blog Darka Wołowskiego
RSS
czwartek, 30 lipca 2015

Wiele wskazuje na to, że po bolesnej porażce w finale Copa America w Chile największy gwiazdor Argentyny zrobi sobie odpoczynek od gry w drużynie narodowej.

Messi skończył urlop, wrócił do Barcelony, by wcześniej niż planowano (3 sierpnia) zacząć przygotowania z klubem do nowego sezonu. W ostatnim sparingu podczas Tournee po USA Katalończycy, bez graczy, którzy grali w Copa America (Messi, Mascherano, Claudio Bravo, Neymar, Dani Alves), zremisowali z Chelsea 2:2, ale potem przegrali 2:4 w serii rzutów karnych.

Minione wakacje miały być dla czterokrotnego laureata Złotej Piłki wspaniałe, z klubem zdobył drugą w historii potrójną koronę. Satysfakcję i radość całkowicie zrujnował finał Copa America przegrany z Chile po serii jedenastek. Choć Messi swoją wykorzystał, część mediów w Argentynie obwiniła go za porażkę. W dużym edytorialu redaktor naczelny dziennika „Ole” zaapelował, by pozbawić go opaski kapitana, bo swoją grą udowadnia, że nie jest jej godny. W mediach padły nawet tak ciężkie słowa jak „pecho frio” (w tłumaczeniu dosłownym zimna pierś), oskarżające Leo o to, że los drużyny narodowej jest mu kompletnie obojętny. I, że zakładając koszulkę biało-błękitną nie wkłada w grę serca.

Ta ostra reakcja, wywołała równie ostrą kontrreakcję. Messiego w obronę wzięli koledzy z boiska. Były reprezentant Argentyny Ariel Ortega napisał na swoim profilu na Facebooku list otwarty płonący od emocji. „Jak można nazwać „pecho frio” kogoś, kto w wieku 11 lat musiał wyjechać do Europy, by wziąć odpowiedzialność za los własny i rodziny? Jak można nazwać „pecho frio” kogoś, kto powiedział „nie” krajowi, który dał mu wszystko, by grać dla Argentyny? I zakończył: „Pecho frio jesteście wy, którzy tak nazywacie Messiego”.

Podobny list zaraz po Copa America napisał rywal - Kolumbijczyk Radamel Falcao przypominając, że on i wszyscy współcześni piłkarze są dumni, iż przyszło im grać w erze Messiego.

Ambiwalentnie zareagował za to legendarny Diego Maradona, który co prawda nie uważa, że porażkę z Chile można zrzucić wyłącznie na Messiego, ale stwierdził, iż nie można dłużej niańczyć 28-letniego gracza, lub traktować jak świętą krowę.

Wśród kibiców reakcje też były różnorodne. Jedni przypominali, że z Messim Argentyna przegrała już trzeci finał wielkiej imprezy (Copa America 2007, MŚ’2014 i Copa America 2015). Inni doradzali Leo, by zrezygnował z kadry, bo Argentyna na niego nie zasługuje. I właśnie takie pogłoski poszły w świat, że rozczarowany, wręcz złamany Messi ma zamiar odpocząć od drużyny narodowej. Powiedział o tym agent innego Argentyńczyka z Barcelony Javiera Mascherano, twierdząc, że jego klient i Leo chcą zrezygnować, lub przynajmniej zrobić sobie przerwę na jakiś czas. Sam Mascherano tego nie potwierdził, pisząc na Twitterze, że żadnej decyzji w sprawie przyszłości w drużynie narodowej nie podjął.

Messi zabrał głos na swojej stronie internetowej, ale napisał tylko, że nie ma nic boleśniejszego, niż porażka w finale. Z Barceloną zdarza mu się to rzadko, grał w trzech finałach Champions League (2009, 2011, 2015) i wszystkie wygrał, a nawet ten z 2006 roku, który z powodu kontuzji oglądał z trybun Stade de France zakończył się triumfem Barcy nad Arsenalem 2:1.

Messi wyniósł Barcelonę do miana numeru 1 światowej piłki w ostatniej dekadzie. Sukcesy z klubem nakręcają tylko frustrację części Argentyńczyków. Mają w kadrze najlepszego piłkarza świata, a od 22 lat czekają na trofeum swoich piłkarzy. Początkowo rodacy nazywali Messiego Katalończykiem, sugerując, że bardziej się stara w klubie, niż drużynie narodowej. Leo sam się zresztą dziwi, dlaczego jego średnia goli jest w Barcelonie aż dwa razy wyższa niż w reprezentacji. - Niewiarygodnie jak trudno przychodzi mi zdobywanie bramek w koszulce biało-błękitnej - powiedział po ćwierćfinale z Kolumbią na Copa America w Chile. W sześciu meczach turnieju trafił do siatki zaledwie raz, w starciu grupowym z Paragwajem (2:2), w dodatku z karnego. Liczył, że gole zdobędzie w decydujących starciach. I nic, a przecież w minionym sezonie w Barcelonie trafił do siatki 58 razy w 57 oficjalnych meczach. Miał więc średnią powyżej bramki na spotkanie!

Jorge Valdano, mistrz świata z 1986 roku uważa, że Messi staje się ofiarą własnej wielkości i sławy. - Na tym samym ołtarzu robimy z Leo bóstwo, lub kozła ofiarnego w zależności od wyniku meczu Argentyny. Jak wygrywa to dzięki niemu, jak przegrywa to przez niego - tłumaczy.

Messi trochę się tym zmęczył. Prasa donosi, że nie zagra we wrześniowym spotkaniu towarzyskim z Meksykiem. Trener Gerardo Martino chce dać mu odpocząć. Powiedział o tym hiszpańskiemu dziennikowi „As” jeden z wysoko postawionych działaczy argentyńskiej federacji. Tyle, że już w październiku Argentyna gra pierwszy mecz eliminacji do mundialu w Rosji. Spekuluje się, iż rozbrat najlepszego gracza świata z drużyną narodową może potrwać nawet rok.

wtorek, 28 lipca 2015

Lech nie ma podstaw, by czuć się faworytem w starciu z FC Basel w III rundzie eliminacji Ligi Mistrzów. Ale musi potraktować je jak dziejową szansę.

Opowieści o tym, że rosnący dobrobyt w kraju wymusi dynamiczny rozwój ekstraklasy wciąż nie opuszczają sfery słodkiego bla, bla, bla bez pokrycia w rzeczywistości. Jeden z byłych szefów Legii, biznesmen, zakładał się, że normą staną się pięciolatki, w których mistrzowie Polski przebiją się do Champions League trzykrotnie. Jak widać nasza piłka ligowa to przedsięwzięcie wobec którego wszelkie prognozy biorą w łeb. Lista Polaków, którzy odnieśli sukces na innym polu, a nie dali rady przenieść go do ulubionego klubu jest długa. Przez 19 lat próbowało wielu, odchodzili sfrustrowani, bo futbol to biznes magnetyczny, ale kosztowniejszy, trudniejszy i obarczony większym ryzykiem.

Pięcioletni horyzont planowania, rozwijany w czasach PRL, wciąż jest popularny w ekstraklasie. Wiceprezes Lecha Piotr Rutkowski wyznał, że celem klubu z Poznania jest przebicie się do Ligi Mistrzów do 2020 roku. Brzmi to osobliwie ostrożnie, jak ucieczka w przyszłość przed presją i odpowiedzialnością za wynik. Plany prezesów mają ten urok, że nikt ich nigdy za nie nie rozliczy, za to oni zachowują przywilej natychmiastowego rozliczania trenerów.

Rutkowskiemu chodziło o wyjaśnienie dlaczego Lech po zdobyciu tytułu nie szastał forsą na transfery. Nie namawiam do życia ponad stan, ale do pazerności wobec wyzwań, która jest warunkiem koniecznym osiągania sukcesów. Lech musi myśleć, że stać go na Ligę Mistrzów teraz, bo przyszłość jest nieprzewidywalna. Wystarczy przypomnieć, że tylko dwa razy w historii klubu udało się mu obronić tytuł.

Jednym z podstawowych grzechów polskiej piłki w ostatnich dwóch dekadach było odkładanie wyzwań na później, tworzenie, budowanie, patrzenie w przyszłość zamiast na teraźniejszość. I przegapianie odpowiedniego momentu. Przed rokiem Legia miała drużynę u szczytu formy i możliwości, szanse na awans do Ligi Mistrzów straciła w kuriozalny sposób, przez złamanie regulaminów. Właściciele klubu zaklinali się, że awans nie przepadł, ale został odłożony w czasie. Wiosną po stracie Miroslava Radovica i kontuzji Ondreja Dudy zespół nie zdołał spełnić nawet podstawowego warunku, czyli obronić tytułu. Dziś Lech zajął miejsce Legii, ale z gabinetów jego szefów płyną te same słodkie wizje odległej przyszłości. Nie, mistrz Polski nie może walczyć o Ligę Mistrzów w pięcioletniej perspektywie, ale tu i teraz, z rywalem, który staje mu na drodze.

Inna rzecz, że tym rywalem jest FC Basel. Wiosną walczył z FC Porto o ćwierćfinał najważniejszych rozgrywek, jesienią potrafił wyeliminować Liverpool, przed rokiem wygrać w grupie z Chelsea, trzy lata temu pozbawić szans Manchester United i wygrać pierwszy mecz 1/8 finału z Bayernem, który potem dotarł aż do finału na Allianz Arena. W Basel zbudowano sobie pozycję solidnego przedstawiciela klasy średniej europejskiej piłki, opierając drużynę na wychowankach własnej akademii.

Z takim właśnie wzorem przyjdzie się jutro zmierzyć Lechowi. Mistrz Polski nie będzie faworytem, ale to nie powód, by Maciej Skorża nie poruszył dla awansu nieba i ziemi. Lech ma swoje atuty, może Barry Douglas, Łukasz Trałka, czy Kasper Hamalainen przeżywają teraz odpowiednią chwilę, by porwać się na wielkie wyzwania. Nie ma gwarancji, że za 12 miesięcy Lech będzie silniejszy, spoglądanie na wychowaną w Poznaniu młodzież z Karolem Linettym, czy Dawidem Kownackim nie powinno być alibi, nikt nie wie jak długo uda się ich utrzymać w klubie. Nie mówiąc o tym, czy uda się obronić prawo do gry w kwalifikacjach Ligi Mistrzów.

Specjalnością polską jest oczekiwanie na Champions League. Podczas niemal dwóch dekad gdy polskie kluby są na marginesie, zdarzały się znacznie większe sensacje niż ta, gdyby Lech podstawił nogę Basel w drodze do Ligi Mistrzów. Wpisując się w sposób myślenia pięciolatkami, w sezonie 2010-2011, czyli dokładnie pięć lat temu w fazie grupowej Ligi Europy poznaniacy poradzili sobie z Juventusem i Manchesterem City. Wtedy z pewnością niejeden z szefów klubu mógł brawurowo zawyrokować, że za pięć lat to ho, ho, albo i lepiej.

Batalia o Ligę Mistrzów to proces krótki. Nie przypomina budowli wznoszonej latami, ale domek z kart, który w wypadku porażki trzeba wznosić od nowa. Niemal dwie dekady mistrzowie Polski grzeszyli nadmiarem cierpliwości. Dlatego przyszło im podziwiać w Champions League sąsiadów bliższych i dalszych, często biedniejszych a nasz futbol wznosił mozolnie barierę niemocy, psychicznie się maltretując. Pewnie właściciel Wisły Kraków Borusław Cupiał na dźwięk hymnu Champions League będzie dostawał drgawek do końca życia. Zainwestował w klub dużo, ale europejskie plany nie opuściły sfery marzeń. To samo spotkało szefów Legii szczycącej się budżetem przekraczającym 100 mln zł. Polskie zespoły niezmiennie są mięsem armatnim, w ten sposób dotarły do dna futbolowej martyrologii. Ale każda seria, nawet najstraszniejsza musi się jednak skończyć. Może przerwie ją Lech Macieja Skorży?



poniedziałek, 27 lipca 2015

Po remisie z Romą, zespół Rafy Beniteza wygrał trzema golami sparingi z Manchesterem City i Interem Mediolan. A Florentino Perez zdobywa rynki azjatyckie. Barca odkrywa w tym czasie Amerykę.

Pełne, olbrzymie stadiony to dowód, że informacje o nasycaniu się rynku azjatyckiego i amerykańskiego są przesadzone. Prezes Realu Madryt podpisał kontrakt z Alibabą, siecią sklepów internetowych  dającą klubowi dostęp teoretycznie do 600 mln odbiorców w Chinach. Fani „Królewskich” liczyli, że Perez poleciał na azjatyckie tournee, by dogadać się z Sergio Ramosem. Umowa jest ponoć bliska podpisania, jak to zwykle bywa na upór piłkarza najlepszym lekarstwem jest wyższa kwota w kontrakcie. Ramos pomaga zarobić Realowi, Real daje zarobić Ramosowi.

Nie koniec na tym konfliktów w najbogatszym klubie świata: realnych, lub powołanych do życia przez media na czas wakacyjnej pustki. Cristiano Ronaldo doczekał się publicznego wyznania ze strony swojego nowego trenera. „Jest najlepszym graczem na świecie” - powiedział Benitez na jednej z konferencji prasowych, co podkreślili dziennikarze dywagując, że długo się z tym ociągał. Portugalczyk ma być tym, dla którego zatrudnienie Rafy w Realu może być najtrudniejsze. U Carlo Ancelottiego był jak wolny ptak, który robił na boisku to, co podpowiadał mu jego kapryśny geniusz. Teraz ma się stać trybem w maszynie jajogłowego szkoleniowca, w czym media żyjące z Realu dopatrują się iskry zapalnej.

Pierwsze relacje z zajęć Realu pod wodzą Beniteza wyglądają zabawnie. Przesuwa graczy po boisku jak pionki na szachownicy. Wyglądają na zakłopotanych uczniaków z IB, choć niektórzy zjedli już zęby na futbolu. Ciekawe do czego to doprowadzi, wcześniej czy później iskra musi zgasnąć, lub zamienić się w płomień.

Ciekawy epizodzik w dyskusji na temat Złotej Piłki zaliczył prezes Porto Jorge Pinto da Costa. Zapytano go, czy Ronaldo jest wciąż nr 1. Powiedział, że patriotyczny obowiązek każe mu nie zaprzeczać, ale boli go serce, gdy widzi jak jego przyjaciel selekcjoner kadry portugalskiej pomija w trójce kandydatów na gracza roku Leo Messiego. "Uznajmy, że Ronaldo jest najlepszy na ziemi, a Messi z innej planety" - powiedział prezes Porto powtarzając dowcip z brodą. W tym roku Ronaldo swojej pozycji na szczecie już raczej nie obroni, chyba, że sami Argentyńczycy wmówią reszcie świata, iż po porażce w finale Copa America Messi definitywnie się skończył.

Póki co w sparingach Realu błyszczy Jese Rodriguez, który stracił poprzedni sezon po ciężkim urazie zerwania więzadeł. On ma być alternatywą dla Karima Benzemy, Real nie zatrzymał Chicharito, by nikt nie przeszkadzał wychowankowi. Jese uchodził zawsze za zdolniejszego z dwójki, którą tworzył z Alvaro Moratą. Miniony sezon postawił te opinie na głowie, Jese albo się odbuduje w Realu, albo pójdzie drogą Moraty - dziś jednego z największych talentów na kontynencie na pozycji numer 9. Jese był dotąd raczej skrzydłowym niż środkowym napastnikiem, ale w Madrycie skrzydła zajmują gracze za 200 mln euro.

Manchester United podpisał właśnie kontrakt z Sergio Romero. Czy to znaczy, że zgodzi się sprzedać do Realu Davida de Geę? Opóźnianie wyjazdu Hiszpana do stolicy swojego kraju będzie kosztowało klub z Old Trafford 20 mln euro. Kto bogatemu zabroni?

Barcelona obrała tego lata inny kierunek. Tournee po USA, podczas którego przegrała sparing z Manchesterem 1:3. Katalończycy grali, Anglicy strzelali - tak to z grubsza wyglądało. „No Messi, no problem” - pisała angielska prasa po tym, jak latem 2011 MU wygrało analogiczny sparing z Katalończykami. Problem polega na tym, że w razie, gdyby obie wielkie drużyny starły się na przykład w Lidze Mistrzów Messi już będzie na boisku, a u jego boku Neymar. Różnica w klasie obu kultowych drużyn wydaje się dziś większa niż kiedykolwiek, nawet większa niż w 2009 i 2011 roku, gdy Barcelona biła United w finale Pucharu Europy. Ale wygrany sparing ze zdziesiątkowaną królową minionego sezonu, może być impulsem dla graczy Louisa van Gaala. Ich czekają jeszcze kwalifikacje do Champions League.

środa, 22 lipca 2015

Najważniejsze rzeczy dotyczące ekstraklasy nie dzieją się wiosną, gdy Lech, Legia, Jagiellonia i Śląsk walczą o mistrzostwo, ale właśnie teraz, gdy próbują odnaleźć swoje miejsce na mapie Europy.

„Przygotowaliśmy się tak, żeby potem nie mieć o nic żalu do siebie” – mówi trener Jagiellonii Michał Probierz. Na inaugurację ekstraklasy wystawił w Kielcach jedenastkę rezerwowych, by gracze podstawowego składu skupili się wyłącznie na czwartkowym rewanżu II rundy kwalifikacji Ligi Europy z Omonią w Nikozji. Droga do fazy grupowej rozgrywek wciąż bardzo daleka. Zespół Probierza musiałby wyeliminować rywali z Cypru (w pierwszym meczu w Białymstoku było 0:0) i dwóch kolejnych, prawdopodobnie znacznie silniejszych.

Można by uznać, że ryzyko jest zbyt duże, na szczęście Probierz nie ma kłopotów z ustaleniem właściwej hierarchii celów. Marzenie o grze w fazie grupowej LE jest uzasadnione, awans do kwalifikacji to nagroda za roczny wysiłek w ekstraklasie, gdzie zespół z Białegostoku był trzeci dając się wyprzedzić tylko Lechowi i Legii. Gdyby teraz Probierz i jego drużyna w jakikolwiek sposób zaniedbali rozgrywki europejskie, lub uznali, że ich szanse na awans do fazy grupowej są mrzonką, to by znaczyło, iż nasz futbol ligowy wciąż tkwi w epoce kamienia łupanego.

Nie chodzi wyłącznie o pieniądze, które można zarobić w rozgrywkach europejskich, choć przed rokiem szefowie Ruchu Chorzów szacowali, iż na awansie do fazy grupowej LE zarobiliby 15 mln zł – więcej niż wynosi roczny budżet klubu. 11 miesięcy temu Ruch miał zespół słabszy od Jagiellonii, pokazały to potem rozgrywki ligowe, w których zajął 10. miejsce o 7 pozycji poniżej drużyny z Białegostoku. Mimo wszystko w IV rundzie kwalifikacji do LE klub z Chorzowa przegrał dwumecz z ukraińskim Metalistem Charków dopiero po golu z karnego w dogrywce. Czyli po 210 minutach równej walki. Dlaczego zespół Probierza nie miałby marzyć, że jest w stanie wykonać krok dalej?

Najważniejsze rzeczy w ekstraklasie wcale nie dzieją się wiosną, gdy decyduje się sprawa medali. Taplanie się w błocku własnego podwórka dawno przestało być miarą postępu (lub regresu) dokonującego się w polskiej lidze. Gdyby trzecia drużyna ekstraklasy prowadzona przez trenera, który ma w naszej lidze status gwiazdy nie robiła wszystkiego, by wyeliminować czwarty zespół ligi cypryjskiej, byłoby to czymś głęboko zawstydzającym dla polskiej piłki.

Najważniejsze rzeczy dotyczące ekstraklasy dzieją się właśnie teraz, gdy Lech, Legia, Jagiellonia i Śląsk próbują odnaleźć swoje miejsce na mapie Europy. Miejsce utracone wiele lat temu, gdy nasze kluby patrzyły z lotu ptaka na rywali z Cypru. W ostatnim czasie role się odwróciły, zespoły ekstraklasy już prawie dwie dekady beznadziejnie pukają do bram Ligi Mistrzów, Cypryjczycy nie są gry w niej aż tak spragnieni.

W sezonie 2011-2012 APOEL Nikozja wyeliminował Wisłę Kraków w kwalifikacjach, a potem dotarł aż do ćwierćfinału, gdzie mierzył się z Realem Madryt. Dwa lata wcześniej ten sam APOEL debiutował w LM z Kamilem Kosowskim i Marcinem Żewłakowem w składzie, rok przed nim w fazie grupowej grał Anorthisis Famagusta z Łukaszem Sosinem. Wystarczy, by do świadomości polskich piłkarzy i trenerów dotarło, że Cypr, a także każdy inny rywal stający im na drodze w pucharach wymaga rzucenia do walki 110 procent sił i środków. Bez tego historie o podnoszącym się poziomie rozgrywek ligowych w Polsce trzeba traktować jak bezpodstawne bajanie speców od promocji.

poniedziałek, 20 lipca 2015

Bezbramkowy remis z Romą rozpoczął nowy cykl „Królewskich”, w którym trener Rafael Benitez ma przydzielić Garethowi Bale’owi znacznie bardziej eksponowaną pozycję w drużynie.

„Spokojnie, jesteśmy razem dopiero pięć dni” – tak nowy trener Realu skomentował porażkę z rzymianami po serii rzutów karnych. Pierwszy sparing podczas australijskiego tournee przed sezonem hiszpańskie media odebrały, jako początek misji Beniteza związanej ze zbudowaniem pozycji Bale’a. Dziennik „Marca” przypomina, że gdy Rafa został oficjalnie mianowany następcą Carlo Ancelottiego, pojechał do Cardiff, by spotkać się z Walijczykiem. Pierwszy kontakt z innymi piłkarzami Realu ograniczył się do rozmowy przez telefon, z Balem trener postanowił pogadać twarzą w twarz lecąc na mecz reprezentacji w eliminacjach Euro 2016. Piłkarz Realu został wtedy bohaterem, Walia wygrała 1:0 z Belgią, a on zdobył gola. Zagrał na pozycji numeru 10, ustawiony za napastnikiem z pełną swobodą poruszania się po boisku.

W taki sam sposób Bale grał też w ostatnim sezonie w Tottenhamie, gdy zdobył tytuł najlepszego piłkarza Premier League. W Realu doszło do zmian, Walijczyk został wysłany na prawe skrzydło, w pierwszym sezonie wywiązał się ze swoich zadań co najmniej dobrze, zdobył bramki na 2:1 w finale Pucharu Króla z Barceloną i finale Ligi Mistrzów z Atletico. Kolejny sezon przyniósł jednak wielką debatę nad Balem, miał mecze fatalne, nie rozumiał się z kolegami, Cristiano Ronaldo doprowadzał swoją grą do furii. Zwolennicy Walijczyka dowodzili, że Real marnuje mu karierę, przeciwnicy doradzali, by jak najszybciej opuścił Madryt. Słynny wywiad z agentem piłkarza tuż przed półfinałem Champions League z Juventusem wywołał burzę. Agent dowodził, iż talent jego klienta i interes królewskiej drużyny cierpią na złych decyzjach Ancelottiego.

Ancelottiego już w Realu nie ma. Jest Benitez. Od razu widać, że z własnej woli, lub za namową prezesa Florentino Pereza chce poprawić sytuację Walijczyka. Nie po to Perez wydał prawie 100 mln euro, by Gareth, piłkarz powszechnie ceniony wykonał w Madrycie krok do tyłu. Problem polega na tym, że Bale jest graczem o pewnej charakterystyce: szybkim, silnym, dynamicznym, ale dalekim od miana finezyjnego technika i boiskowego wizjonera. W Realu na pozycji numeru 10 grywali zwykle piłkarze, którzy znacznie szybciej myśleli niż przebierali nogami. Co do Walijczyka można mieć wątpliwości, czy kiedykolwiek kimś takim się stanie.

Zabawne były reakcje hiszpańskiej prasy na sparing z Romą. Wysłannik dziennika „Marca” doniósł z Melbourne, że eksperyment Beniteza wypadł obiecująco. Że Bale dobrze kierował atakiem, był groźny, aktywny, pełen werwy. Wysłannik „El Pais” napisał coś absolutnie przeciwnego. Że Benitez już wie, iż Bale na klasyczną dziesiątkę absolutnie się nie nadaje. Że grał słabo, nie rozumiał się ze skrzydłowymi, nie wspominając o Ronaldo.

Ulubione ustawienie Beniteza to 4-2-3-1. Zdaniem wysłannika „El Pais” tego systemu kompletnie i żadną miarą nie da się zastosować w Madrycie. Dziennikarz uważa, że atuty graczy Realu się przy takim ustawieniu gubią. I trzeba liczyć na rozsądek Beniteza, który jako spec klasy światowej, szybko to zrozumie. Oczywiście mając tak finezyjnych piłkarzy w kadrze jak Toni Kroos, Luka Modric, Isco, czy James Rodriguez, Benitez nie musi liczyć na to, że każdy atak rozwiąże mu Bale.

Ciekawe jednak jak te eksperymenty z nową rolą Walijczyka się rozwiną? I jak zareaguje na nie Ronaldo, który swojej pozycji na lewym skrzydle broni jak lew. Portugalczyk nie chce grać jako wysunięty napastnik, ani nie godzi się przejść na prawą stronę, choć jest prawonożny. 313 goli w sześciu sezonach „Królewskich” uzasadniają jego argumenty. W minionej kampanii zdobył ich 61 (22 asysty). Bale zaledwie 17 (11 asyst). Z jednej strony widać, kto jest ważniejszy, z drugiej kto ma większe rezerwy.

Największą zasługą Beniteza byłoby, gdyby po trzecim wspólnym sezonie o Bale’a i Ronaldo nie mówiono jak o rywalach, ale części tej samej całości. Tak było w debiutanckim okresie gry Walijczyka, który na każdym kroku podkreślał, że przybywa na Bernabeu w roli ucznia i pomocnika dla najlepszego piłkarza świata. Gdzieś ta współpraca została zakłócona, może Benitez zdoła ją odbudować? Od tego będzie zależał także jego osobisty sukces w Realu.

Paradoks polega jednak na tym, że dewiza nowego szkoleniowca „Królewskich” brzmi: „atakować tak samo dobrze, ale lepiej bronić”. Tak mówił, gdy pytano go, co chce zmienić w drużynie pozostawionej mu przez Ancelottiego. Za kadencji Włocha Real zdobył „La Decima”, jesienią 2014 grał chwilami wręcz porywająco, jak przystało na zespół o takiej tradycji. Ancelotti całkowicie zaniedbał pozycję defensywnego pomocnika wystawiając jedenastkę graczy najbardziej kreatywnych. Dla Hiszpana ważni są Modric i Kroos, ale też Illarramendi oraz Casemiro. Z Romą dwaj pierwsi, kreatywni pomocnicy, nie zagrali ze sobą ani minuty. Bo przy każdym z nich musiał czuwać spec od czarnej roboty (w pierwszej połowie Illarra, w drugiej Lucas Silva).

Jeden sparing i masa wniosków – może nawet za dużo. Benitez szuka, stąd wzięła się pozycja Jese jak wysuniętego napastnika. Wychowanek Real ma za sobą zły sezon, tak jak Bale. Tłumaczy go ciężka kontuzja, która zatrzymała jego rozwój. Ancelotti widział w Jese skrzydłowego, Hiszpan dostrzega coś więcej? Gdyby okazał się godnym zmiennikiem dla Benzemy, zyskałby on, Real i trener. Eksperymenty Beniteza są ciekawe, nie mówi tego wprost, ale zachowuje się jakby chciał zbudować drużynę od nowa. Skutki są trudne do przewidzenia, ale atrakcji w najbogatszym klubie świata, jak co roku, nie zabraknie.



wtorek, 14 lipca 2015

Xavi Hernandez i Vicente del Bosque pożegnali Ikera Casillasa z większymi honorami niż Florentino Perez. Tak jak po Copa America w Chile kolumbijski napastnik Radamel Falcao stanął w obronie Leo Messiego atakowanego przez rozsierdzoną prasę w Argentynie.

O ile się nie mylę to rzecz bez precedensu, by selekcjoner drużyny narodowej pisał do największej gazety w kraju specjalny tekst na okoliczność zmiany barw klubowych przez piłkarza. Prawda, że Iker Casillas to gracz nie byle jaki, na bramkarza tak symbolicznego długo poczeka nawet taki klub jak Real. Jak trudno być prorokiem na własnych śmieciach Iker wie doskonale. W roku 2010 osiągnął taki poziom sportowy i medialny, że właściwie mógł tylko spadać. I spadał.

Łzy Ikera czytającego samotnie oświadczenie, że zostawia Real, by grać w Porto, poruszyły jego kolegów do żywego. Przez lata miał mecze lepsze i gorsze, ale zasłużył, by chwila pożegnania był dla niego słodsza. Del Bosque wspomina w „EL Pais” jak poznał go w sekcjach juniorskich Realu. Od razu zdał sobie sprawę, że chłopak ma talent w rękach, ale takich jak on było w „La Fabrica” co najmniej kilkunastu. Inni się pogubili po drodze, Iker wytrwał ze względu na niezłomny charakter. Ta normalność połączyła trenera Realu, potem kadry i bramkarza.

Del Bosque wstawił Ikera do bramki na finał Ligi Mistrzów w 2000 roku. Cztery dni po 19. urodzinach. A przecież jego rywalem był niemiecki mistrz świata 33-letni Bodo Illgner. Ówczesny tener Realu wspomina, że nie zrobił tego na wyrost, po prostu nastolatek emanował taką pewnością siebie. Del Bosque na lojalności Ikera mógł polegać. Zawsze. Również w kadrze. To jeden z nielicznych graczy Realu, którzy w drużynę narodową włożył tyle samo serca co w karierę w klubie. Xavi przyznaje, że nie wie co by było, gdyby w 2012 roku w chwili eskalacji konfliktu między Barcą i Realem, Iker nie chwycił za telefon. Czy jego propozycja pokoju, wyciągnięta dłoń była aktem nielojalności wobec Realu? Tak odczytał to Jose Mourinho, ale wydaje się, że podobnie Florentino Perez. Prezes uznał, że nie ma powodu wstawiać się za bramkarzem, ani u trenera, ani u niechętnych mu kibiców. Tych Iker poprosił o wybaczenie w dniu swojego pożegnania. Dzień później, gdy Perez się zreflektował i pożegnał Ikera w imieniu klubu pod bramami Bernabeu zebrało się 2 tys ludzi. Czy przyszli wyłacznie po to, by pożegnać bramkarza? Trudno stwierdzić, część z nich żądała dymisji Pereza.

Prezesa Realu można jednak w jakimś stopniu zrozumieć. To nie Xavi, ani Del Bosque musieli prowadzić z Casillasem drogie dla klubu negocjacje dotyczące rozwiązania kontraktu dwa sezony przed terminem. Ikerowi pieniądze się należały, widział jak walczył o nie Raul i wielu innych. Perez z kolei uważał, że wychowanek mógłby zachować się jak w 2006 roku Zinedine Zidane, który zrezygnował z ostatniego roku kontraktu i należnych mu pieniędzy. Czasem trudno oddzielić sprawy finansowe od sentymentów. Xavi, Del Bosque i Casillas grali od lat w jednej drużynie, Perez i Iker przez ostatnie tygodnie w różnych. Bramkarz walczył o swoje, prezes o swoje.

Xavi przypomina Casillasa, którego spotkał w drużynach U16, U17, U20. Zawsze byli kumplami, stąd bariery barcelońsko-madryckie przebrnęli naturalnie. Lata klęsk „La Roja” przekonały ich do współpracy. Postanowili spróbować i udało się, w 2012 roku to była wartość sama w sobie. Złoty okres reprezentacji Hiszpanii będzie kojarzony z nimi. Gdy wszystko się waliło na mundialu w Brazylii zdesperowany Del Bosque wcześniej okazał nieufność wobec Xaviego, niż Casillasa. Iker był jego kapitanem, którego pozycja nie podlegała dyskusji. Zwłaszcza, że utrzymanie go między słupkami nie przeszkadzało zmianie sposobu gry.

Perezowi zabrakło dystansu wobec bramkarza służącego klubowi od wielu lat, selekcjoner ten dystans zachował. Stąd pierwszy wyszedł na złego wujka, drugi na dobrego.

Równie poruszający był list w sprawie Leo Messiego napisany przez Kolumbijczyka Radamela Falcao. Zaatakowany przez rodzimą prasę po przegranym finale Copa America gwiazdor Barcy znalazł obrońcę wśród rywali. Falcao napisał, że on i inni współcześni piłkarze mają przywilej gry w erze Messiego. Nikt klasy Leo nie kwestionuje, podważano jednak jego pozycję jako kapitana Albicelestes. Diego Maradona ujął to tak: „Mamy najlepszego piłkarza świata, ale wydaje mi się absurdem traktowanie go jak dzidziusia”. Messi skończył niedawno 28 lat, jest graczem dojrzałym i powinien się pogodzić z presją. Nie byłaby ona tak wielka, gdyby nie wspiął się tak wysoko. To samo dotyczy Casillasa - wielkie postacie piłki skazane są często na taką dwubiegunowość. Jedni na nich napadają, inni ich bronią. Sytuacja w dzisiejszym świecie w zasadzie normalna, gdy jest się gwiazdą.

poniedziałek, 13 lipca 2015
  • Samotny Iker Casillas ze łzami w oczach czytający komunikat o odejściu do Porto zdaje się być kolejnym dowodem, że najbogatszy klub świata wciąż nie wypracował formuły pożegnań legend, które stworzył.
  • Niedawno z Camp Nou odszedł Xavi Hernandez, dziś z Santiano Bernabeu znika Iker. Dwóch kultowych piłkarzy wyróżnionych nagrodą Księcia Asturii, których znajomość (przyjaźń?) zrewolucjonizowała hiszpański futbol. Złote era „La Roja” była bez nich niemożliwa, o ile Xavi doczekał w Barcelonie statusu instytucji, o tyle Iker w Madrycie przeżywał gehennę w ostatnich trzech latach.
  • Jeszcze tydzień temu wydawało się pewne, że bramkarz odchodzący z klubu po 25 latach, zostanie pożegnany inaczej niż inni wielcy wychowankowie Raul Gonzalez i Guti. Tymczasem na konferencję prasową przybył sam, odczytał z kartki komunikat, powiedział ze łzami w oczach, że Real zachowa w sercu na zawsze, wstał i odszedł nie chcąc nawet odpowiadać na pytania. Wyglądało to wszystko zasmucająco w porównaniu z pompą, jaką zgotowano Xaviemu w Barcelonie. Prasa hiszpańska spekuluje, że poszło o pieniądze, Casillas chciał otrzymać 15 mln za wcześniejsze rozwiązanie kontraktu, Florentino Pereza oferował 10 mln.
  • W czasie gdy świadomy swojej dwuznacznej sytuacji Casillas starał się zachować milczenie, przemówili jego rodzicie. W wywiadzie dla „EL Mundo” oskarżyli Pereza o to, że nigdy nie wspierał ich syna. Jest w tym sporo racji, mierzący 185 cm bramkarz zawsze wydawał się prezesowi za niski, by skutecznie zasłonić królewską bramkę. Koncepcja galaktyczna przewidywała, że pewnego dnia zastąpi go ktoś tak wielki jak Gianluigi Buffon, ale wychowanek się bronił i na linii bramkowej przetrwał. Zdobył 18 trofeów w tym pięć razy wygrał mistrzostwo kraju i trzy razy Ligę Mistrzów. Prasa hiszpańska nie ma wątpliwości, że odchodzi najwybitniejszy bramkarz w historii Realu. Jego prawdopodobny następca David de Gea jest o 7 cm wyższy.
  • Przez ostatnie trzy lata spierała się o Ikera cała Hiszpania. Był symbolem jej najwyższego wzlotu, gdy po finale mistrzostw świata w Johannesburgu całował dziennikarkę Sarę Carbonero. Ten związek miał na niego sprowadzić kłopoty, już dwa lata później Jose Mourinho wysłał go na ławkę w Realu zastępując Antonio Adanem, dziś bramkarzem Betisu. Ta wojna trwała, choć „The Special One” już dwa lata temu wrócił do Chelsea. Naznaczył Ikera jako „kreta” wynoszącego z szatni tajemnice, który swej pozycji w klubie chce bronić przy pomocy zaprzyjaźnionych z nim mediów.
  • Kiedy Iker miał 9 lat pochodzący z Bilbao ojciec kupił mu koszulkę Athletic. Potem nie mógł już tego robić, gdy syn trafił do La Fabrica. Trwająca ćwierć wieku kariera w Realu była w zasadzie pasmem wzlotów, choć w finale Champions League 2002 roku zastąpił Cesara Sancheza w 68. min przy stanie 2:1. Tę sytuację przypominano potem za każdym razem, gdy w głowach kibiców nabrzmiewała opinia, że Vicente del Bosque ciągnie Casillasa do kadry za uszy. Faktycznie trener, który 13 lat temu odmówił mu szansy gry w finale w Glasgow, traktował Ikera jak nietykalnego. Nawet Xavi tego nie doczekał.
  • To wszystko pokazuje, że poza faktami, wynikami, trofeami, golami, w piłce jest wciąż dużo miejsca dla interpretacji. Czy faktycznie Iker Casillas jest gorszym bramkarzem niż Gianluigi Buffon, z którym rywalizował korespondencyjnie przez ostatnie 15 lat? Czy status wychowanka Realu ciążył mu, czy też pomógł utrzymać się na szczycie? Z pewnością szefowie Juventusu inaczej traktują swoją legendę, gdy Iker zawalił gola w finale Champions League w Lizbonie, Madryt opłakiwał to mimo zwycięstwa. Buffon popełnił błąd przy bramce Luisa Suareza w berlińskim starciu z Barceloną, a i tak w ojczyźnie okrzyknięto go bohaterem przegranego meczu.
  • Rodzice Casillasa twierdzą, że Perez jest fatalnym prezesem dla Realu, że powinien zająć się biznesem budowlanym, z którego wyrósł. Bez względu na to, czy przemawia przez nich gorycz, czy uzasadniony żal, klub z Bernabeu wciąż nie umie docenić swoich wychowanków. Odejście kogoś takiego jak Iker było okazją do manifestacji jedności w Realu. Żegnał się samotny, podobno sam nie chciał, by na ostatniej konferencji pojawił się u jego boku Perez, czy ktokolwiek. Po śmierci Alfredo Di Stefano nie ma w klubie osoby, która mogłaby publicznie podać młodszej legendzie rękę na pożegnanie.
  • Czas uleczy rany Casillasa, tak jak uleczył Gutiego i Raula Gonzaleza. Matka Ikera żałuje, że odchodzi do Porto (nazywa go klubem trzecioligowym), choć jeszcze rok temu miał ofertę z Barcelony. Oczywiście transfer do katalońskiego rywala to dziś już czysta teoria, z pewnością była jednak okazja by zagrać Perezowi na nosie, odreagować, a przede wszystkim odbudować chwiejącą się reputację. Kochający Real bramkarz na taki krok poważyć się nie mógł. Florentino to jedno, klub, który go wychował i wyniósł na wyżyny – drugie.
  • "Ludzie są ponad podziałami i barwami klubowymi. Wszystkiego najlepszego przyjacielu" - napisał Ikerowi na Instagramie Carles Puyol.
  • PS. Klub z Bernabeu ma dziś pożegnać Ikera z fanfarami.
sobota, 04 lipca 2015

Zdobył zaledwie jedną bramkę z karnego na inaugurację z Paragwajem (2:2) i rozczarowany do głębi odrzucił nagrodę dla gracza meczu. Nikt inny nie był wyróżniany na Copa America w Chile częściej niż on, czy to jest jednak turniej Leo Messiego?

- Chciałem w tamtej chwili umrzeć, lub zapaść się ze wstydu pod ziemię – mówił Messi komentując jedną z akcji pod bramką Davida Ospiny. Kolumbijski bramkarz w ćwierćfinale z Argentyną interweniował niczym Jerzy Dudek w stambulskim finale Ligi Mistrzów (po główce Szewczenki). Ospina odbił piłkę po ostrym strzale i leżał na ziemi. Stojący cztery metry od bramki Messi miał przed sobą absolutną pustkę, dlatego przystawił głowę do piłki lekko kierując ją byle gdzie.

Tymczasem okazało się, że bramkarz pozbierał się z ziemi w mgnieniu oka, kiedy wstawał piłka trafiła w jego ręce jeszcze raz i poleciała nad bramką. Przez 90 minut rywalizacji cały ogromny arsenał ofensywny Argentyny (Messi, Pastore, Di Maria, Aguero) nie wystarczył do zdobycia choćby jednego gola. Okazja zmarnowana przez gwiazdę Barcelony pozostała jednak dla meczu symboliczna, zaprzepaścił ją przecież ten największy. Ocalenie dla Albicelestes przyniosły nieźle wykonywane rzuty karne (seria wygrana 5:4), bez tego nie zdarzyłoby się to, co dla drużyny Gerardo Martino najlepsze.

Wystarczyła porażka w tamtej serii jedenastek, by Argentyna podzieliła los Brazylii. Wszyscy zachodziliby w głowę jak to możliwe, iż taka plejada indywidualności nie tworzy drużyny. Messiego znów okrzyknięto by wielkim przegranym i winowajcą przede wszystkim w ojczyźnie. Indywidualnie zdobył setki nagród i wyróżnień, dla Barcelony wywalczył 24 trofea, w kadrze wciąż czeka na pierwsze. – To niewiarygodne jak trudno przychodzi mi zdobywanie bramek dla reprezentacji – wyznał jakby czaiła się za tym jakaś klątwa, coś, czego sam nie może pojąć i zaakceptować.

Suche liczby? W 482 oficjalnych meczach Barcelony zdobył 412 bramek, a więc średnia wynosi 0,85. W 102 spotkaniach Albicelestes trafił do siatki 46 razy (średnia 0,45). Prawie dwa razy mniejsza. 27-letni piłkarz ma olbrzymią szansę pobić wszelkie rekordy reprezentacji Argentyny. Do Javiera Zanettiego brakuje mu rozegrania 43 spotkań, do wyniku Gabriela Batistuty 10 bramek. Wcześniej, czy później je zdobędzie, ale średniej „Batigola” 0,72 już nie osiągnie. O ile Batistuta był genialnym łowcą goli, o tyle Messi jest kimś znacznie więcej.

Skąd bierze się tak znaczący spadek skuteczności Messiego, gdy opuszcza klubowe pielesze? Przecież „Kun” Aguero, Gonzalo Higuain, Carlos Tevez, Angel Di Maria, czy Javier Pastore, czyli gracze ofensywni otaczający Messiego w reprezentacji nie odbiegają klasą od Xaviego, Andresa Iniesty, Neymara, Luisa Suareza i Ivana Rakitica. W dodatku kolejni selekcjonerzy Argentyny stawiają sobie za cel odtworzenie barcelońskiego środowiska i podobnych schematów gry wokół czterokrotnego laureata Złotej Piłki. Messi wychowywał się jednak w La Masii od 13. roku życia, trudno te wszystkie głęboko utrwalone automatyzmy przenieść do innej drużyny, choćby tak samo wybitnej. Być może to miał na myśli Alex Ferguson stawiając tezę, że Cristiano Ronaldo pasowałby do każdego zespołu na świecie, natomiast co do Messiego ma poważne wątpliwości.

Przed rokiem FIFA przyznała Argentyńczykowi tytuł MVP mundialu w Brazylii. Kontrowersji wywołało to masę, bo Leo był akurat w kryzysie. To prawda, że w fazie grupowej rozstrzygał mecze swoimi golami, ale gdy doszło do starć kluczowych cierpiał razem z zespołem. Symptomatyczny był fakt, że pierwszy raz od siedmiu lat dziennikarze z Argentyny przyznali tytuł gracza roku, komu innemu. Otrzymał go Angel Di Maria, mimo iż mistrzostwa w Brazylii zakończył kontuzją w ćwierćfinałowym starciu z Belgami i o medale nie grał.

„Dopóki mamy Messiego”, „Z Messim wszystko jest możliwe”, „Messi to nasza przewaga” – powtarzał ówczesny selekcjoner Alejandro Sabella po kolejnych spotkaniach Argentyny. Wiedział, że zamknięty w sobie, introwertyczny geniusz na krytykę jest wyjątkowo wrażliwy. Leo pojechał na mundial do Brazylii po bardzo słabym sezonie w Barcelonie, chodziły nawet słychy, iż szefowie katalońskiego klubu pozwolili mu się oszczędzać przed mistrzostwami.

Sytuacja przed Copa America w Chile była zupełnie inna. W minionym sezonie Messi się odrodził, zdobył dla klubu 58 goli w 57 meczach i drugi raz wywalczył z nim potrójną koronę. Tryskał energią, wigorem, znów rozstrzygał mecze w pojedynkę. Wydawało się, że osiągnął formę pozwalającą mu zdominować mistrzostwa Ameryki.

W Chile znów można jednak mówić o dość dyskretnym udziale Messiego w grze Albicelestes. Choć ciężar medialności geniusza sprawił, że z pięciu meczów Argentyny w czterech wybrano go graczem numer 1. Pierwsze wyróżnienie sam odrzucił wściekły po remisie 2:2 na inaugurację z Paragwajem. Drugie starcie z Paragwajczykami w półfinale było dotąd jedynym w Copa America, po którym drużyna Gerardo Martino zebrała owacje na stojąco. Kuriozum, bo przy wyniku 6:1 Messi nie trafił do siatki ani razu. Nie chodzi jednak o to, by rozliczać go z goli, bo asystami i precyzyjnymi zagraniami daje drużynie wystarczająco dużo. Tyle, że w Barcelonie też rozgrywa, drybluje, kieruje resztą, co nie przeszkadza mu być superskutecznym.

Trener Paragwaju Ramon Diaz przewiduje, że jeśli w sobotnim finale w Santiago Argentyńczycy zagrają tak jak z jego zespołem na stadionie Ester Roa w Concepcion, gospodarzom nie starczy atutów, by im sprostać. Chile jest więc na straconej pozycji w batalii o pierwszy triumf w Copa America? Chyba nie, skoro Argentyna i Messi z pięciu meczów turnieju wspaniale zagrali dopiero w jednym. Ich możliwości, to oczywiste, przerastają zespół Jorge Sampaoli, co nie jest jeszcze gwarancją zwycięstwa.

Póki co Copa America w Chile nie jest przełomem, raczej potwierdzeniem tezy, że drużyna narodowa to ekstremalne wyzwanie dla geniusza. Messi wciąż nie daje jej tyle, ile by mógł. Ostateczna ocena będzie zależała nie tyle od jego skuteczności w finale, co wyniku. Jeśli po 22 latach odzyska dla Argentyny tytuł mistrza Ameryki, zostanie okrzyknięty nr 1 turnieju w Chile, nawet gdyby zmarnował trzy okazje takie jak w ćwierćfinale z Kolumbią. Gdyby natomiast Albicelestes przegrali finał, gwiazdor Barcelony znów stanie w pierwszym rzędzie winowajców. Choćby zdobył hat-tricka, dokonując na boisku kilku cudów i tak ktoś dostrzeże, że w kadrze i klubie gra dwóch różnych Messich.

Argentyna to jest jego drużyna, choć być może najlepszy w niej jest w Chile Javier Pastore. Ale odpowiedzialność spada na Messiego. Inaczej być nie może.

piątek, 03 lipca 2015

Argentyna nie wygrała Copa America od 22 lat, Chile nie udało się to nigdy. W sobotnim finale gospodarze muszą przełamać 99 lat kompleksów.

„Argentyna budzi strach” - tymi słowami chilijska wersja dziennika „El Grafico” skomentowała półfinałowy triumf „Albicelestes” nad Paragwajem. Drużyna Gerardo Martino zatopiła zbłąkany okręcik sześcioma torpedami, przy czym Leo Messi nie musiał nawet odpalać własnej. - A może moje gole przyjdą w finale? - pytał czterokrotny laureat Złotej Piłki, czym nie poprawił nastroju gospodarzy turnieju.

Chile zorganizowało Copa America z wielką narodową misją, by wygrać ją po raz pierwszy. Jeden z najbogatszych krajów kontynentu chce się pozbyć etykietki „perdedores”, wiecznych przegranych. 20 milionów Chilijczycy miało jedno, ciche marzenie, by ich drużyna uniknęła na swojej drodze Argentyny. „Albicelestes” są czarną bestią, zmorą, prześladowcą reprezentacji Chile - z 38 meczów o stawkę wygrali z nim aż 29, a osiem zakończyło się remisami. 15 października 2008 roku w eliminacjach mundialu w RPA Chile pokonało Argentynę 1:0 po golu Fabiana Orellany na Estadio Nacional w Santiago. Selekcjonerem był Argentyńczyk Marcelo Bielsa, bohater narodowy Chile. W Copa America oba kraje ścierały się 24 razy z czego 19 meczów wygrywała Argentyna, pozostałe pięć kończyły remisy. Chile nie zna smaku zwycięstwa! Czy to się w sobotę zmieni? W rozgrywkach o mistrzostwo kontynentu Chilijczycy wbili ostatniego gola Albicelestes w 1959 roku przegrywając 1:6!

Dziennik „La Tercera” przypomniał sześć najważniejszych meczów w historii chilijskiej piłki, zaczynając od triumfu nad mistrzem Europy drużyną ZSRR z Lwem Jaszynem między słupkami w ćwierćfinale chilijskiego mundialu w 1962 roku. Potem był remis w Moskwie w eliminacjach MŚ’74, zwycięstwo 4:0 nad Brazylią w Copa America’87, dalej wygrana nad Argentyną w kwalifikacjach do igrzysk w Sydney zakończonych brązowym medalem. W końcu jedyne zwycięstwo nad dorosłą Argentyną drużyny Bielsy i wygrana nad mistrzami świata z Hiszpanii na mundialu w Brazylii. Ta lista ma się jutro powiększyć.

Po 7 latach od jedynego zwycięstwa o stawkę nad „Albicelestes” stadion narodowy w Santiago będzie areną najważniejszego meczu w historii zmagań obu drużyn.

- Jesteśmy sąsiadami, wręcz braćmi, niech ten finał nie zmieni się w wojnę - apeluje jeden z liderów Argentyny Javier Mascherano. Wołanie na puszczy. Stosunki między sąsiadami często bywały trudne - w 1978 roku, gdy Argentyna zdobywała swój pierwszy tytuł mistrza świata, była o włos od wojny z Chile o kanał Beagle, cieśninę między archipelagami Ziemi Ognistej. Mediacje Papieża Jana Pawła II zakończyły się podpisaniem traktatu pokojowego 6 lat później.

Organizatorzy Copa America w Chile mieli jeszcze jeden cel: zjednoczenie południowoamerykańskich nacji. Wymyślili akcję „Zielona kartka”, która miała pomóc kibicom z różnych stron kontynentu okazywać sobie szacunek (szczególnie przy hymnach). Lęk Chilijczyków przed „Albicelestes” wziął jednak górę. Kiedy na stadionie Ester Roa drużyna Martino stanęła naprzeciwko Paragwajczyków, fani gospodarzy wygwizdali hymn Argentyny, a potem cały mecz buczeli na Messiego, Pastore, Di Marię i innych. Nic to oczywiście nie dało. Sobotni finał staje się dla Jorge Sampaoli i jego piłkarzy życiowym wyzwaniem.

Kompleksów do przełamania jest masa. Zbiorowych i indywidualnych. Ale nadzieja umiera ostatnia. Chilijczycy wierzą, że doczekali najzdolniejszego pokolenia w historii swojej piłki. Najznakomitszy ze znakomitych Alexis Sanchez musi zapomnieć to, co ostatnio działo się w jego karierze klubowej. Latem 2011 roku zatrudnił go ówczesny zwycięzca Ligi Mistrzów Barcelona, w której spędził trzy chude lata w głębokim cieniu Messiego. Gdy przed sezonem Katalończycy oddali go do Arsenalu, natychmiast odzyskali pozycję numeru 1 w Europie.

Realnie patrząc szanse Chile przed finałem nie są wcale małe. Drużyna Sampaoliego gra szybki, ofensywny, techniczny, mądry futbol, nie bojąc się przy tym walki wręcz. Status gospodarzy ma swoją wagę - obserwatorzy z innych krajów sugerują, lub mówią wprost, że Chile może liczyć na dyskretne wsparcie sędziów. Ich rywale w ćwierćfinale (Urugwaj) i półfinale (Peru) zobaczyli trzy czerwone kartki.

Jorge Contreras grał mecz o złoto Copa America w 1987 roku przegrany z Urugwajem. Uważa, że kompleks niższości futbolu chilijskiego został przełamany dzięki Marcelo Bielsie. - W sobotę może być pięknie - przekonuje. - Trzeba wykorzystać poczucie wyższości Argentyńczyków. Oni od zawsze patrzyli na piłkarzy chilijskich z obłoków.

Zmartwieniem Martino jest zmęczenie gwiazd: wszyscy mają w nogach morderczy sezon w Europie i pięć spotkań Copa America. Dlatego selekcjoner Argentyny zabrał swoją drużynę do komory hiperbarycznej. Sampaoli uznał, że to zbędne. Jego graczy poniesie skala wyzwania i miliony fanatycznych rodaków. Chile nigdy nie wygrało wielkiego turnieju, choć debiutowało w Copa America 99 lat temu.

Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac