blog Darka Wołowskiego
RSS
czwartek, 30 czerwca 2016

Jeden z dziennikarzy madryckiej „Marki” nawołuje dziś do kibicowania Cristiano Ronaldo i reprezentacji Portugalii. Nawoływanie to budzi we mnie irytację.

Cristiano Ronaldo znam jak my wszyscy. Zbliżenie z piłkarzem z najwyższej półki jest dziś zwyczajne nieosiągalne. Oni żyją w getcie bogactwa, sławy, są w nim zamknięci jak w wieży z kości słoniowej. Czasem wychylą nos, jak Cristiano przed finałem Champions League 2014 roku. Stałem w Valdebebas w tłumie dziennikarzy z całego świata z dziwacznym wrażeniem, że oto oczom moim ukazał się człowiek. Chłopak sławny, piękny i bogaty, ale też spragniony, by dać Realowi „La Decima”. Z tamtej rozmowy-nierozmowy, w której z tłumu zadałem pół pytania, pozostało mi wspomnienie normalności i kompatybilności naszych odległych światów.

Ronaldo zaczął we mnie budzić uczucia ambiwalentne. Jako wielki piłkarz, lub może raczej piłkarz nieludzko skuteczny. W sześć lat zdobył więcej goli dla Realu niż Raul Gonzalez w 16, mimo wszystko pod względem sposobu bycia, zachowania, ten drugi jest dla mnie większym symbolem "Królewskich". Nie piszę tego, by kogoś przekonać do obiektywności swoich racji, raczej, by podkreślić, że taka racja naznaczona jest nieuchronnym subiektywizmem.

Może ze względu na wiek łatwiej było mi fascynować się „galacticos” niż obecną drużyną „Królewskich”, może człowiek młodszy wykazuje silniejszą potrzebę poszukiwania wzorów? Mam wrażenie, że tamta drużyna grała piękniej, a Raul bardziej pasował do „senorio” (idei klubu dżentelmenów) niż jego następcy. Wolny od wad nie był, gola ręką w meczu z Leeds zdobył z premedytacją, ale nie dało się go nie szanować. I co najważniejsze: w tamtych czasach łatwiej mi było na chwilę wejść do wieży z kości słoniowej.

Tak samo jak Raul, tak Vicente Del Bosque jest dla mnie lepszym ambasadorem „madridismo” niż Jose Mourinho. Tu nie mam cienia wątpliwości. Przy Del Bosque postawiłbym w jednym szeregu Carlo Ancelottiego. Może to kwestia smaku, może przypadku, może wrażliwości, ale ta para sędziwych Sfinksów jest mi bliższa niż „The Special One”. A przecież znam ich wszystkich głównie z telewizji.

Każdy ma własne symbole nawet w ramach tego samego klubu. I nie widzę w tym niczego złego, dopóki publicznie nie nawołują, wręcz zmuszają mnie do trzymania kciuków za kogoś konkretnego. Zacytowany powyżej dziennikarz „Marki” irytuje mnie nie dlatego, że Ronaldo jest mu bliższy niż Lewandowski, ale że publicznie nadużywa argumentu lojalności wobec „Królewskich”. Innymi słowy namawia: "róbcie to co ja, bo to jedyna droga, by zasłużyć na miano porządnego człowieka". A jeśli ja nie mam ochoty robić tego samego?

To właśnie uważam za absurd. Rodzaj zaślepienia. Piłkarz jest dobry, miły, idealny dopóki pobiera pensję na Santiago Bernabeu. Kiedy przestanie ją pobierać, przestanie być dobry. Być może na mundialu w Rosji w ćwierćfinale ten sam dziennikarz będzie publicznie agitował za Polską. Bo Lewandowski wyląduje w Realu, a 33-letni Ronaldo z niego odejdzie. To jest robienie ludziom wody z mózgu.

Nie mam nic przeciwko temu, by dziś wieczorem ktoś kierował się sympatią do Ronaldo. Albo podziwem dla niego. Przyznam, że ten narodowy rwetes wokół reprezentacji Polski wydaje mi się chwilami przesadny, niesmaczny ocierający się o szowinizm. Odreagowujemy zbiorowy kompleks dzięki piłkarzom, co niekiedy ociera się o śmieszność. Nie zmienia to jednak faktu, że trzymanie kciuków za kadrę Adama Nawałki jest mi bliskie. Wybrałem tę drogę, gdy Nawałka biegał jeszcze po boisku. A nawet znacznie wcześniej, bo nieźle pamiętam mundial w 1974 roku. Nacierpiał się człowiek przez lata posuchy, więc teraz się cieszy. Nie widzę jednak powodu, by kibicowanie Ronaldo uważać za absurd. Absurdem jest nakłanianie do tego innych, wykorzystując patriotyzm klubowy.

Trzymanie kciuków za piłkarzy swojego kraju nie jest obowiązkiem. Ani przejawem patriotyzmu. Patriota uczciwie traktuje swoje otoczenie. Do piłki bym tego wszystkiego nie mieszał, bo wychodzi z tego potrawa po której skręcają się kiszki.

Wszystko co napisałem da się podsumować jednym zdaniem: niech każdy trzyma kciuki za kogo chce i nie narzuca swojego zdania innym. Kibic jest kibicem i zwycięstwo, czy porażka ulubionej drużyny nie czyni go ani lepszym, ani gorszym. Każdy może to zrozumieć i szanować nie bawiąc się w agitację, stroniąc od owczego pędu i afiszowania się jedyną słuszną racją.

środa, 29 czerwca 2016

2 czerwca 1959 roku piłkarska reprezentacja Islandii przekroczyła pierwszy raz granicę Francji, by przegrać w Nantes 0:8. Aż trudno uwierzyć, że rewanż nastąpi w boju o strefę medalową Euro 2016.

Islandia stała się oczkiem w głowie Europy. Oczkiem egzotycznym, tysiące dziennikarzy wyciągają co bardziej szokujące fakty, by udowodnić, że to co się dzieje jest zbiorowym snem na jawie. Państwo liczy 321 tys mieszkańców, czyli mniej niż stolice siedmiu innych krajów, które dotarły do ćwierćfinałów Euro 2016. I nawet jeśli uznamy, że w 1/8 finału Islandczycy trafili na wyjątkowo słabego przeciwnika (choć jak zwykle butnego), trzeba przypomnieć, że musieli przebrnąć też fazę grupową, gdzie Cristiano Ronaldo wypomniał im mentalność małej nacji.

W sumie słusznie, nacja nie jest nawet mała, jest malutka. Nie ma zawodowego klubu, liga gra od maja do września. W kraju jest 185 trenerów z licencją UEFA A w tym 10 kobiet. Mecze rozgrywa się głównie na krytych stadionach.

Ciekawostki można mnożyć. Hiszpanie twierdzą, że to oni przepowiedzieli inwazję wyspiarzy, gdy pięć lat temu w Danii ich drużyna do lat 21 z De Geą, Matą, Thiago Alcantarą, Javim Martinezem i Adrianem otarła się o rówieśnikami z Islandii. Urodzeni między 1988 i 1991 rokiem piłkarze zadziwili rywali z kontynentu, nikt się jednak nie spodziewał, że wedrą się też do dorosłej piłki.

A jednak. Nie bardzo wiadomo skąd pochodzą, tylko nieliczni są zatrudnieni w klubach choćby przeciętnych. Serce do walki to oczywistość, ale stąd tak dużo w ich grze pewności i sportowej klasy? Szwedzki selekcjoner Lars Lagerbaeck wszystkiego nie tłumaczy.

Teraz Islandczycy porwą się na gospodarzy Euro 2016. Francja ma 66 mln mieszkańców i 2 200 000 zarejestrowanych piłkarzy. Klimat, tradycja, 40 w pełni zawodowych klubów - znów nic nie wskazuje na przybyszów z Islandii. Im to zapewne zupełnie nie przeszkadza, tak jak tym kilku tysiącom fanów zapełniającym francuskie stadiony. A przecież na Islandii musiał ktoś zostać, żeby przypilnować kraju. Może Polacy, których wyemigrowała tam tak wielu?

Islandia nie jest krajem czysto piłkarskim, niedawno ich koszykarze grali na Eurobaskecie, świetni są piłkarze ręczni. Po prostu sport jest na wyspie jedną z najpopularniejszych rozrywek. Każda rodzina dostaje 200 euro, by dziecko uprawiało sport. Musi do tego dołożyć 300.

Cieszmy się więc Islandią, bo napisała bajkę, która olśniła miliony Europejczyków. Rzesze ludzi w Afryce, Azji i Ameryce pytają: „gdzie to jest”.

Każdego sukces piłkarzy z wyspy natchnął inaczej. Moja żona rzuciła się do komputera, by poczytać jak na Islandii tworzy się nazwiska? Wiadomo, że od imienia ojca, ale kiedy jest „sson”, a kiedy „son”. Z kobietami jest zresztą dość podobnie.

Właśnie wczoraj oglądałem film, w którym Amerykanin kupował bilet lotniczy do Austrii. - Austria? - powiedział sprzedawca. - To marzenie mojej córki. Ona kocha kangury.

Nie wiem co jeszcze napisać o Islandii, żeby nie wyjść na ignoranta? Bawmy się razem z nią, bo tak romantyczna historia w skomercjalizowanym do obrzydliwości sporcie, zdarza się raz na kilka dekad. No i nie zapominajmy, że w ćwierćfinale Euro 2016 piłkarzy z Islandii czeka znacznie cięższa przeprawa niż Polaków. Tymczasem my w 38-milionowym kraju zupełnie potraciliśmy głowy dla piłkarzy Nawałki.

- W tym zespole nie ma już tej jakości co w 2010 i 2012 roku - przyznał Gerard Pique. Hiszpanie definitywnie żegnają lata świetności drużyny narodowej na tym samym rywalu, na którym się one rozpoczęły.

Nazwisko Gianluigi Buffona wymawiane jest dziś w Hiszpanii z wielką czcią. Ręce 38-letniego bramkarza zagrodziły piłce drogę do bramki po strzale Pique. Dobiegała końca 89. minuta batalii o ćwierćfinał Euro 2016. Gol dla obrońców trofeum dawałby im dogrywkę i pół godziny nowego życia. Takie rozstrzygnięcie byłoby jednak niesprawiedliwe - Hiszpanie czują to sami. Dlatego jeśli tamtejsze media wracają do tej sytuacji, to raczej by sławić refleks włoskiego giganta, niż opłakiwać straconą szansę.

Nikt w Hiszpanii nie podważa wyższości Italii. Szczególnie w pierwszej połowie, gdy La Roja została zmuszona nie tylko do odwrotu, ale wyrzeknięcia się swojego stylu. Obrońcy trofeum przypominali warowny zamek walący się w gruzy.

Zdjęcie w dzienniku „El Pais” jest symboliczne. Pokazuje Vicente del Bosque tuż przed wejściem na pokład samolotu, którym obrońcy trofeum wracali do domu. 66-latek szedł zgarbiony ze spuszczoną głową, za nim w podobnej pozie Cesc Fabregas, przed nimi Pedro, David Silva i Thiago Alcantara. Wszyscy ciągnąc za sobą walizki.

Każdy z nich przegrał jakąś misję. Selekcjoner nie ogłosił jeszcze oficjalnie, że odchodzi, ale nikt nie wyobraża sobie innego rozwiązania. Dostał drugą szansę po klęsce na mundialu w Brazylii i we Francji nie potrafił odbudować La Roja.

Być może Fabregas dumał o tym 21-latku, który 22 czerwca 2008 roku w ćwierćfinale Euro 2008 pokonał Buffona strzałem z karnego. Wychowany w Barcelonie piłkarz Arsenalu był wtedy symbolem nowego pokolenia. „La Roja” zmieniała swoją mentalność, obalała bariery. Jej wielkim kompleksem byli Włosi, których w meczu o punkty nie udało się pokonać przez 88 lat. Cesc wykorzystał jedenastkę dającą przepustkę do strefy medalowej, potem przeszedł cały triumfalny szlak z drużyną narodową, jest dwukrotnym mistrzem Europy, mistrzem świata z RPA, ale nigdy nie stał się tym, kim miał zostać. Na Euro 2016 powinien łatać wyrwę po Xavim, ale nie zdołał. Inny rozmiar kapelusza?

Pedro Rodrigueza rówieśnika Farberasa nazywa się w Hiszpanii „człowiekiem Del Bosque”. Selekcjoner zabrał go na mundial do RPA i w decydujących meczach wstawił do podstawowej jedenastki. Pedro podbił serce trenera skromnością, pracowitością i zdyscyplinowaniem. W finale Euro 2012 w Kijowie wszedł z ławki w po godzinie gry, by dokończyć dzieła zniszczenia Italii. Wynik 4:0 zszokował samych Hiszpanów, którzy nie mogli uwierzyć w tak bezdyskusyjną wyższość nad odwiecznym rywalem.

Na Euro 2016 Pedro zagrał 17 minut. Del Bosque zabrał go w ostatnią podróż, mimo iż w Chelsea miał katastrofalny sezon. Skrzydłowy wbił nóż w plecy selekcjonera, publiczną wypowiedzią, że jeśli na tkwić na ławie, to wolałby spędzać czas gdzie inaczej, na przykład na wakacjach. Popsuło to atmosferę wokół drużyny, a ten, który zawsze ujmował skromnością, okazał się siewcą zamętu. W dodatku pod nosem takiej legendy jak Iker Casillas, który dla wspólnego dobra z pokorą przyjął zsyłkę na ławkę, i z wszystkich sił wspierał zastępującego go Davida de Geę. Bramkarz Manchesteru United zawalił mecz z Chorwatami, ale z Włochami długo utrzymywał w grze drużynę. Był więc bohaterem w przegranym meczu.

David Silva to z kolei piłkarz naznaczony przez odchodzącego selekcjonera. Del Bosque nie zabrał go na mundial do RPA, gdzie piłkarz stracił życiową szansę. Potem mu to wynagrodził, Silva zdobył pierwszą bramkę w finale Euro 2012 pokonując Buffona wspaniałą główką. Ale tytułu mistrza świata nie ma. I pewnie już miał nie będzie.

Thiago Alcantara jest z nich najmłodszy. Dziś ma dopiero 25 lat. Od dawna kreowano go na następcę Xaviego, najpierw w Barcelonie, potem reprezentacji. W 2008 roku, gdy „La Roja” zaczynała swoje złote lata, on też zdobył mistrzostwo Europy do lat 17. Z kadrą do lat 19 wywalczył tylko srebro w mistrzostwach kontynentu, ale z drużyną U21 dwa tytuły mistrza (2011 i 2013) okraszone wyróżnieniami na gracza turnieju. W drugim finale zdobył hat-tricka w starciu z Włochami.

W dorosłej kadrze Hiszpanów debiutował w sierpniu 2011 roku, Del Bosque wygrał wyścig z selekcjonerami Brazylii i Italii. Thiago jest synem Mazinho, reprezentanta Brazylii, urodził się we Włoszech, ale wychował w Barcelonie i z trzech opcji wybrał grę dla „La Roja”. Na Euro 2016 spędził na boisku tylko 26 minut, trochę więcej niż pomocnik Atletico Koke (19). Na tych dwóch ma opierać się nowa drużyna narodowa spoglądająca w stronę mundialu w Rosji.

Być może największy zawód na Euro 2016 sprawił Hiszpanom nowy kapitan Sergio Ramos. Bohater ostatniego finału Champions League nie był opoką defensywy. Swoją perfekcyjną organizacją gry Włosi przyćmili nawet Andresa Iniestę, ostatni bastion geniuszu słabnącej drużyny.

Hiszpańskie media żegnają najlepsze pokolenie tamtejszej piłki. Nowy selekcjoner ma wznieść inny zespół, tchnąć w niego nową jakość, odzyskać ducha walki. Pewnie tacy gracze jak Sergio Busquets, Pique, Ramos, może nawet Iniesta w niej przetrwają. Tak czy siak cykl dobiegł końca. Stąd prasa hiszpańska jest raczej wstrzemięźliwa w krytyce. Kończy się coś wielkiego. Początkiem było zwycięstwo nad Włochami osiem lat temu, apogeum triumf nad nimi w finale Euro 2012, porażka w poniedziałek oznacza koniec. Jak to w piłce.

wtorek, 28 czerwca 2016

Jak porównać Cristiano Ronaldo z Robertem Lewandowskim? Najmniejsza różnica jest bezdyskusyjnie na boisku. Poza nim pierwszy to instytucja, drugi wciąż jeszcze człowiek. Na szczęście.

Rodacy skarżą się, że podczas Euro 2016 kapitan reprezentacji Polski wyskakuje im z lodówki. Twarz Lewandowskiego zdobi połowę billboardów w całym kraju. Narodowa histeria wywołana dobrą grą drużyny Adama Nawałki uświadamia nam, jaka jest nośność i status piłki nożnej. Najpopularniejszy polski sportowiec gola na mistrzostwach jeszcze nie zdobył, ale gdyby w czwartek rozstrzygnął ćwierćfinałowy mecz z Portugalią, wszyscy na czele z Andrzejem Dudą krzykniemy: "Lewy na prezydenta!".

Mimo 42 goli zdobytych w minionym sezonie w Bayernie i piątego miejsca w plebiscycie Złota Piłka, Lewandowski wciąż jest jednak gwiazdą lokalną. Jeśli wytrzymuje porównanie z Cristiano Ronaldo, to tylko na boisku. Portugalczyk został niedawno numerem 1 na liście najlepiej zarabiających sportowców świata według "Forbesa", z dochodami rocznymi sięgającymi 88 mln dol. Jego pensja w Realu i nagrody wywalczone na boisku to 56 mln, plus 32 mln dol. z kontaktów reklamowych. Lewandowskiego na liście w ogóle nie ma. Wciąż nie mieści się w setce najlepiej opłacanych. Ronaldo wyprzedza Leo Messiego i mistrza NBA LeBrona Jamesa. Trzeci piłkarz Neymar jest dopiero na 22. pozycji z dochodami rocznymi 37,5 mln dol., z czego z reklam 23 mln.

Lewandowski zarabia w Bayernie 11 mln euro za sezon, plus bonus 15 mln rozłożony na pięć lat za to, że przyszedł do klubu jako wolny zawodnik, czyli bez kwoty transferowej. W sumie daje to 14 mln euro rocznie. Na reklamach zarobił w 2015 r. 8 mln zł. W tym roku ta kwota pewnie się podwoi. W sumie daje to dochody sięgające 20 mln dol., czyli kwotę ponad czterokrotnie niższą od zysków Ronaldo.

Na szczęście dla Nawałki i nas wszystkich Lewandowski nie jest cztery razy gorszym piłkarzem. Być może w tej chwili nawet lepszym. Kiedy jesienią Polak wbijał pięć goli Wolfsburgowi w 9 minut, a Real pogrążał się w kłopotach, Lewandowski wydawał się najpoważniejszym kandydatem do zastąpienia 31-letniego Portugalczyka. I możemy być pewni, że pogłoski o transferze do najbogatszego klubu świata będą wracały. Od strony sportowej Polak zyskałby na tym może nie tak wiele, ale marketingowo przeskoczyłby co najmniej o jedną półkę wyżej.

Dziś na tej najwyższej jest Ronaldo. Piłkarz, którego w mediach społecznościowych, czyli na Instagramie, Twitterze i Facebooku, obserwuje ponad 215 mln ludzi. Konkurencję wytrzymują tylko Justin Bieber i Taylor Swift. Na Facebooku Portugalczyk ma 112 mln fanów. Jeden jego wpis na Twitterze wart jest 100 tys. dolarów. Bo cokolwiek tam umieści, wywołuje zainteresowanie i dyskusję tysięcy ludzi. "Forbes" obliczył, że markom i firmom, które reklamuje, przynosi 449 proc. zysku. W 2015 r. opublikował 59 wpisów dotyczących Nike, co wygenerowało 36 mln dol. ekwiwalentu medialnego, a firma zapłaciła Portugalczykowi tylko 13 mln za ubieranie się w jej produkty i ich reklamowanie.

Na jego prezentację w Realu przyszło 80 tys. ludzi, co do dziś jest rekordem. Zdobył dla klubu rekordową liczbę goli. Ronaldo chce grać w piłkę długo. Niedawno były trener Realu Carlo Ancelotti opowiadał w mediach, że Portugalczyk jest takim profesjonalistą, iż o trzeciej nad ranem kąpał się w wannie z lodem w ośrodku treningowym Realu, choć czekała na niego w domu modelka i jego była partnerka piękna Irina Shayk.

Na boisku Ronaldo jest największym indywidualistą w sportach zespołowych z zaletami i wadami tego stanu rzeczy. Chwilami ma się wrażenie, że rozgrywa własny mecz. Wścieka się na kolegów, gdy robią coś, co jest mu nie w smak. Nie do pomyślenia jest, by pozwolił strzelać karnego lub wolnego któremuś z partnerów, choć od ponad 40 prób z wolnego na wielkich imprezach nie zdobył bramki. Spudłował z "jedenastki" przeciw Austrii na Euro 2016, ale trener Portugalczyków Fernando Santos natychmiast ogłosił, że wciąż będzie je wykonywał. Można odnieść wrażenie, że Ronaldo stoi ponad drużyną. I nawet trudno mieć do niego o to żal. Po prostu wszyscy dookoła traktują go jak kogoś więcej niż piłkarza i kapitana.

O Lewandowskim nikt nawet tak nie pomyśli. Od początku Euro 2016 udowadnia, że prywatne ambicje potrafi schować głęboko do kieszeni. Kiedy Ronaldo traci piłkę, macha rękami w kierunku sędziego, jakby dawał do zrozumienia, że czysto zabrać mu jej nie sposób. Polak wraca, pomaga w defensywie, haruje. Część polskich fanów ma mu nawet za złe, że błyszczy za mało. Ale Nawałka uważa, że dzięki niemu błyszczy drużyna.

Portugalczyk myśli już czasem o zakończeniu kariery. - Chcę zawsze już żyć jak król - powiedział w filmie dokumentalnym o sobie. Według wielu krytyków i postronnych widzów biografia piłkarza ociekała nieznośną dawką narcyzmu. Występujący w niej ludzie wynosili piłkarza do rangi bóstwa, ale pojawia się tam cytat wskazujący, że jest samotnym ptakiem w złotej klatce. Powiedział, że ludzi, którym ufa, jest niewielu, że najczęściej spędza czas sam lub z synem, którego w Stanach Zjednoczonych urodziła mu surogatka. Jej imię i nazwisko zapewne nigdy nie zostanie ujawnione.

W Madrycie Ronaldo mieszka w twierdzy dla milionerów La Finca, przypominającej bunkier. Ma prywatny samolot, zainwestował ostatnio 35 mln euro w sieć luksusowych hoteli. Pierwszy powstaje w Funchal, jego rodzinnej miejscowości na Maderze. Kolejne zostaną wybudowane w Madrycie, Lizbonie i Nowym Jorku. - Muszą być nadzwyczajne, bo marka CR7 jest odzwierciedleniem tego, kim jestem: moich instynktów i wartości, które wyznaję - tłumaczył podczas Euro.

Ale szczytem wszystkiego jest muzeum, które Ronaldo zbudował dla siebie. Powstało trzy lata temu w Funchal, ale wtedy było tylko skromnym zbiorem trofeów, medali, pucharów i wyróżnień. Portugalczyk naprawia właśnie swój błąd. Wybudował siedzibę trzy razy większą, imponującą, ze swoimi pomnikami w brązie i figurami z wosku. Tam można obejrzeć trzy Złote Piłki, Złote Buty, medale, pamiątki. Będzie multimedialne. Zwiedzający będzie mógł porozmawiać z Ronaldo lub zrobić sobie z nim zdjęcie. Szefem ma być kuzyn piłkarza. A wszystko mieści się w pierwszym hotelu wzniesionym przez CR7

Najwięksi sportowcy w historii jak Muhammad Ali, Michael Jordan, czy Eddy Merckx nie mają swoich muzeów. Pelemu je wybudowano, ale była to inicjatywa władz Santosu. Ronaldo nie miał zamiaru czekać, aż władze Madery pomyślą o uhonorowaniu najwybitniejszego Portugalczyka. Lub, powiedzmy wprost, piłkarza wszech czasów, jak o nim mówi agent Jorge Mendes. Ronaldo wtedy nie protestuje. Zapewne przez grzeczność.

Gdy dostał trzecią Złotą Piłkę, gratulował mu portugalski parlament. Już w 2004 r. został oficerem Orderu Infanta Henryka, dekadę później jego wielkim oficerem. Ma też order władców Portugalii z dynastii Braganza.

Pomyślmy o tym, gdyby przeszło nam przez głowę, że hołdy i zainteresowanie Lewandowskim są w Polsce przesadne. Że jego małżeństwo i żona Anna, która doradza piłkarzom kadry w sprawach diety, to przejaw rodzinnej ekspansji. Wystarczy przejechać przez Pruszków pod Warszawą, gdzie w trzecioligowym Zniczu Lewandowski ratował swoją karierę po ciężkiej kontuzji i odejściu z Legii. Na płocie napisano niewprawną ręką: "Tu grał prawdopodobnie najlepszy polski piłkarz". W klubie pracuje jeszcze wielu ludzi, którzy wspominają skromnego studenta i jego rozklekotane auto, którym przyjeżdżał na treningi.

Lewandowski rzecz jasna też jest dziś marką. Wciąż jednak bardzo dużo w nim odruchów zwykłego człowieka.

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Upamiętniający stulecie Copa America turniej będzie wspominany jako moment, gdy Leo Messi zrezygnował z gry w reprezentacji Argentyny.

Frustracja jest do pewnego stopnia zrozumiała. Leo Messi zaliczył czwarty przegrany finał z Albicelestes. Nie wygrał ani mundialu, ani Copa America - w trzech ostatnich podejściach przegrywając decydujące mecze po karnych, lub dogrywce. Można dojść do przekonania, że sprowadza się na drużynę nieszczęście, że jakaś klątwa ciąży nad nieustannymi próbami zadowolenia rodaków i siebie. Kraj oszalały na punkcie piłki wyczekuje na tytuł od 1993 roku.

Z drugiej strony nikt nie spodziewał się aż tak drastycznego rozwiązania. Na Copa America Centenario Argentyna grała znakomicie. W pierwszym meczu pokonała Chile nawet bez Messiego, rewanżując się za przegrany finał Copa America sprzed roku. Wtedy po 120 minutach walki Chilijczycy strzelali spokojniej, Messi był jedynym, który wykorzystał jedenastkę dla Argentyny. Teraz był pierwszym, który spudłował. Kopnął piłkę nad poprzeczką i zalał się łzami odbierając innym resztki nadziei. Wyglądało to wszystko na autodestrukcję, lub samo spełniającą się przepowiednię.

„Mexit” - napisał dziennik „Marca” nawiązując do wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Decyzja 29-letniego Messiego jest szokująca przecież na mundialu w Rosji będzie miał zaledwie 31 lat. Mógłby dać sobie kolejną szansę. Ale nie chce.

Presja złamała innych Argentyńczyków, Kun Aguero mówi, że kilku chce opuścić drużynę narodową. Padają ofiarami wygórowanych oczekiwań i niemiłosiernej wręcz presji. W wielu innych krajach srebro mundialu i dwa srebra Copa America zdobyte w trzy lata odebrano by zupełnie inaczej. Ale nie w Argentynie, gdzie przed rokiem największy sportowy dziennik nawoływał, by Messiemu odebrać opaskę kapitana. Już wtedy plotkowano, że Leo chce powiedzieć „pas” reprezentacji.

W USA grał dobrze. Pobił rekord Gabriela Batistuty i ma 55 bramek w drużynie narodowej. Wszystko na nic skoro finał znów został przegrany. Argentyńczycy byli przez dziesięciolecia katami Chile i nagle sytuacja się odwróciła. Zespół Alexisa Sancheza i Arturo Vidala zdobył przed rokiem dla Chile pierwszy tytuł kontynentalny i jakby tego było mało potrafił go obronić. Ale w tym roku w USA obrońcy trofeum grali właściwie bez presji. Zwłaszcza w finale, gdzie wielkie oczekiwania pętały nogi Argentyńczyków.

Jak mogłaby wyglądać Argentyna bez Messiego? Czy będzie mocniejsza? Trudno to sobie wyobrazić. Trwają kwalifikacje do mundialu w Rosji w Ameryce Płd mordercze. Bez kontuzjowanego Leo drużyna wystartowała w nich słabo, gdy wrócił, wszystko zaczęło wyglądać znacznie lepiej.

Być może Argentyńczykom starczy rozsądku, by przekonać swoje gwiazdy. Póki co chcą namówić Diego Simeone do zastąpienia Taty Martino. Wydaje się to mało realne, Cholo marzy o pracy z kadrą, ale najwcześniej za kilka lat. Sytuacja jest trudna, ale jeśli Argentyńczycy nie dadzą się pokonać teoriom o klątwach, pewnie z niej wyjdą. Żartowano, że turniej Copa America Centenario zorganizowano dlatego, by Leo Messi wreszcie coś z drużyną narodową wygrał, a tu takie rozczarowanie. Gonzalo Higuain zmarnował kolejną doskonałą szansę, taką jak w finale mundialu w Brazylii. Niewykluczone, że ma teraz coś do udowodnienia. Tak jak do udowodnienia i wciąż do wygrania ma załamany dziś Messi.

Od początku turnieju zaklinał rzeczywistość nie goląc brody. Nie pomogło. Może trzeba porzucić gusła?

niedziela, 26 czerwca 2016

Adam Nawałka uczył się w Górniku Zabrze tego, czego Vicente del Bosque w Realu Madryt, a Paolo Conte w Juventusie.

Autor „Jeziora Bodeńskiego” Stanisław Dygat, pisarz i scenarzysta filmowy wielbił sport. Uważał, że o ile w sztuce można wynieść na wyżyny przeciętniaka, czy miernotę, o tyle w sporcie jest to absolutnie wykluczone. Albo ktoś skacze nad poprzeczką, albo ją strąca. Albo ktoś jest szybszy, skoczniejszy, sprawniejszy, lepszy od konkurencji, albo nie. Mistrzostwo sportowe nie podlega dyskusji, zdaniem artysty, który jeszcze przed wojną sam boksował i grał w tenisa. Oczywiście Dygat nie uwzględniał dopingu, korupcji, oszustw i innych patologii drążących sport zawodowy. Wierzył w czystość rywalizacji, co jak wiadomo jest pobożnym życzeniem.

Ale kwestią dyskusyjną w sporcie bywa nie tylko zwycięstwo. Także coś z pozoru równie obiektywnego czyli skala talentu. Aby to zobrazować przytoczę przykład Wayne’a Rooney’a i Luisa Suareza dwóch napastników wybitnych o skrajnie odmiennych karierach. Za 19-letniego Rooney’a Manchester United zapłacił 25,6 mln funtów, Suareza w tym samym wieku wyceniono na milion euro. Półtora roku starszy od Suareza Rooney zdobył pierwszą bramkę w Premier League mając 16 lat i 361 dni. W reprezentacji Anglii zadebiutował 115 dni później, miał być wtedy angielskim Pele. Pierwszego gola na mundialu zdobył jednak dobijając do 29. roku życia. Było to w przegranym 1:2 meczu z Urugwajem w brazylijskim Sao Paulo, gdzie Suarez trafił do siatki dwukrotnie wysyłając Anglików do domu.

Dziś nikt nie kwestionuje klasy Urugwajczyka, gra w Barcelonie, zarabia 10 mln euro za sezon. Skala jego talentu była pewnie podobna do Rooney’a, tylko droga na szczyt znacznie bardziej kręta i uciążliwa. Urodzil się daleko od szosy, mówiąc słowami słynnego serialu telewizyjnego z lat siedemdziesiątych. W ojczyźnie futbolu zdolny, młody chłopak kilka razy prosto kopnie piłkę i już ma za sobą machinę (media, menedżerów), którzy zapewnią mu status światowej gwiazdy.

Tej machiny polski futbol jest pozbawiony. Wyśmiewamy się z ekstraklasy, czyli rozgrywek, których mistrz od dwóch dekad odbija się od bram Ligi Mistrzów. Mecze naszych drużyn bywają kopaniną bez ładu, składu i poziomu. Tym większy szacunek dla piłkarzy takich jak Michał Pazdan, Krzysztof Mączyński, czy Artur Jędrzejczyk, którzy na Euro 2016 muszą rywalizować czasem z nadludźmi z innej galaktyki. Nastoletniego Bartosza Kapustkę zostawiam na boku, on zapewne za chwilę będzie piłkarzem Bundesligi. Mączyński i Jędrzejczyk grali za granicą, ale żeby dobrze przygotować się do mistrzostw Europy wrócili do Polski co pewnie nie podniosło ani ich zarobków, ani statusu zawodowego.

W dniu tak niezwykłym jak dziś, gdy po raz pierwszy od trzydziestu lat nasza reprezentacja gra w fazie pucharowej wielkiego turnieju, warto pomyśleć o tym, że nie wszyscy jej bohaterowie mieli wyłącznie z wiatrem i z górki. Lewadowski, Błaszczykowski, Krychowiak, Glik, Fabiański, Piszczek dają tej drużynie pewność siebie, klasę i ogładę. Ciężko na to zapracowali, by wielki futbol nie był dla nich niczym ponad chleb powszedni. Oni czują się w nim jak u siebie, na przeciwległym biegunie jest Pazdan i reszta, dla których gra o ćwierćfinał mistrzostw Europy to lot w kosmos. Muszą być skupieni, walczyć z tremą i niewiarą we własne siły i to nie tylko niewiarą własną, ale nas wszystkich. Wychodzi na to, że nie doceniliśmy skali ich talentu.

Gracze ligi polskiej są ważnym składnikiem opowieści o drużynie Adama Nawałki, która na Euro 2016 fajnie gra w piłkę. Sam selekcjoner pasuje do tej grupy jak ulał. W końcu to w ekstraklasie, w Górniku Zabrze uczył się tego, czego selekcjoner Hiszpanów Vicente del Bosque mógł uczyć się w Realu Madryt, Włoch Paolo Conte w Juventusie, a Anglik Roy Hogdson w Interze Mediolan i Liverpoolu.

czwartek, 23 czerwca 2016

Niemcy, Francuzi, Hiszpanie, Włosi i Anglicy - wszyscy europejscy mistrzowie świata znaleźli się po jednej stronie turniejowej drabinki Euro 2016. Polacy są po przeciwnej.

Trudno mówić o przewrotności losu. W końcu to faworyci sami zapracowali na to, co ich spotyka. Hiszpanie i Anglicy nie potrafili wygrać grup na Euro 2016, co spowodowało, że wszyscy giganci wylądowali na tym samym pasie drogi prowadzącej do finału w Paryżu. I przyjdzie im stoczyć morderczy wyścig.Gdyby zliczyć trofea zdobyte na wielkich turniejach przez zespoły z jednej i drugiej części drabinki francuskich mistrzostw, wynik byłby przygniatający - 20:0.

Niemcy, Włochy, Francja, Hiszpania i Anglia wygrały razem aż 11 mundiali i 9 tytułów europejskich.Na razie mecz o ćwierćfinał ze Szwajcarami to dla Polaków jedyny pewnik dotyczący przyszłości. Piłkarze Adama Nawałki nie chcą być w sobotę jak indyk wyśmiewany w ludowym przysłowiu. Na brazylijskim mundialu Szwajcarzy zapracowali na bardzo solidną opinię. Zajęli drugie miejsce w grupie, wyprzedzając Ekwador i Honduras, w 1/8 finału ulegli Argentynie po dogrywce, w której kluczowy był przebłysk geniuszu Leo Messiego i Angela di Marii w 118. minucie.

Mecz w Sao Paulo 1 lipca był nadspodziewanie dramatyczny. Zespół Ottmara Hitzfelda otarł się o dziejowy sukces. Zaraz po stracie gola Shaquiri zacentrował do Dżemailiego, ale po jego główce piłka trafiła w słupek. Po dobitce o centymetry minęła bramkę. Szwajcarzy żegnali się z Brazylią po nieskutecznym strzale z rzutu wolnego z 17 metrów (Shaquiri). Argentyna dotarła aż do finału na Maracanie.

We Francji Szwajcarzy grają solidnie, choć bez szczególnego błysku. Pokonali Albanię, zremisowali z gospodarzami i z Rumunią. Ich kadra nie ma gwiazd, takich jak Robert Lewandowski czy Grzegorz Krychowiak, ale ma piłkarzy o solidnym statusie w Bundeslidze, lidze włoskiej, angielskiej i francuskiej. Tworzą dobrze zorganizowaną całość i jak mówił kapitan naszej reprezentacji - Polacy nie mają prawa uważać się w tym starciu za faworyta.

Omijając na chwilę żelazną zasadę, że liczy się najbliższy mecz, drużyna Nawałki na drodze do finału Euro 2016 nie spotkałaby żadnej drużyny zaliczanej do potęg. Rywalami Polaków w ćwierćfinale mogą być Chorwaci. Drużyna, która pokonała we wtorek Hiszpanów 2:1, zdobywając dość kuriozalną bramkę w 87. minucie. Bramkarz David de Gea puścił piłkę w krótki róg, wystawiając do niej nogę. Interwencja kompromitująca bramkarza o tej klasie. A przecież przed wyjazdem do Francji 46 mln Hiszpanów przekonywało selekcjonera, że już czas usunąć z bramki drużyny narodowej 35-letniego Ikera Casillasa.

Vicente del Bosque wystawił na Chorwatów najmocniejszy skład. Rywal grał bez kontuzjowanych Modrica i Mandżukicia. Mimo wszystko zaskoczył faworyta. Obrońcy tytułu prowadzili 1:0, a przy remisie 1:1 zaprzepaścili karnego (Sergio Ramos). Bohater ostatniego finału Ligi Mistrzów uwielbia błyszczeć. Czasem jest to z korzyścią dla drużyny, czasem staje się jej przekleństwem. Z Chorwatami kapitan miał wyjątkowo zły dzień. Zawalił pierwszą bramkę.W ten sposób droga Hiszpanów do finału bardzo się skomplikowała. W poniedziałek w Saint Denis dojdzie do rewanżu za finał sprzed czterech lat. To będzie bezdyskusyjny hit tej fazy.

W Kijowie Hiszpanie pobili Italię 4:0, a zażenowany skalą zwycięstwa Casillas przekonywał sędziego, by doliczał jak najmniej czasu, oszczędzając upokorzenia wielkim rywalom.Piłkarze hiszpańscy przez dekady żyli jednak w cieniu Włochów. Nie wygrali z nimi meczu o stawkę od igrzysk w Antwerpii w 1920 r. do Euro 2008. Na mundialach mierzyli się ze sobą trzy razy, aż dwa - w 1934 roku, bo ćwierćfinał zakończony remisem trzeba było powtórzyć. Powtórkę Włosi wygrali po golu Giuseppe Meazzy, którego imię nosi stadion San Siro w Mediolanie.

Do historii przeszedł też ćwierćfinał z mundialu w USA i obrazek, jak zakrwawiony Luis Enrique (dziś trener Barcelony) bezskutecznie protestuje przeciw ciosowi łokciem, który zadał mu Mauro Tassotti. Sędzia niczego nie zauważył. Włochy wygrały 2:1 po bramce Roberto Baggio.Przełom nastąpił dopiero w ćwierćfinale Euro 2008, gdzie będąca na fali drużyna Luisa Aragonesa pokonała ówczesnych mistrzów świata po rzutach karnych. Casillas wygrał swój osobisty pojedynek z o trzy i pół roku starszym Gianluigim Buffonem. To był czas, gdy rywalizowali o pozycję numer jeden wśród bramkarzy.

Może się to wydać szokujące, ale 8 lat później to Buffon okazał się niezniszczalny. Sposób, w jaki 38-latek świętował zwycięstwo nad Belgami na Euro 2016, pokazuje, ile w nim jeszcze zostało z młodzieńca.Zdziesiątkowani urazami gracze Antonio Conte jechali do Francji niemal bez nadziei. Tymczasem w pierwszym meczu pobili kandydatów do miana rewelacji turnieju. - Nie byliśmy wielką drużyną, ale osiągnęliśmy wielkie zwycięstwo - mówił. - To dzięki perfekcyjnej organizacji wypracowanej przed turniejem, przed którym musieliśmy walczyć także z abnegacją.

Pozbawiona gwiazd drużyna Conte porwała cały kraj, demonstrując perfekcję w grze obronnej i w szybkim ataku. Dla Hiszpanów uwielbiających grę pozycyjną Italia będzie przeciwnikiem skrajnie niewygodnym. Ale po wpadce z Chorwacją prasa z Półwyspu Iberyjskiego uważa, że piłkarzom La Roja potrzeba wyzwań. Gracze Realu, Barcelony, Atletico nie potrafią wykrzesać z siebie dodatkowych pokładów energii, jeśli rywal wydaje im się z niższej półki.

Włosi są co najmniej z tej samej.W meczach z Czechami i Turcją Hiszpanie sprawiali wrażenie odrodzonych po klęsce w Brazylii. Mają nową siłę ataku - Nolito i Morata zdobywali gole dzięki magicznym podaniom Andresa Iniesty. 32-latek był sercem drużyny. Może obronić tytuł największej gwiazdy mistrzostw, którym nagrodzono go cztery lata temu.

Porażka z Chorwatami zrujnowała dobre samopoczucie obrońców trofeum. Tymczasem Włosi zapewnili sobie zwycięstwo w grupie po dwóch meczach, by wczoraj na Irlandię wystawić rezerwy. Gdy fani w Italii znów zaczynali śnić z graczami Conte, spadła na nich wiadomość, że droga do finału może być tak mordercza. Bo jeśli Włosi przebrną Hiszpanów, to potem zderzą się z Niemcami, dalej z Francją. Finał może być w teorii najłatwiejszym wyzwaniem.

Nam pozostaje mieć nadzieję, że z korzystnej drabinki Polacy potrafią wyciągnąć, co się da.

środa, 22 czerwca 2016

Niespełna miesiąc po wygranym finale Ligi Mistrzów znów gra pod monstrualną presją. Cristiano Ronaldo uratował awans Portugalii dwoma golami i asystą przeciw Węgrom (3:3).

Ze 110 karnych strzelanych w karierze, spudłował 19. A z tych 19 aż cztery w ostatnich tygodniach. Od dłuższego czasu 31-letni Cristiano Ronaldo zachowuje się, jakby prowadził wojnę z całym światem o to, by udowodnić, że jest obojętny na upływ czasu. Zadanie karkołomne, ale ktoś tak chorobliwie ambitny, kto czuje się niemal wszechmocny, gotowy jest podjąć się misji ocierających się o niemożliwe.

Ma trzy Złote Piłki, na których tak bardzo mu zależy. Ma trzy triumfy w Lidze Mistrzów i tytuł najskuteczniejszego piłkarza w dziejach Realu. Wciąż jest jednak nienasycony, jakby w każdym meczu musiał potwierdzać swoją wartość. Ta chorobliwa ambicja wyniosła go na szczyt, ale ma też swoje ciemne strony. Od początku Euro 2016 nie widzieliśmy wielkiego gwiazdora grającego ku uciesze rodaków, ale piłkarza sfrustrowanego do granic możliwości.

Najpierw po remisie z Islandią wypalił, że rywal zademonstrował mentalność kraju piłkarsko małego, który nie miał odwagi grać o zwycięstwo. Jasne, dla Islandii to był pierwszy punkt na wielkiej imprezie. Wczoraj Islandczycy (po zwycięstwie z Austrią 2:1) awansowali do 1/8 finału, gdzie zmierzą się z Anglią.

Po remisie z Austrią frustracja Ronaldo powiększyła się lawinowo. Spudłował karnego, a z mowy jego ciała można było wywnioskować, że ma o to pretensje do wszystkich oprócz siebie. Statystycy i komentatorzy zaczęli z niego drwić przypominając, że na ostatnich wielkich turniejach z Portugalią wykonywał 36 rzutów wolnych i żadnego nie zamienił na gola. Tymczasem jego kumpel z Realu Gareth Bale wykonał na Euro 2016 trzy rzuty wolne i zdobył dwie bramki. Podtekst jest oczywisty, w klubie pazerny Ronaldo rzadko pozwala Walijczykowi wykonywać stałe fragmenty gry. A kiedy Bale wyrwał się spod dominacji Portugalczyka, na Euro 2016 rozkwitł jak najjaśniejsza gwiazda piłki.

To argument na poparcie tezy, że Ronaldo dominuje w każdej drużynie tak mocno, iż w pewnej chwili zaczyna jej szkodzić. W dodatku jego maniery pozostawiają wiele do życzenia. Angielski pisarz John Carlin w felietonie w „El Pais” napisał, że w historii futbolu nie było przypadku takiego jak Ronaldo – czyli kogoś, kto budziłby tak wielki podziw jako piłkarz i był tak żałosny jako człowiek. Mocne słowa. Które częściowo tylko łagodzi trudne dzieciństwo Cristiano – ojciec zapił się na śmierć, a złotego chłopca otoczył tłum klakierów żerujących na jego rosnącej sławie. „Ronaldo jest nieszczęśliwy, on nie wie co to przyjemność z gry, on wychodzi na boisko wyłącznie dla sławy i zwycięstw. Dlatego każda porażka tak go frustruje” – taki był wniosek felietonu.

Przed decydującym meczem z Węgrami media obiegło wideo pokazujące jak Ronaldo wyrywa mikrofon dziennikarzowi i wyrzuca go do jeziora. Na dalszym planie znalazł się fakt, że dziennikarz pracuje dla stacji żyjącej z tanich sensacji, która wiele razy podawała kłamliwe informacje na temat życia prywatnego gwiazdy Realu.

Przed starciem z Węgrami selekcjoner Portugalczyków Fernando Santos ogłosił, że Ronaldo wciąż będzie wykonywał wszystkie wolne i karne. A więc postawił wszystko na jedną kartę. I wczoraj na tym wygrał. Ronaldo zdobył dwa gole, pierwszego jak dzieło sztuki, oraz asystę przy bramce Naniego.

To nie jest tak, że z reprezentacją Ronaldo nigdy niczego nie osiągnął. Był wicemistrzem Europy z 2004 roku, dwa lata później dobrnął do strefy medalowej mundialu w Niemczech. Wtedy Portugalia wciąż była jednak jeszcze drużyną Luisa Figo. Odkąd stała się zespołem Ronaldo, tylko raz otarła się o medal, na polsko-ukraińskim Euro. Ale gdy w półfinale z Hiszpanami doszło do karnych, Ronaldo chciał strzelać jako piąty, by decydować o zwycięstwie i awansie. Pudła Moutinho i Bruno Alvesa sprawiły jednak, że nie miał już po co strzelać.

Póki co, dzięki grze i bramkom Ronaldo Portugalia ocalała wczoraj we Francji. Zajmując trzeci miejsce w grupie. Cristiano został pierwszym piłkarzem w historii, który zdobywał gole na czterech turniejach o mistrzostwo Europy.

Pycha zgubiła reprezentację Hiszpanii. I dostała ostatnie ostrzeżenie.

Sergio Ramos i Gerard Pique są psychicznie dziećmi tej samej matki. Utrzymanie stóp na ziemi utrudnia im nie tylko ułomność natury ludzkiej, ale też półki uginające się pod ciężarem zdobytych trofeów. Obaj lubią mówić o pokorze i głodzie sukcesu, obaj poprzestają na teorii. Wczoraj antybohaterem „La Roja” był bohater ostatniego finału Ligi Mistrzów. Bilans musi wyjść na zero?

Ramos zawalił przy golu Kalinica, kiedy Hiszpanie prowadzili w meczu, w którym do zajęcia pierwszego miejsca w grupie starczał im remis. Potem nie wykorzystał karnego, po wątpliwym faulu na Silvie. Wreszcie w 87. min po klasycznej kontrze, Pique nie zablokował strzału Perisica. Hiszpania ma potrójnego kaca: przegrała, straciła pozycję lidera grupy i w 1/8 finału skazana jest na piekło, które przygotuje jej defensywa Italii.

Być może największym powodem do frustracji była postawa Davida de Gei, którego siłą wciskano do bramki zamiast Ikera Casillasa. Wczoraj gracz Manchesteru United był jak dziecko we mgle.

W ramach pocieszenia Ramos stwierdził, że Hiszpania nie przyjechała do Francji po drugie miejsce. A jeśli chce zabrać do domu główne trofeum musi wygrać ze wszystkimi, czyli Włochami, Niemcami, Francuzami i Anglikami. Ktoś w mediach hiszpańskich zauważył nawet przytomnie, że drużyna Vicente del Bosque nie bardzo potrafi zachować koncentrację, gdy ma naprzeciwko siebie zespoły przeciętne. Najbardziej aktualny przykład to Chorwaci, którzy pobili obrońców trofeum bez Modrica i Mandżukica.

Za jednym razem Hiszpanie stawiają więc wszystko na ostrzu noża. Jeśli mają iść po złoto, niech to będzie droga usłana hitami.

Tylko Del Bosque miał inne plany. Na Chorwatów wystawił podstawowy skład, sądząc, że piłkarze nie będą chcieli pchać się w tarapaty. Ale Ramosowi i Pique potrzebne są wielkie wyzwania. I Hiszpania od poniedziałku będzie je miała. Tyle tylko, że być może tego samego dnia skończy się jej przygoda z Euro.

Włosi też szczęśliwi być nie mogą. Hiszpania wyeliminowała ich z Euro 2008, odebrała tytuł mistrza świata, by w finale Euro 2012 w Kijowie spuścić monumentalne lanie. Mimo wszystko w poniedziałek drużyna Antonio Conte szanse będzie miała ogromne - Włosi uwielbiają tak pryncypialnych, jednostronnych i pewnych siebie rywali.

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Pierwszy raz na Euro 2008, po trzy razy na mundialu w RPA i Euro w Polsce i na Ukrainie. Dwa razy we Francji i tylko w Brazylii miał wyrwę.

Ktoś powiedział, że aby napisać dobry tekst o Inieście, nie wolno w nim umieścić żadnego cytatu. Przewrotna ironia, piłkarze wyplatają takie banialuki, tymczasem to gwiazdor Barcelony uważany jest za kogoś, kto ma w ustach ciepłe kluchy. A przecież Iniesta jest uosobieniem taktu, przed finałem Ligi Mistrzów w Mediolanie, gdy zapytano go, na kogo stawia, powiedział, że jako cule powinien życzyć Realowi jak najgorzej, ale nie lubi życzeń negatywnych. Bo energia wraca: i zła i dobra.

Kiedyś za nudziarza uznawano Vicente del Bosque, aż wszyscy dostrzegli, że ogłady, równowagi i rozsądku można zazdrościć „Sfinksowi”. To on stał murem za Gerardem Pique, gdy przez Hiszpanię przewalała się fala niechęci.

Iniesty nikt w obronę brać nie musi. To dobro narodowe Hiszpanii. Nawet Xavi i Casillas dzielili kraj na prorealowy i probarceloński, Andres to ten typ, który nie potrafi wzniecać konfliktów. Jest uwielbiany za sposób w jaki panuje nad piłką, za szósty i siódmy zmysł pozwalający mu dostrzec to, czego inni nawet się nie domyślają. Jego sposób poruszania się po boisku wskazuje na wyższy stopień wtajemniczenia. Dziś reprezentacji Hiszpanii po prostu bez niego nie ma. Do tego nigdy nie zrobił poza boiskiem nic, co by go dyskwalifikowało jako wzór dla dzieci.

Dla kadry wymyślił go Luis Aragones. Ten antypatyczny gbur z Atletico Madryt, który za życia nie doczekał uznania. Przed Euro 2008 Iniesta się leczył, a kibice w Hiszpanii debatowali po co selekcjoner na siłę pcha do jedenastki ułomną kopię Xaviego. Dziś brzmi to jak herezja. Obaj przyjaciele są zupełnie innymi pomocnikami. Xavi właściwie nie dryblował, Iniesta jest w tej dziedzinie niezrównany. Pierwszy rządził w środku pola, Andres na całym boisku. U Franka Rijkaarda grał nawet na lewej obronie. Co tylko pokazuje, że zaślepienie na Camp Nou i niechęć do dostrzeżenia talentu wychowanków sięgały czasów Pepa Guardioli. Oczywiście Guardioli trenera.

Aragones postawił na Iniestę i wygrał Euro 2008. Kluczowy był mecz z Włochami o strefę medalową. Po nim Hiszpanie przełamali barierę. Do dziś tamten pojedynek uważany jest za psychologiczny przełom. Mnie pozostała w pamięci scena, gdy Andres stanął w strefie wywiadów w rozwiązanych tenisówkach założonych na bose stopy. I szemrał pod nosem. Nagle nastąpiło coś na kształt zaćmienia słońca, z szatni wyłonił się King Kong i przysłonił głową światło, tak że cień pokrył całego Iniestę. 170 cm wzrostu. Gigantem był Luca Toni. Zastanawialiśmy się potem ile jest dyscyplin, w których taki mikrus odniósłby zwycięstwo nad takim olbrzymem? Może w golfie?

Dla Iniesty przełomem był mecz półfinałowy z Rosją. Wybrano go na gracza numer 1 tamtego pojedynku, La Roja zwyciężyła 3:0. Na mundialu w RPA trzy razy Iniesta zostawał piłkarzem meczu, na Euro 2012 także trzy razy zostając też twarzą całego turnieju. Miał wtedy 28 lat, osiągnął piłkarską dojrzałość, tak pisała prasa w Hiszpanii. Grał rzeczywiście obłędnie. Co się stało w Brazylii? Dla Andresa nic dziwnego. Uważa, że piłkarz jest uzależniony od drużyny. A na brazylijskich mistrzostwach Hiszpania przegrała.

Jose Camacho, który po finale w RPA krzyczał "To Iniesta mojego życia" uważa to za skandal, że pomocnik La Roja nie ma dwóch Złotych Piłek. Samemu piłkarzowi to nie ciąży. Trafił na czas futbolowych i medialnych gigantów jak Leo Messi i Ronaldo, którzy zdobywają w sezonie po 60 goli. On zdobywa pięć. W futbolu owładniętym numerologią jest skazany na bycie w cieniu. Na szczęście już nie Luki Toniego.

Cień mu nie szkodzi. W meczu z Chorwacją pół Europy czeka na kolejny koncert pomocnika „La Roja”. Iniesta jest zjawiskiem, drugiego takiego nie będzie, ci, którzy chcą się nim nacieszyć, powinni się jednak spieszyć. Choć 32-letni piłkarz Barcy opowiada, że z biegiem lat nauczył się wsłuchiwać w swój organizm. Rzeczywiście urazów ma ostatnio mniej, ale czasy, gdy był w stanie grać co trzy dni, dobiegają końca. Póki co we Francji Iniesta jest jeszcze bardziej magiczny niż w Polsce i na Ukrainie.

 
1 , 2
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac