blog Darka Wołowskiego
RSS
piątek, 29 sierpnia 2008

Wyjazd do Premier League może się okazać najlepszą wieścią dla Ebiego Smolarka. To całkiem co innego niż przenosiny do Toulouse we Fracnji, gdzie gra z wielkimi klubami ogranicza się do Lyonu. W Anglii może być super, można błyszczeć na tle Arsenalu, Manchesteru, Liverpoolu i Chelsea. Trzeba tylko błysnąć - ale to już inny temat zależący od samego Polaka.

Ebi zamienia fantastyczną ligę na być może nawet jeszcze lepszą więc nie jest skazany na piłkarską banicję. Bolton to taki angielski Racing Santander. Jeśli się tam przebije, może być super. Polak trzymał się tego Racingu pazurami, bo życie w Hiszpanii miał wygodne, a miasteczko takie jak Santander spotyka się najczęściej w bajkach. Ale jeśli zapomni o urokach życia i pomysli o urokach futbolu, to mu raczej nie zaszkodzi.

Nie płacz Ebi. Graj. Oby za rok w Boltonie nie powtórzyło się to co w Racingu, gdzie wszyscy ważni ludzie w klubie marzyli, by pozbyć się tego Polaka. Teraz Polak ma 12 miesięcy, by to Racing zaczął po nim płakać. Zresztą powrót do Hiszpanii jest realny, bo Ebi jest przecież tylko wypożyczony. Ale gdyby nawet został w Premier League też rozpaczać nie powinien. Jest pierwszym od 9 lat Polakiem, który zdobył gola w Primera Division. W Anglii czeka na niego rekord o 7 lat starszy. W 1992 roku gdy Robert Warzycha pokonywał bramkarza Manchesteru Ebi miał 11 lat.

Austria Wiedeń i Tottenham to rywale Lecha Poznań i Wisły Kraków w walce o fazę grupową Pucharu UEFA. W tej fazie grupowej były dotąd dwa polskie kluby Amica i Wisła. Oba przez nią nie przebrnęły. To obraz katastrofalny, bo przecież rywalizacja na serio zaczyna się dopiero wtedy. Zwycięstwo Wisły z Barceloną lub dobra gra Lecha z Grasshopper mogą poprawić nam nastroje, ale do autentycznych sukcesów droga jeszcze bardzo daleka. 

Trudniejsze zadanie ma Wisła, ale sama jest sobie winna. Po sukcesie jakim był awans do IV rundy Pucharu UEFA (2003) zespół z Krakowa był w Pucharze UEFA rozstawiany. Ale przez 5 lat nie zrobił absolutnie nic, by swoją uprzywilejowaną pozycję utrzymać. No to efekt jest taki, że teraz trzeba ograć Tottenham. A przecież było już tak, że liczyliśmy nawet na rozstawienie Wisły w III rondzie eliminacji Champions League. Wszystko zostało zaprzepaszczone, dziś trzeba pracować od początku.

Wisła to zresztą dobry przykład dla Lecha, który śni o potędze. Dobrze by było, żeby wylosowanie Austrii gracze z Poznania potraktowali jak życiową szansę. Jeśli jej nie wykorzystają, w następnym roku w pucharach może być już tylko trudniej. I skończy się jak w Krakowie - każdy rok w Europie to krok w miejscu, lub wstecz.

środa, 27 sierpnia 2008

Ciekawe, że kiedy w polskiej piłce zdarzy się coś pozytywnego, dla nas napilniejsza jest debata o tym czy faworyzowany rywal grał na poważnie. Tak jest dziś po niespodziewanym zwycięstwie Wisły nad Barceloną. Jestem właśnie po lekturze prasy w Katalonii, która nie ma wątpliwości, że porażka w Polsce bardzo szkodzi wizerunkowi ich klubu. Barca przegrała wczoraj pierwszy mecz od czasu, gdy trenerem został Pep Guardiola - niebyt długo, ale jednak, nawet towarzyskie spotkania przed sezonem nowy trener traktował poważnie.

Poważnie potraktował także rewanż z Wisłą - wystawiając najsilniejszy skład. Na pewno nie było to konieczne do awansu, bo 5:0 Wisła nie wygrałaby pewnie i z rezerwowymi. Ale Guardiola chciał w Krakowie zwyciężyć. Stałem blisko, gdy przegrani piłkarze Barcy wychodzili z szatni. Iniesta powiedział, że Wisła okazała się znacznie silniejsza niż mu się wydawało po pierwszym meczu. Nie, na twarzach graczy Guardioli nie było przerażenia, oni plan podstawowy, czyli awans do Ligi Mistrzów w Krakowie wykonali. Ale taki Henry pozwolił sobie na brutalny faul w 92. min po którym powinien wylecieć z boiska. Mistrz świata (1998), wicemistrz świata (2006) i mistrz Europy (2000), wielokrotny król strzelców Premier League nie zapanował w Krakowie nad nerwami. A potem musiał stanąć przed dziennikarzami z całej Hiszpanii i wytłumaczyć się z porażki. To samo Dani Alves za którego Barca dała 35 mln euro, to samo najlepszy gracz ostatniego Euro Xavi Hernandez. Parę lat temu w meczu Polska - Białoruś widziałem Aleksandra Hleba, który wyglądał jak Maradona na tle naszych piłkarzy. Wczoraj Wisła nie pozwoliła mu na nic. Wisła, która grała w składzie znacznie bardziej osłabionym niż Barca (bez Głowackiego, Cantoro, Sobolewskiego). 

Jeśli nawet gwiazdorzy nie zagrali jak o życie, to i tak są wystarczająco silni, by nie przegrywać w Polsce. Ale przegrali i ktoś ich do tego zmusił. Przy tej całej bryndzy w naszej piłce warto się raz skupić na tym co pozytywne, bo większych sukcesów niż zwycięstwa nad Barcą (prawie 400 mln rocznego budżetu) to my już mieć nie będziemy.

Gracze Wisły przełamali wiele barier. Może warto by zostało z tego coś wiecej niż wrażenie, że zamożny rywal ich zlekceważył. Kiedy słucham wywodów polskich kibiców, to czasem mi się zdaje, że mamy jeszcze głebsze kompleksy niż nasi piłkarze.

wtorek, 26 sierpnia 2008

Piłkarska Hiszpania żyje wyścigiem Realu Madryt po Davida Villę. 52 mln euro to cena świadcząca o tym, że prezes Ramon Calderon ostatecznie stracił nerwy. Najpierw przez wiele tygodni próbował sprowadzić do Madrytu Cristiano Ronaldo, a wywalczył tyle, że Ronaldo został w Manchesterze, a Robinho, którego miał zastąpić, postanowił uciekać do Chelsea. Calderon chciał zatrzymać Brazylijczyka, ale dość szybko zrozumiał, że z niewolnika nie ma pracownika. A więc postanowił: „Niech Robinho idzie gdzie chce”. Zwłaszcza za 37 mln euro jakie zażądał Real. Calderon dołożył do tego 10 mln i ruszył po Villę, ale Valencia odpowiedziała: „nie”. Prezes Realu stoi pod ścianą, do zamknięcia okna transferowego zostało ledwie kilka dni, a drużynę wzmocnić trzeba. Choćby po to, by w razie niepowodzenia nikt nie powiedział, iż Calderon lato przespał. Dlatego da za Villę każde pieniądze, na razie doszło do 52 mln. A za rok i tak trzeba będzie wydać z 80 mln na Ronaldo...

 

 

 


 

Z hiszpańskiego punktu widzenia mecz Barcelony z Wisłą jest zdecydowanie mniej ważny. Polskim kibicom Barcy mogę powiedzieć tyle, że z wrażenia jakie zrobił na mnie Josep Guardiola (wczoraj była oficjalna konferencja prasowa trenera) wygląda na człowieka szczególnie uczulonego na to, by jego gracze nie lekceważyli kogokolwiek. Maciej Skorża przyznał otwarcie, że po 0:4 sprawa awansu jest rozstrzygnięta, to samo powtórzył Marcin Baszczyński, a Guardiola się uparł i mówi: „nie”. Dodał nawet, że wystawi najsilniejszy skład, bo „mecz z Wisłą jest bardzo ważny”. Hiszpańscy dziennikarze byli jednak uparci, gdy pytałem ich o graczy, którzy zagrają w Krakowie wymienili samych rezerwowych. Za kilka godzin będzie się można przekonać czy nowy trener Barcy to człowiek przywiązujący wagę do tego co mówi.

 

 

 

Ubawiło go pytanie o Kraków, Wawel i wszystkie uroki miasta. Powiedział, że nie wie mawet czy pozwoli drużynie wyjść na spacer. „Tym razem przyjechaliśmy na mecz, zwiedzać przyjedziemy innym razem”.Powie ktoś, że to normalne, bo co taki trener ma powiedzieć - że gra z Wisłą jest o nic, że wszystko się już rozstrzygnęło, a mecz w Krakowie trzeba zagrać i zapomnieć? Jasne, że nie

 

 


 

Mnie jednak interesuje co innego. Po składzie i zaangażowaniu piłkarzy Guardioli właśnie w takim meczu jak ten dzisiejszy przekonamy się jaki ma autorytet w drużynie. Oczywiście dla nas ważniejszy jest autorytet Skorży. I o nim też się wiele dowiemy, gdy jego zdziesiątkowana drużyna wyjdzie na boisko, by odzyskać twarz po tym co się stało na Camp Nou. Ciekawe czy wiślacy mają charakter, czy też wszystko to, co mówią przed meczem to tylko tradycyjne w polskiej piłce bla, bla, bla.

poniedziałek, 25 sierpnia 2008

Jeden z kolegów zapytał mnie pół żrtem, pół serio czy do Krakowa na rewanżowy mecz z Wisłą Barcelona przyśle drużynę juniorów. Okazjuje się, że nie. Cztery gole, które na Camp Nou wbiła Barca w pierwszym meczu nie zmiejszyły czujności trenera Josepa Guardioli. Na wyjazd do Krakowa powołał wszystkich najlepszych poza Messim, który ma odpocząć po igrzyskach w Pekinie. Guardiola zabiera do Polski nawet Dani Alvesa, piłkarza za którego zapłacono 35 mln euro i który leczył ostatnio kontuzję. Trudno powiedzieć jaka będzie podstawowa jedenastka, ale widać, że Guardiola nie należy do ludzi, którzy skłoni byliby lekceważyć jakikolwiek mecz.

Za trzy godziny Barca wyląduje w Balicach w pełnym składzie. Dla nas to dobrze, bo jeśłi Wisła ma się rewanżować, niech to nie będzie rewanż na rezerwach klubu z Katalonii. Niezależnie od szanas na awans do Ligi Mistrzów, które bliskie są zeru, mistrz Polski ma okazję zagrać jutro wielki mecz. Oby z tej okazji skorzystał.

Powołani na Wisłę. Valdés, Pinto, Rubén Miño, Dani Alvés, Puyol, Abidal, Silvinho, Márquez, Cáceres, Piqué, Keita, Hleb, Iniesta, Xavi, Gudjohnsen, Touré, Bojan, Pedro, Henry i Eto'o.

niedziela, 24 sierpnia 2008
Ze złotym medalem na szyi przyleciał do Barcelony mistrz olimpijski w piłce nożnej Lionel Messi. Od razu podziękował Barcelonie i trenerowi Guardioli za to, że pozwolili mu zostać w Pekinie. Jak wiemy bez niego Barca musiała grać z Wisłą w eliminacjach Ligi Mistrzów. Dała radę. W rewanżu też Messiego nie będzie. Guardiola pozwolił mu odpocząć. Barca przyjeżdża do Polski jutro. Mistrz olimpijski zostaje w Barcelonie.

Nie będę oryginalny jeśli napiszę, że gol Kuby Błaszczykowskiego w ostatniej kolejce Bundesligi to w polskiej piłce wydarzenie. Pod względem piękna, fantazji, polotu czy mistrzostwa technicznego nasza piłka upadła dość nisko. Nie mówię, że w ogóle nie osiągamy sukcesów, ale nawet one są zwykle mało efektowne - wyszarpane, wydrapane, wywalczone. Tymczasem strzał Kuby to poezja w czystej postaci: niesygnalizowane uderzenie zewnętrzną częścią stopy, tak, by piłka z nadzwyczajną rotacją wpadła w okienko bramki nie dając stojacemu w niej bramkarzowi szans najmniejszych. I to bramkarzami Bayernu Monachium. Może Kuba dorasta do wielkich goli w wielkich meczach.

Błaszczykowski pokazał, że piękno i maestria nie muszą omijać piłkarza z Polski szerokim łukiem, ale być może to polski piłkarz za rzadko się na nie porywa. Błaszczykowski się porwał. Tak trzymać. Kuba ma możliwości - fajnie by było mieć choć jednego gracza z pola gdzieś na najwyższej światowej półce. W każdym razie dał nam przykład Błaszczykowski jak strzelać mamy...

Popatrzcie

http://mundialowo.blox.pl/2008/08/video-Wichniarek-znow-Blaszczykowski-przepieknie.html

piątek, 22 sierpnia 2008

Nie mam zamiaru podważać słuszności kary jaką wyznaczy Leo Beenhakker Borucowi, Dudce i Majewskiemu. Chciałbym tylko rozważyć ile od strony sportowej straci na tym kadra. Każdy kto oglądał Euro 2008 uzna, że bardzo dużo. Boruc to był jedyny polski piłkarz, który pokazał umiejętności godne tak wielkiego turnieju, a gdyby stał w bramce Chorwacji, Niemiec, czy Turcji mógłby rywalizować o pozycję wśród najlepszych. W polskiej bramce dokonywał cudów, uratował mecz z Austriakami, to samo mogło się stać z Chorwatami, gdyby miał jakiekolwiek wsparcie w graczach z pola. Nie miał. Ale drużyna przekonała się ostatecznie, że jej lider stoi właśnie między słupkami. Do Euro nie było to wcale oczywiste, w eliminacjach zachwycaliśmy się skutecznością Krzynówka i Smolarka, a także walecznością Lewandowskiego. Tymczasem w zetknięciu z wielką piłką w finałach ME egzamin zdał tylko Boruc.

Na szczęście Słowenia i San Marino z którymi kadra Beenhakkera zaczyna eliminacje MŚ 2010 to nie Niemcy, albo Chorwaci. Trzeba zakładać, że w grze z tymi pierwszymi we Wrocławiu i w San Marino drużyna Beenhakkera powinna sobie poradzić. A przynajmniej nie dopuścić do sytuacji w której kluczowy dla wyniku byłby fakt kto stoi na linii polskiej bramki. Łukasz Fabiański raczej da sobie radę - to bramkarz wysokiej klasy, choć z pewnością nie ma w drużynie takiej pozycji jak Boruc. Załóżmy jednak, że aby zdobyć 6 pkt w dwóch pierwszych meczach eliminacji Euro 2008 drużyna Beenhakkera obejdzie się bez cudów w bramce. 

Paradoksalnie trudniej będzie zastąpić Dudkę, który może grać na środku obrony, i jako defensywny pomocnik. Kokoszka, jak widzieliśmy na Ukrainie, nie jest w formie. Po Euro Beenhakker rozmawiał z Arkadiuszem Radomskim. Może on? Też mógłby zagrać na obu pozycjach Dudki.

Zostaje jednak problem co będzie jeśli Beenhakker uzna, że pijacki wyskok Boruca, Dudki i Majewskiego sprawia, iż w jego kadrze są skreśleni na zawsze. W meczach z Czechami, a także w kilku wyjazdowych ze Słowakami, Słoweńcami i Irlandczykami cudotwórca w bramce z pewnością kadrze bardzo by się przydał. I wtedy najbardziej będzie brakowało właśnie Boruca. O starcie na MŚ 2010 nawet nie wspominając. 

Dyrektor Chelsea Peter Kenyon przyjechał do Madrytu, by zaoferować za Robinho 37 mln euro. Jeśli mu się uda wyrwać piłkarza z Realu Madryt będzie to rzecz bez precedensu. Bo zawsze to Real zabierał innym graczy bijąc bez wahania wszelkie transferowe rekordy. Czy tym razem sytuacja będzie odwrotna?

Schuster, Calderon, Mijatovic - a więc wszyscy decydujący o transferach w Realu mówią zgodnym chórem: „nie”. Misja Kenyona byłoby więc niemożliwa, gdyby on i stojące za nim wielkie pieniądze Rosjanina Romana Abramowicza nie mieli jednego sojusznika. Jest nim Robinho. Brazylijczyk czuje się w Madrycie fatalnie. Niedawno trzeba było go błagać by zagrał z Valencią w Superpucharze. Ale wyjaśnienie sprawy jest w miarę łatwe. Robinho zarabia w Madrycie 2,1 mln euro rocznie - czyli jest na ósmym miejscu od końca tamtejszej listy płac. A Chelsea oferuje mu 6 mln.

Nie tylko to go jednak sfrustrowało. Zniesmaczyła go cała ta wielka batalia Realu Madryt o Cristiano Ronaldo. Real był gotowy dać 80 mln euro, by w Madrycie pojawił się następca Robinho. Brazylijczyk poczuł się w klubie jak piąte koło u wozu, bo podobno nikt z Realu z nim w tym czasie nie rozmawiał. Dopiero, gdy Ronaldo oglosił, że zostaje w Manchesterze, prezes Realu dementował pogłoski, że Real chce się pozbyć Robinho. I tak doszło ponoć do sytuacji w której klub będący marzeniem każdego piłkarza stał się miejscem skąd Brazylijczyk chce wiać.

Real zrobi wiele by Robinho zatrzymać, bo zwyczajnie nie ma go kim zastąpić. Po upadku negocjacji z Ronaldo trener Bernd Schuster zaczął się dopominać o transfery. Co roku przecież Real wydawał latem worek pieniędzy. A teraz nie dość, że kupił tylko van der Vaarta, to jeszcze może stracić Robinho. A przecież ostatnia edycja Champions League dobitnie udowodniła, że drużyna Realu nie jest dziełem skończonym. A w Madrycie wciąż marzą o 10. triumfie w Pucharze Europy. Z tym składem? Wątpliwe.

czwartek, 21 sierpnia 2008

Kto marzył, by pierwszy mecz kadry po Euro 2008 był dniem zakończenia piłkarskiej żałoby w Polsce, mocno się sfrustrował. Styl gry drużyny Leo Beenhakkera w sparingu na Ukrainie był przygnębiający, a na deser mamy dopełniającą obrazu polskiej piłki wiadomość, że największa jej gwiazda - Artur Boruc, a także Dariusz Dudka i młody gracz wchodzący do drużyny Radosław Majewski zostali wyrzuceni z kadry za pijaństwo. Na razie Boruc zaprzecza. A ja bardzo chciałbym mu wierzyć.

W sumie jednak wiadomość, że piłkarze traktują mecze kadry jako pretekst do balangi, lub okazję do wyjścia w miasto, nie jest nowa. Niedawno słyszałem od piłkarza z reprezentacji Henryka Apostela, że przed pamiętnym meczem ze Słowacją wygranym w Zabrzu 5:0 (el Euro'96) cała kadra piła na umór. Niemal wszyscy trenerzy mieli kłopoty z pijaństwem piłkarzy, nie mieli przede wszystkim ci, którzy sami pili. Niektórzy znacznie wiecej niż ich gracze. Ale nawet jeśli tak było i jest nie znaczy, że tak być musi. Zachowanie piłkarzy na zgrupowaniach odzwierciedla ich stosunek nie tylko do zawodu, ale przede wszystkim do reprezentacji i jej kibiców. Pijąc na zgrupowaniu Boruc, Dudka i Majewski lekceważą nie tylko Beenhakkera, nie tylko tych fanów, którzy za nimi pojechali na Ukrainę, ale też tych, którzy w liczbie kilku milionów siadają przed ekranem tv.

Oczywiście Beenhakker mógł załatwić sprawę we własnym gronie, ale widać uznał iż przewinienia są zbyt poważne. Żaden normalny trener nie osłabia drużyny przed ważnymi meczami tylko po to, by wyjść na stróża moralności w oczach opinii publicznej. Nie wierzę więc, by ten problem pojawił się pierwszy raz.

Deszcz pochwał jaki spadł ostatnio na bramkarza Artura Boruca i w Polsce i Szkocji zdaje się przewrócił mu w głowie. Tej głowie brakuje impulsu, by wszystko w niej poukładało się na nowo. Boruc jest dobrym bramkarzem, ale jeszcze nie nadczłowiekiem. Zdaje się, że właśnie to Leo Beenhakker decyzją o dyskwalifikacji stara mu się powiedzieć.

Żeby być gwiazdą sportu nie wystarczy szybko i sprawnie poruszać nogami i rękami. To samo dotyczy Dudki i Majewskiego choć, w ich przypadku nie jest pewne, czy jakiekolwiek, nawet te akcptowalne „gwiazdorskie maniery” mają najmniejsze chociaż uzasadnienie.

 
1 , 2 , 3
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac