blog Darka Wołowskiego
RSS
wtorek, 30 czerwca 2015

Gra o medale na Copa America w Chile stała się bratobójczą wojną trenerów z Argentyny. Jorge Sampaoli (Chile), Ricardo Gareca (Peru), Ramon Diaz (Paragwaj) i Gerardo Martino (Argentyna) - choć każdy służy dziś innemu panu, mają wspólne traumy i korzenie.

Carlos Bilardo, który doprowadził reprezentację „Albicelestes” do tytułu mistrza świata w Meksyku (1986) chwalił się kiedyś w wywiadzie, że podczas pracy w kolumbijskim klubie Deportivo Cali mediował między dwoma najsłynniejszymi baronami karteli narkotykowych Miguelem Rodriguezem Orejuelą i Pablo Escobarem. Obaj darzyli go zaufaniem i estymą, Escobar, gdy dorobił się fortuny na kokainie, inwestował w budowę boisk i stadionów.

Być może nic na kontynencie nie dzieje się bez udziału trenerów z Argentyny? Dzielą się oni na „menottystów” i „bilardystów” – zwolenników dwóch śmiertelnie skłóconych osobistości tamtejszej piłki. „Filozof” Cesar Luis Menotti dał Argentynie pierwszy tytuł mistrza świata w 1978 roku na mundialu organizowanym w kraju rządzonym przez juntę generała Jorge Videli. Wojsko otrzymało od dyktatora prawo do torturowania, nawet zabijania politycznych przeciwników. Menotti i jego drużyna mieli pomóc pokazać światu inne oblicze Argentyny. Udało się, gospodarze grali futbol porywający, zdobyli złoto, a Mario Kempes został królem strzelców. Cieniem położył się mecz Argentyny z Peru, który gospodarze musieli wygrać wysoko, by wyprzedzić Brazylię w drodze do finału. Wygrali 6:0, po latach jeden z szefów kartelu z Medellin wspominał, że pośredniczył w rozmowach ustalających wynik między przedstawicielami junty Videli i federacji peruwiańskiej.

Menotti i tak stał się gwiazdą wśród trenerów. Przemawiał obrazowo, jak poeta sławiąc futbol ofensywny, polegający na maksymalizacji posiadania piłki i bezwzględnej dominacji nad rywalem bez względu na jego klasę. Był tym, kim jest dziś Pep Guardiola, który zaraz po zakończeniu kursów trenerskich wybrał się na nauki do Argentyny, gdzie spotkał się z Menottim, a także odbył słynną 11-godzinną dyskusję z Marcelo Bielsą. Powoływany do kadry przez Menottiego Bielsa, jako trener zapamiętały wielbiciel Ajaxu z czasów Louisa van Gaala przekonał Guardiolę ostatecznie, że fundamentem drużyny nie jest wcale obrona. „Aby dobrze bronić wystarczą siły i chęci. Aby atakować i kreować niezbędny jest geniusz”.

Przeciwnicy tych koncepcji uważają Menottiego, Bielsę, czy Guardiolę za dogmatyków. Tak jak Bilardo, który twierdził, iż drużynę trzeba budować tak, by zmaksymalizować jej szanse na zwycięstwo. Wszelkimi środkami? Diego Maradona opowiadał kiedyś, że w słynnym meczu 1/8 finału mundialu Italia’90 Argentyńczycy przygotowali bidony ze środkami usypiającymi, którymi w przerwach w grze częstowali rywali z Brazylii. Bilardo nigdy tej teorii nie potwierdził.

Fakty przemawiają na jego korzyść. Objął kadrę w 1982 roku po klęsce Menottiego na mundialu w Hiszpanii. Stworzył zespół do bólu pragmatyczny i skuteczny. Był krytykowany ostro: przede wszystkim przez Menottiego i przychylne mu media. Żalił się kiedyś, że tuż przed wyjazdem na mundial w Meksyku trzej wpływowi politycy w kraju zabiegali o jego dymisję. Ale drużyna Bilardo z Maradoną sięgnęła po tytuł, a cztery lata później, grając jeszcze bardziej defensywnie doszła do finału Italia’90 przegrywając po dyskusyjnym karnym z Niemcami. Bilardo nie jest filozofem, raczej motywatorem, kumplem piłkarzy mówiącym językiem ulicy. Kiedyś przebrał się za kobietę, by wyśledzić do robią jego gracze w nocnym barze. Taki argentyński prototyp Jose Mourinho.

Każdy z czterech trenerów, którzy pozostali w grze na Copa America w Chile wyrósł na antagonizmie Bilardo z Menottim. Selekcjoner Peru Ricardo Gareca był napastnikiem powołanym przez Menottiego na przegrany 1:2 mecz z Polską w 1981 roku. Ale na mundial do Hiszpanii nie pojechał. Bilardo dał mu kolejną szansę. To Gareca zdobył bramkę w decydującym meczu przeciwko Peru w 1985 roku, która dała Albicelestes awans na mundial w Meksyku. Ale tuż przed mistrzostwami selekcjoner z niego zrezygnował, co stało się życiową traumą Gareki. Jako trener pracował w Brazylii, Kolumbii, Argentynie i Peru, by w marcu objąć kadrę tego ostatniego kraju.

Selekcjoner Paragwaju Ramon Diaz też o Meksyku marzył. Utalentowany napastnik miał za sobą wspaniały sezon w Serie A, gdzie zdobył z Interem tytuł mistrza Włoch strzelając 12 goli. O jego powołanie na mundial upomniał się publicznie prezydent Carlos Menem. Ale Diaz poskarżył się kiedyś prasie, że Bilardo bierze do drużyny tylko kumpli Maradony. I przekreślił swoje szanse.

Gerardo Martino, ofensywny pomocnik Newell’s Old Boys również aspirował do wyjazdu do Meksyku, był powoływany na zgrupowania, ale i on się nie przebił. Karierę trenerską zrobił w Paragwaju, doprowadzając drużynę do finału Copa America 2011. Mimo słabego ubiegłego sezonu w Barcelonie powierzono mu kadrę Argentyny.

Największą traumę futbolową przeżył jednak Jorge Sampaoli, który po zwycięstwie Chile nad Peru 2:1 jest w finale. Grę w piłkę przerwała mu ciężka kontuzja w wieku 19 lat. Zapał do trenerki miał taki, że chwycił się pracy w lidze lokalnej w Casilda. Kiedyś zabroniono mu wejścia na stadion, by poprowadzić mecz Atlético Belgrano de Arequito, wszedł na drzewo i stamtąd wydawał polecenia. Karierę robił w Peru i Chile, gdzie w 2010 roku zastąpił Diego Simeone na stanowisku trenera Universidad de Chile zdobywając pierwsze w jego historii trofeum międzynarodowe (Copa Sudamericana). Może będzie pierwszym trenerem, który poprowadzi Chile do triumfu w Copa America?



piątek, 26 czerwca 2015

Argentyna – Kolumbia w Vina del Mar to najbardziej gwiazdorski ćwierćfinał Copa America w Chile. Notorycznie świętujący urodziny podczas wielkich turniejów Leo Messi chce przełamać złą passę: własną i drużyny.

W sali jadalnej Hotelu Radisson Concón w chilijskim La Serena zebrała się cała ekipa Argentyny. Dzień dobiegał końca, wsłuchani w odgłosy fal Pacyfiku piłkarze Gerardo Martino czekali aż ich kapitan zdmuchnie świeczki na torcie z okazji 28. urodzin. Już jakiś czas temu Leo Messi zarządził, że każdy z graczy Albicelestes obchodzących uroczystości podczas zgrupowań, ma być traktowany tak samo. Tort nie może być większy, ani mniejszy, nie powinien być udekorowany mniej, lub bardziej wystawnie. Nikt nie ma prawa poczuć się ważniejszy od innych.

Wiadomo jednak, że urodziny Messiego to coś nadzwyczajnego dla całej Argentyny. Z roku na rok 24 czerwca staje się w coraz większym stopniu świętem narodowym. Tym razem Messi dostał wideo z nagraniem, na którym jego niespełna trzyletni syn Thiago śpiewa mu „bądź szczęśliwy w dniu swoich urodzin”.

Gwiazdor zwykle spędza urodziny na zgrupowaniach, podczas mundialu w RPA znalazł na swoim łóżku koszulkę z numerem 23 w prezencie od Diego Maradony. „Z całą serdecznością i podziwem, twój trener” – napisał mistrz świata z 1986 roku.

Zaczęło się na zgrupowaniu kadry do lat 17. Dwa lata później, Messi obchodził 19. urodziny podczas mistrzostw świata w Niemczech, razem z dokładnie 9 lat starszym ówczesnym liderem drużyny Juanem Romanem Riquelme. Ich wzajemne życzenia się nie spełniły, Argentyna wyjechała do domu po przegranym w rzutach karnych ćwierćfinale z Niemcami. W przypadku Lionela to miało się stać regułą. Przez kolejne lata koledzy z kadry życzyli jemu i sobie triumfu w wielkich imprezach. Zawsze kończyło się na życzeniach.

Przed rokiem w Brazylii Messi obchodził 27. urodziny w Porto Alegre, przed grupowym meczem z Nigerią. Na Facebooku napisał: „Najlepszym prezentem będzie zdobycie Pucharu Świata”. Tym razem było tak blisko, Argentyna grała w finale z Niemcami na Maracanie, ale znów się nie udało.

Przez ostatnie 22 lata Albicelestes wydali całe zastępy wspaniałych piłkarzy, na czele z Messim, który za swoje dokonania w Barcelonie kandyduje do tytułu gracza wszech czasów. I zawsze coś stawało jej na przeszkodzie. Dwa dni temu w Hotelu Radisson Concón w La Serena, gdzie Argentyna stacjonuje podczas chilijskiego Copa America, życzenia były wypowiadane po cichu. Żeby nie zapeszyć. Dziś, w ćwierćfinale rywalem drużyny Martino jest bardzo silna Kolumbia.

Messi wspominał, jak zdmuchnął 18 świeczek w holenderskim Enschede, podczas mistrzostw świata do lat 20, dokładnie po ograniu Kolumbii w 1/8 finału. Z tamtego zespołu do dziś w kadrze Argentyny grają Pablo Zabaleta (wtedy kapitan), Lucas Biglia, Ezequiel Garay i Fernando Gago. W Kolumbii występowali i występują do dziś Ospina, Falcao i Zúñiga. Albicelestes pobili Kolumbijczyków i pomknęli po złoto, Messi z sześcioma golami został królem strzelców. Zdobył jeszcze złoty medal na igrzyskach w Pekinie, ale to nie są sukcesy na miarę klasy i talentu Argentyńczyka.

Na „dorosłe” trofeum Messiego z drużyną narodową rozkochany w piłce do obłędu kraj wciąż czeka. Kiedy, jeśli nie w Chile, gdy gwiazdor ma za sobą potrójną koronę zdobytą w Barcelonie. Wyniki i statystyki wskazują, że po dwóch latach zapaści, Messi wraca na szczyt. Przed rokiem w Brazylii zdobywał gole w fazie grupowej, ale w najważniejszych momentach zbyt często powłóczył nogami po boisku. W tym sezonie w meczach Barcy przebiegał sprintem niemal dwa razy większy dystans niż wcześniej. Znów jest wielki, a przecież w kadrze ma do pomocy graczy nie gorszych niż w klubie. Angel Di Maria, Javier Pastore i odrodzony Sergio Aguero tworzą wraz z Messim potęgę ataku Albicelestes, jakiej nie ma żaden inny zespół.

Mimo wszystko w fazie grupowej Copa America w Chile Argentyna powielała stare grzechy, grała wyjątkowo przeciętnie pokonując bramkarzy Jamajki, Urugwaju i Paragwaju zaledwie cztery razy. Pocieszeniem dla Albicelestes może być forma Kolumbii, która po fazie grupowej mundialu w Brazylii miała 9 zdobytych goli, teraz ma zaledwie jednego. Po świetnym sezonie w Realu Madryt James Rodriguez nie radzi sobie z rolą lidera kadry. – Gramy źle. Trzeba to sobie powiedzieć jasno – powiedział po bezbramkowym remisie z Peru, który skazał Kolumbię na trzecie miejsce w grupie i ćwierćfinał z Argentyną.

Potencjał drużyna Jose Pekermana ma jednak ogromny. Znakomity przed laty napastnik Faustino Asprilla uważa, że obecne pokolenie graczy kolumbijskich dorównuje temu, którego symbolami był on i Carlos Valderrama. – My zmarnowaliśmy swoją wielką szansę na mundialu w 1994 roku – przypomina. I dodaje, że jego rówieśnicy uważali za sukces sam wyjazd do klubów europejskich. – James, Falcao, Jackson Martinez przybywają do Europy by grać tam główne role. To ich różni od nas – tłumaczy.

Dziś na Copa America odbędą się więc małe Gran Derbi - naprzeciwko siebie stają liderzy Barcelony i Realu Madryt. Argentyna i Kolumbia to zespoły pełne gwiazd. Gwiazd, które świeciły dotąd w Chile marnym blaskiem, jakby zbierały siły na to decydujące starcie. W ankiecie argentyńskiego dziennika „El Clarin” aż 75 proc Argentyńczyków marzy o półfinale z Brazylią. A potem o finale z Chile, w którym 28-letni Messi ma przełamać złą serię.

czwartek, 25 czerwca 2015

Skandaliczne zachowanie Gonzalo Jary kładzie się cieniem na zwycięstwie Chile nad Urugwajem w ćwierćfinale Copa America. Futbol powinien eliminować takich boiskowych zbirów jak Chilijczyk.

Gdyby Jara nie został ukarany, wszyscy prowokatorzy powinni tego dnia ogłosić swoje święto. Obrońca chilijski zachował się tak przebiegle, podle, obrzydliwie, że na długi czas musi opuścić futbol. Wkładanie palca między pośladki Edinsona Cavaniego oburza 100 razy bardziej niż oszalały Luis Suarez rzucający się z wyszczerzonymi zębami na rywali. Skoro Urugwajczyk dostał tak surową karę od FIFA, Jara powinien zostać zdyskwalifikowany na rok, lub dwa.

Atak na Cavaniego był przemyślany. Tuż przed meczem piłkarz Urugwaju dostał informację, że jego ojciec spowodował śmiertelny wypadek prowadząc auto pod wpływem alkoholu. Piłkarz PSG został z zespołem, wymagała tego sytuacja - ćwierćfinał Copa America. Żółtą kartkę zarobił za protesty, Jara wiedział, że stał się celem bardzo łatwym. Sędzia nie widział wszystkiego, zarejestrowały to kamery. Sprowokowany Cavani odruchowo dotknął twarzy rywala dłonią, taki odruch wykonałby jednak każdy z nas. Tymczasem napastnik padł jak rażony prądem, z boiska wyleciał ten, kto był ofiarą. To klasyczny przypadek, gdy podłość, wredność i złośliwość bierze górę nad normalnością. I właśnie takie przypadki trzeba w sporcie piętnować.

FIFA mogła surowo ukarać Suareza na podstawie zapisu z meczu, można ukarać Jarę, zwłaszcza, że robi to nie pierwszy raz. W innym meczu Chile – Urugwaj złapał za krocze Suareza. Jak widać przekonał się wtedy, że prowokacja to część jego rzemiosła. I tak będzie uważał nadal, jeśli pozostanie bezkarny. Chile jest w półfinale, Jary w nim być nie powinno.

środa, 24 czerwca 2015

Lider obrony Realu Madryt ma podobno propozycję transferu do Manchesteru United. Angielski klub gotów jest mu płacić 12 mln euro za sezon, dwa razy więcej niż zarabia na Santiago Bernabeu. Szykuje się sensacyjny transfer?

10 grudnia 2012 roku na prezentacji swojej biografii „Sergio Ramos: serce, charakter, pasja” powiedział, że marzy o tym, by grać w Realu do końca kariery. Na Santiago Bernabeu trafił latem 2005 roku kupiony przez Florentino Pereza z Sevilli za rekordową jak na 19-latka kwotę 27 mln euro. Przez dekadę Ramos stał się symbolem klubu, drugim kapitanem, jego gol w 93. min finału Ligi Mistrzów z Atletico w Lizbonie pozwolił Realowi ocalić szansę na dziesiąty Puchar Europy. Jesienią 2014 roku został wybrany na najlepszego gracza klubowych mistrzostw świata w Marrakeszu: zdobywając gole na 1:0 tak w półfinale z meksykańskim Cruz Azul, jak w finale z argentyńskim San Lorenzo. Stoper przyćmił Cristiano Ronaldo, Garetha Bale’a, Karima Benzemę, Jamesa Rodrigueza i całą resztę ofensywnych gwiazd „Królewskich”.

Ramos nie może czuć się gwiazdą Realu tylko pod jednym względem - jeśli chodzi o pensję. Zarabia netto 6 mln euro za sezon: prawie cztery razy mniej niż Ronaldo, połowę tego, co Bale.

Rene Ramos, brat i agent piłkarza zażądał dla niego podwyżki. Sergio Madrytu opuszczać nie chce, na Bernabeu jest jego dom, po odejściu Ikera Casillasa (co może stać się już tego lata) zostanie kapitanem i liderem. Prezesa Florentino Pereza nazwał kiedyś :swoim drugim ojcem”. Ale chciałby zarabiać więcej. Dziś stosunki między „ojcem” i „synem” przypominają zimną wojnę.

To byłby przypadek podobny do argentyńskiego napastnika Gonzalo Higuaina, który w styczniu 2007 roku wylądował na Bernabeu jako 19-latek, po czym przez 7 sezonów zdobył dla Realu ponad 100 goli, ale jego pensja wciąż była kilka razy mniejsza od gwiazdorskich zarobków Karima Benzemy. Dlatego latem 2013 roku Higuain odszedł do Napoli.

Z Ramosem sprawa jest zdecydowanie trudniejsza. To zbyt ważny piłkarz dla klubu z Bernabeu. Z jednej strony chce zostać w Realu, tu jest idolem, jakim nie będzie nigdzie indziej. Z drugiej wkurza go fakt, że z liderów zespołu jest tym najgorzej opłacanym. A Perez wciąż kupuje i płaci wysokie pensje, co roku chwaląc się największym budżetem w historii piłki.

Ramos zarabia zdecydowanie mniej niż stoperzy jego klasy. Niedawno 32-letni prawy obrońca Barcelony Dani Alves z bólem serca zgodził się na przedłużenie umowy z pensją 9 mln za sezon, twierdząc, że przyjmuje tak niskie zarobki z przywiązania do klubu, miłości do kibiców i po gorących namowach przyjaciela Leo Messiego. 29-letni Ramos to być może numer 1 na swojej pozycji i ma przed sobą kilka lat gry na tym poziomie.

Rene Ramos zaczął grę z Realem już w kwietniu, kiedy w jednym z londyńskich hoteli spotkał się z przedstawicielami Manchesteru United. Usłyszał, że klub z Old Trafford jest gotowy płacić bratu 12 mln za sezon. Dziś prasa spekuluje, że kolos z Premier League proponuje Realowi za Ramosa bramkarza Davida de Geę, o którego madrytczycy zabiegają od dawna, z dopłatą 30 mln euro. Były gracz United Rio Ferdinand przestrzega jednak, że gracz Realu prawdopodobnie nie chce grać w Manchesterze, ale używa klubu by zaszantażować Florentino Pereza i dostać podwyżkę w Madrycie.

Perez zgodził się na milion euro podwyżki dla Ramosa, ale 7 mln za sezon wciąż nie zadowala piłkarza. Chce 9-10 mln.

Gra o Ramosa przybiera na sile. Sześć dni temu Jordi Mojo, kandydat na nowego prezesa Barcelony (wybory 18 lipca) ogłosił, że zaproponowano mu możliwość kupna stopera Realu, ale jest świadomy, że to tylko gra jego agenta obliczona na wywarcie presji na klub z Bernabeu. Takie praktyki stosowane są między dwoma hiszpańskimi potęgami od dawna. Kiedy legendarny meksykański napastnik Hugo Sanchez walczył o podwyżkę w Realu, pozwalał fotografować się w koszulce Barcelony, by zaszantażować szefów klubu z Bernabeu. Walka o piłkarzy bywała też elementem gry wyborczej. W 2000 roku sondaże wskazywały, że nieznany wówczas Florentino Perez nie miał szans w wyborach na prezesa Realu. Ale obiecał socios klubu, że jeśli na niego zagłosują, wyrwie z Barcelony jej największą gwiazdę Luisa Figo. Jak wiadomo Perez przekonał fanów i do dziś stoi na czele klubu (z przerwą w latach 2006-2009).

Jak zakończy się sprawa Ramosa? Najbardziej prawdopodobne jest, że zostanie na Bernabeu i wywalczy podwyżkę, dwa-trzy miliony różnicy to sprawa do załatwienia dla najbogatszego klubu świata. Sergio słusznie uważa, że przez dekadę dał klubowi wiele i czuje się niedoceniany, gdy nowi gwiazdorzy, dostają na wejściu pensje dwa razy większe. Czy możliwe jest jednak, że sytuacja wymknie się spod kontroli? Dziennik „As” donosi, że Sergio poinformował dziś klub, że chce, by przeanalizowano oferty jego transferu. Podobno Real zażąda 60-80 mln euro i tu wychodzi cały brak konsekwencji. Jest dobry, więc jest drogi, ale na wysoką pensję zasługują inni. Stoper wie, że jeśli nie powalczy o wyższe zarobki teraz, to już nie dostanie ich nigdy.

We wrześniu 2012 roku o podwyżkę z Realem wojnę zaczął Cristiano Ronaldo. Gdy przyszedł z tym do Pereza, usłyszał słynne słowa: „Idź gdzie chcesz, tylko przynieś tyle milionów, żebym mógł za nie kupić Leo Messiego”. Następnego dnia Real grał z Granadą, Ronaldo zdobył dwa gole i ich nie świętował, po czym powiedział dziennikarzom słynne słowa „jestem smutny, w klubie dobrze wiedzą dlaczego”. Prezes opierał się, ale w 2015 roku piłkarzowi kończył się kontrakt z Realem. Gdyby go nie przedłużono, Ronaldo odszedłby za darmo. By do tego nie dopuścić Perez zgodził się dać Portugalczykowi ogromną podwyżkę, uczynić z niego wtedy najlepiej opłacanego gracza świata. Kontrakt Ramosa wygasa w czerwcu 2017 roku, prezes Realu ma więc jeszcze trochę czasu, by grać na zwłokę.

wtorek, 23 czerwca 2015

Argentyna – Kolumbia i Chile – Urugwaj to hity ćwierćfinałów Copa América. Wśród faworytów czai się Brazylia, która w starciu z Paragwajem chce udowodnić, że istnieje życie bez Neymara.

Spakowane walizki i wylot na wakacje – Neymar skończył udział w Copa América. W wygranym 2:1 meczu z Wenezuelą nie grał, chodziły słuchy, że wzburzeni dyskwalifikacją na cztery spotkania szefowie brazylijskiej federacji chcą się odwoływać. Wiadomo, że ich wpływ na władze futbolowe jest ogromny – przeszło pół wieku temu na mundialu w Chile Garrincha dostał czerwoną kartkę w półfinale, ale interweniował nawet prezydent kraju i FIFA dopuściła gwiazdora do meczu o złoto.

Tym razem im więcej czasu upływało od starcia z Kolumbią, tym sytuacja Neymara stawała się gorsza. Okazało się, że po czerwonej kartce poczekał w tunelu na sędziego i nie tylko go obraził, ale też zaatakował (media donoszą, że złapał arbitra za szyję). W tej sytuacji Brazylia odwoływać się nie będzie, bo cztery mecze to najniższy wymiar kary. Drużyna Dungi wygrała grupę i w ćwierćfinale zmierzy się z Paragwajem. Jeszcze kilka lat temu uznano by to za pojedynek artystów z wojownikami, teraz w obu ekipach trudno szukać geniuszy piłki. Paragwaj stracił kontuzjowanego Néstora Ortigozę, lidera środka pola, swoje nadzieje pokłada w trójce napastników weteranów: Roque Santa Cruzie, Haedo Valdezie i Lucasie Barriosie. Ten ostatni zdobył dwie ważne bramki dające remisy w grupie z Argentyną (2:2) i Urugwajem (1:1).

Selekcjoner „Canarinhos” Dunga nawołuje, by lament po Neymarze zakończyć. Wie, co stało się na mundialu w Brazylii, gdy po stracie gracza Barçy osierocona drużyna Luiza Felipe Scolariego całkowicie się rozkleiła i poległa z Niemcami w półfinale 1:7, a potem z Holandią 0:3 w meczu o trzecie miejsce. – Jeden piłkarz nie stanowi o zespole – mówi Dunga. Na razie jego Brazylia na turnieju w Chile uchodzi za jeszcze bardziej nieporadną w ataku niż ta sprzed roku. Może mecz z Paragwajem stanie się przełomem?

Argentyna szuka pierwszego triumfu na Copa América od 22 lat. Leo Messi poprowadził ją do finału mundialu, ale nigdy nie zdobył z nią żadnego trofeum. Drużyna Gerardo Martino jest goła od pasa w dół – odwrotnie niż Brazylia. Słaba defensywa i gwiazdorski atak z Di Maríą, Pastore, Messim i Agüero (Higuaín i Tévez na ławce) wcale nie przyniosły gradu goli na Copa América. Argentyńczycy grzeszyli nieskutecznością, w meczu z Paragwajem stracili prowadzenie 2:0, z Jamajką zaprzepaścili więcej szans na bramki niż ich rywale w całej fazie grupowej. Wobec kłopotów Brazylii (bez Neymara) i Urugwaju (bez zawieszonego za ugryzienie Giorgio Chielliniego na MŚ Luisa Suáreza) zwycięstwo w turnieju jest obowiązkiem Argentyny. – Wydaje się, że mamy tu mało do wygrania i wszystko do stracenia – mówił niedawno Javier Mascherano.

W ćwierćfinale „Albicelestes” trafiają na Kolumbię, media piszą o przedwczesnym finale. Tyle że Kolumbia jest dziś inną drużyną niż na mundialu w Brazylii. Wtedy po fazie grupowej miała dziewięć strzelonych goli, teraz ma jednego! W dodatku do drużyny wrócił Radamel Falcao, ale tak jak w Manchesterze, tak i w Chile okazuje się cieniem siebie sprzed kontuzji. – Gramy źle, trzeba to sobie jasno powiedzieć – stwierdził James Rodríguez. Rywalizacja gwiazdy Realu z Messim ma być ozdobą hitu – oby uniknęli podobnych napięć jak w meczu Kolumbii z Brazylią.

Hitem jest też starcie gospodarzy z Urugwajem, choć historycznie nie ma to żadnego uzasadnienia. Chile nigdy nie wygrało Copa América, ich rywal – rekordowe 15 razy. Chilijczycy przełamali kryzys poza boiskiem wywołany przez Arturo Vidala, który po grupowym meczu z Meksykiem spowodował wypadek, prowadząc samochód pod wpływem alkoholu, gdy wracał nad ranem z kasyna. W dodatku wywołał awanturę z policją, zaatakował funkcjonariusza, twierdząc, że jako bohater narodowy jest nietykalny.

Trener Jorge Sampaoli nie dostrzegł w zachowaniu asa Juventusu niczego, co kazałoby go usunąć z kadry. Drużyna zareagowała na kryzys pozytywnie bijąc Boliwię 5:0, a swoją pierwszą bramkę w tym roku zdobył dla kadry Alexis Sánchez. To był jedyny tak spektakularny wynik w Copa América, Chilijczycy zdobyli dziesięć bramek – więcej niż zwycięzcy pozostałych dwóch grup razem wzięci (Argentyna i Brazylia po cztery). Urugwaj trafił do siatki zaledwie dwa razy, gole zdobyli gracze Atlético Madryt: pomocnik Cristian „Cebolla” Rodríguez i stoper José Giménez. Bez Suáreza Edinson Cavani wygląda na osieroconego, ale Urugwajczycy to spece od rozbrajania rywali, którzy nacierają na nich z furią. Chile z pewnością tak zrobi.

W półfinale czeka zwycięzca pary Peru – Boliwia, dwóch najsłabszych drużyn w ósemce. Droga do finału stoi dla gospodarzy otworem, ale Urugwaj to kamień, na którym wielu faworytów połamało już sobie zęby.

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Pięciokrotni mistrzowie świata jednak uczą się na błędach. Tym razem strata Neymara nie okazała się dla nich taką katastrofą jak na mundialu 12 miesięcy temu. W meczu z Wenezuelą na Copa America zespół Carlosa Dungi pokazał, że ma klasę i charakter, w które tak powszechnie wątpiono.

Wielka awantura po przegranym meczu z Kolumbią wskazywała, że Brazylia jest bliska jeszcze boleśniejszego upadku niż na mundialu w swoim kraju. Przed rokiem straciła Neymara w ćwierćfinale – kopnięty w kręgosłup przez kolumbijskiego obrońcę Juana Zunigę nie był w stanie grać w dwóch ostatnich meczach turnieju z Niemcami i Holandią zakończonych traumatycznym bilansem bramkowym 1:10. Wtedy zespół Luiza Felipe Scolariego, a także rzesze jego fanów nie potrafiły opanować zbiorowej histerii. Przed starciem o finał z Niemcami, gdy zagrano brazylijski hymn David Luiz uniósł koszulkę Neymara, jakby chciał spowodować, by duch młodego lidera czuwał nad drużyną.

Efekt był odwrotny. Zamiast na boisko brazylijscy piłkarze patrzyli w niebo, tracąc gola za golem. Byli z pewnością gorsi od drużyny Joachima Loewa, ale w normalnych warunkach nie powinni byli polec aż 1:7. Kiedy więc po grupowym meczu z Kolumbią na Copa America w Chile znów stracili swoją największą gwiazdę (tym razem Neymar wyleciał z czerwoną kartką), istniało realne zagrożenie, że efekt będzie podobny.

Brazylijczyków czekał mecz o przetrwanie z Wenezuelą. Kiedyś najgorszą drużyną w Ameryce Płd, powoli stającą się rywalem trudnym dla wszystkich. Na inaugurację rywalizacji w grupie pokonała Kolumbijczyków i, choć potem uległa Peru, nikt nie miał wątpliwości, że będzie dla „Canarinhos” groźna. Może nawet wyśle ich do domu, na Copa America zespół Dungi pokazał, że zależność od Neymara wcale w kadrze nie zmalała. Z dwóch goli zdobytych do wczoraj na Copa America jednego gwiazdor Barcelony strzelił sam, przy drugim asystował.

Czerwona kartka dla Neymara i dyskwalifikacja na cztery mecze za obrazę arbitra wywołały w Brazylii panikę. Zamiast koncentrować się na grze z Wenezuelą, koledzy gwiazdy Barcelony udowadniali innym, że Neymar jest niewinny. Ich zdaniem on się tylko broni, ponieważ sędziowie patrzą obojętnie jak w kolejnych meczach rywale urządzają sobie polowania na jego nogi. Dunga twierdził to samo, poza komentatorami i kibicami nikt nie chciał dostrzec, że Neymar nie powinien reagować tak gwałtownie. Po ostatnim gwizdku sędziego kopnął piłką w Kolumbijczyka, innemu wymierzył cios głową (na szczęście chybiony), a po tym jak został ukarany poczekał na arbitra w tunelu i powiedział wściekły: „Chcesz stać się sławny moim kosztem, skurwielu”.

Przez rozhisteryzowany tłum graczy brazylijskich przebił się głos jednego z najbliższych przyjaciół Neymara Philippe Coutinho, który przekonywał, że w drużynie jest dość klasy, by poradziła sobie bez swojej największej gwiazdy. Z pozoru obserwacja banalna: gracz Liverpoolu nie powiedział nic zaskakującego. Thiago Silva, Marquinhos i David Luiz grają w PSG, Filipe Luis i Willian w Chelsea, Joao Miranda w Atletico, Dani Alves w Barcelonie, Fernandinho w Manchesterze City i tak można wymieniać czołowe kluby Europy oraz graczy brazylijskich, którzy odgrywają w nich niepoślednie role. Fakt, że poza Neymarem są to głównie obrońcy lub defensywni pomocnicy.

Dlaczego jako całość drużyna Canarinhos musi funkcjonować tak źle? Opinie były takie, że kadra Dungi jest jeszcze bardziej defensywna i nieporadna w ataku od zespołu Scolariego, który okrył hańbą brazylijską piłkę 12 miesięcy temu. Może te słowa zmobilizowały Brazylijczyków, bo z Wenezuelą zagrali dobry mecz, a ich wyższość i zwycięstwo nie podlegały dyskusji od początku do końca. „Canarinhos” zdobyli bramki po strzałach Thiago Silvy i Firmino, wygrali 2:1 i zajęli pierwsze miejsce w grupie. W ćwierćfinale zmierzą się z silnym Paragwajem, który nie przegrał dotąd meczu remisując w grupie z Argentyną (2:2) i Urugwajem (1:1).

Dunga apeluje, by lamenty po stracie Neymara ustały. – Drużyna nie zależy od jednego piłkarza – przekonuje. Z pewnością Brazylia ma futbolowy potencjał, który, mimo osłabienia, pozwala jej mierzyć w triumf w Copa America. Może mecz z Wenezuelą okaże się przełomem, a może tylko odstępstwem od reguły?

Zwycięzca tej pary zmierzy się w półfinale z lepszym w pojedynku Argentyna – Kolumbia. Trudno określić, który z tych dwóch wielkich rywali byłby dla Brazylijczyków przystępniejszy. Z jednym i drugim rachunki krzywd są długie. „Albicelestes” nie wygrali Copa America od 22 lat, Leo Messi ma na to wielką ochotę, wtedy z pewnością odzyskałby Złotą Piłkę. Awanturę z Neymarem Argentyńczyk skwitował słowami: - Szkoda. To taki dobry kolega. Chciałem go podziwiać do końca turnieju. Na pojedynek dwójki gwiazd Barcelony czekali wszyscy kibice. Ale się nie doczekają.

czwartek, 18 czerwca 2015

12 miesięcy po traumie mundialu we własnym kraju piłkarska reprezentacja Brazylii jest o krok od jeszcze bardziej dotkliwej porażki. W niedzielę bez Neymara w ostatnim meczu grupowym musi zdobyć punkt z Wenezuelą, by przetrwać w Copa America.

To drugie zdanie brzmiałoby śmiesznie w każdym innym przypadku, każdego innego dnia niż 21 czerwca 2015 roku. Do walki staje przecież największy kolos piłki, pięciokrotny mistrz świata, zespół, który w ostatnich sześciu edycjach Copa America zaliczył aż cztery triumfy. Jego rywalem będzie lokalna „Panna Nikt” - Wenezuela najsłabsza z drużyn na południowoamerykańskim kontynencie, która nigdy nie awansowała na mundial, na Copa America szczytem jej osiągnięć jest czwarte miejsce. Raz wystąpiła na igrzyskach w Moskwie tylko dlatego, że Argentyna je zbojkotowała.

W niedzielę na boisku spotkają się więc dwie skrajności, których pod względem historii i tradycji nie łączy nic. Problem polega jednak na tym, że Wenezuela doczekała właśnie generacji najzdolniejszych graczy w swojej historii. Cztery lata temu na Copa America w Argentynie gracze Wenezueli porzucili odwieczną rolę chłopców do bicia. Na inaugurację rywalizacji w grupie w La Placie zremisowali z Canarinhos 0:0. W kolejnym meczu pokonali Ekwador i pewny awansu selekcjoner Cesar Farias mógł wystawić rezerwy na ostatni mecz z Paragwajem (3:3) zajmując drugie miejsce w grupie za Brazylią gorszą różnicą bramek. W ćwierćfinale Wenezuela pokonała Chile 2:1, by w półfinale ulec po dogrywce i serii karnych Paragwajowi 3:5. W starciu o brąz przegrała z Peru 1:4 - grając 30 minut w dziesiątkę straciła gole w 89. i 93. minucie.

W kwalifikacjach do brazylijskiego mundialu gracze z Wenezueli bili się do ostatniej kolejki o miejsce w barażach. Nie udało się więc Cesar Farias podał się do dymisji. W pierwszym meczu otwarcia Copa America w Chile Wenezuela pokonała Kolumbię 1:0 po golu Jose Salomona Rondona napastnika Zenitu St Petersburg. To już w żadnym przypadku nie jest zespół łatwy do pokonania, trener Noel Sanvicente ma w kadrze graczy z klubów włoskich (Genoa, Torino), hiszpańskich (Rayo, Malaga), angielskich (Fulham), francuskich (Nantes, Ajaccio).

Byłoby to wszystko zdecydowanie za mało na wielką Brazylię, gdyby nie fakt, że dziś do wielkości w drużynie „Canarinhos” aspiruje wyłącznie Neymar. W meczu z Peru był dla Brazylii alfą i omegą, zdobył bramkę wyrównującą, asystował przy zwycięskiej, nic nie działo się bez niego. W starciu z Kolumbią dostał żółtą kartkę za wbicie do bramki piłki ręką. Frustracja była gigantyczna, nie dość, że Brazylia przegrywała, to jeszcze miała grać ostatni mecz bez lidera (Neymar został też ukarany w starciu z Peru). Po ostatnim gwizdku arbitra 23-letni gwiazdor kopnął piłkę w plecy rywala z Kolumbii, a potem wykonał gest jakby chciał uderzyć głową protestującego Murillo. Z tyłu podbiegł do Neymara Bacca i pchnął go w plecy - obaj dostali czerwone kartki. I prawdopodobnie w ten sposób gwiazdor Barcy zakończył udział w Copa America.

A przecież Neymar miał być wielka gwiazdą turnieju. Po meczu z Peru dziennikarze pytali go nawet, czy oczekuje w tym roku Złotej Piłki. Powiedział, że nagroda dla gracza roku zarezerwowana jest dla Leo Messiego, ale on chciałby wejść do finałowej trojki kandydatów po raz pierwszy w karierze. Podstawy do tego były. W Barcelonie zdobył 38 goli, w tym tego najważniejszego w finale Champions League z Juventusem na 3:1. Klub z Katalonii sięgnął po potrójną koronę, 23-letni Neymar miał w tym wielki udział. Jedyne wątpliwości dotyczyły jego zachowania: wciąż prowokował, wciąż wdawał się w dyskusje i polemiki na boisku. - Nie zmienię stylu gry, tylko dlatego, że nie podoba się on paru osobom - powiedział, a po golu w finale z Juve napisał na Instagramie, że jego krytycy nie mają mu już nic więcej do powiedzenia.

Okazuje się jednak, że jest wyjątkowo daleki od miana gracza dojrzałego. Koledzy z kadry Brazylii próbują tłumaczyć, że ich gwiazdor stracił nerwy na Copa America z winy złych sędziów, którzy nie reagują na faule i prowokacje rywali. Nie pomoże to ani im, ani Neymarowi. Muszą wziąć się w garść i pomyśleć o Wenezueli, by nie zakończyć turnieju już w niedzielę. Brazylia ma 3 pkt, zwycięstwo z Wenezuelą dałoby jej pewnie awans do ćwierćfinału. Remis może wystarczyć do trzeciego miejsca w grupie, a do dalszej rundy awansują tylko dwa najlepsze zespoły z trzeciej pozycji w tabeli.

11 miesięcy temu Carlos Dunga odbierał kadrę z rąk Luiza Felipe Scolariego po traumie brazylijskich mistrzostw świata zakończonych klęską z Niemcami 1:7 i Holandią 0:3 w meczu o brąz. Tamta drużyna opierała grę ofensywną wyłącznie na Neymarze, Dunga nic w tym względzie nie zmienił, dopiero gdy Brazylia przegrywała z Kolumbią 0:1 wpuścił na boisko Philippe Coutinho. „Canarinhos” wciąż grzeszy grą defensywną, wciąż zaniedbują atuty, które kiedyś legły u podstaw ich wielkości. Dunga stawia na piłkarzy potężnych i silnych fizycznie, czyli tak samo jak Scolari ogranicza polot w grze i to właśnie przyczyna bezradności Brazylijczyków w starciu z Kolumbią.

Dunga trwa jednak przy swoim - tak jak na mundialu w RPA gdy jego zespół przegrał ćwierćfinał z Holendrami. Już przed startem Copa America w Chile mówił, że wszyscy kibice na świecie interesują się grą Brazylii, lubią o niej dyskutować, a najbardziej ze wszystkiego oczekują kiedy przegra. W niedzielę „Canarinhos” stają przed wielkim wyzwaniem. Pozbawieni Neymara (tak jak w meczach z Niemcami i Holandią na mundialu) muszą uniknąć sportowej śmierci z rąk Kopciuszka, który już nie jest Kopciuszkiem.

środa, 17 czerwca 2015

Gol Kuna Aguero po wspaniałej akcji Pastore i centrze Zabalety dał Argentynie zwycięstwo nad Urugwajem w zaciętym superklasyku na Copa America w Chile.

Leo Messi jak futbolowy Piotruś Pan potrafi przecisnąć się z piłką przez szpary wielkości ucha od igły. I nawet tyle miejsca nie zostawili mu obrońcy Urugwaju kierowani przez stoperów Atletico Godina i Gimeneza. Godin mówił przed meczem, że laureata czterech Złotych Piłek można powstrzymać wyłącznie dzięki perfekcyjnej współpracy wszystkich broniących i tak właśnie grał Urugwaj - gdy Argentyna miała piłkę nawet Cavani cofał się na własną połowę, by pomóc w ustawieniu potrójnych zasieków przed bramką Muslery.

Gdyby ktoś szukał patentu na najlepszego gracza na ziemi, niech zwróci się do Urugwajczyków. Odrodzony Messi męczył się bardzo. Zamiast wspaniałych rajdów i efektownych zagrań gwiazdy Barcelony, widzieliśmy tylko namiastki akcji likwidowanych przez wojowników Tabareza. Byli jak grupa komandosów do zadań specjalnych, a misję mieli ekstremalnie trudną. Bo gdy trzech doskakiwało do Messiego, Javier Pastore i Angel Di Maria mieli trochę swobody. I właśnie taka chwila, zdecydowała o losach meczu. Do 56. minuty przeważała Argentyna, ale bliżej zdobycia gola był kontujący Urugwaj. Wtedy po raz kolejny Messi dostał piłkę, ale nie widząc dla siebie szansy oddał ją Pastore. Gracz PSG wykonał akcję meczu: obracając się założył siatkę nadbiegającemu obrońcy, a potem czubkiem buta pchnął piłkę na skrzydło do Zabalety omijając kolejnego Urugwajczyka, który rozpaczliwie rzucił mu się pod nogi.

Zabaleta miał kilka metrów miejsca, zacentował na głowę Aguero, a ten szczupakiem poszybował do piłki umieszczając ją w bramce Muslery. To był ten magiczny moment na który Argentyńczycy czekali 90 minut. Mieli inicjatywę, prowadzili grę, ale zawsze w decydującej chwili, rywal niweczył ich plany. Na szczęście dla nich Aguero nie ma dziś nic wspólnego z tym apatycznym napastnikiem marnującym wysiłek zespołu na mundialu w Brazylii. Zawodnik Manchesteru City jest na Copa America w szczycie formy, posadził na ławce Higuaina i Teveza.

Urugwaj natychmiast ruszył do ataku, był o krok od wyrównania, może zabrakło Luisa Suareza, bo „Urusi” mieli bardzo podobną szansę, jak ta, w której napastnik Barcelony pokonał Gialuigiego Buffona z Juventusu w berlińskim finale Ligi Mistrzów. Po strzale bramkarz Romero odbił piłkę pod nogi jednego z nich, trzeba było zachować spokój i wpakować ją do pustej bramki. Ale to co z zimną krwią robi Suarez, tego nie umieli wczoraj jego koledzy. Ksywka „Pistolero” (Rewolwerowiec) jest uzasadniona, bez zawieszonego za pogryzienie Chielliniego napastnika Urugwajowi brakuje trzonowego zęba.

Wojna, walka, bitwa - batalistyczne terminy opisujące starcia Urugwaju z Argentyną są normą. Wzajemne rachunki krzywd sięgają głębiej i dalej niż finał pierwszego mundialu (4:2 dla Urusów). Legendy graczy z tamtych lat żyją w obu krajach do dziś, nie ma piłkarza, który nie chciałby do nich dołączyć, łącznie z Messim. W pierwszym finale Copa America 99 lat temu także Urugwaj pokonał Argentynę, a potem obie nacje zdobywały trofeum najczęściej (Urusi 15 razy, Albicelestes 14).

Nigdy pojedynki sąsiadów znad La Platy nie były meczami letnimi. Zawsze wrzało na boisku, to samo było w nocy z wtorku na środę polskiego czasu. Nawet Messi wdawał się w przepychanki i pyskówki. Kilka razy w ostatniej chwili udało się uniknąć rękoczynów. Ale takie są latynoskie klasyki, gdyby któryś z piłkarzy odpuścił, znaczyłoby, że do nich nie dorósł. Walka jest na całego, obie strony zdają się zapamiętywać w boju, fenomenalne jest to, że nawet na chwilę w największym porywie emocji nie zapominają o dyscyplinie taktycznej. Ona zawsze i wszędzie realizowana jest z żelazną konsekwencją. Zapomnieć o niej to jak wyrzec się wiekowej tradycji. Tak było także na Estadio La Portada, gdzie pojedynek wagi ciężkiej rozstrzygnął błysk geniuszu Pastore.

Broniący tytułu Urugwaj jest teraz skazany na grę o przetrwanie w turnieju. Został mu mecz z Paragwajem, który z Argentyną wywalczył remis, a wczoraj ograł Jamajkę 1:0. „Urusi” muszą zwyciężyć, bez Suareza Cavani jest jednak w ataku sam. W ostatnim meczu grupowym już nie da się czekać na to co zrobi rywal i kontrować, jak w pojedynku z Argentyną. Ale drużyna Tabareza jest doświadczona, niezłomna i w ostatnich latach wróciła do światowej czołówki (półfinalista mundialu w RPA, aktualny mistrz Ameryki). I taki zespół może na Copa America w Chile przepaść już w grupie.

Tagi: Messi
10:03, wod
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 15 czerwca 2015

- Nie jesteśmy gotowi, by wygrać Copa America - przyznał trener Brazylii Carlos Dunga po zwycięstwie nad Peru 2:1. Kto jest gotowy? Argentyna straciła prowadzenie 2:0, Kolumbia przegrała z Wenezuelą, Urugwaj gra bez Luisa Suareza.

Jeśli Argentyna choruje na uzależnienie od Leo Messiego, to co powiedzieć o reprezentacji Brazylii? W jej pierwszym meczu na Copa America z Peru wszystko zaczynało i kończyło się na Neymarze. No, prawie wszystko, bo gracze Dungi stracili gola bez udziału swojego kapitana. W 3. minucie David Luiz ryzykownie podał do bramkarza Jeffersona, który w panice chciał oddać piłkę Mirandzie, ale zrobił to na oślep więc trafił pod nogi Christiana Cuevy. Tak szybko gola na Copa America Peruwiańczycy zdobyli ostatnio 40 lat temu.

I wtedy pojawił się Neymar. Dostał piłkę na skrzydle, wycofał się z nią do linii środkowej i przerzucił na prawo do Daniego Alvesa. Gdy zastępujący Danilo gracz Barcelony zacentrował w pole karne, tam Neymar pojawił się samotny, gubiąc obrońców i w 5. minucie strzałem głową wyrównał. Potem brał udział w każdej akcji, trafił piłką w poprzeczkę, założył jednemu z rywali podwójne „sombrero” (dwa razy przerzucił mu piłkę nad głową), za co komentatorzy bili mu brawo, tłumacząc, że to jest właśnie spektakl, na tym polega piękno futbolu.

W Ameryce Łacińskiej efekciarskie tricki traktowane są inaczej niż w Europie. Kiedy Neymar był nastolatkiem, wschodzącą gwiazdą Santosu i ośmieszał rywali, występujący wtedy w Milanie Kaka przestrzegał go, że kiedyś, gdy już będzie grał w klubie ze Starego Kontynentu, może za to zapłacić wysoką cenę.

I rzeczywiście. W niedawnym finale Pucharu Króla, gdzie Barca mierzyła się z Athletic Neymar chciał przerzucić piłkę nad rywalem, a gdy ten zastawił ją padł jak długi żądając wolnego. Gracze z Bilbao o mały włos nie zlinczowali Brazylijczyka, a nawet jego trener Luis Enrique przyznał, że gdyby do dziś był piłkarzem i grał przeciw Neymarowi, zareagowałby jeszcze gwałtowniej. - Nie zmienię sposobu gry tylko dlatego, że kilku osobom się on nie podoba - skomentował piłkarz. A po tym, jak zdobył gola w zwycięskim finale Champions League uznał, że jego krytycy dostali ostateczną odpowiedź. Szefowie Barcelony są nim zachwyceni, przedłużają kontrakt do 2020 roku z pensją 12 mln euro za sezon - wyższą na Camp Nou ma tylko Messi. Klauzula wykupu obu wynosić będzie po 250 mln.

Gra Neymara to coś znacznie więcej niż efekciarstwo. W niedzielę uratował zwycięstwo dla Brazylii w 92. min wykonując genialne podania do Douglasa Costy, który wykorzystał sytuację sam na sam z bramkarzem.

Dla Neymara był to smutny dzień. W wieku 82 lat zmarł słynny Zito, legendarny gracz brazylijski, który odkrył go ponad dekadę temu, gdy jako 11-latek zachwycał w lidze futsalu. Zito namówił go na Santos i duże boisko, bez niego Brazylia mogłaby mieć dziś jeszcze większy kłopot z grą kreatywną.

Dunga zachwycony debiutem "Canarinhos" na mistrzostwach Ameryki nie był, choć jego drużyna zdobyła pierwsze punkty. Od traumatycznego mundialu w domu, po którym zastąpił Luiza Felipe Scolariego, Brazylijczycy szukają leku na traumę półfinału z Niemcami. Zbieg okoliczności zrządził, że na Copa America w Chile zatrzymali się w hotelu przy ulicy Niemieckiej (Alemania). Nowa drużyna ma zapomnieć o przeszłości, ale zabiegi Dungi nie zmieniły jednego – to wciąż zespół jednego aktora. Mając 23 lata Neymar zdobył dla Brazylii 44 gole, przed nim jest tylko Zico (48), Romario (55), Ronaldo (62) i Pele (77). Żaden z nich nie osiągnął tak imponującej liczby bramek w tak młodym wieku.

Pytanie, co te gole dały Brazylii, która przecież z sześciu ostatnich edycji Copa America wygrała aż cztery. W wieku 23 lat Pele był już dwa razy mistrzem świata, tymczasem Neymar aż 33 razy trafiał do siatki w meczach towarzyskich. Dwa razy w Copa America 2011, cztery razy w Pucharze Konfederacji i cztery na mundialu w Brazylii. Z tego Brazylia wygrała tylko ten drugi turniej, o zdecydowanie najniższej randze ze wszystkich.

Wielka, narodowa debata na temat Neymara zaczęła się w 2010 roku, kiedy Dunga, mimo interwencji Pelego, nie zabrał 18-latka na mundial do RPA. Brazylia przegrała tam ćwierćfinał z Holandią, a Dunga na cztery lata stracił posadę odchodząc w niesławie, jako trener, który nie chce grać ofensywnie. Wrócił rok temu, zrewolucjonizował kadrę, usunął z niej nietykalnego dotąd Thiago Silvę, a panowanie nad zespołem i opaskę kapitana dał Neymarowi. - Wszyscy na świecie lubią oglądać kadrę Brazylii, a najbardziej wyczekują momentu, kiedy przegra - mówił jeszcze przed meczem z Peru.

Przez rok Brazylia wygrała 10 meczów towarzyskich, ale jej futbol nie porywał. Taki sam był debiut Dungi w meczu o punkty na Copa America, po którym musiał przyznać, że zespół nie jest gotowy by wygrać ten turniej.

Kto jest? Argentyna nie wygrała mistrzostw Ameryki Płd od 22 lat. W debiucie zaprzepaściła dwie bramki przewagi w meczu z Paragwajem remisując 2:2. Kolumbia, już z Radamelem Falcao miała być mocniejsza niż na brazylijskim mundialu, tymczasem poległa z Wenezuelą po wspaniałej bramce Rondona.

Dyżurnym faworytem mistrzostw Ameryki Płd jest Urugwaj, który broni trofeum z 2011 roku, w sumie wygrała turniej rekordowe 15 razy, ale gra bez zdyskwalifikowanego Luisa Suareza. Na inaugurację zmógł debiutującą w imprezie Jamajkę 1:0, jutro zmierzy się z Argentyną w wielkim latynoskim klasyku. Znów wszystkie oczy spoglądają na odrodzonego Messi, chcąc w nim odszukać kolosa z Barcelony.

Trener Gerardo Martino mówi, że jest w formie życiowej, w pierwszym meczu tego nie potwierdził. Może do galerii faworytów trzeba dodać gospodarzy z Chile, którzy mistrzostw Ameryki jeszcze nie wygrali? Arturo Vidal i Alexis Sanchez chcą potwierdzić na swojej ziemi, że są najwybitniejszym pokoleniem w dziejach tamtejszej piłki.

piątek, 12 czerwca 2015

Remis z Mołdawią w eliminacjach MŚ 2014, porażka w Armenii w wygranych kwalifikacjach do Euro 2008 czy remis z tym samym rywalem w batalii o MŚ 2002 - wyliczanie ważnych punktów, które piłkarze reprezentacji Polski zgubili w czerwcu ze słabszymi rywalami, ma rzucić nowe światło na sobotni mecz z Gruzją?

Nic z tych rzeczy. Nie trzeba wnikliwiej przypatrywać się spotkaniom rozegranym w tym miesiącu, czyli po sezonie ligowym, by znaleźć w przeszłości jaskrawe przykłady słabości drużyny narodowej. W ostatnich trzech dekadach było ich aż za dużo. Doszło do tego, i to wcale nie przez feralny czerwiec, że kibic naszej kadry pojawiał się na stadionie w roli hejtera.

Jeśli za coś zaczęliśmy cenić pracę Adama Nawałki, to za zmianę ponurej tendencji. Od zwycięstwa nad Niemcami nad selekcjonerem i jego drużyną rozpościera się rodzaj aureoli. Dziś nikt przytomny nie narzeka, że Robert Lewandowski w klubie i kadrze to dwaj zupełnie różni napastnicy. Choć nowy kapitan wbijał w tych eliminacjach gole wyłącznie Gibraltarowi, nie przeszkadza to kibicom, bo drużyna krok po kroku zmierza w stronę finałów Euro 2016.

Rezerwowemu bramkarzowi Arturowi Borucowi wyrwało się nawet ostatnio, że kadra Nawałki ma dość silne ego, by nie tylko wygrać awans do turnieju we Francji, lecz także wyjść na nim z grupy. Czyli dokonać czegoś, co polskim piłkarzom nie udało się od mundialu w Meksyku, w którym po boisku biegał w krótkich spodenkach obecny prezes PZPN Zbigniew Boniek.

Zespół Nawałki ma marzenia i pozwala marzyć swoim fanom. Jeśli uwierzyliśmy, że coś odróżnia go od poprzedników, to mamy prawo spodziewać się zwycięstwa nad Gruzją. Nawet w najgorszym terminie.

To będzie rodzaj testu charakteru tej grupy piłkarzy. Charakteru liderów kadry z Lewandowskim, Grzegorzem Krychowiakiem, który rozkochał w swojej waleczności Hiszpanów, czy pauzującym w sobotę za kartki Kamilem Glikiem, którego serce do gry i ofiarność poruszyły Włochy.

Sobotnie zwycięstwo jest obowiązkowe, wystarczy rzut oka na tabelę, by się przekonać, że choć Polacy są na szczycie grupy, to margines błędu nie istnieje. Niemcy i Szkoci mają tylko o punkt mniej, z obydwoma rywalami drużyna Nawałki zmierzy się w rewanżu na wyjeździe, a więc nie ma miejsca na fałszywy ruch, zwłaszcza w starciu z grającą już tylko o honor Gruzją.

Do wygrania jest w sobotę mało, do przegrania wiele - takie mecze też trzeba umieć grać, sprostać roli bezdyskusyjnego faworyta. Moment jest ważny, nie ma dwóch zdań, ale wyolbrzymianie pułapek ze względu na feralny czerwiec nie ma głębszego sensu. Solidna drużyna umie wygrywać w każdej chwili, zwłaszcza że wielkie imprezy, takie jak Euro i mundiale, rozgrywane są zwykle w czerwcu.

Powrót Jakuba Błaszczykowskiego po rocznej przerwie jest wydarzeniem bardzo pozytywnym. Graczowi tak oddanemu kadrze należy się szansa, by jego kariera reprezentacyjna nie kończyła się poza boiskiem. Kuba przybył do Warszawy, by pomóc drużynie, bo - jak mówili Lewandowski, Krychowiak czy Glik - to wciąż jeden z najlepszych polskich piłkarzy. Jako aktualni liderzy mają zrobić wszystko, by mógł to pokazać. Ale też sam Błaszczykowski, przyjmując powołanie od Nawałki, wziął swoją część odpowiedzialności. Czas na dąsy po stracie opaski kapitana minął bezpowrotnie, ma zacisnąć zęby i pokazać, że na pierwszym miejscu stawia interes drużyny. Drużyny z silnym ego, która jest w stanie sprostać Gruzinom nawet w czerwcu.

 
1 , 2
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac