blog Darka Wołowskiego
RSS
czwartek, 31 lipca 2014

W rywalizacji europejskiej polskie kluby żywiły się ostatnio głównie wstydem. Przegrywały już nie tylko z lepszymi od siebie, ale z równymi, a nawet słabszymi.

4 lipca 1999 roku w grupowym meczu Copa America w Lugue Argentyńczyk Martin Palermo przestrzelił trzy rzuty karne w meczu z Kolumbią. „Albicelestes” przegrali 0:3, co skazało ich na ćwierćfinał z Brazylią. Przy stanie 1:2 Argentyńczycy znów wywalczyli jedenastkę, tym razem zaprzepaścił ją obrońca Roberto Ayala i drużyna pojechała do domu. Na powrót do kadry Palermo czekał 10 lat, powołał go dopiero Diego Maradona na mundial w RPA.

Argentyńska anegdota pokazuje, że strzał z jedenastu metrów nie jest sprawą tak banalną, jakby się z pozoru wydawało. Gdyby był, Kostaryka mogłaby dziś nawet świętować mistrzostwo świata. Odpadła przecież z brazylijskiego turnieju nie ponosząc porażki. Jeśli piłkarze Legii uważają, że Ivica Vrdoljak jest tak fantastycznym specem od karnych, to być może mecz z Celtikiem musimy uznać za incydent. Strach pomyśleć, co by było gdyby w Edynburgu gospodarze wygrali po dogrywce 4:1. Do karnego musiałby podejść nie tylko Chorwat, ale i co najmniej czterech innych legionistów.

Paradoksalnie jednak właśnie te przestrzelone karne Vrdoljaka podkreślają niezwykłość postawy Legii środowego wieczoru. Najbardziej pasjonująca fabuła to taka, w której bohater pada i powstaje. Tak było właśnie z drużyną Henninga Berga. Nie minęło 8 minut, a już trzeba było się podźwignąć po ciosie McGregora, który w każdej innej sytuacji pozbawiłby polski ligowy zespół wiary w cokolwiek. Legia się nie poddała, pomógł geniusz Miroslava Radovica. Nie waham się użyć słowa „geniusz”, bo to, co wyprawiał Serb wykracza poza wszelkie skale dostępne dla piłkarza ekstraklasy. Dwa gole i asysta to nie koniec, to on podawał do Michała Kucharczyka, czym zmusił Ambrose do faulu, po którym gracz Celtiku wyleciał z boiska.

Radivic był klasą dla siebie. W 84. min wkręcał w ziemię Izaguirre w tak spektakularny sposób, że szefowie Legii śmiało mogliby pomyśleć o wystawieniu w tym miejscu pomnika bezradności swoich rywali. Na takie dzieło sztuki w wykonaniu innego gracza ekstraklasy poczekamy długo, chyba, że Serb pomoże kolegom przełamać bariery. Trzeba przyznać, że zmiana, którą dał wczoraj Jakub Kosecki była imponująca. Wywalczony karny, gol i kilka spektakularnych akcji w kwadrans to wyczyn niecodzienny jak na rezerwowego.

Legia musi pomyśleć jak nie zmarnować wysiłku w Edynburgu. Celtic to drużyna uważana za solidnego, europejskiego średniaka. W poprzedniej edycji Champions League zajął ostatnie miejsce w grupie, ale dwa lata temu dotarł do 1/8 finału przegrywając z Juventusem. To dokonania, o których każdy polski klub od 18 lat może tylko śnić. Zespoły ekstraklasy zbyt często zaprzepaszczały swoje wielkie szanse, byśmy na rewanż czekali spokojnie. Może jednak wysokie zwycięstwo nad Celtikiem okaże się początkiem przełamywania barier niemocy, a nie tylko odstępstwem od smutnych reguł pisanych przez polskie drużyny w rywalizacji międzynarodowej?

Miły był wczorajszy wieczór, ale musi mieć dalszy ciąg, by nie zmienił się w incydent bez znaczenia. Legia jest na drodze do Ligi Mistrzów – choć odległość od celu wciąż ogromna. Najedli się mistrzowie Polski wstydu w Lidze Europy w ubiegłym sezonie. Chwilami miało się wrażenie, że ich nogami kieruje jakaś masochistyczna, wyniszczająca siła.

W rywalizacji pucharowej wszystkie polskie kluby żywiły się ostatnio głównie wstydem. Przegrywały już nie tylko z lepszymi od siebie, ale z równymi, a nawet słabszymi – tak jak Legia przed rokiem z Apollonem Limassol.

Dobrze, że ból i nauka nie poszła na marne, wzmogła się chęć przeżycia czegoś niezwykłego. W piłce cudowne jest to, że właściwie nieustannie dostaje się okazję rewanżu. Legia dominuje ostatnio w ekstraklasie tak zdecydowanie, że jej porażki za granicą sprowadzały obraz nędzy i rozpaczy na całą ligę. Poczucie zaściankowości naszej piłki stało się tak nieznośne, że kibic chciał uczepić się każdej nadziei. Wczoraj nadzieja przetrwała próbę Celtiku.

poniedziałek, 28 lipca 2014

Czy dla 23-letniego Bojana Krkica, najmłodszego strzelca w historii Barcelony, transfer do Stoke City okaże się ocaleniem sportowym?

Kim miał być syn serbskiego piłkarza i pielęgniarki z Linyoli? Nowym futbolowym geniuszem? Jedną z największych gwiazd naszych czasów? Możemy zastanawiać się, co by się stało, gdyby przed Euro 2008 17-latek zdecydował się przyjąć zaproszenie Luisa Aragonesa. Albo, gdyby w półfinale Champions League 2010 roku sędzia nie anulował jego bramki na 2:0 dla Barcelony. Katalończycy przeszliby dzięki niej Inter i być może obronili trofeum, którego do dziś nikt nie obronił.

Krkic pobił wszystkie rekordy Messiego. Został najmłodszym debiutantem w historii Barcy i najmłodszym strzelcem gola dla niej w meczu La Liga. W Champions League zadebiutował we wrześniu 2007 roku (zmieniając Argentyńczyka), by stać się najmłodszym graczem klubu z Katalonii także w rozgrywkach międzynarodowych. To pokazuje skalę oczekiwań wobec niego, a także skalę rozczarowania, które przeżył.

Wzlot Bojana przypadł na zmierzch Franka Rijkaarda, zmierzch nastąpił przy wzlocie Pepa Guardioli. Choć w końcówce sezonu 2009-2010 Krkic wygrał na chwilę rywalizację ze Zlatanem Ibrahimovicem, jego pozycja w klubie słabła z każdym dniem. Patrzył na rozwój Pedro Rodrigueza, a nawet Ibrahima Afellaya, który wszedł na kilka minut finału Champions League 2011 roku. Poczuł, że cokolwiek by zrobił, Guardiola nie chce tego dostrzec, rozpoczął więc w nowym sezonie tułaczkę po Europie. Roma, Milan, Ajax – wszystko po to, by zasłużyć na uznanie we własnym domu.

Dziś Barca oddaje go Stoke za 1,7 mln euro. Kwotę szokującą przy wszystkie rekordach transferowych bitych w ostatnim czasie. Słaby klub Premier League daje szansę 23-letniemu piłkarzowi na sportowe zmartwychwstanie. Z pewnością te wszystkie zachwyty nastoletnim Krkicem były przesadzone. Bo historia jego upadku nie ma nic wspólnego z brakiem dyscypliny. Grzeczny, sympatyczny, dobrze wychowany - nigdy nie sprawiał kłopotów trenerom. Nie był balangowiczem, nie miał gwiazdorskich humorów. Może poza tym jednym w 2008 roku, gdy odmówił Aragonesowi. Gdyby, mimo zmęczenia, przyjął zaproszenie do "La Roja", dziś byłby zapewne zupełnie gdzie indziej. Zapomniał jednak, że jedyną dającą się przewidzieć przyszłością w futbolu, jest najbliższy mecz.

Może Bojan nie miał szczęścia, a może umiejętności. Może za wcześnie lansowano go na gwiazdę, by dowieść, że w La Masia rodzą się wyłącznie futbolowe perły. Dziś Barcelona daje 80 mln euro za napastnika tak pospolitego pod względem piłkarskich manier jak Luis Suarez, wychowanego z dala od słynnych akademiami, w zaułkach Salto. Urugwajczyk wspiął się na szczyt nadludzką siłą woli, Krkicowi chyba właśnie tego zabrakło. Może poniewierka, na którą został skazany w ostatnich latach, wyciśnie z niego więcej sportowej złości? Wciąż nie jest futbolowym starcem.

czwartek, 17 lipca 2014

Real i Barcelona rozwiązują swoje problemy w osobliwy sposób. Mieli „Królewscy” w bramce overbooking, więc kupił sobie Keylora Navasa. Miała Barca nadmiar napastników, to sprowadza Luisa Suareza.

Zapewne ludzie od planowania kadry dwóch największych klubów hiszpańskich, znajdą na to uzasadnienie. Zdyskwalifikowany Luis Suarez i tak grać nie może, więc ewentualny kłopot wynikający z zatrudnienia go, jest odłożony w czasie. Barca świętuje powrót Gerarda Deulofeu, tyle, że wychowanek to zdolny napastnik, a nie środkowy obrońca. Klub, który latem ubiegłego roku problem ze stoperami rozwiązał sprowadzając Neymara, dziś robi dokładnie to samo. Zgroza? Kto bogatemu zabroni?

Pamiętam jak 12 miesięcy temu ustami Gerardo Martino szefowie Barcelony przekonywali, iż oczekiwanym transferem środkowego obrońcy będzie powrót do zdrowia Carlesa Puyola. Puyola widziałem ostatnio na Maracanie, wyglądał bardzo szykownie, gdy w eleganckim garniturze „oddawał” Puchar Świata przed meczem finałowym Argentyna - Niemcy. Do gry wielki kapitan Barcy już się jednak nie nadawał od dłuższego czasu. Potwierdził to kończąc karierę, by w klubie z Katalonii przestali oczekiwać, iż znów wyjdzie na zieloną murawę.

Jeszcze moment, a Barca zacznie czekać na powrót Cruyffa i nieżyjącego od 12 lat Kubali.

Ale poważniej. Szukając wzmocnienia środka obrony klub walczy o 31-letniego Jeremy’ego Mathieu z Valencii. Słusznie, nie ma to jak gracz rutynowany. Przed rokiem do Mathieu Katalończycy nie byli przekonani, dziś już są. Oby nie zdecydowali się ostatecznie za kolejne cztery lata, bo Mathieu może okazać się wtedy już zbyt rutynowany. W dodatku cena 20 mln euro wydaje się wyjątkowo okazyjna. 27-letni David Luiz był za drogi, więc trzeba kupić kogoś tańszego, skoro transfer Suareza „splądrował” klubową kasę do cna.

Nie wiem z czego cieszy się Deulofeu? Że wraca do ukochanego klubu, w który rok przesiedzi na ławce, zanim tak jak Cristian Tello zorientuje się, iż nie na tym polega rozwijanie kariery? Jak mówi Andoni Zubizarreta „Pedro jest nie do sprzedania”. Atak Barcy ma wyglądać tak: Messi, Suarez - Neymar. Widzę w tym wszystkim pewną sprzeczność.

Tak jak w postępowaniu Realu Madryt z bramkarzami. Przed rokiem Iker Casillas bronił w Lidze Mistrzów i w Puchrze Króla, a Diego Lopez w Primera Division. Carlo Ancelotii uznał najwyraźniej, że ten pierwszy był zbyt obciążony, więc klub sprowadził Keylora Navasa. Teraz w każdych rozgrywkach Włoch będzie miał innego golkipera. To, co przed rokiem uważał za kuriozum (rotacja między słupkami), teraz się powiększy. Brawo.

Rozumiem też, że w takim klubie jak Real, stabilizacja kadry jest niemożliwa. Dlatego normalne jest, iż „Królewscy” chcą się pozbyć Angela Di Marii, w końcu to najlepszy piłkarz ubiegłego sezonu. Warto go sprzedać, żeby kupić Jamesa Rodrigueza, to z kolei król strzelców mundialu. Zagrał w Brazylii kilka fajnych meczów, wszyscy o nim mówią, transakcja będzie więc z pewnością opłacalna.

Na koniec, osobno o transferze Toniego Kroosa, bo zupełnie na serio wydaje mi się to doskonałym posunięciem. 24-letni piłkarz tej klasy za 25 mln to bajeczny interes. Uczy się ten Florentino Perez. I to na własnych błędach.

poniedziałek, 14 lipca 2014

Nie ma Leo Messiego w mojej jedenastce mundialu. Argentyńczyk jest może geniuszem, ale chwilowo w okresie dekadencji. Nie sprawdzimy, czy „Albicelestes” doszliby bez niego do finału. Mnie lepszy wydał się Angel di Maria, mimo kontuzji odniesionej z Belgami.

Trzy tytuły mistrzowskie reprezentacji Niemiec zawsze kończyły się okrzykiem bólu wydobywającym się z gardeł milionów kibiców. W 1954 roku drużyna Fritza Waltera pobiła w finale Złotą Jedenastkę Węgier, której Puchar Rimeta należał się wtedy jak nikomu innemu. 20 lat później Franz Beckenbauer i jego koledzy powstrzymali w finale Holendrów. A przecież futbol totalny był jednym z najwspanialszych wynalazków w historii piłki. W 1990 roku zespół Lothara Matthaeusa w meczu o złoto Italia’90 wycisnął gorące łzy Diego Maradony, jednego z największych magów futbolowych. Trzy razy Niemcy pełnili więc rolę „Bestii” odbierających miejsce na szczycie komuś, komu się ono należało bardziej. Przynajmniej w oczach rzeszy kibicowskiej.

Wreszcie w 2014 roku Joachim Loew zaprezentował na mundialu w Brazylii zespół najpiękniejszy. I wygrał. Nie ma wątpliwości, że po dawnych, „niezasłużonych” zwycięstwach niemieckich piłkarzy pozostało tylko wspomnienie. Gwiazdą mundialu mundiali był „Mannschaft” nowej generacji. Brzmiący jak orkiestra symfoniczna. Niemcy nie byli jak sępy żerujące na cudzych błędach i pomyłkach, kreowali melodię własną, skoczną, pogodną, ale chwilami głęboko wzruszającą. Dlatego do naszej jedenastki trafiło pięciu graczy Loewa, choć rozdzielanie ich od reszty zespołu to pomysł karkołomny. Oni byli całością w najlepszym rozumieniu tego słowa. Trudno ich dzielić, ale w przypadku „jedenastki mundialu” wyjścia nie ma.

Manuel Neuer - mocnym kontrkandydatem był Keylor Navas. Nie dość, że w bramce Kostaryki dokonywał rzeczy niewiarygodnych, to jeszcze Kostaryka okazała się największą rewelacją w dziejach mistrzostw. Ale pominięcie Neuera w jedenastce turnieju byłoby karygodnym sileniem się na oryginalność. Grał tak, że pozostawił wszystkich wielkich bramkarzy tych mistrzostw w głębokim cieniu. Do Niemca najlepiej pasuje właśnie czasownik „grał”, bo przecież nie „bronił”. Gdy trzeba było w meczu z Algierią, za plecami wolnego Mertesackera, Neuer wcielił się w rolę ostatniego obrońcy. Miał na tym turnieju więcej podań celnych niż Leo Messi uznany za gracza nr 1! Spokój, pewność siebie Neuera emanowała na kolegów i rywali. Kto wie jak strzelaliby w finale Higuain, Palacio, a nawet Messi, gdyby nie stawał przed nimi ten pewny siebie duży facet z miną kogoś, kto chce zapytać: „no i co mi zrobisz?”. No i właśnie co poradzić na człowieka, który ma tyle temperamentu i chęci do walki, że pozycja golkipera, czyli tego, kto patrzy na wszystko z filozoficznego dystansu linii bramkowej, wydaje się ostatnią, na której grać powinien. Neuer jest pełen sprzeczności, i na tym polega jego wielkość.

Philipp Lahm - zaczynał jako defensywny pomocnik, gdyż Joachim Loewa nie bał się skorzystać z pomysłów Pepa Guardioli. Ale w najważniejszym meczach wrócił na prawą obronę. Okazało się, że Niemcy korzystają na tym, gdy Lahm zwalnia miejsce w środku pola dla Samiego Khediry. Lahm to piłkarz, który razem z Loewem przeszedł drogę od brązu na mundialu w Niemczech, przez brąz w RPA, do złota w Brazylii. A przecież debiutował na katastrofalnym dla „Mannschaftu” Euro 2004. Jego wkład w rozegranie piłki jest ogromny. Nie jest typem obrońcy, który biegnie i kopie, jego specjalnością są podania finezyjne, różnorodne, tak subtelne, że rywalowi nie przyszłyby nawet do głowy. Można Lahma ustawić obok Schweinsteigera, ale gdyby zajął miejsce Toniego Kroosa też by sobie dał radę. „Najbardziej inteligentny piłkarz z jakim pracowałem” - powtarza Pep Guardiola, a przecież w poprzednim miejscu dowodził Xavim i Iniestą.

Mats Hummels - 5 lat temu był wart 4,2 mln euro, tyle zapłaciła za niego Borussia Dortmund Bayernowi Monachium. Bawarczycy woleli Holgera Batstubera, co było grubym błędem. Ta dwójka stoperów zawaliła Niemcom mecz z Włochami w półfinale Euro 2012, którego bohaterem został Mario Balotelli. W Brazylii Hummels wziął rewanż. Znakomity w destrukcji, pewny w wyprowadzaniu piłki, silny, szybki, ruchliwy i zdobywający bramki. Tak ważne jak z Portugalią i Francją, ta druga dająca prawo gry w półfinale. Choć Niemcy mieli w Brazylii najbardziej wyrównaną kadrę ze wszystkich, różnica była oczywista, gdy na boisko wychodził Hummels, a gdy Per Mertesacker. Obrońca Borussii ma urodę romantycznego poety i gra z taką elegancją i polotem, jakby podobieństwo było zaplanowane, a nie przypadkowe.

Ron Vlaar. W październiku 2005 roku Marco van Basten dał mu zadebiutować reprezentacji Holandii, zanim jego klub AZ Alkmaar zaproponował mu zawodowy kontrakt. Niedługo potem na siedem lat związał się z Feyenoordem, skąd za 3,2 mln funtów trafił do Aston Villi, której jest kapitanem. To przypadek trochę podobny do Rojo. Nikt go nie traktował jak geniusza, tymczasem w cztery lata zdobył z Holandią dwa medale mistrzostw świata. Piąty na liście najszybszych graczy brazylijskich mistrzostw. Imponował spokojem, mądrością i rozwagą udowadniając, że przypinanie mu etykiety piłkarza przeciętnego jest pochopne. Mnie Vlaar zaimponował błyskawiczną reakcją w drugiej połowie półfinału z Argentyną. Leo Messi układał sobie piłkę na lewej nodze, ale koledzy Vlaara nie dostrzegli w tym zagrożenia, bo Argentyńczyk stał 10 m za polem karnym. Błyskawiczny wślizg Vlaara zapobiegł nieszczęściu. Akcja z pozoru banalna, ale mnie wydała się znacząca. Obrońca musi wyczuwać zagrożenie, a nie je bagatelizować.

Marcos Rojo - boki obrony Argentyny wydawały się najbardziej niezrównoważone z możliwych. Z prawej strony Pablo Zabaleta, dwukrotny mistrz Anglii, z wyjątkową renomą w Premier League. Z lewej skromny 24-latek z jeszcze skromniejszego Sportingu Lizbona zapowiadający się na piętę achillesową „Albicelestes”. „Czerwowy” w pomarańczowych butach od początku skupiał uwagę najbardziej skłonnych do kpin. Kpiny ustawały z każdym meczem. Rojo to obrońca szybszy od Arjena Robbena. I było w nim więcej szaleństwa, niż u poprawnego, ale pozbawionego błysku Zabalety. „De menos, a mas” - mówią Argentyńczycy, czyli „od mniej, do więcej”. Taką drogę przeszedł Rojo w tych mistrzostwach zasługując na wyróżnienie także za brak kompleksów. To był turniej graczy wielkich takich ja Neuer, czy Kroos, ale też wielu piłkarzy drugiego planu, takich jak Rojo nieprzywykłych do pierwszych stron gazet.

Javier Mascherano - rodacy wymyślali mu najróżniejsze przydomki. Che Guevara, Rambo itd. Śmiał się z nich i dziękował, podkreślając, że przypisuje mu się cechy o jakich tylko ma prawo marzyć. Argentyna przyjechała do Brazylii jako drużyna Leo Messiego, wyjeżdża z niej jako zespół Javiera Mascherano. To obrońca Barcelony, a u Alejandro Sabelli środkowy pomocnik był punktem odniesienia w zespole wicemistrzów świata. Każdy z kolegów patrzył na niego i wiedział co ma robić, gdzie stać, w jakiej odległości od Mascherano. W dodatku Javier ma osobowiść lidera: prostą, skromną, ale potrafi przemówić tak, że koledzy idą za nim w ogień. „Gdyby wszyscy piłkarze Argentyny kochali te barwy tak jak on” - mówił kiedyś Diego Maradona. U Mascherano nie kończy się na slowach i deklaracjach, ale na nich zaczyna. Potem są brawurowe interwencje w defensywie i spokój przy wyprowadzaniu akcji. On futbolówki rywalom mnie zabiera, on ją im „wyłuskuje” jak orzech ze skorupy. Z wszystkich przydomków „Ośmiornica” wydaje się najbardziej odpowiedni.

Toni Kroos - gdyby Gonzalo Higain wykorzystał błąd Kroosa w finale, losy tytułu mistrza świata przeważyłyby się pewnie na stronę Argentyny. Ale oprócz klasy i umiejętności, piłkarz musi mieć szczęście w najważniejszej chwili w karierze. Dla Kroosa mogła być nią nieszczęsna główka, kiedy próbował wycofać piłkę do Neuera, a na jej drodze stanął napastnik Napoli wyceniany na 60 mln euro. I taki właśnie napastnik spudłował jak młodzik, by Niemcy mogły pogalopować po złoto. Kroos grał w tych mistrzostwach wspaniale, był sercem drużyny niemieckiej, piłka trafiała najczęściej właśnie do niego i on nigdy nie tracił zimnej krwi. To on sprawiał, że mistrzowie byli drużyną osiągającą wyższy stopień organizacji niż ich rywale. Mundial wygrała najlepsza drużyna, mundial wygrał jej najlepszy pomocnik, którym był właśnie gracz Bayernu. Kroos ma zaledwie 24 lat, ciekawe jak potoczą się jego losy transfer do Realu Madryt byłby gigantycznym wyzwaniem, dla graczy z Niemiec Primera Division nigdy nie była łatwa.

Arjen Robben - facet o jednym zwodzie? Za to jakim. Robben przekłada piłkę z lewej strony stopy na prawą jak hokeista krążek łopatką kija. Kiedy zbiega do środka i strzela jest za późno. Wszyscy to wiedzą i wciąż się nabierają. Robben to piłkarz wokół którego kręci się drużyna. Dlatego tak znakomicie czuł się u Van Gaala. Opuściły go dąsy, muchy z nosa uleciały. Grał fenomenalnie, przed meczem z kolejnymi rywalami szpalty prasy zapełniały się dziesiątkami koncepcji taktycznych pod hasłem: „sposób na Robbena”. I nikt go nie znalazł, poza Javierem Mascherano, który w 90. min półfinalu Argentyna - Holandia przejechał na tyłku kilkanaście metrów i jak opowiadał długo po zwycięstwie na karne nie mógł wygodnie usiąść. Robben to geniusz, a tacy bywają trudni. Rozumiał to Manuel Pellegrini, gdy przyszedł do Realu i za wszelką cenę chciał go zatrzymać w klubie. Prezes się uparł, Robben poszedł do Bayernu. I w sezonie kiedy Bawarczycy postanowili się go pozbyć wygrał dla nich Ligę Mistrzów. Guardiola ma w zespole graczy dobrych, wybitnych, inteligentnych i zdyscyplinowanych, ale gdy trzeba zrobić coś ekstra, spogląda na Robbena.

Angel Di Maria -  „Messiemu chcieli dać wygrać coś, czego nie wygrał” - mówi Diego Maradona. Nawet Sepp Blatter był zaskoczony gdy ogłoszono kto został graczem mistrzostw. Sam Leo powiedział, że ta nagroda nie ma dla niego wartości. I chyba na żadną z dotychczasowych nie zasłużył mniej, niż na tą. My w jedenastce pomijamy Leo Messiego. Być może największego geniusza naszych czasów, który jest w stanie dalekim od doskonałego. Fizycznie i mentalnie. On nie gra, ale zagrywa. Stoi cały mecz wykonując kilka akcji lub podań, czasem genialnych, czasem ocierających się o doskonałość, ale dla obsypywania go nagrodami dziś, nie znajdujemy uzasadnienia. Di Maria miał co najmniej taki sam wpływ na grę Argentyny. A kiedy uległ kontuzji w ćwierćfinale z Belgią, nikt u „Albicelestes” nie potrafił go zastąpić. Dlatego bohaterami zespołu byli Mascherano, Rojo, Garay, Biglia i Demichelis, a nie Higuain, Lavezzi, Aguero i Messi. Gdyby wyznaczyć cenę tych pierwszych i położyć na jednej szali, ci drudzy przeważyli by ją pojedynczo.

James Rodriguez - król strzelców mistrzostw choć zagrał tylko pięć meczów. Dla jednych był rewelacją i odkryciem turnieju, inni znaleźli potwierdzenie, że 45 mln euro, które zapłacił za niego właściciel Monaco Dmitrij Rybołowlew to dobrze wydane pieniądze. Nawet jako inwestycja. James już stał się przedmiotem pożądania Realu Madryt, a więc kwota może się podwoić. Póki co Kolumbijczyk urodzony w Cucuta, który piłkarzem został dzięki matce, ma za sobą wspaniały mundial. Kolumbia po raz pierwszy osiągnęła ćwierćfinał mistrzostw zmazując czarną plamę ze swojej historii z 1994 roku. Pierwszy gol Jamesa w meczu z Urugwajem był jednym z najpiękniejszych w mistrzostwach, w kategorii „strzały z dystansu”.

Thomas Mueller - u mnie jako fałszywy napastnik, choć u Joachima Loewa grał tak na początku turnieju, w najważniejszych meczach przesuwany na skrzydło, by zrobić miejsce Miroslavowi Klose. To klasyczny przypadek piłkarza, który ma wszystkich cech pod dostatkiem. Gdy się patrzy na niego podczas treningu, nie wyróżnia się niczym. Sztuczek unika, jest wyjątkowo poukładany aż przewidywalny. I nagle w meczu włącza się jego naturalna waleczność sprawiająca, że co prawda schodzi z boiska z podbitym okiem, ale rywal z kilkoma golami „w barażu”. Efektywny na modłę starych, niemieckich wzorców. Zdumiewa instynktem. Dotyka piłki dwa razy i zawsze wiąże się z tym dla przeciwnika jakaś przykrość.

PS. Doskonale pamiętam mój wpis sprzed kilku miesięcy prorokujący, że Niemcy nie będą mistrzami, bo wolą zachwycać, niż wygrywać. A tu okazało się, że wolą i jedno i drugie. Człowiek jest omylny. Kiedyś myślałem, że nie dożyję mistrzostwa świata dla Hiszpanii, a dziś sądzę, że nie doczekam Polaków w roli rewelacji mundialu. Może poszerzą mi wyobraźnię? Gdyby ktoś jednak poczuł się urażony tekstem o Niemcach niech wybaczy starszemu człowiekowi.


sobota, 12 lipca 2014

To dla nich sposób na życie. 150 tys Argentyńczyków przybyło do Brazylii w oczekiwaniu na najsłodszy moment w dziejach ich piłki. Śpią w namiotach na sambodromie, gdzie deszcz zmywa wszystko poza marzeniami.

Pewnie, że sposób na życie. Ktoś cię podwiezie, ktoś zaprosi na pizzę upieczoną na grillu na asfalcie. Jedni są od początku mistrzostw, inni przyjechali przed półfinałem. Zjeżdżają grupy przyjaciół i znajomych z całej Argentyny, by zagrać ten jedyny w swoim rodzaju mecz. Jak słodko byłoby zobaczyć Leo Messiego, gdy odbiera Puchar Świata z rąk Dilmy Rousseff. Ale nawet jeśli odbierze go Niemiec, misja będzie opłacalna. Wakacje w Rio kosztują tyle co jeden uśmiech, na sambodromie mają darmowe spanie i posiłki. W stołówce socjalnej, gdzie jedzenie jest ponoć pyszne. Gościnny ten wielki sąsiad z Brazylii.

Jeden z argentyńskich fanów śmiał się z drugiego, że narzeka. - Mamy tu tylko jeden prysznic. Ściana deszczu, która od czasu do czasu spada ostatnio na Rio zmywa wszystko poza marzeniami. I może jeszcze brazylijskimi wstydem po porażce z Niemcami 1:7.

Argentyńczycy lubią drażnić się z sąsiadami, dokuczać im, wspominać 1990 rok i mundial Italia’90, na którym Maradona z Caniggią wyrzucili „Canarinhos” z turnieju. To jednak nic wobec tego, co stało się teraz. Brazylia musi dziś grać mecz o trzecie miejsce w dalekiej Brasilii, podczas, gdy do pojedynku o złoto na legendarnej Maracanie szykuje się Messi, Mascherano i inni. Nie było zbyt wielu momentów w ostatnich latach, w których kibice z Argentyny czuliby się tak wyróżnieni.

Brazylijczycy odpłacają im pięknym za nadobne. Choć to odpłacanie także nie narusza pewnych, ściśle określonych granic. Możliwe są złośliwości, albo kibicowanie rywalom Argentyny, ale na tym się kończy. O agresji nie ma mowy.

Argentyńczycy z sambodromu czują wspólnotę latynoskiego świata. Wspólnej historii, wspólnego cierpienia. Wyglądają jak miasteczko hipisowskie przeniesione do naszych czasów. Nie mogą więc krążyć myślą wyłącznie wokół piłki. Świat jest kulą znacznie większą.

Między starymi autami, transparentami, flagami, zawsze znajdzie się miejsce, by rozegrać mecz. Jest to raczej rodzaj pelady polegający na zabawie, podbijaniu głowami, nogami, ramionami, każdy chce zrobić coś oryginalnego. I robi. Futbolowe tricki nie są własnością Brazylijczyków.

Cały ten świat latynoski wydaje mi się bardziej zjednoczony niż podzielony na mundialu. Choć spotkałem pewnego Ekwadorczyka, który wyjątkowo źle znosił rozwrzeszczanych sąsiadów z Chile. Jemu, człowiekowi cichemu, skromnemu, chcącemu pozostawić po sobie dobre wspomnienia gospodarzy, wydawało się niestosowne wchodzić do cudzego domu i piłować buzię pełną parą. Bez przesady jednak. Chilijczycy byli dumni ze swojego kraju i swojej drużyny, tak jak Argentyńczycy tłumaczący nam wczoraj, że nie ma dla nich nic bardziej skompromitowanego niż zimny świat wolnej konkurencji i wartości kapitalizmu.

Słowo komunizm jednak nie pada. Skompromitowało się nawet w Ameryce Łacińskiej. Ci, którzy stacjonują na sambodromie, opowiadają raczej o jedności, jaka wytworzyła się między nimi. Że wartością jest przyjaźń, pomoc, wspólnota. Nawet z Brazylijczykami, mimo tych drobnych, futbolowych uszczypliwości. Poszliśmy pod sambodrom na kwadrans, a wyszliśmy po dwóch godzinach. Rozmawialiśmy o piłce, ale i o tej większej kuli.

Kiedy wychodziliśmy, miałem naiwne przeświadczenie, że piłka nie musi toczyć się w kierunku wskazywanym jej przez zimny palec urzędników FIFA. Może jest dla niej ratunek, a może istnieją po prostu dwie piłki? Ta, która musi na siebie zarobić i ta, którą kochamy.

czwartek, 10 lipca 2014

Nie będzie europejskiego finału mistrzostw w Brazylii. Z Niemcami na Maracanie zgara Argentyna, która wyeliminowała Holandię dopiero po rzutach karnych wygrywając 4:2

Nie Leo Messi, ale Sergio Romero, bramkarz Monaco przechodzi do historii jako bohater Argentyny. Dwie fenomenalne interwencje przy karnych Vlaara i Sneijdera pozwoliły „Albicelestes” awansować do finału. Fani Argentyny płakali ze wzruszenia, dla nich to pierwszy finał od 24 lat, wtedy jeszcze z Diego Maradoną, teraz pod wodzą Messiego. Ale to Romero wykonywał po meczu gesty King-konga uderzając pięściami w klatkę piersiową. To wielkie zwycięstwo, choć można się przyczepić do stylu. W finale, powtórce z 1990 roku zdecydowanym faworytem wydają się Niemcy. Ale Messi stanie przed szansą, niepowtarzalną, wielką, którą przepowiedział mu Javier Mascherano, gdy wybierali się do Brazylii na mundial. Już nikt nie powie, że w kadrze wyłącznie zawodzi.

Pierwszy europejski mistrz na amerykańskiej ziemi musi poczekać. Ostatnie mistrzostwo świata wygrane przez zespół z Ameryki Płd to ten w Azji, w którym triumfowała Brazylia Luiza Felipe Scolariego. Argentyna ma szansę, ale czy sprosta fenomenalnym Niemcom?

Trudno było przypuszczać, że po piłkarskim trzęsieniu ziemi w Belo Horizonte, ciąg dalszy nastąpi w Sao Paulo. Mecz Argentyny z Holandią był zacięty, ale z małą liczbą szans na gole. Przy każdym kopnięciu piłki czuło się stawkę, więc piłkarze niechętnie ryzykowali, grali pewnie, co wprawiało, że rywal nie był zaskakiwany. Holendrzy nie mieli zbyt wielu okazji do kontry, Argentyńczycy pozwalali im grać w ataku pozycyjnym, co tej drużynie akurat odpowiada średnio. - W grze z kontry są najlepsi na tym mundialu - mówił Mascherano o Holendrach.

Robben miał koło siebie dwóch rywali, Messi był blokowany tak by nie mógł uwolnić mocy lewej nogi. - Nie wolno dać mu się rozpędzić, bo wtedy jest za późno - tłumaczył Sabella. Ważny był też powrót ukaranego za kartki w meczu z Belgią Marcosa Rojo, który według danych FIFA biega szybciej niż Holender. 31,6 km/h Holendra do 31,8 Argentyńczyka. Tyle, że zastępujący Rojo Jose Mari Basanta jest najszybszy z nich wszystkich (32,7), ale przeciw Holandii usiadł na ławce.

Niebezpieczeństwa na boisku nie czuli widzowie, ale na pewno gracze obu drużyn. W 54. min Ron Vlaar zablokował wślizgiem piłkę, gdy Messi wystawiał ją sobie na lewą stronę. Gdyby zdołał uderzyć, byłby pewnie gol. W 90. min z kolei byłaby bramka dla Holandii, gdyby Mascherano nie zablokował strzału Robbena. Holender powinien zdecydować się wcześniej, a potem pojawił się czubek buta Argentyńczyka i uratował drużynę. I to jego obok Romero można stawiać w pierwszym rzędzie bohaterów narodowych w kraju.

Obaj trenerzy wymienili swoich środkowych napastników. W 80. min Sabella zdjął Higuaina zastępując Kunem Aguero, a w 95. Louis van Gaal wprowadził Klaasa Jana Huntelaara za Robina van Persiego. Nic to nie zmieniało, obie drużyny ciążyły ku karnym, jakby nie widziały innego sposobu rozstrzygnięcia komu należy się finał na Maracanie.

- Messi jest jak źródło na pustyni - mówi Sabella. Wyschło po 45 minutach, by uaktywnić się w 118. ale jego rajdu i centry nie wykorzystał Maxi Rodriguez. Gracz Barcelony nie grał dobrze, ale wykorzystał karnego i na niego spadną splendory, jak zwykle.

Dla Argentyny to wielki dzień. Po 24 latach rozczarowań, upokorzeń, wreszcie sen się spełnia. - Dość obżerania się gównem - powiedział Mascherano do kolegów przed meczem z Belgią. Według relacji dziennika „Ole” przemowa była tak poruszająca, że w oczach Messiego pojawiły się łzy. Ci dwaj prowadzą zespół na boisku i poza nim. To oni ustalili kto będzie kapitanem na mistrzostwach w Brazylii. Alejandro Sabella przybył do Barcelony i dał im wolną rękę. Mascherano powiedział, że powinien być Leo, ale ponieważ jest wygadany, wspiera Messiego na oficjalnych i nieoficjalnych wystąpieniach, których nie lubi największa gwiazda drużyny.

„Zobaczysz Messiego jak nam przynosi Puchar, Maradona jest lepszy niż Pele” - kibice „Albicelestes” zmodyfikowali pieśń z 1990 roku, która wspomina jak to Diego i Claudio Caniggia wyrzucili z włoskich mistrzostw Brazylię. Pieśn jest wciąż aktualna przynajmniej do 13 lipca i starcia z Niemcami na Maracanie.

środa, 09 lipca 2014

Po 29. minutach drużyna Luiza Felipe Scolariego przegrywała z Niemcami 0:5. Właściwie to nie była drużyna, nawet jej namiastka, ale grupa rozbitków skazanych na katusze przeżycia najczarniejszego dnia w dziejach brazylijskiej piłki. A z nimi dwustumilionowy naród.

Jeśli traumatyczna porażka w meczu o złoto z Urugwajem 1:2 w 1950 roku żyje do dziś w zbiorowej pamięci Brazylijczyków, to co będzie ze wspomnieniem 8 lipca 2014 roku? Na stadionie Mineirao, w półfinale mundialu doszło do kompromitacji gospodarzy, która gdyby się komuś w Brazylii przyśniła, nikt by i w sen nie uwierzył. Po 11 minutach normalnej gry stało się coś, co trudno wyjaśnić. Nagle drużyna, która miała wywalczyć złoto, rozpadła się na kawałki. Tak jak przypuszczała część ekspertów większą stratą była nieobecność Thiago Silvy, niż Neymara, bo obrona gospodarzy nie istniała. Brazylijczycy wyglądali jak cząstki, które się odpychają. Wzburzony tłum na trybunach domagał się walki, a gdy to nie poskutkowało, zaczął wzywać prezydent Dilmę Rousseff, która obiecała mu mundial mundiali.

Brazylijczycy zorganizowali mistrzostwa, by je wygrać. Ale przegrali z kretesem. Porażka w półfinale z Niemcami była do pomyślenia, ale to co spotkało „Canarinhos” to była klęska, wręcz coś jeszcze gorszego. 200-milionowy naród poczuł się dotknięty do żywego. Wydał miliardy i został z pustymi rękami.

Niemcy strzelali jak na sparingu z zespołem szóstej ligi. Mueller raz, Klose dwa, Kroos trzy i cztery, Khedira pięć. Drugi gol był symboliczny, bo 36-letni Niemiec polskiego pochodzenia z 16 golami odebrał Brazylijczykowi Ronaldo tytuł najskuteczniejszego gracza w historii finałów mistrzostw świata. Kibice niemieccy także byli w szoku. Ich drużyna nigdy nie wygrała wyjazdowego meczu z Brazylią, a tu w półfinale mundialu mogli zaśpiewać „finale” już po 30 minutach.

8 lipca 2014 to będzie jedna z najbardziej kuriozalnych dat w dziejach światowej piłki. Pięciokrotni mistrzowie świata dali popis kiksów, nieporadności, aż serce się krajało postronnym obserwatorom. Drużyna Luiza Felipe Scolariego grała źle w tych mistrzostwach, ale ktoś wyeliminował Chorwację, Chile, Kolumbię.

Na Mineirao idzie się jak z pielgrzymką. Pod górę. Kiedy kibic wdrapie się na szczyt może uznać, że przypadająca na niego część wysiłku została wykonana. Resztę muszą zrobić piłkarze. We wtorek patrzyły na nich oczy 200 mln Brazylijczyków. Półfinał z Niemcami miał być przepustką do raju, zwłaszcza w sytuacji, gdy Scolariemu zabrakło dwóch największych gwiazd. „Wszyscy jesteśmy Neymarem” - grzmiały czołówki gazet w Belo Horizonte, takiej jedności nie wyczuwało się dotąd przed żadnym innym meczem. Dziennik „Lance” wydrukował twarz Neymara na całej pierwszej stronie, żeby każdy mógł go wyciąć i założyć na twarz robiąc tylko otwory na oczy. Gest „Toiss” grupy przyjaciół piłkarza, którzy składają ręce w kształcie litery „T” wykonała nawet prezydent Rousseff.

Kilka godzin przed meczem stulecia, gdy byliśmy w połowie wspinaczki na Mineirao, grupa kibiców w żółta od stóp do głów pożyczyła dużą tekturową reklamę Neymara i sfotografowała się z nią. Jakby 22-letni idol był jednym z nich. Drugim był kapitan Thiago Silva pauzujący za kartki. - Sercem będę na boisku i ja i Neymar - obiecywał kapitan. Zastąpił go David Luiz piłkarz, którego ten mundial wywindował do roli narodowego bohatera. Przed odegraniem hymnu Brazylii Luiz poniósł koszulkę z numerem 10. Wszystko było gotowe, nastrój podniosły, trzeba było tylko walczyć. Ale drużyna Scolariego w ogóle nie była do tego zdolna. W drugiej połowie rezerwowy Schuerrle wbił jej szóstego i siódmego gola jak gwoździe do trumny. Ostatnią bramkę, jak na ironię zdobyli Brazylijczycy (Oscar).

Kolumnista „Lance” apelował, że Brazylia nie może być jak Urugwaj, który stracił Luisa Suareza i umarł. Niestety z Brazylią stało się coś gorszego. Gromy posypią się na Scolariegi, ale też Reginę Brandao, szefową grupy psychologów, do której kibice mieli już pretensje za to, że przed serią rzutów karnych po meczu z Chile, brazylijscy piłkarze płakali. Wczoraj psycholodzy byli potrzebni w dużej licznie, bo brazylijskie dzieci na Mineirao szlochały już po 30 minutach.

W biurze prasowym na Mineirao i innych stadionach Brazylii powtarzane są migawki z innych turniejów. Można zobaczyć jak futbol brazylijski zmienił się w ostatnich dekadach. Po jogo bonito pozostały wspomnienia, pokazywano tu fragment finału z 1970 roku, w którym Rivelino drybluje między graczami Italii jak natchniony. To scena pamiętna i symboliczna, po tamtych mistrzostwach okrzyknięto Brazylijczyków poetami piłki. Dziś w drużynie Felipao jedyny Neymar nadawałby się do tamtej ekipy i to zapewne na ławkę rezerwowych. Wtorkowe gazety brazylijskie cytowały Johana Cruyffa, który jako Holender powinien życzyć zwycięstwa wszystkim tylko nie Niemcom. Tymczasem stawiał na drużynę Joachima Loewa, bo jego zdaniem „dzisiejsza Brazylia zwyczajnie wyrzekła się gry w piłkę”.

200 milionów ludzi patrzyło na mecz mając złamane serca. Na drugiej stronie „Lance” na konturze Neymara napisano tekst, jakby fragment deklaracji co to znaczy być Brazylijczykiem. Chodziło o to, by świat zobaczył zespół Scolariego i jego kibiców wypruwających sobie żyły. Fani brazylijscy, skądinąd przyjaźni dla gości popisywali się na Mineirao aktami niechęci wobec rywali. Gwizdali podczas hymnu niemieckiego, na Loewa i jego piłkarzy, jakby to oni byli winni kontuzji Neymara, kary dla Thiago Silvy i wszystkich innych nieszczęść gospodarzy.

Do wtorku można było mówić, że „Canarinhos” grają źle, brzydko, nudno, ale zwycięstwa przyznawały rację Scolariemu. Gdy zabrakło zwycięstw okazało się, że brazylijski król piłki jest nagi. Wystarczyło 90 minut, by 11 narodowych bohaterów zmieniło się w antybohaterów. A razem z nimi ten największy - Felipao. Napis na autokarze: „Przygotujcie się, szósty tytuł jest w drodze” okazał się czczą obietnicą. W jednej chwili futbol w Brazylii znalazł się na drodze donikąd. A co teraz z mistrzostwami? Czy mieszkańcy kraju przypomną sobie, że tak naprawdę ich nie chcieli?

Jest w tym czarnym tunelu promyk nadziei. Może piłkarska Brazylia postanowi odzyskać to co utraciła? Być może już żaden selekcjoner nie odważy się traktować jogo bonito, jak przeżytku rodem z innej epoki. Bo gra obliczona na wynik, wyszła wczoraj Brazylii bokiem.

niedziela, 06 lipca 2014

- Przywróciliśmy Argentynę tam, gdzie jej miejsce. Do czwórki najlepszych drużyn na świecie. Tak powinno być co cztery lata, a nie raz na 24 - mówił Javier Mascherano po zwycięstwie nad Belgią. Najlepszy na boisku był Gonzalo Higuain, Argentyna straciła Di Marię.

Leo Messi wparował do strefy wywiadów, jak dziecko, które chowa się przed dorosłymi zamykając oczy. Wzrok wbił w podłogę, włączył swoje słynne turbo, które na boisku sprawia, że w ułamku sekundy gubi rywali. Niestety taki rywal, jak dziennikarz, to gorsza sprawa. Messiego nie przegapi, zwłaszcza w dniu, gdy po raz pierwszy od 24 lat Argentyna awansowała do półfinału mistrzostw świata. I to na „terytorium wroga”, bo w stolicy Brazylii. To zakrawa na kuriozum, ale po raz pierwszy w półfinale mundialu znalazły się jednocześnie dwie największe potęgi Ameryki Płd: „Canarinhos” i „Albicelestes”.

Leo Messi młodzieńcem jest grzecznym, jak go wołają, staje. Chociaż na chwilę, by w swoim stylu wyszeptać pod nosem jak bardzo się cieszy. - Un dia muy lindo, para todos los Argentinos, no? (ładny dzień dla wszystkich Argentyńczyków, nie) - zagadnął do dziennikarzy wzrok podnosząc tylko nieznacznie. Nie przepada za patrzeniem rozmówcy w oczy, by przypadkiem nie zachęcić go do zadania kolejnego pytania. Postał, pogadał, jakby jego udział w tym wszystkim był najmniejszy. Tymczasem, zwłaszcza w pierwszej części gry, pokazał Belgom ile brakuje im do najwyższej klasy.

Wysocy, silni obrońcy i pomocnicy po kilku zwodach i kółeczkach Messiego wpadli w panikę. Przestawali go atakować, biegając przy nim z nadzieją, że odda piłkę kolegom. Ale przy Leo jak niezdarne osiłki wyglądają prawie wszyscy. Cóż, gracze Marca Wilmotsa mieli swoje nadzieje, Eden Hazard miał być belgijskim Messim według słów selekcjonera. Po czym na boisku okazało się, że do oryginału mu tak daleko jak z Księżyca na Ziemię.

Takim niezwykłym przypadkiem jest ten Messi. Zwłaszcza, gdy będąc na mundialu w Brazylii rozejrzy się człowiek po ludziach zjeżdżających tu z całej Ameryki. Kibice Albicelestes są najgłośniejsi ze wszystkich. Krzyczą, śpiewają, lubią prowokować, wywyższać się ponad innych. Przed meczem z Belgami przytargali do Brasilii gumowy kręgosłup ogromnych rozmiarów wymachując nim i śpiewając: „tu mamy kręgosłup Neymara”. Cierpiącym katusze z powodu urazu swojej największej gwiazdy Brazylijczykom, śmiali się w twarz.

Chilijczyk Alexis Sanchez wyznał w jednym z wywiadów, że jego rodacy powinni brać przykład właśnie z „Albicelestes”, którzy uważają się za najlepszych na świecie i ta niezachwiana pewność daje im potem przewagę na boisku. Skąd Messi czerpie swoją pewność, trudno zgadnąć? Piłkarzem jest wielkim, kilka jego zagrań w meczu z Belgami pokazało, że tacy jak on rodzą się raz na 50 lat. Dostał nawet upomnienie od arbitra za ostry faul, ale gdy schodzi z murawy, zamyka się w swoim świecie, jak ślimak w muszli.

Co do pewności siebie jego rodaków, doprawdy jest ona jednak godna podziwu. Argentyna awansowała do półfinału mistrzostw świata po raz pierwszy od 24 lat. W kraju szaleje kryzys, wieloletnia zapaść gospodarcza, a jak popatrzeć na tych ludzi w biało-niebieskich pasach, mogłoby się wydawać, że świat jest ich własnością. A przynajmniej światowy futbol. Zachowują się tak jakby Brazylijczykom, Niemcom, czy Hiszpanom, bardzo wiele do nich brakowało. A może to taka metoda na pokrycie kompleksów? Że od czasów Diego Maradony „Albicelestes” pierwszy raz osiągnęli na mundialu coś, co można uznać za namiastkę sukcesu.

Półfinał brazylijskich mistrzostw nie byłby możliwy bez Messiego. Ale także Angela Di Marii, zdobywcy zwycięskiej bramki w 1/8 finału ze Szwajcarią. W sobotę wytrwał na boisku tylko 33. minuty. Doznał kontuzji. Po meczu płakał, miał zapuchnięte oczy - czując, że tak jak Neymar już nie weźmie udziału w tych mistrzostwach. Javier Mascherano przekonywał, że wciąż ma nadzieję na powrót Di Marii, bo bez niego Argentyna będzie po prostu słabsza.

A przecież ten półfinał Messi, Mascherano i reszta traktują jako minimum. Narodowa duma, podsycana przez dziesiątki tysięcy fanów, którzy zjechali do Brazylii, każe graczom Alejandro Sabelli mierzyć w złoto. - Być o jeden mecz od finału i tego nie wykorzystać? To mogłoby się skończyć traumą na całe życie - przekonywał zdobywca zwycięskiej bramki Gonzalo Higuain. Było widać po nim jak na dłoni, ile pewności daje napastnikowi zdobyty gol. Higuain pokonał Courtoisa już w 7. minucie, a potem błyszczał aż do czasu, gdy trener zdjął go z boiska. Nie miał nic wspólnego z Higuainem z poprzednich spotkań: apatycznym, mało ruchliwym, nieskutecznym. Forma przyszła w najważniejszym momencie. Tylko czy się utrzyma?

„El Pipita” bardzo czekał na tego pierwszego gola w mistrzostwach, ale nie wykonując żadnych, nerwowych ruchów. I opłaciło się. Dumny ojciec, były piłkarz Jorge Higuain, który jako obrońca grał w Boca Juniors i River Plate, zadzwonił z gratulacjami. - Kiedy patrzy się na te dziesiątki tysięcy Argentyńczyków na naszych meczach, rozpiera człowieka narodowa duma. Oni nas nakręcają, przecież nie gramy tylko dla siebie - mówił Higuain z trudem panując nad wzruszeniem. Ale na bohatera kreować się nie chciał. - W drużynie jest tak, że raz jeden błyśnie, raz drugi. W tak morderczym turnieju jak mundial, konieczny jest stuprocentowy wkład wszystkich.

Jest jednak jeden w ekipie „Albicelestes”, którego wkład jest większy, niż pozostałych. On najchętniej nie mówi jednak nic.

Do soboty Argentyna była enigmatyczna, jak jej największa gwiazda poza boiskiem. Należała do faworytów, ale w grupie grała przeciętnie, mimo trzech zwycięstw. Ze Szwajcarami męki trwały 118 minut, aż Messi złapał piłkę i przy wsparciu Di Marii pokonali w końcu bramkarza Begnalio. Mecz z Belgami miał być cezurą, dać odpowiedź, czy wielkie aspiracje „Albicelestes” to nie kwestia pychy. Okazało się, że plejada gwiazd Premier League dowodzona przez Wilmotsa to była dla Messiego i reszty tylko kolejna przeszkoda. Teraz można już być pewnym, że Argentyna gra na tym mundialu o złoto.

sobota, 05 lipca 2014

Drużyna kontra wybitne jednostki, entuzjazm przeciw niepewności. Mecz Belgia - Argentyna w Brasilii w ćwierćfinale mistrzostw świata ma faworyta tylko w teorii. Jedni nie byli w strefie medalowej 24 lata, drudzy 28.

Film o Messim, którego pokaz odbył się w Rio de Janeiro nie jest jeszcze zupełnie skończony. Reżyser Alex de la Iglesia wierzy, że na początku będzie można dokleić sceny, jak jego bohater wznosi Puchar Świata na Maracanie. Zdaje sobie jednak sprawę, że tak być nie musi, największa gwiazda mistrzostw w 1974 roku Johan Cruyff wrócił z Niemiec tylko ze srebrnym medalem.

O Messim opowiadają w filmie znani ludzie. Poproszony o zdefiniowane swojej gwiazdy Alejandro Sabella chwilę się zastanowił, po czym siedem razy powtórzył słowo „geniusz”. Kolega z drużyny Javier Mascherano wypowiada kwestię: „Chciałbym być Messim przez pięć minut, żeby wiedzieć co się czuje”. I dodaje: „Mogę z nim grać całe życie i nigdy nie zwalę tej ściany”.

Są tam sceny jak Leo pojawia się na szkolnej zabawie w stroju żółwia, a nauczycielka żartuje, że zrobili żółwia z najszybszego piłkarza świata. I tylko Cesar Luis Menotti wyłamał się z tonu ogólnej ekstazy. Choć stwierdził, że Messiego można porównać do Diego Maradony, to jednak żadnego z nich do Pelego. - Brazylijczyk był z kosmosu, ponad wszystkich, drugiego takiego nie było - powiedział, czym z pewnością narazi się bardzo rodakom z Argentyny.

Ci opanowali niemal wszystkie miasta Brazylii rozpoczynając desant na stolicę. Są przekonani, że stadion Mane Garrinchy w Brasilii okaże się miejscem, gdzie ich ukochana drużyna pierwszy raz od 24 lat przebije się na mundialu do strefy medalowej. Wszystkie dworce autobusowe i lotniska zostały opanowane przez kolor biały i błękitny. Argentyńska prasa przestrzega, by fani przygotowali się na cierpienie i wzięli pod uwagę dogrywkę. Od 1986 roku „Albicelestes” nigdy w fazie pucharowej mistrzostw świata nie wyeliminowali rywala z Europy po 90 minutach.

Do cierpień kibice Argentyny już przywykli. Żadnego meczu drużyna Sabelli nie wygrała różnicą większą niż jeden gol. Po starciu ze Szwajcarami prasę brazylijską obiegły zdjęcia wyglądające jak zbiorowe modły. Biało-niebiescy stali w skupieniu prosząc Messiego i Di Marię, a może przede wszystkim siły nadprzyrodzone o tę jedną, zwycięską bramkę.

Argentyńczyk Santiago Solari, były piłkarz Atletico i Realu Madryt przybył do Brazylii jako komentator. W swoim felietonie w „El Pais” opisał historię, jak wybrał się z kolegą na Ipanemę w Rio, żeby dla relaksu pograć w siatkonogę. Gdy wypatrzyli najsłabszych rywali, wywołali im mecz. Przegrywając wysoko Solari kopnął piłkę z taką wściekłością, że wyleciała na Avenida Atlantica. Brazylijczycy pędzący w autach wzdłuż oceanu koło 100 km/godzinę nacisnęli jak jeden mąż na hamulce. Kierowca autobusu dał Solariemu znak światłami, że bez strachu może wyjść na ulicę. „Brazylijczyk wolałby spowodować wypadek, niż najechać na taką świętość jak piłka. Czy jest w tym coś dziwnego, że mundial mundiali odbywa się właśnie tutaj?” - pomyślał Argentyńczyk. Jak widać wielcy sąsiedzi wciąż jeszcze potrafią się zadziwiać miłością do piłki.

Gdyby spróbować określić różnicę między podejściem Brazylijczyków i Argentyńczyków do drużyny narodowej, mam wrażenie, że gospodarze mistrzostw są zdecydowanie bardziej wymagający. Wciąż debatują o stylu gry zespołu Luiza Felipe Scolariego, wyśmiewają Freda, tęsknią za zagubionym jogo bonito, obawiają się o wynik każdego kolejnego meczu. Zwycięstwa zdają się im nie wystarczać, co innego w przypadku sąsiadów znad La Platy. Argentyńczycy nie krytykują drużyny Sabelli, jakby czuli, że selekcjoner ma wystarczająco dużo kłopotów. „Albicelestes” zachowują się jak polscy kibice skoków narciarskich wobec Adama Małysza, albo Kamila Stocha, bez względu na formę dmuchają pod narty.

W rzeczywistości drużynie Sabelli zarzucić można jednak bardzo dużo. Po pierwsze to, że w ogóle nie przypomina ona drużyny. Messi i Angel Di Maria dźwigają na sobie odpowiedzialność za resztę graczy, nawet tak znakomitych jak Aguero, Higuain, czy Lavezzi. Po czterech zwycięstwach w brazylijskich mistrzostwach wciąż nie wiadomo na co ten zespół stać, poza tym, że bukmacherzy dają mu podobne szanse na finał jak Brazylii. Dla tego mundialu taki zestaw finalistów byłby kulminacją emocji. Rio de Janeiro opanowałaby gorączka, o której mówiłoby się latami. Argentyńczycy i Brazylijczycy nigdy nie spotkali się w meczu o złoto.

Wybieganie w przyszłość nie ma jednak sensu, gdy oba latynoskie kolosy opierają się na glinianych nogach. Marca Wilmots, trener Belgów pytany o atuty Argentyny powiedział: „Oni mają Messiego, ale my mamy Hazarda”. Fani znad La Platy oczami wyobraźni widzą, jak Leo rozstrzyga kwestię awansu, tak jak Maradona w półfinale z 1986 roku.

Belgowie chcą rewanżu i wydają się drużyną, która z każdym meczem tych mistrzostw nabiera rozpędu. W zespole Wilmotsa o sukces bije się 11 ludzi, a każdy wchodzący z ławki daje dodatkowy impuls. W 1/8 finału nastoletni Divick Origi tak wymęczył amerykańską defensywę, że zmieniający go w dogrywce dwa lata starszy Romelu Lukaku mógł dokończyć dzieła zniszczenia. Hazard jest gwiazdą, ale zespół jest wyrównany, silny, zjednoczony entuzjazmem tego, co już dokonał. Staje przed szansą poprawienia największego osiągnięcia reprezentacji Belgii z 1986 roku.

Belgia to bezdyskusyjnie najtrudniejszy rywal na jakiego trafiła w Brazylii Argentyna i poza argumentami z historii niewiele wskazuje na wyższość „Albicelestes”. Chyba, że tak jak ze Szwajcarami Messi i Di Maria zadadzą ten jeden, śmiertelny cios. O ten cios modli się nad La Platą 40 mln ludzi.

czwartek, 03 lipca 2014

Po 28 latach Belgia wróciła do ćwierćfinału mistrzostw świata. Wybitnie pokolenie potwierdziło wysokie aspiracje. I wciąż głodne sukcesu spogląda na Argentynę.

- Jesteśmy młodzi to fakt, ale doświadczenia drużyny nie mierzy wiek piłkarzy, ale liczba meczów rozegranych na najwyższym poziomie - przekonywał nas Thibaut Courtois w strefie wywiadów, po kluczowym dla Belgów zwycięstwie w grupie na Rosją. Faktycznie, gdyby nie rezerwowy obrońca Bayernu 36-letni Daniel van Buyten, zespół Marca Wilmotsa składałby się przede wszystkim z młokosów. Ze znaczącymi osiągnięciami w piłce klubowej.

22-letni Courtois jest już mistrzem Hiszpanii, grał w finale Champions League, tak jak jego kolega z Atletico i kadry 25-letni obrońca Toby Alderweireld. 28-letni Vincent Kompany zdobywał tytuł mistrza Anglii dwa razy z Manchesterem City. A już w lidze belgijskiej, którą opuszczał jako nastolatek zapracował na Złotego Buta, dla jej najlepszego piłkarza.

Ciekawe co czuł we wtorkowy wieczór Radosław Matusiak, jeden ze zmarnowanych polskich talentów, który kilka lat temu rzucił futbol. 15 listopada 2006 roku w Brukseli, gdy drużyna Leo Beenhakkera biła się o Euro 2008, on ograł, wręcz ośmieszył Van Buytena zdobywając zwycięską bramkę dla Polski. Ale w futbolu bardziej niż bitwy liczą się wygrane wojny. Karierę w wielkiej piłce zrobili Van Buyten i inny pokonany tamtego wieczoru Thomas Vermaelen. 5 lipca na stadionie Mane Garrinchu zagrają z Argentyną o strefę medalową mistrzostw w Brazylii.

Ich wielka przygoda nie byłaby możliwa bez reformy szkolenia i wysypu talentów w piłce belgijskiej. A na niestare gwiazdy takie jak Hazard, czy Lukaku naciskają już nastolatkowie Origi i Januzaj. Origi zdobył gola w meczu z Rosją i w nagrodę przeciw USA wyszedł w podstawowym składzie. Dla amerykańskich obrońców był za szybki, ale z Timem Howardem nie mógł sobie poradzić. Zrobił to Lukaku zmieniając go w dogrywce.

Miejsce w składzie podczas tych mistrzostw odzyskał Marouane Fellaini, piłkarz sprowadzony przed rokiem do Manchesteru United za 27,5 mln funtów, ale razem z wielkim klubem popadł w głęboki kryzys. Udało mu się jednak odmienić losy meczu z Algierią, wszedł gdy Belgowie przegrywali 0:1 popisując się wspaniałą główką.

Prasa ma wciąż pretensje do Wilmotsa, że drużyna nie pokazuje takiej klasy jakiej wymaga się od piłkarzy o takich możliwościach. - A co to znaczy grać ładnie? - pyta trener drużyny, która wygrała w Brazylii cztery mecze. - Jak byście chcieli, żebyśmy grali? To jest mundial, przyjechaliśmy tu po zwycięstwa, a nie zostawić po sobie dobre wrażenie.

Faktycznie awans do ćwierćfinału to dla futbolu belgijskiego drugi wynik w historii finałów mistrzostw świata. W 1986 roku w Meksyku „Diabły” były w półfinale, gdzie zatrzymał ich Maradona. Belgowie przegrali wtedy mecz o trzecie miejsce z Francuzami. Potem przez lata patrzyli na zwycięstwa sąsiadów z Holandii. Trzy razy wyszli z grupy na mundialach (1990, 1994, 2002), ale barierą była 1/8 finału. W meczu z USA została przełamana. Dziś więc drużyna Wilmotsa nie jest już tylko pokoleniem nadziei, ale dokonała rzeczy historycznej. Przy czym nie jest to zespół na dziś, ale na lata.

Dlaczego Belgowie grali w tych mistrzostwach średnio? I czy rzeczywiście tak grali? Turniej zaczął się dla nich fatalnie, do straconej bramki z Algierią po głupim faulu Vertonghena w polu karnym. Były ogromne nerwy, wtedy jeszcze wydawało się, że Algierczycy to przeciwnik najłatwiejszy z możliwych. Tymczasem ich kolejne mecze pokazały, że na starcie mistrzostw Belgowie dokonali rzeczy niezwykłej.

Do tej pory w każdym spotkaniu młody zespół Wilmotsa stawiano w roli faworyta. Z Argentyną będzie inaczej i to ma pomóc Belgom pokazać pełnię talentu. Zagrają wreszcie bez obciążenia. Co mieli udowodnić, już udowodnili. Nagrodą może być półfinał, zapewne z Holendrami. Wtedy zdolne pokolenie mogłoby się stać nr 1 przyćmiewając nawet legendę Coulemansa, Pfaffa, Scifo i Geretsa prowadzonych przez nie rozstającego się z cygarem Guy Thysa.

 
1 , 2
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac