blog Darka Wołowskiego
RSS
piątek, 29 kwietnia 2016

Dwa zwycięstwa u siebie, dwa remisy na wyjeździe - hiszpańskie kluby nie poniosły porażki w pierwszych meczach półfinałów europejskich rozgrywek. Czy po raz pierwszy w historii wszystkich miejsca w finałach zajmą zespoły z jednego kraju?

Status najlepszej ligi świata potwierdzają rankingi FIFA i UEFA. Hiszpanie oderwali się od reszty Europy na odległość 25 pkt, co jest przepaścią. Za Primera Division podąża Bundesliga, która zostawiła w tyle najbogatszą Premier League. Anglicy stworzyli najlepszy produkt: ich liga jest wypromowana, popularna, opływająca w luksusy, ale sportowo zrobiła ostatnio krok w tył. Choć w tegorocznym półfinałach reprezentują ją aż dwie drużyny: Manchester City w Lidze Mistrzów i Liverpool w Lidze Europy.

Dominacja Hiszpanów w międzynarodowych rozgrywkach trwa już od dekady. Wśród czterech najlepszych klubów rankingu UEFA są Real, Barcelona i Atletico Madryt. Rozdziela je Bayern Monachium (drugie miejsce) przeżywający lata wzlotu. Ale w poprzednich półfinałach Champions League odpadał z „Królewskimi” i Katalończykami, tym razem trafił na najmniej utytułowane Atletico i po pierwszym spotkaniu w stolicy Hiszpanii przegrywa 0:1.

Biorąc pod uwagę, że drużyna z Vicente Calderon ma najlepszą obronę na kontynencie, ta minimalna przewaga może wystarczyć. Bramkarz Atletico Jan Oblak puszcza średnio pół gola w meczu, tak w Lidze Mistrzów jak w lidze hiszpańskiej.

Z pewnością jednak drużyna Diego Simeone stoi przed najcięższym wyzwaniem, by zapewnić sobie prawo gry na San Siro. Łatwiejszą drogę powinien mieć Real, któremu do awansu wystarczy każde zwycięstwo w środowym rewanżu z City na Santiago Bernabeu. „Królewskich” martwią mięśniowe kontuzje Cristiano Ronaldo i Karima Benzemy, ale nawet z rozbitym trio BBC będą faworytem.

W ostatniej dekadzie kluby hiszpańskie wygrywały Ligę Mistrzów pięciokrotnie: cztery razy Barcelona, raz Real. W Lidze Europy ich dominacja jest jeszcze bardziej okazała: sześć zwycięstw od 2006 roku (4 razy Sevilla, dwa razy Atletico). Dwa lata temu stolica Hiszpanii została pierwszym miastem, z którego pochodzili obaj finaliści Champions League. Wygrał Real, w Lidze Europy triumfowała Sevilla. Wydawało się, że to hiszpańskie apogeum. 12 miesięcy temu znów oba europejskie trofea pojechały do Hiszpanii: jedno do Barcelony, drugie Sewilli. Czy teraz może być jeszcze lepiej?

Niestety dla reszty Europy może. Villarreal pokonał wczoraj Liverpool 1:0 w pierwszym meczu półfinału Ligi Europy. Grzegorz Krychowiak zagrał 90 minut we Lwowie, gdzie Sevilla zremisowała z Szachtarem 2:2. To wygląda na paradoks, ale trener Unai Emery utrzymuje, że to jego drużyna ma największą motywację w walce o to trofeum, choć wygrywała w dwóch poprzednich sezonach. Apetyt rośnie w miarę jedzenia? Klub z Andaluzji i tak jest liderem na historycznej liście triumfatorów Ligi Europy (Pucharu UEFA), ale jako pierwszy chciałby ją wygrać trzy razy z rzędu.

Hiszpańska nawałnica trwa. A nawet jest coraz bardziej intensywna. W tej edycji europejskich pucharów wystartowało siedem klubów z Primera Division (Real, Atletico, Villarreal, Sevilla, Valencia, Athletic Bilbao, Barcelona). Trzy ostatnie odpadły, ale po bojach bratobójczych. To znaczy, że nikt z zagranicznych rywali nie wyrzucił zespołu z Primera Division z rozgrywek (oczywiście Sevilla i Valencia odpadły z LM, ale grały potem w LE). Jeśli ta seria się utrzyma, zobaczymy hiszpańskie finały Real - Atletico w Mediolanie i Villarreal - Sevilla w Bazylei. Tego w jednym sezonie jeszcze nie było.

Powodów hiszpańskiej dominacji jest kilka. Podstawowy to wysoki poziom szkolenia. Bohaterami pierwszych meczów półfinałowych byli 21-letni Saul Niguez, który ośmieszył obronę Bayernu i 22-letni Denis Suarez, który w doliczonym czasie gry przebił się przez defensywę Liverpoolu wykładając piłkę przed pustą bramkę Adrianowi Lopezowi.

Ale decydujący jest fakt, że dla klubów z Primera Division takich jak Sevilla, czy Villarreal rozgrywki europejskie są priorytetowe. Nawet te mniej prestiżowe. Liga Europy nie liczy się dla Barcelony i Realu, ale pozostałe zespoły hiszpańskie walczą w niej na 100 proc. Nie we wszystkich krajach jest tak samo.

Zaprzątnięty bojem o mistrzostwo Anglii Tottenham w Lidze Europy wystawiał rezerwy. Ambicje Liverpoolu też sięgają Ligi Mistrzów, do gry i zarabiania w niej przywykł Szachtar Donieck. Dla drużyny Juergena Kloppa realna jest jednak tylko jedna opcja, by w przyszłym sezonie wrócić do grona walczących o tytuł nr 1 na kontynencie. Przez triumf w Lidze Europy. Na drodze stoi czwarty zespół Primera Division. Tylko tyle i aż tyle.

czwartek, 28 kwietnia 2016

„Potrzebujesz wygrać z Bayernem? Dzwoń do Saula - sklecony naprędce dowcip  nawiązujący do popularnego serialu „Better call Saul”, jest dowodem, że półfinał Ligi Mistrzów na Vicente Calderon miał bohatera jednostkowego. Bohaterem zbiorowym było Atletico.

Slalom 21-letniego Hiszpana między pięcioma graczami Bayernu rzucił na kolana światowe media. Diego Simeone na temat Saula Nigueza nie potrafił powiedzieć nic oryginalnego, poza tym, że to nagroda za ciężką pracę wykonaną ostatnio przez młokosa. Ale ciężka praca to sformułowanie wytarte jak dżinsy Johna Wayne’a, na niej opiera się fenomen całego Atletico. U Simeone każdy piłkarz jest stachanowcem, mającym do odwalenia kupę czarnej roboty na swoim odcinku. Bez niej zespół z Calderon przegrałoby z Bayernem 1:3 i fantastyczny gol Saula byłby mało znaczącym epizodem na otarcie łez.

Piłkarze Simeone osiągnęli najwyższy stopień zespołowości. Są jak jeden organizm, palce jednej ręki. Ocierają się w swojej pracy o perfekcję, przy tym zespołowy trud nie zabija ich indywidualności. Filipe Luis jest najlepszym lewym obrońcą świata, trener Atletico to widzi, w odróżnieniu od Jose Mourinho. W Chelsea Brazylijczyk przegrywał rywalizację z Cesarem Azpiliquetą. Dlatego wrócił na Calderon, gdzie pokazuje, jak bardzo ocena klasy i potencjału piłkarza może być dyskusyjna. Azpiliqueta gra z Chelsea o nic, Filipe Luis podbija najlepszą ligę świata i najważniejsze międzynarodowe rozgrywki.

To samo dotyczy Saula, syn byłego napastnika Elche, którego bracia byli piłkarzami, wychowankami Valencii. On sam w wieku 11 lat trafił do Realu Madryt, ale po dwóch latach uciekał do Atletico. Przez 24 miesiące przeżył gehennę, o której w lutym, przy okazji derbów Madrytu opowiadał dziennikowi „El Mundo”. O tym, że koledzy kradli mu buty i śniadanie, że donosili do trenera, oszukiwali, że atmosfera w La Fabrica była nie do zniesienia. Brzmi groteskowo, ale potwierdza tezę, że młodzi ludzie trafiający do szkółki Realu szybko zapadają na gwiazdorskie choroby. Wielu z nich nosi głowę jakby był Ronaldo.

Saul wspomina, że odszedł do Atletico, bo tam było normalnie i fajnie. Atmosfera pracy, a nie gwiazdorstwa. Musiał tym ująć Simeone, który dał mu szansę.

Talent Saula nie jest czymś oczywistym, choć w reprezentacji przeszedł wszystkie szczeble juniorskie. Vicente del Bosque zauważył go raz, przed rokiem powołując na listę rezerwowych przede sparingiem z Kostaryką. Oczywiście nie zagrał ani minuty, bo selekcjoner uważa, że genialnych pomocników ma nadmiar: Iniesta, Busquets, Fabregas, Silva, Isco, a jeśli ktoś z Atletico to w pierwszej kolejności Koke. Na miesiąc przed Euro 2016 szanse zobaczenia w nich Saula są właściwie zerowe.

To jest piłkarz jakich kocha Simeone. Poza golem z Bayernem, poza fantastyczną asystą przy pierwszej bramce przeciw Barcelonie w ćwierćfinale, nie zapomina o rzeczy podstawowej. Pomocnik wychodzi na boisko odwalić swoją robotę, nie jest gwiazdą, ale robotnikiem, takim samym jak Diego Godin. Kontuzjowany Urugwajczyk z Bayernem nie zagrał, ale system działał bez niego. Zapytajcie Roberta Lewandowskiego, kapitan reprezentacji by pewnie przyznał, że gdyby wszystkie drużyny broniły tak jak Atletico, kariera napastnika byłaby udręką. Przez 90 minut na Vicente Calderon Polak nie zdradził nawet promila tego talentu, przed którym świat piłki bił pokłony po pięciu golach wbitych Wolfsburgowi.

Czy nie jest genialny plan, który potrafi rozbroić takie strzelby jak Lewandowski? A wcześniej, Messi, Neymar, Suarez, lub Ronaldo, Bale i Benzema? Mecz Atletico z Bayernem próbowali ułożyć w swoich głowach dwaj wybitni stratedzy, przy czym Pep Guardiola miał w garści nawet więcej futbolowych atutów, a jednak wszystko przebiegło jak chciał Simeone. Czy to nie jest imponujące? Czy piłkarze nie mają powodów, by dostrzec w swoim trenerze wizjonera?

U Simeone nie ma gwiazd, kto się nią czuje, odchodzi. Etos pracy jest wszechobecny, z niego bierze się sukces. Jeśli sprowadzeni za 55 mln euro Jackson Martinez, lub Luciano Vietto czuli się stworzeni do wyższych celów niż walka i bieganie, to dziś pierwszy gra w Chinach, drugi nie podnosi się z ławki rezerwowych.

Nawet Antoine Griezmann nie jest gwiazdą. Nie będzie nią też Saul, bo Simeone na to nie pozwoli. Gwiazdy grają w Barcelonie i Realu, fenomen Atletico jest opozycyjny wobec kolosów hiszpańskiej piłki. Dlatego pomysł Simeone jest tak unikalny i kontrowersyjny. Jeśli ktoś szuka piękna futbolu w zagraniach piętą, trickach i całej tej ornamentyce futbolu barokowego, musi szukać daleko od Vicente Calderon. Tu piękno polega na działaniu systemu, współpracy elementów, dopasowaniu szczegółów, neutralizowaniu atutów drużyny przeciwnej. Nie do wszystkich ta estetyka musi przemawiać.

Najczęściej nie odpowiada rywalom Atletico, co jest dla Simeone i jego graczy największym komplementem.

środa, 27 kwietnia 2016

Bitwa została wygrana, wojna trwa. Atletico ograło Bayern Monachium, ale tylko przez 45 minut potrafiło go kontrolować na Vicente Calderon.

Co by się stało, gdyby strzał Davida Alaby, po którym piłka trafiła w poprzeczkę był o kilka cm bardziej dokładny? Peany na cześć Atletico byłyby zdecydowanie bardziej stonowane. Abstrahując od wyniku 1:0, drużyna Diego Simeone jeszcze raz pokazała kunszt w organizacji gry defensywnej. To była taktyka tak samo karkołomna jak w Runble in the Jungle, gdy Muhammad Ali stojąc za podwójną gardą oparł się o liny i czekał aż bijący ze straszną mocą George Foreman straci siły. Sukcesem Alego było to, że nawet na chwilę nie stracił kontroli nad wydarzeniami, choć wydawało się, że nie jest w stanie wyprowadzić kontrującego ciosu. Atletico udało się to dzięki Fernando Torresowi. W ramach gdybania rozpoczętego przy strzale Alaby, można zapytać, a co by było, gdyby strzał „El Nino” w słupek przyniósł gospodarzom gola na 2:0?

Oba zespoły pokazały moc godną półfinału. Atletico zaatakowało z mocą cyklonu. Gol Saula był arcydziełem, gdyby zdobył go Leo Messi, lub Cristiano Ronaldo - świat by się zawalił. Ale Hiszpan jest rewelacją ostatnich tygodni. Uciekł z Santiago Bernabeu jako junior, bo jak twierdził atmosfera w La Fabrica była nie do wytrzymania. Na Vicente Calderon znalazł przystań i wyrasta do poziomu największych gwiazd Primera Division. Aż dziwne, że mecz drużyny tak zorganizowanej, rozstrzygnęła akcja indywidualna, choć indywidualnościami kipi przecież Bayern.

Atletico niczego jeszcze nie wygrało. Taką zaliczkę można stracić na Allianz Arena w ułamku sekundy. Ale gol przewagi to dla drużyny Diego Simeone dużo. Zwłaszcza, że wydaje się, że nic dziś nie wykroczyło poza plan nakreślony przez trenera Atletico.

Jego drużyna jest jak Janosik, lub Robin Hood - stworzona do znęcania się nad potężnymi. Jak ośmiornica oplata ofiary, ale Bayern pozwolił się opleść tylko w pierwszej połowie. W drugiej panował na boisku udowadniając sobie, że można pokonać Jana Oblaka i z pewnością jest w stanie wdrożyć w rewanżu własny plan.

Dla Roberta Lewandowskiego był to jeden z tych wieczorów, kiedy napastnik doświadcza rzeczy nowych. Bez Diego Godina Atletico dało lekcję organizacji gry na ziemi i w powietrzu. Simeone uratował resztki reputacji Torresa, a jeśli wyciska tyle samo z innych graczy, nic dziwnego, że drużyna zaszła tak daleko. Trener Atletico nie chce zagłębiać się w historię. Fani klubu przyzwyczaili się cierpieć po porażkach, dziś drużyna cierpi, żeby wygrywać i osiągać cele. Bayern nie jest jednak wcale daleko od finału na San Siro.

Kto jest bardziej godny podziwu? Geniusz, czy ktoś kto mu dorównuje startując z punktu mniej uprzywilejowanego?

Podczas przygotowywania „Gazety Pisarzy” Agata Passent skłoniła mnie do ponownego spojrzenia na problem. Opowiadała, że wobec powszechnego w jej domu uwielbienia dla Leo Messiego, zwróciła baczniejszą uwagę na Cristiano Ronaldo. Może z czystej przekory, a może ze współczucia - trudno normalnemu, ambitnemu, zdolnemu, ale jednak tylko człowiekowi porównywać się nieustannie do geniusza. To czyni postać Ronaldo tragiczną, ale i ciekawą. To daje mu prawo oddziaływania na miliony kibiców.

Messi dostał od natury, lub stwórcy dar, na który nie zapracował. A może nawet nie zasłużył? Tymczasem Ronaldo wspiął się na szczyt za sprawą zaciętości, pracowitości i konsekwencji. Musiał harować jak stado wołów ktoś kto w obracającym milionami futbolowym biznesie zostawił tak daleko w tyle konkurencję. Prawie tak samo wyposażoną na starcie.

Messi może fascynować, w końcu przez jego ruchy na boisku przemawia magia geniuszu. Coś co podziwiamy, czego pożądamy, ale chyba do końca nie rozumiemy. Według mistycznej wizji urugwajskiego pisarza Eduardo Galeano gwiazdor dostaje moc od bogini wiatru przy narodzinach. I jest rodzajem medium. Wystarczy potem nie zmarnować okazji i potencjału, wystarczy dawać krok po kroczku, tak jak Leo, który na boisku biega najmniej ze wszystkich, a długimi momentami uwielbia chować się za plecy pracusiów.

Taki Javier Mascherano jest dla niego jak tarcza: walczy, haruje i chroni gwiazdora - jednocześnie, gdy przychodzi do momentów kluczowych, kiedy świat zastyga wokół toczącej się piłki - pozwala mu świecić pełnym blaskiem. Kto jest bardziej godny podziwu: Mozart, czy raczej ten, który potrafił uwierzyć i walczyć o nieśmiertelność jego geniuszu pozostając anonimem na zawsze?

Ronaldo może razić narcyzmem i chorobliwą ambicją. Może irytować epatując przerośniętym ego. Pamiętajmy jednak, że jego walka jest nierówna, że rywal miał na początku wielkie fory. Tymczasem Portugalczyk bez nadnaturalnej pomocy doszedł w to samo miejsce, do tego samego celu.

wtorek, 26 kwietnia 2016

Real Madryt jest w półfinale Ligi Mistrzów szósty rok z rzędu, Manchester City dobrnął tu pierwszy raz w historii. Faworyt jest oczywisty

Kończący pracę w Manchesterze Manuel Pellegrini może wpłynąć na przyszłość Zinedine’a Zidane’a w Realu Madryt. - Nie ma we mnie pragnienia zemsty - mówi Chilijczyk robiąc co w jego mocy, by półfinału Champions League nie traktowano jak jego osobistych rozliczeń z przeszłością.

Florentino Pereza wspomina źle, do dziś uważa, że prezes skreślił go już w sierpniu 2009 roku zaledwie kilka tygodni po tym jak został trenerem Realu. Zirytował wtedy Pereza domagając się, by zatrzymał w klubie Arjena Robbena i Wesley’a Sneijdera. Prezes wydał tamtego lata 230 mln euro na nowych graczy (Ronaldo, Kakę, Benzemę, Xabiego Alonso) i uznał, że nie ma już w królewskiej szatni miejsca dla Holendrów. Kilka miesięcy później wrócili obaj na Santiago Bernabeu - na finał Champions League: Sneijder z Interem, Robben z Bayernem. Real przepadł w 1/8 finału, Pellegrini został zastąpiony przez Jose Mourinho. Najgorszym momentem było jednak słynne alcorconazo, czyli porażka w Pucharze Króla z trzecioligowcem.

Poza konfliktem z Perezem Pellegrini zabrał z Madrytu garść dobrych wspomnień. Cristiano Ronaldo uważa za wzór profesjonalisty, jedynego piłkarza zdolnego dotrzymać kroku Leo Messiemu. Przepowiada, że gracza tak efektywnego nigdy już w Realu nie będzie. Wśród atutów „Królewskich” wymienia Isco, Benzemę, Bale’a, Sergio Ramosa, ale Ronaldo stawia o dwa poziomy nad nimi.

Mimo klasy rywala, przed losowaniem trzymał kciuki za to, by na drodze City do finału Ligi Mistrzów stanął właśnie zespół z Bernabeu. Atletico i Bayern nie dają opcji, zmusiłyby City do gry na ich warunkach. Real Zidane’a nie jest pod tym względem tak pryncypialny. Gra, ale też daje grać przeciwnikom.

Na początku lutego szefowie Manchesteru City ogłosili, że po sezonie Pellegriniego zastąpi Pep Guardiola. Chilijczyk uważa, że informacja wywołała kryzys w szatni, co kosztowało stratę szans na mistrzostwo Anglii. Dziś drużyna wyszła z szoku, Pellegrini twierdzi, iż realne jest pożegnanie się triumfem w Champions League. Daje do zrozumienia, że to on przełamał fatalną serię klubu w europejskich rozgrywkach. Do chwili, gdy przyszedł trzy lata temu zespół z Etihad Stadium nie potrafił wyjść z grupy, dziś jest w czwórce najlepszych i na rywalizacji z Realem nie chce kończyć.

Trener City uważa, że gra idzie o wizerunek klubu upraszczany w mediach do setek milionów petrodolarów wydanych na piłkarzy. Manchester City musiał kupować kilka gwiazd, by zasypać przepaść między nim a Realem, Barceloną i pozostałymi gigantami klubowej piłki, ale rekordy transferowe wciąż należą do Hiszpanów. Na Etihad zbudowano kosmiczny ośrodek treningowy, stworzono system szkolenia i wszystkie podstawy wielkiego klubu, który Guardiola ma wprowadzić na szczyt. Pellegriniemu marzy się, że zdąży dokonać tego on. Do wielkości zostały trzy mecze.

Chilijczyk ma poczucie ostatniej szansy. Zidane dostał w Realu drugie życie. Jeszcze niedawno los Francuza stał na ostrzu noża: „Królewscy” sięgnęli dna, ale się od niego odbili z wielką siłą. Rozchwiany okręt na morzu uchwycił równowagę i nagle oczom przyszłych rozbitków ukazał się ląd. I wszystko zdaje się zmierzać ku szczęśliwemu rozwiązaniu. Od porażki w derbach 27 lutego, Real wygrał 11 spotkań. Przegrał tylko raz, w Wolfsburgu 0:2 w ćwierćfinale LM, ale odwrócił losy rywalizacji w Madrycie. Ronaldo zdobył trzy gole, został bohaterem i od tego dnia jego trudne relacje z kibicami Realu zmieniły się w idyllę. Jeśli Portugalczyk chce je utrzymać w tym stanie, musi zaciągnąć zespół do finału na San Siro. I wygrać go.

Plagę urazów Zidane też ma już raczej za sobą. Na Etihad wybiegnie dziś pewnie trio BBC, choć Bale dopiero wrócił do gry, Ronaldo opuścił ligowy mecz z Rayo, a Benzema zszedł z kontuzją. Wszyscy przylecieli do Manchesteru.

W City też kluczowi gracze są zdrowi, poza Yaya Toure, którego zmógł uraz mięśniowy. Wyleczył się Raheem Sterling, ale mimo iż kosztował 57 mln euro, nie ma pewnego miejsca w zespole.

Pytanie jak Pellegrini pożegna się z City może rozwiązać kwestię statusu Zizou na ławce Realu. „Królewscy” są w grze o dwa trofea, także o mistrzostwo Hiszpanii, ale tu wciąż atakują z trzeciej pozycji w tabeli i muszą liczyć na potknięcie Barcelony i Atletico. W Lidze Mistrzów od nikogo nie zależą.

Pellegrini mówi, że gdy zaczyna pracę z nową drużyną nie stawia sobie pytania, co osiągnie? Myśli nad tym jak udoskonalić sposób gry i skupia się wyłącznie na tym. Ten nowy styl ma być miarą jego wysiłku. Ale Chilijczyk nie jest trenerem bezkompromisowym. W rewanżu z PSG w ćwierćfinale City zagrało z kontry broniąc remisu 2:2 z Paryża i wyszło mu to na dobre. Ciekawe co wymyśli na Real, otwarta gra w ataku pozycyjnym zdaje się być wyjściem mało rozsądnym.

piątek, 22 kwietnia 2016

Barcelona, Atletico i Real wbiły swoim rywalom 12 goli i na cztery kolejki przed końcem ligi hiszpańskiej całe trio zachowało szanse na mistrzostwo.

Zapytany czym różnił się mecz z Valencią od spotkania na Riazor z Deportivo Adres Iniesta odpowiedział prawie jak dziecko: „tym razem piłka wreszcie wpadała do bramki”. Faktycznie w pojedynku z Valencią Barcelona grała wreszcie dobrze, widać było ogromną mobilizację po odpadnięciu z Champions League, a jednak przed bramkarzem Diego Alvesem nogi uginały się pod Leo Messim, Luisem Suarezem, Neymarem, czy Gerardem Pique. Katalończycy zmarnowali mnóstwo okazji na gole, przegrywając na Camp Nou 1:2. Tym samym wyczerpali margines błędu, kolejny remis mógł pozbawić im tytułu, spychając na trzecie miejsce w tabeli. Za plecami czaiło się Atletico z tą samą liczbą punktu i Real z punktem straty.

W Madrycie zapanował entuzjazm. Przecież jeszcze nie tak dawno, po porażce w derbach 28 lutego trener Realu Zinedine Zidane przyznał otwarcie, że walka o mistrzostwo została ostatecznie przegrana. „Królewskich” od Barcelony dzieliło 13 pkt, nikt nie mógł nawet śnić o nagłej zapaści Katalończyków. A jednak nadeszła.

Po porażce z Valencią na temat drużyny Luisa Enrique powstało wiele nowych teorii. Fabio Capello stwierdził, że brakuje jej lidera takiego jakim był Carles Puyol, który jednym słowem potrafił postawić kolegów do pionu. Dziś Barca zmiana rywali, gdy jest w formie, gdy nie jest, wpada do głębokiej, czarnej dziury i nie znajduje drogi powrotu.

Czarna dziura straszyła także w La Corunii - pierwszy mecz obu drużyn na Camp Nou zakończył się remisem. Zdesperowany trener Barcelony Luis Enrique zabrał z ekipą nawet ukaranego za kartki Gerarda Pique. Z ławki miał mobilizować kolegów do boju, choć nie jest tak charyzmatyczny jak Puyol, na pewno należy do obecnych liderów.

To był wieczór Luisa Suareza - zdobył cztery bramki i zaliczył trzy asysty. Barca wygrała pierwszy ligowy mecz w kwietniu aż 8:0. I na cztery kolejki przed końcem sezonu zachowała pozycję lidera. W 48 spotkaniach Urugwajczyk strzelił 49 bramek, w lidze ma 30 tylko o jedną mniej od Cristiano Ronaldo. Kluczowe jest jednak to, że pierwszy raz od kilku tygodni, zespół Luisa Enrique poradził sobie z presją.

Najcięższy sprawdzian miało jednak Atletico, ale zdobyło San Mames po golu Fernando Torresa. „Dzieciak” przeżywa najlepszy okres od 5 lat, trafiał w czterech kolejnych meczach ligowych, plus w ćwierćfinale Champions League przeciw Barcelonie. Już na początku meczu kontuzja odnowiła się Diego Godinowi, który może nie zagrać z Bayernem Monachium w półfinale Ligi Mistrzów. To wielki ból głowy dla Diego Simeone, urugwajski stoper jest liderem i duchowym przywódcą drużyny. A przecież u argentyńskiego trenera serce do walki odgrywa bez porównania większą rolę niż u Luisa Enrique w Barcelonie. Bez Godina Atletico i tak zmogło 1:0 walczący o czwarte miejsce w lidze Athletic.

„Spokojnie jeszcze niczego nie wygraliśmy” - studził nastroje swoich piłkarzy Zidane. Faktycznie Real dostał niespodziewanie drugie życie, ale to wciąż tylko szansa na podwójną koronę. Rywalem „Królewskich” był Villarreal, który wygrał pierwszy mecz na El Madrigal 1:0. W lidze jest na czwartym miejscu, w Lidze Europy w półfinale, gdzie wpadł na Liverpool. Drużyna Marcelino zdobył w tym sezonie aż 4 pkt na Atletico, nie straciła z nim gola. Z Barceloną odrobiła niedawno stratę dwóch goli i ocaliła remis. Z Realem cienia szans jednak w środę nie dostała.

Pierwszą bramkę zdobył Karim Benzema przeżywający najlepszy moment odkąd przyszedł na Santiago Bernabeu. Zdobył już 23 bramki w lidze, w klasyfikacji pichichi wyprzedzają go tylko Cristiano Ronaldo, Luis Suarez i Leo Messi. Ale średnią liczbę goli w stosunku do minut spędzonych na boisku ma najwyższą.

Real się odradza, czuć, że zespół rozbity i przegrany sprzed dwóch miesięcy, już nie istnieje. Jedynym zmartwieniem jest kontuzja Ronaldo, który być może nie zagra w kolejnym meczu ligowym z Rayo. Zidane zezłościł się na siebie, mówił, że lider drużyny chce grać zawsze, ale trener nie powinien mu na to pozwolić.

W środę w lidze hiszpańskiej utrzymano status quo na szczycie tabeli. Normalne, że wielkie trio zwycięża? Nie aż tak bardzo, ostatnio taki przypadek zdarzył się sześć kolejek temu.

PS. Miałem tego nie zamieszczać na blogu, tekst był w GW, ale korekta zmieniła mi jedno zdanie na absurdalne (o uginających się nogach Diego Alvesa), więc gdzieś wypada zamieścić wersję dobrą

czwartek, 21 kwietnia 2016

Miał być raz na zawsze skończony, tymczasem powrót do Atletico Madryt podarował drugą młodość słynnemu wychowankowi. Fernando Torres zdobył gole w swoich pięciu ostatnich meczach.

Koniec z uzależnieniem od Antoine’a Griezmanna? Francuz zdobył 20 bramek w La Liga z 58 wbitych przez Atletico. Od niedawna drużyna Diego Simeone ma drugiego niezłego napastnika. Argentyński trener ustawia czasem zespół w systemie 4-3-3, gdzie obok Griezmanna i Yannicka Ferreiry Carrasco na boisko wybiega Torres, który od pięciu lat uchodził za gracza skończonego.

Tak było z Barceloną na Camp Nou w pierwszym meczu ćwierćfinału Ligi Mistrzów. 32-letni „Dzieciak” zdobył bramkę, ale nadmiar energii omal nie doprowadził do nieszczęścia. Po 35 minutach wyleciał z boiska za faule w środku boiska. Patrzył potem bezradnie na nadludzki wysiłek kolegów z zespołu myśląc, że to najgorszy dzień w jego życiu. W rewanżu Atletico odrobiło straty i jest w półfinale. A Torres wciąż błyszczy, jego bramki w meczach z Granadą, Espanyolem, Betisem i wczoraj z Athletic pomogły drużynie dopaść Katalończyków w ligowej tabeli. Obrońcy rywali znów patrzą z obawą na 32-latka. A przecież ostatnio budził na przemian tylko współczucie lub śmiech.

6 lutego Torres świętował setnego gola w barwach Atletico. Wciąż nikt jednak nie dowierzał, że może być kimś więcej niż zmiennikiem. To czego dokonuje zdumiewa jeszcze bardziej, gdy spojrzy się na letnie wzmocnienia drużyny Simeone. Atletico wydało 35 mln euro na Jacksona Martineza i po 20 mln na Luciano Vietto oraz Ferreirę Carrasco, dodając do tego Griezmanna było pewne, że Torresa czeka emerytura.

Powrót do Atletico było dla niego wielką sprawą, ale kto stawiał, że może jeszcze odwrócić dynamikę kariery? W pierwszym sezonie u Simeone „Dzieciak” zdobył sześć bramek i już to wydawało się cudem. Teraz ma 9 w lidze i jedną w Champions League, bez której jednak nie byłoby awansu do półfinału.

„To najbardziej przeceniany zawodnik w całej historii hiszpańskiej piłki” - miał powiedzieć Iker Casillas. Tak twierdzi Jerzy Dudek w swojej książce „NieREALna kariera”. Opinia bramkarza brzmi szokująco. Torres to mistrz świata z RPA, napastnik, który zdobywał gole w dwóch kolejnych finałach mistrzostw Europy w Wiedniu w 2008 i Kijowie cztery lata później.

Fascynujący to przypadek. Miał 15 lat, gdy na mistrzostwach Europy do lat 16 zdobył zwycięską bramkę w finale, został królem strzelców i najlepszym graczem turnieju. Powtórzył to w 2002 roku z kadrą do lat 19. W Atletico zagrał pierwszy mecz w wieku 17 lat i 68 dni stając się najmłodszym debiutantem w historii klubu. To było w drugiej lidze, rok później był już wschodzącą gwiazdą, gdy zespół wracał do Primera Division.

Atletico szybko robiło się dla niego za małe. Zespół pętał się w środku tabeli, ciągnął zdolnego napastnika w dół. Torres budził się na wielkie mecze, jego ulubioną ofiarą była Barcelona, której regularnie wbijał gole. Latem 2007 roku zdecydował się jeszcze raz ostentacyjnie odrzucić ofertę z Realu Madryt, i iść do Liverpoolu, należącego wtedy do europejskiego topu. Tam stał się napastnikiem kompletnym, w trzy i pół sezonu zdobył 65 goli w lidze i 81 we wszystkich rozgrywkach, ale nie wywalczył trofeum.

Aby to zmienić odszedł do Chelsea, która w styczniu 2011 roku wydawała na niego aż 60 mln euro. Został najdroższym graczem hiszpańskim, szóstym na liście wszech czasów. Na Stamford Bridge trafiał w optymalnym wieku 27 lat. Ale zaczęła się równia pochyła. Przez pół roku wbił jednego gola. W Atletico i Liverpoolu słyszał hymny pochwalne, ale nie zdobywał tytułów. Z Chelsea wygrał Ligę Mistrzów, ale jego udział był w tym incydentalny. Gdy jednak w półfinale dostał szansę gry na Camp Nou natychmiast wbił gwóźdź do trumny Barcelony.

Potem było gorzej i gorzej, krótka zsyłka do Milanu i powrót do klubu, który go wychował. Wracał w wielkiej chwili, gdy Simeone wprowadził Atletico do czołówki. Torres zabrał się z prądem. Pierwszy raz od tak dawna.

wtorek, 19 kwietnia 2016

Kolejna porażka Barcelony zapowiada pasjonujący finisz ligi hiszpańskiej. Atletico dopadło Katalończyków, Real jest o punkt za nimi, do końca pięć meczów.

Bukmacherzy zareagowali ze spokojem, choć wynik 1:2 z Valencią na Camp Nou może wydawać się wręcz wstrząsający. Zaledwie 3 lutego w tym samym miejscu Barcelona rozbiła zespół z Mestalla wbijając mu 7 goli w półfinale Pucharu Króla. Upłynęły 74 dni i wszystko wywróciło się do góry nogami. Valencia zdobyła twierdzę Barcelony, co jest trzecią z rzędu ligową porażką Katalończyków. W ostatnich czterech kolejkach bezdyskusyjny dotąd lider Primera Division wyszarpał rywalom zaledwie punkt, a jeszcze odpadł z Ligi Mistrzów. Hiszpańskie media prześcigają się w tytułach, by jak najdosadniej określić upadek drużyny Luisa Enrique. Porównanie do katastrofy Titanica jest wszechobecne.

A jednak bukmacherzy wciąż widzą w Barcelonie zdecydowanego faworyta do tytułu. Lider ma łatwy kalendarz: wyjazdowe mecze z Deportivo, Betisem i Granadą, na Camp Nou podejmie Espanyol i Sporting. Tyle, że margines błędu się wyczerpał. Katalończycy pozostają na szczycie tabeli już tylko ze względu na lepszy bilans bezpośrednich meczów z Atletico. Mimo wszystko za euro postawione na tytuł dla Barcelony bukmacherzy płacą tylko 1,5. Na Atletico można zarobić 4,5, na Realu Madryt 5.

Opinie speców od zakładów piłkarskich odbiegają od opinii kibiców i komentatorów. Barca zalicza katastrofalny moment sezonu, za takie wyniki jak ostatnio, zwolniono by trenera nawet w ostatnim w tabeli Getafe. Leo Messi marzył, by gola numer 500 zdobyć w El Clasico. 2 kwietnia do 62. minuty hitowego meczu z Realem Katalończycy prowadzili 1:0. Ten wynik dawał im 13 pkt przewagi nad „Królewskimi”. Ale zgrzeszyli pychą, pozwolili się pokonać rywalowi kończącemu mecz w dziesiątkę. Od gola Cristiano Ronaldo w 85. min zaczęło się nieszczęście, lawina kłopotów, z których Luis Enrique nie potrafił znaleźć wyjścia. Andres Iniesta płakał po porażce z Atletico w ćwierćfinale Champions League. Barcy pozostała jednak gra o mistrzostwo i Puchar, które mogły osłodzić kryzys. Ale i mistrzostwo zaczyna się wymykać z roztrzęsionych rąk.

– To jest wielkie wyzwanie tkwić w g... po szyję i się z niego wydostać – te słowa mógł niedawno wypowiedzieć każdy z piłkarzy Realu, dziś mówi je Gerard Pique. Właśnie pudło stopera zakończyło festiwal zmarnowanych szans w meczu z Valencią. Barcelona miała ich dość by wygrać, na początku totalnie dominując, ale Neymar z Suarezem i Messim zmarnowali wszystkie. W końcu Ivan Rakitic wbił piłkę do własnej bramki. Tak rodziła się kuriozalna porażka, której drużyna Enrique miała unikać jak ognia.

Trener Barcy traci zimną krew. Po meczu jeden z dziennikarzy pytał go, czy drużyna wytrzymuje sezon fizycznie? – Jak pan się nazywa? – rzucił Enrique, a gdy dziennikarz przedstawił się drugi raz, poprosił go o następne pytanie.

W Madrycie wydarzenia na Camp Nou wywołały wielki entuzjazm. Real przez wiele miesięcy pogrążony był w konwulsjach, tak długo wieszczono mu, że zakończy sezon z pustymi rękami, że dziś czuje się jak nowonarodzony. W Lidze Mistrzów przebrnął przez Wolfsburg, choć przegrał pierwszy mecz 0:2. W lidze jest o punkt od Barcy i choć ma gorszy bilans bezpośrednich meczów, uwierzył w swoją szansę. Na Bernabeu podejmie Villarreal i Valencię, na wyjeździe zagra z Rayo, Realem Sociedad i Deportivo – kalendarz teoretycznie trudniejszy, ale nie dla drużyny, która tak niespodziewanie dostała od losu drugie życie.

Gdzie dwóch się bije tam korzysta trzeci? Atletico miało walczyć o trzecie miejsce, ale cel już osiągnęło. Dziennik „As” przypomina, że gdy na pięć kolejek przed końcem było na szczycie, zawsze zdobywało tytuł. Diego Simeone planować nie chce, powtarza, że liczy się następny mecz. A spotkania 34. kolejki kandydaci do tytułu grają już w środę. Atletico jedzie do Bilbao na ekstremalnie trudny pojedynek z Athletic.

Czy szok i panika w Barcelonie mogą rozstrzygnąć rywalizację w najlepszej lidze świata? Podstawową przyczyną kryzysu lidera jest fatalna dyspozycja trio MSN. Messi zdobył pierwszego gola od pięciu meczów, ale nawet punktu z Valencią to nie dało. Neymar zalicza najgorszy okres odkąd przybył na Camp Nou. „Co się z nim dzieje” – pytają tytuły hiszpańskiej prasy. Luis Suarez nie zdobył bramki w lidze od 6 marca, a przecież niedawno był pewniakiem do tytułu króla strzelców. Cała niedościgniona do niedawna trójka pozwoliła się dogonić madryckiemu trio BBC (Benzema, Bale, Cristiano). Bilans goli w lidze to (69 BBC:70 MSN). Kto zada cios ostateczny?

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Oglądając mecz z Valencią można było odnieść wrażenie, że zły los uwziął się na Katalończyków. Nie da się jednak stracić 13 pkt przewagi przez pecha pod bramką.

Leo Messi marzył, by gola numer 500 zdobyć w El Clasico. Udało się dopiero wczoraj przeciw Valencii. Dwa tygodnie opóźnienia mogą mieć opłakane skutki dla całej Barcelony, która równym krokiem parła ku obronie potrójnej korony, by nagle opaść lotem koszącym jak kosmonauta niespodziewanie wyrwany ze stanu nieważkości.

Dziś hiszpańskie media prześcigają się w tytułach: „Barca w panice”, „Upadek na dno”. Trzecia kolejna porażka, punkt zdobyty w czterech ostatnich kolejkach ligowych, zaprzepaszczony wysiłek całego sezonu, którego symbolem zostaje martwa już seria 39 spotkań bez przegranej. 1:2 na Camp Nou z Realem niesie ze sobą opłakane skutki, w tle jak chichot historii pobrzmiewają prognozy, że Barca zmiecie „Królewskich” z powierzchni ziemi. Tymczasem dziś można odnieść wrażenie, że nawet zły los karze Katalończyków. By oddać wczoraj punkty Valencii nie tylko Messi, Neymar i Suarez zmarnowali stuprocentowe szanse, ale też Rakitic, Jordi Alba i Gerard Pique. Piłkarze Barcy zrobili co w ich mocy, by bohaterem dnia został bramkarz Diego Alves.

W ciągu 90 minut przebyli symbolicznie kilka faz sezonu: od bezwzględnej dominacji i beztroski pod bramką, po stratę gola po strzale samobójczym, potem drugiego i bezowocnej pogoni. Na mecie czeka frustracja i załamanie?

Z 12 pkt przewagi przed klasykiem nie zostało nic poza różnicą bramek. Atletico może sobie pluć w brodę, że miesiąc temu zawaliło końcówkę meczu ze Sportingiem przegrywając 1:2, dziś na 5 kolejek przed końcem byłoby bezdyskusyjnie najbliżej mistrzostwa kraju.

Być może jednak najbliżej tytułu jest dziś Real Madryt? Drużyna Zinedine’a Zidane’a dostała od Barcelony drugie życie. Traciła do Katalończyków już 13 pkt, każdy mecz wyjazdowy był dla niej drogą przez mękę, ale umiała wziąć się w garść i pomóc losowi. Real miał zakończyć sezon skompromitowany, bez trofeum, dziś ma w swoim zasięgu dwa najważniejsze: ligę i Ligę Mistrzów.

Gerad Pique miał niedawno czas i siłę na pojedynki słowne z rywalami, dziś okładki prasy hiszpańskiej obiega jego twarz z miną człowieka boleśnie doświadczonego. Futbol uczy pokory tych, których jeszcze przed chwilą miał za swoje wybrane dzieci. Największy kandydat na gwiazdę przyszłości Neymar nie zdobył gola od sześciu meczów, na boisku cofnął się w rozwoju, desperacko kiwając rywali biegając w poprzek lub do tyłu. W meczu z Valencią dał popis nieudolności, wyglądał jak młodzian z jesieni 2013 roku, który przed chwilą trafił do La Liga, gdzie przerastało go wszystko.

Nikt z trio MSN nie oparł się próbie czasu. Luis Suarez zdobył ostatnią bramkę w lidze 6 marca. Potem strzelał już tylko w Lidze Mistrzów, czyli rozgrywkach, w których Barcelony nie ma. Katalończycy mogli liczyć na to, że obciążeni walką na dwóch frontach rywale z Madrytu, będą mieli kłopoty, ale trudno, by mistrzem został zespół o najgorszej w lidze statystyce. 1 pkt w czterech meczach - taki bilans pogrzebałby drużyny walczące o utrzymanie.

Tymczasem Real i Atletico wygrywają ostatnio bardzo pewnie. W dodatku Colchoneros grają bez presji. Zagadnięty o wynik starcia Barcy z Valencią Diego Simeone powiedział, że on swoje ugrał, bo zespół zapewnił sobie miejsce w Lidze Mistrzów na przeszły sezon. Tytuł mistrza Hiszpanii kusi Real, który ma teoretycznie najtrudniejszy kalendarz. Gra z Villarreal i Valencią u siebie, wyjeżdża do San Sebastian, ale dziś nie ma już misji ponad siły drużyny Zizou. Jeśli futbol to rzeczywiście stan ducha Barca choć wciąż zależy od siebie, jest w najgorszej sytuacji.

Czy „Królewscy” zachowają formę i trzeźwość umysłu? Są drużyną najbardziej obolałą w wielkim trio. Wydobyli się z czyśćca, byle nie za mocno oślepiła ich radość z kryzysu Katalończyków. Trzymając nogi na ziemi, można jeszcze wygrać wszystko.

piątek, 15 kwietnia 2016

Atletico ma ogromną chęć na Bayern - za piłkarskie krzywdy sprzed 40 lat i wszystkie epitety, którymi obrzucał je ostatnio prezes Bawarczyków. Real uśmiecha się patrząc w stronę San Siro.

Pep Guardiola mówi, że gdy Atletico gra dobrze, zawsze wygrywa. Komplementy Katalończyka mają zapewne pokryć arogancję prezesa Bayernu Karla-Heiza Rummenigge. Nie ma człowieka w futbolu, na którego Diego Simeone miałby większą chrapkę. Jest się za co mścić, bo też Niemiec zmieszał z błotem wszystkie wartości wyznawane przez trenera Atletico. Już przed rokiem, gdy obolali Colchoneros lizali rany po porażce z Realem w ćwierćfinale, Rummenigge grzmiał, że wszyscy kochający piękny futbol powinni świętować. Bo Simeone stworzył szkaradztwo, monstrum, które za nic ma wszelkie wartości, kieruje się wyłącznie instynktem zniszczenia. I mówił to prezes europejskiego stowarzyszenia klubów! Cała ta słowna kanonada ucichła szybko - Bayern dostał za rywala w półfinale piękną Barcelonę, i na tym zakończył udział w rozgrywkach.

Mało tego. Po tym jak Bawarczycy omal nie padli z Juve w 1/8 finału obecnej edycji - Rummenigge zagrzmiał, że UEFA powinna chronić wielkich. Rzecz jasna wśród wielkich prezes Bayernu nie widzi Atletico, klub z Calderon nie chce jednak uznać racji Niemca. Pokazał to w tej edycji Ligi Mistrzów.

Gdyby oceniając obie drużyny skupić się na grze bramkarza i obrony, przewaga Atletico byłaby zdecydowana. Jan Oblak to spec klasy Manuela Neuera, tylko nie tak sławny, popularny i ekscentryczny jak Niemiec, więc puste przeloty i kiksy nie zdarzają mu się póki co w ogóle. Bayern cierpi z powodu plagi urazów wśród obrońców, w Bundeslidze tego niemal nie zauważa, ale w starciu z Atletico może być inaczej. Oczywiście w ofensywie Bawarczycy dysponują środkami bardziej różnorodnymi, to samo można było jeszcze przed chwilą mówić o Barcelonie.

Faworytem jest Bayern. Nawet zdecydowanym. Colchoneros mierzą się z przeciwnikiem nowym, którego Simeone jeszcze tak dobrze nie rozpracował jak hiszpańskich gigantów. Robert Lewandowski zetknie się z defensywą jeszcze lepiej zorganizowaną niż ta Juventusu. W 42 meczach ligowych i Ligi Mistrzów tego sezonu Oblak sięgał do siatki 21 razy! Nikt w czołówce Europy do takiej średniej się nie zbliża.

Cokolwiek byśmy nie powiedzieli o obu klubach, wartości na których buduje Atletico Simeone są bliźniacze wobec tych, na których przez dekady funkcjonował Bayern: dyscyplina, wyrachowanie, efektywność, praca i hasło jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Niemiecki futbol nigdy nie był gwiazdorski, zawsze ponad indywidualnościami stała drużyna. Dlatego był tak groźny.

Dziś Niemcy doczekali wirtuozów, dziwne, że Rummenigge zapomniał, jak wyglądała narodowa drużyna, w której grał na mundialach w 1982 i 1986. Pele nazywał to dosadnie: „dziesięciu robotów plus Rummenigge”. Prezes Bayernu wystąpił w niesławnym meczu z Austrią (25 czerwca 1982, dla wielu najczarniejsza data niemieckiej piłki), w którym wynik 1:0 eliminował z turnieju Algierię. Ale dziś bez skrępowania peroruje o pięknie i uczciwości.

Rummenigge nie grał za to w finale Pucharu Europy z 1974 roku, który Bayern wygrał z Atletico 4:0. Trzeba było go powtórzyć, bo pierwszy po dogrywce zakończył się remisem (1:1). Karl-Heinz ma w CV triumfy z 1975 i 1976 roku.

Faworyt drugiej pary półfinałowej jest jeszcze bardziej oczywisty. Faktycznie los nie uwziął się w tej edycji Ligi Mistrzów na najbardziej utytułowany klub w historii rozgrywek. Real był w tym sezonie na deskach dwa razy: po klęsce z Barceloną u siebie i porażce w derbach Madrytu. Ale się pozbierał. Pokonał Romę, odwrócił losy rywalizacji z Wolfsburgiem, w półfinale z Manchesterem City jego szanse są ogromne. Poturbowani Ramos, Ronaldo, Bale, Benzema i reszta podnoszą głowy dowodząc, że wielkich poznaje się po tym jak kończą, a nie zaczynają.

Jeśli Manuel Pellegrini wpadnie na podobny pomysł jak w rewanżu z PSG w ćwierćfinale, by grać uważnie w tyłach i kontrować, zwiększy szanse swojej drużyny. Na pożegnanie z Manchesterem może odnieść gigantyczny sukces. Pep Guardiola już raz podpisał umowę z nowym klubem nie mając pojęcia, że będzie przejmował najlepszy zespół w Europie. Barcelonę brał w rozsypce, osiągając z nią szczyt w kilkanaście miesięcy. Do Bayernu trafił po najlepszym sezonie w jego historii (potrójna korona). Powiedział poprzednikowi Juppowi Heynckesowi, że dostaje drużynę doskonałą, po czym zmienił w niej wszystko, ale takiego sukcesu już nie powtórzył.

City o miejsce w Europie walczy od 5 lat. Dwa razy przepadło w grupie LM, dwa razy w 1/8 finału z Barceloną. Teraz, gdy Pellegrini odchodzi, trafiło na rywali przystępnych. Real to już jednak najwyższa półka. Co nie znaczy, że najlepsza passa klubu z Etihad w Lidze Mistrzów musi dobiec końca.

 
1 , 2 , 3
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac