blog Darka Wołowskiego
RSS
poniedziałek, 30 czerwca 2014

Piłka jest największą dumą Argentyńczyków, ale mistrzostwa świata ich najgłębszym kompleksem. Meczem ze Szwajcarią, w którym kontuzjowanego Kuna Aguero zastąpi Eziequiel Lavezzi „Albicelestes” zaczynają swój niespełniony sen po raz kolejny.

Pieśń mówiąca o tym, że Maradona jest lepszy od Pelego, wybrzmiewa wszędzie tam, gdzie pojawiają się najbardziej fanatyczni kibice na świecie. Pasiaste koszulki przesłaniają wszystko, gdy gra Argentyna nawet brazylijskie miasta zamieniają się w biało-niebieskie wyspy. Gospodarze patrzą i słuchają z lekkim uśmiechem. - A ile ten wasz boski Diego ma tytułów mistrza świata - pytał pewien Brazylijczyk tłumy przybyszów znad La Platy podróżujące metrem w Rio de Janeiro po zwycięstwie nad Bośnią i Hercegowiną w pierwszym meczu. No właśnie, ile?

Pele zgarnął więcej złota mundiali niż Argentyna w całej swojej historii. Poza tytułem mistrzowskim w Meksyku i srebrem we Włoszech Diego zdobył stosunkowo niewiele, jego kariera w klubach ma się nijak do wielkiej epoki Santosu, którą brazylijski klub zawdzięcza „Królowi”. Jeśli chodzi o tytuły Maradona do Pelego się nie umywa, Argentyńczykom pozostaje dyskusja o czymś tak ulotnym i niemierzalnym jak geniusz. Maradona geniuszem był bezdyskusyjnie, ale Pele również.

Tak jak Maradona do Pelego, tak Argentyna ma się do Brazylii. Uważający się za największą futbolową nację na Ziemi „Albicelestes” tylko dwa razy udowodnili to na mundialu. W dodatku mistrzostwo z 1978 roku okrywa cień wstydu za „ustawiony” mecz z Peru. Argentyńczycy, by awansować do finału kosztem Brazylii musieli go wygrać 4:0, zdobyli nawet dwa gole więcej. Nikt nie ujmuje geniuszu trenerowi Luisowi Cesarowi Menottiemu, ani gwieździe tamtych mistrzostw Mario Kempesowi, ale tytuł zdobyty w czasach dyktatury generała Videli pozostawił kilka znaków zapytania i niesmak w świecie piłki. Dlatego Argentyna tak wielbi Maradonę. Bez niego mundiale byłyby dla „Albicelestes” jednym wielkim pasmem nieszczęść.

Kluby argentyńskie są największą potęgą w Ameryce Płd, kraj zawsze był kopalnią gwiazd, na Copa America triumfował 14 razy, tylko raz mniej od Urugwaju i aż o sześć razy więcej od Brazylii. Gdyby nie finały mistrzostw świata Argentyńczycy mogliby się czuć panami piłki. A tak tkwią w kompleksach wobec Brazylii. Sąsiada przez dziesięciolecia zacofanego, który w dodatku w ostatnich latach odebrał im nr 1 w regionie także pod względem gospodarczym.

Aby wyjść z tej trudnej sytuacji kibice „Albicelestes” muszą wierzyć w Leo Messiego i drużynę Alejandro Sabelli. Szwajcaria to trudny rywal, ale oczy dziesiątków tysięcy Argentyńczyków najeżdżających Sao Paul skierowane są na Maracanę. Tam widzą miejsce swojej drużyny, w wielkim finale. Gdyby udało się go wygrać, wszelkie kompleksy wobec Brazylii zostałyby uleczone. Zdobyć mistrzostwo na ziemi odwiecznego rywala? To stworzyłoby legendę Messiego tak samo wielką, jak Maradony.

„Pamiętaj co ci powiem mój synu, ten wielki moment będziemy wspominali długimi latami” - to fragment piosenki dedykowanej Diego. Ale Argentyna ma dość oczekiwania i wspominania, do 24 lat przeżywa na mundialach same klęski. W tym czasie jej zespół nie wychylił nosa poza ćwierćfinał. Messi ma to zmienić.

Na dzisiejszy mecz ze Szwajcarami Sabella dokona jednej zmiany w składzie. Za kontuzjowanego Kuna Aguero z Manchesteru City zagra Ezequiel Lavezzi. Gracz PSG długo czekał na swoją szansę. Ma zostać wysłany na prawe skrzydło, tworząc atak z Gonzalo Higuainem i Messim. Wczoraj argentyński dziennik „La Nacion” przypominał kłótnię młodego Lavezziego z uznanym trenerem juniorów, który chciał go wysłać na skrzydło. Ezeqiel go zwymyślał krzycząc, że jego miejsce jest wyłącznie w środku ataku. Jak każdy młodzian chciał zdobywać gole. Teraz jako dojrzały zawodnik PSG gra u boku Zlatana Ibrahimovica i Edinsona Cavaniego, więc wygrymaszać nie ma prawa. Jego ponaddźwiękowa szybkość daje mu przewagę tak na skrzydle, jak i przy grze z kontry. W tym elemencie jest lepszy od Aguero. Tyle, że „Kun” to największy przyjaciel Messiego, w tym względzie Lavezzi na pewno go nie zastąpi. Poza tym mniej goli strzela, jest słabszy w ataku pozycyjnym. Ale biega i walczy jak szalony.

Z czterema golami Messi należy do najskuteczniejszych graczy na mundialu. Wcześniej, w Niemczech i RPA trafił do siatki zaledwie raz. Jego dominującej pozycji nie kwestionuje nikt, nawet Angel Di Maria będący w życiowej formie. - Leo jest numerem jeden w Argentynie i w światowej piłce. Nikt nie jest zdolny robić na boisku tego co on - przekonuje skrzydłowy Realu, co pewnie nie zachwyci jego kolegi z klubu Cristiano Ronaldo.

Di Maria zapewnia, że Messi będzie królem strzelców mistrzostw, bo drużyna zrobi dla niego wszystko. - Nie osiągnęliśmy jeszcze swojego najwyższego poziomu w tym mundialu, ale właśnie o to nam chodziło, by w miarę rozwoju turnieju forma rosła. Nie jest sztuką trafić z dyspozycją na mecz otwarcia, ale na finał - przekonuje. Śni o swoim golu w tych mistrzostwach, który mogłaby świętować jego rodzina. Co do Szwajcarii uważa, że gra ona otwarty futbol, więc Argentyna nie będzie przeżywała takiej udręki jak w meczach grupowych, gdzie rywale przez 90 minut chowali się za podwójną gardą.

O dziwo w tych mistrzostwach tak trudnych dla drużyn z Europy najwieksze wrażenie na Di Marii zrobiły Niemcy i Holandia. - Ale i oni mieli kłopoty. Nikt nie jest poza zasięgiem reszty - przekonuje.

- Z Messim wszystko jest możliwe - powiedział Sabella po meczu z Iranem, w którym gracz Barcelony zdobył zwycięską bramkę w doliczonym czasie gry. Tych słów uczepili się wszyscy Argentyńczycy. Drabinka mundialu zdaje się sprzyjać „Albicelestes”. Na ich drodze do finału na Maracanie nie ma ani jednej drużyny bardziej utytułowanej, ani jednej, która była już mistrzem świata. Niemcy, Brazylia, Francja są w drugiej połówce drabinki. Argentyna ma Holandię, Kostarykę i zwycięzcę pary Belgia - USA. Do finału rozpościera się autostrada. Trzeba tylko przejechać się dziś po Szwajcarach.

niedziela, 29 czerwca 2014

Jeśli drużyna Luiza Felipe Scolariego ma nadal grać tak jak w meczu z Chile, jej kibice, zamiast skrzynek z szampanem, powinni gromadzić zapasy nerwosolu. „Canarinhos” przetrwali Chile, o strefę medalową grają z Kolumbią.

Z 69 meczów z Brazylią, Chile wygrało 7. Nigdy na wyjeździe. Nic dziwnego, że gdy telewizja brazylijska zapytała pewnego Chilijczyka, który do Belo Horizonte przybył na rowerze, o to jaki wynik typuje, powiedział, że remis byłby dla jego rodaków sukcesem. Wszyscy się roześmiali, bo na remisie 1/8 finału mundialu nie mogła się skończyć. Mecz rozstrzygnęły karne, w których na zbawcę gospodarzy wyrósł Julio Cesar.

Głęboko wzruszony opowiadał potem jaką traumą był dla niego mundial w RPA zakończony w ćwierćfinale porażką z Holandią, po jego błędzie przy golu głową jednego z najniższych na boisku Wesleya Sneijdera. Mówił, jak przez cztery lata próbował wrócić do równowagi. Co czuł przed karnymi w starciu z Chile. Że jeśli nie wyjdzie z nich zwycięsko, ktoś z rodaków, a może nawet członek jego rodziny tego nie przeżyje.

Na stadionie Pacaembu w Sao Paulo, na którym grał Corinthians przed przeprowadzką na zbudowany na mundial 2014 Itaquerao, jest muzeum futbolu, a w nim sala poświęcona „Maracanaco”, słynnej porażce z Urugwajem w meczu o złoto w pierwszym brazylijskich mistrzostwach w 1950 roku. Można tam obejrzeć czarno-biały film z reakcjami kibiców, wsłuchać się w drętwą ciszę Maracany, popatrzeć na łzy 200 tys ludzi, którym tamta porażka złamała serca. To głębokie przeżycie nadal tkwi w świadomości zbiorowej Brazylijczyków, od tamtej pory ich kadra nigdy nie zagrała w białych koszulkach. Ilu z nich w sobotę wróciło myślą 64 lata wstecz, gdy w 118. minucie meczu na Mineirao rezerwowy napastnik Chile Mauricio Pinilla trafił piłką w poprzeczkę?

Miało być ciężko o ćwierćfinał, ale aż tak? Dzień przed spotkaniem z Chile na Mineirao, w jednym z barów Belo Horizonte widziałem, jak kibic „Canarinhos” pokazywał gościom pięć gwiazdek na swojej żółtej koszulce. Chile nigdy nie wygrało Copa America, na mundialach zdobyło jeden medal (brąz), w 1962 roku u siebie w domu. Wszystko to pokazuje jak wielką barierę mentalną gracze Jorge Sampaoli musieli przezwyciężyć, żeby wyjść w sobotę na boisko z wiarą w zwycięstwo. Ale oni naprawdę wierzyli, najbardziej Alexis Sanchez dryblujący Brazylijczyków z wdziękiem baletnicy. Szczęście trwało jednak u boku największego futbolowego imperium. Bóg znów okazał się Brazylijczykiem zakładając czepek szczęścia na głowę Julio Cesara.

Brazylia wygrała, a właściwie przetrwała, nie rozwiewając wokół siebie wątpliwości, a właściwie je piętrząc. Grała brzydko, nieporadnie, zagrażała Chilijczykom rzadko. Ale cel osiągnęła. Gra w ćwierćfinale. A Luiz Felipe Scolari ocalił pozycję mędrca narodu, w którą wciela się z takim upodobaniem.

Na oficjalnej konferencji prasowej przed meczem z Chile znów wrócił temat porównania, na jakie pozwolił sobie trzy tygodnie temu Thiago Silva. Przed startem mundialu kapitan Brazylijczyków powiedział, że „Canarinhos” chcą brać przykład z Atletico Madryt. Opowiadał jak on z Danim Alvesem, Davidem Luizem i Marcelo poprawiają różne aspekty gry w defensywie. Mówił, że kluczem do sukcesu w mistrzostwach jest to, by Brazylia traciła tak mało goli, jak drużyna Diego Simeone. Część dziennikarzy zmroziła ta opowieść. Pięciokrotni mistrzowie świata, geniusze, artyści symbolizujący niedawno wszystko co najlepsze w piłce, chcą naśladować niewielki klub?

W takim wypadku interweniuje zwykle właśnie Scolari przemawiający do 200 milionów rodaków niczym charyzmatyczny wódz przed wyprawą na wojnę. Jego talent oratorski jest w stanie ich przekonać, że ta brzydka gra, wyrzeknięcie się jogo bonito, są najlepszą drogą do szóstego tytułu mistrza świata. Problem polega tylko na tym, że na poparcie swoich słów selekcjoner potrzebuje zwycięstw. Dopóki są zwycięstwa, Brazylijczycy mu wierzą. Pomarudzą pod nosem na nudę na boisku, ale są usatysfakcjonowani. Ich potrzeba bycia wielką futbolową nacją zostaje zaspokojona.

Trener bez cienia sprzeciwu poparł Thiago Silvę, mówiąc, że jego piłkarze najlepiej czują się właśnie w taktyce wzorowanej na pomysłach Simeone. - Rozmawiałem kiedyś z graczami na temat naszej filozofii gry i ustaliliśmy, że dobra organizacja w tyłach, zamknięcie rywalom miejsca pod bramką, to najwłaściwsza droga do sukcesu - tłumaczył.

Od 1975 roku Brazylia nie przegrała u siebie meczu o stawkę. Ostatni raz zdarzyło się to na Mineirao. Przez te 39 lat futbol brazylijski bardzo się zmienił. Sukcesy odnosił wtedy, gdy wyrzekał się jogo bonito, czyli w 1994 i 2002 roku. Pierwszą drużynę prowadził Carlos Alberto Parreira, drugą Scolari. Pierwszy jest dziś dyrektorem kadry, drugi znów stoi na czele „Canarinhos”. Na autokarze mają napis skierowany do torcidy: „Przygotujcie się, szóste mistrzostwo jest w drodze”. I dopóki Brazylia będzie wygrywać, dopóty racja będzie po stronie Scolariego.

Po meczu trener „Canarinhos” pogroził wszystkim palcem. Sędziom, którzy jego zdaniem dopuszczają do brutalnych fauli na Neymarze (w rzeczywistości Anglik Howard Webb był w sobotę najlepszy na boisku). Według Scolariego, po cynicznym kopniaku Chilijczyka 22-letni lider grał 75 minut z wielkim bólem i kostką spuchniętą jak bania.

Trener Brazylii ostrzegł przyjezdnych, by przestali  nadużywać brazylijskiej gościnności. - Staram się być grzeczny, chcemy traktować gości dobrze, ale w każdej chwili mogę znów stać się agresywny, taki jak kiedyś - zagroził.

Rywalem Brazylii w ćwierćfinale będzie Komubia, która uniemożliwiła gospodarzom symboliczne starcie z Urugwajem. Pod wodzą Jose Pekermana zespół wciela w czyn wynalazek brazylijski. Jeszcze mniej utytułowana drużyna niż Chile gra pięknie, wygrała w Brazylii cztery mecze awansując tak wysoko w mistrzostwach po raz pierwszy. Starcie z nią to dla gospodarzy dobra i zła nowina w jednym. Dobra, bo „Canarinhos” wolą rywali grających futbol otwarty. Zła, bo Kolumbia jest w ataku tak mocna, że może zrobić gospodarzom krzywdę większą niż Chilijczycy.

Kolumbijczycy i Brazylijczycy są do siebie podobni ze względu na barwy koszulek. Tylko ci pierwsi praktykują dziś jogo bonito. Coś, co stworzyli „Canarinhos” i o czym zapomnieli.

piątek, 27 czerwca 2014

Odpadnięcie Ekwadoru nie zmienia faktu, że mundial w Brazylii coraz bardziej ciąży ku Copa America. A odwiecznego pojedynku gwiazd z Leo Messim nie toczy Cristiano Ronaldo, ale Neymar.

Wszystkie oczy na Belo Horizonte. Trudno przewidzieć co się stanie, jeśli w sobotę najzdolniejsze pokolenie w historii chilijskiej piłki dokona wyłomu w tradycji. Chilijczycy grali z Brazylią na mundialach trzy razy i trzy razy przegrali. Czy Alexis Sanchez, Arturo Vidal i ich koledzy mają dość klasy, by odmienić bieg historii? Mundial mundiali, który zaczynał się od wielkich obaw wykraczających daleko poza boisko, skupił uwagę Brazylijczyków na ich ukochanym sporcie. Drużyna Luiza Felipe Scolariego wykonała plan w fazie grupowej, ale nie rozwiała wątpliwości co do swojego chropowatego stylu wzbogacanego przez Neymara wtrętami jogo bonito. Wątpliwości rozwiał za to sam 22-letni lider stając się gwiazdą pierwszej wielkości. To wręcz niewiarygodne, że tak on, jak i świetny w tym turnieju Alexis Sanchez, w Barcelonie skazani są na role drugoplanowe.

Jeśli chodzi o wątek gwiazdorski to brazylijski mundial nie jest kontynuacją pojedynku Leo Messiego z Cristiano Ronaldo. Przez sześć lat ci dwaj wzięli komplet Złotych Piłek. Ale w Brazylii wszystko co ma znamiona europejskie, napotyka kłopoty. Po wygraniu Champions League Ronaldo wypruwał z siebie żyły także dla reprezentacji Portugalii, ale jego występ był klapą.

Już 21 lat temu na Copa America zaproszono najlepsze drużyny strefy Cocnacaf Meksyk i USA. Ranga mistrzostw Ameryki spadała, próbowano ratować najstarsze kontynentalne rozgrywki wszystkimi sposobami. Wielkie gwiazdy latynoamerykańskie wyemigrowały do lig europejskich, oddalając się od korzeni. Rozkochani w piłce fani w Ameryce Łacińskiej poczuli się opuszczeni jak sieroty. Futbol przez dekady bronił ich wątłego poczucia własnej wartości, potem został im ukradziony przez bogatszych.

Trudno się dziwić radości Latynosów, że brazylijski mundial coraz bardziej zmienia się w wewnętrzną rywalizację drużyn amerykańskich. Z dziesiątki, która przyjechała na mistrzostwa do fazy pucharowej stanie aż osiem (odpadły tylko Honduras i Ekwador). Europa zabrała im wiele, ale nie wszystko.

Dla kochających sensacje te mistrzostwa są bajką. Gdyby ktoś przed startem turnieju obstawił, że jedną z par bijących się o ćwierćfinał utworzą Kostaryka i Grecja, w dodatku zwycięzcy dwóch poprzednich mundiali Hiszpanie i Włosi zobaczą zmagania tej dwójki już w domach, w telewizji, byłby dziś milionerem. Gracze drugiej kategorii Kostarykańczyk Brian Ruiz, Kolumbijczyk Jackson Martinez, Grek Giorgios Samaras, a nawet Ekwadorczyk Enner Valencia potraktowali mundial jako szansę swojego życia. I otrzymali nagrodę.

Mistrzostwa weryfikują też pracę trenerów. Od najlepiej zarabiającego selekcjonera Rosji Fabio Capello (8,2 mln euro rocznie) do otrzymującego 153 tys za 12 miesięcy pracy szkoleniowca Meksyku Miguela Herrery. Można dojść do wniosku, że ludzie futbolu na pieniądzach nie znają się zupełnie.

Europa przeżywa trudne chwile. Jej nadzieje wiążą się z Niemcami, Francją, Holandią i być może jeszcze Belgią, czyli nacjami, którym nieobcy jest futbol kombinacyjny. Arjen Robben rozgrywa turniej życia. Wokół niego kręci się gra Holandii, wreszcie jest postacią numer 1, czego zbyt często odmawiano w klubach (w Chelsea, Realu i Bayernie). Od lat nie widziałem Robbena w takiej ekstazie jak po meczu z Chile. Trener pokonanych Jorge Sampaoli narzekał naiwnie, że „Pomarańczowi” w ogóle nie myśleli o ataku. Louis van Gaal ustawił drużynę na miarę możliwości, a nie na miarę marzeń. Naraził się Johanowi Cruyffowi, ale póki co wychodzi na swoje.

Największą siłą mundialu mundiali są jednak kibice. Śpią na dworcach, w autobusach, koczują w okolicach stadionów. Nie piją, nie obrażają się, w modzie są gesty przyjaźni, jak wśród dalekich krewnych, którzy po czterech latach niewidzenia spotykali się na balu, by dać z siebie to, co najlepsze. Podróżowanie wśród tego kolorowego tłumu, przywraca wiarę w kibica, choćby FIFA robiła wszystko, by od futbolu odstraszać. Tym ludziom zostaną po turnieju przyjaźnie i wspomnienia, urzędnikom futbolowym kasa. Niech każdy oceni, co ma większą wartość.

Ciekawe co by się stało z atmosferą globalnej fiesty, gdyby Chile, lub kolejny z rywali wyrzucił z turnieju drużynę Scolariego? Wydaje się to jednak coraz mniej prawdopodobne. Sukcesy drużyn z Ameryki Płd to znakomita wiadomość dla gospodarzy. Większość sąsiadów Brazylii ma wobec niej głęboki, futbolowy kompleks. Brazylijczyków może niepokoić rozkręcająca się Argentyna z nadludzko skutecznym Messim. Tyle, że drużyna Sabelli tak mocna w ataku, stoi na fundamentach kruchej defensywy. Zespół Scolariego uwielbia grać z kontry. Jeśli rywal jej na to pozwala, Brazylijczycy przestają sprawiać wrażenie drużyny przeciętnej. Dla nich Argentyna, Kolumbia, Chile, czy nawet Niemcy będą wygodniejsi niż Holandia, Meksyk, lub Urugwaj, choć ten ostatni złamany stratą Luisa Suareza stanie się zapewne łupem łatwiejszym.

Na razie mundial tańczy w rytmach latynoskich, ale mieszanych. Za dwa tygodnie musi wyłonić się z tego zwycięska samba, tango, a może jednak walc?

Wiele lat temu meksykański antropolog ukuł teorię rasy kosmicznej. Nazwał tak Metysów, którzy mieli skupiać w sobie najlepsze cechy pochodzące od ras, z których powstali. Na mundialu w Brazylii znalazłby wiele dowodów na swoje racje. Czy Europa przypuści kontratak sprawiając, że romantyczna, ale ryzykowna koncepcja legnie w gruzach?

środa, 25 czerwca 2014

Cztery lata temu w RPA Leo Messie grał, ale nie strzelał. Teraz jest przeciwnie. To dobra nowina dla Argentyny.

Dwa gole Messiego przeciw Nigerii, cztery w trzech meczach fazy grypowej - to wielka sprawa dla Albicelestes. Wprawdzie wciąż będę się upierał, że najlepszej wersji czterokrotnego laureata Złotej Piłki jeszcze w Brazylii nie widzieliśmy, ale bez jego goli Argentyna miałaby poważne kłopoty. Messi zdobył 2/3 bramek drużyny.

Argentyna od początku budziła wątpliwości. Ze względu na atak wsparty Angelem di Marią można ją było widzieć jako króla, który jest jednak nagi od pasa w dół. Defensywa Argentyny nie wygląda jednak tak źle, choć straciła trzy gole. Zdecydowanie bardziej można się martwić formą Kuna Aguero, napastnika wybitnego, który jest dalej od szczytu formy niż Messi. Póki co najlepszy jest Di Maria, bohater sezonu z Realem Madryt. Gdyby nie niska medialność można by w nim widzieć jednego z kandydatów do odebrania Złotej Piłki Cristiano Ronaldo.

„El Fideo” robi różnicę swoją grą, tak jak Messi instynktem strzeleckim. Jest do tej pory chyba najlepszym dryblerem tych mistrzostw. Konkurencję robi mu Arjen Robben.

Krok po kroku wątpliwości wobec Argentyńczyków się chyba zmniejszają, choć nie wiem, czy na tyle, by typować ją na faworyta do tytułu. Podobno mecze wygrywają napastnicy, ale turnieje obrońcy. Jeśli tak rzeczywiście jest, Brazylii trzeba przyznać znacznie większe szanse. Choć Giovane Elber uważa, że odpadnie z Chile już w 1/8 finału w sobotę w Belo Horizonte. To by była tutaj trauma narodowa.

Brazylijczyk, kiedyś piłkarz Bayernu przyjechał na Maracanę na mecz Ekwadoru z Francją obwieszczając, iż bardzo się cieszy, że zespołu latynoamerykańskie zmieniają mundial w Copa America. Przekonywał prasę ekwadorską, że jej rodacy mogą ograć „Trójkolorowych” jeśli powstrzymają Karima Benzemę. Gdyby tak się stało, w dalszej fazie turnieju drużyny z Ameryki miałyby przewagę. Nie tylko nad Europą, ale nawet nad resztą świata.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

59 goli w 97 meczach - na tym zatrzymał się licznik. Były łzy, wzruszenia i wściekłości, a także kuriozalna deklaracja Vicente del Bosque, że dałby mu grać do końca meczu z Australią, gdyby wiedział, iż to jego ostatni mecz dla „La Roja”. David Villa odchodzi. Za Xavim zatęsknimy nawet bardziej.

Xavi Hernandez i David Villa to gracze symboliczni dla hiszpańskiej piłki. Obaj żegnają „La Roja”, ale tylko temu drugiemu dane było to zrobić na boisku. W meczu z Australią bez stawki Hiszpania rozbiła rywali, Villa wyprawiał z obrońcami takie cuda, jakby celowo uparli się, by błyszczał w swoim ostatnim meczu. Jego fenomenalny gol przypomniał najlepsze czasy, bez jego bramek nie byłoby gwiazdy na czerwonej koszulce, na co Hiszpanie zapracowali w RPA.

Gdy Villa strzelił ostatni raz, całował koszulkę wiele razy. Z taką pasją jakby zaczynał, a nie kończył. Z wielkich piłkarzy, których widywałem w strefach wywiadów, ten był najbardziej zwyczajny. Strzelał i nie obrażał się na nikogo, uważając, że nie wypada. Był uwielbiany, ale ze względu na swoją normalność nigdy nie osiągnął statusu niedostępnego idola. Może i lepiej.

Po zejściu z boiska w meczu z Australią płakał. Nie wiadomo, czy ze wzruszenia, czy wściekłości? Vicente del Bosque zdjął go przedwcześnie, piłkarzowi zrobiło się przykro. Z całym szacunkiem dla trenera ustępujących mistrzów jego słowa brzmiały kuriozalnie. Stwierdził, że gdyby wiedział, iż to ostatni mecz „El Guaje” pozwoliłby mu grać do końca. Wszyscy wiedzieli, że Villa się żegna z „La Roja”, tylko jego trener nie wiedział. Przy takiej komunikacji szkoleniowca z graczami trudno było osiągnąć sukces w Brazylii.

Xavi kończy nie wychodząc na boisko. Tiki-taka umiera razem z nim. Nie zginęła wtedy, gdy Barcelona zaczęła przegrywać, nie wtedy, gdy przegrała „La Roja”. Futbol hiszpański już nie będzie taki sam, bez tego jednego małego, wielkiego gracza. Był najwybitniejszym piłkarzem Hiszpanii, być może najlepszym pomocnikiem wszech czasów.

Goli strzelał za mało, ale jako architekt tworzył ten sposób gry, który wszyscy naśladowali. Miał niepowtarzalną wrażliwość futbolową, był po prostu fenomenalny. Jestem przekonany, że choćby wszystkie szkółki Hiszpanii z barcelońską „La Masią”, madrycką „La Fabricą” i wszystkimi innymi, nawet tą unikalną Athletic Bilbao pracowały pełną parą przez dwie dekady, drugiego Xaviego nie znajdą. Reprezentacja Hiszpanii bez niego może wygrywać, ale już nigdy nie będzie grała tak samo.

sobota, 21 czerwca 2014

Im wcześniej Argentyńczycy zrozumieją, że w obecnej formie Leo Messi nie jest jedyny, ale jeden z wielu, tym dla nich lepiej.

Na zafrasowanej twarzy Diego Armando Madradony odbijały się emocje meczu z Iranem. Argentyńskie oblężenie trwało nieustannie, a rywal utrzymywał wynik bezbramkowy. Kibice „Albicelestes” są w Brazylii najliczniejsi i najgłośniejsi. Gdziekolwiek się pojawią, sławią Diego pieśniami o tym, że jego dokonania zostały wyryte w ich zbiorowej pamięci drukowanymi literami. Maradona dał Argentynie złoto w Meksyku i srebro we Włoszech, a okres jego panowania pozostawił trwały ślad w świadomości rodaków. Mistrz świata Oscar Ruggri wspominał 1986 rok: - Mieliśmy w drużynie kogoś, kto wygrywał sam, wystarczyło mu pomóc, lub nawet tylko nie przeszkadzać.

Za sprawą Maradony Argentyńczycy uwierzyli, że na futbolowy szczyt może ich zaprowadzić tylko wybitna jednostka. To przeświadczenie nasiliło się, gdy po latach oczekiwania objawił się kosmiczny talent Leo Messiego. Rodacy odkryli w nim kolejne wcielenie geniuszu Maradony, ślepo pokładając wszystkie swoje nadzieje.

Korespondent hiszpańskiego "El Pais" opisywał, że mieszkańcy Belo Horizonte, gdzie stacjonuje drużyna argentyńska plotkują, iż Messi mieszka z rodziną w luksusowej posiadłości, którą wynajął, a na treningi lata helikopterem. Dlaczego helikopterem? Bo tak robią w Brazylii milionerzy unoszący się nad głowami zwykłych śmiertelników. Tak naprawdę jednak gwiazda Argentyny mieszka w pokoju z Kunem Aguero na zgrpowaniu. Przypisywanie jej cech nadprzyrodzonych jest powszechne nie tylko w ojczyźnie, ale także wśród organizujących mundial sąsiadów.

Problem polega na tym, że Messi nie jest w formie, która przez ostatnie lata czyniła go kimś unikalnym. Jadąc na mundial do Brazylii koledzy z kadry przekonywali siebie i innych, że na Leo trzeba chuchać i dmuchać. Javier Mascherano, który rozegrał w kadrze 100 meczów opowiadał, że Messi stoi przed czymś wielkim. Dlaczego Messi, a nie cała drużyna Albicelestes?

Wiara w to, że Messi zbawi Argentynę (w sensie futbolowym) nasiliła się po golu jaki wbił Bośni i Hercegowinie. Nikt nie chciał dostrzec, że mimo tego jest w formie przeciętnej. Kiedy Leo powiedział, że woli grać w ustawieniu 4-3-3, a nie 4-4-2 jak w pierwszej części gry przeciw Bośniakom, Alejandro Sabella spełnił jego życzenie. Przeciw Iranowi atak wyglądał tak jak chciała największa gwiazda: Higuain - Messi - Aguero. Przez 90 minut utrzymywało się 0:0. Messi wbił zwycięską bramkę w doliczonym czasie. I znów przyćmił wysiłek wszystkich. Komentator telewizji brazylijskiej po zwycięskiej bramce powtórzył nazwisko gracza Barcelony jakieś 25 razy. Miało się wrażenie, że nie wygrała Argentyna, ale Messi.

Póki co będę się upierał, że ślepa wiara w gracza Barcelony, przynosi drużynie Sabelli więcej szkód niż pożytku. Bo w obecnej formie Messi nie jest jedyny, ale jeden z wielu. Z Maradoną sprzed 28 lat nie ma nic wspólnego. Mundial w Meksyku był teatrem jednego aktora, w Brazylii Messi zdobył już dwa bezcenne gole, ale rzadko wzbija się na swój poziom sprzed dwóch lat. To się oczywiście może zmienić. Póki co Albicelestes powinni jednak przyjąć do wiadomości, że ich wybitna jednostka nie jest w stanie dokonywać cudów. Mieliby większe szanse w brazylijskich mistrzostwach, gdyby uwierzyli w bohatera zbiorowego.

Piłkarska reprezentacja Anglii gra najbardziej prymitywny futbol ze wszystkich zespołów europejskiej czołówki.

Słynne słowa Gerge’a Besta skierowane po półfinale włoskiego mundialu do Paula Gascoigne, że mistrzowie nie płaczą lecz wygrywają, wydają się dziś szczególnie niesprawiedliwe. W 1990 roku drużyna z Waddlem, Plattem, Gascoignem i Linekerem otarła się o finał mistrzostw świata. Porażka po karnych z Niemcami, którzy z Włoch przywieźli złote medale, nie jest już symbolem upadku, ale ostatniego wzlotu angielskiego kadry. Od tamtej pory ojczyzna futbolu nigdy nie włączyła się na poważnie do walki o zwycięstwo w wielkim turnieju, popadając w stagnację i przeciętność. Po wielkości, dumie, ambicjach twórców futbolu, zostało blade wspomnienie i rozczarowanie goniące rozczarowanie. A przecież nie tylko futbolowe mocarstwa docierały od tamtej pory do strefy medalowej mundiali: Bułgaria, Szwecja, Chorwacja, Turcja, Portugalia, Urugwaj, o Korei Płd nie wspominając, bo w 2002 roku gospodarzy na ten poziom zaciągnęli sędziowie.

W czasach, gdy króluje futbol kombinacyjny, gdy różnicę robi wyszkolenie techniczne, a nie siła mięśni i rozmiar płuc, Anglia wygląda, jak rodzic, który kompletnie przestał rozumieć własne dziecko. Powołał do życia, a potem zaniedbał. „Nauczyliśmy innych prowadzić samochody, a teraz sami jeździmy po niewłaściwej stronie. To samo z futbolem” - pisał jeden z angielskich felietonistów, gdy drużyna przepadła w kwalifikacjach do mistrzostw w USA.

Dziś Anglików muszą się bać rywale słabi fizycznie i źle zorganizowani, takich spotyka się jeszcze w kwalifikacjach, ale na wielkich turniejach już nie. Ogromne postępy zrobiły nawet drużyny ze strefy Cocnacaf, które jeszcze niedawno przyjeżdżały na mistrzostwa jak turyści. W Brazylii, w grupie najtrudniejszej rewelacją jest Kostaryka. Anglicy zmierzą się z nią w ostatnim meczu bez szans na awans.

W drużynie Roya Hodgsona kreatywność środkowych pomocników jest właściwie zerowa. Wszystko próbuje się rozwiązać długą piłką do napastników, lub skrzydłowych, którzy mają biegać. Na tle dobrze wyszkolonych i zorganizowanych Włochów oraz Urugwajczyków radził sobie tylko Daniel Sturridge, bo nie przeraża go perspektywa indywidualnych pojedynków. Ogłoszony futbolowym fenomenem w wieku 15 lat Wayne Rooney, stracił już nawet tę nadludzką chęć do wypruwania sobie żył na boisku. Można za porażkę z Urugwajem zrównać z ziemią Stevena Gerrarda, ale to jedyny piłkarz starający się kierować grą, pomyśleć zanim kopnie piłkę na dużą odległość. Zapanować nad żywiołem bezładnego biegania, którego nie ogarnia Hodgson, ani nikt inny.

Kogokolwiek Anglicy zechcą obwinić za dwie porażki w Brazylii, nie wyniknęły one wyłącznie z indywidualnych błędów. Nawet bramkarz im tym razem nic nie zawalił. Drużyna gra futbol zbyt przewidywalny, archaiczny, wręcz prymitywny, by obrywać rywali z czołówki. Pokonanie rutyniarzy, spryciarzy i wojowników to wyższa szkoła jazdy. Na to drużynie angielskiej brakuje środków i pomysłu.

W zapowiedzi brazylijskiego mundialu, mistrz świata z 1986 roku Jorge Valdano napisał, że o ile Anglia jest matką futbolu, o tyle Latynosi wyobrażają sobie, że są jego ojcem. Mimo porażki Hiszpanów doskonałością w piłce wciąż jest gra w tłoku, na małej przestrzeni, kombinacyjna: zawodnicy perfekcyjnie panują piłką, starają się podać w sposób zaskakujący, a nie pozbywają się jej jak Anglicy.

Wielbiciele Premier League wyobrażają sobie, że futbol z Wysp wciąż wyznacza najwyższe standardy. Ten wielki produkt Anglicy tworzą już głównie poza boiskiem, na boisku od dawna robią to przyjezdni, tacy jak Luis Suarez. Po tym, jak napastnik Liverpoolu wbił dwa gole drużynie Hodgsona opowiadał, że na ten mecz czekał z obsesyjną wręcz niecierpliwością. A kiedy z całą mocą uderzał piłkę w 85. minucie na bramkę Joe Harta, była w tym zawarta złość, pragnienie rehabilitacji za to, co przeżywał w ostatnich czasach w klubie (gdy ogłosił, że chce odejść) i już po operacji trzy tygodnie przed mundialem. Takiej woli zwycięstwa nie było u najlepiej opłacanego gracza Premier League Wayne’a Rooneya. A przecież to symbol najlepszych cech futbolu wyspiarskiego.

Kiedy po losowaniu grup mundialu w Brazylii Greg Dyke wykonał ręką gest podrzynania gardła, w Anglii przyjęto to jako pożałowania godny brak wiary w drużynę. Jak widać prezes FA tylko realnie ocenił jej możliwości.

środa, 18 czerwca 2014

Zero punktów, bramki 1-7 - taki bilans ma Hiszpania po dwóch meczach mistrzostw w Brazylii, po których jest pewna powrotu do domu. Można się było spodziewać, że „La Roja” tytułu mistrza świata nie obroni, ale jej bilans jest zatrważający.

Pomysł z naturalizowaniem Diego Costy okazał się zły dla wszystkich. Dla Hiszpanii, która kompletnie nie umiała wykorzystać jego umiejętności, gdyż gra w sposób zupełnie niepodobny do Atletico. Był zły dla samego Brazylijczyka, bo wielkie mundialowe plany w ojczyźnie, które snuł skończyły się na wymuszeniu rzutu karnego w przegranym 1:5 starciu z Holandią. Costa nie pasuje do kombinacyjnej gry „La Roja” tak bardzo, że właściwie zespół gra w dziesięciu. A jeszcze komplikuje sprawę kolegom szukającym nieporadnych wrzutek w pole karne, z czego Hiszpania nigdy nie słynęła. Decyzja Vicente del Bosque i Costy była zła dla Brazylii, bo zajmujący pozycję dziewiątki u Luiza Felipe Scolariego Fred gra w tych mistrzostwach fatalnie. Trzeci argument Hiszpanów jednak nie dotyczy.

Mogli obrońcy tytułu płakać nad dwoma zaprzepaszczonymi szansami na początku drugiej połowy. Najpierw Costa zmarnował pojedynek sam na sam, chwilę potem Busquets nie trafił do psutej bramki. Kiedy rywal mógł bronić w jedenastu dwóch goli przewagi, misja pogoni stała się niewykonalna. Wprowadzenie Fernando Torresa za Costę zmieniło niewiele poza tym, że skróciło męki na boisku naturalizowanego Brazylijczyka.

To był jakiś futbol mieszany w wykonaniu „La Roja”, przypominający jednak raczej pospolitego kundla. Błąd za błędem, niedokładności nerwy, nawet Anderes Iniesta nie był w stanie tego opanować. Zwłaszcza, że jest daleki od formy.

Nie chcąc zmieniać prawie nic, selekcjoner obrońców trofeum zmienił niemal wszystko. Gra krótkimi podaniami, w której Hiszpanie zawsze górowali nad rywalami przestała być ich atutem. Być może także dlatego zespół wraca do domu po dwóch meczach. To najbardziej traumatyczny start w historii mundiali zespołu, który bronił złota.

Wczoraj w starciu z Chile, z którym Hiszpanie wygrali trzy z czterech ostatnim spotkań (jeden remis), drużyna Del Bosque leżała na deskach już po 45 minutach. Dwa gole straty w meczu, który trzeba było wygrać, to za dużo na możliwości tej drużyny. Oczywiście nie tylko Costa stanowił problem. Może brak głodu sukcesu, o którym wspominał Del Bosque? Wydawało się, że nie można wyciągać zbyt pochopnych wniosków z kryzysu Barcelony, skoro Real Madryt wygrał przed chwilą Ligę Mistrzów. Tyle, że środek pola „La Roja”, czyli serce drużyny biło w rytmie tiki-taki. Rytm ten zwolnił na tyle, że rywale bez trudu zaczęli nadążać za mistrzami.

Claudio Bravo zagrał może życiowy mecz, ale Chile to wyjątkowo mocna drużyna. Bezdyskusyjnie pobiła obrońcę trofeum grającego o przetrwanie. - Hiszpanie wystrzelą z dumy - przewidywał Arturo Vidal. Nic im to nie dało, byli drużyną gorszą pod każdym względem. Chile zagra z Holandią o pierwsze miejsce w grupie. Hiszpania i Australia jadą do domu zaraz po tym jak zagrają między sobą. Szczególnie dla „La Roja” będzie to mecz upokarzający. 90 minut gry bez stawki na wielkim turnieju, dla drużyny, która w ostatnich 6 latach królowała nieprzerwanie. Prawdziwa trauma. Słowo Maracanazo chilijczycy przetłumaczyli dziś na hiszpański.

Zewsząd sypią się podziękowania, a to znaczy, że coś się skończyło. Najlepsza generacja graczy w historii "La Roja" odeszła dziś do przeszłości.

Flaga hiszpańska pod figurą Odkupiciela z Corcovado w Rio de Janeiro i informacja o tym, że kibice odbyli pielgrzymkę na 700-metrowe wzgórze w intencji ocalenia „La Roja” - czołówka w dzienniku „Marca” apeluje do sił nadprzyrodzonych.

A co z siłami drużyny Vicente del Bosque? Czy złote pokolenie dotarło już do kresu swojej drogi? Przed mundialem Xavi Hernandez mówił, że drużyna jest gotowa umrzeć za swój styl. To samo opowiadał wczoraj szkoleniowiec Chile Jorge Sampaoli, gdy pytano, go, czy w meczu z mistrzami świata zmieni ustawienie drużyny. Media spekulowały o grze z piątką obrońców, ale uczeń Marcelo Bielsy jest przekonany, że korekta w czymś, co się sprawdziło i funkcjonuje jak trzeba, to niczym nie wytłumaczalne ryzyko.

W Hiszpanii wyczuwa się wielką troskę o drużynę, ale bez histerii. Chcieliby, żeby złoty sen trwał, ale mają świadomość, że kiedyś i tak trzeba się przebudzić. Jeszcze sześć lat temu „La Roja” mogła stawać w jednym rzędzie z Anglią, potentatem piłki klubowej, który w futbolu reprezentacyjnym był obijany jak uczniak. Luis Aragones i Vicente del Bosque stworzyli legendą, prawdziwe futbolowe monstrum. W dodatku w pięknym opakowaniu. Iniesta z Xavim zdawali się przemierzać triumfalnie światowe areny nie w korkach, ale baletkach na stopach.

Hiszpanom trudno ukryć sympatię do Chile. Decydujący mecz o przetrwaniu w Brazylii zagrają z zespołem, z którym dzielą miłość do czerwonego koloru i ofensywnej, ładnej piłki. Chilijczycy grają intensywnie, ich kapitan bramkarz Claudio Bravo mówi, że w porównaniu z mundialem w RPA drużyna dojrzała, nauczyła się gospodarować silami. Bielsa kazał biegać 90 minut, z czego ostatnie pół godziny gracze chilijscy podpierali się nosem. Dziś nie są już najmłodszą, ani najmniej doświadczoną drużyną w mistrzostwach.

Vicente del Bosque nie chciał podać składu. Prasa spekuluje, że w podstawowej jedenastce wyjdzie Xavi, a nie Koke. A więc konserwatyzm selekcjonera bierze górę. Zaraz przekonamy się, czy słusznie? Do drużyny wejdzie pewnie Pedro za Davida Silvę i Javi Martinez za Gerarda Pique. Debata na temat Diego Costy nie jest zawzięta, ale wszyscy wiedzą, że stanowi on zgrzyt w tej drużynie. Costa nie pasuje do tiki-taki, selekcjoner wierzy, iż takie obce ciało wewnątrz zaowocuje niezbędnym impulsem dla drużyny. Costa łamie utarte schematy, nikt nie ma pewności, czy bardziej szkodzi swoim, czy przeciwnikom. To wszystko czysta teoria. Praktyka za chwilę.

A jeśli chodzi o pojedynek kibiców pod Maracaną, to chilijski czerwony jest co najmniej pięć razy bardziej dominujący od hiszpańskiego.

wtorek, 17 czerwca 2014

Mecz z Portugalią zmienił się w demonstrację siły drużyny Joachima Loewa. Czy oglądaliśmy najlepszą drużynę brazylijskich mistrzostw?

Silni na ziemi i w powietrzu. Zgrani, zjednoczeni, wybiegani. Zalety Niemców można by wymieniać długo, gdy sędzia zagwizdał ostatni raz, komentator telewizji brazylijskiej podniósł znużony jednostronnym meczem głos, krzycząc, że zobaczył jednego z faworytów do tytułu mistrza świata. Emocje w hitowym starciu z Portugalią trwały pół godziny. Najpierw karny wykorzystany przez Thomasa Muellera, potem gol zdobyty głową przez Matsa Hummelsa, wreszcie czerwona kartka dla Pepe sprawiły, że otaczający mnie ludzi stracili złudzenia. Mecz oglądałem w knajpce przy plaży, gdzie zdecydowaną przewagę liczebną mieli stronnicy Portugalii. Niemcy zachowywali się jak Angela Merkel, stonowani, ale całkowicie pewni swego.

Emocji było tak niewiele, że brazylijska orkiestra, która przygrywa kibicom w przerwie zaczęła koncert ku pokrzepieniu serc już po 30 minutach. Ludzie się rozchmurzyli, zaczęli spokojniej rozmawiać, choć siedzący koło mnie chłopak przekonywał z pasją, że to nie jego rodacy, ale sędzia zniszczył emocje w tym meczu. - Niemcy go musieli kupić - puszczał oko do grupy Francuzów. Ci uśmiechnęli się pod nosem, nie potwierdzając i nie zaprzeczając, przez grzeczność.

Zobaczyliśmy dziś wielkie Niemcy, drużynę najbardziej kompletną z tych, które przybyły do Brazylii. W ataku pozycyjnym piłka im nie przeszkadza, do kontry biegają szybciej niż Portugalczycy. Mają szeroką kadrę, która w męczącym turnieju może mieć wielkie znaczenie. W starciu indywidualności (Cristiano Ronaldo) z drużyną, gwiazdą była dziś drużyna.

Niemcy mają też oczywiście swoje ograniczenia. Raczej historyczne niż współczesne. Na wielkim turnieju nigdy nie wygrali z Włochami, co jak widzieliśmy w półfinale Euro 2012, urosło u nich do rozmiaru kompleksu. Nie bardzo umieją też radzić sobie z Brazylią, i nawet jeśli Joachim Loew ma dziś więcej graczy światowej klasy niż Luiz Felipe Scolari, dla Niemców, jak zresztą dla wszystkich innych, niczym łatwym nie będzie starcie z gospodarzami.

Można jednak zaryzykować tezę, że w pierwszej kolejce spotkań zespół Loewa zagrał najlepiej ze wszystkich. Niemcy poruszali się w takim tempie, jakby wczesne, brazylijskie popołudnie w pełnym słońcu nie było dla nich żadnym problemem. O ile można przypuszczać, że Holendrzy nie wytrzymają tempa, które narzucili w starciu z Hiszpanami, o tyle mannschaft w następnych meczach raczej na pewno zagra tak samo. Jeśli nie lepiej.

Wychodząc z knajpki Portugalczycy mieli zwieszone głowy. Przegrywali z Niemcami ostatnio: na mundialu w 2006, na Euro 2012, ale nigdy tak bezdyskusyjnie i zdecydowanie. W dodatku stracili Pepe i kontuzjowanego Fabio Coentrao. Mieli zamiar zacząć w wielkim stylu, ale odbili się od skały. Trzeba się teraz szybko pozierać uznając, że Niemcy są poza zasięgiem dla wszystkich grupowych rywali. Przecież nie stało się dziś nic więcej ponad to, czego właściwie wszyscy się spodziewali. Trzy punkty mieli zgarnąć Niemcy i tylko wynik mógł być niższy.

 
1 , 2
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac