blog Darka Wołowskiego
RSS
czwartek, 28 sierpnia 2014

Przeprowadzka Xabiego Alonso z Madrytu do Monachium jest jednym z najbardziej zaskakujących transferów tego lata. Hiszpan pokieruje grą największego niemieckiego klubu, tymczasem Niemiec (Kroos) obejmuje we władanie kultowy hiszpański. Jak znaleźć w tym logikę?

Przysłowiowy spokój Carlo Ancelottiego wystawiony jest ostatnio na próbę ognia. Traci właśnie drugiego z piłkarzy, których w ubiegłym sezonie traktował jak swojego człowieka. Angela Di Marię MU odkupił za 75 mln euro. Po przyjściu Jamesa Rodrigueza Argentyńczyk musiałby usiąść na ławce, a na to był za drogi i za dobry. Di Maria szukał godnego miejsca na liście płac Realu, czego Florentino Perez mu odmawiał. Tymczasem Xabi Aloso zarabiał w Madrycie 7 mln za sezon i zachował pozycję w podstawowej jedenastce, mimo przyjścia Toniego Kroosa.

Niesamowite jest to, że wychowanek Bayernu trafił na Santiago Bernabeu, bo mistrz Niemiec nie chciał spełniać jego finansowych żądań. Stracił więc 24-letniego pomocnika wokół którego Pep Guardiola miał budować zespół. Teraz sprowadza dobijającego do 33. urodzin Xabiego, kusząc go astronomiczną pensją 10 mln euro za sezon. Czy zaoferowanie podobnej kwoty 9 lat młodszemu Kroosowi było grzechem?

W Realu jest też inny piłkarz, który do Bayernu pasuje 10 razy bardziej niż Hiszpan. Sami Khedira przez cztery sezony nie doczekał na Santiago Bernabeu nawet namiastki pozycji Alosno. Żeby dostrzec faktyczny potencjał Khediry, trzeba spojrzeć na mecze reprezentacji Niemiec, bo u Joachima Loewa jest wodzirejem. Tymczasem w Madrycie widzą w nim wyrobnika, który po odbiorze piłki powinien ją natychmiast oddać najbliżej stojącemu koledze.

Khedira wszedłby w Bayern jak w masło, znalazłby się na swoim miejscu. Alonso w Bawarii to ryzyko, zwłaszcza, że trudno nazwać go graczem, do którego należy przyszłość. Guardiolę „na musiku” postawiły urazy Javiego Martineza i Thiago Alcantary. To naturalne, że Pep nie widzi nic złego w tym, że Bayern staje się coraz bardziej hiszpański. Nie jestem jednak pewien, czy futbol europejski osiągnął taki poziom unifikacji, że style i wartości hołubione w krajach, które wygrywały dwa ostatnie mundiale, stały się całkowicie kompatybilne.

Będzie znakomita okazja to sprawdzić. Kroos pokieruje Realem, a Xabi Alonso Bayernem. Można to traktować jak kuriozum, można jak znak czasów. Czasów, w których rola Hiszpanów w największym niemieckim klubie jest większa niż w największym hiszpańskim. Rozumiem, że po 2010 roku Niemcy zafascynowali się myślą szkoleniową rodem z La Masii (i pokrewnymi), a po mistrzostwach w Brazylii wraca moda na to, co niemieckie. Można nawet zaryzykować tezę, że drużyna Loewa wygrała niedawny mundial „po hiszpańsku” - bazując na posiadaniu piłki.

Co zyskuje Real oddając Alonso? Dostanie za niego koło 10 mln. Pomocnik zarabia 7 mln euro za sezon, więc odciąży budżet płacowy klubu z Bernabeu. Tyle, że nie zastąpią go ani Khedira, a już na pewno nie sprowadzony przed rokiem za 40 mln euro Asier Illarramendi. W dodatku Florentino Perez oddaje tego lata już drugiego piłkarza, którego uwielbiał zatrudniany przez niego trener. Trener opromieniony 10. Pucharem Europy w pierwszym roku pracy.

Po zdobyciu „La Decima” Ancelotti miał prawo spodziewać się, że jego pozycja w Realu wzrośnie. Tymczasem radość z wielkiego triumfu przywróciła prezesowi wiarę w siebie, a nie w trenera. Drużyna z Bernabeu znów staje się dziełem Pereza. Nie tylko w sensie biznesowym, ale i sportowym. Dobrze robi Cristiano Ronaldo zachowując wstrzemięźliwość. - Czy obecna drużyna jest lepsza niż ta z minionego sezonu? - zapytał go dziennikarz „Marki”. - Odpowiem Panu za 10 miesięcy - stwierdził roztropnie Portugalczyk.

Prezesi wielkich klubów obracają setkami milionów euro na oczach kibiców rozpalonych do czerwoności, a potem chłodna, zielona murawa weryfikuje ich wiekopomne teorie.

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

36 goli i 72 asysty w 189 meczach - Angel Di Maria opuszcza ligę gwiazd, by zostać najdroższym piłkarzem w Premier League. Kto za kim zatęskni wcześniej?

50 mln euro za Mesuta Oezila przed rokiem, teraz 70 mln za Di Marię - Florentino Perez nauczył się nie tylko kupować piłkarzy, ale także rzeczy trzy razy trudniejszej - sprzedawania ich z zyskiem. Prezes Realu wciąż najpotężniejszy gracz na rynku, mimo napływu do futbolu oligarchów i szejków. Na początku wieku bił transferowe rekordy, by po latach oddawać zgrane megagwiazdy za darmo, teraz nauczył się zarabiać, co jest oczywiste w przypadku tak renomowanego przedsiębiorcy.

Oezil kosztował 15 mln i po trzech sezonach, wzbogacił kasę Realu o 35 mln. W dodatku zagrał 159 meczów, zdobył 27 goli, a przecież jego specjalnością były asysty. To samo Di Maria. Kosztował 30 mln, by w cztery sezony zostawić na Santiago Bernabeu 36 goli, 72 asysty, a w kasie co najmniej 40 mln. Co najmniej, bo „Marca” twierdzi, że 70 mln, które płaci Manchester United to kwota podstawowa, do niej może dojść kolejne 15 mln w zależności od osiągnięć Argentyńczyka na Old Trafford.

Realowi Di Maria zwrócił się więc nawet z pensją: zarabiał 4 mln za sezon, najmniej z graczy ofensywnych. I o to właśnie miał do Florentino Pereza żal, podobnie jak przed rokiem Oezil. 12 miesięcy temu gracze Realu biadolili nad stratą Niemca. Szczególnie ponoć Cristiano Ronaldo, który zdobywał wiele bramek z jego podań. Ale Oezila zastąpił Di Maria - on stał się u „Królewskich” dyżurnym asystentem. W muzeum na Santiago Bernabeu pozostanie jego slalom między graczami Atletico w dogrywce finału Champions League w Lizbonie. Potem piłka spadła na głowę Garetha Bale’a i najbogatszy klub świata mógł podźwignąć „La Decima”.

Di Marię koledzy z Realu żegnają z żalem, rozumiejąc, że zasługiwał na dwa razy wyższą pensję, którą otrzyma w Manchesterze. Właściwie jego los był przesądzony, gdy Perez kupił Jamesa Rodrigueza. Dla tych dwóch nie było w drużynie miejsca. Trzy i pół roku młodszy Kolumbijczyk nie zastąpi Argentyńczyka tak od razu, ale z czasem ma na to szansę. Jego trzeba będzie sprzedać za ponad 100 mln, żeby zarobić, bo kosztował 80.

Ruch w futbolowym interesie musi być. Na złość trenerom, którym wydaje się, że swoje drużyny już ułożyli. Tak myślał Carlo Ancelotti po finale LM w Lizbonie. Sprowadzony przez Jose Mourinho Di Maria szybko stał się ulubieńcem Włocha, bo też na boisku wnosił do drużyny wyjątkowo dużo. Za mało był jednak galaktyczny, za mało sprzedawał koszulek ze swoim nazwiskiem, by Perez docenił jego wkład w markę Realu odpowiednią pensją. Dlatego Ancelotti będzie budował od nowa. James to utalentowany piłkarz, poza tym politykę prezesa Realu legitymizuje tego lata sprowadzenie Toniego Kroosa. To kolejny gracz na którym Perez może zarobić dobrze. Ma 24 lata, kosztował 20 mln. Już dziś Real sprzedałby go trzy razy drożej, gdyby chciał.

Di Maria zostaje najdroższym piłkarzem sprzedanym z Realu i najdroższym kupionym do Premier League. Bije Fernando Torresa, na którego Chelsea wydała 58,5 mln euro. Nadzieją Manchesteru United jest, że rekordowa kwota nie zablokuje Di Marii, tak jak zablokowała hiszpańskiego napastnika. Wejście do ligi angielskiej Argentyńczyk powinien mieć wielkie. Łatwo dziś odmienić najbardziej utytułowany klub na Wyspach, bo po dwóch kolejkach uciułał jeden punkt. Geniusz strategiczny Louisa van Gaala, wymaga talentu Di Marii.

Problem szefom wielkich klubów sprawiają nie tylko przyjezdni, ale i wychowankowie. Tak jest w Barcelonie, która po wylansowaniu La Masii przez Pepa Guardiolę zaczęła rozpuszczać swoje dzieci po świecie. Krkic, Cuenca, Tello, a ostatnio nawet notorycznie wypożyczany Deulofeu nie dokonali niczego znaczącego. Stąd zachwyty nad Munirem, po jego błyskotliwym debiucie i pięknym golu wbitym Przemysławowi Tytoniowi, trzeba odłożyć do czasu aż do gry wróci Pedro, Neymar, a potem Luis Suarez. Kluby chętne na 18-latka już powinny być czujne, bo na Camp Nou nie ma dla niego miejsca. Albo - mówiąc przewrotnie - jest tak samo iluzoryczne, jak na Santiago Bernabeu dla Jese Rodrigueza.

piątek, 22 sierpnia 2014

Atletico ma przewagę po remisie 1:1 na Santiago Bernabeu, ale Real od 15 lat nie przegrał na Vicente Calderon. Dziś decydująca batalia o Superpuchar Hiszpanii.

73 proc posiadania piłki, ponad dwa razy więcej strzałów (18:7) i podań (658:267) - statystyczna przewaga Realu w pierwszym meczu o Superpuchar Hiszpanii nie ma nic wspólnego z wrażeniami pozostawionymi na Santiago Bernabeu przez dwie najlepsze drużyny ubiegłego sezonu. „Królewscy” dominowali tam, gdzie Atletico pozwoliło im dominować. Ale w okolicach bramki Miguela Moyi żarty się kończyły. Gracze Diego Simeone zacieśniali szyki tak, że nawet spec klasy Toniego Kroosa przez 90 minut męczył się okropnie. Miał tylko jedno kluczowe zagranie, po którym Dani Carvajal zacentrował, a odbitą piłkę do siatki wpakował James Rodriguez. Sprowadzony za 80 mln euro piłkarz zaczął na ławce, zmienił w przerwie kontuzjowanego Cristiano Ronaldo, ale najlepszy okres Real miał dopiero wtedy, gdy do gry na ostatnie 12 minut wszedł Angel di Maria.

Simeone nauczył Atletico grać „przestrzenią” w sposób mistrzowski. Drużyna oddaje rywalowi władanie nad piłką, zamykając mu miejsce pod swoim polem karnym. Mistrz Hiszpanii i finalista Champions League stracił latem czterech kluczowych graczy (Costa, Courtois, Filipe Luis, Villa), ale kosztem 95 mln euro sprowadzono innych i nowa drużyna z miejsca zaczęła grać według starej filozofii. Napastnik Mario Mandżukic jest pierwszym obrońcą, za nim stoi 10 ludzi zdolnych obrzydzić życie każdemu rywalowi. Na Santiago Bernabeu Atletico faulowało dwa razy częściej niż Real, dostało 5 żółtych kartek, ale jego bramkarz był właściwie bezrobotny. A kiedy w końcu „Królewscy” zdobyli bramkę, ich przebiegły przeciwnik nie stracił panowania nad sobą, ale wykorzystując rzut wolny wyrównał. Stałe fragmenty gry są firmową bronią Atletico.

Pierwszy mecz o Superpuchar Hiszpanii na Santiago Bernabeu przebiegł więc tak, jak zaplanował Simeone. Tłumiąc radość Argentyńczyk wszedł na konferencję prasową z miną pokerzysty i z zimną krwią wetknął palec w najczulszą dziś ranę najbogatszego klubu świata. Powiedział, że najlepszy w Realu jest Angel Di Maria, który gra mało, bo chce odejść. Argentyński skrzydłowy zażądał od Florentino Pereza podwyżki (dziś zarabia pięć razy mniej niż Ronaldo), a wobec odmowy, postanowił wyjechać z Madrytu. Prezes chce za Di Marię 60-70 mln euro, kibice pragną, by Argentyńczyk został, więc na boisku witają go owacyjnie. Ancelotti znalazł się w kropce, bo wysoko ceni skrzydłowego, ale nie wypada mu otwarcie sprzeciwiać się pracodawcy. - Di Maria powiedział nam, że zmienia klub - ogłosił wczoraj Włoch, bo sytuacja nabrzmiała jak wrzód.

Z Realu odchodzi też Sami Khedira, ale mistrza świata w Madrycie żałują mniej. Rewolucją ma być przybycie Kroosa, w którym ponad połowa czytelników dziennika „Marca” widzi najlepszego piłkarza sprowadzonego latem do ligi hiszpańskiej, choć konkurencją są cztery razy drożsi James i Luis Suarez. Niemiec sprawi, że Real zacznie grać bardziej kombinacyjnie, cała trójka pomocników (Kroos, Alonso, Modric) to piłkarze niezwykle kreatywni. Mimo wszystko z Atletico rady sobie nie dali, z przewagi Realu w środku pola wynikało niewiele. Siłą „Królewskich” w ubiegłym sezonie była szybkość Ronaldo, Bale’a i Di Marii, nie wiadomo, czy zmiana taktyki posłuży dwóm pierwszym, którzy lubią grę z kontry, bo jak tlenu potrzebują przestrzeni.

Atletico przestrzeń rywalom kradnie. Stąd Barcelona i Real, czyli naczelna para kolosów Primera Division ma z nim tak ogromne kłopoty. W pierwszym meczu z „Królewskimi” Simeone ustawił linię pomocy z samych wychowanków klubu z Calderon (Koke, M. Suarez, Gabi, Saul). Wyrównującego gola zdobył Raul Garcia, którego skuteczność wzrosła trzykrotnie od kiedy w Atletico pojawił się argentyński szkoleniowiec. W Primera Division to był przełom. Simeone odmienił ligę dwojga. Po raz pierwszy od dekady mistrzostwo Hiszpanii zdobył ktoś spoza pary Real-Barca. Ponieważ klubu z Vicente Calderon nie stać na wielkie transfery, wszyscy uznawali za pewnik, że Atletico wcześniej, czy później przestanie nadążać za bogaczami. Pierwszy mecz Superpucharu pokazał, że jest inaczej.

Dziś rewanż na Vicente Calderon. Do zdrowia wraca Ronaldo. Być może Carlo Ancelotti zapowiadający rotacje w gwiazdorskiej kadrze zdecyduje się na sporo zmian w podstawowej jedenastce. Włoch ogłasza, że jeśli jego drużyna zagra tak samo jak w pierwszym spotkaniu, zdobędzie trofeum. Simeone zimno się na to uśmiecha. Wie, że Real to wielki zespół, ale jego skromne chłopaki znają na niego sposób.

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Tak jak było do przewidzenia Legia przegrała swoją walkę z UEFA o prawo powrotu do gry o Champions League, co nie znaczy, że wysiłki jej szefów były kompletnie pozbawione sensu.

„Przynajmniej spróbowałem” – powiedział Randle McMurphy, główny bohater filmu „Lot nad kukułczym gniazdem” (Milos Forman, 1975), gdy grupa kumpli, kuracjuszy domu dla psychicznie chorych wyśmiewała jego starania o wyrwanie potężnej konsolety wodnej. Historia ma swoje rozwiązanie w ostatniej scenie, gdy Wódz Bromden wyrywa konsoletę, wybija nią okno, co pozwala mu uciec z psychiatryka.

Nie, nie będę twierdził, że odpowiednikiem psychiatryka jest UEFA, choć czasem mam wrażenie, że jej urzędnicy zapomnieli za co biorą grube miliony. Dumne hasło „Dbamy o futbol” znaczy w ich ustach tyle, co dbamy o siebie i kolegów. Biurokracja futbolowa to nie jest ta część piłki, którą da się polubić, trudno się jednak upierać, że Legia stała się jej niewinną ofiarą. Przepis o walkowerze za posłanie do gry nieuprawnionego zawodnika jest jasny i jednoznaczny, toteż mistrz Polski nie mógł się spodziewać niczego innego po rewanżu z Celtikiem. Bartosz Bereszyński zagrał cztery minuty, co stało się powodem porażki Legii w III rundzie kwalifikacji do Ligi Mistrzów. Mimo iż wynik brzmiał 6:1 dla niej, a Bereszyński wpływu na to nie miał najmniejszego.

Sprawa stała się głośna nie tylko w Polsce. Padło wiele argumentów za i przeciw. Dla jednych dyskwalifikacja Legii była logicznym wynikiem bałaganu, złej organizacji i fatalnego stany polskich klubów. Dla innych Legia pozostawała zwycięzcą, przynajmniej w sensie moralnym, a wyrok UEFA kompletnie sprzeczny z duchem sportu. Przyznam szczerze, że bliżej mi było do tych drugich.

Ale to już bez znaczenia. Decyzja CAS, Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu w Lozannie sprawę rozstrzyga. Prezesom Legii nie udało się ani zmienić, ani czasowo uchylić decyzji UEFA. Nie znaczy to, że odwołania były pozbawione sensu. Wyrok poruszył wielu ludzi. Sprawę opisywała prasa całego świata, spierając się, czy surowe przepisy futbolowe mają uzasadnienie. Działacze UEFA mogą argumentować, że walkowerów w podobnych przypadkach było dotąd tak niewiele, iż trudno im zarzucić chorobliwą skłonność do rozstrzygania meczów przy zielonym stoliku. Tym niemniej wielu ludzi było innego zdania – stąd akcja „LetFootballWin”. Wsparcie dla Legii wyrażali sportowcy, których trudno posądzać o szowinizm.

Przy okazji padło kilka argumentów spoza granicy dobrego smaku. Legia starała się nakłonić szefów Celtiku, by w ramach fair play bacząc na swoją wielką, sportową przeszłość, zrzekli się awansu „podarowanego” im przez UEFA. Przyznam jednak, że tak samo żenujący wydał mi się komunikat szkockiego klubu, którego szefowie twierdzili, że nie mają ze sprawą nic wspólnego. „To niezależna decyzja UEFA” – przekonywali, choć wiadomo, że walkower przyjęli z otwartymi ramionami. Chodzi przecież o miliony euro, z których ani Legia, ani Celtic nie chciały zrezygnować.

Cała sprawa jest bolesną lekcją dla mistrza Polski. Niechlujstwo działaczy okazało się bardzo kosztowne. Ale być może przypadek zasiał też ziarno wątpliwości w UEFA? Trudno było posądzić działaczy Legii o oszustwo, czy złą wolę. Mistrz Polski został ukarana surowo, może kolejny klub na jego miejscu będzie miał jakieś szanse? Prawo futbolowe zdaje mi się niedoskonałe, choć wielu kolegów po fachu uważa co innego.

Jak już wspominałem dla części komentatorów sprawa Legii to jeszcze jedno potwierdzenie wszechstronnej mizerii polskiego futbolu. Znam dziennikarzy, którzy nie kryją, że wolą pracować na mundialu lub Euro bez reprezentacji Polski, bo wtedy mogą się skupić na wielkiej piłce. Słabość naszego futbolu pustoszy umysły wszystkich, nie tylko piłkarzy.

Mimo wszystko będą się upierał, że saldo występu Legii w eliminacjach Ligi Mistrzów było tego lata pozytywne. Jeśli można stworzyć w ekstraklasie drużynę, która w tak spektakularny sposób rozprawia się na boisku z mistrzem Szkocji to znaczy, że szefowie klubu z Łazienkowskiej mają jednak swoje zalety. Teraz muszą je potwierdzić nie dopuszczając do rozpadu zespołu i za rok wziąć rewanż. Dopiero za 12 miesięcy poznamy prawdziwe skutki tego, co się stało teraz.

niedziela, 17 sierpnia 2014

Pomysł Super Meczu jest dobry, choć jego formuła niedoskonała. Nasi kibice przeżyliby znacznie większe emocje, gdyby rywalem Realu Madryt była jednak polska drużyna.

„Detalles” - mówią Hiszpanie, czyli dosłownie „detale”. Gracze Realu zaprezentowali ich na Stadionie Narodowym kilka, sprawiając przyjemność przede wszystkim futbolowym koneserom. Kopnięcie piłki przez Toniego Kroosa, z powietrza, prostym podbiciem, tak, by po pokonaniu 40 metrów spadła pod nogi Angela Di Marii mającego otwartą drogę do bramki Fiorentiny, można było uznać za detal, czyli piłkarską perełkę. Taką perełką była też dwójkowa kontra Ronaldo z Di Marią, po której „Królewscy” zdobyli bramkę na 1:0. Z drugiej strony mogliśmy też „podziwiać” klopsa Xabiego Alonso, który wycofał piłkę tak nonszalancko, że rywalom nie pozostało nic poza wpakowaniem jej do siatki (Mario Gomez). Debiutujący w bramce Realu Keylor Navas miał pecha - napastnicy Fiorentiny wbili mu dwa gole nie dając poza tym zbyt wiele szans do wykazania się. Jedna spektakularna parada to mało - Kostarykańczyk zebrał w Warszawie niewiele argumentów w swoim wyścigu po numer 1 z Ikerem Casillasem.

Super Mecz był pod względem detali interesujący. Ale emocji dostarczył mało. Publiczność na Stadionie Narodowym siedziała w ciszy kontemplując raczej bezpośredni kontakt ze swoimi idolami, niż ich piłkarskie dokonania. Gra bez stawki dla takiej firmy jak Real jest wątpliwą okazją do wzlotów. Olśniewać próbował Ronaldo i Di Maria mający więcej motywacji niż inni, by udowodnić Florentino Perezowi ile straci, jeśli pozwoli mu odejść. Argentyńczyk to najbardziej błyskotliwy drybler w kadrze Carlo Ancelottiego, jeśli sprowadzony za 80 mln euro James Rodriguez go zastąpi, to z pewnością nie od razu.

Pomysł Super Meczu jest dobry. Polscy kibice Realu potraktowali go jak okazję do demonstracji swoich sympatii. Koszulki z napisem „Gracias por la Decima” (dzięki za 10. Puchar Europy) wskazują jasno, że także nasi fani „Królewskich” odetchnęli z ulgą po 12 latach oczekiwania.

Wydaje się jednak, że sprowadzanie wielkich firm do Polski ma większe uzasadnienie, gdyby mierzyły się z zespołami z ekstraklasy. Wielbicieli Fiorentiny jest w Polsce mało, postronnym większą frajdę sprawiłoby podpatrywanie jak na tle najjaśniejszych gwiazd spiszą się gracze zespołów polskich. Czy z wyrastającym ponad polskie rozgrywki Miroslavm Radovicem z Legii kłopot mieliby też Marcelo, Carvajal i Coentrao? Czy szybkość Kuby Koseckiego, lub rosnący talent Michał Żyro mają choć namiastkę wspólnego mianownik z europejskim poziomem? Słowem: jeśli organizator wykonuje wysiłek, by sprowadzić do nas wielką drużynę, niech da okazję naszym graczom. Tak jak przed rokiem Lechia dostała w prezencie szansę występu przeciw Barcelonie. Emocji było wtedy więcej niż w minioną sobotę.

Dla zespołów ekstraklasy nastał czas trudny z wielu względów. Legia, Lech, Wisła, Lechia i inne drużyny przestały już dawno być rywalami wyłącznie dla siebie. O względy kibiców polskie kluby muszą się zmagać z Realem, Barcą, czy Manchesterem United ponieważ wielka piłka stała się dostępna powszechnie. Dziś kibicowanie Realowi nie jest mrzonką dla Polaka. Nie będzie czuł się samotny, ani wyobcowany - na Stadion Narodowy przybyły w sobotę dziesiątki tysięcy fanów „Królewskich” wiedzących o najbogatszym klubie świata więcej niż mieszkańcy Madrytu. Futbol stał się rozgrywką globalną, kosmopolityczną, każdy ma prawo z niego wybrać to, co chce i lubi. Bez względu na miejsce urodzin.

Czy dwa ostatnie akapity nie są ze sobą sprzeczne? Tylko pozornie. Można być ciekawym najlepszej drużyny Europy i dystansu jaki dzieli od niej polskie kluby. Jeśli będziemy cierpliwie wyczekiwali aż Legia, Lech, czy Wisła trafią na Real w meczu o stawkę, przy obecnej formule europejskich rozgrywek, dożyją tego nasze wnuki.

piątek, 15 sierpnia 2014

UEFA nie zgodziła się na tryb przyspieszony rozstrzygnięcia sprawy Legii przez Trybunał Arbitrażowy w Lozannie. To dowód, że biurokracja doszczętnie przeżarła mózgi jej urzędników.

Wszystko byle postawić na swoim. Nieważny jest futbol, nieważne, że w stanie normalnym mecze i awanse powinny rozstrzygać się na boisku. O tym, że Legia popełniła kompromitujący błąd wystawiając na cztery minuty rewanżu nieuprawnionego Bartosza Bereszyńskiego, wiemy wszyscy. Część z nas nie chce jednak przyjąć do wiadomości, że kara za to może być tylko jedna – walkower. To rozstrzygnięcie biurokratyczne, a nie sportowe.

Bez względu na to, czy przepisy UEFA brzmią jasno, czy nie, można upierać się, że są złe. A są złe, jeśli najgłupsza nawet pomyłka działaczy, niemająca wpływu na wynik rywalizacji, doprowadza do unieważnienia wysiłku piłkarzy. To dowód, że światowy futbol przeistacza się w biurokratyczną, zimną wojnę, której nikt z nas nie chce oglądać. Nie ma znaczenia, czy sprawa dotyczy polskiego klubu, czy zagranicznego.

Wyobrażacie sobie Gran Derbi zakończone wynikiem 6:1, zweryfikowanym przy zielonym stoliku na 0:3? To byłby skandal, od którego futbol zatrząsłby się w posadach. Mecz Celtiku z Legią takiego „zasięgu” nie ma. Ale powinien rozstrzygać się według tych samych zasad.

Odwołanie Legii od walkowera było działaniem uzasadnionym. UEFA mogła je odrzucić, ale jeśli chciała pokazać swoją bezstronność, powinna była dać klubowi z Warszawy okazję do obrony swoich racji przed Trybunałem Arbitrażowym. Szanse na jego wygraną były minimalne, wczoraj CAS odrzucił prośbę Luisa Suareza o skrócenie mu dyskwalifikacji nałożonej przez FIFA. Trybunał Arbitrażowy to nie jest instytucja skora do wydawania orzeczeń sprzecznych z decyzjami futbolowych władz. Gdyby posiedzenie w sprawie Legii odbyło się w trybie przyspieszonym, niesmak związany ze sprawą zostałby ograniczony do minimum. Tymczasem UEFA na tryb przyspieszony się nie zgadza, wywołując podejrzenie, że gra na czas, by jej werdykt nie miał szansy być podważony. Jeśli Celtic zagra z Mariborem w środę w IV rundzie kwalifikacji do Ligi Mistrzów, praktycznie będzie po "kłopocie".

Decyzja UEFA wywołała gigantyczne emocje. Znalazło się wśród nas wielu cierpiętników uważających, że werdykt futbolowych władz jest jak dopust boży – trzeba posypać głowę popiołem i nie podejmować dyskusji. Zwłaszcza, że błąd Legii był tak oczywisty i szokujący.

Przeczytałem gdzieś w komentarzu jednego ze znanych dziennikarzy, że my Polacy nie umiemy przegrywać z honorem. Problem polega jednak na tym, że Legia dwumeczu z Celtikiem nie przegrała. Być może nie umiemy z honorem wygrywać? Ale to już inna sprawa. Zrozumienie dla racji Legii nie musi wynikać z szowinistycznego przywiązania do klubu z Warszawy.

Mamy za sobą mundial w Brazylii, gdzie miliony kibiców krytykowały włodarzy FIFA i ich decyzje. Wytykaliśmy palcami korupcję, złą pracę sędziów, a nawet monstrualną karę dla Suareza, która wydała się absurdalna pogryzionemu przez Urugwajczyka Giorgio Chielliniemu. Szefowie FIFA i UEFA dali dość dowodów, że ich logika nie ma wiele wspólnego z powszechnym wyczuciem i rozumieniem piłki. Z jednym wyjątkiem. Kiedy te decyzje są bezwzględne dla Polski. To jedyny przypadek, gdy Blattera i Platiniego skłonni jesteśmy traktować jak futbolowe wyrocznie. Ciekawe, z jakiej racji?

Polski futbol jest jak pochyłe drzewo. Nie znaczy to, że musimy bezrefleksyjnie bawić się w kozy.



czwartek, 14 sierpnia 2014

To dobrze dla Bundesligi, że Borussia zdobyła Superpuchar Niemiec. Gdyby Bayern wygrywał z nią w tak eksperymentalnym składzie, tytuł mistrzowski w sezonie 2014-2015 można by mu podarować bez gry.

W swoim debiucie w Bayernie Robert Lewandowski przypominał napastnika z reprezentacji Polski. Pep Guardiola zestawił zespół eksperymentalnie: Gaudino, Bernat, Rode i Hoejbjerg to gracze zaledwie do niego aspirujący. Ale Bayern grał w taki sposób w całym okresie przygotowawczym i polski napastnik sobie z tym radził. Powrót na Signal Iduna Park nie był jego triumfem, więc to, co zdawało się oczywiste, wygląda dziś zagmatwanie. Przed rokiem Bawarczycy też zdecydowanie przegrali z Borussią w Superpucharze, by na mecie ligowej odsadzić ją o 19 pkt.

W sparingach wydawało się, że Lewandowski to brakujące ogniwo w układance Guardioli. Ale w meczu z rywalem tak silnym jak Borussia, musiał znieść chwile zniechęcenia i bezradności. Klub z Dortmundu stracił w ostatnich latach kilku kluczowych piłkarzy, ale trzeba przyznać, że Juergen Klopp potrafił utrzymać drużynę na fali. Tymczasem Sahin, Kagawa, nawet Goetze przeżywali, lub przeżywają w nowych miejscach problemy adaptacyjne. Być może z Lewandowskim będzie podobnie?  W takich przypadkach zalecana jest cierpliwość. Bayern to nie drużynka, w którą wchodzi się jak w masło.

Guardiola z naturalnych powodów nie potraktował meczu o Superpuchar Niemiec przesadnie poważnie. Ale Borussia grała bez Hummelsa, Reusa, Subotica, Gundogana, Weidenfellera, Grosskreutza, czy Błaszczykowskiego. To oczywiste, że po odejściu Lewandowskiego klub z Dortmundu nie porzuci swoich wysokich aspiracji, tak jak Bawarczycy nie załamią się stratą Toniego Kroosa. A jest ona wyjątkowo dotkliwa, co zobaczyliśmy w debiutanckim meczu Niemca w Realu Madryt.

Gdyby Bayern wygrał wczoraj na Signal Iduna Park, sprawa tytułu mistrza Niemiec nie wzbudzałaby zainteresowania. Dla startującej właśnie Bundesligi byłaby to najgorsza z możliwych wiadomości. Bawarczycy są superfaworytem, dobrze by jednak było zachować wrażenie, że zdarzą im się kłopoty, choć w pojedynczych meczach. Na przykład w Dortmundzie.

Niewykluczone jest też, że Lewandowski trafia na trudniejszy okres klubu z Monachium niż się powszechnie wydaje. Poza Polakiem większość graczy z Bawarii zaspokoiła już głód sukcesu, a to najważniejszy z elementów stymulujących. Za wcześnie by wieszczyć kłopoty Guardioli, ale wykluczyć się ich nie da. Niemcy to nacja stosunkowo bezboleśnie znosząca efekty wielkich triumfów, co nie znaczy, że zupełnie na ich demotywujący wpływ obojętna. Utrzymać pozycję na szczycie Bundesligi, odzyskać na europejskim to misja ani prosta, ani oczywista.

środa, 13 sierpnia 2014

Jeśli ideałem Florentino Pereza było odtworzenie galaktycznej drużyny z 2002 roku, to mu się chyba udało. Bezdyskusyjne zwycięstwo nad Sevillą nie wymagało od Realu nawet maksimum zaangażowania i wysiłku.

Bohaterem wieczoru był Toni Kroos, 24-letni Niemiec, debiutujący w klubie z Madrytu. To niemal szokujące, że można wskoczyć do najszybszego bolidu w Europie, chwycić za kierownicę i poprowadzić go tak płynnie. Sevilla nie postawiła Realowi twardych warunków, nie była w stanie. „Królewscy” wygrali tak pewnie, z taką łatwością, z jaką zwyciężali wcześniej tylko galaktyczni. 12 lat temu Florentino Perez wierzył, że da się upchnąć w składzie Zidanów i Pavonów. Wczoraj Isco i Illarramendi, którzy skalą talentu przerastają Pavona trzykrotnie, weszli tylko na ostatnie minuty. Gdyby ktoś chciał szukać dziury w całym, może zwrócić oczy na Jamesa Rodrigueza. Drugi z wielkich debiutantów wniósł do drużyny znacznie mniej niż zwykł to robić Angel Di Maria. Podmieniając tę dwójkę, Real wyglądałby dziś na zespół doskonały.

James, Kroos, Modric - tak wyglądała wczoraj druga linia „Królewskich”. A przecież jeszcze niedawno niejaki Jose Mourinho przekonywał kategorycznie, że powinno ją tworzyć trzech graczy defensywnych. Co więcej, 10 miesięcy temu, podczas pierwszej wizyty na Camp Nou, Carlo Ancelotii wypchnął do drugiej linii Sergio Ramosa. Dziś Włoch nie musi już płonąć ze wstydu. Stworzył drużynę, która tryska nadmiarem talentu i polotu w każdej formacji.

Największym fenomenem pozostaje jednak Cristiano Ronaldo. Razem z reprezentacją Portugalii „odbył” taki mundial, który mógł fundamentalnie zachwiać jego wiarą w siebie. Portugalczyk jest jednak graczem o stalowych nerwach. Przybył do Madrytu 5 lat temu, początki były koszmarnie trudne. Wielu innych dałoby sobie spokój po nieustannym odbijaniu się od ściany stworzonej przez Leo Messiego i Barcelonę. Mógł wrócić na Old Trafford, do Premier League, gdzie zawsze byłby królem własnego podwórka. Ale on miał odwagę chcieć zostać królem światowej piłki. I w końcu nim został.

Podobnie jak w 2002 roku Real znów jest zespołem wyznaczającym futbolowe trendy. Po 12 latach gonitwy, to „Królewscy” będą w tym sezonie gonieni. W Primera Division muszą odebrać tytuł Atletico Madryt, a przede wszystkim obronić swoją pozycję w Champions League. Nikomu się to nie udało i nawet takiej superprodukcji udać się nie musi. Przed rokiem w tym samym miejscu był przecież Bayern Monachium.

Słówko o Sevilli? Real nie musiał się spocić, by ją pokonać. Grzegorz Krychowiak zagrał jednak niezły mecz. A już na pewno idealnie trafił z wyborem ligi. Jest rówieśnikiem Kroosa, ma czas by wciąż się uczyć. Liga hiszpańska charakteryzuje się tym, że podział na piłkarzy grających i przeszkadzających w grze jest zatarty. Polak w destrukcji już jest znakomity, zostanie jednak zmuszony do rozgrywania. Jeśli sobie poradzi, stanie się pomocnikiem europejskiej klasy.

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Jak upchnąć graczy za 120 mln euro w składzie najlepszej drużyny Europy – to zadanie dla Carlo Ancelottiego, trenera, który poprowadził Real Madryt po dziesiąty Puchar Europy.

James Rodriguez, Toni Kroos i Keylor Navas – wszyscy trzej byli gwiazdami mundialu w Brazylii, wszyscy trafili do Realu Madryt. Transfer Kolumbijczyka za 80 mln euro można uznać za drogą zachciankę, sprowadzenie dwóch kolejnych wydaje się strzałem w dziesiątkę. 24-letni mistrz świata, fundamentalny gracz Bayernu „wyrwany” z Monachium za nędzne jak na tej klasy gracza 25 mln euro, to zakup znakomity. Poza tym „Królewscy” dojrzeli do rewolucji w bramce, więc sprowadzenie 27-letniego Kostarykanina, to też rozsądne posunięcie. Forma Ikera Casillasa wywoływała ostatnio wielkie kontrowersje.

Właśnie debata dotycząca obsady bramki, rozgrzewa teraz kibiców Realu najbardziej. Casillas fatalnie wypadł w przegranym 1:3 sparingu z Manchesterem United. Tymczasem Florentino Perez podjął decyzję, że z klubu odejdzie Diego Lopez (Milan). Iker został za zasługi, w meczu o SUperpuchar Europy dostanie kolejną szansę, ale jeśli nie odzyska formy, wyląduje na ławce. Keylor Navas ma dać Carlo Ancelottiemu gwarancję.

Po zdobyciu dziesiątego Pucharu Europy na najbogatszy klub świata spłynął błogi spokój. To zasługa Ancelottiego, który po konwulsyjnej erze Jose Mourinho, wyciszył w Madrycie wszelkie konflikty. Do tego dał klubowi upragnioną „La Decimę”. Po raz pierwszy od 12 lat drużyna z Santiago Bernabeu odzyskała pełnię blasku i ma prawo patrzeć na rywali z lotu ptaka.

Spokój w Realu Madryt to jednak pojęcie względne i ulotne - bardziej niż gdziekolwiek indziej. Jeśli Ancelotti myślał, że stworzył drużynę na lata, to się pomylił. Po przyjściu wielkiej trójki musi zacząć budowę od początku. Kadra Realu jest co prawda jeszcze mocniejsza niż w ubiegłym sezonie, nie zmienia to jednak faktu, że Włoch będzie modyfikował ulubione ustawienie 4-3-3.

Drużyna „Królewskich” to dziś przepych w każdym calu. Oczywiście Angel di Maria odejdzie z pewnością do PSG, bo dziś na Santiago Bernabeu nie ma już dla niego miejsca. Real przedłużył kontrakt z Karimem Beznemą, niepodważalna jest pozycja dwójki wartej 200 mln Cristiano Ronaldo i Garetha Bale’a. Tercet BBC zdobył w ubiegłym sezonie aż 97 goli, trudno przypuszczać, by Ancelotti chciał go rozbić. – Nie potrzebujemy kolejnego napastnika – mówił Włoch. Nie zmienia to faktu, że prezes klubu, który, jak wiadomo, z trenerami liczy się średnio, zabiega jeszcze o Radamela Falcao z Monaco. Gdyby się udało, Real miałby najdroższą ławkę w historii piłki. Ktoś z wielkich zostałby na nią skazany. James, Ronaldo, Bale, Benzema, a przecież do składu wróci niedługo genialnie zdolny Jese Rodriguez. Tak gwiazdorskiej kadry Real nie miał nawet w czasach galaktycznych, gdy wielcy gracze, sprowadzani za dziesiątki milionów, współistnieli z wychowankami La Fabrica.

Przed rokiem za 70 mln euro Perez kupił dwóch młodych piłkarzy Illarramendiego i Isco w ramach hispanizacji składu. Dziś obaj mają tylko iluzoryczne szanse na wyjście do gry. W ataku miejsca nie ma, w pomocy jest go jeszcze mniej. Pozycja Luki Modrica jest niepodważalna, a poza tym są: ulubieniec Ancelottiego Xabi Alonso, oraz mistrzowie świata Sami Khedira i sprowadzony właśnie Kroos.

Nowym ustawieniem ma być 4-2-3-1. A więc przed czwórką obrońców graliby Modric i Kroos (lub Alosno), przed nimi James, Bale i Ronaldo, a Benzema na szpicy. Wydaje się, że tak znakomity gracz jak Khedira powinien jednak szukać sobie nowego klubu, bo w Madrycie sczeźnie na ławce, jeśli z „pomocą” nie przyjdą mu kontuzje.

Największym znakiem zapytania opatrzona jest zamiana Di Marii na Jamesa. Na razie są w klubie obaj, ale dla jednego definitywnie miejsca nie ma. Rzecz jasna odejdzie Argentyńczyk, za którego PSG ma dać koło 75 mln euro. Tyle, że Di Maria to ulubieniec trenera Realu, i rewelacja ubiegłego sezonu. Był bohaterem wszystkich wielkich zwycięstw „Królewskich” w Champions League, jest dziś jednym z najlepszych graczy na świecie w pojedynkach jeden na jednego. Czy sprowadzony za 80 mln James sprosta wyzwaniu? A może Perez, gdy wymyślił sobie tę zamianę, zignorował względy sportowe kierując się przede wszystkim marketingowymi? James został królem strzelców mundialu w Brazylii, ale zakończył go w ćwierćfinale. W piłce klubowej na takim poziomie jak Di Maria nie grał nigdy.

Wydaje się, że w takim klubie jak Real karuzela transferowa nie może się zatrzymywać nawet na chwilę. Tylko czy przywyknie do tego Ancelotti – człowiek pogodny, opanowany, stonowany, ale konserwatywny i wielbiący spokój. Perez powinien dbać o Włocha, bo wbrew pozorom to szkoleniowiec galaktyczny. Real jest najbardziej utytułowanym klubem w Pucharze Europy, ale Ancelotti najbardziej utytułowanym trenerem w tych rozgrywkach. Na szczęście cierpliwości nie brakowało mu nigdy.

Real przegrał dwa przedsezonowe sparingi – pierwszy po karnych z Interem, drugi z Manchesterem United. Wystąpił jednak bez największych gwiazd, starych i nowych. We wtorek w Cardiff pierwszy mecz o stawkę z Sevillą Grzegorza Krychowiaka w Superpucharze Europy. Nie wiadomo, czy cały mecz zagra Ronaldo, który stara się odbudować kolano zmaltretowane w poprzednim sezonie. A może nadmiar piłkarzy w kadrze Realu zapowiada, że dobijający do trzydziestki Portugalczyk nie będzie już grał we wszystkich meczach? Jego stalowy organizm zaczyna zdradzać pierwsze oznaki przeciążenia.

Zaledwie cztery dni po Superpucharze Europy najbardziej luksusowy futbolowy produkt pod szyldem Real Madryt zjedzie do Warszawy na sparing z Fiorentiną. Potem czeka go derbowa batalia z Atletico Madryt w Superpucharze Hiszpanii. Klub z Vicente Calderon, który przegrał z „Królewskimi” finał Ligi Mistrzów doznał latem przeobrażenia. Choć stracił Diego Costę, Villę, Filipe Luisa, niewykluczone, że po transferach za 80 mln euro, jest jeszcze mocniejszy niż w poprzednim sezonie.



czwartek, 07 sierpnia 2014

Nikt nie wydał tego lata na transfery więcej niż Barcelona (143 mln euro). Nowa drużyna budowana przez Luisa Enrique dała jednak jeszcze jedną szansę 34-letniemu Xaviemu Hernandezowi. A właściwie piłkarz sam ją sobie dał.

Decyzja, że już nie zagra więcej w kadrze Hiszpanii, jest spodziewana, ale wyjątkowa. Xavi Hernandez, najlepszy piłkarz w historii hiszpańskiej piłki, powiedział definitywne „dość” La Roja. Vicente del Bosque, który na mundialu w Brazylii nie wystawił pomocnika Barcelony na decydujący mecz z Chile, będzie bił się z myślami do końca życia. Co by było, gdyby 18 czerwca 2014 roku Xavi wyszedł jednak na murawę stadionu Maracana?

Dla gracza Barcy miejsce na ławce w tak kluczowym pojedynku było swego rodzaju policzkiem, ale też impulsem do podjęcia decyzji o opuszczeniu reprezentacji. Zagrał w niej 132 razy zdobywając 12 goli. Ta druga, niezbyt imponująca jak na pomocnika liczba, tłumaczy w jakimś stopniu, dlaczego nie osiągnął poziomu medialności właściwego dla graczy jego klasy. Mało strzelał, za to na boisku był niczym wielki generał. Nie było w hiszpańskiej piłce zawodnika, który zdobyłby więcej niż on, choć wielu osiągnęło większy rozgłos.

Vicente del Bosque mówi, że dla złotego okresu La Roja w latach 2008-2012 Xavi był najważniejszy. Znaczył więcej niż obaj selekcjonerzy prowadzący drużynę do dwóch mistrzostw Europy (2008 i 2012) i mistrzostwa świata (2010). „Hiszpania traci piłkę” – skomentował największy w kraju dziennik „El Pais”. Rzeczywiście bez Xaviego, słynne, hiszpańskie „posesion” z pewnością spadnie. Selekcjoner pociesza fanów, że tylu młodych graczy wzorowało się ostatnio na Xavim, iż muszą wyrosnąć z nich jego następcy. Jeden z kandydatów Koke z Atletico Madryt rozwiewa te nadzieje. – Też myślałem, że może zbliżę się kiedyś do jego poziomu, ale straciłem złudzenia po pierwszym, wspólnym treningu. Xavi jest jedyny, innego nie było i nigdy nie będzie – mówi.

Taką samą decyzję jak wobec kadry, Xavi podjął także wobec klubu, w którym się wychował i spędził 18 lat kariery. Po tym, jak w ostatnim meczu minionego sezonu decydującym o mistrzostwie Hiszpanii z Atletico Madryt na Camp Nou trener Gerardo Martino posadził go na ławce, 34-letni gracz uznał, że odchodzi z Barcelony. Miał wyjechać do MLS, lub Kataru skąd dostał lukratywne oferty. Ale nowy trener Barcy Luis Enrique poprosił go o spotkanie. Znają się z boiska, grali razem w Barcelonie kilka lat. Luis Enrique przekonał Xaviego, że go jeszcze potrzebuje. W drugim sparingu przed sezonem z francuską Nizą weteran zdobył gola na 1:1 i był najlepszy na boisku.

Z Nizą Barca grała mocno rezerwowym składem - bez trójki napastników: Leo Messi, Neymar, Luis Suarez. Pierwszy odpoczywał po mundialu, drugi leczył uraz kręgosłupa, trzeci odbywa karę. Barca wydała tego lata na transfery już 143 mln euro – najwięcej ze wszystkich. Ponad połowę tej kwoty kosztował Suarez, który być może poczeka na debiut w nowym klubie aż do Gran Derbi. 26 października na Santiago Bernabeu Real podejmie Barcelonę, a dyskwalifikacja FIFA dla Urugwajczyka za pogryzienie na mundialu Giorgio Chielliniego, skończy się dzień wcześniej. Istnieje jednak duża szansa, że TAS, trybunał arbitrażowy ds. sportu w Lozannie skróci karę dla nowego gracza Barcy.

Pozostali piłkarze sprowadzeni tego lata (bramkarze Ter Stegen i Bravo, a także pomocnik Rakitic i obrońca Mathieu) już grali w sparingach. Klub chce jeszcze kupić kolejnego środkowego obrońcę, ale z wszystkich kandydatów, najbardziej realne jest sprowadzenie 28-letniego Belga Thomas Vermaelena, który nawet w Arsenalu często nie mieścił się w składzie. Na Camp Nou marzą o Kolumbijczyku Juanie Cuadrado z Fiorentiny i Brazylijczyku Marquinhosie z PSG, ale oba kluby żądają za swoich graczy po 50 mln euro.

Luis Enrique tak zabiegający o Xaviego nie chce widzieć w zespole Brazylijczyka Daniego Alvesa. Jego miałby zastąpić Cuadrado, ale jest za drogi. Klub z Camp Nou rozpuścił swoich rywali i kontrahentów, skoro wydał 80 mln na Suareza, 20 mln na 31-letniego Mathieu, a 25 mln na Rakitica, którego Sevilla 3,5 roku temu sprowadziła za 2 mln, to wszystkie kluby robiące interesy z Katalończykami chcą wyciągnąć od nich jak najwięcej. Barca jest przyparta do muru, stopera i prawego obrońcy potrzebuje bardzo.

Klub z Camp Nou nie tylko kupował, ale i sprzedawał tego lata. Na Cescu Fabregasie (Chelsea) i Alexisie Sanchezie (Arsenal) zarobił 80 mln euro. Prawdopodobnie w nowej drużynie na pozycji kapitanów Valdesa i Puyola zastąpią Messi i Busquets tworząc kapitańską czwórkę z Xavim i Iniestą.

Wczoraj drużyna z Katalonii przegrała w Szwajcarii sparing z Napoli tracąc gola po błędzie bramkarza Bravo. Xavi i Mathieu nie wystąpili z powodu drobnych urazów, Song ze względu na kłopoty rodzinne, a Messi, Mascherano, Alves i Neymar, bo dopiero wrócili z wakacji po mundialu. Lada dzień nowa Barca, która ma się zrehabilitować za poprzedni, fatalny sezon, będzie niemal w komplecie. Bukmacherzy wciąż widzą ją w europejskiej czołówce. W typowaniu zwycięzców Champions League 2015 Katalończycy są na trzeciej pozycji, tuż za Realem Madryt i Bayernem Monachium.



 
1 , 2
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac