blog Darka Wołowskiego
RSS
piątek, 30 maja 2014

Czy Vicente del Bosque za wszelką cenę powinien zabrać na brazylijski mundial kontuzjowanego Diego Costę? Podjąć ryzyko, którego odradza mu niemal połowa hiszpańskich kibiców.

Już za 15 dni na Arena Fonte Nova w Salvadorze Hiszpanie rozpoczynają batalię w obronie tytułu mistrzów świata. „La Roja” zacznie tak, jak skończyła mistrzostwa w RPA, czyli meczem z Holendrami, srebrnymi medalistami sprzed czterech lat. W składzie drużyny Vicente del Bosque jest jedna fundamentalna niewiadoma. Czy zagra napastnik Atletico Madryt Diego Costa, który w 8. minucie finału Champions League zszedł z boiska z odnowioną kontuzją uda? Pochodzący z Brazylii naturalizowany gracz ma wyleczyć mięsień za dwa tygodnie, a więc wróciłby do treningów tuż przed startem mistrzostw.

W Hiszpanii trwa debata czy selekcjoner powinien ryzykować zabierając na mundial napastnika, który nie weźmie udziału w przygotowaniach? W internetowej ankiecie dziennika „Marca” zdania kibiców są podzielone. 48 proc z nich uważa, że to się nie opłaci. – Jeśli chodzi o Costę jestem umiarkowanym optymistą – odpowiedział Del Bosque, który już za trzy dni musi ogłosić ostateczną, 23-osobową kadrę na mundial. – Decyzję w jego sprawie podejmę w ostatniej chwili – dodał.

Sytuacja selekcjonera Hiszpanów nie jest łatwa. Z jednej strony zabiera do Brazylii drużynę, która wygrała trzy ostatnie wielkie turnieje (Euro 2008, MŚ 2010 i Euro 2012). Z drugiej obrona tytułu nazywana jest, nawet w Hiszpanii, misją niemożliwą. Żadna drużyna z Europy nie wygrała mistrzostw świata rozgrywanych na amerykańskiej ziemi. „La Roja” była pierwszą, która dokonała tego poza Starym Kontynentem.

12 miesięcy temu w finale Pucharu Konfederacji Brazylia pokonała Hiszpanów 3:0. Wtedy zaczęła się debata, że mistrzowska drużyna jest wypalona. Nawoływano Del Bosque by dokonał w niej istotnych zmian, ale hiszpański selekcjoner uchodzi za konserwatystę. Kiedy po Euro 2008 przejmował zespół od Luisa Aragonesa stwierdził, że jest on właściwie dziełem skończonym i trzeba go raczej utrzymać, niż myśleć o korektach. To podejście okazało się słuszne w RPA oraz na mistrzostwach Europy w Polsce i na Ukrainie. Czy wystarczy na sukces w Brazylii?

Del Bosque stawia do bramki swojego kapitana Ikera Casillasa, mimo iż półtora roku temu stracił on miejsce w podstawowym składzie Realu Madryt. Wyszło, że selekcjoner miał rację, bo choć w meczach ligi hiszpańskiej w królewskiej drużynie bronił Diego Lopez, ale to z Casillasem między słupkami wygrała ona Ligę Mistrzów i Puchar Hiszpanii. Tak samo jak Casillas „świętą krową” reprezentacji jest 34-letni lider Xavi Hernandez mający za sobą słabszy sezon w Barcelonie.

Nie znaczy to, że selekcjoner jest niechętny wszelkim zmianom. Przeciwnie. Pomocnik Atletico Koke i właśnie Diego Costa są tego przykładem. Del Bosque wierzy, że nowi piłkarze podtrzymają w jego drużynie głód sukcesu. – Oczy moich graczy są dziś inne, niż wtedy, gdy zaczynaliśmy – powiedział ostatnio, co w ustach kogoś tak stonowanego zabrzmiało niemal dramatycznie. – Przystąpimy do brazylijskiego mundialu, jakby miał być pierwszy w karierze każdego z nas. Miejsca się zmieniają, nasza chęć zwyciężania pozostała nietknięta  – odpowiedział Andres Iniesta w imieniu swoim i kolegów.

Przy okazji sprawy Casillasa i wiele razy później Del Bosque podkreślał, że żaden piłkarz nie pojedzie do Brazylii za zasługi. – Nikomu nie jestem nic winien, wobec nikogo nie czuję się zobowiązany za to, co dotąd zrobił. Na mundial pojadą najlepsi, bo ponad interesem każdego z nas, jest dobro drużyny - tłumaczył. Mimo wszystko prasa hiszpańska sugeruje, że wobec Costy selekcjoner ma jednak pewien dług wdzięczności. Kiedy ważyły się losy, czy napastnik Atletico będzie grał dla Hiszpanii, czy dla Brazylii, Del Bosque zaprosił go na kolację i powiedział wprost. – Jeśli wybierzesz „La Roja” u mnie miejsce masz zapewnione.

Costa zobowiązał się do tego na piśmie odrzucając ofertę Luiza Felipe Scolariego. Niedawno brazylijski selekcjoner powtórzył, że powołałby napastnika Atletico na mundial z całą pewnością. Spór dotyczy gracza, który dla Brazylii zagrał zaledwie dwa razy, a dla Hiszpanii dopiero raz. Zadebiutował w towarzyskim starciu z Włochami wygranym 1:0 na Vicente Calderon w Madrycie (gol Pedro) i kolejny jego mecz to może być inauguracja mundialu. Czy Del Bosque zaryzykuje z Costą, i czy to ryzyko się opłaci? Na wszelki wypadek na piątkowy sparing z Boliwią selekcjoner powołał weterana Fernando Torresa (pierwszy raz od Pucharu Konfederacji) i 20-letniego Gerarda Delofeu (debiutant). Wygląda jednak na to, że ich mundialowe szanse są niższe niż Costy.

Pozostaje pytanie, czy mistrzowie świata w ogóle potrzebują klasycznego, środkowego napastnika. Na Euro 2012 „La Roja” grała z „fałszywą dziewiątką”, w którą wcielał się Cesc Fabregas. Na brazylijskim mundialu będzie pewnie podobne. Costa może być więc potrzebny Hiszpanom tylko jako wariant B. Mimo wszystko Del Bosque widzi w nim wojownika zdolnego dać pozytywny impuls całej drużynie.

Tylko jednemu trenerowi udało się obronić tytuł mistrza świata. To selekcjoner reprezentacji Włoch Vittorio Pozzo triumfujący na mundialach w 1934 i 1938 roku. Del Bosque jest świadomy jak trudno zostać tym drugim.



poniedziałek, 26 maja 2014

Na wielkich ekranach zbudowanych na murawie Vicente Calderon 50 tys fanów Atletico oglądało finał przeżywając tę samą traumę co ich rodzice 40 lat temu. Pijani szczęściem kibice Realu czekali na swoich piłkarzy pod fontanną Kybele do szóstej rano.

Tłum szedł ze spuszczonymi głowami. Wielu nie potrafiło zapanować nad poruszeniem. Omijali parę młodych obejmujących się na środku ulicy. Ona, w koszulce Diego Simeone z numerem 14, on w koszulce Diego Costy z dziewiętnastką na plecach. Ciszę przerwał okrzyk: „Atleti, hasta la muerte” (Atletico aż do śmierci) i tysiące ściśniętych gardeł wydało z siebie coś między śpiewem i jękiem. Zaledwie dwie godziny wcześniej szli na stadion z wielką nadzieją. Na transparentach nieśli napisy: „Marzenia przeciw obsesjom”. To aluzja do obsesji „La Decimy” ich odwiecznych rywali z Santiago Bernabeu. Wśród haseł były też słynne słowa zmarłego w lutym Luisa Aragonesa, który jako trener Atletico wygłosił do piłkarzy mowę tak płomienną, że można by ją cytować żołnierzom. „Kiedy wyjdziecie z szatni, zobaczycie 50 tys ludzi gotowych za was umrzeć. Musicie umrzeć za nich na boisku”.

Nazwisko Aragonesa znalazło się na wewnętrznej stronie kołnierzyka koszulek, w których drużyna Simeone zagrała finał w Lizbonie. Sami piłkarze wpadli na taki pomysł, w najważniejszym meczu w historii klubu chcieli poczuć jego wsparcie, czerpać z jego siły. Kiedy tydzień wcześniej na Camp Nou Atletico broniło zwycięskiego remisu z Barceloną na wagę mistrzostwa Hiszpanii, rozpalony radością Simeone powiedział: „W ostatnich minutach czułem, że Luis broni razem z nami”.

Aragones jest legendą Atletico. Do jakiegoś stopnia bolesną. W 1974 roku w finale Pucharu Europy przeciw Bayernowi zdobył gola na 1:0 w 114. minucie dogrywki. Na 60 sekund przed końcem Niemcy wyrównali, by wygrać powtórzony mecz gładko 4:0. W sobotę w Lizbonie stało się niemal dokładnie to samo, w starciu z równie potężnym rywalem z Santiago Bernabeu. Diego Godin nie potrafił powstrzymać łez, a z nim dziesiątki tysięcy fanów w czerwono-białych atrojach. Urugwajski stoper zdobył bramkę na 1:0 po błędzie Ikera Casillasa, a potem Atletico broniło się heroicznie przez godzinę. W 93. minucie wyrównał Sergio Ramos i, jak nakazuje nieunikniony bieg historii, „Biali” złamali opór „Indian”. Kolejne gole dla Realu były kwestią czasu, padły trzy w drugiej części dogrywki.

„Niech się dowiedzą Wikingowie, kto rządzi w stolicy” - śpiewali gracze Atletico po powrocie do domu z mistrzostwem Hiszpanii przed tygodniem (Wikingowie to jeden z przydomków Realu). „Niech się dowiedzą Indianie, kto rządzi w Madrycie” - odpowiedział wczoraj Ramos, gdy o szóstej rano zwycięska drużyna dotarła pod fontannę Kybele, by świętować z setkami tysięcy wiernie czekających ludzi. To on był mistrzem ceremonii, on zawiązał szalik Realu na szyi frygijskiej bogini płodności i urodzaju. Wcześniej w Lizbonie ciężko na to zapracował na boisku. Gdyby nie jego serce do walki, najlepszą drużyną Europy byłoby Atletico. Casillas opłakiwał by swój niewybaczalny błąd w nieskończoność, a sprowadzeni za setki milionów Bale i Ronaldo okazje zaprzepaszczone pod bramką Thibauta Courtoisa. Środkowy obrońca sprawił, że poszło to w zapomnienie. Prezes Florentino Perez może ogłosić, że jego dyskusyjna decyzja z sierpnia ubiegłego roku o oddaniu Mesuta Oezila i sprowadzeniu Bale’a, była przebłyskiem geniuszu.

Kilka godzin wcześniej razem z tłumem załamanych fanów Atletico, dotarłem spod Vicente Calderon do stacji Piramides. Kiedy wsiedliśmy do metra, była tam już grupa fanów Realu spiesząca na Gran Via, by stamtąd dotrzeć pod fontannę Kybele i cieszyć się z innymi. „Jak można Cię nie kochać, skoro jesteś najlepszym klubem w Europie” - śpiewali. „Atletico, hasta la muerte” - odpowiedzieli ci w koszulkach w czerwono-białe pasy. Nie było przyjaźni, ale nie było otwartej wrogości, takiej jak można się spodziewać po fanach klubów rywalizujących ze sobą od 111 lat. Najważniejsze derby w historii wygrał Real, kibice Atletico znów poczuli się „cierpiętnikami” i „pechowcami”. W piłce, tak jak na polu chwały, muszą być zwycięzcy i pokonani.

Kiedy żal i frustracja opadną, „Colchoneros” docenią najlepszy sezon w swojej historii. Simeone i jego gracze podarowali im nieprawdopodobny miesiąc. W klubowym sklepie w południowej trybunie Vicente Calderon zabrakło koszulek Atletico, a jego obroty były siedem razy większe niż w maju ubiegłego roku. To dobra wiadomość dla tonącego w długach klubu. Finał w Lizbonie został przegrany, być może na kolejny nie będzie trzeba czekać aż czterech dekad? Po zdobyciu mistrzostwa Hiszpanii Simeone przekonywał: „si se cree y se trabaja, se puede” (jeśli się wierzy i się pracuje, można wszystko). Wielka próba przed nimi: ból porażki trzeba przekuć w coś pozytywnego.

Po 12 latach wyczekiwania, Real może śnić już o jedenastym Pucharze Europy. Koszulki z napisami „A por La Decima” przeszły do historii. Najbogatszy klub świata zrobił kolejny krok godny swojej legendy. Setki tysięcy ludzi bawiły się do rana, wśród białych barw zalewających nocą Madryt migały czerwono-białe pasy i nikt nie miał z tym problemów. Już jakiś czas temu muzeum na Santiago Bernabeu stało się najczęściej odwiedzanym w Hiszpanii. Turyści wolą oglądać trofea wywalczone przez Di Stefano, Gento, Raula, Zidane’a, Ramosa i Ronaldo niż obrazy Goi, Velazqueza, czy El Greco w muzeum Prado. Takie czasy nastały, że jeden gol zdobyty w 93. minucie meczu może wpływać na losy milionów.

sobota, 24 maja 2014

Najbogatszy klub świata ma swój wymarzony 10. Puchar Europy. W najważniejszych derbach Madrytu „Królewscy” zmogli po dogrywce Atletico 4:1 po golach Sergio Ramosa, Garetha Bale’a, Marcelo i Cristiano Ronaldo. A przecież przegrywali do 93. minuty.

W trzeciej minucie doliczonego czasu gry strzał głową Ramosa ocalił nadzieje Realu. Atletico bardzo długo prowadziło po błędzie Ikera Casillasa i główce Diego Godina, ale w ostatniej chwili wypuściło z rąk swój największy sukces. W dogrywce najlepszy na boisku Angel Di Maria wypracował gola Garetha Bale’a, także zdobytego głową. Skromny klub z Vicente Calderon tracił kolejne bramki i przeżył traumatyczną powtórkę z historii.

Atletico grała w finale Pucharu Europy drugi raz. W 1974 roku prowadziło z Bayernem Monachium do ostatniej minuty dogrywki, by stracić gola, przegrać powtórzony mecz 0:4 i czekać na kolejną szansę cztery dekady. W sobotę heroiczny wysiłek znów nie przyniósł sukcesu. W dogrywce skromnej drużynie Diego Simeone nie starczyło sił. Walka ponad siły pozostała bez nagrody.

Władze Madrytu zrobiły co mogły, by bratobójczy finał Ligi Mistrzów nie zmienił się w wojnę plemion. Tuszowano wzajemne żale i niechęci, dbano zawczasu, by mecz nie był głęboką traumą dla przegranych. Na Placa del Sol pod ratuszem zawisł napis, że bez względu na to, co stanie się na Estadio da Luz, stolica Hiszpanii będzie wygrana. Że jest dumna z obu swoich klubów niezależnie od rezultat finału. Kandydatów na miasto, z którego zespoły rozstrzygałyby między sobą tytuł numeru 1 w Europie było kilku. Choćby Mediolan (Inter i Milan), lub Londyn (Chelsea i Arsenal). Wszystkich wyprzedził Madryt, który jest z tego bardzo dumny i jego władze podkreślały to na każdym kroku.

Przed meczem na ulicach stolicy Hiszpanii, w kawiarniach i zaułkach można było zobaczyć grupy mieszane: jedni szli w koszulkach Atletico, inni Realu.

Przygotowania trwały w sobotę od białego rana. Tak pod fontanną Kybele, jak pod fontanną Neptuna rusztowania rosły w zawrotnym tempie, choć z góry wiadomo było, że jedne niepotrzebnie. Bogini płodności i urodzaju mogłaby usłyszeć Neptuna, gdyby symbole Realu i Atletico chciały ze sobą pogadać. Oddziela je zaledwie kilkaset metrowy fragment Paseo del Prado. Jedno z tych dwóch miejsc miało zapełnić się po meczu dziesiątkami tysięcy szczęśliwych ludzi.

Ale na tym nie koniec. Około 70 tys fanów obu madryckich klubów w sobotę o świcie ruszyło autostradą A5 w kierunku Lizbony. Zdecydowana większość bez biletów na finał, ale nie wyobrażali sobie, by zostać w domu, tak daleko od ukochanej drużyny. Chcieli przeżyć ten mecz na ulicach stolicy Portugalii razem z tysiącami podobnych do nich. W derbach Madrytu mających 111 lat tradycji jeszcze nigdy gra nie szła o tak wysoką stawkę. I pewnie szybko się to nie powtórzy.

Wiedzieli o tym także ci, którzy zostali w Madrycie. Wieczorem tak Vicente Calderon jak i Santiago Bernabeu zapełniły kolejne dziesiątki tysięcy fanów. Chciali obejrzeć ten historyczny dla nich finał razem na telebimach rozstawionych na murawie stadionów obu klubów.

W krótkim artykule w „El Pais” Ray Loriga, hiszpański pisarz zastanawiał się kiedy i jak dochodzi do polaryzacji mieszkańców miasta na zwolenników Atletico i Realu. Powodów jest oczywiście mnóstwo. Dziadek Fernando Torresa tak zaraził go biało-czerwoną ideologią, że nawet jako znany piłkarz nie chciał słyszeć o transferze do Realu. Z kolei Raul Gonzalez, dziś symbol „Królewskich” zaczynał grę w piłkę w Atletico, ale go stamtąd przegnano likwidując drużynę z jego rocznika. Jak było w przypadku Lorigi? - Musiałem stać się biały, bo mój starszy brat Francisco był czerwono-biały. Kiedy wywoływał mi mecz w parku obok domu nie pozostawiał wyboru, jakich barw mam bronić - tłumaczył.

Sufridores (cierpiętnicy) i Pupas (pechowcy) - takich przydomków dorobili się piłkarze i kibice Atletico przez ostatnie dekady, gdy przede wszystkim przegrywali. Do chwili, gdy na Vicente Calderon pojawił się Diego Simeone, były zawodnik klubu, a dziś trener, przez 14 lat „Colchoneros” nie potrafili wygrać z „Królewskimi”. Argentyńczyk sprawił, że cierpiętnikami i pechowcami stali się rywale Atletico. W lidze hiszpańskiej drużyna z Vicente Calderon przerwała dekadę dominacji Realu i Barcelony. W Lidze Mistrzów Atletico pobiło Milan, Barcelonę, Chelsea, by w finale podnieść rękę na potężnego sąsiada, czyli najbardziej utytułowany klub na Ziemi.

Obie drużyny są tak różne jak ich historia. Atletico, klub robotniczy wciąż ma kłopoty ekonomiczne. Co roku musi sprzedawać najlepszych graczy. Jego gwiazdor Diego Costa zagrał dziś pewnie ostatni raz w barwach czerwono-białych, bo latem odejdzie do Chelsea. Razem z nim przeniesie się pewnie bramkarz Thibaut Courtois, którego Atletico wypożyczyło tylko z zespołu finansowanego przez rosyjskiego oligarchę Romana Abramowicza. Tymczasem „Królewscy” są na przeciwnym biegunie. Na liście pięciu najdroższych piłkarzy w historii jest aż czterech graczy Realu.

Budżet Atletico jest cztery razy mniejszy od Realu, ale ostatnio na boisku tego nie widać. Twardzi, nieustępliwi, nieugięci wobec największych, grają futbol tak przebiegły, że chwilami wręcz wredny. - Nie dopasowuję zawodników do taktyki, ale taktykę do zawodników - mówi Simeone.

Real to drużyna, która zdobyła najwięcej goli w tej edycji Ligi Mistrzów, ale Atletico ma najmniej straconych. Przy tym aż 11 razy trafiało do bramki rywala po stałych fragmentach gry, co podkreśla geniusz jego trenera.

Wielką historię „Królewskich” tworzyła drużyna z lat 50-tych i 60-tych z Alfredo Di Stefano i Paco Gento. Obaj sędziwi panowie wybrali się do Lizbony by wesprzeć swoich następców. To do tamtej drużyny próbuje nawiązać Florentino Perez obecny prezes Realu i chyba najsłynniejszy człowiek na tym stanowisku. Tyle, że choć spędził na czele klubu dekadę i wydał na piłkarzy ponad miliard euro, zdobył zaledwie jeden Puchar Europy, w 2002 roku. Od 12 lat „Królewscy” czekali na „La Decima”, która stała się ich obsesją. Trudno więc mówić, że byli mniej zmotywowani niż Atletico walczące o swój pierwszy tytuł najlepszej drużyny Europy.

piątek, 23 maja 2014

Będąc od tygodnia w stolicy Hiszpanii wsłuchuję się w racje obu stron i wciąż nie czuję się przekonany. Który z madryckich klubów ma więcej powodów, by wygrać lizboński finał Ligi Mistrzów?

Luis Figo wciąż wygląda jakby karierę skończył wczoraj. Pięć lat nie zmieniło w jego przypadku prawie nic. Z wielką frajdą patrzyłem jak panuje nad piłką, nie wiem czy był piłkarz w historii, który wykonywał balans ciałem z większą elegancją. Zdecydowanie bardziej zaskoczył mnie Fernando Hierro - kilka jego zagrań, oglądanych z tak bliska przekonało mnie, że widzi na boisku znacznie więcej niż klasyczny defensywny pomocnik. Bo właśnie na tej pozycji, a nie na stoperze, grał w meczu charytatywnym, który oglądałem w Madrycie. Środkowym obrońcą był Francisco Pavon, ten sam, który w 2002 roku w Glasgow zdobył „La Novena” bez wychodzenia na boisko.

Z bliska miałem okazję przyjrzeć się także Zinedine Zidane’owi, który w Valdebebas prowadził zajęcia u boku Carlo Ancelottiego. Jak wiemy los genialnego Francuza w pewnym okresie ściśle związał się z karierą takiego przeciętniaka jak Pavon. Pomysł Florentino Pereza by galaktyczne gwiazdy i wychowankowie „La Fabrica” stanowili o sile Realu, po odejściu Vicente del Bosque legł w gruzach. Pavon pozostanie synonimem piłkarza, któremu zlecono zadania wykraczające zbyt daleko poza granicę jego możliwości. Oczywiście nie ponosi winy, że ktoś wymyślił, iż stanie się kimś, kim stać się nie mógł. Chłopak skromny i sympatyczny, czego większość dziennikarzy zapewne nigdy nie powie o Figo.

Wszystkich ich „przetrwał” Iker Casillas, który w Glasgow wszedł na boisko dopiero po kontuzji Cesara Sancheza, i który jako jedyny dotrwał na boisku aż do dzisiaj. Podczas dnia otwartego dla mediów w Valdebebas Iker zapewniał, że Ancelotti nauczył graczy Realu jak być grupą lojalnych kolegów. Podobno dzięki Włochowi odpowiedzialność za zespół biorą na siebie nawet ci, którzy wcześniej wyłącznie chowali się za plecy kolegów.

Odwiedziliśmy jego ulubioną kawiarnię, gdzie, według Jose Mourinho, bramkarz spiskował przeciw niemu. Trudno to sobie wyobrazić, choć odsunięty od gry Casillas musiał być na Portugalczyka wściekły. Jak inaczej można patrzeć na futbol pokazuje przykład Del Bosque, który nawet po kontuzji Victora Valdesa nie pomyślał o sprawdzeniu Diego Lopeza. Zapewne uważa, że nie pasuje do jego grupy. Tak jak do grupy Mourinho nie pasował Casillas.

Aby wspominać istotne wydarzenia z czasów, gdy Atletico należało do drużyn ubiegających się o Puchar Europy, trzeba było sięgnąć w czasie znacznie dalej. 74-letni Adelardo Rodriguez trzyma się świetnie. Do dziś pamięta jak stał obok Luisa Aragonesa, gdy ten wykonywał słynny rzut wolny dający „Colchoneros” prowadzenie w finale z Bayernem w 1974 roku. Była 114 minuta, trzeba było wytrwać sześć, ale się nie udało. Adelardo wierzy, że historia spłaca długi, że Real jest coś Atletico winien za lata dominacji, która skończyła się zaledwie 12 miesięcy temu. Czy finał w Lizbonie spełni oczekiwania legendy Atletico? Tylko co wtedy z nadziejami 80-letniego Paco Gento. On do stolicy Portugalii pojechał z piłkarzami Realu już wczoraj?

Te kilka dni w Madrycie pozwoliły mi też trochę inaczej spojrzeć na Cristiano Ronaldo. Podczas dnia otwartego dla mediów był chyba najbardziej uprzejmy dla dziennikarzy z całej kadry Realu. Tak jakby chciał się wygadać, opowiedzieć całemu światu o swoim marzeniu o „La Decina”. Albo jest tak profesjonalny w zabieganiu o rozgłos, albo pod powłoką luksusowego produktu futbolowego wciąż kryje się człowiek z krwi i kości.

Wybraliśmy się wczoraj do osiedla luksusu „La Finca” gdzie mieszkają Ronaldo, Benzema, Bale, Casillas, a także wielu celebrytów jak Penelopa Cruz. Patrząc na bunkry z białego kamienia nie poczułem cienia zazdrości, a tylko głębokie współczucie. Biedni są ludzie, który za podwójnymi zasiekami, z pomocą patroli i kamer na podczerwień muszą strzec przed światem  strzępów prywatności. Gdy obejrzałem reportaż z posiadłości Ronaldo, zrobiony przez telewizję portugalską, wydał mi się bardziej samotny, niż oba występujące obok niego psy.

Każda ze stron ma powody, by finał w Lizbonie traktować w kategoriach konieczności życiowej. Ronaldo po raz pierwszy odkąd jest w Madrycie może współczuć swojemu wielkiemu rywalowi Leo Messiemu. Dotąd musiał mu tylko zazdrościć. Do szczęścia brakuje Portugalczykowi zwycięstwa w Champions League, wtedy na brazylijski mundial poleciałby na własnych skrzydłach. Tyle, że jeśli on wygra, zrani miliony serc czerwono-białych. Wygląda na to, że z tej sytuacji nie ma po prostu dobrego wyjścia.

Pytano Ancelottiego co zrobi, jeśli Real finał w Lizbonie przegra? Powiedział, że nie umie nawet myśleć o tym, bo do jego obowiązków należy zarażać otoczenie wiarą w zwycięstwo. Simeone odpędzał presję stwierdzeniami, że biorąc pod uwagę zamożność klubów, jego drużyna w ogóle nie miała prawa do finału się dostać. W trybunie południowej Vicente Calderon, niedaleko muzeum, w którym znalazłem zdjęcie Romana Koseckiego, mieści się „Memorial”. Miejsce, gdzie spoczywają urny z prochami fanów „Colchoneros”. Wielu z nich na triumf w Pucharze Europy czekało bezowocnie całe życie. Czy ta niemoc potrwa do jutra, czy trzeba się będzie jeszcze trochę uzbroić w cierpliwość?

Na koniec cytat z Pavona, który trzyma oczywiście kciuki za „Królewskich”. Uważa, że obsesja „La Decima” to nic wobec tego, co przeżywać będą gracze Simeone. „Do następnego finału Real awansuje za rok, za dwa, albo za pięć, Atletico poczeka na to pewnie kolejne 40 lat”.

 

niedziela, 18 maja 2014

Nie da się nadrobić w 90 minut tego, czego nie zrobiło się przez 9 miesięcy. Barcelona nie mogła dać rady rewelacji sezonu. Jakie są ograniczenia Atletico przekonamy się w finale Ligi Mistrzów.

David Villa nie musiał bawić się w owijanie w bawełnę. Nie czuł się w obowiązku udawać, że żal mu zespołu z Camp Nou, z którym w 2011 roku wygrał pierwsze mistrzostwo i jedyny raz Ligę Mistrzów. Szefowie katalońskiego klubu sami byli sobie winni ulegając galaktycznej mrzonce o Neymarze w roli zbawiciela drużyny, której, według racjonalnych kryteriów, brakowało przede wszystkim środkowego obrońcy. Bez żalu oddali Villę do Atletico za 5 mln euro, po to by wydać na Brazylijczyka 83 mln. Wystarczył w sobotę rzut oka na boisko, by ocenić kto ubił lepszy interes. "El Guaje" zaliczył zsyłkę z zespołu mistrza, do zespołu mistrza.

Nie Villa był w sobotę mężem opatrznościowym Atletico, ani nawet najlepszy strzelec Diego Costa. Mimo iż złotą bramkę na wagę mistrzostwa zdobył stoper Diego Godin, nowy mistrz Hiszpanii to zdecydowanie bohater zbiorowy. Barcelona mogła podnieść pensję Leo Messiemu do 20 mln euro za rok, ale nie mogła sprawić, by Argentyńczyk wydobył się ze stanu piłkarskiej hibernacji. Można było nawet postawić złowrogie pytanie: „czy to jeszcze kiedykolwiek nastąpi”? W 26. roku życia Messi wygląda jak świeca na kilka chwil przed wypaleniem do końca.

Oczywiście szefowie Barcy nie mogli zrobić nic innego. Są zakładnikami wychowanka „La Masia”, który dotąd wydawał się najlepszym biznesem w historii klubu. Być może od kolejnego sezonu Katalończycy zaczną płacić przede wszystkim za to, co Argentyńczyk zrobił dla nich do tej pory. Trzy z czterech Pucharów Europy związane są z nazwiskiem Messi. Ktoś taki jest dla kibiców nietykalny, no prawie nietykalny, bo wczoraj na Camp Nou Leo pożegnały gwiazdy.

Od 2008 roku trwały nieustanne poszukiwania antidotum na tiki-takę. Jako jego wynalazca lubił przedstawiać się Jose Mourinho. Diego Simeone nie przepada za wybujałymi polemikami, zamiast barwnych tyrad na konferencjach prasowych, sprawia, że przemawiają nogi jego graczy na boisku. Jeszcze jeden mecz, jeden wysiłek, 90, lub co najwyżej 120 minut potu, krwi i łez. Wygrywając finał Champions League za tydzień w Lizbonie drużyna z Vicente Calderon stałaby się największą rewelacją rozgrywek od czasów FC Porto. Skoro przełamała dekadę hegemonii Barcy i Realu w Primera Division, to chyba jest gotowa na wszystko?

Tym, których gra drużyny Diego Simeone porwała mocno przypomnę finał Ligi Mistrzów z 2000 roku. Do Paryża pojechał „słaby” Real Madryt z jowialnym Vicente del Bosque po to, by ratować stracony sezon i najlepsza drużyna Primera Division - Valencia z wielkim, trenerskim guru tamtych lat argentyńskim magiem Hectorem Cuperem. Skończyło się na gładkim zwycięstwie „Królewskich” 3:0. Okazało się, że poza Barcą i Realem nie ma w Primera Division zespołów, które mentalnie dorosły do zajęcia pozycji na europejskim szczycie. Do dziś tylko dwa hiszpańskie kluby zdobywały Puchar Europy. Za sześć dni drużyna Simeone musiałaby obalić tę regułę.

Atletico ma szansę wygrać najważniejsze derby w historii unieważniając 100 lat cierpień i kompleksów wobec bogatszego sąsiada. Wszystkie rany zadane mu przez Real mogą się zabliźnić w Lizbonie, w ciągu 90 minut, za jednym razem także ta najboleśniejsza z finału Pucharu Europy sprzed 40 lat przegranego z Bayernem. Gdyby się udało, nad czym pracowałby Simeone w nowym sezonie?

sobota, 17 maja 2014

Dzisiejszy mecz rozstrzygający o tytule mistrza Hiszpanii jest pointą fatalnego sezonu Barcelony i fenomenalnego Atletico. Paradoksalnie za faworyta uchodzi rozbity zespół z Camp Nou, który wczoraj uczynił z Leo Messiego najlepiej zarabiającego gracza na świecie.

Łzy Messiego w Katedrze w Barcelonie były czymś naturalnym. Tito Vilanova był jego wychowawcą w La Masia, prowadził drużynę kadetów, gdzie Argentyńczyk dorastał do roli gwiazdy. Msza za Tito, człowieka bez skazy, który przegrał walkę z nowotworem stała się chwilą głębokiej refleksji dla wszystkich związanych z katalońskim klubem. Po pięciu latach hossy nadszedł stan zapaści, z wydłużającą się z każdym dniem listą nieszczęść, frustracji i rozczarowań.

To jest najgorszy sezon Messiego od pięciu lat, choć i tak zdobył w La Liga aż 28 goli. Gdyby nie chroniczne kłopoty mięśniowe jesienią, być może znów wydarłby tytuł króla strzelców Cristiano Ronaldo (30 bramek). Ale ostatnio argentyński geniusz stracił moc wyciągania Barcelony z każdych opałów, co wcześniej przychodziło mu z nadludzką lekkością.

Poza kontuzjami zdawało się, że walczy z całym światem. Według ostatnich publikacji w prasie hiszpańskiej ojciec i menedżer piłkarza Jorge Messi zakładający fikcyjne firmy w Belize i Urugwaju, by uniknąć podatków od sprzedaży praw do wizerunku syna, naraził go na kary sięgające 40 mln euro. Był jeszcze skandal związany z serią meczów charytatywnych „Messi i przyjaciele”, które stały się pretekstem dla kolumbijskiej mafii do prania brudnych pieniędzy. Piłkarz nic o tym wiedzieć nie mógł, ale odpryski niesławy spadły także na niego. – W ostatnim czasie prasa bez przerwy zajmowała się moimi prywatnymi sprawami, pisząc niemal wyłącznie wyssane z palca oszczerstwa – powiedział niedawno Leo Messi.

Jest w końcu tajemnicza choroba, o której niewiele wiadomo. Kamery kilkakrotnie zarejestrowały jak argentyński piłkarz wymiotuje na boisku. Biega po nim coraz mniej, jego organizm wygląda na wyczerpany. Trudno uwierzyć w pogłoski, że siły zbiera na brazylijski mundial.

Wczoraj Barcelona urządziła coś w rodzaju publicznego wotum zaufania dla Messiego podając, że uzgodniła z nim nowy kontrakt do 2018 roku. Wiąże się to z podniesieniem zarobków Argentyńczyka z 13 do 20 mln rocznie, żeby zarabiał lepiej niż Cristiano Ronaldo (18 mln). Sprawi to, że jak mawiają w Katalonii „najlepszy piłkarz świata będzie najlepiej opłacany”. Czy fakt, że klub widzi Leo w roli lidera swojej nowej drużyny zwiększa szansę Barcy w dzisiejszym meczu o mistrzostwo? Na pewno termin ogłoszenia przedłużenia umowy nie jest przypadkowy.

Tak samo jak Messi, cierpiał Neymara. Przybywał na Camp Nou z ogromnymi nadziejami, które natychmiast legły w gruzach. Skandal dotyczący transferu młodego Brazylijczyka doprowadził do dymisji prezesa Sandro Rosella, jego następca Josep Maria Bartomeu ujawnił prawdziwe kwoty transakcji wyższe o 30 procent.

Barca miała tak złą prasę, że minister sportu Hiszpanii stanął publicznie w jej obronie przypominając, iż jeszcze niedawno była dumą całego kraju. Zwłaszcza w 2010 roku, gdy trzej wychowankowie „La Masii” (Messi, Iniesta, Xavi) zajęli całe podium w plebiscycie Złota Piłka.

Minęło 40 miesięcy i niedawni bohaterowi zostali strąceni ze szczytu. Eksperyment Barcelony z argentyńskim trenerem Gerardo Martino, który zastąpił chorego Vilanovę, okazał się chybiony. Drużyna przegrała finał Pucharu Króla z Realem, z Ligi Mistrzów odpadła z Atletico już w ćwierćfinale. Szanse na obronę mistrzostwa traciła kilka razy, ale rywale byli dla niej miłosierni. Dzięki potknięciom Atletico Katalończycy wciąż mogą obronić tytuł. 100 tys kibiców pojawi się dziś na Camp Nou by zamanifestować ostatni raz wsparcie dla upadającej drużyny.

Atletico jest na przeciwnym biegunie. Jego fani przezywają okres euforii. Diego Simeone stworzył zespół, który po 40 latach awansował do finału Pucharu Europy i ma szanse na pierwszy tytuł mistrza Hiszpanii od 1996 roku. Wystarczy remis na Camp Nou i będzie można mówić o najlepszym sezonie w historii klubu z Vicente Calderon, a przecież 24 maja w Lizbonie po derbowym finale Ligi Mistrzów z Realem ma on szanse zostać numerem 1 w Europie.

Dzisiejszy hit jest ekscytującym zakończeniem kampanii w Primera Division. W 85-letniej historii ligi hiszpańskiej dopiero trzeci raz o mistrzostwie zdecyduje ostatni, bezpośredni mecz między walczącymi o nie drużynami. Zespoły Martino i Simeone grały ze sobą w tym sezonie już 5 razy, czterokrotnie padł remis, raz zwyciężyło Atletico, właśnie wtedy, gdy wyrzucało Barcę z Ligi Mistrzów. Messi nie zdobył w tych meczach nawet jednej bramki, jakby obrońcy z Vicente Calderon posiedli moc obrzydzenia mu piłki.

Mimo sportowej bessy w Barcelonie, i hossy Atletico, bukmacherzy wskazują gospodarzy, jako faworyta dzisiejszego meczu. Drużyna Simeone wystawiła się na próbę ognia tracąc w poprzednich dwóch kolejkach aż 5 pkt. Miała tytuł w garści, dziś przyjdzie jej o niego stoczyć ciężki bój. Do zdrowia wrócił Diego Costa (27 goli w lidze), ale Barcelona odzyskała Gerarda Pique i Jordiego Albę, co dla słabej defensywy może być kluczowe.

Dwa dni przed starciem z Atletico klub z Katalonii przeżył jeszcze jeden niezwykły moment. Carles Puyol ogłosił, że po 14 latach w zespole z Camp Nou, rzuca futbol. Był jego sercem i płucami, najlepszym kapitanem w historii Barcelony, z którą zdobył 21 trofeów. Messi i reszta mogą podarować mu jeszcze 22. „Żeby wygrać z Atletico, Barcelona potrzebuje dziś jedenastu Puyolów” – komentuje prasa katalońska.

Bez względu na wynik jest to ostatni mecz zespołu, który tworzyli od 2008 roku Pep Guardiola i Tito Volanova. Drużyna z Camp Nou zostanie latem przebudowana. Gdy przeglądałem wczoraj portale katalońskich gazet, miałem wrażenie, że nowe transfery zajmują je bardziej, niż dzisiejszy mecz o mistrzostwo.

- Gdyby futbol był sprawiedliwy, tytuł powinien zdobyć zespół Simeone. On był najlepszy w tym sezonie Primera Division. Ale w piłce sprawiedliwości czasem szukać trudno – mówi były bramkarz Realu Jerzy Dudek.



czwartek, 15 maja 2014

Zapomnieliśmy w Polsce na czym polega futbol. Harujemy, wylewamy hektolitry potu, wkładamy „serducho”, walczymy o honor i za orzełka, robimy wszystko, tylko nie gramy w piłkę. Strach przed porażką paraliżuje, wyrzekliśmy się kreowania i atakowania

Reprezentacja Polski, jak chyba żadna inna w Europie potrafi odnaleźć masochistyczną satysfakcję z zaprzepaszczania swoich szans. Nawet najmniejszych.

Kogo brakowało we wtorek w drużynie Adama Nawałki, kto zagra z Niemcami w eliminacjach Euro 2016? Trójki z Dortmundu i Kamila Glika. Kogo brakowało Joachimowi Loewowi z podstawowej jedenastki, która będzie grała na brazylijskim mundialu? Wszystkich. Niemcy nawet pobili ponad 100-letni rekord w wystawianiu debiutantów, było ich we wtorek 12. Widać, że z dwóch osłabionych drużyn mierzących się w Hamburgu, zdecydowanie dalej od ideału odbiegali gospodarze. Była szansa na przełamanie złej passy meczów z Niemcami, a w jakim meczu o to grać, jeśli nie w takim? Tymczasem w pierwszej połowie polscy piłkarze zachowywali się jak na wyprawie do jaskini lwa, tyle że zatrzymali się w bezpiecznej odległości przed wejściem. Walczyli, biegali, harowali, nie odstawiali nogi – wszystko na własnej połowie.

Trener Rafał Ulatowski podkreśla, że bardzo podobało mu się wyjściowe ustawienie Adama Nawałki. Selekcjoner posłał na środek pomocy dwóch kreatywnych piłkarzy Obraniaka i Klicha, oraz defensywnego Krychowiaka do asekuracji. Co z tego skoro Klich z Obraniakiem wydeptywali trawę pod polskim polem karnym, nie mogąc przejąć piłki, by rozpocząć kontrę – ów sławetny polski oręż, który jak podkreśla prezes Zbigniew Boniek, dał kadrze Antoniego Piechniczka medal mistrzostw świata, a graczom Widzewa półfinał Pucharu Europy.

Właśnie w ten sposób Nawałka chciał ograć Niemców w Hamburgu. Wpuścić ich pod bramkę Boruca i wyprowadzić ataki w stylu Realu, oczywiście z zachowaniem proporcji. Ulatowski uważa jednak, że znacznie skuteczniejszy byłby wyższy pressing, niż głębokie cofanie się pod swoje pole karne, bo kiedy piłkę odbierze się 30 m od bramki rywala łatwiej go zaskoczyć, niż mając do pokonania 80 m. Nie tylko Peszko, ale żaden skrzydłowy na świecie nie wytrzyma biegania tak ogromnego dystansu na pełnej szybkości w każdej akcji. A już nigdy nie wyjdzie mu kontra, gdy partner trafia w jego piętę przy kluczowym podaniu, albo podaje za plecy. Akcja traci tempo, przestaje być zaskakująca, kumpel z drużyny biega bez sensu i wścieka się na niechlujstwo podającego. Po czym za chwilę sam robi dokładnie to samo.

A przecież gra wysokim pressingiem ma jeszcze wyższy stopień trudności. Stoperzy muszą być zwrotni i szybcy, by stojąc poza polem karnym reagować na podania za ich plecy. Tymczasem Szukała, Glik, czy debiutujący we wtorek Cionek do szybkościowców się nie zaliczają. – Klasyczny syndrom krótkiej kołdry – mówi Ulatowski. Tak źle i tak niedobrze.

Pamiętam, gdy w maju 1992 roku Roman Kosecki cieszył się po ostatnim w historii meczu z Czechosłowacją. W Jastrzębiu Polska odniosła pierwsze zwycięstwo (1:0) nad sąsiadem od dwóch dekad. „Nie udało się Deynie, Lubańskiemu i Bońkowi. Udało się nam, najzwyklejszym śmiertelnikom” – mówił. Jak pamiętamy, rówieśnicy Koseckiego, choć było wśród nich jeszcze kilkunastu dobrych piłkarzy, z punktu widzenia reprezentacji Polski byli pokoleniem straconym. Przegrali siedem kolejnych eliminacji do wielkich turniejów.

Co dałoby naszej kadrze zwycięstwo we wtorkowym sparingu nad Niemcami w rezerwowym składzie? Fakt statystyczny? Jeśli tak jak w Hamburgu ma wyglądać sposób na sukces w eliminacjach Euro 2016, to jest on wyjątkowo ryzykowny. Przecież Polacy dostali od Niemców sporo miejsca na ich połowie. I głównie biegali w znoju i pocie bez piłki broniąc dostępu do bramki Boruca. Trener Nawałka lubi podkreślać waleczność zespołu, rzecz absolutnie podstawową dla drużyny, która chce się odbić od dna, czyli od 72. pozycji w rankingu FIFA.

Kolejne porażki drużyny narodowej wywołują w polskich piłkarzach głęboki paraliż. Przede wszystkim mentalny. Oni nie cieszą się grą, nie atakują, wyrzekli się kreowania, tylko „jeżdżą na tyłkach”, wylewają hektolitry potu, walczą o honor. Futbol jest tylko znojem, wyrzeczeniami i harówką. A tę harówkę, znój i udrękę polskich piłkarzy bardzo trudno się ogląda.

Zapętlonym w porażkach kadrowiczom zwyczajnie nie starcza odwagi na boisku. Cieszyli się, że w Hamburgu, harując jak woły, zostawiając kawał zdrowia na murawie nie stracili bramki. Uważali to za milowy krok do przodu, za kolejny zwycięski remis. Przy piłkarzu-tyraczu, kibic zmienia się w statystyka, albo księgową. No, bo pięknie ta drużyna i tak grać nie będzie, więc niech chociaż ciuła punkty, a my je będziemy z mozołem zliczać.

 

 

 
niedziela, 11 maja 2014

Atletico, Barcelona i Real, czyli hiszpańscy kandydaci do mistrzostwa nie wygrali już w sumie siedmiu ostatnich spotkań. O tytule zdecyduje pojedynek dwóch pierwszych na Camp Nou. „Królewscy” ostatecznie odpadli z gry.

Fontanna Neptuna w Madrycie wciąż czeka na dziesiątki tysięcy fanów Atletico szykujących się do świętowania pierwszego mistrzostwa od 1996 roku. W niedzielę wielu z nich poderwało się z miejsc stadionu Vicente Calderon, gdy w doliczonym czasie gry Adrian, ten sam, który tak niedawno zdobył wyrównanie na Stamford Bridge w półfinale Champions League, ograł obrońcę Malagi, wbiegł w pole karne i wykonał z prawej nogi strzał idealny. To znaczy prawie idealny, bo Willy Caballero sięgnął piłki prawą ręką.

Chwilę wcześniej Leo Messi wyglądał na człowieka ostatecznie załamanego. Barcelona nie wykorzystała szansy w Elche remisując bezbramkowo z drużyną grającą o utrzymanie. Punkt jej go zagwarantował, Katalończycy nie osiągnęli swojego celu. To znaczy tak im się wydawało. Bo gdyby Atletico (bez kontuzjowanego Diego Costy) ograło Malagę, byłoby mistrzem Hiszpanii. Ale interwencja Caballero sprawiła, że mecz zakończył się zbawiennym dla Katalończyków remisem. Z gry ostatecznie odpadł Real Madryt po porażce z Celtą w Vigo 0-2.

Atletico grało w tym sezonie z Barceloną już pięć razy i nie przegrało. Jeśli nie przegra za tydzień, będzie w końcu mistrzem. Ale wygranie u siebie z Malagą wydawało się dla graczy Diego Simeone misją znacznie prostszą, niż zdobycie punktu na Camp Nou. I wykonać się jej nie udało.

Powszechna opinia jest taka, że Atletico zasłużyło na tytuł, w przeciwieństwie do Barcelony. Co z tego skoro Katalończykom potrzeba jednego zwycięstwa u siebie, by korona została na Camp Nou. To niewiarygodne, że zespół tak rozbity, z tak niskim morale i kompletnie bez formy, pozostaje w grze o najwyższy cel do ostatniej kolejki. Rękę dołożyli do tego jednak gracze Simeone, zdobywając w ostatnich dwóch kolejkach zaledwie punkt.

Wygląda to wszystko na wyścig żółwi. W La Liga, gdzie poprzednie dwa tytuły mistrzowskie zdobywały drużyny sięgające granicy 100 pkt. Teraz może ich wystarczyć 89, co byłoby fatalną nowiną dla Atletico. Ono może wygrać ligę tylko wtedy, gdy wywalczy 90 pkt. Z 89 pkt mistrzem może być wyłącznie Barcelona. Ostatni raz z tak małą liczbą punktów (87) zdobyła tytuł w 2009 roku, czyli debiutanckim sezonie Pepa Guardioli, ale wtedy zapewniła sobie koronację na kilka kolejek przed końcem i oczekujący na finał Champions League trener wystawiał rezerwy. Dziś sytuacja jest zupełnie inna, tytuł mistrzowski to jedyne trofeum, na jakie Barca może liczyć. Atletico i Realowi pozostaje wielki finał w Lizbonie 24 maja.  O aktualnej formie dwóch najlepszych drużyn Europy, wypada milczeć.



środa, 07 maja 2014

Po remisie z Valladolid 1:1 Real Madryt stracił prawdopodobnie szanse na mistrzostwo Hiszpanii. Do gry wraca Barcelona, która tak jak liderujące Atletico Madryt zależy w wyścigu po tytuł wyłącznie od siebie.

Kiedy środkowy obrońca Sergio Ramos zdobył gola w czwartym kolejnym meczu, wydawało się, że Real wygra z Valladolid i pozostanie w grze o mistrzostwo. Stoper „Królewskich” ma niewiarygodną serię: zdobył bramkę w ligowym spotkaniu z Osasuną, potem dwie w półfinałowym starciu Champions League z Bayernem w Monachium, i w niedzielę trafił do bramki Valencii, ale dało to tylko remis 2-2 na Santiago Bernabeu. Wczoraj w 35. min meczu z Valladolid wykonywał rzut wolny, bo Cristiano Ronaldo nie było na boisku. Portugalczyk zszedł już w 8. min mając kłopoty z mięśniami. Kiedy Ramos strzelił bramkę na 1-0, podbiegł do ławki dla rezerwowych uścisnąć Ronaldo. Real był na najlepszej drodze do zwycięstwa i przedłużenia szans w boju o tytuł.

- Jeśli nie wygramy, szanse na tytuł przepadną – mówił przed wyprawą do Valladolid Carlo Ancelotti. Jego piłkarze byli tego świadomi, ale kilka szans na kolejne gole i spokojny wynik zaprzepaścili.  Gospodarze grali chaotycznie, ale ich nadzieją była rosnąca nerwowość „Królewskich” i stałe fragmenty gry. W 85. min Osorio wyrównał strzałem głową po rzucie rożnym. Iker Casillas, który zastąpił w bramce Diego Lopeza nie sięgnął piłki. Z ławki dla rezerwowych wyskoczył Ronaldo starając się nakłonić kolegów, by spróbowali zdobyć zwycięską bramkę w ostatnich minutach. Ataki „Królewskich” były jednak chaotyczne i walczący o utrzymanie w lidze gospodarze ocalili remis. Dla Realu to fatalny wynik. Oznacza, że będzie musiał liczyć, iż liderujące Atletico przegra najbliższy mecz z Malagą u siebie, a potem jeszcze zremisuje na Camp Nou z Barceloną, by odebrać punkty i szanse na tytuł sobie, a jednocześnie Katalończykom. Ten scenariusz wydaje się wręcz nieprawdopodobny.

Tracąc punkty w Valladolid Real zrobił największą przysługę właśnie Barcelonie, której szanse zależały do wczoraj od wyników „Królewskich” i Atletico. Tymczasem teraz drużyna Gerardo Martino może obronić tytuł, wystarczy, że wygra oba swoje mecze – wyjazdowy z Elche i na Camp Nou z Atletico. Argentyński trener zdążył już pożegnać się z katalońską drużyną, przeprosił kibiców za sezon bez trofeum, szefostwo klubu planowało głębokie zmiany w składzie na kolejne rozgrywki, gdy nagle na skutek potknięć Atletico i Realu nadzieje Barcy odżyły. Czy rozbity zespół Martino potrafi z tego cudownego prezentu od losu skorzystać? Zobaczymy. Gdyby się udało, byłby to najdziwniejszy tytuł zdobyty w historii klubu z Camp Nou.

Pasjonujący finisz w dwóch najlepszych ligach Europy rekompensuje kibicom nudę z ubiegłego sezonu.

Przed rokiem wszystko było jasne i oczywiste. W Hiszpanii Barcelona, w Anglii Manchester United, w Niemczech Bayern, we Francji PSG, we Włoszech Juventus. Na finiszu rozgrywek poszukiwaliśmy emocji w Champions League, w wielkich ligach Europy skończyły się przedwcześnie. Tym razem powtórkę zafundowały nam Bundesliga, gdzie Bayern wygrał łatwiej niż przed rokiem, ale już rewelacyjna gra Romy w Serie A i pojawienie się gwiazdorskiego Monaco w Ligue 1, dostarczyło ligom w tych krajach trochę dramaturgii.

W Anglii i Hiszpanii emocje skumulowały się na finiszu niezwykłe. Oddaje je 36. kolejka Primera Division, w której lider przegrał, a dwaj wielcy kontrkandydaci zaliczyli remisy u siebie. Dziś Real gra w Valladolid i musi wygrać, by nie powiększyć szans Barcelony na obronę tytułu. Jeśli "Królewscy" stracą punkty, w finiszu po mistrzostwo Katalończycy zaczną zależeć wyłącznie od siebie.

Symboliczny dla końcówki Premier League był mecz Cristal Palace z Liverpoolem, gdzie walczący o pierwszy od 24 lat tytuł mistrzowski goście prowadzili 3-0, by w 10 minut oddać zwycięstwo tracąc trzy gole.

Steven Gerrard pocieszał Luisa Suareza, który po ostatnim gwizdku arbitra zakrył koszulką twarz i płakał. Najlepszy piłkarz Premier League nie mógł pojąć, jak można było zaprzepaścić trzy gole przewagi w przedostatnim meczu sezonu, który trzeba było wygrać, by zachować szanse na tytuł mistrza Anglii? Patrząc na reakcję załamanego Urugwajczyka zdegustowany niemiecki obrońca Stoke Robert Huth napisał na Twitterze, że za płacz na boisku piłkarz powinien być zawieszany na trzy mecze. Fani Liverpoolu zaatakowali Niemca natychmiast, najpierw docinkami („nigdy nie byłaś tak blisko wygranej, żebyś miał okazję opłakiwać jej stratę”), a potem wysyłając całą galerią zdjęć pokazujących znanych piłkarzy, którzy nie potrafili zapanować nad emocjami. Byli wśród nich John Terry, Ronaldinho, Cristino Ronaldo, Thierry Henry, David Beckham, Phillipp Lahm, Michael Ballack i wielu innych.

Jakimś cudem od łez na Selhurst Park powstrzymał się Steven Gerrard, choć tak naprawdę to kapitan Liverpoolu potrzebował pocieszenia najbardziej ze wszystkich. Kiedy w 1988 roku, jako ośmiolatek przybył na Anfield Road, „The Reds” zdobywali właśnie swój 17. tytuł, a dwa lata później 18. Nie było wtedy w Anglii drużyny, która mogłaby się równać z Liverpoolem. Trudno było przypuszczać, że choć przez następne ćwierćwiecze Gerrard stanie się jedną z legend klubu, nigdy nie doczeka zaszczytu zdobycia tytułu mistrzowskiego. 30 maja skończy 34 lata.

Może trzeba było wybrać Manchester United? Jako nastolatek Steven był testowany przez klub z Old Trafford, ale postanowił wrócić do Liverpoolu. Od tamtej pory United był mistrzem Anglii 12 razy. Gerrard został kapitanem „The Reds”, ich symbolem, wytrwał w klubie całą karierę, mimo ofert z Chelsea, czy Realu Madryt. Nie znaczy to, że przeżył na Anfield wyłącznie rozczarowania. Największy wzlot zdarzył się 25 maja 2005 roku w Stambule w finale Champions Legue, który po pierwszej połowie liverpoolczycy przegrywali z Milanem 0-3. Gol Gerrarda w 54. min poderwał drużynę, która w cudowny sposób doprowadziła do remisu i zdobyła trofeum po serii rzutów karnych, których bohaterem był Jerzy Dudek.

Właśnie najdramatyczniejszy finał w historii Ligi Mistrzów przywoływano po poniedziałkowym horrorze z Cristal Palace na Selhurst Park. Na dwie kolejki przed końcem Liverpool miał tyle samo punktów co Manchester City (80), ale gorszą różnicę bramek, miał więc obowiązek wygrać oba mecze i liczyć na stratę punktów przez drużynę Manuela Pellegriniego.

– Nie wiem jak mogliśmy bronić tak źle. To jest nie do pojęcia – komentował końcówkę meczu na Selhurst Park trener Brendan Rodgers. – Sądzę, że szanse na tytuł przepadły.

Rodgers pracuje w Liverpoolu drugi sezon. W 2012 roku przeniósł się tam ze Swansea, z którą awansował do Premier League, i którą podczas jego kadencji nazywano „małą Barceloną”. Wprowadzony przez niego kombinacyjny styl gry bardzo posłuży „The Reds”. Planem na ten sezon był awans do Chempions League, który Rodgers wypełnił. Niespodziewanie stworzyła się jednak szansa na tytuł mistrzowski, pierwszy od 24 lat. Drużyna zaprzepaszcza ją jednak w końcówce rozgrywek: 10 dni temu przegrała z Chelsea na swoim boisku 0-2, a w poniedziałek straciła punkty z Cristal Palace.

Dziś może jednak nastąpić kolejny, niespodziewany zwrot. Gdyby Manchester City przegrał mecz z Aston Villą, rozpacz Suareza okazałaby się przedwczesna. Drużyna Pellegriniego może potknąć się też w niedzielę z West Ham United. Oba mecze gra jednak na Etihad Stadium. Do mistrzostwa wystarczą jej 4 pkt. Liverpool kończy sezon starciem z Newcastle.

Trudno będzie odżałować straconą szansę, bo obecny sezon w Premier League jest bardzo nietypowy. Dla najlepszej drużyny ostatnich lat Manchesteru United zakończył się katastrofą, następca Aleksa Fergusona David Moyes został zwolniony po 10 miesiącach pracy. Trudno sobie jednak wyobrazić, by kryzys na Old Trafford trwał długo.

Za rok mocniejsza będzie także Chelsea, która podobno już wykupiła Diego Costę z Atletico Madryt. „Problemem tej drużyny jest fakt, że nie ma napastników. Mamy jednego, który ma 32 lata, a może 35, kto to wie?” – ironizował jakiś czas temu Mourinho z Samuela Eto’o, nie zdając sobie sprawy, że jego słowa są nagrywane.

Dzięki remisowi Liverpoolu z Cristal Palace, Chelsea zachowała teoretyczne szanse na tytuł mistrzowski. Na kolejkę przed końcem ma 79 pkt, musiałaby jednak liczyć na same porażki MC i „The Reds”. Prawdopodobnie więc Mourinho zaliczy drugi sezon w karierze bez trofeum. Przed rokiem był zrozpaczony, gdy przytrafiło mu się to z Realem Madryt. Według Diego Torresa, dziennikarza „El Pais”, który opisał w książce madrycki etap „The Special One”, Portugalczyk marzył o tym, by być w Manchesterze United następcą Fergusona. Szkot wybrał jednak Moyesa, Mourinho wrócił do Chelsea, tylko dlatego, że Pep Guardiola wolał Bayern Monachium od oferty Romana Abramowicza.

Portugalczyk wiele razy powtarzał, że najlepiej czuje się w lidze angielskiej, a jego serce jest niebieskie jak barwy Chelsea. Ci, którzy znają chorobliwą ambicję Mourinho wieszczyli mu na Stamford Bridge wielki sezon. Tymczasem wygląda on dość mizernie. Z angielskich klubów Chelsea grała co prawda najdłużej w Champions League, ale odpadła w półfinale z Atletico Madryt. W czasie swojej niezwykłej kariery w Porto, Chelsea, Interze i Realu Mourinho rywalizował na tym etapie rozgrywek już 8 razy i tylko dwa razy wygrał (z Porto i Interem zdobywając potem główne trofeum). W ostatnich czterech latach zawsze docierał do półfinału Ligi Mistrzów i nigdy go nie przebrnął. Dlatego złośliwcy wymyślili mu nowy pseudonim „The Semifinal One”. Większość trenerów z topu wciąż może mu jednak zazdrościć osiągnięć w Lidze Mistrzów.



 
1 , 2
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac