiej piłce właśnie wtedy, gdy zniecierpliwione trudnym charakterem Argentyńczyka City oddało go do Turynu za 9 mln.

Bogacze wydają pochopnie dziesiątki milionów i popełniają błędy. Jak City, które bez żalu oddało Jerome Boatenga do Bayernu, gdzie Niemiec wygrał Ligę Mistrzów będąc podporą drużyny. W Manchesterze ktoś ocenił, że do Vincenta Kompany’ego Boateng się nawet nie umywa. Niemiec zagrał temu komuś na nosie.

Luis Suarez nie wygrałby Ligi Mistrzów z Liverpoolem, ale dodany do Messiego i Neymara okazał się brakującym ogniwem Barcelony. Tak jak w 2011 roku David Villa, tak jak w 2009 Thierry Henry, choć Francuz trafił na Camp Nou dwa lata przed wygraniem Ligi Mistrzów.

Dlaczego przed rokiem City nie kupiło na przykład Ivana Rakitica, miałby za 18 mln pomocnika europejskiej klasy. Tak Chorwat wygląda dziś w Barcelonie. Czy wyglądałby identycznie, gdyby angielski bogacz jednak go zatrudnił? Może jest tak dobry ze względu na grę u boku Messiego i Iniesty?

Budowa wielkiej drużyny jest zjawiskiem, może dlatego tak fascynuje. Proste dodawanie nie wystarczy. Potrzeba wizji jaką miał w Dortmundzie Juergen Klopp, lub w Madrycie Diego Simeone.

Ale są przykłady dla nowych bogatych krzepiące. Przed dekadą Jose Mourinho stworzył w Chelsea wielką drużynę za pieniądze Romana Abramowicza. W szczycie ta drużyna nigdy nie wstąpiła na europejski szczyt. Udało się to wtedy, gdy Drogba, Cole, Lampard - prowadzeni przez tymczasowego trenera (Roberto Di Matteo), zbliżali się do emerytury.

czwartek, 27 sierpnia 2015

Dzisiejsza gala w Monaco będzie hołdem dla klubu z Katalonii, który w dekadę wyleczył głęboki kompleks Pucharu Europy.

Leo Messi odbierze pewnie nagrodę dla gracza sezonu według UEFA. Rywalami są Luis Suarez i Cristiano Ronaldo, mimo wszystko ich szanse wydają się mniejsze. Gol Argentyńczyka w akcji gdy wkręcił w ziemię Boatenga i przerzucił piłkę nad Neuerem w starciu z Bayernem, uznano za bramkę nr 1.

Marc Andre Ter Stegen dostał nagrodę za najlepszą paradę. Robert Lewandowski jeszcze raz „zaszkodził” Manuelowi Neuerowi, tak jak wtedy, gdy w głosowaniu kapitanów plebiscytu Złota Piłka 2014 na pierwszym miejscu umieścił Cristiano Ronaldo. Tym razem strzał Polaka w meczu Bayern - Barcelona w półfinale Champions League zdecydował, że bramkarz klubu z Katalonii (dzięki swojej interwencji) wyprzedził rodaka z Bayernu.

To wszystko rozważania bieżące - dotyczące ostatnich 12 miesięcy. Jeśli chodzi o przyszłość broniący tytułu Katalończycy mogą dostać w nagrodę od losu grupę śmierci: Barcelona, MC (lub MU), Roma, Wolfsburg. Ale może być znacznie łatwiej: Barca, Porto, Szachtar i Astana.

Hołd dla Barcelony ma jednak polegać na uhonorowaniu klubu za piąty w historii Puchar Europy. W klasyfikacji wszech czasów Katalończycy wskoczyli na podium, wyprzedza ich już tylko Real (10) i Milan (7). Barca dogoniła Bayern i Liverpool, czyli kluby, które były potęgami w najważniejszych klubowych rozgrywkach zanim ona wygrała je po raz pierwszy w 1992 roku. Bawarczycy mieli wtedy trzy, „The Reds” cztery triumfy. Puchar Europy był wielkim kompleksem Barcelony, choć wygrywała nieistniejący już Puchar Zdobywców Pucharów i protoplastę Ligi Europejskiej - Puchar Miast Targowych.

Co to było za wydarzenie w całym regionie, gdy Dream Team po finale z Sampdorią przełamał klątwę trofeum dla mistrzów. Niezbyt dobrze wspominany dziś prezes Jose Luis Nunez, który klubem rządził aż 22 lata wyznał: „Teraz mogę umrzeć w spokoju”. Podczas specjalnej mszy w katedrze Puchar Europy stanął jako ofiara na ołtarzu patronki miasta, z wyjaśnieniem, a właściwie przeprosinami, że czekała tak długo. Ambicje Katalończyków zawsze były gigantyczne, tymczasem do 1992 roku Barcelona nie miała podstaw, by swojemu największemu rywalowi patrzeć w oczy. Co prawda Real ostatnie trofeum zdobył w 1966, a mijało wtedy 26 lat. To był czas, gdy w rywalizacji klubowej Hiszpanów wyprzedzali Anglicy, Niemcy, Holendrzy i Włosi.

Trofeum przywiezione z Wembley było przełamaniem złej passy nie tylko Barcy, ale całej ligi hiszpańskiej, choć jak wiemy Katalończycy czują się obcymi we własnym kraju. Kiedy Real wygrywał Ligę Mistrzów w 1998 roku po finale z faworyzowanym Juventusem Zidnedine’a Zidane’a, prasa komentowała, że kolos lat 50-tych zmartwychwstał po 32 latach. I natychmiast dodawała, że szczególnie bolesny dla „Królewskich” był właśnie 1992 rok, gdy w rozgrywkach, które uważali za swoje, musieli cierpieć triumf największego z rywali.

Gdyby rywalizację o Puchar Europy zredukować na chwilę do wyścigu Barcy i Realu, wypada przypomnieć, że to właśnie Katalończycy byli tymi, którzy w listopadzie 1960 roku przełamali ponad 5 lat hegemonii „Królewskich”. Aż 16 wcześniejszych przeciwników Realu w tych rozgrywkach poległo - klub Santiago Bernabeu mógł zdawać się nie do pobicia. Pobiła go Barcelona, choć niektóre źródła twierdzą, że z dużą pomocą sędziów. Dla Katalończyków nie oznaczało to rozpoczęcia własnej ery - w finale przegrali z Benficą. Na następny czekali ćwierć wieku, by znowu przegrać ze Steauą Bukareszt nie oddając ani jednego skutecznego strzału w rozstrzygającej serii jedenastek.

Można się było nabawić kompleksów. Dlatego triumf Dream Teamu był tak przełomowy, nie zmienił tego finał z 1994 roku z Aten przegrany z Milanem 0:4. Zbliżał się czas, gdy hiszpańskie kluby miały zdominować najważniejsze rozgrywki. Mimo iż na skutek wprowadzenia fazy grupowej: prestiż, skala trudności i stawka rozgrywek stale rosły.

Od 1998 roku Real i Barcelona wygrały Ligę Mistrzów po cztery razy. Katalończycy osiągnęli szczyt w ostatniej dekadzie. Kiedyś każdy zespół porównywano do Dream Teamu, dziś nie ma to najmniejszego sensu. Cztery ostatnie trofea zdobyło trzech trenerów: Frank Rijkaard, Pep Guardiola i Luis Enrique.

Trzy różne ery? A może ta sama, łączy je przecież nazwisko obecnego kapitana Andresa Iniesty. Grał we wszystkich czterech wygranych finałach, a przecież Leo Messi i Xavi Hernandez stracili ten z 2006 roku wyłącznie przez kontuzje. To trio geniuszy definiuje najlepszą drużynę XXI wieku.

Dziś zostało dwóch: Messi i Iniesta. Obaj polecieli do Monaco patrzeć jak futbol europejski składa hołd ich klubowi.

wtorek, 25 sierpnia 2015

Jeden gol w sześciu meczach, czyli w 405 minut spędzonych na boisku - dziennik „Marca” alarmuje, że madrycka maszyna do perforowania siatki rywali zacięła się z całkiem ludzkich przyczyn.

Remis w Gijon, na starcie sezonu La Liga wywołał w Madrycie pomruk niezadowolenia. To naturalne, że wysokonakładowy, sportowy dziennik, który codziennie tematami związanymi z Realem musi zapełnić kilka, nawet kilkanaście stron, podjął temat. Dlaczego? Dlaczego drużyna warta 761,5 mln euro nie potrafiła zmóc beniaminka, którego ten sam portal transfermarkt wycenia na zaledwie 34 mln? Kto widział mecz, ten wie: dla wielu graczy Sportingu to był pierwszy w życiu występ w Primera Division, walczyli więc jakby w poniedziałek miał nastać koniec świata.

Nie wszystkich to wyjaśnienie zadowala. I trudno się dziwić. W pięciu z dziewięciu spotkań, licząc sparingi w czasie przygotowania do sezonu, Real nie zdobył bramki. Te fakty padają na podatny grunt, „Królewscy” mają przecież nowego trenera. Rafa Benitez, słusznie, lub nie posądzany jest o to, iż w głowie zamiast boiska z zieloną murawą, ma szachownicę.

Jeśli Real nie zdobywa bramek, to oczywiste jest, że trzeba wziąć pod lupę Cristiano Ronaldo. Czyli aktualnego posiadacza Złotej Piłki i Złotego Buta. W 301 meczach w barwach Realu zdobył 314 bramek! To wręcz monstrualna liczba. Od kogoś takiego oczekuje się skutecznego strzału częściej niż raz na 90 minut, a nie raz na 405.

Oczywiście Benitez zmienia to co zastał. Ma przecież zaspokoić żądania Garetha Bale’a, któremu u Carlo Ancelottiego obrzydła do szczętu rola prawoskrzydłowego. Lewe skrzydło jest zajęte przez Ronaldo, Portugalczyk nie chciał zagrać z Gijon w środku ataku. Nie czuje się klasyczną dziewiątką, woli wbiegać w pole karne, niż grać tyłem do bramki i przepychać się w tłoku.

A więc dla Walijczyka pozostała pozycja media punta, czyli zawodnika operującego w środku za napastnikiem. Dotąd wydawało się, że do tej roli stworzeni są piłkarze tacy jak James Rodriguez, czy Isco, u których technika przewyższa walory atletyczne. Bale do gry potrzebuje przestrzeni, rywal taki jak Gijon rzadko ją zostawia, bo głównie się broni. Czy Walijczyk jest w stanie zmienić się w króla asyst? To właśnie on powinien dogrywać piłkę Ronaldo, a jak wiadomo ich współpraca w ubiegłym sezonie nie układała się doskonale. Kiedy Bale przybywał do Madrytu, chciał uczyć się u boku piłkarza, którego uważał za numer 1 na świecie. Coś poszło nie tak. Albo Gareth za wiele żąda dla siebie, albo obdarzony wyjątkowego rozmiaru ego Cristiano nie umie się podzielić?

Kolejnym argumentem jest kontuzja Karima Benzemy. To jest akurat ten piłkarz, z którym relacje Ronaldo układają się najlepiej. Powrót Francuza może pomóc Portugalczykowi, ta dwójka wyczuwa się w polu karnym telepatycznie.

„Marca” twierdzi, że przyczyny kłopotów zawarte są w trójkącie: Benitez, Ronaldo, Bale. Nowy trener ma podkreślać, zwiększać znaczenie Walijczyka, by kiedyś był w stanie zastąpić 30-letniego supergwiazdora. Logiczne, że Ronaldo nie musi się to podobać. Wystarczy przypomnieć jak gracze Realu, na czele z Portugalczykiem opłakiwali zwolnienie Ancelottiego, by wyobrazić sobie, że jego następca nie będzie miał łatwego startu. „Marca” cytuje anonimowego piłkarza „Królewskich”, który mówi, że relacje trenera z największą gwiazdą są letnie.

Wszystko to wygląda logicznie, choć przez to, nie staje się jeszcze prawdą. W wielkim klubie, kiedy wynik jest zły, choćby w jednym meczu, budzą się demony. Jest jeszcze jeden argument, którego „Marca” nie przytacza, że zbliżający się do 31. roku życia piłkarz nie musi zdobywać co sezon ponad 60 goli.

Prawdopodobnie te problemy będą powracały cały rok. W zależności od wyników Realu. Mecz trwa 90 minut, ale tematów do dyskusji musi dostarczyć na co najmniej tydzień. A potem jest następny mecz i nowa historia.

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Było bardziej prawdopodobne, że Barca zgubi punkty w Bilbao, niż Real w Gijon. A jednak stało się odwrotnie. Zaledwie 8 goli w 9 meczach pierwszej kolejki La Liga, Ronaldo i Messi nie strzelili.

Hat-trick w Gijon sprawiłby, że Ronaldo sięgnąłby liczby 228 ligowych goli, czyli wyczynu Raula Gonzaleza. Tak, czy siak złamie tę granicę, choć maszyna do zdobywania bramek w starciu ze Sportingiem na chwilę zamilkła. Dziennik „Marca” dostrzegł w tym nieudanym starcie pewną regułę – pod wodzą Rafy Beniteza w dziewięciu potyczkach Real zaliczył pięć bezbramkowych remisów. Do wczoraj nie było to problemem. Od wczoraj w Madrycie proszą o cierpliwość. Czyli jak zwykle.

Mecz z Gijon był trudny, rywal walczył jak lew. Trener Abelardo makazał swoim graczom, z których wielu debiutowało w Primera Division, by potraktowali ten mecz jak święto. I było to święto całego miasta. Sporting bliższy był nawet gola, po główce Sanabrii w 35. minucie piłka odbiła się od poprzeczki i spadła na linię – dyskusje: przed nią, czy za nią trwają.

Real dominował w drugiej połowie bezdyskusyjnie - Ronaldo oddał 10 strzałów, prawie dwa razy tyle, co cała drużyna gospodarzy (6). "Królewscy" zaprezentowali bardzo długą ławkę rezerwowych. Na boisko weszli Carvajal, Kovacic i James (gracze za grubo ponad 100 mln), Benitez nie skorzystał z Pepe i Casemiro. Rezerwy Barcelony w Bilbao wyglądały znacznie mniej imponująco: Camara, Ter Stegen, Munir, Gumbau, Bartra, Sandro, Sergi Roberto. W dodatku Thomas Vermaelen zagrał w podstawowym składzie tworząc z Mascherano bardzo eksperymentalną parę środkowych obrońców.

Plaga urazów i kar na początku sezonu nie złamała obrońcy trofeum. Graczy Luisa Enrique motywowała klęska 0:4 poniesiona w tym samym miejscu w Superpucharze Hiszpanii. Piłkarze Barcy walczyli, nie próbowali przechytrzyć rywala, ale włożyli w mecz jeszcze więcej sił. Leo Messi przestrzelił karnego i choć miał przebłyski geniuszu biegał mało (jak zwykle), reszta musiała walczyć za niego, co znów się opłaciło.

To już 14. jedenastka nie wykorzystana przez Argentyńczyka w barwach Barcelony (22 proc). Ronaldo pudłuje w 11 proc takich przypadków. Mimo wszystko oczywiste jest dla piłkarzy Luisa Enrique, że Messiemu należy się prawo do gry na jego warunkach. Mówił o tym Ivan Rakitic, gdy dziennikarz El Pais pokazał mu statystyki kilometrów przebiegniętych przez Argentyńczyka podczas gry. Stąd bierze się niesamowity rekord: Messi zagrał wczoraj 36. kolejny mecz od pierwszej do ostatniej minuty.

Trener Barcy był zachwycony, że drużyna wskoczyła od razu na tak wysoki poziom. Zwycięstwo w Bilbao to duża sprawa, w La Liga niewiele jest miejsc tak niegościnnych jak San Mames. Messi nie zdominował gry Barcelony, można było dostrzec ile dobrego robią Sergio Busquets, Javier Mascherano, Rakitic, albo Iniesta. Argentyńczyk ma z nimi dobre życie na boisku i najczęściej to odwzajemnia.

Objawieniem spotkania był niespodziewanie Sergi Roberto. Jeszcze w ubiegłym sezonie piłkarz drugiej linii, w którym Luis Enrique dostrzegł bocznego obrońcę. Zmienił kontuzjowanego Daniego Alvesa i wypadł świetnie. Fani Barcy żartują, że gdyby nazywał się Robertinho trzeba by za niego dać ze 30 mln euro. Szybki, dobry technicznie, waleczny, odpowiedzialny. Może z braku wolnych miejsc w pomocy Barcelony odnalazł swoje właściwe miejsce na boisku?

Lista kontuzjowanych w klubie z Katalonii wzrosła (Busquets, Alves). Jeśli tak dalej pójdzie, zabraknie wysoko wykwalifikowanych nóg do roboty. Realowi to nie grozi, „Królewscy” martwią się co zrobić z Lucasem Silvą, czy Asierem Illarramendim. Benitez nie widzi dla nich miejsca w kadrze. Jedno trzeba mu oddać, w ulubionym ustawieniu 4-2-3-1 rolę piwotów powierzył Kroosowi i Modricowi, co znaczy, że Real będzie próbował grać zwrócony twarzą do bramki przeciwnika. Początek nie był obiecujący, ale nie ma powodów do paniki.

W dziewięciu meczach pierwszej kolejki La Liga padło osiem bramek (tyle, ile czasem zdobywali Ronaldo z Messim). Aż trzy gole podarowali kibicom piłkarze Levante i Celty, reszta zaliczyła katastrofalną średnią. Nowa Sevilla i nowa Valencia bramek jeszcze nie zdobyły. Atletico wygrało z Las Palmas 1:0 po golu Griezmanna i też olśniewającego wrażenia nie zrobiło. Wnioski z pierwszej kolejki są takie, że Barca, która wcześniej rozpoczęła sezon, jest krok przed wszystkimi.

sobota, 22 sierpnia 2015

Rusza najlepsza liga świata, choć tak źle zarządzana, wciąż niedościgniona na boisku. Kto się wedrze między Real i Barcelonę, albo między Leo Messiego i Cristiano Ronaldo?

Czy liga hiszpańska jest rzeczywiście numerem 1?

Patrząc na rankingi i wyniki w europejskich pucharach nie ma co do tego cienia wątpliwości. Współczynnik UEFA (84,427) wypracowany przez kluby Primera Division jest aż o 18,7 wyższy od Bundesligi i o ponad 20 dystansuje Anglię. W ostatniej dekadzie kluby hiszpańskie wygrywały Ligę Mistrzów pięć razy, Ligę Europy nawet sześciokrotnie. Bywały finały bratobójcze: w 2014 Real – Atletico w Lidze Mistrzów; a w 2007 Sevilla - Espanol oraz 2012 Atletico - Athletic w Lidze Europy.

W ostatnich dwóch sezonach podważony został nawet argument o skandalicznej dysproporcji sił. Czy Primera Division jest wciąż tylko ligą dwojga? Przed rokiem wygrało ją Atletico, w minionym sezonie poziom, energetyczność i zaciętość wyścigu po tytuł mistrza Hiszpanii przewyższył wszystkie największe ligi razem wzięte. Gdy w Anglii Chelsea maszerowała niezagrożona, jak Bayern w Niemczech i Juventus we Włoszech, Barcelona i Real zmuszone były wspinać się na palce w każdej kolejce.

Oczywiście liga hiszpańska ma swoje wady w myśl zasady, że grają w niej geniusze, a zarządzają nią idioci. Relacje miedzy szefami hiszpańskiej federacji i zarządem Primera Division wyglądają jak w Polsce w czasach Mariana Dziurowicza. Efekt wojny na górze jest opłakany, promocja leży. Za prawa do transmisji meczów ligi hiszpańskiej nie sposób uzyskać nawet połowy tej kwoty, którą dostaje Premier League. Mimo że po wielkich bólach podjęto w końcu decyzję, że prawa będą sprzedawane w całości, a nie każdy sobie, jak w feudalizmie. Szefowie Barcy i Realu długo nie chcieli zaakceptować zasady, którą zrozumiano w Bayernie, czy Manchesterze, że aby rozgrywki były ciekawe, trzeba mieć solidnych rywali. Zadbać o nich, a nie tylko łupić z najlepszych graczy.

Bilety na mecze w pogrążonej w kryzysie Hiszpanii są absurdalnie drogie, nie tylko w Madrycie i Barcelonie, więc niektóre stadiony zieją bolesną pustką. A kluby balansują na krawędzi bankructwa, co jest efektem lat życia ponad stan. Afera korupcyjna? Póki co, odkryto tylko wierzchołek góry lodowej. Stąd zwolennicy ligi angielskiej, czy niemieckiej mogą spać spokojnie. Pod względem organizacyjnym, a także atmosfery na stadionach Primera Division nie dorasta im do pięt. A to atuty ogromne.

Potencjał sportowy ma jednak La Liga przebogaty, na co wpływają dwa czynniki. Po pierwsze znakomita praca z młodzieżą w Hiszpanii, średni piłkarz z półwyspu Iberyjskiego jest wirtuozem przy topornym Angliku. Poza tym Hiszpania to wciąż najłatwiejszy kierunek pracy dla tabunów graczy z Ameryki Łacińskiej, gdzie geniusze rodzą się na kamieniu. Tyle, że jak tak dalej pójdzie i przepływ graczy z biedniejszej Primera Division do bogatszej Premier League będzie narastał, poziomy mogą się wyrównywać ze szkodą dla Hiszpanów.

Nadzieja w Atletico

Kiedy 23 grudnia 2011 roku Diego Pablo Simeone, jeszcze wtedy trener niewiadomej klasy, podpisywał kontakt na Vicente Calderon wydawało się, że przeminie jak inni - niezauważony. Trudno było o klub z gorszą reputacją nie tylko w Hiszpanii, ale w całej Europie. Co prawda czasy Jesusa Gila, który wyrzucał trzech trenerów w sezonie minęły dawno, ale Atletico wciąż tonęło w długach, wciąż przypominało okręt rozchwiany na falach, w którym zdesperowani pasażerowie walczą zaciekle o miejsce przy sterze ku wspólnej zgubie. To, co się stało za sprawą Argentyńczyka ociera się o cud. Ze zgrai futbolowych rozbitków stworzył grupę komandosów do zadań ekstremalnych.

Sukces pozwolił zmniejszyć zadłużenie, znaleźć nowych inwestorów, poprawić sytuację na tyle, że tego lata Atletico mogło wydać na transfery więcej niż Real i Barcelona. Sezon 2013-14, gdy klub z Vicente Calderon zdobył tytuł mistrzowski i awansował do finału Champions League był najlepszy w jego historii. Po nim musiał nastąpić mały krok wstecz, bo krok do przodu był właściwie mission impossible. Latem Simeone dokonał w składzie rewolucji (Martinez, Carrasco, Vietto). Dodając do tego Griezmanna, czy Koke można zaryzykować tezę, że suma talentu w kadrze Atletico nigdy nie była wyższa.

Argentyński trener ma argumenty nawet dla tych, którzy zarzucali mu, że hołubi antyfutbol. Ale on odpowiada, że esencja drużyny, jej charakter nie ulegną zmianie. W nowym sezonie Atletico wciąż będzie szło na wojnę, tylko z lepszymi argumentami. Nie chcę powielać romantycznych, ale ryzykownych teorii o bohaterze, który zmienia świat w pojedynkę. Rola Simeone jest nie do przecenienia, on jest liderem, twarzą projektu, ale znalazł sprzymierzeńców. Wśród piłkarzy, szefów klubu i kibiców.

Ale ta historia ma drugie dno, może istotniejsze niż kilka wygranych meczów. Nie chodzi wyłącznie o to, że Simeone odniósł sukces, odbudował nadzieje rzesz kibiców z Calderon, którzy przez lata byli skazani na skandale, awantury i klęski. On pokazał, udowodnił, że Barcelona i Real nie są parą nietykalnych bogów patrzących na resztę z Olimpu. Kiedy się zaciśnie zęby i haruje, nawet najbogatszym i największym można postawić własne warunki.

Finał Ligi Mistrzów w Lizbonie Atletico jeszcze przegrało. Minimalnie, ale jednak. Dziś fani Realu, którzy przez 14 lat wywieszali transparenty: „Szukamy godnych rywali do derbów Madrytu”, przed wyjazdem na Vicente Calderon wznoszą modły do patronki miasta Virgen de la Almudena. Ostatnio traktuje ona jednak swoje dzieci jednakowo. Z ośmiu derbowych starć minionego sezonu Atletico przegrało raz, wygrało cztery.

Naśladowcy

W ślady Atletico mają szansę pójść Valencia, Sevilla i Athletic – chyba właśnie w takiej kolejności. Kiedy byłym dwa lata temu w Hiszpanii, nowe Estadio Mestalla wciąż przypominało porzuconą stację kosmiczną, gdzieś w innej galaktyce. Pustka, bezruch i kurz unoszący się nad wszystkim. Pogrążona w długach Valencia płaciła za rzucie ponad stan. Ale miasto wydało mi się tak samo zwariowane na punkcie piłki jak Madryt i Barcelona. Ci, którzy kochają Valencię uważali, że władze powinny pomóc. Fani Levante, lub Villarreal twierdzili z kolei, że stawianie na nogi klubu z pieniędzy publicznych jest przestępstwem.

Dziś Valencia ma nowych właścicieli i nowe nadzieje. Singapurczyk Peter Lim kupił 70 proc akcji, rok pracy jego i portugalskiego trenera Nuno, odbudowały nadzieję na Ligę Mistrzów. W pierwszym meczu kwalifikacji Valencia pokonała 3:1 ćwierćfinalistę sprzed roku – Monaco. Tyle, że bliskim współpracownikiem Lima jest Jorge Mendes najbardziej wpływowy agent w futbolu. Jego graczy Lim sprowadza do Valencii przede wszystkim. Zbudują sukces sportowy i finansowy klubu, czy tylko zapełnią własne konta?

W 2000 i 2001 roku Valencia grała w finałach Ligi Mistrzów przegrywając z Realem i na karne z Bayernem. Do dziś wzdycham za drużyną Hectora Cupera z Anglomą, Carbonim, Ayalą, Claudio Lopezem, Mendietą, Barają, Albeldą i Aimarem. Była chyba jeszcze większym fenomenem niż dzisiejsze Atletico. Broniła po włosku, atakowała po hiszpańsku – czysta perfekcja. Real, Barcelona i reprezentacja Hiszpanii czerpały z niej wzorce. Pamiętam do dziś jak selekcjoner związany z „Królewskimi” Jose Antonio Camacho ogłaszał: „Chcemy bronić jak Valencia”. Może by się i udało na mundialu w Korei i Japonii, gdyby w ćwierćfinale gospodarzy nie „obronili” sędziowie. Dwa anulowane gole w meczu z Koreą i Hiszpania pożegnała mistrzostwa grając jak nigdy, przegrywając jak zawsze.

Sevilla ma chyba mniejszy potencjał od Valencii, ale w ostatnim sezonie dotrzymywała jej kroku. Oba zespoły raczej się latem osłabiły niż wzmocniły. Klub Grzegorza Krychowiaka stracił Baccę i Vidala, zyskał Immobile, Konoplankę i wypożyczonego w ostatniej chwili z Juve Fernando Llorente. Valencia zmuszona była puścić stopera Otamendiego do City za 45 mln euro. Jaki będzie bilans tych zmian? Szczytem marzeń wydaje się gra o trzecie miejsce. Chyba, że Atletico znów zagra o pierwsze.

Athletic Bilbao, czyli największe kuriozum europejskiej piłki, doczekało wreszcie trofeum po 31 latach. Kiedyś było pierwszą potęgą piłki hiszpańskiej, ale polityka zatrudniania wyłącznie Basków sprawia, że w globalnej wiosce futbolowej przebić się trudno. Dwa i pół roku temu w starciach pod okiem Marcelo Bielsy Athletic przypomniało o sobie całemu światu. Pobiło Manchester United w Lidze Europy w stylu zapierającym dech w piersiach. W finale Bielsę przechytrzył Simeone, potem zaczęły się problemy z Javim Martinezem i Fernando Llorente. Obaj postanowili odejść do Bayernu i Juventusu, rozbili jedność szatni na długi czas. Co nie znaczy, że nie mieli prawa do rozwoju i wyższych pensji.

Znajomy filozof hiszpański przekonywał mnie kiedyś, że w dobie jednoczącej się Europy, wolnego przepływu pracowników projekt Athletic stawiający swoich ponad innych pachnie mu rasizmem i ksenofobią. Mimo wszystko wielu kibiców widzi w tym coś romantycznego. Wszyscy wokół kupują bez ograniczeń, Athletic idzie własną drogą. Trudniejszą bez wątpienia.

Po wygraniu Superpucharu Hiszpanii bohater dwumeczu z Barceloną Aritz Aduriz podkreślał tę wyjątkowość Athletic. Nie było tradycyjnego przejazdu barką, wciąż stoi zacumowana w muzeum morskim w Bilbao. Na niej świętowano ostatnie sukcesy klubu w latach 80-tych, teraz nie było czasu, w czwartek Athletic grało na Słowacji kwalifikacje do Ligi Europy.

Ciekawe jest jednak zestawienie Barcelony z Athletic – obaj finaliści Superpucharu są przecież symbolami najbardziej separatystycznych regionów w Hiszpanii. Barca przez lata stała transferami wielkich, zagranicznych gwiazd: Kubala, Cruyff, Maradona, Romario, Ronaldo, Rivaldo, Ronaldinho. I w rywalizacji o Puchar Europy znaczyła mało aż do 1992 roku. Wielki kompleks wyleczył Cruyff, jako trener. Kazał postawić na szkolenie, a gdy La Masia zaczęła wypuszczać w świat wybitnych wychowanków, kataloński klub zdominował najważniejsze klubowe rozgrywki wygrywając je cztery razy w ostatniej dekadzie. Może jednak w piłce powinna istnieć równowaga między tym co własne i importowane? Athletic też słynie ze szkolenia na całą Hiszpanię.

Co kocha Krychowiak?

Jest pierwszym Polakiem od czasów Jana Urbana, który wziął Primera Division szturmem. W dodatku zdobywa mało goli, gra na pozycji mniej medialnej. Tylko z pozoru jednak. Krychowiak jest ulubieńcem hiszpańskich mediów z natury skłonnych do przesady (w każdą stronę). Polaka porwała fala wznosząca, oby potrafił ją wykorzystać maksymalnie. Ciężko na to pracował, by dostrzeżono w nim supermana. Niech nas to cieszy, zbyt wielu polskich piłkarzy traktowano w europejskich klubach jak pogubione sieroty. Mamy piłkarskiego King Konga, to się tym dobrze bawmy. Nawet gdyby napuszone komplementy Hiszpanów śmieszyły samego Krychowiaka.

Gdy pomocnik Sevilli biegał za piłką w Orle Mrzeżyno, lub Żakach 94 Kołobrzeg wcale nie marzył o słońcu Hiszpanii. Raczej o pochmurnym Liverpoolu. Jego wzorem jest Steven Gerrard, który w 2005 roku razem z Jerzym Dudkiem zdobył Puchar Europy. Gdy rozmawia się z Krychowiakiem dzisiaj, trudno nie wyczuć, że sentyment, wręcz fascynacja ligą angielską pozostała. Pewnie tam poszuka kolejnego miejsca pracy, gdy skończy misję Sevilla. Dziś Polak dorasta do Liverpoolu, a klub z Anfield chciałby być nawet na miejscu Sevilli, zdobyć w ostatnich dwóch latach dwa europejskie trofea i szykować się do rywalizacji w Lidze Mistrzów. Historycznie patrząc Sevilla wciąż będzie jednak zazdrościć pięciokrotnym zdobywcom Pucharu Europy.

Czy marzenie z dzieciństwa Krychowiaka się spełni? Trudno powiedzieć, czy należy mu tego życzyć. The Reds przeżywają trudny okres. Ale atmosfera wokół Premier League wciąż fascynuje i pociąga, nie mówiąc nawet o pieniądzach. W Hiszpanii by zrobić krok do przodu Krychowiak musiałby trafić do Atletico, lub Realu. Barcelona piłkarza o takiej charakterystyce raczej nie zatrudni. A więc Anglia jest najbardziej logicznym kierunkiem.

Odkrycie?

Nie warto się rozwodzić nad gwiazdami ligi hiszpańskiej, bo te się właściwie nie zmieniają. Najwyżej na księżycowy poziom Leo Messiego i Cristiano Ronaldo wskoczą Iniesta, Bale, Neymar, Isco, Suarez, Kroos, Busquets, czy James. Czy ktoś ma jednak szansę wypłynąć z zaskoczenia? Eksplozja sprowadzonego do Atletico Jacksona Martineza, albo jego kolegi Antione’a Griezmanna też nie byłaby szokiem.

Po pretemporadzie Hiszpanie chwalą Konoplankę z Sevilli i Carrasco z Atletico. Szybcy, zwinni, nieźli technicznie, może oni będą rewelacją? A może Jese Rodriguez z Realu, który ponoć wrócił do poziomu sprzed kontuzji. Dwa lata temu rywalizował o miejsce na skrzydle z Garethem Bale, dziś ma się szarpnąć na pozycję Karima Benzemy w środku ataku. Obaj rywale wychowanka to ulubieńcy Florentino Pereza. Na Benzemę już kilku podnosiło rękę i już ich w Madrycie nie ma. Mimo tak mocno utrwalonej hierarchii gwiazd Primera Division, ciekawych wątków wciąż nie brakuje.

Trenerzy?

Do Luisa Enrique, Diego Simeone, Nuno i Emery’ego dołącza Rafa Benitez. Real Madryt to jedyny klub z czołówki ligi, który zmienił trenera. Zmiana drastyczna: romantycznego, jowialnego Ancelottiego, który dawał piłkarzom wolną rękę na boisku, zastąpiono jajogłowym Hiszpanem. Twierdzi, iż wie, gdzie przychodzi (trudno, żeby nie wiedział: w Madrycie się urodził, Real go wychował). Sugeruje, że nie odważy się powielać schematów z Valencii, Liverpoolu, Interu, Chelsea i Napoli. Rafa jest pasjonatem, opowiadał mi kolega z dziennika „Marca”, że kiedyś pozostając długo bez pracy, zgodził się trenować dzieci w szkole (oczywiście za darmo). Lubi dowodzić i rządzić. Tylko czy Ronaldo, Bale i reszta polubią te rządy? Real był mistrzem Hiszpanii raz w ostatnich siedmiu latach, mimo iż Ronaldo zdobył dla niego 225 goli w Primera Division.

piątek, 21 sierpnia 2015

Grzegorz Krychowiak to ten z polskich piłkarzy, którego akcje w ubiegłym sezonie rosły najszybciej. Czy deszcz komplementów i wyróżnień nie zahamuje jego rozwoju? Dziś Sevilla zaczyna ligę hiszpańską derbami z Malagą. Polak startuje z innego poziomu.

„Maszyna doskonała” – tytuł na okładce na tle całostronicowego zdjęcia w zbroi kosmicznego rycerza zamieścił wydawany w Sewilli dziennik „Estadio Deportivo”. I poniżej fragment wyjaśnienia: „Żadna kontuzja nie zmoże sewilskiego człowieka ze stali. W meczu z Malagą Krychowiak zagra 50. mecz dla FC Sevilla. To jest twardy gość – mówią o nim koledzy”.

Od pięciu lat „Estadio Deportivo” jest lokalnym dodatkiem do „El Mundo” drugiego co do wielkości dziennika Hiszpanii. Krychowiak zamieścił zdjęcie okładki na swoim koncie na Twitterze i opatrzył komentarzem serii twarzyczek śmiejących się i płaczących zarazem. Jakby nie wiedział: śmiać się, czy płakać? To wskazuje na dystans wobec wydumanych komplementów, którego w nowym sezonie Polak będzie potrzebował najbardziej.

To wręcz niewiarygodne jak olbrzymi krok do przodu wykonał Krychowiak od lipca 2014 roku, kiedy podpisał umowę z Sevillą. Kosztował 5,5 mln euro, co i tak dawało mu drugie miejsce wśród najdroższych polskich piłkarzy, więcej (7,5 mln) kosztował tylko Jerzy Dudek, gdy w 2001 roku przenosił się z Feyenoordu do Liverpoolu. Rzecz jasna wartość Roberta Lewandowskiego była kilkakrotnie wyższa, ale on przenosił się z Borussii Dortmund do Bayernu bez kwoty odstępnego. Nawet dla Lewandowskiego, który przyjął się w Monachium, zdobył 25 goli, wywalczył tytuł mistrza Niemiec i zagrał w półfinale Champions League, miniony sezon nie był tak dobry jak dla „Krycho”.

Futbolowa Hiszpania przyjmowała go obojętnie. Z polskich piłkarzy tylko Jan Urban podbił serca tamtejszych fanów, ale to ponad dwie dekady temu. Może jeszcze Roman Kosecki w Atletico chwilami wybijał się ponad przeciętność. Reszta przybyszów znad Wisły utonęła w szarości i kompleksach. Poza tym Krychowiak to gracz defensywny, obawiano się, że jego charakterystyka nie pasuje do ligi, gdzie nawet obrońcy najchętniej patrzą przed siebie. Jeden z asystentów Unaia Emery’ego Pablo Villa przyznał, że wszyscy spodziewali się przybycia skromnego chłopaka, nieco zagubionego w nowej rzeczywistości. Tymczasem zobaczyli piłkarza, który z marszu dawał wyłącznie pozytywne sygnały. Na treningach absolutna pewność siebie i wszystkiego, co robi. – Ma 25 lat, a myśli na boisku i gra bardziej odpowiedzialnie niż trzydziestolatek – mówi Villa. Trener Emery nie miał cienia wątpliwości, czy wystawić Krychowiaka na pierwszy mecz sezonu o Superpuchar Europy z Realem Madryt (0:2) i Polak był najlepszy w drużynie.

Dziennikarzy zaskoczył, gdy ogłosił, że za trzy miesiące będzie mówił po hiszpańsku. – Nie przyjechałem tu kopać piłki, ale żyć – mówi. – Ja jestem facet pozytywny, muszę się dobrze czuć tam, gdzie mieszkam. Chcę mieć kontakt z ludźmi, a do tego język jest niezbędny. Postępy w nauce hiszpańskiego fani Sevilli mogli śledzić na Twitterze Polaka, gdzie regularnie pisał do nich. Prosił o wsparcie w meczach, tłumaczył jak to ważne dla drużyny. Po triumfie w finale Ligi Europy w Warszawie Krychowiak udzielał wywiadów po hiszpańsku, robiąc jeszcze błędy, ale umiejąc wyrazić, co czuje.

27 maja 2015 roku to jego dzień. Na Stadionie Narodowym był tak naładowany energią, że poruszał się i reagował jak legendarny John Wayne, o tempo szybciej od rywali z Dnipro. W 48 meczach ubiegłego sezonu zdobył dla Sevilli cztery bramki, w tym tę najważniejszą, wyrównującą stan rywalizacji w finale z Ukraińcami. Dzięki niej drużyna Emery’ego odzyskała panowanie nad wydarzeniami na boisku. A komisja UEFA z Alexem Fergusonem umieściła Polaka wśród 18 najlepszych piłkarzy rozgrywek.

Jeszcze wymowniejszym wyróżnieniem był wybór do jedenastki sezonu w Primera Division we wszystkich możliwych zestawieniach: oficjalnego portalu La Liga, portalu UEFA, dziennika „Marca”, telewizji Sky Sports. A przecież za rywali na swojej pozycji miał Sergio Busquetsa z Barcelony i Toniego Kroosa z Realu Madryt, czyli graczy z najwyższej półki.

Pozycję Polaka podkreślał jego charakter wojownika, co akurat dla fanów Sevilli jest szczególnie ważne. W klubie o zdecydowanie mniejszych możliwościach finansowych niż Real, czy Barcelona, akceptuje się porażki, ale tylko wtedy, gdy piłkarze zostawiają na murawie płuca i serce.

Pod tym względem Krychowiak okazał się dla Sevilli strzałem w dziesiątkę. Można dyskutować, czy nie za często fauluje, lub notuje za wiele strat, w kwestiach czysto piłkarskich ma jeszcze duży margines na poprawę. Ale jeśli chodzi o serce do gry jest już produktem skończonym. Polak zaspokajał hiszpańskie wyobrażenie o ludziach Wschodu, których odporność na ból i wytrzymałość jest legendarna. Mit rósł jak śnieżna kula podsycany umiejętnie przez Emery’ego. Trener zdejmował Polaka z boiska tylko wtedy, gdy uraz uniemożliwiał mu poruszanie nogami. Symboliczna stała się sytuacja z meczu ligowego z Realem - Krychowiak łamie nos po zderzeniu z Sergio Ramosem, potem przed 10 minut lekarze walczą z krwotokiem, a Emery każe trwać drużynie w dziesiątkę i Sevilla traci dwa gole.

Prasa hiszpańska opisywała z zachwytem, jak to przed treningami Krychowiak haruje na siłowni, gdy jego koledzy jeszcze śpią. Każdy uraz leczył w mgnieniu oka, także ten sprzed 10 dni z meczu o Superpuchar Europy z Barceloną. Wytrwał na boisku do 120. minuty z pękniętym żebrem, by zaraz potem zawiesić na Twitterze zapewnienie, że na mecz z Malagą otwierający nowy sezon Primera Division będzie gotowy.

Dziś wartość Krychowiaka szacowana jest na 20 mln euro – prawie cztery razy tyle, ile zapłaciła Sevilla. Jej dyrektor sportowy Monchi mówi, że jeśli odejdzie, to już do klubu z najwyższej półki. Póki co udało się go zatrzymać, co Emery uznaje za sukces. Sevilla to klub, który żyje ze sprzedaży graczy, stąd musiała oddać Aleixa Vidala do Barcelony i Carlosa Baccę do Milanu (zarabiając w sumie 47 mln euro). Ich miejsce zajęli Ciro Immobile, Jewhen Konoplanka i wypozyczony w ostatniej chwili z Juve Fernando Llorente. Szczególnie Ukrainiec budzi duże nadzieje. Emery potrzebuje szerokiej i mocnej kadry – Sevilla gra też w Lidze Mistrzow.

Patrząc na niezwykły sezon, w którym drużyna z Andaluzji pobiła swój rekord liczby punktów w Primera Division (76), można zadawać sobie pytanie, czy te wszystkie peany na cześć Krychowiaka nie są trochę przesadzone? Polak będzie teraz skazany na ścieranie z własnym mitem i wykonanie kolejnego kroku do przodu może się okazać ekstremalnie trudne. Przybywał do Hiszpanii jako „Pan Nikt”, dziś jest superbohaterem, co można zrobić więcej?

Kiedyś zapytano Krychowiaka o jego związek z francuską modelką Celią Jaunat dodając, że mówi się o nich, jako o polskich Beckhamach. – Jaki kraj, tacy Beckhamowie – odpowiedział piłkarz, który w tym sezonie autoironii będzie potrzebował wyjątkowo dużo. Bo jeśli nie zachłyśnie się tym, co ma, ale wykona kolejny krok do przodu, możliwe jest wszystko. Nawet to, że doczekamy drugiego Polaka w Realu Madryt i to takiego, który będzie regularnie wybiegał na boisko.

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Trzeba wierzyć w cuda, by oczekiwać, iż bez Neymara Barcelona odrobi dziś cztery gole straty do Athletic Bilbao. Tu nie chodzi jednak o Superpuchar Hiszpanii, ale o dotarcie do granic możliwości najlepszej drużyny Europy.

„Turyści wracajcie do domów” - napisy tej treści pojawiły się w oknach barcelońskich domów. Stolicę Katalonii najechała latem tak nieprawdopodobna liczba ludzi z zewnątrz, że nawet burmistrz miasta stwierdził, iż więcej z tego strat niż korzyści. Turyści okupują zabytkowe centrum zachowując się delikatnie mówiąc bez pardonu. Miejscowi mają po dziurki w nosie wrzasku, huku i oparów moczu unoszących się z wąskich uliczek otaczających Ramblas. Trudno o bardziej turystyczne miasto w Europie niż katalońska metropolia położona nad Morzem Śródziemnym. Szukając rozrywki i słonecznego klimatu do Barcelony łatwo trafić, opuszcza się ją znacznie trudniej.

Dziś część z tych pokojowych „najeźdźców” odwiedzi stadion Camp Nou z okazji rewanżu w Superpucharze Hiszpanii. Miejscowa drużyna piłkarska stała się w ostatniej dekadzie jedną z turystycznych atrakcji regionu. Bilety na mecze można kupić nie tylko w kasach stadionu, ale na Ramblas, tam gdzie królują tłumy przyjezdnych. Muzeum FC Barcelony na Camp Nou odwiedzane jest częściej niż Sagrada Familia. To samo dotyczy zresztą muzeum Realu Madryt na Santiago Bernabeu konkurujące ze słynnym Prado.

W ogóle jedna z tajemnic siły hiszpańskiej piłki klubowej zaklęta jest w uroku tych miejsc. Jerzy Dudek opowiadał, że gdy jego rodzina raz osiadła w stolicy Hiszpanii, rękami i nogami zapierała się przed wyjazdem. A co dopiero mówić o graczach z Ameryki Łacińskiej, dla Argentyńczyków, Paragwajczyków, Ekwadorczyków, Chilijczyków, a nawet mówiących po portugalsku Brazylijczyków Primera Division jest najbardziej naturalnym miejscem pracy. Wystarczy przykład Angela di Marii, by uzmysłowić sobie jak trudno zmienia się ligę hiszpańską na bogatszą angielską. Argentyńczyk i jego rodzina nigdy nie poczuli się w Manchesterze jak u siebie, co w jakimś stopniu tłumaczy fiasko najdroższego transferu w historii Premier League.

Sandro Rosell, były prezes Barcelony opowiadał kiedyś, że słońce, plaża, a zapewne i nocne kluby Barcelony były istotnym argumentem w jego negocjacjach z Ronaldinho w 2003 roku, gdy Brazylijczyk był już dogadany z Manchesterem United. Wystarczyło dać mu taką samą pensję i powiedzieć: „u nas będziesz miał na co wydać te pieniądze”.

To był moment przełomowy. A może jeden z kilku. Pierwszy zdarzył się trzy lata wcześniej, gdy pewien 13-letni Argentyńczyk wsiadł na pokład samolotu w kierunku Barcelony (w poszukiwaniu pieniędzy na walkę z karłowatością przysadkową). Leo Messi był wtedy tak zwanym śpiewem przyszłości. Ronaldinho w 2003 roku miał status gwiazdorski. Wokół niego powstała drużyna, którą chciał oglądać każdy. Jej styl jest równie intrygujący jak obrazy Pablo Picassa, czy Salvadora Dalego. Ronaldinho pochwalił się kiedyś w wywiadzie dla brytyjskiej prasy, że był w muzeum Dalego w katalońskim Figueras. Dodał nawet, że starał się być na boisku równie nowatorski.

Z pewnością drużyna Luisa Enrique ma prawo czuć się spadkobiercą stylu. Od dekady drużyna z Camp Nou jest królową europejskiej piłki, dowodem cztery triumfy w Champions League (2006, 2009, 2011, 2015). Trener Barcy ma podstawy, by wierzyć, że jego ludzie są w stanie dokonać na boisku cudów. Tu nie chodzi o to, czy drużyna Messiego faktycznie wygra dziś z Athletic Bilbao 4:0, lub 5:0. Ale fakt, że nie można tego wykluczyć sprawia, iż Camp Nou zapełni blisko 100 tys ludzi.

Po porażce 0:4 na San Mames sprawy stanęły na ostrzu noża. Messi, Andres Iniesta, Luis Suarez, Sergi Busquets, Gerad Pique znaleźli się przed wyzwaniem godnym skali ich talentu. To jest ten przypadek, w którym sprinter klasy Usaina Bolta po zdobyciu złota olimpijskiego, jedzie na mały, niewiele znaczący mityng. I chcąc się zmotywować, postanawia pobić rekord świata.

Oczywiście piłkarze Athletic nie zasługują na to, by traktować ich przedmiotowo. Oni nie muszą być ubezwłasnowolnionym tłem dla Barcelony. Na pewno się postawią, z tego wynika trudność wyzwania. Klub z Camp Nou jeszcze nigdy nie odrobił czterech goli straty z pierwszego meczu. Dwa razy próbował. Raz, gdy dwa i pół roku temu poległ z Bayernem w półfinale Champions League w Monachium 0:4 i w 1969 roku w Pucharze Króla, gdy przywiózł z Saragossy wynik 1:5. Oba rewanże kończyły się wynikiem 3:0. Bawarczycy na Camp Nou nie dali gospodarzom cienia szans na „remontadę”. Z Saragossą emocje trwały do końca. Dziś na stadionie Barcy ma być tak samo. Tu nie chodzi o Superpuchar Hiszpanii, ale o dotarcie do granic możliwości najlepszej drużyny Europy.

sobota, 15 sierpnia 2015

Klęska 0:4 na San Mames pozbawia zapewne Barcelonę szans na Superpuchar Hiszpanii oraz sześć trofeów w 2015 roku. I jest surową lekcją pokory na starcie sezonu.

Jedni wygrywają dla siebie, inni na złość swoim rywalom, lub wrogom. Negatywny sposób motywacji napędza stopera Barcy Gerarda Pique. Po wygranym 5:4 meczu z Sevillą o Superpuchar Europy w Tbilisi zaśpiewał „Niech szlag trafi tych z Madrytu, gdy patrzą jak odwracamy sytuację”. Z jednej strony oczywiste jest, że klub z Katalonii przez lata żył w cieniu Realu cierpiąc jego głęboki kompleks, z drugiej te czasy należą już do przeszłości od dekady. Od 2006 roku Katalończycy stali się futbolowym panem Europy, jak widać wciąż trudno im się z tym oswoić.

W tych ostatnich 10 latach niewiele było momentów tak trudnych dla Barcelony jak wczorajsze wieczór na San Mames. Luis Enrique wystawił w pierwszym meczu o Superpuchar Hiszpanii eksperymentalną pomoc i obronę (Vermaelen, Bartra, Adriano, Rafinha, Sergi Roberto), ale na San Mames wyszli też Leo Messi, Luis Suarez i Pedro. Pique patrzył na to co się dzieje z ławki, a więc z dystansu mógł analizować wszystko krok po kroku. Nic nie zapowiadało klęski, nawet błąd bramkarza Ter Stegena, który w stylu Manuela Neuera wybiegł poza pole karne, by wybić piłkę głową jak stoper. Doleciała do 48. metra boiska, gdzie przejął ją San Jose, uderzył bez wahania, bezbłędnie techniczne, tak, że stojący 20 m od bramki Niemiec nawet nie podjął wyzwania. W dwóch meczach tego sezonu puścił 8 goli, połowę tego, co w całym ubiegłym sezonie (bronił tylko w Pucharze Króla i Lidze Mistrzów).

Nieszczęście spadło jednak na Barcelonę dużo później. Gdy zirytowany impotencją drugiej linii Luis Enrique wprowadził na boisko Andresa Iniestę i Ivana Rakitica. W tym samym czasie Aritz Aduriz zdobywał hat-tricka, a defensywa faworyta rozlatywała się w drobny mak. – Jeśli jest drużyna zdolna odwrócić wynik 0:4, to właśnie Barcelona – powiedział Luis Enrique zapominając, że we wtorek w Tbilisi Sevilla doprowadziła do wyrównania przegrywając 1:4.

- Nie traktujcie nas jak umarłych – przekonuje Javier Mascherano. Rewanż na Camp Nou w poniedziałek i jak widać Barcelona wciąż wierzy. Superpuchar Hiszpanii to najmniej cenne z sześciu trofeów, ale niezbędne, jeśli Luis Enrique ma wyrównać rekord Pepa Guardioli z 2009 roku.

Dla drużyny z Katalonii wczorajsza lekcja pokory jest bezcenna. Atletic to ten rywal, który miał jej pasować, w minionym sezonie ograła go trzykrotnie z bilansem bramkowym 10-3. Nic nie zapowiadało takiego lania na San Mames, chyba, że zbyt buńczuczne i pewne swego wypowiedzi. Luis Enrique przestrzegał, że rywale będą w tym roku zaciekle gonić Barcelonę, że nie można się rozluźnić, zagapić nawet na chwilę. Zagapienie zdarzyło się już na starcie, zanim sezon ligowy się zaczął (Barca rozpoczyna go zresztą właśnie na San Mames). Pique i inni muszą rzucić do gry w poniedziałek wszystkie siły, by zaledwie kilka dni później wrócić do miejsca, które wczoraj okazało się tak mało szczęśliwe i gościnne.

Wejście w sezon trudniejsze i bardziej wyczerpujące niż ktokolwiek się spodziewał.

 
1 , 2
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac