blog Darka Wołowskiego
RSS
piątek, 22 lipca 2016

Barcelona wygrała z Realem Madryt wyścig po Andre Gomesa, ale nie sposób przewidzieć co wygrała poza tym.

Byłoby szczytem brawury stwierdzenie, że Gomes był gwiazdą Euro 2016. Zaczynał turniej w podstawowym składzie Portugalii, ale finałową rozgrywkę z Francją przesiedział na ławce. Nie zmieniło to opinii Luisa Enrique. Trener Bracy uważa, że 23-latek będzie idealnym wzmocnieniem jego drużyny. Poza kosmicznie drogim Paulem Pogbą nie ma ponoć młodego pomocnika zapowiadającego się tak ciekawie.

Tuż po ogłoszeniu transferu Portugalczyka, głos zabrał agent Ivana Rakitica. Stwierdził, że czas by Chorwat spakował walizki i opuścił Camp Nou. Potem się wykręcał, ale trudno powiedzieć jak to się skończy. Zamiana byłaby ryzykowna. Rakitic to piłkarz galowej jedenastki. Konkurencja w pomocy Katalończyków staje się jednak gigantyczna. Zwłaszcza jeśli klub zatrzyma Ardę Turana uznając, że sprowadzonemu za 35 mln euro Turkowi należy się druga szansa. Pół sezonu to mało by go skreślać.

Real Madryt oferował Valencii 50 mln euro plus 10 bonusów. Operację opóźniła niespodziewana decyzja Jamesa Rodrigueza, że chce jednak zostać na Santiago Bernabeu. Trudno dotrzeć do prawdy, bo madryckie i katalońskie media wzajemnie sobie przeczą. Barcelona zapłaci 35 mln, plus 10, a nawet 20 bonusów. W grę mogą też wchodzić transfery Montoyi oraz Tello na Mestalla. Czyli cena Gomesa jest zbliżona do tej, jaką zapłacił Bayern Monachium za Renato Sanchesa. Ten przebył na Euro 2016 drogę odwrotną niż Gomes: od rezerwowego do gracza podstawowej jedenastki. A nawet wschodzącej gwiazdy.

18 kwietnia 2015 roku Andre Gomes zauroczył Luisa Enrique, gdy Valencia przegrała na Camp Nou 0:2, ale wypadła świetnie. Podobno 21-latek zagrał wtedy genialnie i znalazł się w centrum zainteresowania wielkich rywali. Dlaczego wybrał Barcelonę, a nie Real? Rzecz jasna są dwie wersje: katalońska mówi o tym, że marzył o grze u boku Iniesty i Messiego, madrycka, że przestraszyła go konkurencja w drugiej linii „Królewskich”. Wydaje się, że w Katalonii może mu być jeszcze trudniej (Iniesta, Rakitic, Busquets, Turan, Rafinha, Denis Suarez, Sergi Roberto, Andre Gomes). Do olbrzymiej konkurencji dochodzi zgłębienie tiki-taki, co jak wiadomo jest zadaniem ekstremalnym nawet dla dobrych piłkarzy.

Transfer Gomesa zbiega się z wielką ulgą związaną z odejściem Alexa Songa. Miał być na Camp Nou tym, kim Yaya Toure, a przynajmniej Seydou Keita. Nie był, obciążał tylko klubowy budżet, każda minuta jego gry kosztowała Barcę 5 tys euro. Efekt był mniej niż mizerny. A przecież w Arsenalu Song był w tamtych czasach kimś znacznie więcej niż defensywnym pomocnikiem.

Tego lata Barca kupuje graczy młodych. Denis Suarez, Lucas Digne, Samuel Umtiti i Andre Gomes będą kosztowali od 80-100 mln euro, ale być może upłynie sporo czasu zanim któregoś z nich zobaczymy w podstawowym składzie. Czy nie lepiej było wydać tych wielkich pieniędzy na Pogbę? Tylko, czy Francuz z marszu wygrałby rywalizację z Rakiticem?

Luis Enrique zabiega jeszcze o środkowego napastnika: też nie do podstawowej jedenastki, ale jako zmiennika swojego eksportowego trio. To pochłonie kolejne 20-30 mln euro, lub więcej. Barca rozbija bank na rezerwowych. Który z nich się spłaci? Nie sposób przewidzieć.

Jeśli prawdziwe jest stwierdzenie, że aby ocenić siłę zespołu trzeba spojrzeć na jego ławkę rezerwowych - Barcelona na pewno będzie mocniejsza niż w minionym sezonie.

środa, 20 lipca 2016

Klub ukarany za przestępstwo podatkowe poparł swoją największą gwiazdę skazaną za to samo. Wszyscy jesteśmy Leo Messim? Czyli wszyscy oszukujemy na podatkach?

Numer 10, przy nim dwie dłonie w granatowo-bordowych barwach Barcelony, a pod nimi angielski napis „We are all Leo Messi” (wszyscy jesteśmy Leo Messim). Pracownicy klubu z Katalonii zebrali się na stadionie Camp Nou, by gremialnie wyrazić solidarność z grającym z numerem 10 na koszulce gwiazdorem z Argentyny. Wznieśli ręce, wypowiedzieli angielskie hasło akcji, gdy kamera pokazała kataloński napis na trybunach informujący, że Barcelona to więcej niż klub. Pompa godna świętego oburzenia i wielkiej sprawy.

„Nie pozwolimy, by Leo Messi traktowany był jak przestępca” - napisano w oficjalnym komunikacie klubu, a tysiące kibiców przyłączyły się do akcji. „Leo, kto atakuje ciebie, atakuje Barcelonę i jej historię. Będziemy się bronić do końca. Zawsze razem” - napisał na Twitterze prezes Josep Maria Bartomeu.

Nie jest to może najbardziej kuriozalna akcja poparcia w dziejach świata, ale być może najbardziej kuriozalnej w dziejach piłki. Messi został skazany na 21 miesięcy więzienia za przestępstwa podatkowe przez niezawisły sąd w Barcelonie. Udowodniono, że prowadzący interesy piłkarza ojciec Jorge oszukał hiszpańskiego fiskusa na ponad 4 mln euro. Sąd nie uwzględnił argumentu piłkarza, że on wyłącznie kopie piłkę i na podatkach się nie zna. Nieznajomość prawa nie zwalnia z jego przestrzegania.

Messi nie jest jedynym piłkarzem mającym problemy skarbowe. Miało i ma je wielu polityków, sportowców, celebrytów. Ci pierwsi przyłapani na korupcji zawsze twierdzą, że są atakowani przez przeciwników politycznych. Jakich przeciwników ma FC Barcelona w sądzie w swoim własnym mieście? Media wyszperały Marię Silvę Lapuertę, córkę ministra w rządzie generała Franco, która pracowała u Florentino Pereza w Realu Madryt (2000-2006). Ona jest jednak szefową prokuratury skarbowej, a nie sędziną wydającą wyroki w Barcelonie.

Kuriozalność sytuacji potęguje fakt, że w tym samym czasie Bartomeu i pozostali szefowie FC Barcelony zgodzili się zapłacić fiskusowi 5,5 mln euro za nieprawidłowości przy przeprowadzeniu transferu Neymara. Klub z Katalonii został więc skazany dokładnie za to samo przestępstwo co jego najlepszy piłkarz.

Rozumiem sympatię, podziw, nawet miłość do pięciokrotnego laureata Złotej Piłki. Messi podarował kibicom Barcy i nie tylko im wiele magicznych momentów na boisku. Być może jest najlepszym specem od kopania piłki jaki kiedykolwiek chodził po ziemi. Ale prawu podlegali przecież Kopernik, Einstein, Chopin i Maria Skłodowska Curie.

Barcelona ma wielu fanów, także w Polsce. Zauroczonych tiki-taką, czyli widowiskowym stylem gry drużyny, jej sukcesami, a nawet historią klubu splecioną z losami Katalonii. W czasach dyktatury generała Franco szefowie klubu wiele razy wysyłali w świat komunikaty, że nie są traktowani na równych prawach w rywalizacji z Realem Madryt. Stąd między innymi urodziło się hasło „Więcej niż klub” - odnoszące się do trudnej historii.

I dziś ten sam klub występuje z absurdalnym wsparciem dla piłkarza twierdząc, że został pokrzywdzony, bo skazano go za oszukiwanie na podatkach. Ciekawe jak czuli się ci wszyscy katalońscy (i nie tylko) ojcowie i matki, którzy musieli wytłumaczyć swoim własnym dzieciom, że sąd w Barcelonie popełnił nadużycie wobec piłkarza? A przecież prawda jest taka, że fiskus po prostu nie pozwolił się wykiwać najlepszemu dryblerowi świata.

wtorek, 19 lipca 2016

Przez 15 lat najdroższym polskim piłkarzem był bramkarz Jerzy Dudek. Teraz pobili go Grzegorz Krychowiak i Kamil Glik, a w kolejce stoją następni. Piłkarz urodzony nad Wisłą przestaje być „towarem” trzeciej kategorii?

Pamiętam rozmowę sprzed lat z hiszpańskim agentem piłkarskim. Argumentował, że Jan Urban to wciąż najlepszy ambasador polskiej piłki w Primera Division. Brzmiało to jak legenda o „Orłach” Kazimierza Górskiego, wszyscy jesteśmy z nich dumni, ale tylko najstarsi byli świadkami ich wielkości. To samo dotyczy Urbana - 30 grudnia 1990 roku zdobył hat-tricka na Santiago Bernabeu w meczu z Realem broniącym tytułu mistrza Hiszpanii. Do tego osiągnięcia sprzed ćwierć wieku zbliżył się dopiero Robert Lewandowski czterema golami wbitymi Realowi w półfinale Champions League i rekordami Guinnessa w meczu Bundesligi z Wolfsburgiem.

Portal transfermarkt wycenia Polaka na 75 mln euro, ale Real Madryt zapłaciłby więcej, gdyby szefowie Bayernu Monachium zechcieli usiąść do negocjacji. Kapitana drużyny Adama Nawałki można wręcz traktować jak poważnego kandydata do pobicia transferowego rekordu świata.

Lewandowski opowiadał, że mając w pamięci jego przykład, menedżerowie i szefowie klubów z Niemiec zaczęli widzieć w Polakach wysokiej klasy specjalistów. Swój znaczący udział w tym mają też Łukasz Piszczek i Kuba Błaszczykowski, obaj już po trzydziestce, ale od lat utrzymujący się na topie. Informacja, że o Kubę zabiega Juergen Klopp pracujący dziś w Liverpoolu nikogo nie szokuje, to piłkarz o delikatnym zdrowiu, ale niebywałej inteligencji. Zespołowi z Anfield mógłby jeszcze bardzo pomóc, choćby wchodząc z ławki w kluczowych momentach. Bo nad innymi graczami Kloppa góruje doświadczeniem, techniką i ogładą.

Przez lata słowo „Polak” brzmiało wstydliwie w futbolu z topu. Dziś brzmi normalnie. Jakby jakaś dobra fala wywołana przez najlepszych rozlała się na wszystkich. Arkadiusz Milik wyjeżdżał z Polski jako 18-latek, choć nie przebił się w Bayerze Leverkusen, ani nawet w Augburgu, robił postępy. Przyspieszył w Ajaksie pod okiem Dennisa Bergkampa i w prima aprilis 2015 roku podpisał z nim kontrakt.

Kiedyś Milik zerwał współpracę z agentem, który reklamował go jako większy talent niż Włodzimierz Lubański. Uznał, że to szczyt absurdu. Dziś w wieku 22 lat jest partnerem Lewandowskiego w ataku reprezentacji i choć widać po nim braki w doświadczeniu, nikt nie nazwie go napastnikiem jakich wielu. Ponoć Napoli widzi w nim następcę Gonzalo Higuaina, który w minionym sezonie pobił historyczny rekord strzelecki Serie A (36 bramek!).

Jak rośnie napastnik Milik? 0 goli dla Bayeru, 2 dla Augsburga, 11 dla Ajaksu w pierwszym sezonie i 21 w drugim. Dziś uchodzi za piłkarza, który za dwa lata może być nowym Lewandowskim. Lewandowski był w wieku Milika, gdy Borussia Dortmund wyrywała go z ekstraklasy za 4,5 mln euro. Wtedy wydawało się to dużo. Do rekordu Jerzego Dudka brakowało zaledwie 3 mln euro.

Napoli zabiega też o 22-letniego pomocnika Piotra Zielińskiego, który był odkryciem minionego sezonu w Serie A. Na Euro 2016 zawiódł, zagrał tylko z Ukrainą i nie dał Nawałce argumentów, by utrzymał go na boisku na drugą połowę. Selekcjoner marzył, że Zieliński zajmie miejsce w środku obok Grzegorza Krychowiaka i zwiększy kreatywność drugiej linii. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Miejsce zajął 29-letni Krzysztof Mączyński i zapracował na transfer za granicę.

Podobnie jak stoper Michał Pazdan. Kiedy rok temu Legia płaciła za niego Jagiellonii 700 tys euro, można się było zastanawiać czy warto. 28-latek nie był nawet gwiazdą ekstraklasy. Dzięki grze w reprezentacji jego wartość zwiększyła się trzykrotnie, gdyby mistrz Polski zarobił na jego transferze więcej niż na Słowaku Ondrieju Dudzie byłby to chichot historii. Z jednej strony starzejący się polski obrońca, z drugiej młoda słowacka nadzieja uważana w Legii za najlepszą inwestycję w jej historii.

W sierpniu 2001 roku w Warszawie Dudek podpisał kontrakt z Liverpoolem za 7,4 mln euro. Był bramkarzem najwyższej klasy, wygrał „The Reds” finał Ligi Mistrzów. Ale fakt, że aż przez 15 lat utrzymywał się na szczycie listy najdroższych polskich graczy świadczy o tym jak niskie notowania na rynku miał nasz futbol. W 2001 roku najdroższym piłkarzem świata był Zinedine Zidane kupiony przez Real za równowartość 73 mln euro. Pozycja polskiego bramkarza była znacząca, bo przez lata z Polaków cenieni byli tylko specjaliści od gry rękami. Łukasz Fabiański kosztował Arsenal 4,35 mln euro w 2007 roku, w tym samym czasie Manchester United wykupił za 4,3 mln Tomasza Kuszczaka.

Dziś te kwoty wydają się niezbyt imponujące. Gdy Monaco zapłaciło 11 mln euro za Kamila Glika, a PSG 28 mln za Grzegorza Krychowiaka. Obaj zajęli miejsca na szczycie klasyfikacji najdroższych polskich piłkarzy, obaj są liderami kadry, ale ich rekordy utrzymają się zapewne niedługo. Pewnie nie półtorej dekady.

Sukces Cristiano Ronaldo wywołał modę na skrzydłowych z Portugalii. Nani, czy Ricardo Quaresma objechali pół Europy, a kolejne wielkie, lub średnie kluby wydały na nich majątek. Pogodę na Polaków zapoczątkowało trio z Dortmundu, choć nikt z nich nie pobił transferowego rekordu, przymierzani byli do największych potęg w Europie. To siła owczego pędu, gdy menedżerowie widzą Polaka w fotelu króla strzelców Bundesligi, łatwiej im uwierzyć, że kolejny przybysz znad Wisły poradzi sobie w wielkim klubie.

To spirala nakręcająca postęp. Za chwilę z kraju pryśnie Bartosz Kapustka, bo wszyscy wierzą, że tak jak Lewandowski poradzi sobie za granicą i wykona szybko zawodowe trzy kroki do przodu.

Nazywamy to dobrym klimatem. Stworzyli go polscy piłkarze w zachodnich ligach, a na Euro 2016 potwierdziła kadra Nawałki. Polak w futbolu to już nie jest pracownik, który nie uczy się języka, zamyka w hotelowym pokoju z flaszką wódki, by tęsknić za kumplami z podwórka. To jest ktoś, kto chce zaistnieć i ma ku temu argumenty.

Doradca Lewandowskiego Cezary Kucharski opowiadał, że nie mógł wywalczyć podwyżki dla Roberta w Borussii Dortmund, bo jej szefowie uważali, że Polak nie może zarabiać tyle co Niemcy. W efekcie szefowie Borussii oddali za darmo jednego z najlepszych graczy, Lewandowski odszedł do Bayernu jako wolny zawodnik. Może inni nie będą chcieli powielać tego błędu, choć przecież nie każdy polski piłkarz to od razu kandydat na króla strzelców Bundesligi.

Kucharski opowiadał też, że zmuszał Roberta, by nie budował polskiego skansenu w szatni Borussii. By nie zachowywał się jak Polak otaczając towarzystwem wyłącznie Piszczka i Błaszczykowskiego, ale jak miejscowy nie stroniąc od towarzystwa Niemców. Miało pewnie swój sens pokazywanie, że Polak potrafi być Europejczykiem.

Tak więc stworzył się dobry klimat i pogoda dla piłkarzy z Polski. Wzmocnił ją Glik, który dorósł do pozycji lidera i kapitana Torino oraz Krychowiak, który zakładał opaskę w Sevilli. Oby z tego ciepłego klimatu potrafili korzystać młodzi. Na pewno będzie im łatwiej przekonać pracodawców, którzy na hasło „Polak” nie mają już ochoty trzaskać drzwiami. Miejmy nadzieję, że nasi piłkarze nie zaprzepaszczą swojej dziejowej szansy.

sobota, 09 lipca 2016

To miał być najtrudniejszy sezon w karierze Cristiano Ronaldo. Tymczasem okazuje się najlepszy.

Tym razem chce, by były to łzy szczęścia. Tuż po półfinałowym zwycięstwie nad Walią gwiazdor Realu Madryt myślał już o niedzielnym finale Euro 2016. Dla niego będzie to druga próba odczarowania złota. 12 lat temu, jako nastolatek stawał do walki z Grekami w finale mistrzostw w ojczyźnie. Portugalia była faworytem, choć już w meczu otwarcia uległa rewelacyjnej drużynie Otto Rehhagela. Finał był bolesną kopią, wywołując depresję milionów Portugalczyków. Ich piłkarze liczyli na swój pierwszy tytuł mistrzowski. Skończyło się na łzach młodego piłkarza Manchesteru United, które do dziś pozostają symbolem tamtego turnieju.

Ronaldo wracał potem na każde kolejne Euro. W Austrii i Szwajcarii drużyna grała fenomenalnie w fazie grupowej, by w ćwierćfinale nadziać się na Niemców. Przegrała 2:3, co nie przeszkodziło jej największej gwieździe zdobyć pierwszego tytułu gracza roku. Już wtedy zaczęły się pomruki, że Ronaldo jest największym solistą wśród piłkarzy i zbyt często traci z oczu dobro drużyny.

Mistrzostwa w Polsce i na Ukrainie znów były niezłe dla Portugalczyków - tym razem w półfinale więcej szczęścia mieli jednak Hiszpanie. Po 120 minutach walki bez goli, Ronaldo poprosił trenera, by mógł strzelać decydującego, ostatniego karnego. Ale strzelać nie musiał, przed nim spudłowali Joao Moutinho i Bruno Alves.

Na francuskie Euro Portugalia przywiozła zespół nad którym unosił się ogromny znak zapytania. Tak jak nad jej kapitanem. W lutym Ronaldo skończył 31 lat i zdaniem dużej części komentatorów wszedł w okres zmierzchu. Jesienią Portugalczyk wciąż był katem, ale głównie słabych drużyn. Bilans 20 meczów Ronaldo wyglądał znacząco: 20 goli wbitych Malmoe (dwa mecze), Szachtarowi (dwa), Espanyolowi, Rayo, Sociedad, Celcie, Levante, Las Palmas i Eibarowi. Tymczasem w starciach z PSG (dwa mecze), Barceloną, Atletico, Athletic, Sevillą, Villarreal i Valencią nie trafił do siatki ani razu. Remis w tym ostatnim spotkaniu przepełnił czarę goryczy, Rafę Beniteza zastąpił Zinedine Zidane. Plotki, że Ronaldo będzie musiał opuścić latem Madryt jeszcze długo nie cichły. Unosił się nad nim duch Roberta Lewandowskiego, który wydawał się idealnym kandydatem do zastąpienia Portugalczyka.

Komentarze były ostre. Ronaldo od zawsze budził uczucia ambiwalentne. Wskazywano, że 2,5 roku młodszy Leo Messi szuka na siebie nowych pomysłów. Wycofał się z pola karnego, coraz rzadziej jest klasycznym goleadorem, częściej pracuje dla Barcelony mózgiem niż nogami. Co w raz z upływem czasu jest coraz bardziej uzasadnione. Tymczasem Ronaldo w wersji po trzydziestce wciąż chce być tym samym cyborgiem, który przewyższał przeciwników mocą, szybkością i witalnością. Nierealne?

Zidane okazał się jednak nadspodziewanie dobrym wyborem dla Realu. Idolem z boiska dla wielu jego obecnych piłkarzy. Ronaldo miał 17 lat, gdy Francuz zdobywał swojego wspaniałego gola w finale Champions League 2002 roku. I w naturalny sposób traktował Zizou jak autorytet. Wiosną Portugalczyk zdobył zwycięską bramkę w klasyku z Barceloną na Camp Nou, a niedługo potem hat-tricka w rewanżu z Wolfsburgiem, który utrzymał Real w Lidze Mistrzów. Utrzymał i zaprowadził do mediolańskiego finału oraz szczęśliwego końca batalii o odzyskanie tytułu numeru 1 w Europie.

Madrycki pojedynek na San Siro nadszarpnął siły reprezentacji Hiszpanii. Fizycznie część graczy Vicente Del Bosque nie doszła do siebie i w ćwierćfinale francuskiego Euro wyglądali na bezradnych wobec galopujących po murawie Włochów. Hiszpanom wydawało się, że ten sam los czeka ich sąsiadów. „Fado brzmi wyjątkowo smętnie” - pisała hiszpańska prasa o grze Portugalczyków. Nastrój narodowej muzyki pasował do trudności z jakim Ronaldo i reszta spotykali się na francuskich boiskach. Trzy razy „F”, czyli Fatima, fado i futbol to od dziesięcioleci symbole zachodniej części półwyspu Iberyjskiego.

Mimo wszystko drużyna i Ronaldo trwali robiąc krok po kroku do przodu. Najwięcej kłopotów sprawili im Polacy, ale ich udało się zmóc po konkursie karnych. W półfinale z Walią Ronaldo zagrał bardzo ekonomicznie. Jego kolega z Realu Gareth Bale był wszędzie, tylko nie tam, gdzie rozstrzygały się losy rywalizacji. Tymczasem Cristiano błysnął dwa razy z czego urodził się gol i asysta. Tezę o zmierzchu Portugalczyka trzeba odłożyć. Bez względu na wynik finału, w styczniu odbierze pewnie Złotą Piłkę po raz czwarty.

Nie ma już chyba wątpliwości kto jest największą gwiazdą Euro 2016, nie ma wątpliwości, kto będzie królem strzelców.

Antoine Griezmann wie, że futbol daje wiele szans rewanżu. Nie potrafił jednak powstrzymać łez, gdy w ćwierćfinale brazylijskiego mundialu Francja przegrała z Niemcami 0:1. 23-letni piłkarz zagrał we wszystkich meczach Francji, ale ani razu nie udało mu się pokonać bramkarza rywali.

Nie zniechęciło to Diego Simeone, który przekonał prezesa Atlético, że za tego chudego chłopaka warto dać 30 mln euro. Dziś klauzula wykupu w kontrakcie Griezmanna sięga 100 mln, umowę przedłużono do 2021 roku, mimo porażki Atlético w mediolańskim finale Champions League. W 47. min starcia z Realem Antoine przestrzelił rzut karny, ale w myśl zasady "klin klinem" jeszcze raz podszedł do piłki ustawionej 11 m od bramki Królewskich w decydującej serii „jedenastek". Wtedy pokonał Keylora Navasa, choć to nie wystarczyło. Fani Atlético zwrócili się ze współczuciem ku Juanfranowi - jego pudło z karnego kosztowało klub tak drogo.

W czwartek, gdy sędzia półfinału Niemcy - Francja na Euro 2016 wskazał na 11. metr, Griezmann nie wahał się ani chwili. Przyznał tylko potem, że czuł na sercu większy ciężar niż w finale Ligi Mistrzów. Przemknęła mu też przez myśl gorycz porażki z Niemcami na Maracanie, a także refleksja, że w bramce stoi nadczłowiek Neuer.

Jego strzał był tym razem perfekcyjny. Jeszcze bardziej ten na 2:0, gdy spadającą piłkę po złym wybiciu niemieckiego bramkarza kopnął tak sprytnie, że przetoczyła się pomiędzy nogami giganta do pustej bramki. To było dotknięcie tak delikatne, precyzyjne, doskonałe, że mogło być znakiem firmowym gracza Atlético.

Antoine to ten typ piłkarza, który nie od razu rzuca się w oczy. Skromny, zrównoważony, kiedy urodziła się jego córka, uznał, że czas zgolić blond irokeza, by dawać lepszy przykład. Sam, mając 13 lat, wyemigrował z Francji. Na jego talencie poznali się Hiszpanie. Potem nakłaniali go nawet do reprezentowania ich młodzieżówki, ale on zbyt mocno przechowywał w pamięci wspomnienie z 1998 roku. Jako siedmiolatek przeżył szaleństwo wygranego mundialu w ojczyźnie. Marzył, że będzie kiedyś taki jak Zinédine Zidane, Didier Deschamps i wszyscy mistrzowie drużyny Aimé Jacqueta. Michela Platiniego, gwiazdy Euro 1984 roku, z boiska pamiętać nie może. Dziś Francuzi widzą w nim nadzieję na podtrzymanie niezwykłej serii. Po wojnie wygrywali wszystkie turnieje, które organizowali.

Griezmannowi pozostał do wzięcia już tylko jeden rewanż - w niedzielę na Ronaldo i Pepe za finał Ligi Mistrzów.

czwartek, 07 lipca 2016

Filozofia zwycięstwa za wszelką cenę utrzymała Cristiano Ronaldo na futbolowym szczycie. A wraz z nim Portugalię. Misja potrwa jeszcze co najmniej 90 minut.

To nie był wielki mecz CR7. Do chwili fenomenalnego wyskoku, ani on, ani jego drużyna nie bardzo znajdowali pomysł na Walijczyków. Ani to nowe, ani zaskakujące, w tych mistrzostwach Portugalia częściej człapie, niż biegnie. Trzy remisy w fazie grupowej nie starczyłyby do awansu, gdyby nie nowy regulamin Euro. Ale gdyby się on nie zmienił, Ronaldo wzbiłby się pewnie w powietrze znacznie wcześniej.

To wszystko wygląda na nieźle przemyślaną strategię. Tradycyjnie Portugalia jest drużyną, która gra ofensywnie, pięknie, a nie skutecznie. Na Euro 2016 wyciska maksimum z własnych ograniczeń, tak jak 31-letni Ronaldo nie będący już w stanie być wszędzie tak jak Gareth Bale. Walijczyk wypadł na tle Portugalczyka jak młodszy brat, który ze względu na mniejszy bagaż doświadczeń musi rzucić do walki trzy razy więcej środków. A i tak cel osiągnął brat starszy.

Ronaldo gra ekonomicznie, ale wyrachowaniem i determinacją wciąż przewyższa wszystkich. W symbolicznym dniu, gdy Leo Messi został skazany za przestępstwa podatkowe, on poprowadził Portugalię do finału Euro 2016. Jego pazerność nie pozwoli drużynie uznać tego za sukces. Ronaldo chce złota, otwarcie o tym mówi, choć każdy przy zdrowych zmysłach przymierza do roli mistrzów zwycięzcę z pary Francja - Niemcy.

Niezwykła jest historia zmagań trzydziestolatka. Na początku sezonu żartowano, że strzela już tylko słabeuszom. Internet obiegała lista, na której były same małe nazwy rywali. Plotkowano, że Real się go pozbędzie, że już już tylko patrzeć. Tymczasem Cristiano postawił na ekonomiczność. Skoro mecze rozstrzygają wielkie strzelby, dlaczego miałby wyskoczyć z tej roli? Messi wyszedł z pola karnego, wcielał się w rolę Xaviego wspierając Luisa Suareza. Ronaldo swojej ukochanej czynności pakowania piłki do siatki wyrzec się nie chciał. Jak chłopiec na podwórku.

Efekt? Zdobył gola na Camp Nou w el Clasico odmieniając rywalizację w lidze, hat tricka przeciw Wolfsburgowi na Bernabeu, który utrzymał Real w Lidze Mistrzów. Potem wygrał finał z Atletico, ale i tego było za mało. Wielka strzelba czuje, że czas zaczął biec szybciej.

Choć we Francji każdy wskazałby pół tuzina lepszych drużyn, w finale są Portugalczycy. A CR7 wciąż robi różnicę. Zaczął źle, zbyt często mając na boisku żal do kolegów. Machał rękami, niecierpliwił się, ale potem im ważniejszy mecz, tym jego postawa na boisku poważniejsza. Wczoraj był skoncentrowany na tych kilku kluczowych momentach, z których urodziła się bramka i asysta. Bale nabiegał się jak szalony, ale efekt z tego dla drużyny był zerowy. Ronaldo był we właściwym czasie i miejscu. Raz przyłożył głowę, raz nogę i przy odrobinie szczęścia wystarczyło.

Na Euro 2016 Portugalia notorycznie gra poniżej oczekiwań, za to wyniki osiąga takie, jak w najlepszych latach Eusebio, lub Luisa Figo. Na drodze do finału towarzyszyło jej szczęście: Islandia, Austria, Węgry, Chorwacja, Polska, Walia - czyli żadnego rywala z topu. W dodatku z Polską awans dała loteria jedenastek. Jeszcze jeden powód, by myśleć, że jeśli nasi mieli dotrzeć do finalu Euro to teraz, lub nigdy.

W niedzielę rywalem Portugalii będzie wielki zespół. Dla CR7 to lepiej. On, choć ma już czwartą Złotą Piłkę, swojego celu jeszcze nie osiągnął.

środa, 06 lipca 2016

„Bratobójczy” pojedynek z Garethem Bale jest dla Cristiano Ronaldo sprawą honoru. Dla Walijczyka kwestią ostatecznego wyjścia z cienia.

Wsłuchajmy się w słowa Garetha Bale’a. „Nie ja powinienem rozstrzygać, kto z nas jest lepszy” - mówi proszony o porównanie z Ronaldo przed grą o finał Euro 2016. W niespełna trzy lata dokonała się zmiana w sposobie myślenia Walijczyka. Gdy 1 września 2013 roku podpisywał kontrakt z Realem Madryt mówił, że przybywa, by pomóc Cristiano utrzymać status najlepszego piłkarza świata.

Czas biegnie szybko. Bale postawił pierwszy raz stopę na Santiago Bernabeu mając 24 lata i status wschodzącej gwiazdy. W niczym nie ujmowało mu wtedy stwierdzenie, że chce się uczyć od Ronaldo. Nauka nie obyła się jednak bez poważnych zgrzytów. W ataku Realu Ronaldo trzyma sztamę z Karimem Benzemą, Walijczyk w słynnym trio BBC wyglądał często jak obce ciało. Bywa, że gra własny mecz.

Specjaliści od interpretowania gestów mieli wielkie pole do popisu. Ronaldo wielokrotnie nie potrafił zapanować nad frustracją, gdy Bale kiwał, lub strzelał sam, nie podając mu piłki. Szybko okazało się, że stereotyp ucznia i nauczyciela, lub starszego i młodszego brata podszyty jest rywalizacją. Naturalną w futbolu na tym poziomie, choć dla wspólnego dobra maskowaną.

Bale rósł w Madrycie obok Ronaldo, a nie przy nim. Jego 58 goli dla Realu, przy 163 wbitych przez Cristiano w ostatnich trzech sezonach wygląda biedne. W dodatku Walijczyk często się leczył, jak na takiego superatletę nogi ma delikatne. Jest o 4,5 roku młodszy, ale stracił o 25 spotkań więcej przez kontuzje.

Obrazu dopełnia fakt, że Bale jest ulubieńcem prezesa. Florentino Perez sprowadził go do Madrytu, by zastąpił kiedyś Ronaldo. Z Portugalczykiem relacje Pereza są trudniejsze, ogromne ego piłkarza czasem uniemożliwia porozumienie. Zwłaszcza, że prezes najbogatszego klubu na ziemi nie jest przyzwyczajony do sprzeciwu.

W Madrycie żartowano z tej trójcy od początku. Jesienią 2013 roku spierano się o faktyczną cenę Bale’a - prezes Tottenhamu mówił o 101 mln euro, Perez upierał się, że zapłacił 91 mln. Złośliwcy kpili, że chodzi o to, by nie rozgniewać Ronaldo ocalając jego status najdroższego gracza w historii (96 mln).

Bez względu na nieocenione zasługi Portugalczyka dla Realu, tytuł najskuteczniejszego piłkarz w jego historii (364 gole w 348 meczach), spodziewane sukcesy nadeszły, gdy u jego boku pojawił się Walijczyk. Oba triumfy w Champions League osiągnęli razem. W zwycięskim finale z 2014 roku Bale zdobył gola na 2:1, miesiąc temu w Mediolanie miał asystę przy jedynej bramce dla „Królewskich”. Dojrzał, dziś jest piłkarzem w kwiecie wieku, prawie 27-letnim. W Realu potrafił upomnieć się o swoje, po drugim nieudanym sezonie (bez trofeum) jego agent wypowiedział się w mediach, że żąda dla swojego klienta innej pozycji na boisku. Walijczyk chciał grać jako cofnięty napastnik, a nie skrzydłowy i nowy trener Rafael Benitez (zastąpiony w styczniu przez Zinedine’a Zidane’a) tak go przez jakiś czas ustawiał.

Bale nie chce już być uczniem, czeladnikiem. Zrozumiałe. 31-letni Ronaldo wciąż chce być numerem 1 nie tylko w Realu, ale na świecie. Prze po czwartą Złotą Piłkę i wolałby, żeby młodszy kolega z klubu nie stawał mu na drodze. Konflikt kompetencji widać zwłaszcza przy rzutach wolnych: w Realu patent na ich wykonywanie ma Ronaldo, dopiero w kadrze Bale może udowodnić, że strzela je lepiej. Na Euro 2016 to mu się udaje.

Dzisiejszy pojedynek będzie dla obu w jakimś sensie symboliczny. Wiedzą, że od porównań nie uciekną. Jeden jest twarzą Portugalii, drugi Walii. Jedna z twarzy zachowa szeroki uśmiech, druga zaleje się łzami? Do stracenia więcej ma Ronaldo, Bale już zmienił historię Walii. Przyćmił samego Ryana Giggsa, który przez 16 lat nie potrafił nawet wprowadzić drużyny narodowej na wielki turniej. A co dopiero bić się z nią o medale.

poniedziałek, 04 lipca 2016

Przeprowadzka do Paris Saint Germain to dla polskiego pomocnika krok do klubu z najwyższej finansowej półki. Ale wyjazd z Sewilli ma też swoje wady

Co zostało z 16-latka z Mrzeżyna, który za namową legendarnego Andrzeja Szarmacha porzucił rodzinny dom, by szukać szansy w Bordeaux? 26-letni Grzegorz Krychowiak jest dziś liderem reprezentacji i jednym z największych wygranych Euro 2016 w zespole Adama Nawałki. Najwyższe noty za swoją grę dostawał od prasy francuskiej, dziennik L’Equipe wybrał go nawet do jedenastki fazy grupowej. Francuzi umieją cenić pracę defensywnych pomocników jak nikt inny, w ich kadrze gra dwóch, często trzech - ryglując przestrzeń przed stoperami.

Nie ma więc obaw, że Krychowiak trafia do ligi, w której mniej ceni się graczy o jego charakterystyce. Poradził sobie w tak ofensywnych rozgrywkach jak hiszpańskie, przeprowadzka do Ligue 1 będzie dla niego powrotem do domu. W Francji zaczynał wspinać się dekadę temu, jest więc w znacznym stopniu produktem tamtejszej myśli szkoleniowej.

Przeszedł długą drogę, która zaprowadziła go do najpotężniejszego klubu Ligue 1. Kiedy Polacy odpadli z Euro 2016, defensywny pomocnik mógł przerwać milczenie i potwierdzić zmianę klubu. Rozmowy z PSG trwały od dawna, na propozycję z Paryża nie miała więc wielkiego wpływu jego dobra gra w reprezentacji Polski, zdecydowanie bardziej postawa w Sevilli.

Tak się składa, że w Paryżu Krychowiak będzie mógł kontynuować pracę z tym samym trenerem. Unai Emery, który poprowadził Sevillę do dwóch triumfów w Lidze Europy też dostaje szansę na Parc des Princes. Dla 45-letniego Hiszpana to pierwsza okazja pracy w klubie z topu. Jego talent i charyzmę doceniano w ojczyźnie, rok temu plotkowano nawet, że mógłby zastąpić Carlo Ancelottiego w Realu Madryt. Florentino Perez postawił jednak na Rafę Beniteza, zastępując go w połowie sezonu Zinedine Zidane’em. W ten sposób Emery pozostał w Hiszpanii szkoleniowcem o nienagannej opinii, a jednak skazywanym na pracę w klubach drugiego planu.

Takich jak Sevilla, która zalicza się do tak zwanych klubów-sprzedawców, kupuje piłkarzy tanich, promuje i oddaje kilka razy drożej. To właśnie stało się z Krychowiakiem sprowadzonym dwa lata temu za 5,5 mln euro.

Jeszcze niedawno wydawało się, że cena Polaka może sięgnąć nawet 45 mln euro (tyle wynosiła klauzula odejścia w kontrakcie z Sevillą), a prezes klubu z Andaluzji zastrzegał publicznie, iż nie odstąpi od tej kwoty. PSG zapłaci jednak 26-28 mln euro plus bonusy uzależnione od efektów gry Polaka w Parku Książąt.

Krychowiak trafia do raju finansowego. Klub należący do szejków z Kataru ma właściwie nieograniczone możliwości. Póki co jednak tylko pod względem finansowym. Qatar Sports Investments kupił Paryżan w maju 2011 roku, podobno za namową ówczesnego prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy’ego. Sarkozy marzył o wielkiej piłce w stolicy Francji, w końcu to Francuzi wymyślili Puchar Europy tymczasem ich klub triumfował w nim raz - Olympique Marsylia w 1993 roku. 11 lat później Monaco było w finale, od tamtej pory żadna francuska drużyna nie otarła się o europejski sukces.

Taki plan postawiło sobie katarskie PSG. Do ubiegłego lata wydało 533 mln euro na transfery - najdrożsi byli Edinson Cavani (64), Angel Di Maria (63), David Luiz (50), Javier Pastore (42). I choć ligę francuską zdominowało kompletnie (wywalczyło cztery tytuły mistrzowskie) to w Lidze Mistrzów nie wychyliło nosa poza ćwierćfinał.

Wciąż największy sukces paryskiego klubu w Europie to półfinał LM z 1995 roku i triumf w nieistniejącym już Pucharze Zdobywców Pucharów z 1996. W tamtych czasach drużyna miała gwiazdy (George Weah wygrał nawet Złotą Piłkę w 1995 już jako gracz Milanu), ale budowana była według jasnego planu. Teraz pomysłu trudniej się doszukać. Poza transferami wciąż nowych piłkarzy.

W minionym sezonie PSG miało wszystko, by dotrzeć chociaż do czwórki najlepszych w Europie, znów przegrało jednak w ćwierćfinale z Manchesterem City - innym klubem budowanym według podobnych zasad przez szejków z Emiratów Arabskich. Paryżanie byli faworytem i na tym się skończyło. Znów nie dali rady.

Problemem PSG jest fakt, że klub nie ma konkurencji we własnym kraju. Ostatni tytuł mistrzowski zdobył mając aż 31 pkt przewagi nad Lyonem. Z 38 meczów ligowych przegrał zaledwie dwa. W tej sytuacji tylko incydentalnie musiał się wznosić na wyżyny swoich możliwości. Właściwie wyłącznie w Lidze Mistrzów. Jak utrzymać motywacje w tak gwiazdorskiej szatni, by zagrać tylko kilka ważnych meczów w roku?

Laurent Blanc tego nie potrafił, dlatego zastępuje go Emery. Ale i on nie ma doświadczenia w pracy z takimi gwiazdorami. W Hiszpanii prowadził drużyny stosunkowo skromne, które dzięki niemu wspinały się na szczyty możliwości.

Dla Sevilli każdy mecz ligowy był wyzwaniem - w pierwszym sezonie pobytu Krychowiaka zespół zajął piątą pozycję w tabeli i do Ligi Mistrzów awansował przez Ligę Europy. W minionych rozgrywkach drużyna z Andaluzji była dopiero siódma w lidze hiszpańskiej, nie wygrała ani jednego meczu wyjazdowego. I znów ratował ją sukces w Lidze Europy.

W Andaluzji Krychowiak znalazł wspaniałe miejsce do rozwoju. Klub zapewnił mu rywalizację w najmocniejszej lidze świata, regularne starcia z takimi tuzami jak Leo Messi, Neymar, Luis Suarez, Andres Iniesta, Cristiano Ronaldo, Gareth Bale, Luka Modric, czy Toni Kroos. Było się od kogo uczyć i na mecze z kim motywować. W Sewilli Emery stworzył kolektyw z graczy drugiego planu, którzy mieli ambicję wskoczyć na wyższy poziom. W szatni właściwie wszyscy byli skromni, skupieni na pracy, wsłuchani w głos trenera. W Paryżu wielu czuje się solistami i to się nie zmieni, nawet jeśli największy z nich Zlatan Ibrahimovic odchodzi do Manchesteru United. Przez miniony rok prasa francuska pisała więc tyle samo o skandalach w szatni, ile o dobrej postawie piłkarzy na boisku. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że PSG to jak dotąd zespół zaprzepaszczonych szans, grający w Lidze Mistrzów notorycznie poniżej możliwości.

Emery i Krychowiak trafią więc w zupełnie inną rzeczywistość niż w Sevilli. Nie będzie atmosfery jedności, raczej konieczność zapanowania nad wygórowanymi ego. Takiego egzaminu ani Hiszpan, ani Polak jeszcze nie zdawali. Krychowiak grał dotąd w zespołach skromnych, gdzie uwielbiano go za serce do walki. I kibice i koledzy. W Paryżu może być inaczej, pomijając fakt, że będzie musiał stoczyć bój o miejsce w podstawowej jedenastce. Tu kłopotów bym jednak nie wieszczył, obecność Emery’ego gwarantuje Polakowi dobrą pozycję startową. W Sevilli był jego ulubieńcem.

PSG ma jeden cel - wygrać tytuł najlepszego w Europie. A o to szalenie trudno, najwybitniejsi piłkarze zatrudnieni są w Barcelonie, Realu Madryt i Bayernie Monachium. Aby z nimi rywalizować trzeba mieć zalety Atletico Madryt, czy do niedawna Borussii Dortmund - czyli znakomitych graczy drugiego planu, zmotywowanych przez charyzmatycznego trenera takiego jak Diego Simeone, czy Juergen Klopp. PSG bardzo od tego daleko. Czy Emery przy wsparciu Krychowiaka zdoła to zmienić?

sobota, 02 lipca 2016

Futbol nie spłacił jeszcze długu wobec Adama Nawałki, ale już na mundialu w Rosji może dostać kolejną szansę.

Przekonaliśmy się o tym na własne oczy. Że z piłką jest jak z teatrem: najłatwiej porwać widza, kiedy aktorzy na scenie sami dobrze się bawią. Przez lata poszukiwań sposobu na polski futbol, zapadaliśmy się w przekonaniu, że do sukcesu wiedzie droga przez trud i znój. Skutkiem były drużyny wylęknione, niepewne, sparaliżowane stawką rywalizacji i oczekiwań. Raczyły nas futbolem siermiężnym, defensywnym, podszytym strachem, bo te uczucia dominowały w duszach polskich piłkarzy w chwili wyjścia na boisko. A w grze nie dało się tego ukryć.

Mówimy dziś o nowym pokoleniu z nieobciążoną głową i pozytywną mentalnością, ale przecież Robert Lewandowski, Kuba Błaczykowski, Łukasz Piszczek, Kamil Glik, Łukasz Fabiański, czy Kamil Grosicki to nie są nastolatkowie, których Nawałka wprowadzał do kadry. Czterech pierwszych zagrało w sumie w reprezentacji blisko 250 meczów. Nawałka nie wymyślił dla zespołu nawet Grzegorza Krychowiaka - ostatni z obecnych liderów drużyny narodowej debiutował w niej już w 2008 roku. W tamtym czasie był wyceniany na 400 tys zł. Dziś PSG daje Sevilli 30 mln euro i klub z Andaluzji nie chce się zgodzić.

Nawałka nie dokonał więc w reprezentacji rewolucji personalnej, ale rewolucji w sposobie myślenia. Wcześniej to nie piłkarze drugiego planu równali do poziomu swoich liderów, ale odwrotnie. I cały kraj załamywał ręce dlaczego Lewandowski w kadrze to tylko nieudana replika gwiazdy Bundesligi. Jeszcze głębszy problem miał Piszczek, Euro 2016 to dla niego pierwszy powód do dumy, jaki przeżył w narodowym zespole. A gra w nim od początku 2007 roku.

Nawałka to pierwszy trener od dawna, który zerwał z tradycyjnie polskim sposobem myślenia o futbolu. Że ponieważ nasi piłkarze są źle wyszkoleni technicznie, to piłka im przeszkadza. Że futbol polski musi być prosty: szczelna garda i bieganie do kontry. Że bliższe są nam indywidualne szarże niż wysiłek zbiorowy, zaplanowany, zorganizowany. Nawałka pokazał, że to wszystko szkodliwe stereotypy.

Drużyna to nie jest tylko grupa piłkarzy, tym lepsza, im prezentują większą jakość. Drużyna to także zbiór relacji między zawodnikami: jeśli się rozumieją, wyczuwają, stają za sobą i wspierają, zespół wspina się na wyższy poziom. Schematy, automatyzmy wypracowane na treningach to fundament. Być może właśnie pod tym względem kadra Nawałki jest lepsza od poprzednich. W końcu widać myśl przewodnią, a nie tylko bezradność i panikę w zachowaniach piłkarzy.

Obawialiśmy się, że stres startu na wielkiej imprezie zabije w Polakach wszystko to co wypracowali w eliminacjach. Przecież od strony czysto piłkarskiej występ we francuskich mistrzostwach nie był znacznie trudniejszy niż w drodze do nich. Niemcy, Irlandia, Szkocja to nie są znacznie gorsze zespoły od Niemców, Irlandii Płn, Ukrainy, Szwajcarii i Portugalii, sukces polegał na tym, że pod większą presją drużyna Nawałki nie wyrzekła się swojego stylu. Raz był on bardziej ofensywny, raz bardziej defensywny, bo Irlandię Płn od Niemców dzieli przepaść. Polacy szanowali atuty rywali, ale nie zapominali o własnych. To sukces tej drużyny. Ona nie tylko zmagała się z rywalami, ale przede wszystkim fajnie grała w piłkę. Od strony estetycznej to był ciekawy obraz, a nie własny portret pamięciowy.

Rozumiem tych, którzy są zadowoleni. Dostali emocje, radość, smutek - czyli wszystko to, na co kibic czeka, lub na co jest skazany. Zrozumiem również tych, którzy mają poczucie niewykorzystanej szansy. Portugalia była rywalem w zasięgu Polaków, strefa medalowa Euro 2016 to nie było żadne science fiction.

Karny Kuby Błaszczykowskiego wpisuje się w stereotyp, że strzały z 11 m są przekleństwem dla najlepszych. Przed chwilą Leo Messi zalewał się łzami, po przestrzelonej jedenastce w finale Copa America. Ronaldo trafił piłką w słupek w meczu grupowym z Austrią. Polak oddał chociaż celny strzał, ale portugalski bramkarz wybrał właściwy róg bramki. Prawda jest taka, że liderem zespołu jest ten, kto bierze za niego odpowiedzialność. Strzelanie karnego to ryzyko, kto je podejmuje od czasu do czasu przegrywa. Zapewne Błaszczykowski boleje nad tym co się stało, ale z czasem dojdzie do wniosku, że takie trudne przeżycie to szansa, by stać się jeszcze mocniejszym.

Kiedy Zbigniew Boniek stawiał Nawałkę na czele kadry wierzył w jego pracowitość, dokładność i spokój. Wspominał też, że dawny kumpel z boiska miał zadatki na gwiazdę światowego formatu, ale jego karierę na boisku złamały kontuzje. Pół żartem, pół serio tłumaczył, że futbol ma dług wobec Nawałki. Na Euro 2016 nie spłacił go w całości, bo po raz pierwszy od 30 lat możemy mieć uczucie, że na wielkim turnieju polska drużyna zasłużyła na więcej. Bezdyskusyjne dla nas i dla innych nacji śledzących mistrzostwa jest jedno: Polska wróciła do wielkiej piłki. Nie jest w niej mocarzem, ale nie jest już tylko statystą. Jeśli ktoś uważa za normalne, że można to było zrobić z takimi piłkarzami jak Lewandowski, Błaszczykowski, Glik, Krychowiak, a nawet Pazdan, Jędrzejczyk, Mączyński i Kapustka to znaczy, iż już przełączył się na nowe myślenie.

Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac