blog Darka Wołowskiego
RSS
niedziela, 31 maja 2015

Prasa hiszpańska donosi, że metamorfoza Leo Messiego zaklęta jest w 4 kg wagi, które zrzucił.

Giuliano Poser, pewien lekarz spod Wenecji dokonał ponoć cudu. Jego dieta odmieniła światowy futbol dzięki czemu wyznawcy Messiego (Złota Piłka 2009, 2010, 2011, 2012) patrzą dziś znowu z góry na wyznawców Cristiano Ronaldo (Złota Piłka 2008, 2013, 2014). W tych czterech kilogramach, które zrzucił Argentyńczyk zaklęte jest jego sportowe zmartwychwstanie. Aż trudno uwierzyć, ale patrząc na Leo na boisku nie da się nie zauważyć zmiany.

Pierwszy był Carles Rexach, trener, który przyjmował 13-latka do La Masii jesienią 2000 roku. Wspominał potem, że chłopak był tak dobry, że kontrakt podsunęłaby mu pod nos nawet jego własna żona. Kilka miesięcy temu Rexach udzielił wywiadu, w którym mówił, że ostatnio Leo jadł zbyt dużo pizzy, co osłabiło jego odporność, sprawiło, iż stracił turbodoładowanie przy starcie do piłki. A więc teoria Rexacha potwierdza tę, którą lansuje dziś madrycki dziennik „Marca”, że dieta cud stoi za tym, iż znów strzela gole jak ten pierwszy w sobotnim finale Copa Del Rey.

Oczywiście słowa Rexacha mogą świadczyć także o czymś innym. Messi wraca na szczyt, bo ostatnie dwa lata, gdy przegrywał tytuł numeru 1, odbudowały w nim głód sukcesu. W 2012 bijąc rekord strzelecki Gerda Muellera (91 goli) stał się graczem sytym. Wśród wyróżnień, tytułów, hołdów brakowało mu tylko sukcesu z kadrą. Stąd tajemnica poliszynela, że w ubiegłym sezonie władze Barcy pozwolili mu się oszczędzać na mundial. Pewne rzeczy są jednak nie do przewidzenia. Bohaterem finału na Maracanie nie został Messi, ale niejaki Mario Goetze, dziś rezerwowy Bayernu.

A może Messi wraca, bo wraca Barcelona? Gerard Pique po złotym okresie 2009-2011, gdy z nieznanego wychowanka La Masii stał się celebrytą, też popadł w kryzys. Nikt nad nim nie bolał tak jak nad Messim, obrońca, nawet świetny, nie wywołuje w ludziach tylu emocji co uznawany za geniusza facet bijący strzeleckie rekordy. Dziś Pique znów gra znakomicie, nie przeszkadza mu w tyn nawet Shakira.

Spadek wagi na pewno Messiemu nie zaszkodził. Włoska dieta też nie. Gdyby jednak Argentyńczyk po latach chudych nie poczuł potrzeby odbicia się, do Giuliano Posera w ogóle by się nie wybrał. Dziś, przed Copa America w Chile, ma zawieść pod Wenecję innych kolegów z kadry: Aguero i Vietto. A więc tytuł dla Argentyny wydaje się pewny. 

Teorii na temat odrodzenia Messiego będzie zapewne mnóstwo. Jedna bardziej wtajemniczona od drugiej. Pewna argentyńska dziennikarka uważa, że pomogło złagodzenie konfliktów domowych: Leo i jego partnerka, była modelka Antonella Roccuzzo dotarli się w końcu. I tak można w kółko. Może Leo odetchnął, gdy przed rokiem sąd w Barcelonie uznał, że nie ma podstaw, by posadzić go na ławie oskarżonych, tak jak chciał urząd skarbowy w związku z malwersacjami ojca?

Liczba finału Copa del Rey

119,8 - decybeli. Z taką mocą fani Barcy i Athletic wygwizdali hymn hiszpański. Biedny król Felipe VI, który debiutował finałem Basków z Katalończykami

czwartek, 28 maja 2015

Jeden z andaluzyjskich dziennikarzy powiedział po zwycięstwie nad Dnipro, że niedługo zabraknie mu palców, by policzyć triumfy Sevilli w Lidze Europy. Są cztery. Grzegorz Krychowiak dołączył z golem do tej niezwykłej historii.

Nikt w Europie nie wygrywał tego pucharu tak często. Dziś premia jest podwójna, bo drużyna z Andaluzji awansowała do Ligi Mistrzów. Być może dzięki tym 20 mln euro za sam udział w fazie grupowej, uda się utrzymać drużynę na przyszły sezon. Sevillia żyje z transferów, może latem nie będzie zmuszona sprzedawać. Tyle o pieniądzach, bo grano o rzeczy mniej przyziemne. W uniesieniu trener Unai Emery wspominał niedawno zmarłego ojca, którego pamięć dodawała mu siły. Kilkoma decyzjami udało mu się trafić w sedno.

Jedyna wątpliwość jaką miał, dotyczącą składu był Aleix Vidal. Powołany do kadry Hiszpanii Katalończyk miał miejsce pewne w podstawowej jedenastce, ale trener zastanawiał się, czy przydzielić mu rolę skrzydłowego, czy prawego obrońcy. Gdyby Emery wysunął go do przodu, w obronie zagrałby solidny, ale przewidywalny Coke. Postawienie Aleixa do obrony pozwoliłoby wystawić na prawym skrzydle Jose Antonio Reyesa, gracza niekonwencjonalnego, który jako nastolatek zapowiadał się na piłkarza światowego formatu, ale chimeryczny charakter sprawił, że nie zagrzał miejsca w Arsenalu, Realu Madryt, Atletico, ani Benfice. Po 8 latach tułaczki wychowanek klubu wrócił do Sevilli i to właśnie on miał dać drużynie błysk geniuszu potrzebny do wygrywania finałów rozgrywek europejskich. Razem z odzyskanym przez Emery’ego dla piłki na najwyższym poziomie Argentyńczykiem Everem Banegą powinni zapewnić Sevilli błysk mogący rozbić żelbetonową defensywę Dnipro, która w półfinale z Napoli pozwoliła się pokonać zaledwie raz przez 180 minut. Reyes grał do 58. min schodząc z boiska z wspaniałą asystą przy golu na 2:1, kiedy przecisnął piłkę do Bakki przez szczelinę miedzy nogami rywali wielkości ucha od igły.

Emery mówił o Krychowiaku. Że jest niesłychanie wymagający wobec siebie. Ciągle ma wątpliwości, w pozytywnym sensie. Ciągle szuka, ciągle chce więcej. Wciąż ma margines na poprawę, choć w klubie wszyscy są nim zachwyceni. Faktycznie energia, którą włożył w ten warszawski finał, oświetliłaby Stadion Narodowy na miesiąc. Chłopak ma charakter, charakter wojownika, kto wie, gdzie go on zaprowadzi? Kiedyś w dzieciństwie marzył o Liverpoolu, dziś to z pewnością marzenie w jego zasięgu.

Na najlepszego gracza finału wybrano Evera Banegę, który powiedział o Polaku: „gracz światowego formatu”. Niewykluczone, że bez Krychowiaka palce cytowanego przeze mnie na początku dziennikarza byłyby mniej zajęte.

Emery zaliczył z Sevillą fenomenalny sezon. W lidze rekordowe 76 pkt, lepej o 5 niż w najlepszych czasach gwiazdorska drużyna Juande Ramosa. Czy zostanie w Sevilli? Jest ponoć kandydatem na trenera Milanu. Tylko czy to dziś dla niego awans sportowy? Klub z Andaluzji to jednak mimo wszystko miejsce, gdzie piłkarze i trenerzy się wybijają. I lądują gdzie indziej. Wcześniej, czy później spotka to pewnie także Krychowiaka. Ale to temat na inną okazję niż tak wielki sukces Sevilli.

 

wtorek, 26 maja 2015

Zarazpo tym jak Florentino Perez zwolnił Carlo Ancelottiego, agent Włocha Ernesto Bronzetti ogłosił, że na 99 proc następcą będzie Rafael Benitez. Hiszpan opuści Neapol, by wrócić do domu, tylko jak długo potrwa jego szczęście?

Prezes Realu potwierdził opinię najbardziej chimerycznego zarządcy światowej piłki. Era Carlo Ancelottiego dobiegła końca w dwa lata. – Do nikogo żalu nie mamy, ale to bardzo wymagające stanowisko. Zdecydowaliśmy, że potrzebujemy nowego impulsu – wyjaśnił Perez. Dodał, że nazwisko nowego szkoleniowca ogłosi w przyszłym tygodniu, dziennikarzom udało się wyciągnąć tyle, że dobrze by było, gdyby mówił po hiszpańsku. Wszystkie drogi prowadzą do Rafy Beniteza z Napoli? Tak twierdzi agent Ancelottiego Ernesto Bronzetti. Benitez jest wychowankiem Realu, który karierę zrobił w Valencii i Liverpoolu, by wrócić do domu zajmując najbardziej niepewne stanowisko w futbolu. Bronzetti dodał jeszcze, że niektórzy gracze Realu płakali na wieść o zwolnieniu Carletto. To co miało być epoką, trwało dwa lata. U Pereza mogło być gorzej.

- Czy zdaje pan sobie sprawę, że jeśli przegra ten mecz, zostanie zwolniony – pytał jeden z dziennikarzy podczas dnia otwartego dla mediów przed finałem Ligi Mistrzów w Lizbonie, w maju 2014 roku. Ancelotti zamyślił się na dłuższą chwilę. Być może przez głowę Włocha przemknęło wspomnienie 11 poprzedników, którzy stracili posadę po nieudanych próbach zdobycia 10. w historii klubu Pucharu Europy. Był wśród nich sam Jose Mourinho, uważany za speca od misji specjalnych europejskich rozgrywek, który przerwał siedmioletnią serię porażek Realu w 1/8 finału Champions League. „The Special One” trzy razy docierał z „Królewskimi” do półfinału, przegrywając z Barceloną, Bayernem Monachium i Borussią Dortmund. Po sezonie bez trofeum odszedł do Chelsea robiąc miejsce dla Ancelottiego.

„La Decima” przez 12 lat była przedmiotem największego pożądania fanów królewskiego klubu, Ancelotti wykonał krok dalej niż Mourinho. Przeprowadził Real do finału bijąc po drodze Bayern 5:0. Włoch znalazł się z drużyną o jeden mecz od wyczekiwanego sukcesu, ale porażka w derbowym starciu z Atletico w Lizbonie wciąż mogła mieć opłakane skutki. – Nie, nigdy nie myślę co się stanie w wypadku przegranej. Zawsze przed meczem wierzę, że można wygrać. Czy nam się uda w Lizbonie? Zobaczymy - odpowiedział.

24 maja Real przegrywał z Atletico do 93. minuty. Ale wyrównał po główce Sergio Ramosa, a po dogrywce zwyciężył 4:1. Oszołomiony szczęściem Florentino Perez ogłosił, że chce, by Ancelotti został Aleksem Fergusonem Realu Madryt. Szkot pracował na Old Trafford w Manchesterze 26 lat! Już latem dziennikarze z Włoch mający z Ancelottim bliskie kontakty informowali jednak, że idylla w Madrycie trwała krótko, trener i prezes mieli odmienne poglądy w sprawie transferów.

Ancelotti ma masę zalet. Mourinho prowadził wojny ze wszystkimi: z mediami, z trenerami innych drużyn, sędziami, a nawet swoimi piłkarzami i działaczami Realu. Mit „Senorio”, czyli klubu dżentelmenów stworzony w latach 50-tych ubiegłego wieku pryskał jak mydlana bańka. Włoch go ocalił. Jego spokój spłynął na Real, od piłkarzy przez szefów klubu po chorobliwie niecierpliwych kibiców. Szkoleniowiec opowiadał, że po tylu latach na ławce trenerskiej, nie denerwuje się na meczach, ale się nimi delektuje. W Realu zdobył swój trzeci Puchar Europy (wcześniej dwa z Milanem w 2003 i 2007) wyrównując osiągnięcie legendarnego Boba Paisley’a z Liverpoolu.

Wydawało się, że po raz pierwszy od zwolnienia Vicente Del Bosque w 2003 roku, „Królewscy” mają szkoleniowca na lata. Jesienią Ancelotti zdobył Superpuchar Europy i klubowe mistrzostwo świata. Real kończył rok 2014 z czterema trofeami, to był rekord w jego historii. Jesienią drużyna zaliczyła serię 22 kolejnych zwycięstw. Włoch popełnił wtedy błąd, posyłał do gry wciąż tą samą jedenastkę, uważając, że superatleci wytrzymają morderczy sezon. Nie wytrzymali. Po odebraniu trzeciej w karierze Złotej Piłki Cristiano Ronaldo zaliczył spadek formy. To samo sprowadzony za 91 mln euro, latem 2013 roku Gareth Bale i reszta drużyny. Nadeszła też plaga kontuzji – przede wszystkim niezastąpionego reżysera Luki Modrica. Bez Chorwata Real popadł w kłopoty na wszystkich frontach. Z Pucharu Króla wyeliminowało go Atletico, w wyścigu ligowym wyprzedziła Barcelona, w Lidze Mistrzów w półfinale lepszy był Juventus.

Temat zwolnienia Ancelottiego pojawił się już w połowie marca. Przed wyjazdem na ligowy mecz na Camp Nou madrycka prasa doniosła, że w wypadku porażki z Barceloną Włoch straci posadę w Realu. Florentino Perez zwołał wtedy konferencję prasową grzmiąc, że to oszczerstwa, że atakując trenera prasa wymierza cios w stabilność klubu.

Po zakończeniu sezonu bez trofeum atmosfera wokół Włocha stała się jednak lodowata. Ze wsparciem pospieszyli piłkarze. Przed ostatnim spotkaniem w lidze z Getafe Cristiano Ronaldo sfotografował się z Ancelottim i umieścił zdjęcie na Twitterze komentując, że bardzo chciałby pracować z tym wielkim człowiekiem i trenerem w przyszłym sezonie. Luka Modric powiedział chorwackiej prasie, że Ancelotti to ktoś idealny na stanowisko trenera Realu. Kibice z Santiago Bernabeu urządzili owację na cześć Włocha przed meczem z Getafe. W ankiecie dziennika „Marca” aż 73 proc socios klubu twierdziło, że powinien zostać.

Wczoraj długo rozmawiał z Perezem. Już wcześniej zapowiedział: „albo zostaję w Madrycie, albo robię sobie rok przerwy w pracy”. Zabiega o niego pogrążony w kryzysie Milan, w którym wypłynął jako wielki piłkarz, a potem szkoleniowiec. Włoch uznał jednak, że albo Real, albo odpoczynek. To samo powtórzył jego agent już po zwolnieniu.

Od lat na Bernabeu padają te same argumenty. Że wymagania wobec trenera są ogromne. W XXI wieku najbogatszy klub świata wydał na nowych graczy kosmiczną kwotę 1,4 mld euro. Od 2009 roku, gdy Perez wrócił na fotel prezesa Realu pobił wszelkie rekordy wydatków – tymczasem zespół, którego wielkim symbolem stał się Ronaldo zdobył zaledwie jedno mistrzostwo kraju. Każdemu trenerowi mówi się, że z tak gwiazdorską kadrą powinien wygrywać zawsze i wszędzie, tymczasem 10 szkoleniowców przed Ancelottim osiągnęło stosunkowo niewiele.

Za swojej pierwszej kadencji (lipiec 2000 - luty 2006) Perez zatrudniał trenerów pozbawionych wielkich nazwisk: Carlosa Quieiroza, Mariano Garcię Remona, Vanderleya Luxemburgo, czy Juna Ramona Lopeza Caro i decyzje dotyczące drużyny podejmował za nich. W drugiej kadencji sięgnął po Manuela Pellegriniego, a potem już tych z najwyższej półki: Mourinho i Ancelottiego. Obyczajów jednak nie zmienił i cierpliwości mu nie przybyło. Ancelotti miał spędzić na Bernabeu ćwierć wieku, wytrwał dwa sezony. Perez naraża się wszystkim, bo Włoch był w Hiszpanii powszechnie uwielbiany. Del Bosque obrażony na prezesa Realu od dekady twierdził, że zatrudnienie Ancelottiego było genialną decyzją. – Jeśli go zwolnią, sami najwięcej na tym stracą – wtórował Diego Simeone, trener Atletico.

Kto zastąpi Carletto? Fani Realu chcieliby Juergena Kloppa opuszczającego Dortmund. Perez rozmawia z Benitezem, który w sondażach wśród kibiców poparcie ma niewielkie. W  jakiejś perspektywie prezes Realu chciałby postawić na Zinedine’a Zidane’a, ale Francuz z rezerwami Realu mającymi w składzie reprezentantów pięciu krajów nie awansował nawet do II ligi. Co postanowi człowiek, który udowodnił właśnie po raz kolejny, że trener w najbogatszym klubie świata wciąż jest tylko marionetką?



niedziela, 24 maja 2015

„La Decima” i trzy inne trofea w 2014 roku. Wsparcie piłkarzy z Ronaldo na czele i kibiców. Wszystko to może nie wystarczyć Carlo Ancelottiemu. W poniedziałek ma zdecydować się los trenera Realu. A może już został rozstrzygnięty?

Wiele wskazuje na to, że Ancelotti zniknie przynajmniej na rok z ławki trenerskiej. Niedawno powiedział, że albo zostanie w Madrycie, albo zrobi sobie przerwę. Trener, który trzy razy wygrywał Ligę Mistrzów zżył się z Realem i swoimi piłkarzami. Jesienią mówił, że ma najłatwiejszą robotę pod słońcem z racji klasy i profesjonalizmu swoich zawodników. Po konwulsyjnej erze Jose Mourinho, który wzniecał pożar za pożarem, zbawienny spokój Włocha podziałał na piłkarzy jak balsam, zasypując w szatni wszelkie podziały i różnice. W pewnej chwili królewska drużyna działała nawet jak automat do wygrywania. Być może seria 22 kolejnych triumfów zdarzyła się na zbyt wczesnym etapie sezonu?

Włoch chciał, by piłkarze podstawowej jedenastki, działali odruchowo. Jedenastka z Casillasem, Carvajalem, Pepe, Ramosem, Marcelo, Modricem, Kroosem, Jamesem, Bale, Benzemą i Ronaldo jest być może najsilniejszą, jaką kiedykolwiek zgromadzono w klubie z Bernabeu. Wszystko rozbiło się jednak o ten zbytni upór trenera, by jak najczęściej grali razem. Kontuzje, zmęczenie wzięły górę, w rewanżu z Juventusem, gdy można było jeszcze ratować sezon, piłkarze Realu bez kontuzjowanego Modrica, powłóczyli nogami. Drużyna Ancelottiego nie była pierwszą, ani jedyną, która nie dała rady rozłożyć sił na 10 miesięcy. Triumfator Ligi Mistrzów jesienią gra o trofea, podczas gdy jego najwięksi rywale poszukują dobrej pozycji do wiosennego finiszu. Może dlatego tak trudno obronić tytuł najlepszej drużyny Europy, który na starcie rozgrywek, w odległych latach 50-tych Real zdobył pięć razy z rzędu.

Ancelotti z pewnością popełnił błędy. W wielu innych klubach nie byłoby nawet mowy o jego zwolnieniu. Czy Florentino Perez jeszcze raz okaże się prezesem chorobliwie chimerycznym, którego niepohamowany gniew rozpala pierwsze niepowodzenie?

Piłkarze nie mają problemu z Ancelottim. Cristiano Ronaldo umieścił na Twitterze zdjęcie z trenerem i podpisem: „Wielki szkoleniowiec i wspaniały człowiek, mam nadzieję, że będziemy mogli pracować razem w przyszłym sezonie”. Perez jest zdaje się innego zdania, choć jako prezes wybierany musi liczyć się ze zdaniem wyborców. A ci z nich, którzy przyszli na ostatni mecz sezonu z Getafe bili brawo, gdy spiker wyczytywał nazwisko włoskiego szkoleniowca.

Zdumiewające było może to, że w 57. minucie Ancelotti zastąpił Ronaldo Odegaardem. Portugalczyk ustrzelił już hat-tricka, ale w tym szalonym pojedynku miał szansę zdobyć jeszcze dwa gole, by chociaż wyrównać historyczny rekord ligi Leo Messiego (50 bramek w sezonie 2011-2012). Najwyraźniej na tym osiągnięciu nikomu w Realu nie zależało. Są ważniejsze sprawy na rzeczy. Zostawić, czy też odprawić pierwszego trenera od czasów Vicente del Bosque, który w królewskiej szatni zaprowadził spokój?

Ancelotti mówił kiedyś, że po tylu meczach, nabrał dystansu do gry polegającej na kopaniu piłki. Dziś siada na ławce, by delektować się futbolem, a nie obgryzać sobie palce do kości. Zwolnienie z Realu też pewnie przyjmie spokojnie powtarzając wszystkim frazes: „taka jest piłka”. Dała mu w życiu już tyle, że jedną, nawet bolesną stratę, może wpuścić w koszty nie robiąc z niej dramatu. Nic tu nie da przypominanie, że po odejściu Del Bosque Real czekał na Puchar Europy 11 lat. Jowialny, cichy, skromny trener to nie jest ideał Florentino Pereza. Więcej szacunku prezes ma dla takich jak Mourinho, którzy zaraz po porannym myciu zębów, przypominają wszystkim dookoła kto tu jest geniuszem.

czwartek, 21 maja 2015

W jego nogach urodziła się tiki-taka. A właściwie urodziła się w nich na nowo w swojej najdoskonalszej wersji. Po pobiciu wszelkich rekordów podczas 17 lat kariery w Barcelonie Xavi Hernandez ogłosi dziś oficjalnie, że opuszcza klub z Katalonii.

Sobotni mecz z Deportivo la Coruna na Camp Nou nie ma już najmniejszego znaczenia. Cztery dni temu po zwycięstwie nad Atletico w Madrycie, Barcelona została mistrzem Hiszpanii. Dla Xaviego był to mecz numer 764 w barwach klubu z Katalonii, z czego aż 504 zagrał w lidze. Licznik zatrzyma się więc w sobotę na liczbie 505 – kończący rozgrywki pojedynek z Deportivo staje się doskonałą okazją, by urządzić benefis Xaviego. Jako kapitan odbierze puchar za ósme w karierze mistrzostwo kraju, federacja hiszpańska specjalnie dla niego zmieniła formułę wręczania trofeum. Wszyscy wiedzą jednak, że warto - żegna się największa indywidualność w dziejach tamtejszej piłki.

Indywidualność? To określenie pasuje raczej do Leo Messiego i Cristiano Ronaldo. Xavi był zawsze człowiekiem drużyny: jej mózgiem, generałem i zarządcą, którego delikatnym, ale finezyjnym rozkazom ulegali koledzy z zespołu i przeciwnicy.

Jak to się stało, że Luis Suarez Miramontes, legendarny pomocnik Barcelony i Interu Mediolan z przełomu lat 50-tych i 60-tych pozostaje jedynym hiszpańskim laureatem Złotej Piłki? Kluczem do wyjaśnienia zagadki jest niska medialność Xaviego. Nigdy nie brał udziału w wyścigach strzeleckich, jego geniusz pozbawiony tricków i fajerwerków przemawiał raczej do gustów wysublimowanych, niż powszechnych. Swoją wielkość mieścił w rozmiarach boiska, choć dokonywał rzeczy niezwykłych i poza nim. Razem z Ikerem Casillasem zasypali topór wojenny między Barceloną i Madrytem, na tym stanął fundament sukcesu „La Roja”, a oni obaj dostali prestiżową nagrodę Księcia Asturii. Słynna rozmowa pojednawcza Ikera z Xavim doprowadziła Jose Mourinho do szewskiej pasji. Ówczesny trener Realu wysłał na ławkę kapitana przy pierwszej sposobności. Tak zaczęła się wojna, której echa nie przebrzmiały do dziś.

Wróćmy jednak do 2007 roku. 13 października w niepozornym duńskim miasteczku Aarhus narodziła się tiki-taka. Niedługo wcześniej poturbowaną kompromitującą porażką z Irlandią Płn reprezentację Hiszpanii opuścił gracz tak emblematyczny jak Raul Gonzalez. W tamtym meczu Xavi zdobył swoją pierwszą bramkę w oficjalnym meczu „La Roja”, która służyła tylko na otarcie łez przy wyniku 2:3. Potem przyszła jeszcze przegrana w Sztokholmie ze Szwedami i szanse awansu na Euro 2008 stanęły na ostrzu noża. Wszystko odmienił dwumecz z Danią, zwycięstwo 2:1 na Santiago Bernabeu rozpoczęło rekordową serię 35 gier bez porażki drużyny Luisa Aragonesa. Rewanż w Aarhus i gol Sergio Ramosa kończący akcję składającą się z 27 podań uznaje się za początek stylu, który miał naznaczyć światowy futbol na kolejne pięciolecie. Tiki-taka rodziła się w głowie i nogach Xaviego. Przynajmniej ta jej współczesna wersja.

Termin nie był nowy. Uznaje się, że styl gry krótkimi podaniami, mający na celu maksymalizację czasu posiadania piłki powstał na Węgrzech, tak grała w latach 50-tych Złota Jedenastka. Po rewolucji węgierskiej 1956 roku gracze Honvedu Budapeszt Puskas, Kocsis, Czibor, Kubala okrzyknięci przez władze komunistyczne zdrajcami narodu emigrowali do ligi hiszpańskiej. Drugim korzeniem tiki-taki był futbol totalny, stworzony w Holandii lat 70-tych przez Rinusa Michelsa, potem trenera Barcelony i jego genialnego ucznia Johana Cruyffa. Gra totalna zakładał całkowitą swobodę i wymianę pozycji graczy, dzięki ich potencjałowi fizycznemu, tiki-taka obmyślana jest dla piłkarzy niskich, który nie imponują fizycznością, ale wyobraźnią i techniką. Odrzucało ten styl wielu hiszpańskich selekcjonerów, uważając go za jałowy, w którym brakuje podań prostopadłych, a gra za często odbywa się wszerz boiska. Przełomu dokonał Aragones, były trener Atletico i Barcelony, którego Xavi uważa za swojego futbolowego ojca. Przypomina o zmarłym selekcjonerze zawsze, gdy próbują wmówić mu, iż jako wielkiego piłkarza stworzył go Pep Guardiola.

Tak naprawdę Guardiola mógł mieć nawet zgubny wpływ na rozwój Xaviego. 18 sierpnia 1998 roku trener Louis van Gaal wziął 18-latka z drużyny rezerw na mecz o Superpuchar Hiszpanii z Mallorką. Ten odwdzięczył się golem, po czym Holender odesłał go do rezerw, powołując potem tylko na wybrane mecze. Xavi wspomina, że czuł się wtedy jak ktoś, kto po dotknięciu nieba, jak niepyszny zostaje odesłany na ziemię. Bezdyskusyjnym królem środka pola w Barcelonie był jednak wtedy 27-letni Guardiola. Po Xaviego zgłosił się Adriano Galliani z Milanu, ojciec gracza Joaquin Hernandez, sam były piłkarz Sabadell nakłaniał syna do przyjęcia oferty. Ich planom sprzeciwiła się matka, Katalonka María Mercè Creus, która nie chciała dopuścić do podziału rodziny. W sezonie 1999-2000 Guardiola doznał poważnej kontuzji, potem wyjechał do Serie A, co otworzyło Xaviemu drogę do pierwszej drużyny.

Trenerzy z „La Masia” opowiadali, że we wszystkich rocznikach Xavi uważany był za materiał za wizjonera. Szkoleniowcy pierwszej drużyny mieli jednak kłopot, żeby to dostrzec. Przez lata w Barcelonie traktowany był jak uzupełnienie gwiazd sprowadzanych z zagranicy przekonując się jak trudno zostać prorokiem we własnym kraju. Pewnego razu jeden z felietonistów barcelońskiego „Sportu” napisał ironicznie, że gdyby nazywał się Xavinho i urodził w Brazylii, już dawno byłby liderem drużyny.

Lidera dostrzegł w nim człowiek z zewnątrz – Aragones. Dał mu we władanie zespół narodowy i powtórzył swoje futbolowe motto: „a teraz wygrywać, wygrywać, wygrywać i jeszcze raz wygrywać”. Xavi zaczął rządzić: na początku szło opornie. Ale pod jego kierunkiem drużyna grała tak, że komentator Andres Montes przypomniał termin tiki-taka podczas mundialu w 2006 roku. Wielkie nadzieje „La Roja” zdławiła w 1/8 finału Francja Zinedine’a Zidane’a. Ale tiki-taka miała już wkrótce doczekać dni chwały: i w „La Roja” i w Barcelonie. Od Euro 2008 zaczął się złoty okres Hiszpanów, a zaraz potem Guardiola skopiował pomysł Aragonesa.

- Barcelona grała tak jak chciał Xavi. I to nie było zaskakujące. Dlaczego jednak my, jej rywale graliśmy tak jak chciał Xavi, tego do dziś nie pojmuję. Ale właśnie to pokazuje jego geniusz – opowiadał jeden z piłkarzy po meczu przeciw Xaviemu. Hernandez nie działał w pojedynkę, do pomocy dostał innego małego geniusza Andresa Iniestę. Ta para stworzyła hiszpański futbol właściwie od nowa. Wieczni przegrani stali się zwycięzcami grając w stylu zapierającym dech w piersiach.

– Wszystkie słowa, które znam są za małe, by opisać jego wielkość. I to nie tylko futbolową. Jest kawałkiem herbu Barcelony, miałem niesamowite szczęście, że całe życie mogłem dzielić z nim szatnię – powiedział Iniesta pytany o odejście Xaviego.

Hiszpanie pozazdrościli Premier League. Przed tygodniem widzieli, z jakim rozmachem i pompą Liverpool żegnał Stevena Gerrarda. A przecież dokonania znakomitego Anglika są zaledwie kroplą w morzu dokonań Xaviego – mistrza świata, dwukrotnego mistrza Europy, który zdobył z Barceloną trzy Puchary Europy, a za 16 dni w Berlinie ma szansę sięgnąć po czwarty. Niedawno pobił rekord Paolo Maldiniego liczby występów w rozgrywkach europejskich i rekord Raula Gonzaleza w liczbie meczów rozegranych w Lidze Mistrzów. W kadrze i klubie wygrał 28 trofeów - najwięcej w hiszpańskiej piłce. A może dobić do 30 (30 maja Barca gra finał Pucharu Króla, 6 czerwca finał Ligi Mistrzów).

Xavi nie rzuca futbolu, ale na trzy lata wyjeżdża śladem Raula Gonzaleza do katarskiego klubu Al Sadd, by zostać jednym z ambasadorów mundialu 2022. Katarczycy zatrudnią i obsypią petrodolarami całą jego rodzinę.

wtorek, 19 maja 2015

Siedem tytułów mistrza Hiszpanii w ostatnich 11 sezonach. Barcelona stała się hegemonem w najmocniejszej lidze świata.

- Cieszę się, że wróciłeś Leo – rzucił Pep Guardiola.

- Ja nigdzie nie odchodziłem – odpowiedział Messi. Trener Bayernu tylko się uśmiechnął. Cały Lionel, mówiący własnym językiem, pozbawionym przenośni.

Według hiszpańskiej prasy ten krótki dialog odbył się w przerwie meczu Bayernu z Barceloną w półfinale Ligi Mistrzów. Trener Bawarczyków musiał mieć uczucia ambiwalentne. Z jednej strony chłopak wychowany w barcelońskiej „La Masii” stawał się ikoną piłki pod jego ręką, ale tym razem niemal w pojedynkę rozszarpał na strzępy europejskie sny Bayernu.

Bez dwóch zdań Pep miał rację. Messi wraca, choć faktycznie Barcelony nigdy nie opuścił. Wraca na futbolowy tron, który w ostatnich dwóch sezonach zajął mu Cristiano Ronaldo. Za moment zwrotny można uznać przestrzelony rzut karny w meczu z Chelsea w półfinale Ligi Mistrzów 2012 roku. Broniąca trofeum Barcelona odpadła, wstępując na równię pochyłą. Na tej samej równi pochyłej znalazł się Argentyńczyk, choć na koniec roku zgarnął jeszcze czwartą Złotą Piłkę bijąc rekord strzelecki Gerda Muellera (91 bramek). W listopadzie urodził mu się syn Thiago, ale w 2013 roku gwiazdor zgubił kalosze szczęścia.

Na boisku coraz wyraźniej czuło się, że baterie Messiego są na wyczerpaniu. Że te wszystkie trofea i rekordy zostawiły głęboki ślad w organizmie Argentyńczyka. W dodatku hiszpański urząd podatkowy oskarżył jego i jego ojca o przestępstwa. Sprawa ciągnęła się aż do lipca 2014 roku, dopiero sąd stwierdził, że nie ma uzasadnionych podstaw, by posadzić piłkarza na ławie oskarżonych.

To była jedna z nielicznych dobrych wiadomości. Jesienią 2013 Leo przeszedł całą serię kontuzji mięśniowych, by wiosną zaliczyć pierwszy od pięciu lat sezon bez trofeum. Barcelona zdawała się zespołem sytym i wypalonym, otrzymała ciężkie ciosy od lokalnych rywali: Real pobił ją w finale Pucharu Króla, Atletico w ćwierćfinale Ligi Mistrzów i w wyścigu po mistrzostwo Hiszpanii. Być może dlatego wyprawa na Vicente Calderon w minioną niedzielę była dla Messiego i jego kolegów z Barcy wręcz symboliczna. Odzyskali mistrzostwo Hiszpanii po zwycięstwie 1:0 nad tym samym rywalem, który przed rokiem bił ich, kiedy chciał. 12 miesięcy temu w sześciu starciach z drużyną Diego Simeone Barcelona nie wygrała ani razu, w tym sezonie mierzyła się z nim cztery razy i cztery razy zwyciężyła. To pokazuje skalę przemian dokonanych przez nowego trenera Luisa Enrique.

Zaczęło się jeszcze na mundialu w Brazylii, gdzie broniący tytułu Hiszpanie, z wieloma kluczowymi graczami Barcy dostali baty już w grupie. Neymar przeżył ból kontuzji z Kolumbią, a potem traumę narodową po klęsce 1:7 w półfinale z Niemcami. Messi wytrwał aż do finału, ale go przegrał i marzenie o dorównaniu Diego Maradonie prysnęło jak bańka. Do tej grupy graczy mocno poturbowanych miał dołączyć Luis Suarez, może największy przegrany brazylijskich mistrzostw. Za ugryzienie Giorgio Chielliniego dostał zakaz gry aż do 25 października. Kiedy już w końcu wyszedł na boisko przegrał z Barceloną Gran Derbi, a potem jeszcze kolejny ligowy mecz z Celtą, co kosztowało drużynę stratę pozycji lidera Primera Division. Gorzej zacząć nie mógł, na dodatek nie zdobywał goli, więc klubowy psycholog nie odstępował go na krok.

Podobno Suarez trafił do Barcelony na wyraźne żądanie Messiego. Leo miał dość dźwigania na barkach całej drużyny, powiedział więc szefom klubu, że zostanie na Camp Nou, jeśli sprowadzą wybitnego napastnika. Chodziło mu o przyjaciela z kadry Argentyny Sergio Aguero, ale przebogaty Manchester City nie chciał słyszeć o transferze. Opcją numer 2 był Suarez, najlepszy piłkarz ligi angielskiej, który dzielił z Ronaldo Złotego Buta dla najlepszego strzelca lig europejskich. I po trudnym starcie Urugwajczyk odpalił. Odpalił też Neymar, a przede wszystkim Messi. Razem zdobyli 115 goli w tym sezonie, Argentyńczyk aż 54 w 54 spotkaniach Barcelony. Ten ostatni w niedzielę przeciw Atletico, w meczu zapewniającym mistrzostwo. – Znów różnicę zrobił ten sam człowiek, najlepszy ze wszystkich, Messi – powiedział kapitan gospodarzy Gabi. Franz Beckenbauer stwierdził niedawno, że bez Lionela Barcelona byłaby drużyną, jakich wiele.

Dziś znów można uważać ją za zjawisko, choć najważniejsze wciąż zostało do zrobienia. 30 maja Katalończycy grają finał Pucharu Króla z Athletic na Camp Nou, a 6 czerwca finał Champions League z Juventusem w Berlinie. Jeśli je wygra założy potrójną koronę jak w 2009 roku z Pepem Guardiolą na ławce.

Co odmieniło Messiego, pozwoliło wyjść z dołka? Może włoski dietetyk, który pomógł mu wrócić do dawnej wydolności? A może po prostu sportowa złość? W 2012 roku geniusz był syty, tak jak cała reszta gwiazd Barcelony, którym seria dotkliwych porażek pozwoliła odzyskać głód sukcesu. W ten sposób Feniks odrodził się z popiołów. Pomógł mu maratończyk Luis Enrique - nauczył gry z kontry, wykorzystywania stałych fragmentów – czyli to, co zaniedbał Guardiola ślepo wierząc w moc posiadania piłki.

To jest wiek klubu z Camp Nou. Inwestując w transfery o 400 mln euro mniej niż Real, Barcelona zdobyła więcej tytułów mistrzowskich (7-5) i więcej razy wygrała Ligę Mistrzów (3-2), a po finale w Berlinie może być nawet 4-2. Szkółka „La Masia” wydała plejadę gwiazd, w 2010 roku jej wychowankowie (Messi, Iniesta, Xavi) zajęli całe podium w plebiscycie Złota Piłka. Z nadzwyczajnego pokolenia czerpała kadra Hiszpanii wygrywając w latach 2008-2012 absolutnie wszystko.

Bezdyskusyjna dominacja Barcelony datuje się jednak od 2005 roku, klub zdobył siedem tytułów mistrza kraju i cztery razy awansował do finału Champions League. W czasach, gdy Primera Division stała się numerem 1 na świecie. Część z tych sukcesów, by się jednak nie wydarzyła, gdyby pewnego wrześniowego dnia 2000 roku Jorge Messi i jego cierpiący na deficyt hormonu wzrostu 13-letni syn Lionel nie wsiedli na pokład Aerolineas Argentinas w kierunku Barcelony za namową dwóch podejrzanych agentów. Rodzina Messich nie chce dziś nawet wspominać ich nazwisk, ale z tego aktu desperacji urodziła się wielka, piłkarska historia.

niedziela, 17 maja 2015

Gol Leo Messiego pozwolił Barcelonie zdobyć Vicente Calderon i tytuł mistrza Hiszpanii. Argentyńczyk strzelił 54 gole w 54 meczach tego sezonu, ale tytułu króla strzelców nie wywalczy.

To najbardziej gorzki hat-trick w karierze Cristiano Ronaldo. Zdobył go w Barcelonie, na stadionie Espanyolu, gdy kibice Barcelony schodzili się pod fontannę Canaletas świętować 23. tytuł mistrza Hiszpanii.

Trzeci tytuł króla strzelców Primera Division i tylko jeden tytuł mistrzowski. Nadludzka skuteczność, wszystkie nieprawdopodobne wyczyny indywidualne Portugalczyka z trudem zmieniają się w trofea dla klubu z Santiago Bernabeu.

Jesień należała do Realu, ale wiosną królowała Barcelona. I to nie tylko na tronie hiszpańskim, ale wielce prawdopodobne, że europejskim (finał LM w Berlinie 6 czerwca). Rok zaczął się dla Barcy od wstrząsu, dziś kataloński dziennik „Sport” przekonywał, że konflikt między Luisem Enrique i Messim rozwiązano przez WhatsApp. Piłkarze napisali sobie wtedy, że postępując tak dalej, zakończą kolejny sezon bez trofeum. Dziś wiadomo, że był to moment przełomowy, który konstruktywnie wstrząsnął szatnią.

Poprzednie trzy lata były dla Barcelony trudne. Odszedł Pep Guardiola, po nim Tito Vilanova zdobył tytuł, ale walcząc ze śmiertelną chorobą zakończył sezon porażką z Bayernem 0:7 w półfinale LM.

Dla Barcelony strata kontaktu z europejską czołówką była wyjątkowo bolesna. Przed rokiem się jeszcze pogłębiła po porażce z Atletico w ćwierćfinale LM. Zespół z Vicente Calderon zabrał Katalończykom także tytuł mistrzowski. I wtedy drużyna gwiazd poszła po rozum do głowy. Luis Enrique okazał się właściwym człowiekiem do reform. Nie brnął w posiadanie piłki, ani żadną inną ideologię, która nie skracałaby drogi do zwycięstwa. Barca zaczęła grać z kontry, wykorzystywać stałe fragmenty, stała się wszechstronna, znów zaskakiwała i przyspieszała kiedy trzeba. Końcówka meczu z Bayernem na Camp Nou pokazała, że cierpliwość jest kluczem do sukcesu. Barca oddała piłkę, by skontrować i w kwadrans rozstrzygnąć losy rywalizacji. Takiej efektywności nie przejawiał zespół Guardioli, nawet w czasach, gdy stał się wzorcem.

Tytuł mistrzowski jest pierwszym - z szansą na potrójną koronę. Dziś, gdy liga hiszpańska tak zdecydowanie dominuje w Europie. Niedawno gol wychowanka Realu Alvaro Moraty sprawił, że nie dojdzie do drugiego z rzędu hiszpańskiego finału LM. W Lidze Europejskiej broniąca trofeum Sevilla dotarła do finału w Warszawie. Największym sukcesem Luisa Enrique jest może jednak fakt, że jego piłkarze dotrwali do końca sezonu w szczycie formy i sił fizycznych.

Trofeum Pichichi

45 - Ronaldo

41 - Messi

piątek, 15 maja 2015

"Fiasko stulecia" - czy ten histeryczny tytuł na pierwszej stronie dziennika "Marca" oddaje nastrój w Madrycie po porażce Realu w półfinale Ligi Mistrzów? Drużyna, która jesienią biła rekordy zwycięstw, sezon kończy z pustymi rękami.

- Chciałbym zostać, ale zrobię to, co zdecyduje klub - powiedział Carlo Ancelotti. Jak zauważyły hiszpańskie media, po odpadnięciu z Juventusem w półfinale Ligi Mistrzów (1:2 i 1:1) nikt z szefów Realu nie wystąpił ze wsparciem dla trenera. Czyżby szkoleniowiec, który zdobył wymarzoną "Decimę" i skończył 2014 rok z rekordową w historii klubu liczbą trofeów (cztery), wiosennymi porażkami na wszystkich frontach wyczerpał cierpliwość prezesa Florentino Pereza?

Ancelottiemu wytyka się jeden podstawowy błąd: że nie stosował rotacji w podstawowej jedenastce. Grał wciąż tym samym składem, twierdząc, że ma w kadrze gladiatorów zdolnych wytrzymać wszelkie obciążenia. Real wygrał jesienią 22 mecze z rzędu, zdobył tytuł mistrza świata, co upamiętniono specjalnym emblematem, który pojawił się na koszulkach. 7 stycznia Cristiano Ronaldo odbierał trzecią w karierze Złotą Piłkę, zapowiadając, że chce doścignąć Leo Messiego mającego w kolekcji cztery. A potem ubrany w elegancki garnitur wydał z siebie okrzyk jak po zdobyciu gola, który wielu widzów odebrało jako przejaw arogancji.

Zespół Ancelottiego był na szczycie, ale problemy z kontuzjami, a potem formą wpędziły go w tarapaty. Zaczęli rok od dwóch porażek w lidze z Valencią i w Pucharze Króla z Atletico. W lutym przyszedł następny wstrząs, czyli klęska z Atletico w lidze, remis z Villarreal, porażka z Athletic, aż po przegraną z Schalke na Bernabeu w Lidze Mistrzów. Porażka w Gran Derbi na Camp Nou przepełniła czarę goryczy. Obrona Pucharu Europy stała się jedyną misją, w której Real zależał tylko od siebie.

Utrudniła ją kolejna kontuzja lidera środka pola Luki Modricia. Bez niego "Królewscy" zmogli w ćwierćfinale Atletico, ale będąc stuprocentowym faworytem, nie podołali Juventusowi w grze o finał. Tam czekała Barcelona, to miał być drugi z rzędu hiszpański finał, podkreślający hegemonię dwóch najbogatszych klubów w kraju.

"Jaka szkoda, nie będzie Gran Derbi w Berlinie" - poinformował na okładce kataloński dziennik "Sport". Pod ironicznym tytułem pojawiła się buźka z wyciągniętym językiem, puszczająca oko do czytelnika. Porażki Realu to wciąż w Katalonii powód do satysfakcji. Jeden z wiceprezesów Barcelony powiedział, że cieszy się, iż rywalem w Berlinie będzie Juve. Madryckie dzienniki informują, iż większość graczy Luisa Enrique świętowała hucznie niepowodzenie Realu. W tym sezonie wygrał z Barcą na Bernabeu 3:1 i wyjątkowo nieszczęśliwie poległ w rewanżu 1:2. Katalończycy czują, że ograć Juventus powinno być łatwiej, przynajmniej teoretycznie.

Ból, a nawet absurd sytuacji "Królewskich" wynika też stąd, że marzenia o Gran Derbi w Berlinie zburzył wychowanek Realu Alvaro Morata, sprzedany latem do Turynu za 20 mln euro. 22-latek zdobył dwie z trzech bramek dla Juve w półfinale. Real był zdecydowanym faworytem, czuł się silny. Ma drużynę kompletną, najdroższą w historii piłki o wartości 720 mln euro (Juventus wyceniany jest na 321). Dlatego tak trudno zaakceptować, że ta grupa superbohaterów kończy sezon bez trofeum.

Oczywiście, jest to fiasko. Ale czy stulecia? Do 2011 roku Real zaliczył serię siedmiu porażek w 1/8 finału Ligi Mistrzów. Odpadając dwa razy z Arsenalem, Juventusem, Bayernem, Romą, Liverpoolem i Lyonem. Z tym ostatnim po wydaniu latem 260 mln euro na transfery. Powrót do europejskiej czołówki odbył się za sprawą José Mourinho i Ancelottiego. Real od pięciu lat nie schodzi poniżej półfinału.

Czy obecna sytuacja wymaga rewolucji? Problem polega na tym, że do podstawowego składu Real nie ma już kogo kupić. Edena Hazarda z Chelsea? Musiałby sprzedać Garetha Bale'a, za którego dwa lata temu zapłacił 91 mln euro. W ankiecie dziennika "Marca" zdania są podzielone: połowa kibiców uważa, że należy sprzedać Walijczyka, połowa chce dać mu jeszcze szansę. Przecież miał być kiedyś następcą Ronaldo.

Największym zaufaniem fanów cieszą się pomocnicy: Isco, James, Kroos i Modrić zdobyli ponad 90 proc. głosów. Karim Benzema? O dziwo, ma większe poparcie niż Ronaldo. Obrońcy też cieszą się zaufaniem, kibice Realu upierają się przy oddaniu Ikera Casillasa, a także mniej ważnych graczy, takich jak Coentrao, Khedira, Illarramendi, którzy i tak zapewne odejdą.

Kogo kupić? Za Casillasa miałby przyjść z United David de Gea. Za odzyskaniem Moraty z Juve (cena 30 mln) opowiada się tylko 54 proc. czytelników "Marcy". Bo gdzie go upchnąć w składzie? Pomocnicy? Arturo Vidala fani Realu nie chcą, Paula Pogbę i Marco Verrattiego chcą, ale są podzieleni na pół. Aż 62 proc. jest za tym, by odzyskania z Porto Brazylijczyka Casemiro.

Wygląda więc na to, że fani z Bernabeu właściwie o nikim nie marzą. Perez kupił już wszystkich, których kupić się dało. Czyli winny fatalnej wiosny jest Ancelotti, skoro piłkarze są tak dobrzy? 58 proc. głosujących uważa, że Włoch powinien zostać. Czyżby żądza krwi, rewolucji nie była w Madrycie aż tak wielka?



czwartek, 14 maja 2015

Nie będzie dodatkowego Gran Derbi na podsumowanie sezonu. Real Madryt kończy go z dodatnim bilansem bezpośrednich meczów z największym z rywali, ale kończy go na tarczy. Znów patrzy na Barcelonę z pozycji przegranego.

Nękany przez Atletico Madryt i wielkie derby stolicy Carlo Ancelotti w końcu sprostał Diego Simeone. Wydawało się, że po konwulsyjnym dwumeczu w ćwierćfinale Champions League obrońca trofeum wyszedł zza zakrętu w drodze na Berlin. Wydawało się, że w losowaniu półfinałów trafił najlepiej ze wszystkich. „Stara Dama” z Turynu w fazie grupowej nie wbiła nawet bramki Atletico (0:1 i 0:0).

W futbolu wydaje się tyle rzeczy, że nie sposób odróżnić prawdy od ułudy. Kiedy latem tego roku Florentino Perez sprzedawał do Turynu Alvaro Moratę zdawało się, iż robi znakomity interes. 20 mln euro za wychowanka uzasadniało istnienie „La Fabrica” od lat będącej w cieniu katalońskiej „La Masii”. Prezes Realu wymyślił sobie, że to Jese Rodriguez zostanie obsadzony w roli nowego Raula Gonzaleza, miejsca dla Moraty w najbogatszym klubie nie było. Na szczęście od jakiegoś czasu sprzedając swoich wychowanków klub wpisuje do kontraktów klauzulę pierwokupu. W ten sposób prawy obrońca Dani Carvajal wrócił do Madrytu, gdy okazało się, że sprostał wyzwaniu w Bundeslidze.

Moratę można odkupić za 30 mln - tylko co z nim począć? Rozbić tercet BBC? W dwumeczu z Realem dwa razy oglądaliśmy scenę, jak wychowanek powstrzymuje się od okazywania radości. Drogo zapłacił najbogatszy klub świata za te 20 mln, które zgarnął latem. Czy 22-latek rozstrzygnął o sportowym losie Carlo Ancelottiego, trenera legendy, który trzy razy sięgał po triumf w najważniejszych klubowych rozgrywkach?

Po 12 latach Juventus wraca do finału Ligi Mistrzów. A przecież Gerard Pique już wyobrażał sobie, jaki to będzie honor zagrać najważniejsze Gran Derbi w historii. Barcelona, jako pierwsza wyrzuciła wielki Real z rozgrywek o Puchar Europy w końcówce 1960 roku, ale do niedawna niewiele miała w nich momentów wielkich. Dopiero ostatnia dekada uczyniła z katalońskiego giganta klub syty i pewny siebie. Pointą miał być triumf nad największym z rywali w finale w Berlinie.

Ale do Berlina jedzie Juve, klub do dziś niespełniony w najważniejszych rozgrywkach mający na koncie zaledwie dwa zwycięstwa (1985 i 1996). Wczorajszy krzyk radości Gianluigiego Buffona na Santiago Bernabeu zawierał w sobie historię upadku i powrotu na szczyt. 12 lat temu Buffon stał w bramce Juventusu, który wyrzucał galaktycznych w półfinale Ligi Mistrzów. Obronił rzut karny wykonywany w rewanżu przez Luisa Figo, by potem w serii jedenastek bratobójczego finału na Old Trafford z prowadzonym przez Ancelottiego Milanem sparować dwie jedenastki Seedorfa i Kaładze. Okazało się to a mało, by wznieść trofeum. Buffon przetrwał lata naznaczone degradacją do II ligi po aferze calciopoli i dzisiaj wraca w wielkim stylu. Niektórzy z tych, którzy w złych czasach opuścili Turyn, jak Zlatan Ibrahimovic, nigdy nie doczekali tego zaszczytu. Liga Mistrzów ma wobec „Starej Damy” dług wdzięczności, choć wyrównać go w Berlinie będzie wyjątkowo ciężko. Faworytem będą Katalończycy z magicznym trio (Messi, Neymar, Suarez), które wbiło w tym sezonie 114 goli. Juventus do stracenia nie ma bardzo wiele. Ile razy w tym sezonie tak było?

Dokładnie taką samą sytuację mieliśmy w półfinale, który pointuje kolejną klęskę „Królewskich”. Zaledwie kilka miesięcy po zakończeniu rekordowego roku czterech trofeów Real nie zdobędzie ani jednego. Jeszcze w styczniu Ronaldo zapowiadał, że dogoni Messiego w historycznym wyścigu po Złotą Piłkę. Co prawda wbił Juventusowi oba gole, ale na koniec bezsilnie patrzył na upływ sekund. Sekundy odmierzały upadek drużyny, która jesienią wyglądała na niezwyciężoną. Tylko Iker Casillas stanął na wysokości zadania – inny wychowanek, w kompletnie innym miejscu kariery.

Być może Real nie wytrzymał fizycznie obciążeń gry co trzy dni? Ancelotti nie rotował składem nawet jesienią, wierząc, że stalowe mięśnie i ścięgna takich gladiatorów jak Ronaldo, czy Gareth Bale zniosą wszystko. Ustanawiając rekord liczby kolejnych zwycięstw Włoch tłumaczył, że ponad oszczędzanie sił ceni sobie automatyzmy wypracowywane w drużynie. Wczoraj i automatyzmów zabrakło i energii, Real zalicza więc fatalny sezon. Poprzedni rok, gdy patrzył na Barcelonę z pozycji wygranego, okazał się tylko słodkim incydentem.

Być może dojdzie jednak do paradoksalnej sytuacji, że to Barcelona straci trenera. Luis Enrique ma dość użerania się w klubie targanym aferą za aferą. Nie minęły 24 godziny od awansu Barcelony do finału Champions League, gdy sędzia sądu najwyższego ogłosił, że prezesi Bartomeu i Rosell staną przed sądem w związku z transferem Neymara. Ten spłaca się przynajmniej na zielonej murawie, ale ile to wszystko pochłonie środków nikt sobie jeszcze nie wyobraża.

Real kończy sezon z poczuciem klęski, choć w bezpośrednich meczach z Barceloną ma bilans dodatni (3:1 i 1:2). Katalończycy i Juventus pędzą po potrójną koronę, obydwu drużynom zostały już praktycznie po dwa decydujące mecze. Barcelonie trzy, ale w lidze może sobie wybrać, z kim chce wygrać: z Altetico w niedzielę na Vicente Calderon, czy na Camp Nou z Deportivo. Na koniec w klubie będą wybory, czy nowy prezes zatrzyma Luisa Enrique?



środa, 13 maja 2015

Real gra dziś o uratowanie sezonu, by nie zostać największym przegranym europejskiej piłki. Bodźcem ekstra jest wczorajszy awans Barcelony. Juventus prze po pierwszą w historii potrójną koronę.

Luka Modric siedział w szatni z ręcznikiem zakrywającym głowę. Wszyscy wokół rozumieli skalę jego frustracji. Nie tak dawno wrócił do gry po czterech miesiącach walki z kontuzją. W ligowym meczu z Malagą w połowie kwietnia doznał skręcenia kolana, które wykluczało go na kolejne dwa. W najlepszym wypadku wróciłby na finał Ligi Mistrzów w Berlinie, o ile Real bez Chorwata się do niego zakwalifikuje.

Jeden z działaczy Realu podszedł wtedy do Jamesa Rodriqueza i powiedział: - Teraz twoja kolej, ty musisz pociągnąć tę drużynę. Kolumbijczyk się żachnął odpowiadając, że od tego jest w klubie Cristiano Ronaldo. Przypomniano mu, iż Portugalczyk bierze na siebie finalizowanie akcji zawiązanych w drugiej linii, której nowym liderem ma poczuć się właśnie on. I od kontuzji Modrica, Kolumbijczyk jest gwiazdą królewskiej drużyny. W pierwszym meczu z Juventusem zaliczył wspaniałą asystę przy bramce Ronaldo, sam był o krok od gola, po jego strzale głową w 40. minucie Sturaro zbił piłkę na poprzeczkę bramki Gianluigiego Buffona.

Dziennik „El Pais” przypomina, że dla Jamesa transfer do Realu był spełnieniem marzeń. Zawsze kibicował „Królewskim”, przed rokiem, gdy drużyna Carlo Ancelottiego grała półfinał Ligi Mistrzów z Bayernem, pojechał na Allianz Arena ściskać za nią kciuki. Wziął nawet autograf od Ronaldo, nie wiedząc, że niedługo ich drogi skrzyżują się na dłużej.

Był jeszcze piłkarzem Monaco, które odkupiło go z Porto za 45 mln euro przebijając ofertę Florentino Pereza. Po mundialu w Brazylii prezes Realu wydał 80 mln, by Kolumbijczyka mieć u siebie i powiedział, że za kolejny rok jego wartość jeszcze podwoi. Transfer budził wątpliwości, które James powoli rozwiewa. Dziś w meczu sezonu z Juventusem mógłby to zrobić ostatecznie. Gra idzie o uratowanie roku całej drużyny i kontuzjowanego Modrica.

Ojczym Jamesa Juan Carlos Restrepo zawsze powtarzał, że chłopak ma trzech ojców: naturalnego, który opuścił rodzinę, gdy James miał trzy lata, jego i Boga. Kolumbijski talent, dziś jeden z największych celebrytów w swoim kraju (wzdychała do niego nawet barbadoska gwiazda Rihanna), od zawsze zapowiadał się na świetnego gracza. Trenerzy mówili, że leń, co z biegiem lat udało się jednak przewalczyć. Dziś James biega najwięcej w zespole Ancelottiego.

Ale nie tylko na jego grze opierają się nadzieje Realu. Gareth Bale zagrał w Turynie katastrofalnie. Wróciła dyskusja, czy powinien stracić miejsce w składzie. Jego agent ogłosił, że nie gra tak, jakby mógł, bo koledzy za rzadko podają mu piłkę. Statystyki wskazują, że z ofensywnego trio BBC Walijczyk faktycznie dostaje najmniej podań, ale różnice są minimalne. Ronaldo otrzymuje piłkę średnio 28 razy w meczu, Karim Benzema 25, Bale 23. Pozostaje raczej pytanie, co Walijczyk z nią robi, dlaczego 20 miesięcy od transferu z Tottenhamu wciąż wygląda w drużynie jak ktoś na gościnnych występach? Mecz z Juventusem może rozwiać wątpliwości, lub przepełnić czarę goryczy wobec gracza sprowadzonego za 91 mln euro.

Pod jeszcze większą presją zagra tylko Iker Casillas. Legendarny kapitan tkwi w bramce, choć część kibiców uważa, że wyłącznie za zasługi. Ręce Ikera dawno przestały być święte, ocalać zespół, a tego oczekuje się od bramkarza w takim klubie jak Real. Casillas jest jednak u Ancelottiego nietykalny, gdyby dziś cokolwiek zawalił, fani z Santiago Bernabeu nie darują jemu i trenerowi. W obronie rywala stanął nawet Gianluigi Buffon z Juventusu mówiąc, że nie do pomyślenia jest to, co się dzieje wokół Hiszpana.

Po porażce 1:2 wzburzony James mówił, że Bernabeu ma zapłonąć w rewanżu taką chęcią odwetu, by gracze Ancelottiego wyszli pozabijać swoich przeciwników. Juventus przyjechał do Madrytu świadomy, w jakiej sytuacji jest przeciwnik. – Nie mamy zamiaru grać na 0:0, bo na taki wynik nie ma szans – mówi Giorgio Chiellini. – W ostatnim meczu z Valencią Real mógł strzelić 8 do 10 goli – dodał Włoch. Mógł, ale strzelił dwa, dwa stracił i marzenie o mistrzostwie Hiszpanii odpłynęło. Każdy remis da dziś awans mistrzom Włoch wzmocnionym powrotem do zdrowia Paula Pogby.

Juventus wygrał Puchar Europy dwa razy: 1985 roku ze Zbigniewem Bońkiem w składzie i w 1996. Mało jak na giganta, który mistrzostwo Włoch zdobywał 31 razy. Dotąd nigdy nie potrafił pogodzić sukcesu w kraju z sukcesem na kontynencie. Teraz mogłoby się udać. W dodatku drużyna Massimo Allegriego dotarła do finału Pucharu Włoch, jest więc szansa na potrójną koronę. W czasach głębokiego kryzysu Serie A o triumfie w Champions League nikt w Turynie nie śmiał marzyć. Póki co trzeba pokonać Real, a to zespół z wyższej półki niż Borussia Dortmund i Monaco, które Juventus wyeliminował w drodze do półfinału.

2014 rok rekordowy dla Realu (cztery trofea) trzeba na chwilę zapomnieć. Królewscy muszą ratować przyszłość. Wczoraj przepustkę do Berlina wywalczyła Barcelona, co dla graczy Ancelottiego jest z pewnością dodatkowym bodźcem.

Trzy lata temu zanosiło się na Gran Derbi w finale Champions League, ale Barcelona poległa z Chelsea, a Real z Bayernem. 12 miesięcy później „Królewscy” padli pod ciosami Roberta Lewandowskiego i Borussii Dortmund, Katalończycy zostali przejechani bawarskim walcem Juppa Heynckesa. Dziś brakuje najmniej. 90 minut dobrej gry Realu z Juventusem, a 6 czerwca stolica Niemiec zapełni się tłumami odwiecznych rywali, dla których to będzie więcej niż finał Ligi Mistrzów. Trudno o mecz pod większą presją.

 
1 , 2
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac