blog Darka Wołowskiego
RSS
niedziela, 30 kwietnia 2017

Przebieg rozgrywek w lidze hiszpańskiej jest potwierdzeniem tezy, że nie ma w piłce lepszej motywacji niż głód sukcesu.

Nikt nie wie jak to się skończy. Po 35 kolejkach na szczycie tabeli Primera Division wciąż jest Barcelona górująca nad Realem lepszym bilansem bezpośrednich spotkań. Z każdą serią gier, w której utrzymane jest status quo, narasta jednak niepokój w Katalonii. 17 maja „Królewscy” dostaną swój bonus - zaległy mecz z Celtą w Vigo, w którym mogą zadać decydujący cios obrońcom tytułu. Nie byłby to cios bezpośredni, ale długo wyczekiwany. W ostatnich ośmiu latach wielki Real tylko raz stanął w mistrzostwach kraju na najwyższym podium.

Niejednemu w stolicy wyrwało się latem stwierdzenie, że odzyskanie tytułu w Hiszpanii jest ważniejsze niż utrzymanie go w Europie.

Zinedine Zidane ma najmocniejszą i najszerszą kadrę w światowej piłce. Isco, James, Asensio, Vazquez, Nacho, Kovacic, Danilo, Pepe, Casilla, Morata i Mariano to jedenastka, która mogłaby postraszyć większość drużyn na świecie. Niedawno w La Corunii, czyli miejscu gdzie poległa Barcelona, ta grupa rezerwowych piłkarzy Realu wbiła Deportivo sześć bramek. Na Isco znów spłynął deszcz zachwytów, ale tylko kontuzja Garetha Bale’a sprawi, że dostanie swoje miejsce w podstawowym składzie na półfinały Ligi Mistrzów z Atletico.

Nie wiadomo jak tego dokonuje Zidane i czy to w ogóle jego zasługa, ale rezerwowi Realu są w nieustannej gotowości do zastąpienia graczy podstawowych. A przecież paradoksalnie to Barcelona wydała tego lata 120 mln euro, by zaostrzyć konkurencję w kadrze. Tymczasem w Katalonii nie toczy się debata o nikim, komu ławka przeszkadzałaby w rozwinięciu skrzydeł.

Sevilla, Valencia i Barcelona - to lista drużyn, które ograły w tym sezonie ligowym Real Madryt. Każda z tych nazw budzi szacunek, trudno, by Zidane utrzymywał, że to przeciętni rywale. Katalończycy przegrali z Alaves, Deportivo, Malagą i Celtą - najlepsza z tych drużyn zajmuje 10. miejsce w tabeli. A więc to porażki Barcelony łatwiej uznać za wypadki przy pracy, które zdarzają się na skutek spadku koncentracji.

Alaves Barcelona uległa na Camp Nou po przerwie na mecze reprezentacji, by trzy dni później rozbić Celtic w Lidze Mistrzów 7:0. W La Corunii Katalończycy zjawili się zaledwie cztery dni po epokowym triumfie nad PSG 6:1. Pokazuje to niestabilność formy, również psychicznej zespołu Luisa Enrique. A także słabość ławki. Trzy dni po tym jak Real poległ w klasyku na Santiago Bernabeu, Zidane puścił do gry w La Corunii aż 9 rezerwowych, plus wracającego po kontuzji Raphaela Varane’a!

Ostatni mecz Realu z Barceloną odegrał wielką rolę w odbudowie morale Katalończyków. Przybyli na Santiago Bernabeu tuż po tym jak Juventus posłał ich na deski w Lidze Mistrzów. Zespół Luisa Enrique długo emanował niepewnością, pierwszy stracił gola, ale z letargu wyrwał go Leo Messi. Obrazek, jak na 15 sekund przed końcem gry Argentyńczyk świętuje gola na 3:2 pokazując swoją koszulkę fanom Realu, przeszedł do historii. Jakby w tym jednym geście zawierała się całą dekada, w której Messi i Barcelona napsuli tyle krwi „Królewskim”. Pogoń za Katalończykami stała się obsesją Florentino Pereza. Gdy wracał do Realu latem 2009 roku, Barcelona nosiła potrójną koronę, a ostatni klasyk na Santiago Bernabeu wygrała 6:2.

Dla dużej części kibiców symbolem obecnej edycji Champions League pozostanie rewanż Barcelony z PSG - czyli krótki kurs jak podnieść się po klęsce 0:4. Satysfakcję Katalończyków ogranicza z pewnością to, co niedługo potem zrobił z nimi zespół z Turynu. Barcelony nie ma nawet w półfinale Ligi Mistrzów - a więc poniosła porażkę w rozgrywkach, w których dokonała rzeczy tak niecodziennej.

Podobny efekt może mieć zwycięstwo w klasyku, jeśli Real nie przegra jednego z czterech meczów ligowych, które pozostały mu do końca sezonu.

Barca wygrała na Santiago Bernabeu prestiż, poczucie własnej wartości. Zdobyła zwycięskiego gola w ostatnich sekundach, co smakuje podwójnie. Messi rozegrał jeden z najlepszych meczów w karierze, po którym znów debatowano, czy nie pochodzi z jakiejś innej planety.

Ale wbrew pozorom także Real odebrał swoją lekcję. Choć w 92. minucie pozwolił się skontrować grając w dziesiątkę. Ten fakt wzbudził ambiwalentne uczucia. Z jednej strony „Królewscy” przegrali, ale z drugiej pokazali charakter. Nie ma zbyt wielu drużyn na świecie, które porywałyby się na zwycięstwo w liczebnym osłabieniu, nad rywalem równym sobie, mimo iż remis byłby dla nich dobrym wynikiem.

Nie wiadomo jak skończy się ten sezon dla Barcelony i Realu. Jedni i drudzy mają szansę na dwa trofea, choć równie dobrze mogą nie zdobyć żadnego. Na pewno minął już czas panicznego lęku „Królewskich”, którzy widząc przed sobą Messiego zachowywali się jak grupa ludzi marząca wyłącznie o tym, by przetrwać. Symbolem tego okresu był Jose Mourinho, ostatni trener, który zdobył z Realem mistrzostwo Hiszpanii. Taki paradoks.

piątek, 28 kwietnia 2017

Jeszcze tak niedawno uznawani za dwóch najlepszych trenerów na świecie. Dziś Pep Guardiola i Jose Mourinho rywalizują o tytuł największego rozczarowania w lidze angielskiej. Czwartkowe derby Manchesteru zakończyły się bez bramek.

Manuel Pellegrini opuszczał Etihad Stadium bez poczucia krzywdy. Choć jego dokonania były niepodważalne: w pierwszym sezonie pracy w Manchesterze City zdobył mistrzostwo Anglii, w trzecim dotarł z nim do półfinału Ligi Mistrzów. Kiedy jednak dowiedział się, że jego miejsce zajmie Guardiola, uważał to za naturalny kierunek obrany przez klub z Manchesteru. Od jakiegoś czasu tajemnicą poliszynela było, że wielki projekt szejka Mansoura miał dotąd wyłącznie tymczasowych trenerów. Oni pomagali pomóc budować fundament do czasu aż pojawi się cudotwórca z Santpedor.

Na Guardiolę czekano w City cierpliwie. Ma być trenerem na lata, całą epokę. Latem pobił rekord na rynku transferowym, wydał 171,5 mln funtów, równać z nim mógł się tylko Jose Mourinho po czerwonej stronie Manchesteru. Za 90 mln funtów sprowadził Paula Pogbę.

Guardiola wystartował serią zwycięstw, aż na konferencji prasowej jeden z podekscytowanych dziennikarzy zapytał go czy mierzy w potrójną koronę. Katalończykowi puściły nerwy. - Jestem dobrym trenerem, co nie znaczy, że w kilka miesięcy da się nadrobić tak ogromne zaległości.

Rzeczywiście City szybko popadło w kłopoty. Im dłużej trwał sezon, tym było gorzej. W Lidze Mistrzów klub z Etihad wrócił do czasów, kiedy barierą dla niego była 1/8 finału. Porażkę z budowanym za rozsądne kwoty Monaco można było uznać za symboliczną. Guardiola nigdy nie żegnał Champions League tak wcześnie.

Kiedyś, gdy Pep tworzył wielkość Barcelony, Juergen Klopp pozwolił sobie na ironię. Zadał retoryczne pytanie, co stanie się z katalońskim geniuszem, gdy w następnym miejscu pracy zorientuje się, że jego nowy klub nie zatrudnia Andresa Iniesty i Leo Messiego. Trzy lata w Bayernie nie potwierdziły tych wątpliwości, ale Pep dostał w Bawarii po Juppie Heynckesie najlepszą drużynę Europy. Trzy razy odbił się z nią od półfinału Ligi Mistrzów: od Realu, Barcelony i Atletico. Hegemonem pozostali tylko w Bundeslidze.

Manchester City to pierwszy klub Guardioli nie mający kompletnej kadry. Zatrudnia piłkarzy dobrych, ale też przepłaconych z wyjątkami takimi jak Kevin de Bruyne, David Silva, czy Sergio Aguero. Pep nie znalazł na to lekarstwa mimo okazałych letnich transferów. Drużyna zrobiła krok do tyłu wobec tego czego dokonał Pellegrini.

Wielkie inwestycje Mourinho wpisują się w nową tradycję powstałą na Old Trafford po zakończeniu pracy przez Alexa Fergusona. United wspiął się na szczyt rankingu najbogatszych klubów świata, ale umiar w wydawaniu pieniędzy należy już do chlubnej przeszłości. Obaj giganci z Manchesteru, mimo nieograniczonych możliwości, oglądają w lidze plecy Tottenhamu i Liverpoolu budowanych z większym umiarem i według jasnego projektu.

W derbach na Etihad padł bezbramkowy remis, po meczu, gdzie było więcej walki niż jakości i pomysłu. Guardiola i Mourinho rywalizują o pozycję w czołowej czwórce ligi dającej prawo gry w Lidze Mistrzów. Tylko tyle. Nic więcej.

Kilka lat temu „The Special One” ironizował sobie z Ligi Europy. Uważał, że tylko Champions League to rozgrywki godne jego zachodu i talentu. Dziś z United bije się o triumf o mniej liczące się trofeum - na inne szanse już pogrzebał. Pogardzana Liga Europy może uratować jego pierwszy sezon na Old Trafford.

Gdyby nie potknięcia Guardioli w City i tradycyjne kłopoty Arsene’a Wengera w Arsenalu, Mourinho byłby faworytem do tytułu największego trenerskiego rozczarowania w najbogatszej lidze na świecie. Lidze, którą jak twierdził kocha, i czuje się w niej kochany. Jak widać nie istnieją trenerzy, którzy potrafiliby sobie poradzić w każdej sytuacji.

czwartek, 27 kwietnia 2017

Miał być następcą Cristiano Ronaldo, tymczasem notorycznie leczy urazy. Gareth Bale nie zagra w półfinale Ligi Mistrzów z Atletico. Przez cztery sezony w Realu Madryt stracił 58 meczów.

W swojej nowej książce Carlo Ancelotti opowiada, że jego konflikt z prezesem Realu Florentino Perezem rozpoczął się od nieporozumień dotyczących Walijczyka. Po 22 wygranych meczach jesienią 2014 roku włoski trener zmienił Bale’a w przegranym 1:2 starciu z Valencią. Wzburzony agent piłkarza pobiegł na skargę do prezesa, w efekcie szkoleniowiec trafił na dywanik. Tam dowiedział się, że Gareth nie życzy sobie grać na skrzydle, ale w środku boiska. Na najbliższym treningu zirytowany Ancelotti zawołał do siebie piłkarza z pytaniem dlaczego ze swoimi pretensjami nie zwrócił się do niego? Włoch nie mógł zrozumieć z jakiego powodu w rozmowach między trenerem i piłkarzem musi pośredniczyć prezes?

Ta wzmianka pokazuje pozycję Bale’a w Realu Madryt. Jego transfer w 2013 roku był osobistym pomysłem Florentino Pereza, który nie pytając trenera o zdanie kupił Walijczyka za 91 mln euro. Mesuta Oezila za połowę tej kwoty odsprzedał do Arsenalu. Protestował nawet Cristiano Ronaldo, który widział w Niemcu swojego największego sprzymierzeńca. Najwięcej bramek Portugalczyk zdobywał właśnie po podaniach Oezila.

Nikt nie miał wątpliwości, że Bale jest piłkarzem z najwyższej półki. Jego wspaniały rajd dał Realowi zwycięstwo nad Barceloną w finale Pucharu Króla w 2014 roku. Drugą ratę Walijczyk spłacił w finale Champions League, gdy w dogrywce z Atletico wbił gola na 2:1. I wyśniona „La Decima” - czyli dziesiąty Puchar Europy w historii Realu stanął w klubowych witrynach. Po 12 latach oczekiwania. Co więcej, 11 miesięcy temu sukces udało się powtórzyć, po wygranych w karnych kolejnych derbach Madrytu. Bale długo się wtedy leczył, ale gdy wrócił to jego akcja rozstrzygnęła rywalizację w półfinale z Manchesterem City.

W 149 meczach dla Realu, Walijczyk zdobył 67 bramek. To dużo. Bywały co prawda okresy, gdy kompletnie nie potrafił porozumieć się na boisku z Cristiano Ronaldo i Karimem Benzemą. Kibice śledzący te wydarzenia winą obarczali raczej CR7. Tak jakby Portugalczyk nie mógł ścierpieć, że w Realu pojawił się piłkarz, który chce znaczyć nie mniej od niego.

Bale, jako ulubieniec prezesa, mógł sobie pozwolić na więcej. Ale dawał drużynie naprawdę dużo. Jego wielką formę torpedowały jednak urazy. W czterech sezonach na Santiago Bernabeu Walijczyk leczył już 17 kontuzji. Stracił przez nie 58 meczów, co umacnia opinię „gracza ze szkła”. Tak mówi się o piłkarzach o wyjątkowo lichym zdrowiu. Paradoks polega na tym, że Waliczyk jest atletą, opiera swoją grę na sprawności fizycznej i sile w jeszcze większym stopniu niż CR7.

Wśród swoich niewątpliwych dokonań Bale ma półfinał Euro 2016. Wynik, którego mogą mu zazdrościć wszyscy wielcy rodacy: przede wszystkim Ryan Giggs, czy Ian Rush, którzy sukcesy odnosili wyłącznie w klubach.

Dla Zinedine’a Zidane’a Bale był zawsze graczem kluczowym. Wychodzi na boisko kiedy tylko jest w stanie. Niedawno doznał urazu w meczu z Bayernem w ćwierćfinale Ligi Mistrzów. Real wyeliminował Bawarczyków bez niego. Zizou ma na ławce nadmiar piłkarzy, którzy mogą zastąpić Walijczyka. Młodzi, hiszpańscy gracze Isco, Marco Asensio i Lucas Vasquez są ulubieńcami mediów do tego dochodzi sfrustrowany przesiadywaniem na ławce Kolumbijczyk James Rodriguez. Ale kiedy tylko Bale wrócił do zdrowia, w niedzielnym klasyku z Barceloną wyszedł w podstawowym składzie. Wytrwał na boisku 35 minut i doznał kolejnego urazu. 21-letni Asensio wypadł dobrze, tak jak w obu starciach z Bayernem.

Część hiszpańskich komentatorów uważa, że uprzywilejowana pozycja Bale’a faworyzowanego przez prezesa i trenera nie służy drużynie. Póki co Walijczyk nie będzie nikomu przeszkadzał przez miesiąc. Nie zagra w półfinałach Ligi Mistrzów z Atletico Madryt, młodzi hiszpańscy gracze będą mieli okazję pokazać ile są warci.

W lipcu Walijczyk skończy 28 lat, czyli wejdzie w wiek rozkwitu i dojrzałości piłkarskiej. Jego przyszłość będzie zależała od zdrowia. Gdyby jednak Real zdecydował się go sprzedać, najbogatsze kluby Premier League dałyby za niego kwotę zbliżoną do tej, za którą przenosił się do Madrytu. Wciąż nie ma na rynku wielu piłkarzy tej klasy.

środa, 26 kwietnia 2017

Okoliczności jubileuszowej bramki Argentyńczyka okazały się bajkowe. Ostatni kontakt z piłką w meczu ostatniej szansy dla Barcelony. Na jego ulubionym stadionie.

W meczach z Realem Leo Messi nie zdobył gola przez trzy lata. Od pamiętnego starcia na Santiago Bernabeu zakończonego zwycięstwem Barcelony 4:3, w którym Argentyńczyk pokonał trzy razy Diego Lopeza. Zaliczył przy tym asystę przy bramce Andresa Iniesty, a jego zespół przeżył jedną z nielicznych jasnych chwil w sezonie, gdy pod kierunkiem Gerardo Martino zapadł się w przeciętności. Tytuł mistrza Hiszpanii zdobyło wtedy Atletico Madryt, Real zwyciężył w Lidze Mistrzów, Barca miała szansę na Puchar Króla, ale przegrała prestiżowy finał z „Królewskimi”.

Tamto spotkanie ligowe z marca 2014 roku nie było pierwszym klasykiem, w którym Argentyńczyk ustrzelił hat tricka. Zrobił to w pierwszym meczu Barcelona - Real, w którym zagrał - ponad dekadę temu na Camp Nou, w marcu 2007 roku - na bramki Argentyńczyka „Królewscy” odpowiedzieli trafieniami 30-letniego wtedy Ruuda van Nistelrooya i 20-letniego Sergio Ramosa. Messi wyrównał w doliczonym czasie gry, gdy Barca nacierała na Real w dziesiątkę.

W minioną niedzielę sytuacja się powtórzyła. „Królewscy” się zapomnieli, przywykli, że w ostatnich sekundach to oni zadają decydujące ciosy. Minuta „dziewiędziesiąta i Ramos” to taka hiszpańska gra słowna bazująca na fakcie, że gdy trzeba trafić do siatki w doliczonym czasie gry, to zawsze robi to kapitan „Królewskich”. Tak jak w finale Ligi Mistrzów z Atletico w 2014 roku i potem jeszcze kilkakrotnie, także w tym sezonie.

Ale w ostatnią niedzielę, gdy wybijała 92. minuta Ramosa na boisku nie było. Wyleciał wcześniej z czerwoną kartką za faul na Messim. Real zapędził się do ataku, choć starczał mu remis, by utrzymać 3 pkt przewagi w tabeli. Ale uwierzył, że końcówki spotkań należą do niego. I pozwolił się skontrować. A Messiemu zdobyć gola numer 500 w barwach Barcelony. Argentyńczyk zdjął koszulkę i pokazał ją w stronę trybun. Kiedyś, gdy był jeszcze nastolatkiem zasłynął w Hiszpanii słowami „zapamiętajcie mnie”. Kibice Realu będą z pewnością pamiętali zawsze. Leo wbił „Królewskim” aż 23 bramki - najwięcej ze wszystkich graczy, którzy kiedykolwiek grali w obu wielkich klubach.

Ale Messiemu nie chodziło raczej o osobiste rekordy. Gdyby Barca zremisowała na Santiago Bernabeu pożegnałaby się raczej z marzeniami o obronie tytułu mistrza Hiszpanii. Stałoby się to zaledwie cztery dni po traumatycznym meczu z Juventusem, gdzie Katalończycy przekonali się, że w obecnej formie nie mają prawa aspirować do miejsca na europejskim szczycie. Rywal z Turynu przez 180 minut nie pozwolił na nic Messiemu i innym. Wśród rozlicznych ofiar Argentyńczyka nie ma wciąż Gianluigiego Buffona. Leo nie strzelił ani jednej bramki 39-letniej legendzie. Choć przecież miał satysfakcję wygrania finału Ligi Mistrzów w 2015 roku, ale wtedy Buffona pokonali Ivan Rakitic, Luis Suarez i Neymar.

Hołdy, które zbierał Messi za klasyk z ostatniej niedzieli sprowokowały Romario. Ogłosił, że był lepszy od Diego Maradony i Messiego. Brazylijczyk ze skromnością nie przesadzał nigdy, gdyby jednak spytać o to kibiców Barcelony oni nie znają nikogo, kogo można postawić na równi z Messim. Romario mówi, że klub z Katalonii nosi w sercu. Grał w nim dwa lata. Zdążył zdobyć hat-tricka w klasyku wygranym 5:0. Był mistrzem Hiszpanii, królem strzelców, zagrał w finale Ligi Mistrzów, w tamtym pamiętnym sezonie 1993-1994 zdobył dla Barcy pięć hat-tricków. W sezonie 2011-2012 jego rekord pobił Messi zdobywając po trzy bramki w siedmiu spotkaniach.

Jednego, czego Argentyńczyk może zazdrościć Brazylijczykowi to tytułu mistrza świata z reprezentacją kraju. Już drugi sezon w Barcelonie to było dla Romario za dużo. Nie mógł się skupić na grze w chwili, gdy uznał, że jest najlepszy na świecie. Niezwykłość Messiego polega na tym, że z motywacją nie ma kłopotów, choć 1 maja minie 12 lat od jego pierwszej bramki w lidze hiszpańskiej. Argentyńczyka nieustannie nakręca rywalizacja z Cristiano Ronaldo i Realem. Ona się raczej szybko nie skończy.

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Świat futbolu składa hołd Leo Messiemu, który właściwie w pojedynkę rozstrzygnął porywający klasyk w Madrycie. Po zwycięstwie 3:2 nad Realem Barcelona wraca do gry o mistrzostwo Hiszpanii.

Kamery zanotowały wybuch furii Cristiano Ronaldo. - Trzeba było go faulować - wrzeszczał Portugalczyk do swojego najlepszego kumpla Marcelo. Lewy obrońca Realu - bohater niedawnego starcia w Lidze Mistrzów z Bayernem Monachium, także w meczu z Barceloną wypadł świetnie. Asystował przy wyrównującej bramce Jamesa, gdy „Królewscy” grali w dziesiątkę, zagrał do Sergio Ramosa, co zaowocowało pierwszym golem dla „Królewskich”, ale w 92. minucie zawiódł, bo nie sfaulował wyprowadzającego piłkę Sergiego Roberto.

Mecz dobiegał końca, upływały ostatnie sekundy, Real miał upragniony remis, gdy prawy obrońca Barcelony wykonał rajd z piłką przez 50 metrów. Ten bieg miał zakończyć się zwycięskim golem Leo Messiego w 91. minucie i 46. sekundzie gry, a więc zaledwie 14 sekund przed ostatnim gwizdkiem sędziego. Po drodze jednak Marcelo miał okazję sfaulować Sergiego Roberto. Barcelonie nie starczyłoby czasu na dokończenie akcji. - Tak, ja jestem winien, że straciliśmy trzecią bramkę. Odpowiedzialność biorę na siebie - powiedział Marcelo.

Być może wina lewego obrońcy Realu polegała jednak na czym innym. W 20. minucie uderzył łokciem w twarz Messiego. Argentyńczyk padł na murawę z zakrwawioną twarzą: rozciętą wargą. Jeszcze, gdy strzelał gola na 1:1 miał w ręce zakrwawiony tampon. Marcelo prosił lekarza, żeby opatrzył mu łokieć. Sędzia nie zauważył tej sytuacji, grożącej Brazylijczykowi nawet czerwoną kartką, bo wyglądało, że cios wymierzył z premedytacją.

Messi został podrażniony i zemścił się na Realu w pojedynkę. Odtąd klasyk stał się show jednego człowieka. Już przed przerwą z boiska po dwóch faulach na Leo powinien wylecieć Casemiro, ale sędzia nie chciał, lub nie miał odwagi skazać Realu na grę w dziesiątkę. Odważył się w 77. min po brutalnym wślizgu Sergio Ramosa w nogi Messiego. Schodząc do szatni kapitan „Królewskich” wywołał jeszcze kłótnię Gerardowi Pique koledze z kadry, jakby dawał do zrozumienia, że za brutalność w klasyku odpowiada stoper Barcy, który często publicznie atakuje Real Madryt. Ale prawda jest taka, że Ramos nie wytrzymuje ciśnienia, to jego piąta czerwona kartka w klasyku.

Pozostały kwadrans miał być dla Realu testem charakteru. W dodatku zdanym. W dziesięciu doprowadzili do remisu, gola zdobył rezerwowy James Rodriguez po podaniu Marcelo. Brazylijczyk cały mecz nękał defensywę Barcelony, wciąż ogrywał Ivana Rakitica, lub Sergiego Roberto. Poza bramkarzami należał do najlepszych na boisku. Gdyby nie ten faul, którego nie było.

„Królewskim” starczał remis. Utrzymaliby 3 pkt przewagi nad Barceloną, mając jeszcze mecz zaległy z Celtą w Vigo. A więc tytuł mistrza Hiszpanii byłby na wyciągnięcie ręki. Zwycięski gol Messiego zmienił wszystko. Dla Barcelony był kluczem do powrotu do walki o mistrzostwo. Za miesiąc Marcelo może pożałować grzechu zaniechania jeszcze mocniej.

Małomówny, skryty Messi wykonał na koniec symboliczny gest, który wzburzył Hiszpanię. Po golu podbiegł do trybun, zdjął koszulkę i pokazał ją kibicom Realu. Stał przed nimi mały prześladowca „Królewskich”, piłkarz, który zapisał największy rozdział w dziejach klasyku. Wbił Realowi 23 gole, z czego 16 w lidze, 2 w Lidze Mistrzów, 5 w Superpucharze Hiszpanii. Za jego plecami są trzy legendy „Krolewskich” Alfredo di Stefano (18 bramek), Cristiano Ronaldo (16), Raul Gonzalez (15). Pokazuje to dobitnie, kto jest w tej zaciekłej rywalizacji największy.

W koszulce Barcy Messi zdziałał na boisku bezdyskusyjnie więcej niż Ladislao Kubala, Johan Cruyff, Diego Maradona, czy Ronaldinho. „Zapowiedź” nadeszła w sezonie 2006-2007, gdy w starciu z Realem na Camp Nou zdobył hat-tricka w meczu zakończonym wynikiem 3:3. Przez następną dekadę ośmiu sławnych trenerów zespołu z Santiago Bernabeu szukało lekarstwa na powstrzymanie małego Argentyńczyka. Bezskutecznie. Zinedine Zidane też tego nie potrafił.

„D1OS” - napisał na Twitterze stoper Borussi Dortmund Marca Bartra, wychowanek Barcelony. Dios - czyli bóg, stworzony z wpisanego w ten wyraz numeru 10, który Lionel nosi na koszulce. - Wielkość Messiego nie przestaje zadziwiać nawet nas - powiedział Andres Iniesta.

Do najlepszych na boisku należeli obaj bramkarze Marc-Andre Ter Stegen i Keylor Navas gratulowali sobie nawzajem interwencji klasy światowej. Wszyscy są jednak skupieni na strzelcach. A właściwie jednym.

„Messi podpala Bernabeu”, „Messi podpala ligę” - krzyczą dzienniki z Madrytu. Ten ostatni strzał pozwolił Barcelonie wrócić na pozycję lidera na pięć kolejek przed końcem. W lepszej sytuacji w wyścigu po mistrzostwo wciąż są „Królewscy”. którzy 17 maja zagrają mecz zaległy z Celtą w Vigo. Ale Real, chcąc zdobyć tytuł, nie ma już marginesu na błąd. Przy równej liczbie punktów w lidze hiszpańskiej liczy się bilans bezpośrednich meczów, a ten jest korzystny dla Barcy, także dzięki bramce Messiego (3:2 i 1:1).

Do końca rozgrywek „Królewscy” grają z Deportivo, Valencią, Granadą, Sevillą, Celtą, Malagą. Barcelona z Osasuną, Espanyolem, Villarreal, Las Palmas i Eibarem. Jeśli obie drużyny wygrają wszystkie mecze, mistrzem będzie Real, który może sobie pozwolić nawet na jeden remis.

sobota, 22 kwietnia 2017

Bez zdyskwalifikowanego Neymara, rozbita porażką w Lidze Mistrzów Barcelona jedzie do Madrytu, by ocalić swoje szanse na mistrzostwo Hiszpanii. W niedzielę na Santiago Bernabeu czeka Real w euforii.

 „Dzisiejsze łzy jutro przerodzą się w radość” - napisał na Twitterze Neymar. Rozpacz Brazylijczyka po klęsce z Juventusem w Lidze Mistrzów stała się symbolem depresji Barcelony. 180 minut rywalizacji z mistrzem Włoch było studium słabości zespołu z Katalonii. Bijąca strzeleckie rekordy trójka napastników Leo Messi, Luis Suarez i Neymar nie potrafiła ani razu pokonać Gianluigiego Buffona.

Neymar traci jednak największą okazję do rewanżu i rehabilitacji. Po czerwonej kartce za obrazę arbitra w meczu z Malagą, został zdyskwalifikowany na trzy kolejki i nie zagra w klasyku na Santiago Bernabeu. Po nim o radość w Barcelonie może być wyjątkowo trudno. Dla Katalończyków liczy się w niedzielę tylko zwycięstwo.

W środę po ostatnim gwizdku arbitra 98 tys ludzi na Camp Nou pożegnało zespół brawami. Dziękowali za walkę do końca z rywalem lepszym pod każdym względem. Gerard Pique obiecał kibicom, że w niedzielę z Madrytu Barcelona powiezie trzy punkty. Klasyk z Realem jest dla Katalończyków ostatnią deską ratunku. Porażka, a nawet remis postawią „Królewskich” w znakomitej sytuacji w drodze po tytuł mistrza Hiszpanii. Do końca zostanie 5 kolejek, Real ma trzy punkty więcej od Barcelony i mecz zaległy z Celtą w Vigo.

Co weźmie górę w niedzielę na Santiago Bernabeu? Frustracja Katalończyków, czy euforia „Królewskich”? W ćwierćfinale Ligi Mistrzów Real wyeliminował Bayern Monachium, co było dla niego gigantycznym zastrzykiem optymizmu. Podwójnej korony „Królewscy” nie wywalczyli od 1958 roku! W tym roku wciąż jest na to szansa.

Obolały po zderzeniu z Juve Pique pozwolił sobie na mocno ironiczną uwagę pod adresem Realu. Że jego kibice ze zdumieniem musieli przyjąć owację na Camp Nou, bo sami wygwizdują swoich piłkarzy nawet po zwycięstwach. To aluzja do grupy fanów z Bernabeu, którzy gwizdali na Cristiano Ronaldo podczas rewanżu z Bayernem. Zanim Portugalczyk zdobył hat-tricka grał przeciętnie. Gwizdy zabolały jednak CR7 do żywego: przecież jest legendą królewskiego klubu po zdobyciu dla niego 395 goli.

Ataki Pique na Real coraz bardziej wyglądają jednak na reakcję frustrata. Po latach dominacji Katalończyków sytuacja zaczyna się odwracać. Barcelona drugi już sezon ogląda plecy Realu w Lidze Mistrzów. I jest o krok od oddania mu dominacji w La Liga. Hierarchia bardzo szybko się zmieniła. Jeszcze rok temu przed klasykiem na Camp Nou były bramkarz „Królewskich” Jerzy Dudek mówił z żalem, że różnica między Barceloną i Realem dawno nie była tak duża. Katalończycy nie przegrali wtedy 39 kolejnych meczów pędząc po potrójną koronę. Na Santiago Bernabeu zbili Real aż 4:0! W rewanżu na Camp Nou prowadzili, ale rywal się podniósł, a zwycięską bramkę Ronaldo zdobył, gdy „Królewscy” grali w dziesiątkę.

To nie był incydent, ale przełom. Od tamtej pory drużyna Zinedine’a Zidane’a stała się maszyną do wygrywania, poprawiła rekord Barcelony nie przegrywając 40 kolejnych spotkań. Wygrała Champions League, Superpuchar Europy, klubowe mistrzostwo świata, a teraz mknie po mistrzostwo Hiszpanii. Rotacje w kadrze, długa i silna ławka rezerwowych, na której do gry palą się piłkarze tak dobrzy jak Isco, James, Asensio, Morata, Kovacic, Lucas Vazquez, Nacho, czy Pepe to klucz do utrzymania siły i formy. Zidane nauczył się tego jako asystent Carlo Ancelottiego. Włoch nie rotował kadrą, stawiał wciąż na tych samych piłkarzy i po wspaniałym 2014 roku, wiosną drużyna nie wytrzymała tempa, popadła w kryzys i nie zdobyła już nic.

Dziś dzięki Zizou Real osiągnął stabilność. Nie zachwyca grą, ale zachwyca wynikami. Francuz przekonał Cristiano Ronaldo, że z wiekiem powinien przekwalifikować się ze skrzydłowego w środkowego napastnika wykorzystując swój największy dar od natury - instynkt strzelecki. 32-letni Portugalczyk traci szybkość i wytrzymałość, ale w dwumeczu z Bayernem pięć razy pokonał Manuela Neuera, z czego aż cztery po jednym dotknięciu piłki jak urodzony snajper.

Realowi nie ciążą częste urazy Garetha Bale’a, bo Isco, Asensio, Vazquez mogą wiele dać drużynie. Walijczyk jest już jednak ponoć zdrowy po kontuzji w pierwszym meczu z Bayernem. Świetnie spisuje się niedoceniany latami Nacho, gdy leczą się stoperzy Varane i Pepe. To wszystko sprawia, że Zidane może być spokojny o posadę bardziej niż jego poprzednicy. Francuz jest jedenastym szkoleniowcem zatrudnianym przez prezesa Florentino Pereza.

Barcelona znalazła się na przeciwnym biegunie. Wiadomo, że Luis Enrique odchodzi po sezonie i od lata drużyna będzie miała nowego przywódcę. Rezerwowi, na których klub wydał latem 120 mln euro, zawodzą pod każdym względem. Jeden Samuel Umtiti zdołał się przebić do podstawowego składu. Kluczowi gracze Neymar, Luis Suarez, Iniesta, Busquets mają kłopoty ze stabilizacją formy. Barca ma wzloty, takie jak mecz na Camp Nou z PSG w Lidze Mistrzów, po którym jednak poległa z Deportivo w La Corunii. Wszystko w ciągu zaledwie czterech dni. Teraz także w cztery dni decyduje się bilans sezonu Barcelony. Z Ligi Mistrzów odpadła, w niedzielę okaże się, czy zdoła przetrwać w walce o tytuł.

czwartek, 20 kwietnia 2017

Łzy Neymara po porażce z Juventusem oddają nastrój na Camp Nou. Przez 180 minut rywalizacji w ćwierćfinale Ligi Mistrzów „najlepszy atak w historii piłki” nie potrafił zmusić do wysiłku Gianluigiego Buffona.

Leo Messi próbował na wszystkie sposoby. Obrona Juventusu miała odpowiedź na każdą sztuczkę pięciokrotnego laureata Złotej Piłki. Poza jednym genialnym podaniem do Andresa Iniesty jeszcze w pierwszym meczu w Turynie, Argentyńczyk miotał się jak złota rybka w sieci. Był aktywny, wracał po piłkę: rozgrywał, strzelał, dryblował i nic z tego nie wychodziło. Tak bezradnego Messiego oglądaliśmy wcześnie wyłącznie w meczach, w których nie podjął 100 procent wysiłków. W starciu z Juventusem bardzo chciał i tak samo bardzo nie mógł.

Największy atleta w Barcelonie Luis Suarez - odbił się od ściany muskułów środkowych obrońców. Jak bokser walczący w wyższej kategorii wagowej. Juventus przewyższał Barcelonę pod każdym względem. Katalończycy rzucili do walki wszystkie siły, ale nie potrafili nawet na chwilę wywołać paniki w zespole z Turynu. Drużyna Massimo Allegriego doskonale panowała nad wydarzeniami na Camp Nou - miejscu, gdzie tak wielu rywalom miękną nogi.

Po ostatnim gwizdku arbitra Dani Alves podniósł zapłakanego Neymara i przytulił. Brazylijczyk łkał jak ktoś, kto stracił wielką szansę, a do tego uświadomił sobie własne ograniczenia. Kreowany na następcę Messiego i Cristiano Ronaldo Brazylijczyk nie dokonał niczego, co by wskazywało na to, że czeka go świetlana przyszłość. Niespełna dwa lata temu zdobywał gola w finale Ligi Mistrzów w Berlinie, Barca biła Juventus, a Neymar spełniał marzenie o triumfie w najważniejszych rozgrywkach. Kolejne 23 miesiące okazały się jednak wielki krokiem do tyłu.

Całe trio MSN nazywane najlepszym w dziejach piłki, przeżyło 180 minut traumy w starciu z mistrzem Włoch. Lekcja pokory była spektakularna i dobitna, z gatunku tych, po których nie pozostaje nawet cień złudzeń.

Alves to znakomity przykład. Pokazuje jak Juventus budował swoją wielkość. Nie gardził piłkarzami sędziwymi i odrzuconymi. Przygarnął Brazylijczyka z Barcelony, dał szansę Samiemu Khedirze i Gonzalo Higuainowi, których w Realu uważano za graczy drugoplanowych. Rehabilitował Juana Cuadrado po katastrofie w Chelsea oraz Mario Mandżukica zbędnego w Bayernie i Atletico. Kiedy piłkarz chciał odejść jak Carlos Teves, Alvaro Morata, czy Arturo Vidal - odchodził.

Wielkie pieniądze szefowie Juve rzucili na szalę dopiero ostatniego lata, gdy wykupili z Napoli Higuaina. Wydawało się, że to wotum nieufności dla Mandżukica, tymczasem grają obaj. Allegri stworzył zespół doskonale zorganizowany, wyrachowany i dojrzały, ale też ofensywny. Juve wywołało Barcelonie otwarty pojedynek, to nie była partyzantka, czy wojna podjazdowa. I w tej batalii argumenty piłkarskie przemówiły na jego korzyść.

Drużyna Allegriego ma dość argumentów, by marzyć o trzecim w historii klubu triumfie w Pucharze Europy. Sześć przegranych finałów, łącznie z tym w Berlinie sprzed dwóch lat pokazuje głód międzynarodowego sukcesu u włoskiego hegemona. Serie A jest w kryzysie, Juventus to wyjątek w tamtejszej piłce. Ale wyjątek piękny.

Za trzy dni Barcelona gra klasyk na Santiago Bernabeu, musi go wygrać, by zachować szanse na obronę mistrzostwa Hiszpanii. Drugi rok pracy Luisa Enrique był gorszy od pierwszego, wygląda na to, że ostatni będzie kolejnym krokiem w tył. Po wyeliminowaniu Bayernu Real ma psychologiczną przewagę nad Katalończykami, czyli sytuacja się odwróciła w stosunku do lat minionych. W XXI wieku to „Królewscy” częściej skazani byli na spoglądanie z zazdrością na swojego największego przeciwnika.

Wczoraj kibice na Camp Nou pożegnali drużynę owacją. Suchy wynik rywalizacji z Juventusem jest porażający, ale fani nagrodzili wysiłek pokonanych. Nie brakuje jednak opinii, że ten zespół doszedł do ściany, wyczerpał swoje możliwości, a nowy trener powinien zbudować wszystko od podstaw.

W Barcelonie nie mają tyle cierpliwości co w Turynie, a żeby budować szybko potrzebny jest bardzo dobry plan i gigantyczne pieniądze. Katalończycy marzą o piłkarzach takich jak Paulo Dybala, Marco Verratti, czy Phillippe Coutinho, a to inwestycja wymagająca nie dziesiątek, ale setek milionów euro.

środa, 19 kwietnia 2017

96 tys ludzi przybędzie dziś na Camp Nou oczekując kolejnej magicznej nocy Barcelony. - To co się stało z PSG posłuży nam za przestrogę - mówi Paulo Dybala, gwiazdor Juventusu, który broni trzech goli przewagi.

W normalnej sytuacji tłumy kibiców Barcy wybierałyby się dziś na Camp Nou jak na stypę. Co najwyżej po to, by zobaczyć jak ich piłkarze z twarzą żegnają Ligę Mistrzów. Ale rewanż z Paris Saint Germain wygrany 6:1, po porażce 0:4 w Paryżu, zmienia optykę Katalończyków. Cuda się zdarzają, będąca w niestabilnej formie drużyna Luisa Enrique wciąż zdolna jest do wzlotów. 8 marca na Camp Nou w 88. minucie gry Barcelona potrzebowała jeszcze trzech goli do awansu do ćwierćfinału. Finisz wstrząsnął piłkarską Europą.

Po porażce 0:3 w Turynie Luis Enrique ponownie studiował grę Juventusu. Trener Barcy doszedł do wniosku, że jeśli można przebić się przez włoską defensywę, to tylko grając wysokim pressingiem. Katalończycy będą chcieli agresywnie zaatakować graczy Massimo Allegriego przy wyprowadzaniu piłki. Tylko wtedy mogą liczyć na dezorganizację w tyłach Juventusu. Atak pozycyjny może okazać się wyjściem nieefektywnym, bo kiedy Włosi ustawią potrójne zasieki przed własnym polem karnym, pod bramkę Gianluigiego Buffona mysz się nie prześlizgnie.

Gracze Barcelony są skazani na podjęcie ryzyka. Bo gdy ruszą z atakiem na wyprowadzających piłkę rywali, na ich połowie pozostanie sam Marc-Andre ter Stegen. Za plecami stoperów będzie dużo miejsca, by Dybala i Gonzalo Higuain przeprowadzali zabójcze kontry. Jedna udana sprawi, że sytuacja Barcelony stanie się dramatyczna. I tak jest ekstremalnie trudna - odrobienie trzech goli, zachowanie zera po stronie strat, graniczy z niemożliwym.

„Czarne dziury w obronie Barcy” - alarmowały hiszpańskie media po ostatnim meczu ligowym z Realem Sociedad. Katalończycy wygrali 3:2, ale tracili bramki w kuriozalny sposób. Mimo gry w środku obrony pary asów Gerard Pique-Samuel Umtiti oraz ustawieniu czwórką w tyłach.

Być może więc w dzisiejszym meczu z Juve Barcelona tak samo mocno będzie zależała od pracy swoich obrońców, jak od geniuszu Leo Messiego, Luisa Suareza i Neymara. Wszyscy muszą zagrać mecz doskonały.

- Mamy jeden procent szans - mówi Neymar. - 99 proc to walka, harówka i wiara do samego końca. W rewanżu w PSG to właśnie młody Brazylijczyk błysnął nieposkromionym wręcz optymizmem, w kilka minut zdobył dwa gole i zaliczył asystę. Ale w Turynie z Juve zagrał fatalnie, były obrońca Barcy Dani Alves mimo 34 lat nie miał z nim najmniejszych kłopotów. Do tego stopnia, że legendarny Xavi powiedział, że Katalończycy powinni odzyskać Alvesa.

Do drugiej linii Barcy wraca Sergio Busquets. To kluczowa informacja. Razem z Andresem Iniestą tworzą parę, która może ułatwić pracę napastnikom. Druga linia Barcy zawodzi w tym sezonie najbardziej. Ivan Rakitic jest cieniem siebie, Andre Gomes choć kosztował 35 mln euro, wciąż nie spełnia nadziei. Taki mecz jak ten jest dla obu wielką szansą na rehabilitację. Na którego postawi Enrique? A może na Sergiego Roberto, bohatera rewanżu z PSG, który zdobył wtedy szóstą bramkę?

Barca może zagrać w ustawieniu 3-4-3, lub 4-3-3. W Turynie zaczęła w tym drugim wariancie i kompletnie pokpiła sprawę. Dybala zdobył dwa gole jak na treningu. I zademonstrował swoją słynną cieszynkę z maską gladiatora. - Patrzyłem na pierwszą połowę meczu w Turynie i wydawało mi się, że to była trzecia połowa meczu w Paryżu - ocenił wściekły Luis Enrique. W szatni była burza. Jedna z ostatnich jaką wywołał trener, który już dawno ogłosił, że odchodzi po zakończeniu sezonu. Po przerwie Barca zagrała w ustawieniu z trzema obrońcami i choć straciła trzecią bramkę, wypadła lepiej.

Po meczu w Turynie dziennikarze z Hiszpanii zapytali Luisa Enrique, czy szanse w rewanżu są większe, czy mniejsze niż po klęsce 0:4 w Paryżu. Odpowiedział, że teraz trudniej mu zachować wiarę w awans. I to jest klucz do zagadki. Juventus to zespół o klasę lepszy od PSG. Bardziej zdyscyplinowany, wyrachowany, dojrzalszy, który przyjechał na Camp Nou grać, a nie trwać.

- Nie jesteśmy PSG - powiedział stoper Leonardo Bonicci. Ale Dybala i Higuain podkreślają, że nie uważają sprawy awansu do półfinału za przesądzoną. W pierwszym meczu Juventus miał przewagę fizyczną nad Barceloną. W rewanżu Katalończycy nie będą mogli liczyć na grę w powietrzu. Jeśli znów będą wolniejsi od rywali, na magiczną noc nie mogą liczyć. Ale wierzyć muszą do końca. To lekcja z 8 marca 2017 roku zapisana w annałach klubu z Katalonii.

Pięć sądnych dni Barcelony? W niedzielę drużyna Enrique jedzie na Santiago Bernabeu, by ocalić szanse na mistrzostwo Hiszpanii. Może być tak, że od poniedziałku zostanie jej do końca sezonu już tylko jeden ważny mecz. Z Alaves.

wtorek, 18 kwietnia 2017

Być może Bayern Monachium nie potrzebuje cudu, by dziś w Madrycie odwrócić losy szlagierowej rywalizacji z Realem o półfinał Ligi Mistrzów. Ale potrzebuje polskiego napastnika w szczycie możliwości.

„Polski gigant zagraża Santiago Bernabeu” - obwieszcza madrycki „As” oceniając, że Robert Lewandowski odpowiada za połowę siły Bayernu. Jako przykład podaje dwa ostatnie mecze (z Realem w Lidze Mistrzów i Bayerem Leverkusen w Bundeslidze), w których Bawarczycy zdobyli zaledwie jedną bramkę, a Arjen Robben, Franck Ribery i Thomas Mueller w ogóle nie zaistnieli. Leczący uraz barku Polak jeszcze raz został obsypany komplementami przez hiszpańskie media, nazywające go „maszyną do zdobywania goli”. „As” przypomina jednak, że choć w 2013 roku jeszcze w barwach Borussii Dortmund wbił Realowi cztery bramki w półfinale Ligi Mistrzów, ale w rewanżu Sergio Ramos zupełnie wyłączył go z gry. I na powtórkę dziś na Santiago Bernabeu liczą fani Realu.

Gospodarze zagrają bez Gatetha Bale’a, który leczy kolejną kontuzję. Zastąpi go Isco, choć pewne szanse ma też Marco Asensio. Pierwszy był bohaterem sobotniego meczu ligowego, w którym Zinedine Zidane wystawił rezerwy. Oszczędził na rewanż z Bayernem większość podstawowych graczy, choć Realowi bardzo zależy na odzyskaniu tytułu mistrza Hiszpanii. W Gijon Isco wyglądał jak piłkarz z innej, lepszej bajki. Zdobył dwa wspaniałe gole, ten drugi w 90. minucie dający „Królewskim” zwycięstwo 3:2.

W tym sezonie drużyna Zidane’a jest niezłomna. Z meczów, w których przegrywała, wyszarpała rywalom aż 19 pkt. W Lidze Mistrzów też potrafiła odwracać losy spotkań: ze Sportingiem Lizbona w fazie grupowej, z Napoli w 1/8 finału i co najcenniejsze - w pierwszym meczu z Bayernem na Allianz Arena. „Królewscy” zadali Bawarczykom cios, po którym podnieść się nie będzie łatwo.

Sześć dni temu pierwsza połowa należała do gospodarzy, w drugiej goście odpowiedzieli w sposób piorunujący. I choć przed startem szlagierowej rywalizacji bukmacherzy wyżej oceniali szanse Bayernu, dziś, po porażce w Monachium 1:2, wyglądają one niezbyt imponująco.

Nikt w Madrycie nie miałby wątpliwości kto zagra w półfinale, gdyby nie fakt, że w rewanżu Bawarczyków wzmocni Lewandowski. 26 goli w Bundeslidze, 7 w Lidze Mistrzów, 8 w eliminacjach mistrzostw świata w Rosji - Polak ma fenomenalny sezon, na liście najlepszych strzelców ustępuje tylko Leo Messiemu.

Pomocnik Arturo Vidal przekonuje, że Bayern wcale nie potrzebuje cudu, by znaleźć się w półfinale, ale co innego Chilijczyk ma powiedzieć? - Jesteśmy Bayernem - przypomina Xabi Alonso podkreślając, że takiego giganta jak klub z Monachium stać na wszystko.

Carlo Ancelotti ma kłopot na środku obrony. Obok Jerome Boatenga będzie musiał wystąpić David Alaba. Mats Hummels jest kontuzjowany, Javi Martinez pauzuje za czerwoną kartkę. Real może grać spokojnie, awans da mu nawet porażka 0:1. To Bawarczycy muszą się spieszyć, to oni stoją pod murem.

Ronaldo, Benzema, Modric, Kroos, Casemiro, Carvajal, Keylor Navas odpoczywali w sobotę w lidze, by wszystkie siły rzucić dziś na Bayern. Tymczasem Ancelotti wystawił w Leverkusen niemal podstawowy skład (jeszcze bez Lewandowskiego), ale Bawarczycy i tak nie potrafił wbić gola rywalowi kończącemu mecz w dziesiątkę.

Dla Bayernu starcie z Realem jest kulminacją sezonu. W Bundeslidze ma aż 8 pkt przewagi nad RB Leipzig. Ancelotti rzuca wszystkie siły na Lidze Mistrzów, ale pierwszy mecz z Realem pokazał, jak dużo traci Bayern bez Lewandowskiego. Gdyby Polak odwrócił losy rywalizacji na Santiago Bernabeu, byłoby to jedno z najbardziej spektakularnych dokonań w jego karierze.

Będzie o to ekstremalnie ciężko. W poprzednich trzech edycjach Ligi Mistrzów Bawarczycy odpadali z rywalami z Hiszpanii i ani Realowi (2014), ani Barcelonie (2015), ani Atletico (2016) nie zdołali wbić na ich boisku choćby jednej bramki.

W Bayernie nadzieje pokładają wszyscy ci, którzy mają dość hiszpańskiej hegemonii w Champions League. Kluby La Liga dominują w Europie od trzech lat. W tym czasie odbyły się dwa madryckie finały, w trzecim Barcelona pokonała Juventus.

Ale i dla Realu dwumecz z Bayernem jest kwestią wyjątkowo prestiżową. Nie tylko ze względu na historię: 23 mecze, których bilans jest dla „Królewskich” niekorzystny (10 zwycięstw, 11 porażek, dwa remisy). Gdy przed rokiem drużyna Zidane’a sięgała po Puchar Europy, zarzucano jej, że miała masę szczęścia w losowaniu i tylko sporadycznie pokazała grę godną numeru 1 na kontynencie. W tym sezonie też nikt Realem przesadnie się nie zachwyca. Bawarczycy mieli być dla niego etapem prawdy.

Zizou nie jest traktowany jak materiał na trenerskiego geniusza. Ot, były laureat Złotej Piłki, który potrafi korzystać z autorytetu, który zbudował sobie na boisku i talentu obecnych graczy Realu. Tymczasem Francuz staje na wysokości zadania. Rotuje składem, przekonał nawet Cristiano Ronaldo, że musi rozsądnie gospodarować siłami. CR7 nie bije rekordów strzeleckich, ale rozstrzyga ważne mecze. Takie jak na Allianz Arena.

Dziś Lewandowski będzie go musiał przyćmić, bo jeśli nie, „Królewscy” staną się największym faworytem tej edycji rozgrywek. W Pucharze Europy nikt nie obronił trofeum od czasów Milanu Arrigo Sacchiego, który triumfował w latach 1989 i 1990. Jeśli Real przeskoczy dziś Bayern, a potem wygra finał w Cardiff, Zidane zaliczy dwa zwycięstwa w Champions League po zaledwie półtora roku pracy.

sobota, 15 kwietnia 2017

Po latach ulegania własnemu ego Cristiano Ronaldo zszedł wreszcie do poziomu jednego z kilku kluczowych piłkarzy Realu Madryt. Zyskali na tym wszyscy.

To nie kwestia godzin spędzonych na siłowni, ani litrów potu wylanych w walce nad utrzymaniem wydolności. 32-letni CR7 przestaje być na boisku robokopem. Statystyki potwierdzają, że czas biegnie nieubładanie. Portugalczyk nie góruje już fizycznie nad rywalami jak jeszcze dwa sezony temu, gdy osiągał w lidze hiszpańskiej niebotyczną liczbę 48 bramek dorzucając do tego 12 trafień w Lidze Mistrzów. Kończył wtedy rozgrywki z najwyższą średnią w karierze (1,13 gola na mecz).

Dziś ta średnia wynosi 0,76. I żeby znaleźć niższą trzeba się cofnąć do 2009 roku, czyli czasów, gdy CR7 nosił jeszcze koszulkę Manchesteru United. To był ten pechowy sezon, w którym „Czerwone Diabły” ustąpiły Barcelonie miejsca na europejskim szczycie, a Ronaldo musiał oddać Złotą Piłkę Leo Messiemu. Można było odnieść wrażenie, że przez następne lata Portugalczyka owładnęło coś w rodzaju obsesji samotnej pogoni za Argentyńczykiem.

Transferowy rekord świata pasował do niego, tak jak przeprowadzka do Realu Madryt - najbardziej utytułowanego klubu w historii, który zapewnia piłkarzom status galaktyczny.

Ale Ronaldo gonił w pojedynkę. Drużynę zbudowano wokół niego i dla niego. Mijały lata, CR7 bił rekordy skuteczności, wszystko w Madrycie kręciło się wokół niego, by kończyć się zwykle wielkim rozczarowaniem. Portugalczyk przyćmiewał i onieśmielał na boisku swoich kolegów. Szanowali jego upór i ambicję, ale część z nich czuła, że Real zmienił się w orkiestrę jednego solisty. Kiedyś, już po odejściu do Neapolu Gonzalo Higuain stwierdził, że aby utrzymywać dobre relacje z Cristiano trzeba mu codziennie dawać do zrozumienia, że jest najlepszy.

Argentyńczyk wycofał się potem z tych ostrych słów, które jednak wyrażały tylko to co czuli wszyscy. Chorobliwa ambicja Ronaldo nie pozwalała mu dawać drużynie tyle, ile by mógł. Prasa hiszpańska twierdziła, że dlatego tak świetnie rozumie się z Karimem Benzemą, że Francuz utwierdza w nim poczucie wielkości. Nigdy, w żadnych rozgrywkach środkowy napastnik Realu nie zdobył więcej bramek od CR7.

Latem 2014 roku Ronaldo protestował ze wszystkich sił, gdy Florentino Perez wymieniał Mesuta Oezila na Garetha Bale’a. Choć Walijczyk powtarzał, że przychodzi na Santiago Bernabeu, by pomóc CR7 utrzymać pozycję numeru 1. Oezil służył Portugalczykowi pięknymi asystami, Walijczyk był kolejnym superstrzelcem. Przez dwa kolejne sezonu prasa hiszpańska opisywała zgrzytanie, jakie występowało między gwiazdorami.

Krytycy Ronaldo zarzucali mu, że ponad osiągnięcia klubu przedkłada własne rekordy. Absurd sytuacji pokazywała najprostsza statystyka: 260 bramek, które Portugalczyk wbił rywalom ligowym przez siedem sezonów gry w Realu starczyło do zdobycia zaledwie jednego tytułu mistrza Hiszpanii. Tyle samo w tym okresie wywalczyło Atletico. Barcelona i Leo Messi świętowali aż pięciokrotnie.

Nie wiadomo czy upływ czasu zmienił świadomość CR7, czy stało się to w jakimś stopniu przypadkiem. Portugalczyk coraz rzadziej decyduje się na indywidualne pojedynki i coraz rzadziej jest je w stanie wygrywać. Pod wpływem perswazji Zinedine’a Zidane’a zrozumiał, że nadszedł czas, by wybierał sobie mecze, w których gra. Na dzisiejsze spotkanie ze Sportingiem nie ma go w kadrze, choć drużyna walczy o tytuł. Trener Realu uznał, że w Gijon powinni poradzić sobie rezerwowi, by kilku graczy podstawowych odpoczęło przed rewanżem z Bayernem w Lidze Mistrzów.

CR7 długo upierał się przy grze na skrzydle. Uważał, że pozycja klasycznego środkowego napastnika ogranicza jego atuty. W końcu polubił ją jednak. Mniej się tam biega, mniej drybluje, a to dla Portugalczyka lepiej. Upływ czasu nie pozbawił go instynktu strzeleckiego, ani mocnego, celnego uderzenia. Przekonaliśmy się o tym w Monachium. W pierwszym meczu z Bayernem Ronaldo zdobył dwie bramki i zapracował na czerwoną kartkę dla Javiego Martineza, ale grać i błyszczeć pozwolił innym. Real wreszcie stał się drużyną, której los nie zależy wyłącznie od tego co zrobi Portugalczyk. Przeciwnie: to Ronaldo błyszczy dzięki grze innych: rajdom i asystom bocznych obrońców: Marcelo i Carvajala. Nawet kontuzja Garetha Bale’a nie jest problemem. Zastąpić go może aż czterech utalentowanych graczy Asensio, Isco, James i Lucas Vazquez.

Są piłkarze, którzy szybko się starzeją i tacy, którzy z biegiem lat dojrzewają. Upływ czasu stępia siłę, dynamikę, szybkość, co można rekompensować doświadczeniem. Kiedyś CR7 szalał po boisku, wszędzie go było pełno. Dziś jest tam, gdzie największą korzyść czerpie z tego drużyna. Jeszcze niedawno krytycy Portugalczyka uśmiechali się ironicznie, gdy przekonywał, że chce grać do czterdziestki. Zakrawało to na kolejną fanfaronadę gwiazdora, który nie ma odrobiny dystansu do siebie. Dziś łatwiej uwierzyć, że nową rolę w zespole jest w stanie spełniać jeszcze dość długo. Nie poprawi już indywidualnych rekordów, ale pomoże Realowi zdobywać trofea. I chyba w końcu sam się przekonał, że jest to znacznie ważniejsze.

Karl-Heinz Rummenigge zauważył niedawno, że zaszła ogromna zmiana w zachowaniu CR7 na boisku. Kiedyś był jak kapryśny, nieznośny dzieciak, który uprawia sport zespołowy tylko przez pomyłkę. Dziś wykorzystuje swoją pozycję dla dobra wspólnego: na boisku widać to w gestach, detalach, niuansach. Rummenigge zafascynował swoim zachowaniem w finale Euro 2016, gdy poważnie kontuzjowany wrócił na ławkę, by pomóc trenerowi mobilizować reprezentację Portugalii. A potem w szatni wygłosił tyradę do kolegów, że dzięki ich determinacji osiągnął największy sukces w karierze. - Takiego Ronaldo da się lubić - mówi prezes Bayernu.

 
1 , 2
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac