blog Darka Wołowskiego
RSS
niedziela, 29 maja 2016

Raz po powtórzonym meczu (1974), raz po dogrywce (2014), raz po karnych (2016) - Atletico Madryt przegrało trzy finały Ligi Mistrzów w tak dramatycznych okolicznościach, że można je nazwać największym pechowcem w światowej piłce.

Strzał Juanfrana w słupek rozstrzygnął karne po 120 minutach morderczej rywalizacji. Po nim strzelał już tylko Cristiano Ronaldo - tak pewnie jak robi to zazwyczaj. Kilkadziesiąt tysięcy fanów Atletico tylko jęknęło. Wróciło wspomnienie klubu zaprzepaszczonych szans, z którym tak imponująco walczy Diego Simeone.

Gdy Atletico padało po ciosach Realu w dogrywce lizbońskiego finału sprzed dwóch lat, Argentyńczyk wmawiał im, że to nie koniec. I słowa dotrzymywał. Do dzisiaj. Dziesiątki tysięcy fanów czerwono-białych, którzy wygrali swoją rywalizację na trybunach nie było wstanie pomóc drużynie. Co by było, gdyby Juanfran trafił z karnego, lub Griezmann w 47. min? Będą pytali przez następne pokolenia. A może nie, może w myśl zasady wpajanej przez Simeone (nigdy nie przestawaj wierzyć) drużyna dostanie w końcu to, na co zasłużyła?

Szansa się powtórzyła po dwóch latach. Z tym samym rywalem i z takim samym zakończeniem. Ale może to jeszcze nie był ostatni raz? Póki co jednak nie ma innej drużyny w Europie, która grałaby w finale Pucharu Europy trzy razy za każdym razem przegrywając. Juventus, Bayern, Benfica, Milan przegrywały częściej, ale każdy co najmniej po dwa razy zdobył trofeum.

Na przeciwnej szali jest Real. Jego te rozgrywki kochają, jak Sevillę Liga Europy. Real zaczął mecz fenomenalnie, potem gasł, ale trwał do karnych. Loterię musiał wygrać, bo los jest po jego stronie. Rzecz jasna „Królewscy” godnie zapracowali na jedenasty Puchar Europy. Zinedine Zidane wzniósł go po zaledwie pięciu miesiącach pracy. Casemiro, Casemiro i Casemiro - dzień przed meczem Simeone powtarzał to nazwisko jak zaklęcie. Brazylijczyk nie zagrał w ostatnich derbach Madrytu przegranych przez Real na Santiago Bernabeu 0:1. Nie jest gwiazdą, najmniej znanym graczem zespołu Zidane’a, ale zapewnia mu równowagę między atakiem i obroną. Dzięki niemu stoperzy są spokojniejsi.

Mówił też Simeone, że w drodze do finału Atletico uporało się z dwoma z trzech najlepszych drużyn świata i że na San Siro czeka ta trzecia. Trzecia przeszkoda okazała się najtrudniejsza, bo też Real jest drużyną bardziej uniwersalną niż Katalończycy i Bawarczycy. Gdyby Bayern lub Barcelona zdobyły pierwszego gola w finale, nic to by w ich grze nie zmieniło. Atletico wciąż mogłoby grać z kontry, czyli tak jak lubi. Zespół Zidane’a natychmiast po bramce zmienił taktykę, mimo iż zaczął piorunująco. Akcje były błyskotliwe, wymierzone co do milimetra, w tempie, Kroosowi i Modricowi piłka przyklejała się do stóp tak, że nie można było jej zabrać.

Atletico zostało zmuszone, by wejść w obcą skórę, taką która wyjątkowo mu nie pasuje. Atak pozycyjny drużyny Simeone nie jest morderczą bronią. Ale i tak wróciła ona do gry. Yannick Ferreira Carrasco wszedł po przerwie i odmienił zespół. I w 79. min Atletico ukarało Real za grzech zaniechania. Za pasywność, zmarnowane szanse, kiedy drużynę Simeone w grze utrzymywały kilka razy opatrznościowe ręce Jana Oblaka. Do prostopadłej podciętej piłki dopadł Juanfran i zagrał wzdłuż bramki, a Carrasco wpakował ją do siatki.

Odżyło Atletico i dziesiątki tysięcy fanów patrzących w przerażeniu na wskazówki zegara. Real cofną się głęboko, za głęboko jak się okazało. A jednak swoje i tak osiągnął. Pewność zwycięstwa była po stronie „Królewskich” za nimi przemawiała historia, wielkie trofea, wielkie pieniądze. Atletico miało przełamywać bariery i znów nie dało rady.

sobota, 28 maja 2016

Jedni to synonim przepychu, bizantyjskich transferów i sukcesu. Drudzy cierpliwości, pracy i cierpienia. Real i Atletico są jak dwa pociągi, które po dwóch latach znów zderzają się w finale Ligi Mistrzów. Dziś na San Siro w Mediolanie.

Na jednym ze straganów przy Plaza Mayor w Madrycie wisi szalik Realu z napisem: „Mama sprawiła, że jestem przystojny, bogaty i gram w piłkę prawdopodobnie najlepiej na świecie”. Z boku podobizna Cristiano Ronaldo, najdroższego piłkarza w historii. Ironia jest aż nazbyt czytelna. We wrześniu 2011 roku, gdy Real grał mecz Ligi Mistrzów w Zagrzebiu i chorwaccy fani wygwizdywali Portugalczyka, po meczu powiedział bez ogródek, że ludzie zazdroszczą mu urody, bogactwa i talentu do piłki. - Innego wytłumaczenia nie znajduję - dodał.

Ronaldo synonimem skromności nie był nigdy. Ale czy musiał? - Moje liczby mówią same za siebie, one dają mi miejsce w historii - powiedział niedawno. W tym momencie milką najwięksi wrogowie Portugalczyka. Zdobył 94 gole w Pucharze Europy, aż o 11 więcej od drugiego w tabeli wszech czasów Leo Messiego. W 347 meczach Realu trafił do siatki 364 razy i zaliczył ponad 100 asyst. Te dane zwalają z nóg, a przecież w Madrycie jest zaledwie od 7 lat.

Powie ktoś, że szalik, który widziałem w Madrycie wymyślił jakiś zazdrosny kibic Atletico. Nie byłbym tego pewien, bo część fanów z Santiago Bernabeu ma wobec Portugalczyka ambiwalentne uczucia. W tym sezonie wygwizdywali go kilka razy, ostatnio w lutym po porażce w derbach Madrytu. Wściekły Ronaldo rzucił wtedy do dziennikarzy, że gdyby wszyscy koledzy byli w takiej formie jak on, Real byłby liderem. Ponoć chodziło mu o plagę kontuzji w drużynie, ale kibice potraktowali to jako kolejny przejaw buty. I zaczęły się spekulacje, że Real go sprzeda.

Pojednanie nastąpiło dopiero w połowie kwietnia w meczu z Wolfsburgiem, kiedy na Santiago Bernabeu Real musiał odrobić dwa gole straty, by zagrać w półfinale Ligi Mistrzów. Ronaldo zdobył tego wieczoru hat-tricka, aż kipiał od energii. Był jak legendarny Junanito, piłkarz Realu z lat 70. i 80. podrywający innych do walki w sytuacjach krytycznych.

- Cristiano jest ikoną tej drużyny - powiedział kapitan Sergio Ramos. Fani z Bernabeu wreszcie zgotowali Portugalczykowi owację, skończyły się argumenty, że jest coraz starszy i strzela tylko słabeuszom. Bez niego „Królewscy” nie dotarliby do finału na San Siro i kolejny sezon najbogatszego klubu byłby stracony.

Ronaldo i Real pasują do siebie jak ulał. Ich pewność siebie niektórzy nazwą butą. „Królewscy” mają w witrynach 10 Pucharów Europy, dlaczego mieliby być oazą skromności? Tuż po tym jak Real awansował do półfinału tegorocznej edycji Ligi Mistrzów poprzedni prezes klubu Lorenzo Sanz powiedział: - Niech do finału przedrze się Atletico, z nim wygramy na pewno.

Na Vicente Calderon odebrano te słowa z oburzeniem. Fernando Torres powiedział, że właśnie dlatego zawsze wolał trzymać się z daleka od Santiago Bernabeu. - W Atletico wszyscy są skromni, taktowni, nie ma pychy, za to ciężka praca - wyliczał. Torres wychował się na Vicente Calderon, gdzie chodził ma mecze z dziadkiem. Potem zaczął trenować, grać w pierwszej drużynie, był tak dobry, że wkrótce zaczął o niego zabiegać bogatszy i silniejszy Real. Młody napastnik kategorycznie odmawiał. Gdy w 2007 roku Atletico musiało go wreszcie sprzedać, wybrał Liverpool. Tam jego drogi skrzyżowały się z niespełna rok młodszym Ronaldo, który robił oszałamiającą karierę w Manchesterze United.

Torresa sprowadzał na Anfield Road trener Rafa Benitez, tuż po przegranym finale Ligi Mistrzów z Milanem w Atenach. W półfinale kolejnej edycji gole Hiszpana nie pomogły, Liverpool odpadł z Chelsea. Trofeum zdobył Ronaldo z United, Torres odpowiedział z reprezentacją Hiszpanii, sięgając po tytuł mistrza Europy w Austrii. Okrasił to zwycięską bramką w finale z Niemcami. W plebiscycie Złota Piłka triumfował Ronaldo, przed Leo Messim i Torresem. Latem 2009 roku za 96 mln euro Portugalczyk odszedł do Realu.

Ich kariery zupełnie się wtedy rozjechały. Torres zdobył jeszcze z Hiszpanią mistrzostwo świata w RPA, ale kończył turniej jako rezerwowy. Podobno Iker Casillas powiedział o nim, że to najbardziej przereklamowany zawodnik w historii hiszpańskiej piłki. Na najwyższym poziomie pograł jeszcze niespełna rok, po czym z rozpędu został najdroższym piłkarzem w historii Premier League przechodząc do Chelsea za 60 mln euro. Wtedy zaczął się spektakularny zjazd, staczał się w zastraszającym tempie. Przez pół roku zdobył dla nowego klubu jednego gola. Paradoksalnie z Chelsea wygrał jednak Ligę Mistrzów. W półfinale 2012 roku wszedł z ławki, a jego gol pogrążył Barcelonę, w finale z Bayernem pojawił się w grze dopiero w 85. min. Wywalczył rzut rożny, po którym padła wyrównująca bramka dla Anglików.

W Chelsea nie zdołał go odbudować nawet Jose Mourinho i bez żalu oddał do pogrążonego w kryzysie Milanu, gdzie strzelił jedną bramkę. Gdy wydawał się ostatecznie skończony, przypomniało sobie o nim Atletico. Paradoksalnie wracał do innego klubu, niż ten z którego odchodził, i który w 2002 roku jako zdolny junior wydobył z II ligi. Jego trenerem 14 lat temu był legendarny, nieżyjący już Luis Aragones - strzelec gola w przegranym finale Pucharu Europy z Bayernem z 1974 roku.

To co robi Diego Simeone przyćmiewa jednak wszystkich szkoleniowców Atletico. Argentyńczyk stworzył wielką drużynę, która po 40 latach wróciła do finał Ligi Mistrzów. W Lizbonie przegrała jednak z Realem po dogrywce. Ronaldo zdobył wtedy czwartą bramkę ustanawiając rekord 17 goli w jednym sezonie Champions League. Znów nazwano go bucem, bo choć mecz od dawna był rozstrzygnięty, zerwał z siebie koszulkę i świętował jakby dokonał cudu. Niektórzy dostrzegli w tym kolejny dowód, że osobiste rekordy stawia ponad drużynę. Portugalczyk odpowiada golami na wszelkie zarzuty. W tym sezonie LM ma ich 16 i przed sobą finał.

Torresa równia pochyła dobiegła końca. Simeone wiedział, że takiemu symbolowi warto dać szansę, bo za ten klub gotów jest ginąć. Prezentacja gasnącego w oczach gwiazdora zapełniła do ostatniego miejsca Vicente Calderon. Sąsiedzi drwili, że „Colchoneros” odzyskali nic niewartego starucha. U Simeone się odrodził. Zdobył w tym sezonie ligowym 11 bramek, ostatnio tyle strzelał w Liverpoolu. Jest drugim strzelcem Atletico. Na San Siro ma postraszyć Real. Czy to możliwe, by był w stanie rywalizować z taką maszyną jak Ronaldo?

środa, 25 maja 2016

Odpowiedź jest z pozoru banalna. Przecież pokonując Barcelonę i Bayern Monachium Diego Simeone dotarł z drużyną do finału na San Siro. Z historii najważniejszych rozgrywek wynika jednak co innego.

Simeone zbył moje pytanie. Może niedokładnie usłyszał, lub nie zrozumiał. Przed finałem Ligi Mistrzów w 2014 roku tłum dziennikarzy z całego świata zebrał się na stadionie Vicente Calderon. Atletico było tuż po zdobyciu 10. tytułu mistrza Hiszpanii, w drodze do którego pokonało Real w lidze dwa razy. Zapytałem, czy Argentyńczyk jest gotów przełamać pewne niepisane prawo Pucharu Europy - do dziś z klubów hiszpańskich rozgrywki wygrywali tylko dwaj giganci z Santiago Bernabeu i Camp Nou.

Wszyscy pamiętamy wspaniały zespół Valencii prowadzony przez Argentyńczyka Raula Cupera z gwiazdami takimi jak Gaizka Mendieta, Ruben Baraja, czy Argentyńczycy Claudio Lopez i Pablo Aimar. Na przełomie wieku dotarli do finału Ligi Mistrzów dwa razy. W 2000. roku w Paryżu mierzyli się z Realem - to był dopiero pierwszy w historii rozgrywek przypadek, gdy o zwycięstwo rywalizowały dwa klubu z jednego kraju. Valencia Cupera ogrywała Real w lidze hiszpańskiej, „Królewscy” zajęli dopiero piąte miejsce w tabeli Primera Division. Ale gdy przyszło rywalizować o tytuł najlepszej drużyny Europy wygrali z Valencią gładko 3:0. Kilka miesięcy później jeden z piłkarzy Cupera wyznał, że zespół pojechał do Paryża świętować z kibicami. Nic dziwnego, że finał był dla Valencii tak zły.

Cuper pozbierał drużynę i awansował do kolejnego finału na San Siro. Wtedy Valencia podjęła walkę z Bayernem Monachium, ale znów przegrała po dogrywce i serii rzutów karnych. Dziś jej kibice wspominają tylko złotą erę, jesienią ich klub odpadł z Ligi Mistrzów już w fazie grupowej.

Nie znaczy to, że historia Pucharu Europy nie zna sensacji. W 1982 roku Aston Villa pokonała w finale Bayern Monachium, a cztery lata później Steaua Bukareszt Barcelonę. Dziś wygląda to wręcz szokująco, gdy klub z Villa Park spadł z Premier League zdobywając zaledwie 17 pkt w 38 meczach.

Nie tylko wielcy i bogaci wygrywali Puchar Europy, ale przede wszystkim oni. Real wystąpił w finale 13 razy, z czego aż 10 razy wygrał. A więc jego skuteczność wynosi 77 procent. Atletico docierało do finału dwa razy (1974, 2014) i dwa razy przegrywało, choć w obu meczach pierwsze strzelało bramkę.

Z pewnością graczom Simeone nie grozi to, co stało się z Valencią 16 lat temu. Na pewno nie jadą na San Siro na wycieczkę. - Triumf w Champions League jest naszym największym marzeniem. Nie spoczniemy, póki nie dopniemy swego - mówi prezes Enrique Cerezo.

Prasa hiszpańska przypomina, że od 7 lat w Lidze Mistrzów wygrywa Pep Guardiola, lub ten, kto go pokona. Katalończyk zdobył trofeum dwa razy z Barceloną, w pozostałych przypadkach odpadał w półfinale w rywalizacji z zespołem, który potem zdobywał Puchar. W tym roku Bayern Guardioli z Champions League wyeliminowało Atletico. Wyeliminowało też broniącą tytułu Barcelonę. Tylko co z tego?

„To się zdarza raz w życiu, najwyżej dwa. Zresztą i tak Puchar zostaje do domu” - to fragment z popularnej w Madrycie reklamy jednego ze sponsorów Ligi Mistrzów. Tak samo było dwa lata temu, gdy na stołecznym ratuszu przy Puerta del Sol powieszono wielki, pojednawczy napis: „Wygra, kto wygra, Madryt już wygrał”. Może są mieszkańcy stolicy Hiszpanii, dla których finał na San Siro będzie benefisem madryckich klubów. Przygniatającej większości nie jest jednak obojętne, kto wygra. Dla wielu to wręcz sprawa życia, lub śmierci.

24 miesiące temu w najważniejszych derbach Madrytu w Lizbonie wygrał Real. Tak się złożyło, że oglądałem ten mecz z trybun Vicente Calderon razem z 55 tysiacami fanów Atletico. Nie dostali biletów na Estadio da Luz w Lizbonie, więc wypełnili do ostatniego miejsca obiekt swojego klubu. Na środku boiska postawiono wielkie telebeamy, by czerwono-biały tłum mógł przeżyć finał razem.

Kilkanaście kilometrów dalej na Santiago Bernabeu zebrało się 80 tys fanów Realu. Cierpieli do 93. min, gdy Sergio Ramos zdobył wyrównującą bramkę. Ten gol ich ocalił, ale złamał serca ludzi siedzących wokół mnie. Oni czuli, że Atletico jest wyczerpane, nie ma sił na dogrywkę. I rzeczywiście Real zdobył potem jeszcze trzy gole i zwyciężył. Pod fontanną Kybele dwa miliony fanów „Królewskich” czekało na powrót piłkarzy z Lizbony do białego rana.

Dla Atletico była to sądna noc - z 24 na 25 maja 2014 roku. 55 tys ludzi wychodziło z Vicente Calderon jak ze stypy. Powtarzali sobie, że los jest wyjątkowo brutalny i niesprawiedliwy. Przecież Real, najbogatszy klub świata będzie miał jeszcze wiele okazji, by zdobyć najcenniejsze trofeum. Tymczasem Atletico do finału dociera raz na 40 lat. Tak się wtedy wydawało. Jaką siłę musi mieć w sobie Simeone, że się nie poddał.

Argentyńczyk był wojownikiem jako piłkarz, jest jako trener. Pozbierał swoich graczy. Nowy sezon zaczął od serii zwycięstw. Zemsta zdawała się słodka. Wygrał derby z Realem w lidze, Superpucharze Hiszpanii i Pucharze Króla. Kiedy jednak wiosną los zetknął oba madryckie kluby w ćwierćfinale Ligi Mistrzów, znów górą byli „Królewscy” - po 180 minutach ciężkiej walki wygrali 1:0.

W sobotę na San Siro Real będzie faworytem finału. Jego kadra jest trzy razy droższa niż zespół Simeone. Dla obu madryckich klubów od tego meczu zależy bardzo wiele - przegrany zakończy sezon bez trofeum. Drużyna Zinedine’a Zidane’a nie może sobie na to pozwolić. Gdyby Simeone znalazł jednak sposób na przełamanie złej passy i umieścił w witrynach Vicente Calderon Puchar Europy, zyskałby nieśmiertelność. To by katapultowało Atletico na wyższy poziom.

Argentyński trener i tak dokonał cudów. Kiedy przychodził do klubu w 2011 roku drużyna z Calderon modliła się, by wygrać z Realem pojedynczy, nawet nieznaczący mecz. Dziś ma giganta na wyciągnięcie ręki w finale najważniejszych rozgrywek. Tylko czy jest w stanie go wreszcie pokonać?

Sposób gry Atletico - bazujący na dyscyplinie w defensywie - ma swoich zwolenników i przeciwników. Dla jednych Simeone jest geniuszem, bo znalazł sposób na gwiazdozbiory takie jak ten z Barcelony, czy Bayernu. Dla drugich uprawia antyfutbol: brutalny i wyrachowany. Atletico budzi emocje w całej Europie.

A przecież do niedawna fani Realu mogli wywieszać transparent z napisem „Szukamy rywala godnego derbów Madrytu”. Do finału Pucharu Króla w 2013 roku Atletico przez 14 lat nie potrafiło wygrać z „Królewskimi”. Mieszkańcy stolicy Hiszpanii z zazdrością patrzyli na Mediolan, gdzie Inter i Milan toczyły na San Siro epickie boje. I właśnie na tym stadionie w sobotę Atletico ma się przełamać. Ostatnio wygrywa z Realem regularnie, ale Puchar Europy to rozgrywki kochające „Królewskich” z wzajemnością.

W stolicy futbolowej Europy gorączka narasta. Atletico i Real odwołują się do swoich symboli, które mają im pomóc w zwycięstwie. Madrycki finał Ligi Mistrzów za trzy dni.

Neptun spogląda na mnie groźnym wzrokiem. Jakby wyczekiwał w napięciu, co się wydarzy w sobotę. Wyrzeźbiony według projektu Ventury Rodrigueza pomnik z białego marmuru śledzi historię Madrytu od końca XVIII wieku. W tamtym czasie powstały trzy podobne pomniki, one zdobią dziś fontanny Kybele i Apolla. Motywy zaczerpnięto z mitologii, by uświetniały najbardziej kultową aleję stolicy - Paseo del Prado.

W 1898 roku Neptun został przeniesiony na plac Canovas del Castillo, sąsiadując ze słynnym muzeum Prado. W czasie oblężenia Madrytu podczas wojny domowej jego okazały trójząb był obiektem gorzkich żartów. W mieście panował głód, wymęczeni madrytczycy opowiadali, że Neptun modli się, by dano mu w końcu coś do zjedzenia, lub zabrano z ręki ten nieszczęsny „widelec”.

Bóg mórz jedzie w rydwanie w kształcie muszli, ciągnięty przez koniki morskie. Kilkaset metrów wyżej stoi „krewniaczka” Neptuna, zaprojektowana 5 lat wcześniej przez tego samego artystę bogini płodności i urodzaju Kybele. Porusza się na rydwanie zaprzężonym w dwa lwy - według mitologii to Hippomenes i Atlanta skazani przez Afrodytę na wieczną harówkę. Pierwotnie Kybele wznosiła się na Paseo de Recoletos, ale w 1985 r. przeniesioną ją jak Neptuna w nowe miejsce. Dziś otoczona jest gmachami Pałacu Buenavista, Banku Hiszpańskiego, czy Pałacu Linares. Trudno znaleźć w stolicy Hiszpanii bardziej prestiżowe miejsce.

Przez prawie 250 lat Neptun i Kybele istnieli w harmonii. Aż podzielili ich kibice Atletico i Realu. Gdyby Kybele mogła przemówić, opowiedziałaby te wszystkie brewerie wyprawiane przez fanów królewskiego klubu po zwycięstwach. Kiedyś urwali jej fragment dłoni, bo zwyczaj był taki, że zawieszali na niej barwy Realu. Władze Madrytu zabroniły imprez pod fontanną na jakiś czas, a już na pewno wspinaczki na pomnik.

Ale przecież Madryt dumny jest z Realu. Najbardziej utytułowanego i najbogatszego klubu świata. „Los Blancos” zdobyli aż 10 razy tytuł najlepszej drużyny Europy. Atletico ma im czego zazdrościć, toteż gdy dwa lata temu, gdy odzyskali mistrzostwo Hiszpanii stoper Diego Godin zaśpiewał: „Niech się dowiedzą Biali, kto rządzi w stolicy”. Niestety dla Atletico na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. Kilkanaście dni później oba madryckie kluby spotkały się w Lizbonie, w finale Ligi Mistrzów. Atletico prowadziło do 93. min, gdy gol Sergio Ramosa odwrócił losy rywalizacji. Kapitan „Królewskich” jeszcze tej samej nocy dotarł pod fontannę Kybele i zaśpiewał „Niech się dowiedzą Indianie, kto rządzi w stolicy”.

Pod pomnikiem zebrało się wtedy ponad 2 miliony ludzi. Stałem w takim tłumie, że fontanny nikt z nas nawet nie mógł widzieć. Usłyszeliśmy śpiew, a właściwie ryk piłkarzy Realu dzięki mikrofonom rozstawionym wzdłuż ulic. Madryt od wielu dni szykował się do świętowania. Stalowe rusztowania, podesty wzniesiono wokół Neptuna i Kybele, bo nikt nie mógł wiedzieć, kto wygra.

Na ratuszu przy Puerta del Sol zawieszono wtedy herby Realu i Atletico oraz pojednawczy napis: „Wygra, kto wygra, Madryt już wygrał”. Po porażce herb Atletico ustąpił jednak miejsca transparentowi gratulującemu „Królewskim” 10. triumfu w najważniejszych rozgrywkach.

Czy można się dziwić, że Atletico czuje chęć odwetu? Neptun wyczekuje w napięciu najbliższej soboty. Wtedy, w maju 2014 roku po raz pierwszy w finale Pucharu Europy spotkały się dwie drużyny z tego samego miasta. Wszyscy w świecie piłki spodziewali się, że jeśli do tego dojdzie, to o najcenniejszy tytuł zagrają mediolańczycy z Interu i Milanu. Tymczasem stolicą futbolowej Europy został Madryt. Kto by jednak przypuszczał, że zaledwie dwa lata później Real i Atletico dotrą do finału jeszcze raz. I zagrają na mediolańskim San Siro, gdzie grają na co dzień Inter i Milan.

24 miesiące temu w Lizbonie Real wygrał po dogrywce najważniejsze w historii derby Madrytu. Wydawało się, że Atletico już się po tym ciosie nie podniesie. A jednak. Znów jest w finale.

Patrzę na Neptuna i czuję gniew. Gniew tysięcy fanów Atletico, którzy 24 maja 2014 roku przeżyli gigantyczne rozczarowanie. Wczoraj była rocznica, przypominała ją cała prasa madrycka. Atletico przez pokolenia było w cieniu Realu. Tak głębokim, że przez 14 lat nie potrafiło z nim wygrać nawet pojedynczego meczu. „Królewscy” chłostali lokalnego rywala jak chłopca do bicia, aż wrócił Diego Simeone, jego były piłkarz. Argentyńczyk był częścią wielkiego Atletico, które w 1996 roku zdobywało mistrzostwo Hiszpanii i Puchar Króla.

Jako trener stworzył jeszcze lepszą drużynę. Walczącą o każdy milimetr boiska. Od 2011 roku, gdy prowadzi Atletico, biedniejszy klub z Madrytu zaczął dominować w derbach. Ale w Lidze Mistrzów wciąż wygrywa Real, przed rokiem było to samo, w ćwierćfinale. Kilkadziesiąt dni wcześniej Atletico wygrało z nim w lidze hiszpańskiej aż 4:0, ale gdy przyszło do rywalizacji w Europie, lepsi byli „Królewscy”.

Taki sam marmurowy gniew jak w oczach Neptuna, zobaczymy w sobotę u Simeone. Argentyńczyk wie jednak, że chęć odwetu nie jest dobrym doradcą. Finały gra się z gorącym sercem i zimną głową. - Nie będziemy się mścić, ani rehabilitować za Lizbonę. W futbolu przeszłość trzeba zostawić w spokoju. Ale wykorzystać nową szansę - mówi trener Atletico.

Przeszłość klubu bywała bolesna, przegrał dwa finały Pucharu Europy (1974 i 2014), dwa razy prowadził, by na koniec płakać. Stąd pewnie Neptun ma tak surową minę.

Realowi kibicowała zawsze zamożna część miasta, Atletico robotnicy. Jego były piłkarz Adelardo opowiadał mi, że wokoło stadionu Calderon nad rzeką Manzanares mieszkali kiedyś ludzie mający dłonie jak bochny chleba. Dziś wszystko się pozmieniało, wokół rzeki wyrosły parki i nowa, zielona część Madrytu.

Historia rywalizacji obu klubów jest zawiła. Fani zarzucali sobie nawzajem wsparcie dyktatora Franco. Gdy Madryt dręczył głód, który dotknął nawet Neptuna, ówczesny prezes Realu ukrył się w polskiej ambasadzie w obawie przed represjami reżimu. Generałowie Franco przekształcili Atletico w klub wojskowy (Atletico Aviacion). Fakt jednak, że słynny prezes Realu Santiago Bernabeu walczył w wojnie domowej po stronie Franco. Potem dyktator „polubił” Real, bo Bernabeu zbudował najlepszą drużynę Europy. Władza chętnie podczepiała się pod jego sukces.

W sobotę Neptun i Kybele znów będą po przeciwnych stronach barykady. A przecież mają wspólne źródło, marmur z którego powstały pochodzi z miejscowości Montesclaros, a kamień z Ruduenii z okalających Madryt od północy gór Guadarrama.

poniedziałek, 23 maja 2016

Luis Enrique wyrównał rekord Pepa Guardioli w liczbie trofeów zdobytych z Barceloną po dwóch latach pracy.

Stracili Javiera Mascherano w 36. min (czerwona kartka). Stracili Luisa Suareza w 56. min (kontuzja). Nawet bez dwóch największych wojowników Barcelona zmogła Sevillę w dogrywce finału Pucharu Króla, choć środowy triumf w Lidze Europy nie pozostawił śladu na drużynie Unaia Emery’ego. Umie cierpieć i przetrwać Atletico, umie Real Madryt, potrafią też Katalończycy z pozoru zespół o najbardziej delikatnej konstrukcji.

Leo Messi zaliczył asysty przy bramkach Jordiego Alby i Neymara, Brazylijczyk dostał nagrodę pocieszenia na koniec fatalnej dla siebie wiosny. To cud prawdziwy, że z tak kluczowym graczem w głębokim kryzysie, Katalończycy wywalczyli podwójną koronę. Spadek formy z początku kwietnia kosztował zespół Luisa Enrique stratę szans na obronę tytułu najlepszej drużyny Europy.

Największym bohaterem finału był Andres Iniesta, który był motorem napędowym. Jego rajdy, slalomy, zwroty oddalały grę od pola karnego w czasie, gdy przez 54 minuty rywal grał w liczebnej przewadze. Hiszpan dokonywał rzeczy niezwykłych, na dwóch metrach zostawiał za sobą trzech rywali wyższych o głowę.

Jordi Alba zdobył swoją najważniejszą bramkę, będącą punktem zwrotnym. Piłkarz, który zaczynał jako napastnik, dziś jest bocznym obrońcą, zachował umiejętność zdobywania bramek. Wspaniały mecz zagrał Gerard Pique panujący nad atakami Sevilli w najgorszych momentach meczu. Drużyna Emery’ego wie jak gra się finały. Jeśli da się Sevilli coś zarzucić to może brak determinacji w atakach od kartki dla Mascherano. Grzegorz Krychowiak i jego koledzy nacierali z pasją, ale zachowując zimne głowy, jakby upływ czasu działał na ich korzyść. Tymczasem z każdą minutą Barca czuła się silniejsza, ze stanu trwania przeszła w stan aktywności i superaktywności, gdy w 91. minucie po czerwonej kartce dla Evera Banegi siły się wyrównały. Wtedy Sevilla była już skazana na porażkę.

Pique podkreślał charakter drużyny. Puchar Króla nie tyle wygrany, co wyszarpany Sevilli. Był czas, gdy Katalończycy łatwo tracili zimną krew, wystarczyło, że przez kwadrans coś na boisku nie toczyło się po ich myśli. Dziś drużyna dojrzała do świadomości, że niczego nie dostanie na kredyt, w nagrodę za umiejętności swoich gwiazd. W finałach się nie tylko gra, w finałach się walczy, świadomość i pokora drużyny Enrique jest dziś wystarczająca.

Na pewno łyk entuzjazmu z Pucharu Króla zdobytego po tak dramatycznym, intensywnym i wyczerpującym finale jest czymś bezcennym. Mówił o tym Sergio Busquets. Jeśli Barca miała nadzieję, że to będzie rywal bliźniaczy wobec Athletiku Bilbao sprzed roku, szybko musiała ją porzucić. Sevilla to dziś europejski zespół z wysokiej półki. Niewiarygodne, że można go burzyć i odtwarzać co roku rywalizując potem z najbogatszymi jak równy z równym. Nie wiem, czy taki Manchester United nie powinien sięgnąć po Monchiego i Emery’ego. Wyszłoby znacznie taniej.

Luis Enrique zdobył pięć głównych trofeów w dwa lata, o jedno więcej niż Pep Guardiola, który w drugim sezonie pracy sięgnął tylko po mistrzostwo kraju. W sumie obaj uzbierali po 7 tytułów, w zasadzie takich samych, choć Pep miał w kolekcji Superpuchar Hiszpanii, a Luis Enrique ma dwa Puchary. Różnicy można doszukać się w Lidze Mistrzów, gdzie broniący tytułu zespół Pepa przepadł w półfinale, podczas gdy drużyna Enrique rundę wcześniej.

Ciekawe jak długo trener zdoła utrzymać w zespole głód sukcesu, pod tym względem Barcelona jest fenomenem, Dani Alves, Leo Messi, Andres Iniesta i wielu innych nie wyliczyłoby już z pamięci wszystkich swoich osiągnięć. Łatwo uwierzyć nawet w bon mot, że motywuje ich frajda ze wspólnej gry.

piątek, 20 maja 2016

Lewandowki kontra Piszczek w sobotnim finale Pucharu Niemiec i Krychowiak kontra Messi w niedzielnym finale Pucharu Króla. Trzej pierwsi zanim wylądują na zgrupowaniu reprezentacji przed Euro 2016 walczą o swoje ostatnie trofea.

- Uffff, to będzie wspaniały mecz - powiedział mi wiceprezes Barcelony Carles Vilarrubi, który przyleciał do Warszawy na Międzynarodowe Targi Książki. 62-letniemu Katalończykowi zaświeciły się oczy, choć w ostatnich latach przeżył wiele spektakularnych triumfów swojej drużyny. Stwierdzenie wiceprezesa Barcy to przede wszystkim komplement i uznanie dla Sevilli, która w przeddzień naszej rozmowy rozbiła 3:1 Liverpool w finale Ligi Europy. Gracze Unaia Emery’ego zrobili na wszystkich piorunujące wrażenie, bramkę na 2:1 z 63. min Grzegorz Krychowiak zamieścił na swoim koncie na Twitterze, bo akcja złożona z kilkunastu podań była dziełem sztuki.

Polak ma się czym pochwalić, to on skierował do przodu piłkę rozgrywaną wcześniej przez obrońców - z tego urodził się cudowny gol i trzecie kolejne zwycięstwo w rozgrywkach. A Krychowiak jako pierwszy polski piłkarz obronił europejskie trofeum.

Poruszający hymn „El Arrebato” stworzony na stulecie klubu z Andaluzji znów zabrzmiał na całym kontynencie. Kibice przysięgają w nim, że będą wierni Sevilli aż do śmierci. Według relacji katalońskiej prasy razem z drużyną Emery’ego świętowali piłkarze Barcelony, uważając, że w niedzielnym finale Pucharu Króla wolą mieć za rywala drużynę usatysfakcjonowaną i szczęśliwą, niż taką, która desperacko chwyta się ostatniej deski ratunku.

Krychowiak i reszta mają trofeum i awans do Ligi Mistrzów. Kończą sezon, jak go zaczęli, czyli od starcia z Barceloną. 11 sierpnia 2015 roku w meczu o Superpuchar Europy przegrali w Tbilisi po dogrywce 4:5. Polak awaryjnie zagrał wtedy na pozycji stopera. W 51. minucie po golu Luisa Suareza było 4:1 dla Barcelony, a jednak Sevilla potrafiła się podnieść i wyrównać.

W niedzielę na Vicente Calderon oba zespoły zagrają o Puchar Króla. Finał reklamowany jako starcie dwóch mistrzów: Barca obroniła tytuł w Hiszpanii, Sevilla w Lidze Europy. Czy euforia i zmęczenie pozwolą drużynie Emery’ego dotrzymać kroku faworytom? Sportowo skala wyzwania jest znacznie wyższa, niż w meczu przeciw Liverpoolowi. W Barcelonie wszyscy są zbulwersowani, bo zabroniono im wnosić na stadion flagi katalońskie. W Hiszpanii wybuchła na ten temat narodowa dyskusja.

Takim samym hitem będzie sobotni finał Pucharu Niemiec na Stadionie Olimpijskim w Berlinie, gdzie Robert Lewandowski stanie do bratobójczej walki z Łukaszem Piszczkiem. Król strzelców Bundesligi (30 goli) wyrósł w Dortmundzie na gwiazdę, dziś strzela dla bogatszego Bayernu, ale były klub wciąż nosi w sercu. - Silna Borussia jest potrzebna wszystkim: lidze, bo staje się emocjonująca, Bayernowi, bo ma z kim rywalizować, i oczywiście mnie - mówi. - Spędziłem tam wspaniałe cztery lata, mecze z Borussią to dla mnie zawsze coś wyjątkowego.

Z Monachium żegna się Pep Guardiola, który odchodzi do Manchesteru City. Lewandowski twierdzi, że przy nim stał się lepszym piłkarzem, mimo że na początku nie zawsze rozumiał decyzje Katalończyka. Guardiola też uważa, że wiele się w Monachium nauczył, choć nie wygrał Ligi Mistrzów. Marzy, by pożegnać się podwójną koroną, mistrzostwo Niemiec już zdobył. To będzie także ostatni mecz w Dortmundzie Matsa Hummelsa, reprezentacyjny stoper przenosi się do Bayernu. Według byłego trenera obu klubów Ottmara Hitzfelda Bawarczycy dzięki silniejszej defensywie wygrają dzisiejszy finał 3:2, ale dopiero po dogrywce. Piszczek ma w tej kwestii z pewnością zdanie przeciwne.

środa, 18 maja 2016

Dzisiejszy bój Sevilli z Liverpoolem o triumf w Lidze Europy zapowiada się na ucztę dla najbardziej wymagających podniebień. 45-letni Unai Emery i cztery lata starszy Juergen Klopp mają dość charyzmy, by natchnąć piłkarzy do wielkich rzeczy.

„Liverpool to są emocje” - mówi Klopp uwielbiający odwoływać się do tradycji zespołu z Anfield Road. Pięć triumfów w Pucharze Europy, trzy w Pucharze UEFA przemianowanym w 2009 roku na Ligę Europy, tworzą mit klubu, który jest dla piłki tym, czym dla muzyki Beatlesi. W ustach Niemca słowa o emocjach nie brzmią jak puste frazesy. Od 8 października 2015 roku, gdy przyjął posadę w rozbitej drużynie, potrafił sprawić, by słynna pieśń „Nigdy nie będziesz sam” przestała brzmieć żałośnie. Klopp wyrósł w maleńkim Mainz, które zachwyciło Niemcy. W Borussii Dortmund stworzył „kapelę” zapierającą dech w piersiach świata. Dziś w tym samym rytmie, z tą samą intensywnością zaczyna grać przygasły kolos z Liverpoolu, który znów staje się fabryką wzruszeń dla kibiców.

Ci zrobili wszystko, by dziś na St. Jakob-Park zdobyć przewagę nad obrońcą trofeum. Stadion w Bazylei mieści zaledwie 38,5 tys ludzi, więc każdy z rywali dostał tylko 10236 biletów. Fani „The Red” latali do Sewilli, by po 2 tys euro odkupić wejściówki od Hiszpanów. Tysiąc z nich je sprzedało, za co zostaną ukarani przez klub z Andaluzji odebraniem karnetów. Szaleństwo na trybunach jest dziś gwarantowane, fani obu drużyn należą do najgorętszych w Europie. „Jesteśmy ludźmi Sevilli, za nią umrzemy” - śpiewał Grzegorz Krychowiak przed derbami stolicy Andaluzji. Władze ligi hiszpańskiej chciały go nawet za to ukarać uznając, że eskaluje i tak ogromne emocje tłumu.

Liverpool powinien dziś nakręcać Polaka. To marzenie jego dzieciństwa. Chciał być jak Steven Gerrard, symbol klubu z Anfield Road przez dwie dekady, do 2015 roku. Kiedy Krychowiak miał 15 lat, Gerrard zaliczył życiowy wzlot, prowadząc „The Reds” do triumfu w Lidze Mistrzów po najbardziej niewiarygodnym finale w historii, w którym Milan wygrywał do przerwy 3:0. Z internatu w Szczecinie nastoletni Krychowiak wysłał do Jerzego Dudka list z prośbą o autograf, który otrzymał. W Stambule polski bramkarz przeszedł do legendy.

Ci, którzy pamiętają Krychowiaka z ubiegłorocznego finału Ligi Europy w Warszawie, przeczuwają, że dziś na St. Jakob-Park znów można spodziewać się rzeczy niezwykłych. Grający na niesprzyjającej fajerwerkom pozycji defensywnego pomocnika Polak był w meczu z Dnipro wulkanem energii. To on zdobył wyrównującą bramkę, bez której Sevilla nie zmogłaby Ukraińców. Krychowiak należy do tych piłkarzy, których nakręca magia wielkich meczów.

Goli zdobywa mało, ale jeden ważniejszy od drugiego. Poczynając od bramki w mistrzostwach świata do lat 20 w 2007 roku, która zapewniła Polakom zwycięstwo nad Brazylią. Zdobył też gola dającego Stade Reims pierwsze zwycięstwo po awansie do Ligue 1. W Sevilli pierwszy raz trafił do siatki w 1. kolejce poprzedniej edycji Ligi Europy (z Feyenoordem), po czym drużyna Emery’ego zmogła wszystkich kolejnych rywali i obroniła trofeum.

Hiszpańskie media przekonują, że Liga Europy kocha Sevillę (Sevilla League). Klub z Andaluzji jako jedyny wygrał ją aż cztery razy, wszystkie triumfy zaliczając w ostatniej dekadzie (2006, 2007, 2014, 2015). Dziś szansa na hat-trick, co w tych rozgrywkach nie udało się nikomu.

Pozycja jaką w półtora roku zbudował sobie w Sevilli Krychowiak wciąż szokuje. W pierwszym sezonie trafił do jedenastki gwiazd ligi hiszpańskiej, a ostatnio kibice wybrali go do drużyny dekady klubu z Andaluzji. Obok takich tuzów jak Dani Alves, Federic Kanoute, Jesus Navas, Luis Fabiano, Seydu Keita. Drugi sezon jest jednak dla Polaka trudniejszy, w końcu stycznia miał uraz więzadeł w kolanie, który wyeliminował go z gry na 42 dni. Wciąż szuka szczytu formy.

Sevilla budowała swój status w Lidze Europy, sławniejszy Liverpool we wszystkich rozgrywkach. Puchar UEFA zdobył trzy razy (1973, 1976 i 2001), ten ostatni finał w Dortmundzie wygrany z hiszpańskim Alaves 5:4 uznano za mecz roku. Od tamtej chwili angielski klub już tylko raz wygrał Ligę Europy - Chelsea w 2013. Giganci Premier League lekceważyli te rozgrywki, ale to się zmienia, bo UEFA zdecydowała, że od ubiegłej edycji triumfator LE dostaje przepustkę do Ligi Mistrzów. W tym sezonie ligowym nie wywalczyła jej ani Sevilla (siódma w Hiszpanii), ani Liverpool (ósmy w Anglii). Stawka finału jest więc dla obu stron ogromna.

Emery i Klopp to obok Pepa Guardioli i Diego Simeone najbardziej charyzmatyczni trenerzy młodego pokolenia. Szkoleniowiec Sevilli i Liverpoolu piłkarzami byli przeciętnymi, za to w roli wodzów sięgają najwyższego poziomu. Liverpool to znów gwarancja spektaklu i dramaturgii. W tej edycji Ligi Europy wyeliminował Manchester United i Borussię Dortmund, rewanż na Anfield z klubem z Dortmundu był piorunujący. Gospodarze przegrywali 1:3 do 66. minuty. Zwycięskiego gola zdobyli w doliczonym czasie i awansowali. W półfinale pobili Villarreal i to był pierwszy przypadek w sezonie, kiedy hiszpański klub odpadał z europejskich rozgrywek z rywalem z zagranicy. Wszystko dowodzi, że efekt Kloppa działa.

Drużyna z Anfield gra w takim tempie, z taką intensywnością, że potrafi zmóc przeciwników lepszych od siebie. Sevilla przewyższa The Reds w grze kombinacyjnej, dziś będzie chciała unikać nawałnicy i niekontrolowanej wymiany ciosów. Krychowiak może być dla Emery’ego jeszcze ważniejszy niż zazwyczaj: siła i witalność, którym trzeba się będzie przeciwstawić to atuty Anglików.

Klopp mierzył się już z Sevillą, we wrześniu 2005 roku, jako trener Mainz. Klub z Andaluzji wyeliminował Niemców, pierwszego gola dla niego zdobył Kanoute, dziś największa legenda. Sevilla doszła w tamtej edycji do finału bijąc w nim angielski Middlesbrough 4:0. Tak się zaczął jej wzlot, trwający do dziś.

wtorek, 17 maja 2016

W całej historii La Liga Real Madryt miał jedną gorszą serię niż ostatnio. W latach 1933-1954, kiedy nie potrafił zdobyć mistrzostwa ani razu.

Santiago Bernabeu to największa legenda Realu. Bledną przy nim Di Stefano, Puskas, Gento, Raul, Cristiano Ronaldo, a Florentino Perez nie jest nawet cieniem. Piłkarz, trener, działacz, prezes, twórca koncepcji galaktycznej w czasach, gdy nikomu się o niej nie śniło. Wziął udział w wojnie domowej po stronie reżimu Franco, ale nie mieszając futbolu z polityką, dawany prezes Realu jest jedną z największych piłkarskich legend.

Stoi za nim sześć Pucharów Europy i drużyna, którą stworzył wokół Di Stefano. Kopa, Puskas - to były pierwsze galaktyczne transfery. Ale w 1966 roku Real zdobył szósty triumf w Pucharze Mistrzów już bez obcokrajowców.

Nawet Bernabeu przeżył jednak bardzo trudne chwile na starcie swojej kadencji rozpoczętej w 1943 roku, a zakończonej śmiercią w 1978. Aż do 1954 roku nie był mistrzem Hiszpanii ani razu. Przez 17 lat Barca wygrywała 5 razy, Atletico Madryt 4, Athletic Bilbao i Valencia po 3, Sevilla i Betis po razie. „Królewscy” pięć razy kończyli rozgrywki na drugim miejscu.

W następnych 17 latach drużyna z Bernabeu była mistrzem aż 12 razy! Kiedy słynna Quinta del Buitre zgarnęła pięć tytułów pod rząd w latach 1986-90, Michel Gonzalez powiedział: „musi upłynąć 20 lat, by kibice potrafili docenić to co zrobiliśmy”. A przecież była to druga taka seria, pierwszą królewska drużyna zanotowała między 1961, a 1965. Jedna z sędziwych legend tamtych lat Pirri zauważył ostatnio, że błogosławieństwem dla Pereza, Ronaldo i innych obecnych gwiazd jest fakt, że Puchar Europy tak się zmienił. Gdyby nie to, że dopuszczono do rywalizacji nie tylko mistrzów, ale po kilka najlepszych drużyn z najmocniejszych lig, Real wystartowałby w tych rozgrywkach w ostatnich ośmiu latach zaledwie raz!

Po zakończeniu tego sezonu jeden z dziennikarzy „Marki” napisał tekst o żalu, który odczuwa, że Real oddał hegemonię w Hiszpanii, redukując swój czas do pojedynczych wzlotów. Tak jak Di Stefano, Kopa i Puskas budowali swoją legendę w rozgrywkach międzynarodowych, tak Quinta del Buitre wciąż jest uznawana za zjawisko lokalne. Butragueno, Michel, Martin Vanzquez nie wygrali dla Realu Pucharu Europy, ale budowali jego hegemonię w Hiszpanii.

A potem w Barcelonie nastał Johan Cruyff i przewrócił hierarchię do góry nogami. Bara zawładnęła hiszpańskim futbolem na ćwierć wieku. W tym czasie wzięła tytuł 14 razy.

Mistrzostwo zdobywa drużyna najbardziej regularna, tytułu nie wygrywa się przypadkiem, bo na dystansie 38 kolejek trzeba przetrwać kryzysy fizyczne, psychiczne, presję, błędy arbitrów i wzloty rywali. Tytuł jest za to wszystko nagrodą, dlatego w niedzielę drużyna Luisa Enrique tak szalała z radości. Mistrzostwo przyznano jej w połowie marca, by w kolejnych czterech meczach straciła całą przewagę. Do końca pozostało 5 kolejek i trzeba było zdobyć komplet 15 pkt. Trudno o lepszy test charakteru. Katalończycy ten test przeszli.

Zespół Zinedine’a Zidane’a zdał swój. Kiedy po derbach 27 lutego Atletico zapakowało do trumny zwłoki „Królewskich”, ci potrafili zaprotestować. Wygrali 12 kolejnych meczów w lidze, przebili się do finału Ligi Mistrzów na San Siro, gdzie pałają żądzą rewanżu na lokalnym rywalu. Być może po raz 11 zostaną najlepszą drużyną Europy? Może znów zdarzy się coś na miarę główki Ramosa z finału sprzed dwóch lat, która ocaliła triumf dla Realu i obrosła legendą. Ligę Mistrzów wygrywa się wielkimi zrywami, ale od dawna nikt nie jest jej hegemonem. A jeśli już, to najbliżej do tego miana Barcelonie z czterema triumfami o ostatniej dekadzie.

niedziela, 15 maja 2016

Real Madryt był mistrzem Hiszpanii tylko 14 minut. Przez 14 minut spełniała się przepowiednia Diego Simeone. W końcu tytuł wzięła Barcelona. Jak zwykle.

25 lat temu nie zdobylibyśmy tego tytułu - przekonuje Gerard Pique. Stoper uważa, że w tym okresie Barcelona wyrosła z kompleksów. Rzeczywiście trudno znaleźć zespół, który przeszedłby tak spektakularną zmianę. Od 2009 roku Katalończycy oddali mistrzostwo zaledwie dwa razy. Raz pojechało na Bernabeu, raz na Calderon. Real Madryt był w tym czasie wicemistrzem Hiszpanii sześć razy.

Nie mógł w to uwierzyć nawet Diego Simeone, który widział w „Krolewskich” faworyta tego sezonu właśnie z tego powodu. Klub o tak gigantycznym potencjale nie może wygrywać mistrzostwa raz na 8 lat? A jednak może.

Wczoraj Real był mistrzem 14 minut, gdy prowadził w La Corunii, a Barcelona jeszcze remisowała w Grenadzie. Potem Luis Suarez rozpoczął strzelanie, dziennik „Marca” nazwał tę edycję rozgrywek „ligą Suareza”. 

- Koledzy mnie szukają w polu karnym, a ja tylko wpycham piłkę do siatki - mówił Urugwajczyk. Jego liczby są porażające. Król asyst La Liga, 40 goli - lepszy wynik w całej historii rozgrywek mieli tylko Leo Messi i Cristiano Ronaldo.

Dzięki Suarezowi tridente poprawiło swój wynik z poprzedniego roku. Wtedy zdobyło 122 bramki, teraz ma ich 130 i w perspektywie finał Pucharu Króla. W ubiegłym sezonie Messi zdobył 58 goli, Neymar 39 i Suarez 25, ale oczywiście on ruszył do gry późną jesienią od El Clasico przegranego na Santiago Bernabeu. Teraz liderem strzelców jest Urugwajczyk 59 bramek, Messi ma 41 i Neymar 30. Argentyńczyk dwa miesiące leczył kontuzję wracając późną jesienią na wygrane 4:0 El Clasico. To wtedy piłkarze Barcelony poczuli się poza konkurencją.

Ale konkurencja walczyła do ostatniej chwili. Real nie odpuścił, choć sezon miał koszmarnie ciężki. Na Bernabeu poległ z Barcą i Atletico nie zdobywając gola. Wielkość drużyny poznaje się po sposobie w jaki wydobywa się z pułapki. „Królewscy” byli tam, gdzie Barcelonie wyczerpał się margines błędu. Dziś trudno mieć do nich pretensje.

Był taki moment w El Clasico na Camp Nou, że Katalończykom zakręciło się w głowach. Po golu Gerarda Pique wyprzedzali Real aż o 13 pkt. Porażka w tamtym meczu zakończyła ich rekordową serię (39 spotkań bez przegranej), wszystko co złe rozegrało się w zaledwie dwa tygodnie. Barca zaprzepaściła całą przewagę w lidze i odpadła z Champions League. To były ciosy, po których właśnie się podnosi.

Nie będzie kolejnej potrójnej korony. Cierpiał w tym sezonie Real, cierpiało Atletico, cierpiała Barcelona. Każdy dostał za to swoją premię, tytuł zdobyty w ostatniej kolejce smakuje inaczej, niż na dwa miesiące przed końcem. - Chyba jesteście zadowoleni? Choć i tak wiem, że niektórzy z was zadowoleni nie są - powiedział do dziennikarzy Jordi Alba. Apetyty Barcy były większe, porażka z Atletico w ćwierćfinale LM kładzie się cieniem na wspaniałym sezonie. Wiek XX był wiekiem Realu, kolejny zaczął się po katalońsku.

sobota, 14 maja 2016

12 kolejnych zwycięstw w La Liga nie da Realowi Madryt tytułu mistrza Hiszpanii. Chyba, że zdarzy się cud w cudownej Grenadzie.

Sala de la Barca - kiedy trzeci i największy pożar wybuchł w twierdzy Alhambra, ogień wdarł się aż do tego niezwykłego miejsca. Nazwa Barca nadana przepięknej komnacie wzięła się ze zniekształcenia arabskiego słowa „baraka” oznaczającego błogosławieństwo.

Widok z Alhambry zapiera dech w piersiach, „Kto nie widział Grenady, nie widział niczego” - przekonuje hiszpańskie przysłowie, cytowane we wszystkich przewodnikach. Stan faktyczny przerasta jednak oczekiwania, tak jak oczekiwania przerastają widoki z tarasów zbudowanych na przeciwległym zboczu, gdzie wznosi się cygańska część miasta.

Grenada dziś nie będzie perłą Andaluzji, na nowy stadion Los Carmenes przybywa Barca, która chce udowodnić wszystkim, że niewiarygodny pościg Realu Madryt był daremny.

Drużyna Zinedine’a Zidane’a nie zależy od siebie. Jeśli Leo Messi, Neymar i Luis Suarez będą dziś sobą, Katalończycy zdobędą tytuł mistrza Hiszpanii. Przyznaje to nawet trener gospodarzy, cóż może zdziałać zespół, który dopiero co zapewnił sobie utrzymanie, wobec nawałnicy zgotowanej mu przez trio mające aspiracje zapisać się w historii piłki.

Real i tak dokonał rzeczy niewiarygodnej. W połowie marca tracił do Katalończyków 12 pkt i udziału w wyścigu po tytuł nie brał w ogóle. Dziś w La Corunii „Królewscy” wygrają 12. kolejny mecz w La Liga. Nic im to z pozoru nie da jeśli Barcelona pokona Granadę. Mimo wszystko Zidane, Ronaldo i cała reszta zyskali bardzo wiele, bez względu na to, co przyniesie im dzisiejszy dzień. Pokazali charakter godny najbardziej utytułowanego klubu na świecie.

Swoją lekcję odbierze też Barcelona, która w połowie marca unosiła się w innym wymiarze. Miała być pierwszym klubem w historii zdolnym obronić potrójną koronę. Między meczami z Villarreal 20 marca i Valencią 17 kwietnia Katalończycy zaliczyli swoją najgorszą serię ligową od 2003 roku. Stracili w tym czasie 11 pkt przebywając drogę z nieba do piekła. Splotły się wtedy dwie skrajnie odmienne passy - 39 meczów bez porażki i 4 spotkań ligowych bez zwycięstwa.

Najcięższy cios trzeba było jednak przyjąć w Lidze Mistrzów od Atletico. Za dwa tygodnie rozpieszczeni w ostatnich latach fani Barcy z ciężkim sercem obejrzą madrycki finał. Przepowiedział to Gerardowi Pique Iker Casillas. Gdy Barcelona rozbijała rywala za rywalem, jej stoper wielka-gęba zapytał bramkarza reprezentacji, kogo widzi w finale na San Siro? Wyczuwając intencje Pique Casillas powiedział: „Obejrzę go w twoim towarzystwie przy coli i chipsach”. Dziś nic nie stoi na przeszkodzie.

Tytuł mistrza Hiszpanii ma być dla Barcelony trofeum pocieszenia. Gdyby go dziś nie zdobyła, byłby to dla niej koniec świata. Media w Hiszpanii przypominają początek lat dziewięćdziesiątych, gdy Real dwa razy tracił tytuł w ostatniej kolejce przegrywając na Teneryfie. Luis Enrique był wtedy graczem „Królewskich”.

Rzecz jasna piłkarze Zidane’a do tamtych czasów wracać nie chcą. Przypominają tylko, że sześć dni temu zdegradowane już Levante wykluczyło z gry o tytuł Atletico Madryt drugiego finalistę LM. To był pierwszy cud potrzebny Realowi, dziś musi zdarzyć się kolejny. Nierealne? W Grenadzie możliwe jest wszystko, to przecież miasto z bajki.

 
1 , 2
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac