blog Darka Wołowskiego
RSS
piątek, 30 maja 2008
  Zgrupowanie w Donaueschingen zamienia się czasem w teatr jednego aktora. To Leo Beenhakker, 65-letni latający Holender staje naprzeciw 40-milionowej publiczności mówiąc jej: - Nie ma w piłce gwarancji, ale wierzę, że tym razem Polaka wreszcie wygra z Niemcami. Cytat nie jest dosłowny, ale Leo, zaczyna mówić jak prorok prowadzący lud drogą rozpostartą między morzem, a morzem.

Po smutnym, ponurym, zestresowanym Janasie, po nadętym, butnym Engelu, Beenhakker jest jak powiew normalnego świata. Nie chcę wyjść na kogoś, kto odrzuca wszystko co własne, ale holenderski trener zwraca mi wiarę w rzeczy podstawowe (pracę i jej efekty). Jeśli mówi, że wierzy, to wierzy, a nie mówi, by mówić.

Wie, że nie wszystko zależy od niego. Ktoś zapytał go czy na Euro 2008 stary lis przechytrzy młodszych od siebie trenerów: Niemiec, Austrii i Chrowacji. - Czy Avram Grant jest złym trenerem? Właśnie wyrzucono go z Chelsea, tylko dlatego, że jego najlepszy piłkarz John Terry poślizgnął się przy karnym. Gdyby go strzelił, Grant byłby najlepszych trenerem Chelsea w całej jej historii - mówił Beenhakker. Ale dodawał, że pali się do meczu z Niemcami, wierząc, że będzie to dla niego doświadczenie pozytywne. Wielkie doświadczenie dla trenera z ponad 40-letnim stażem - czasie spędzonym w Ajaksach i Realach. Cudu nie sprawi, wróbla w orła nie zamieni, ale jeśli nasi piłkarze nie wygrają z nim, to już chyba z nikim.

Wczoraj ćwicząc z zawodnikami ustawił sobie pachołek na głowie, by widzieli gdzie zakręcać. - Czy czuje pan presję meczu z Niemcami - zapytał go jeden z nas. - Byłbym trenerskim trupem, gdyby nie czuł. Presja jest niezbędna. Gdy jej nie było, sam musiałbym ją stworzyć. Dzięki niej czuję, że żyję, że będzie się działo coś ważnego - mówił trener reprezentacji Polski. On na prawdę czeka na mecz z Niemcami, a nie modli się, żeby już było po wszystkim.

8 czerwca w Klagenfurcie dla polskiej piłki stanie się rzeczywiście coś istotnego. Nie wiem ilu z nas może wyobrazić sobie zwycięstwo z Niemcami, w końcu nigdy nie mieliśmy okazji go przeżyć. Ale wydaje mi się, że minimum jeden Holender wierzy na prawdę. Niech zarazi tą wiarą chociaż jedenastu Polaków?
środa, 28 maja 2008

Debata o roli Rogera w kadrze była nieunikniona. Od początku czuło się w powietrzu podejrzenia, że nie wszystkich kadrowiczów plan Leo Beenhakkera uszczęśliwia. Mija 10. dzień zgrupowania, przez ten cały czas staram się przyglądać problemowi, rozmawiam z Brazylijczykiem codziennie i ...wciąż nie wiem. Jacek Bąk mówił, że zanim Beenhakker wziął do drużyny Rogera rozmawiał z siedmioma najstarszymi graczami kadry. Wszyscy ponoć byli za. Z drugiej strony pytany o kilka razy o Rogera Żurawski przyznawał, że nie będzie mu łatwo. Drużyna jest zintegrowana sukcesem w eliminacjach, w których Brazylijczyk grać nie mógł. A czasu na pełną integrację, taką, która by dała wyniki już w meczu z Niemcami, mało. Dlatego myślę, że Beenhakker traktuje Rogera jako gracza zwiększającego liczbę wariantów, a nie takiego, na którym oprze wariant podstawowy. Roger nie może pełnić w kadrze roli do jakiej przyzwyczaił się w Legii (każda piłka podawana mu do nogi). Jego sukces w reprezentacji będzie oczywiście zależał od intencji Krzynówka, albo Żurawskiego, ale też od jego zdolności adaptacyjnych. Gdyby gracze, którzy są liderami tej kadry traktowali mecze kontrolne przed Euro 2008 jak poligon na którym dowiodą, że Brazylijczyk się nie nadaje, byłoby to nie tylko szczyt cynizmu, ale i głupoty. Ale w głębi duszy nie wierzę, że ci ludzie - doświadczeni dwoma klęskami na mundialach - wolą przegrywać bez Rogera niż wygrywać z nim.W meczu z Albanią Żurawski cofając się do środka pola utrudniał życie Rogerowi. Ale przecież kapitan drużyny grał tak zawsze. W sumie jednak niech Leo oceni kto do kogo ma dopasować swój styl.

wtorek, 27 maja 2008

 Obserwując mowę ciała Leo Beenhakkera był on po meczu z Macedonią nieźle wkurzony. Złościło go pewnie bardzo, że ta cała grupa dublerów, która tak hołubi z Murawskim, Zahorskim, czy Matusiakiem potrafiła dorównać średniemu rywalowi właściwie wyłącznie ambicją. Niemal wszystkie atuty piłkarskie były po stronie Macedończyków. To na pewno martwi trenera w obliczu... eliminacji MŚ 2010.

Co to ma jednak wspólnego z Euro 2008? Niewiele. Nie tylko dlatego, że jak podkreślał w niedzielę Beenhakker ze sparingów nie można wyciągnąć prostych wniosków o tym co będzie w meczach o punkty. Gdyby tak było Hiszpania byłaby mistrzem Europy co cztery lata.

Mecz z Macedonią to był sparing, ale  gdyby wczoraj grali w nim Smolarek, Krzynówek, Żurawski, Boruc, Wasilewski, Bąk, Żewłakow - to ja jednak bym się martwił. Nie o formę, ale o umiejętności, bo Polacy pokazali środki bardzo ubogie. Jeśli stolarz nie umie wbić gwoździa, to będzie miał kłopoty nawet w życiowej formie.

Ale nie ma co płakać nad Macedonią. Ten mecz świadczy wyłącznie o tym, że na Euro rewolucji w podstawowej jedenastce nie należy się spodziewać. Nie widać dublerów, którzy mogliby wejść do pierwszego składu nawet gdyby ich dyspozycja przeszła w dwa tygodnie metamorfozę.

Dopiero dzisiejszy mecz, choć także sparing, powinien zdradzić nam więcej na temat pracy Beenhakkera wykonanej na zgrupowaniu, a właściwie na temat pracy, która została mu do wykonania do meczu z Niemcami. Jeśli słabo gra Murawski i Zahorski to nie jest fakt radosny, ale jeśli podobnie wypadną dziś Smolarek z Krzynówekiem to będzie powód do poważnych rozmyślań czy podczas meczu z Niemcami nie należy się zaszyć w najdalszym kącie i przykryć na głowę.

poniedziałek, 26 maja 2008

Sprawa jest właściwie delikatna. Oglądając zamknięte treningi reprezentacji Polski (czyli czekając na piłkarzy aż skończą i zechcą z nami pogadać) nie sposób oprzeć się wrażeniu, że ten inaugurujący mecz z Niemcami na Euro 2008 ma stawkę większą niż 3 pkt. Ja, za płotem stać muszę, za to mi płacą, ale na każde zajęcia Polaków przyjeżdża tłum lub tłumek polonii z całych Niemiec. Dla wielu z nich reprezentacja jest pretekstem, by się spotkać, wielu chce pokazać, że są przy piłkarzach i będą trzymać kciuki. Ale słyszymy stwierdzenia z których wynika, że triumf z Niemcami ma być dla niemieckiej polonii momentem satysfakcji szczególnej. Chodzi o to, by przyjść nazajutrz do pracy i choć raz spojrzeć z góry, na tych, którzy zazwyczaj patrzą z góry na nas.

Jestem ostatnim, który chciałby twierdzić, że zwycięstwo z Niemcami nie byłoby jednym z najsłodszych w dziejach polskiej piłki. Jego smaku przecież nigdy nie poznaliśmy, choćby w grze towarzyskiej, a co dopiero na Euro. Nie będę też twierdził, że futbol nigdy nie miał i nie będzie miał wpływu na moje życie prywatne, ale fanom dla których gra drużyny Beenhakkera z zespołem Loewa wykracza bardzo daleko poza sport poradziłbym, żeby pochopnie nie składali swojego losu w ręce: Krzynówka, Smolarka, albo Boruca. Po pierwsze dlatego, że wynik jest niepewny, po drugie zwyczajnie nie wypada zwalać odpowiedzialności za swoje samopoczucie na innych, po trzecie ani porażka z Niemcami awansu z grupy nie przekreśla, ani zwycięstwo go nie zapewnia. Warto poszukać dla piłki właściwego miejsca w życiu. Ono nie będzie całkiem inne tylko dlatego, że 8 czerwca w Klagenfurcie Krzynówek lub Smolarek zdobędą gola.

niedziela, 25 maja 2008

Na dwa tygodnie przed meczem z Niemcami kadra wreszcie w komplecie. Dziś jako ostatni na trening dotarł Ebi Smolarek. Na razie największy niepokój budzi Jakub Błaszczykowski, który przechodzi badania po urazie mięśnia. Oczywiście także Grzegorz Bronowicki walczący z kontuzją od dawna i może jeszcze Radosław Matusiak w którego talent Leo tak mocno wierzy, ale widzi, że piłkarz z niego nie korzysta. Cała reszta wygląda z grubsza ok.

Leo Beenhakker powiedział, że dla niego mecz z Niemcami jest najważniejszy w karierze. Pewnie, zawsze najważniejszy jest najbliższy mecz, ale po Holendrze widać, że mimo kłopotów cieszy się swoją robotą, a doświadczenie pozwala mu podejść do niej z uśmiechem. Zapewne Polacy sprawiaja mu mniej kłopotów dyscyplinarnych niż Rijkaard, Van Basten, Koeman i Gullit na mistrzostwach świata we Włoszech (18 lat temu).

Leo żartuje, zmusza piłkarzy do luzu i śmiechu, Rogera nazywa Jasiem Rogerskim, Gargule przypomina, że nie gra w Odrze Wodzisław. Próbuje łagodzić co nieuniknione - napięcie przed batalią z Niemcami. 

Pamiętam jak spięci byli przed mundialami Engel i Janas. Ten drugi wyglądał wręcz na człowieka, który w pracy bardzo się męczy. Ja to nawet rozumiem, bywa, że każdy z nas ze stresem zwyczajnie nie jest w stanie sobie poradzić. Dlatego tak potrzebny jest dobry nastrój kogoś na górze. Na przykład szefa, żeby podwładni nie czuli, że ma nadejść coś przerażającego.

Dobry humor trenera niczego w piłce nie gwarantuje. Ale gdybym był piłkarzem, chciałbym pracować z Leo Beenhakkerem.

sobota, 24 maja 2008

W polskiej ekipie wszyscy starali się zachować spokój. Dopóki nie ma badań, nie wiadomo jak poważna jest kontuzja Kuby Błaszczykowskiego. A mnie spędza to sen z powiek. Piłkarz Borussi wyglądał na obolałego i przygnębionego. Wiadomo jak długo leczą się kontuzje mięśni, a on jest na nie bardzo podatny. Gdyby coś było nie tak, Polska straciłaby jednego z nielicznych graczy (poza Krzynówkiem), który zdolny jest wygrywać pojedynki indywidualne.

Beenhakker sadzał czasem Błaszczykowskiego na ławce, choćby w decydującym o awansie meczu z Belgami postawił na prawym skrzydle Łobodzińskiego, ale wejście Kuby w drugiej połowie dało drużynie wielkiego kopa. I gola na 2:0.

Wiemy doskonale, że na Euro 2008 czeka Polaków mecz z Niemcami, Chorwatami i Austriakami. Dwie pierwsze ekipy to europejska czołówka, trzecia to gospodarz. Szanse Niemców w mistrzostwach  bukmacherzy oceniają nawet wyżej niż finalistów ostatniego mundialu Włochów i Francuzów. Piłkarze przeciętni, wznoszący się nawet na wyżyny raczej na nich nie wystarczą. Potrzebny jest wzlot graczy bardzo dobrych: a takim jest właśnie Błaszczykowski. Wczorajszy Sparing z II-ligowcami ze Szwajcarii może się więc okazać bardziej znaczący niż się komukolwiek śniło. Cholera.

Taka jest nasza piłka. Kiedy tracimy gracza klasy Błaszczykowskiego, to można w jego miejsce postawić innego, ale raczej nie da rady go zastąpić. Żeby Beenhakker mógł odnieść sukces na Euro, sprzyjać musi mu wszystko. Ale uspokójmy nerwy. Panika jest przecież ostatnią rzeczą, której nam trzeba.

   

piątek, 23 maja 2008

Piłkarskie treningi dzielą się na otwarte i zamknięte. Otwarte to takie na których dopuszcza się prasę i fanów do obejrzenia rozgrzewki, na zamkniętych ćwiczy się warianty taktyczne, którymi potem chce się zaskoczyć przeciwnika. Choć sam Leo Beenhakker podkreśla, że w dzisiejszej piłce nikt nikogo zaskoczyć nie jest w stanie, to jednak na zgrupowaniu w Donaueschingen niemal wszystkie treningi są zamkniete.

Z wielką nadzieją przybyliśmy na wczorajszy, bo w rubryczce wskazującej na rodzaj zajęć było napisane ”open”. Na zajęciach otwartych zjawiła się też grupa kibiców z Polski i Niemiec. Ochroniarze wpuścili nas na stadion, a ich zatrzymali, po czym na osobisty rozkaz Leo Beenhakkera dziennikarzy wyprosili, a kibiców wpuścili. Leo wymyślił więc trzeci rodzaj treningu półopen.

Ochroniarz, który postanowił wyjaśnić mi to zamieszanie powiedział: - Zaraz panu udowodnię, że trening jest dziś zamkniety. I pokazał mi palcem rubryczkę „open”. Staliśmy więc na tym zamkniętym treningu typu ”open” dwie godziny (jest tu tak samo zimno jak w Polsce) czekając aż schodzący z boiska piłkarze zamienią z nami kilka słów.

Wiem, wiem. Kibiców zupełnie nie obchodzi jakie warunki pracy mają dziennikarze, a Leo nie będzie rozliczany ze stosunku do prasy, ale z wyników meczów z Niemcami, Austriakami i Chorwatami. To oczywiste. Cieszę się, że holenderski trener zrobił tak fajny gest wobec kibiców, którzy by być na tym treningu przejechali po kilkaset kilometrów.

W sumie jednak chciałbym nieśmiało zauważyć, że dziennikarz też człowiek, też bywa mu głodno, zimno i do domu daleko. W rozpisce przygotowanej przez rzeczniczkę kadry przed zgrupowaniem umieszczono piękne zdanie o szacunku dziennikarzy i trenera. To Leo Beenhakker ten szacunek wzajemny proponował. A praktyka wygląda tak, że tam gdzie trening miał być otwarty, okazał się zamknięty i nikomu nie zrobiło się głupio, że upokarza nas trzymając dwie godziny na zimnie. Ja mam 46 lat i nie po raz pierwszy przekonałem się, że górą jest ten kto ma władzę. Nie wiem tylko czy takiemu dżentelmenowi jak Beenhakker przystoi korzystać z takiej przewagi.

 

czwartek, 22 maja 2008

Nie trudno zgadnąć komu kibicowali piłkarze Leo Beenhakkera w finale Ligi Mistrzów. - Mamy jednego Polaka, to trzymajmy kciuki za Manchester - mówił Dariusz Dudka. Jasne, wszyscy chcieli, by powtórzył się scenariusz z 2005 kiedy Jerzy Dudek (Liverpool) zostawał w Stambule bohaterem finału z Milanem.

Czy lojalność wobec Tomasza Kuszczaka nie jest nieco przesadzona, w końcu jego rola w finale w Moskwie ograniczyła się do wzniesienia pucharu, bo 120 minut gry i karne przesiedział na ławce? O analogii do Dudka mowy być nie mogło, ale skoro koledzy z kadry stawiali na Manchester za sam fakt, że w szerokiej kadrze ma Polaka, to świadczyć może o dwóch sprawach nie bez znaczenia.

Po pierwsze spędzający większość czasu na marginesie wielkiej piłki nasi gracze potrzebują bodźca, impulsu, który dał im Kuszczak pokazując swoją obecnością w Moskwie, że droga na szczyt szczytów jest może bardzo trudna, ale nie zamknięta na cztery spusty. A poza tym lojalność wobec Kuszczaka oznacza, że wcale nie funkcjonuje on na marginesie tej kadry, czego jeszcze całkiem niedawno można się było obawiać. 

Pamiętam dyskusję z kolegami z „Gazety” o tym, że choć Kuszczak jest świetnym bramkarzem, to jednak nie ma pewności, czy jest w kadrze w 100 procentach akceptowany. Dziś chyba nie ma się o co martwić. Bramkarz Manchesteru przyjeżdża w piątek na zgrupowanie i pewnie kumple z kadry przyjmą go gratulacjami. W finale nie grał, ale w zdobyciu trzeciego Puchar Europy przez MU był dzięki niemu polski udział.

środa, 21 maja 2008

To jedno z najbardziej frapujących pytań zgrupowania: jak drużyna narodowa przyjmie Brazylijczyka z polskim paszportem? Jedno jest bezsprzeczne, choć nie możemy zbliżyć się nawet do hotelu w którym mieszkają piłkarze Beenhakkera, nikt z nich nie wywiesił na drzwiach transparentu „Roger nigdy nie będziesz Polakiem”.

Oczywiście my, dziennikarze powołani do szukania dziury w całym, dostrzegliśmy jak przy grze w dziadka podczas pierwszego treningu w Donaueschingen nastąpiła niezwykła mobilizacja, gdy Roger znalazł się w środku. - Niczego nie mieliśmy zamiaru mu udowadniać. Choć oczywiście chcemy, by miał świadomość, że w kadrze musi dawać z siebie wszystko - tłumaczył potem Maciej Żurawski. Kapitan dodał, że absolutnie nie traktuje Brazylijczyka jak gracza na specjalnych prawach. Widać było, że nasze zainteresowanie tematem dziwi go lub nawet lekko irytuje. Są przecież w kadrze poważniejsze lub przynajmniej tak samo poważne problemy.

Jacek Bąk dodał, że Beenhakker rozmawiał w tej sprawie z siedmioma najstarszymi graczami drużyny i jego pomysł na Rogera w kadrze został jednogłośnie zaakceptowany. Bąk dodał, że na zgrupowaniu mieszka drzwi w drzwi z Brazylijczykiem i dogaduje się z nim po polsku. - Rozumie wszystko co mówię, ale nie wiem dlaczego z wami po polsku rozmawiać nie chce - powiedział do dziennikarzy. Dodał, że gdyby roześmiany Brazylijczyk robił coś nie tak, coś co szkodziłoby grupie, natychmiast zareaguje.

Żurawski przyznał, że Roger jest w trudniejszej sytuacji niż Olisadebe w kadrze Jerzego Engela. - Nigeryjczyk grał i strzelał bramki w eliminacjach, Roger przychodzi na gotowe - zauważył jeden z dziennikarzy. - Pewnie, że lepiej gdyby był z nami dłużej, łatwiej by się przyjął - mówił Żurawski. - Ale to kłopot dla niego, a nie dla drużyny - dodał. - Kiedy graliśmy eliminacje Euro 2008 Roger nie miał paszportu i obywatelstwa, teraz ma - przypomniał Bąk.

Sam Roger pytany przeze mnie o to jak przyjęli go koledzy z kadry powiedział, że świetnie i jako przykład wymienił nazwiska Bąka oraz Żurawskiego. Na razie nie ma więc w tej całej sytuacji nic niepokojącego lub sensacyjnego. I jak to lubią określać piłkarze: wszystko rozstrzygnie się na zielonej murawie. Jeśli Roger pomoże kadrze, to będzie znaczyło, że przeszczep brazylijskiej krwi się udał.

wtorek, 20 maja 2008

Niemcy pojechali na Majorkę, a Polacy zgrupowali się w deszczowych Niemczech. Kręte drogi przygotowań prowadzą piłkarzy na Euro 2008. Na razie do pogody większego nosa mieli nasi pierwsi rywale w mistrzostwach Europy. Na pewno nosa nie nieliśmy my, polscy dziennikarze. Zjechała nas do Niemiec cała zgraja po to, by widzieć piłkarzy Beenhakkera co dwa dni.

Wczoraj, chcąc odebrać akredytację na obsługę zgrupowania zabłąkałem się aż pod hotel w którym mieszkają Polacy. Zanim doszło do nieszczęścia (mogłem przecież wejść do środka) drogę zagrodził mi solidnej postury ochroniarz i zapytał, czy jestem gościem hotelowym. Odpowiedziałem, że szukam biura prasowego. A on na to krzyknął ”aut”. Chciałem jeszcze otworzyć usta, a on wykrzyknął ”aut” jeszcze trzykrotnie, po czym zrobił gest jakby lada chwila miał mordować. Mimo że ja nie zrobiłem nawet gestu, że chcę wejść.

Wiem, że wysłano mnie tu, by opisywać piłkarzy, a nie ochroniarzy, którzy w każdym miejscu ziemi są podobni jak dzieci tej samej matki. Nie będę więc więcej zanudzał. Gdybym długo nie pisał znaczy, że Leo i jego chłopaki skutecznie schowali się przed światem. Chcą pewnie zapomnieć, że piłka jest dla kibiców i wtedy na Euro zagrają bez presji.

Na razie jednak gramy tu w chowanego. Z kolonii letnich w Donaueschingen pozdrawiam mamę.

 

 
1 , 2 , 3
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac