blog Darka Wołowskiego
RSS
środa, 29 kwietnia 2015

Barceloński tercet Messi, Neymar, Suarez zdobył już 102 gole w tym sezonie. Do rekordu w piłce hiszpańskiej brakuje 16. W 2012 roku Benzema, Ronaldo i Higuain uzbierali aż 118 bramek.

Dla Luisa Suareza pojednanie z Barceloną zahacza o rozliczenia z dzieciństwa. Jego dziewczyna Sofia wyjechała z rodzicami do Katalonii w wieku 11 lat i mieli się już więcej nie zobaczyć. Ale to co się źle zaczęło, przetrwało próbę czasu. Suarez zaczął odwiedzać Barcelonę, a wizyty nasiliły się, gdy jako 19-latek trafił do Groningen w lidze holenderskiej. Kiedy bywał u Sofii, zabierał ją na Camp Nou, gdzie brylowała drużyna Franka Rijkaarda z Ronaldinho. Był dumny z tego, że mógł grać chociaż w takich samych butach jak mag brazylijski.

O tym co stanie się 8 lat później marzyć nie mógł. Barcelona zapłaciła za niego ponad dwa razy tyle, co za Ronaldinho. W dodatku do transferu doszło podczas dyskwalifikacji za ugryzienie Giorgio Chielliniego na mundialu w Brazylii. Wrócił na przegrane Gran Derbi, potem Barca już z nim w składzie przegrała jeszcze z Celtą tracąc pozycję lidera. A Suarez na pierwszą bramkę czekał długo. I frustrował się.

- To prawda, Luis był na początku bardzo spięty. Docenialiśmy co robił dla drużyny, ale on bez goli nie był szczęśliwy - opowiadał Messi. Niedawno prasa hiszpańska ujawniła, że jednym z warunków jakie postawił Argentyńczyk, by zostać na Camp Nou było sprowadzenie napastnika najwyższej klasy. Messi myślał o Kunie Aguero, ale zaakceptował wybór Suareza.

I nie wiadomo, czy Barcy nie wyszło to na dobre. Kun jest piłkarzem wybitnym, ale delikatnym. Suarez techniką tak nie czaruje, ale instynktem strzeleckim, intuicją, a przede wszystkim sercem do walki przewyższa napastnika Manchesteru City.

Do dziś Suarez zdobył dla Barcy 21 goli. Mimo iż gra od 25 października, a więc stracił 11 meczów. W nich Katalończycy spisywali się świetnie - byli liderem ligi, choć z PSG w Paryżu w Lidze Mistrzów przegrali. Trudno powiedzieć, czy to, co wnosi do Barcelony Suarez da się zdefiniować różnicą między pierwszym i drugim starciem w Parku Książąt, ale klub z Kartalonii przeszedł drogę od 2:3 do 3:1. W tym drugim pojedynku Urugwajczyk przyćmił i Neymara i Messiego.

Neymar zdobył dotąd 32 bramki. To przeszło dwa razy więcej, niż w sezonie debiutanckim (15). Nad wszystkimi unosi się jednak Messi z 49 trafieniami. Mimo że gra u Luisa Enrique inaczej, więcej rozgrywa, najczęściej widać go na skrzydle, lub w środku boiska. Ale Suarez i Neymar są w stanie zrobić mu miejsce pod bramką. Całej trójki podwoić, lub potroić się nie da, więc zawsze któryś błyśnie.

Oczywiście wszystkie peany na temat tridente wciąż są o osiem meczów przedwczesne. Trzy mecze w Champions League, cztery w lidze i jeden w Pucharze Króla. Niedużo? Ale i margines błędu niewielki. Barca może mieć wszystko, ale może też skończyć z niczym ten przełomowy sezon. Przełomowy, bo Enrique gruntownie zmienił styl gry drużyny. Być może nie tylko on, pewnie pomogli mu sami piłkarze. Suarez ujawnił, że zamianę miejsc z Messim (Leo na skrzydło, Luis do środka) wymyślił Argentyńczyk. - Piłkarze zawsze stawiają w głównych rolach siebie - skomentował trener Barcy i dodał, że w ogóle mu to nie przeszkadza byle było tak dobrze, jak jest.

Można jednak grając dobrze odpaść z Bayernem w półfinale Champions League i zremisować z Atletico na Vicente Calderon, a to by oznaczało, że potrójna korona zredukuje się do jednego trofeum (Puchar Króla), co nie zaspokoi rozbudzonych apetytów fanów z Karalonii.

W sezonie 2011-2012 Cristiano Ronaldo, Gonzalo Higuain i Karim Benzema zdobyli dla Realu aż 118 goli. To rekord w Hiszpanii, ale nie było to przecież 12 miesięcy historycznych dla „Królewskich”. Zdobyli mistrzostwo kraju, ale w półfinale Champions League odpadli po karnych z Bayernem. Puchar zdobyła Barcelona po triumfie 3:0 nad Athletic Bilbao. W dodatku Jose Mourinho niemal nigdy nie dawał szansy gry całej trójce, co sprawia, że Ronaldo, Higuain i Benzema nie tworzyli trio w takim sensie jak teraz BBC. To BBC dało klubowi rekordowy 2014 rok z czterema trofeami i wciąż może go powtórzyć z małą pomocą Chicharito Hernandeza.

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Real liczył na Espanyol, Barcelona na Celtę. Obaj faworyci się jednak przeliczyli, wciąż zanosi się więc, że finisz Primera Division będzie musiała rozstrzygnąć fotokomórka.

Nie wiem, czy do dziś Espanyol można nazwać hiszpańskim przyczółkiem w Katalonii? Tak widzą to katalońscy nacjonaliści, co zwolennikom klubu z Cornella-El Prat ujmy nie przynosi. Espanyol zawsze stawiał się Barcelonie, jak młodszy, niesforny brat nękający tego faworyzowanego przez najbliższe otoczenie. Stąd Real i tym razem mógł wierzyć, że derby Barcelony są w stanie odwrócić losy rywalizacji o mistrzostwo Hiszpanii. Ale obecna Barcelona okazała się za mocna, pierwsza połowa wyjazdowego starcia z Espanyolem to wzór efektywności, polotu i ambicji drużyny Luisa Enrique. Pierwszy gol Neymara - jak z bajki, jakby czas cofnął się do 2009 roku, kiedy nad boiskami Europy unosił się cień wynalazku Pepa Guardioli. Cień nieuchwytny dla rywali, który potrafił wbić Realowi na Bernabeu sześć goli.

Drużyna Luisa Enrique tego nie potrafiła (1:3 i 2:1 w Gran Derbi), ale to przede wszystkim dlatego, że zespół Carlo Ancelottiego przewyższa Real sprzed 6 lat o dwie klasy. „Królewscy” pokazali to w ostatnich kilku dniach, gdy najpierw naznaczeni plagą urazów zmogli w ćwierćfinale Champions League Atletico, by wczoraj przełamać przekleństwo Balaidos. Tego miejsca, w którym przed rokiem stracili szanse na tytuł.

Luis Enrique na Celtę liczył tak jak kibice Realu na Espanyol. Przed rokiem zaznał z tą drużyną smaku zwycięstwa nad Ancelottim. Opuszczony przez niego zespół wciąż jest w gazie: Camp Nou zdobył co prawda pół roku temu strącając Barcę ze szczytu Primera Division, ale w tej rundzie u siebie ograł Atletico, urwał punkty rosnącej w siłę Valencii.

Z Realem zgrzeszył jednak przesadną wiarą w siebie. Można powiedzieć, że pychą. Gdyby po bramce na 1:0 Celta zamurowała się, tak jak na Camp Nou, losy mistrzostwa Hiszpanii mogłyby zostać rozstrzygnięte. Ale Celta chciała strzelać kolejne bramki, bawić kibiców. Ubawiła ich sześcioma, z których jednego zdobył James, drugiego Kroos, a kolejne dwa dołożył Chicharito.

Meksykanin jest w stanie, który jego rodacy i Hiszpanie nazywają „estado de gracia” (stan uniesienia, nawet błogosławiony). Kiedy dotknie piłkę ta znajduje drogę do siatki. W innym klubie Karim Benzema mógłby się obawiać powrotu po kontuzji, ale w Realu u Ancelottiego, a może zwłaszcza Florentino Pereza, ma pozycję świętej krowy. Solidnie na nią jednak zapracował, od kilku lat będąc najlepszym ze sprzymierzeńców Cristiano Ronaldo. Usunąć go z drużyny to tak, jakby teraz Leo Messiemu zabrać Luisa Suareza. Chicharito w Realu się nie przebije, ale wkładu w uratowanie sezonu nikt mu nie odbierze.

Tak więc i Real i Barcelona w ten weekend się przeliczyły. Pozostaje takich terminów jeszcze pięć, każdy remis punktowy da tytuł Katalończykom. Ale najdrobniejsze potknięcie Barcy sprawi, że wysiłek pójdzie na marne, runie w jednej chwili budowla wznoszona cały sezon. Z 27 meczów tego roku Barca przegrała dwa, jeden zremisowała. Ale wszelkie rekordy są trzeciorzędne wobec trofeów. - Potrójna korona jest realna, ale zdobycie jej ekstremalnie trudne - mówił niedawno Eric Abidal. Jego serce będzie rozdarte nawet w półfinale Champions League - 80 proc na Barcę, 20 proc na Guardiolę.

PS. Dla jasności: przy równej liczbie punktów o mistrzostwie w Hiszpanii zdecydują bezpośrednie mecze, w których lepszy był Real (3:1 i 1:2).

piątek, 24 kwietnia 2015

Gdyby wsłuchać się w głosy ekspertów, broniący tytułu Real Madryt jest już jedną nogą w Berlinie. Totalna wojna rozgorzeje między Barceloną i Bayernem, który dwa lata temu rzucił Katalończyków na kolana.

Jeszcze przed losowaniem barcelońskie gazety nie miały wątpliwości. Gracze Barcy chcą trafić na Bayern Monachium żądni zemsty za półfinał sprzed 24 miesięcy. Wtedy Barcelona schodziła z piedestału, bawarskich siedem kuksańców bolało ją więc podwójnie. Kontuzjowany Leo Messi snuł się po Allianz Arena, by na Camp Nou nie mieć już po co postawić nogi na boisku. Bawarczycy marzyli by grać tak jak Barcelona, tamten półfinał nawet dla nich był żenujący. Mimo wszystko nie zrezygnowali z zatrudnienia Pepa Guardioli, naczelnego kapłana tiki taki.

Dziś Bayern chwilami gra bardziej po barcelońsku niż sam pierwowzór. Luis Enrique, kumpel Guardioli z boiska wrócił do klubu, by zmienić jego pepostyl. Z pewnością nowemu trenerowi Barcy bliżej do Juupa Heynckesa niż do Guardioli. Mimo iż są przyjaciółmi z boiska – do dziś w prasie pojawia się zdjęcie sprzed kilkunastu lat, a na nim trzech młodych ludzi. Pierwszym był Pep, jeszcze z bujną czupryną, drugim Enrique obcięty na zero, trzecim pewien początkujący trener, który miał kiedyś powiedzieć o sobie „The Special One”.

Luis Enrique i Pep Guardiola wymienią teraz dziesiątki wzajemnych uprzejmości. Ale kiedy 6 maja ich piłkarze wyjdą na Camp Nou, konfrontacja będzie miała cechy wojny bratobójczej. Katalończycy dobrze pamiętają kopa, którego dostali w 2013 roku, nikt inny ich tak nie upokorzył na oczach całej Europy. Gracze Barcy silniejsi Neymarem, Luisem Suarezem i odrodzonym Messim zagrają zapewne bardziej skoncentrowani niż w Gran Derbi. Szans na rywalizację z Realem mają więcej, w perspektywie berliński finał, który może zmienić się w najważniejszy mecz Katalończyków z Kastylijczykami w 103-letniej historii.

Real ma do stolicy Niemiec drogę łatwiejszą. Juventus chcieli wylosować wszyscy, chciałby z nim grać nawet sam Massimiliano Allegri, gdyby było to możliwe. W 2003 roku, gdy włoski potentat był w półfinale Champions League ostatni raz, też mierzył się z galaktycznymi. Tyle, że różnica między tamtymi drużynami niemal nie istniała. Dziś, to Real ma 70 proc szans na awans, nawet bez Luki Modrica. Przed rokiem w fazie grupowej ograł Juventus. W tym roku lepsi od Bianconerich byli Rojiblancos z Vicente Calderon, których Real szczęśliwie ma już za sobą. A więc teoretycznie rywal w półfinale jest łatwiejszy niż był w drodze do niego.

12 miesięcy temu w finale Champions League w Lizbonie były derby Madrytu. W Berlinie może dojść do Gran Derbi, o ile Bayern nie pokrzyżuje planów hiszpańskim kolosom. 10 miesięcy temu Hiszpania oddała tytuł mistrza świata Niemcom, gdyby jednak w stolicy Niemiec doszło do starcia Barcelony z Realem można by to traktować jako wysublimowaną formę rewanżu.



czwartek, 23 kwietnia 2015

Z nożem na gardle Real Madryt zmógł Atletico i awansował do czwórki najlepszych w Lidze Mistrzów. Ten sezon wciąż może być wielkim sukcesem „Królewskich”.

Kiedy za kilka lat Chicharito Hernandez będzie wspominał swój epizod na Santiago Bernabeu pomyśli, że przybył strzelić tę jedną bramkę. Bramkę, która w 178. minucie rywalizacji rozstrzygnęła morderczy derbowy dwumecz wyznaczający granicę między sukcesem i porażką. Dla obrońcy trofeum odpadnięcie w ćwierćfinale byłoby katastrofą, a biorąc pod uwagę lokalnego rywala, który nękał go od początku sezonu – upokorzeniem. Tym razem jednak „Królewscy” byli w derbach lepsi potwierdzając słowa ekspertów, że rozgrywki o Puchar Europy zostały stworzone dla nich.

Dzień po tym jak w wieku 42 lat karierę skończył legendarny Cuauhtemoc Blanco, Hugo Sanchez w prasie hiszpańskiej namaszczał Chicharito na bohatera meczu sezonu na Santiago Bernabeu. Brzmiało to śmiesznie, Carlo Ancelotti kompletnie nie ufał wcześniej Meksykaninowi, od początku wyglądało na to, że przyszedł do Madrytu tylko po to, by w 120-milionowym kraju powiększyć sprzedawalność białych koszulek. Do wczoraj zagrał zaledwie 790 minut.

Piłka wtoczona do niemal pustej bramki po wspaniałej akcji Cristiano Ronaldo była zwieńczeniem wysiłków Meksykanina. W tym meczu, gdzie wszyscy byli zmotywowani na 150 procent, on był zmotywowany na 200. Jak ktoś, kto chce za wszelką cenę pozostawić coś po sobie.

I dopiął swego. „Chicharito ze złota” – napisał w tytule dziennik „Marca”. Opowiadał, że wycierając ławkę rezerwowych był cierpliwy. Ale tak naprawdę jego wytrwałość została wystawiona na najcięższą próbę. Nie pojawiał się na boisku nawet w końcówkach meczów ligowych ze słabeuszami, gdy Real prowadził wysoko. - Trzeba pogratulować Meksykaninowi. Ma za sobą naprawdę ciężki rok - przyznał Ancelotti.

Kiedy pojechał na ostatni mecz kadry, by zdobyć zwycięską bramkę opowiedział rodakom o swojej frustracji. Miał iść drogą Hugo Sancheza, szedł drogą donikąd. Aż do wczoraj. Jego losów ta bramka nie zmieni. Po sezonie odejdzie, Real to nie klub dla niego. Ale całe te 10 miesięcy nie będą jedną, wielką sportową stratą, bo niewątpliwie z punktu widzenia finansowego na swoje wyszedł. „Wielki, niespodziewany bohater” – napisano w Hiszpanii.

Real zmógł Atletico, był w tym dwumeczu lepszy. Milkną ci, którzy zarzucali Ancelottiemu, że przy przebiegłym Diego Simeone jest jak naiwny, jowialny, trenerski emeryt. Brawurowe posunięcie z Ramosem w roli defensywnego pomocnika było może aktem braku zaufania dla Asiera Illarramendiego, ale swoje zadanie spełniło. Jednorazowo, w tym konkretnym przypadku, kiedy trzeba było wygrać za wszelką cenę.

Bez Modrica, Marcelo, Benzemy i Bale’a Real pokonał granicę niemocy. Emocjonalnie dostał jeszcze większego kopa niż Bayern miażdżąc Porto 6:1. Najgorsze za drużyną Ancelottiego. Katastrofa przestała wisieć w powietrzu. Wrócą kontuzjowani na finisz sezonu, który wciąż może być wielki. Najlepszy zespół ubiegłego roku pozostał w walce o dwa najważniejsze trofea. Emocji będzie z tego jeszcze co niemiara. Jeśli trafi na Barcelonę, wiadomo. Jeśli trafi na Bayern to samo. Tylko Juventus wydaje się rywalem w miarę przystępnym, choć nawet to nie jest pewne w boju o finał w Berlinie.

Atletico było wczoraj jak wytrawny kierowca rajdowy, który spostrzegł, że w baku nie ma paliwa. Walczyło, broniło się, próbowało wszystkich metod, ale z mięśni i płuc nie wydostawało się tyle mocy, co zazwyczaj.

środa, 22 kwietnia 2015

Zdziesiątkowany Real, czy rosnące w siłę Atletico? Dziś na Santiago Bernabeu najważniejsze derby Madrytu od majowego finału Ligi Mistrzów. Stawką jest półfinał tych rozgrywek.

Kiedy ekipa Atletico Madryt wylatywała z ligowego meczu z La Corunii otrzymała wiadomość, że w meczu Realu z Malagą na Santiago Bernabeu kontuzji doznał Gareth Bale i jego występ w środowych derbach w Lidze Mistrzów stanął pod pokaźnym znakiem zapytania. Dziennikarze towarzyszący „Colchoneros” opowiadali potem, że uraz Walijczyka nie zrobił na nikim przesadnego wrażenia. Kiedy jednak drużyna i oficjele dolatywali do lotniska Barajas, otrzymali informację o urazie Luki Modrica. I wtedy w szeregi Atletico wkradła się nadzwyczajna ciekawość: jedni drugich pytali, czy wiadomość jest pewna i czy Chorwat nie ma szans wyleczyć się do środy. Ta scena pokazuje, jakim szacunkiem cieszy się Modric wśród wywali Realu. – Dla nich to połowa siły drugiej linii – zauważył jeden z trenerów Atletico.

Modric, Bale, ukarany za kartki Marcelo, i cierpiący uraz kolana Karim Benzema – lista nieobecnych w zespole gospodarzy na dzisiejszy hit Ligi Mistrzów na Santiago Bernabeu jest długa i okazała. A przecież jeszcze 8 dni temu Carlo Ancelotti miał do dyspozycji wszystkich piłkarzy. Pod batutą wracających po urazach Modrica i Jamesa Rodrigueza Real się odradzał, na Vicente Calderon zagrał znakomicie, jeszcze ani razu w tym sezonie nie napędził Atletico tyle strachu. Pierwszy mecz ćwierćfinału Champions League zakończył się bezbramkowym remisem, a Ancelotti mógł powiedzieć, że to jest najlepszy ze złych wyników. Rzeczywiście Real zasłużył na więcej potwierdzając teorię, że choć w tym sezonie w derbach Madrytu wciąż rządzi Atletico, to jednak on jest faworytem w rywalizacji o półfinał Ligi Mistrzów.

Plaga kontuzji u gospodarzy dzisiejszego meczu zmienia sytuację. Modric to motor napędowy Realu, serce drużyny. W dodatku z wszystkich pomocników najwięcej pomaga w defensywie. Benzema nazywany „Mister Champions” wznosi się na wyżyny w najważniejszych meczach, nikt nie rozumie się z Cristiano Ronaldo lepiej niż Francuz. Marcelo zagrała na Vicente Calderon osiem dni temu fantastyczny mecz: w tyłach nie jest może orłem, ale w ataku to on robił różnicę. Gracze Atletico musieli podwajać lub nawet potrajać krycie Brazylijczyka, który swoimi niekonwencjonalnymi dryblingami chwilami ich ośmieszał. Zastąpi go Fabio Coentrao piłkarz bardzo solidny, który ostatnio nie odklejał się właściwie wcale od ławki dla rezerwowych.

Najmniejszą stratą jest Bale, ale jego siła i dynamika też bywała Realowi potrzebna. Do składu wejdzie jednak Isco, by zagrać obok Toniego Kroosa, trzecim pomocnikiem będzie pewnie ktoś z pary defensywnych Asier Illarramendi-Sami Khedira, co zakłóci płynność gry „Królewskich”. Kto zastąpi Benzemę? Wieczny rezerwowy Chicharito Hernandezem, czy niemogącym się odnaleźć po ciężkiej kontuzji więzadeł w kolanie Jese Rodriguez?

Ancelotti mówi, że nie martwią go urazy, ale to ewidentnie przejaw świadomości, iż mecz z Atletico jest najgorszym momentem na załamywanie rąk. – Bogaci nie płaczą – mówi ironicznie prezes Atletico Enrique Cerezo. Diego Simeone dodaje, że myśli o tym co zrobić, by przebrnąć wielką przeszkodę, a nie o tym jakich osłabień doznała.

Real gra o uratowanie sezonu, w lidze nie zależy od siebie, z Pucharu Króla odpadł dawno, obrona trofeum w Champions League to jego największa szansa. Tymczasem lokalny rywal jest bardzo niewygodną przeszkodą, w tym sezonie „Królewscy” potykali się z nim siedem razy i ani razu nie wygrali (4 porażki, 3 remisy). Z ostatnich sześciu meczów obu drużyn na Santiago Bernabeu Real wygrał zaledwie jeden – w lutym 2014 roku w półfinale Pucharu Króla (3:0).

Dziś nadchodzi ten moment, gdy najdroższa drużyna w historii piłki musi pokazać wielkie serce do walki. Zdać kolejny ciężki egzamin, który może wpłynąć na los Ancelottiego i kilku graczy. Czy kibice z Bernabeu im pomogą? Uchodzą za najbardziej wymagających, wręcz mało lojalnych, bo zbyt często zaczynają gwizdać przy najmniejszym niepowodzeniu swoich asów. Real wydał specjalne wideo z odezwą do kibiców. Mają przybyć na Bernabeu dwie godziny przed meczem i owacją powitać autokar z piłkarzami Realu. Na wideo pojawiają się gracze „Królewskich” z przesłaniem: „Nie mają dla nas znaczenia zmęczenie, przeciwności, urazy i presja, kiedy ty jesteś z nami”. „Kiedy ty jesteś z nami” – powtarza na koniec Cristiano Ronaldo.

Atletico przystępuje do starcia w pełnym składzie, wyleczył się Mario Mandżukic pauzujący w pojedynku z Deportivo. Diego Simeone wiąże nadzieje z Antoine Griezmannem, który z 20 golami w lidze ustępuje miejsca w klasyfikacji najskuteczniejszych tylko Ronaldo (39) i Leo Messiemu (35).

Przed pierwszym meczem na Calderon Simeone przypomniał, że sumą talentu kadra Realu wyraźnie przewyższa Atletico. Że jego gracze muszą być zjednoczeni, zwarci i przebiegli, by zrekompensować różnicę. Bez Marcelo, Modrica, Bale’a i Benzemy szanse na pewno się wyrównują, ale poza listą wielkich nieobecnych w królewskiej drużynie jest lista wielkich obecnych. Ronaldo odzyskał formę i zapał, James i Kroos znów grają fenomenalnie, defensywa z Ramosem trzyma się znakomicie. Ancelotti ma dość atutów, by myśleć pozytywnie. – Mimo kontuzji jest w stanie zestawić zespół mogący pokonać Atletico – mówi Zinedine Zidane.

Trener Atletico wie, że nie byłoby dla jego graczy nic gorszego niż uwierzyć w swoją przewagę. Mimo ostatnich zwycięstw w derbach „Colchoneros” wciąż cierpią traumę po ostatnim finale Champions League, gdy Sergio Ramos zdobył bramkę w 93. min doprowadzając do dogrywki. Zakończonej zdecydowanym zwycięstwem Realu. To były najważniejsze derby w historii, ważniejsze niż siedem kolejnych meczów obu drużyn razem wziętych. Atletico grało w finale Pucharu Europy dwa razy: w 1974 i 2014 roku. Po porażce w Lizbonie żartowano, że na następny finał poczeka kolejne 40 lat. Ale Simeone i jego piłkarze czekać nie chcą.



wtorek, 21 kwietnia 2015

Dzisiejsza szansa PSG na odwrócenie losów rywalizacji z Barceloną o półfinał Champions League sprowadzana jest do jednego imienia i nazwiska: Zlatan Ibrahimovic. Już to pokazuje jak bardzo jest iluzoryczna.

Gdyby zsumować kwoty, jakie zapłacił za Ibrahimovica Ajax (11 mln), Juventus (19), Inter (32), Barcelona (45 plus Eto’o), Milan (24) i PSG (23) wyszedłby najdroższy piłkarz w historii. Wielu ekspertów i kibiców nie odmawiając mu klasy uważa, że spełnia w wielkiej piłce rolę błyskotki. Jego najsłynniejszy gol zdobyty przewrotką w sparingu Szwecji z Anglią pokazuje to najlepiej. Zlatan dokonał cudu zręczności i techniki po to, by osiągnąć cel niewarty takiego wysiłku. W reprezentacji gra od 2001 roku i choć wziął udział w pięciu wielkich turniejach, zawsze kończył je na tarczy. Na Euro 2012 został wybrany do jedenastki turnieju, jako jedyny gracz z tych, którzy nie przebili się do ćwierćfinału. Cały Zlatan: artysta o osiągnięciach będących tylko marną „zajawką” skali możliwości.

We wszystkich wielkich klubach, w których grał osiągał tylko sukcesy lokalne. Jedyny raz, gdy dotarł do półfinału Champions League decydujący fragment meczu Barcelona – Inter na Camp Nou spędził na ławce. Pep Guardiola go nie lubił? Być może. Ale szczęście Zlatana pokazuje prosty fakt. Latem 2009 roku ten sam Guardiola uczynił ze Szweda najdroższego gracza w historii Barcelony. Zlatan opuszczał Inter, klub, w którym był traktowany jak bóstwo, na 10 miesięcy przed jego największym wzlotem. By broniąca tytułu Barcelona wzmocniona Ibrahimovicem przegrała z Interem przez Ibrahimovica osłabionym.

Przy okazji dzisiejszego meczu Barca – PSG na Camp Nu znów mówi się wyłącznie o Zlatanie. Bez niego Paryżanie przegrali 1:3 pierwszy mecz w Parku Książąt. Teraz wraca niczym zbawiciel, trzeba jednak przypomnieć, że nie potrafił nim być nawet w starciach z Chelsea. Po wątpliwej czerwonej kartce w rewanżu był jak zwykle na ustach wszystkich, ale jego realny wkład w sukces PSG był mizerny.

Ibra nazywa siebie numerem 1. Żartował przed brazylijskimi mistrzostwami, że gdy go tam nie będzie, nie będzie po co włączać telewizora. W jakimś stopniu to poza, może nawet rodzaj autoironii. Przecież w barażowych meczach Szwecja – Portugalia Cristiano Ronaldo pokazał, że numerem 1 jest kto inny. Zawsze można zwalać winę na pozostałych szwedzkich piłkarzy. Powiedzieć, że nie dorastają do pięt Zlatanowi, który zdobył 52 bramki w 102 meczach. Tyle, że niedługo przed erą Ibravimovica Szwedzi zdobywali medale mistrzostw świata i Europy.

Spór o klasę Zlatana będzie trwał długo. Szwed jest piłkarzem i osobą, wobec której nikt nie pozostaje obojętny. Może miał w sportowym życiu pecha, może za mocno wierzył w swój talent? A może był po prostu mocno przeceniany? Jego biografia była kolejnym wydarzeniem z pogranicza sportu i rozrywki, czyli miejsca, w którym Szwed czuł się chyba lepiej niż na boisku.

Dziś wszystkie hiszpańskie media ją cytują. Szczególnie fragment jak Szwed opowiada o propozycji Realu Madryt odrzuconej przez Barcelonę w 2010 roku. Szefowie klubu z Katalonii mogli go oddać „Królewskim” za 50, może nawet 70 mln euro, woleli sprzedać go Milanowi za 24. Ibrahimovic opowiadał też, dlaczego wybrał współpracę ze swoim agentem Mino Raiolą – bo najbardziej z wszystkich kandydatów przypominał mu mafiosa.

Taki jest Zlatan. Czasem da się mówić więcej o nim niż jego grze. W biografii wspominał ojca, emigranta z Bośni, który po przybyciu do Szwecji zapijał wspomnienia wojny. Ibrahimovic mówił, że wciąż się kłócili, raz doszło nawet do rękoczynów, mimo wszystko szanował go i kochał.

Najbardziej traumatyczny okres futbolowy to było jego spotkanie z Guardiolą i Messim. Zlatan nie dorósł do tego, by uświadomić sobie, że jest ktoś jeszcze bardziej uzdolniony. Dlatego Messiego, Xaviego i Iniestę nazwał uczniakami z kolegium idącymi na trening, by w pokorze wysłuchać kazań nauczyciela Guardioli. W każdym kolejnym plebiscycie Złota Piłka głosował jednak na Messiego, co znaczy, że nie zawsze sam wierzy w te fanfaronady, które padają z jego ust.

Dziś Zlatan przybywa na Camp Nou z misją niemożliwą. PSG (bez Motty i Thiago Silvy) mysi wygrać 3:0, lub 3:1 by doprowadzić do dogrywki. Udać się to nie ma prawa, ale Ibra dobija już do 34. roku życia. Jego marzenie o zdziałaniu czegoś w Champions League jest coraz mniej realne. Nawet ci, którzy nie są wielbicielami Szweda muszą czuć nostalgię.

niedziela, 19 kwietnia 2015

Barcelona igrała z Valencią jak z ogniem, ale skończyło się na lekkich poparzeniach. Real wygrał z Malagą, ale stracił Lukę Modrica i być może Garetha Bale’a.

„Nie jestem zbawicielem” - słowa Modrica mają podnieść morale drużyny przed środowym rewanżem z Atletico w Lidze Mistrzów. Z 24 meczów tego sezonu, w których Chorwat nie grał „Królewscy” przegrali tylko cztery razy. Tylko, albo może aż? Na pewno lepsza gra Realu w ostatnich tygodniach związana była z jego powrotem na boisko. Związana, ale jak mocno, przekonamy się w środę. Gareth Bale też nie dograł do końca meczu z Malagą. Trener Carlo Ancelotti szybko musiał przeprosić się z Isco, który po powrocie do zdrowia Modrica i Jamesa Rodrigueza stracił miejsce w podstawowym składzie.

Zwycięstwo Realu nad Malagą było formalnością. Trudną, ale jednak. Znacznie gorszego rywala miała liderująca Barcelona. Valencia przybyła na Camp Nou rozerwać gospodarzy na strzępy, sama sobie winna, bo już po 54 sekundach przegrywała 0:1. Kiedy zadajesz ciosy na oślep, prawdopodobnie nadziejesz się na kontrę.

Drużyna Luisa Enrique wypadła jak bokser finezyjny, ale pragmatyczny, który potrafi dopasować środki do sytuacji. Taka przebiegłość nie była domeną Katalończyków w poprzednich sezonach. Albo przejeżdżali rywali jak walcem, albo męczyli się niemiłosiernie. Teraz też nie uniknęli wpadek, ale z bardzo silną Valencią potrafili przetrwać najgorsze. I nie pękli. Goście zepchnęli Barcelonę do desperackiej obrony, Gerard Pique takiej serii kompromitujących błędów nie zaliczył dawno. Mimo wszystko Messi z Suarezem znów zrobili różnicę. Jeśli goście z Mestalla będą się rozwijać w takim tempie pod ręką Nuno, już w przyszłym sezonie powalczą o mistrzostwo.

Dla Barcelony zagrało w sobotę wszystko - także szczęście. Valencii liczyła na zmęczenie rywala wyprawą do Paryża i się nie przeliczyła. Ale Claudio Bravo zmęczony nie był, więc obronił karnego. Gdy przy strzale Paco Alcacera nawet nie oderwał stóp od ziemi, ten trafił piłką w słupek. Barca była jednak wyjątkowo skupiona przy stałych fragmentach Valencii i zaliczyła kolejny mecz w tyłach na zero. To duży sukces, jak na siłę ofensywną gości z Mestalla.

„Nie wyszliśmy z tego meczu wzmocnieni. Wyszliśmy bardzo, bardzo wzmocnieni” - powiedział Luis Enrique. I to prawda. Barcelona ma jeden supertrudny mecz do końca sezonu z Atletico na Vicente Calderon. Jeśli tam wygra, raczej będzie mistrzem, bo chyba nie straci punktów gdzie indziej, nawet w wyjazdowych derbach z Espanyolem. A więc cała nadzieja Realu w lokalnym rywalu?

Uff, śledząc historię „sympatii” dwóch największych stołecznych klubów, raczej trudno się spodziewać, by Atletico miało ochotę umierać za „Królewskich”. Jedno jest pewne: w środę zrobi wszystko, by ich wyrzucić z Ligi Mistrzów. A potem musi walczyć o trzecie miejsce w lidze. Jeśli będzie go pewne na dwie kolejki przed końcem, to wyjątkowo źle wróży Realowi, choć rzecz jasna niczego nie da się przewidzieć bez ryzyka.

Różnica dwóch punktów w tabeli jest minimalna, wystarczy jedno mało potknięcie Barcy, by Real wrócił na szczyt ze względu na lepszy bilans bezpośrednich meczów.

czwartek, 16 kwietnia 2015

Pewien piłkarski artysta odwiedził wczoraj paryski Park Książąt i wcale nie chodzi o Leo Messiego. Luis Suarez wzniósł się na poziom Wieży Eiffla, choć Barcelonie nie było to najbardziej potrzebne akurat w meczu z PSG.

Bez Motty, Verattiego, Ibrahimovica, a od 20. minuty Thiago Silvy. PSG było wczoraj tylko cieniem drużyny, która na Parc des Princes nie przegrała aż 33 poprzednich meczów. Gerard Pique przekonywał, że ligowe potknięcie w Sewilli, gdy Barca straciła punkt prowadząc 2:0, posłużyło jej za lekcję. W Paryżu, na placu do gry równym jak lustro, Katalończycy odnaleźli w nim najlepsze swoje odbicie.

„Wielki mecz z dwoma golami mojego przyjaciela Luisa” – napisał Messi pod fotografią z Suarezem zamieszczoną w sieci. Jeśli laureat czterech Złotych Piłek wyróżnia kogoś w taki sposób, ten ktoś musi dokonać rzeczy naprawdę wielkich. Dwie siatki założone Davidowi Luizowi zawstydziły nawet samego Urugwajczyka, który po meczu tłumaczył, że to była jego jedyna szansa na ominięcie Brazylijczyka. Tego, o którego Barcelona zabiegała latem, a który wybrał przeprowadzkę do Paryża.

Dawidowi Luizowi należą się wyrazy współczucia, bo rzadko nieudolność tak dobrego piłkarza zostaje wystawiona na światło dzienne. Brazylijczyk był jak całe PSG: apatyczny, mało skoncentrowany, z każdą minutą tracący wiarę w siebie. Mecze z Chelsea w 1/8 finału uczyniły z jego drużyny kandydata na zdobywcę trofeum, środowy pojedynek w Paryżu wymazał wszystko, co mówiono o niezłomności i klasie francuskich milionerów.

Na początku gry Suarez drzemał. Barcelona rozgrywała piłkę, a jak wiadomo gra na małej przestrzeni, w tłoku nie jest domeną nowego napastnika drużyny z Katalonii. On raczej walczy, przepycha się, szuka miejsca w tłoku, niż jednym zagraniem otwiera kolegom drogę do bramki. Ale jak się Suarez wkurzył na swoją drugoplanową rolę graną do 68. minuty, tak wykonał akcję w stylu Messiego z czasów najwyższego wzlotu. – Napastnik jak Wieża Eiffla – skomentowała „Marca” jego dwa solowe występy.

Najistotniejsze co stało się wczoraj w Parku Książąt? Suarez udowodnił, że nawet w przypadku sposobu gry z natury tak zespołowego jak tiki-taka, kluczową rolę wciąż odrywają indywidualne umiejętności. Barca dominowała cały mecz, ale do chwili szarż Urugwajczyka jej przewaga nie znajdowała odbicia w wyniku. Klasyczny, środkowy napastnik, jakiego wyrzekł się Pep Guardiola, zrobił różnicę.

Oczywiście można snuć rozważania, że ćwierćfinał Ligi Mistrzów składa się, z co najmniej 180 minut walki. PSG jeszcze nie odpadło, w rewanżu za pięć dni na Camp Nou zagra mocniejsze. Musi jednak wygrać aż 3:0, by wyrzucić Barcelonę z rozgrywek. Nie ma w tej chwili drużyny na świecie, która taki plan zdolna byłaby zrealizować. Katalończycy mają swoje ograniczenia, wczoraj w tyłach pogubili się kilka razy, ale nawet ich największe słabości nie wieszczą w rewanżu jakiegoś nieprawdopodobnego zwrotu akcji. Ligowy mecz z Valencią może być znacznie trudniejszy.

Poszukując emocji za 5 dni w Lidze Mistrzów oczy kibiców w Europie zwrócone będą nie na Camp Nou, ale na Allianz Arena, gdzie przybywa FC Porto. Jak zwykle silniejsze niż ktokolwiek potrafił sobie wyobrazić.

środa, 15 kwietnia 2015

Real wrócił do wielkiej formy z jesieni. Jest jednak drużyna w Europie, która mogłaby z nim nie przegrać ani jednego z siedmiu kolejnych meczów. Atletico Madryt.

Porywające derby Madrytu skończyły się bez bramek, ale emocji podarowały nam mnóstwo. Atletico i Real napisały całkiem inny rozdział historii, odrębny od ich wcześniejszych meczów tego sezonu. Fani „Królewskich” mogą mieć satysfakcję, bo zdesperowany ostatnimi wynikami derbów Carlo Ancelotti wytrwał w przekonaniu, że potencjał jego graczy nie powinien służyć żadnym jego taktycznym eksperymentom. To taktyka Włocha ma podkreślać talent jego piłkarzy i tak na Vicente Calderon wczoraj było.

Zakrwawiony i rozjuszony Mario Mandżukic symbolizował poświęcenie, walkę i zaciekłość obu stron. Widząc Chorwata w szale emocji, kiedy zarobił żółtą kartkę każdy inny trener zdjąłby go z boiska. Ale nie Diego Simeone. Argentyńczyk chce swoich graczy w stanie meczowego uniesienia wierząc, że mają wtedy podwójną siłę.

Do starć przypominających chwilami walkę uliczną w derbach Madrytu mogliśmy się już przyzwyczaić. Część kibiców czeka na nie z większymi wypiekami na twarzy niż na Gran Derbi, bo też w ostatnim czasie Simeone i jego gracze wznieśli się na poziom niesłychany. Ich przypadek jest odmienny niż Realu. Suma talentu jednostek jest niższa od klasy drużyny. Atletico nauczyło się cierpieć, ale przez swoje cierpienie nauczyło też cierpieć europejskie kolosy. Takie jak Real, Barcelona, czy Chelsea. Jest wciąż koronnym przykładem ile wart jest pomysł trenera.

We wczorajszym meczu z Realem, drużyna Simeone nacierpiała się więcej niż we wcześniejszych sześciu pojedynkach derbowych tego sezonu. Mimo wszystko to „Królewscy” opuszczali Calderon w poczuciu niewykorzystanej szansy. W środę murawa Santiago Bernabeu znów zapłonie, ale szanse wciąż są bardzo podzielone. W ostatnich pojedynkach na stadionie Realu Atletico uzyskiwało najczęściej wyniki, które teraz dałyby mu awans do półfinału.

Dla kibiców „Królewskich” wiadomość jest taka, że drużyna Ancelottiego wróciła na swój najwyższy poziom. Druga linia pod wodzą Luki Modrica jest być może najbardziej finezyjną i kreatywną w dzisiejszym futbolu. Chorwat, Toni Kroos i James Rodriguez potrafią stworzyć przewagę w środku pola, co jest gwarancją, że zespół funkcjonuje z pomysłem i harmonijnie. Atletico szybko zrozumiało wczoraj, że bój w drugiej linni przegrywa. Dlatego obrało taktykę minimalizacji strat i przy wsparciu niesamowitego Jana Oblaka potrafiło zminimalizować je do zera. Z tego urodził się nam wielki mecz i zapowiedź jeszcze większego.

To, że Real będzie zmotywowany na 110 proc było oczywiste, po laniu jakie na Vicente Calderon zebrał w lutym. Ale fakt, że Atletico utrzymuje się wciąż na tak wysokim poziomie motywacji, jest absolutnie wyjątkowy. Gracze Simeone nie wychodzą jak inni na boisko, oni idą za nim w ogień.

wtorek, 14 kwietnia 2015

Powtórka finału Ligi Mistrzów, czy raczej sześciu derbów Madrytu tego sezonu? Atletico stało się dla Realu czarną bestią, dlaczego więc w dzisiejszym ćwierćfinale to znów „Królewscy” są faworytem?

Sergio Ramos nie ma wątpliwości. To zmiana charakteru, umiejętność cierpienia na placu gry pozwoliła Atletico dokonać jakościowego skoku. Drużyna przez lata nieodporna i chimeryczna, pod ręką Diego Simeone stała się przyczyną cierpień dla potęg. Dziś czerwono-białe barwy „Colchoneros” i perspektywa postawienia stopy w twierdzy Vicente Calderon nikomu się nie uśmiecha. Przed rokiem rozwiały się tam marzenia Barcelony o siódmym z rzędu awansie do czwórki najlepszych drużyn Ligi Mistrzów. Doszło do tego, że pewien trener z ligi meksykańskiej zainspirowany metodami Simeone kazał swoim piłkarzom założyć maski wilków, by poczuli się jak sfora.

25 maja 2014 roku w Lizbonie Real wygrał najważniejsze derby Madrytu. Po golu Ramosa w 93. minucie, który dał „Królewskim” prawo do dogrywki w finale Ligi Mistrzów. Dwa miliony fanów drużyny z Santiago Bernabeu zebrały się pod fontanną Cibeles, by świętować wyczekiwaną od 12 lat „La Decinę” (10. Puchar Europy). – Niech się dowiedzą Indianie, kto rządzi w Madrycie – zaśpiewał Ramos, a z nim nieprzebrane tłumy sięgające Gran Via. „Indios” to jeden z przydomków Atletico.

Ramos szybko pożałował swoich słów. W tym sezonie w stolicy Hiszpanii rządy przejęli „Colchoneros”. Ich zemsta była słodka, najpierw pobili Real w rywalizacji o Superpuchar Hiszpanii, potem wyeliminowali go z Pucharu Króla. Dołożyli do tego dwa triumfy w Primera Division, przy czym ten ostatni 7 lutego na Vicente Calderon wciągnięto na listę najdotkliwszych klęsk, jakie spotkały Real w jego 113-letniej historii. „To było jak wizyta na terytorium Komanczów” – przypomina dziennik „Marca”. Cztery ciosy i najdroższa drużyna w historii piłki była na kolanach.

W Realu o mało nie doszło do rewolucji. Pozycja Carlo Ancelottiego się zachwiała. Zarzucano mu, że kompletnie stracił koncept, gdy przychodzi mu się mierzyć z Simeone. Taktycznie Argentyńczyk zjada ostatnio Włocha na śniadanie. Ale Anceletti klasy i rezonu nie traci. – Mierzenie się z Cholo, to dla mnie problem, ale i wielki honor – mówi. Inna rzecz, że Real przystępuje dziś do walki z Atletico o półfinał LM w zupełnie innej sytuacji niż 10 tygodni temu. Wtedy plaga kontuzji zdziesiątkowała obronę i pomoc „Królewskich”. Na środku defensywy grali Varane i Nacho, dziś wystąpią Ramos i Pepe gwarantujący Ikerowi Casillasowi znacznie większe bezpieczeństwo.

Jeszcze ważniejsze wzmocnienia dotyczą drugiej linii drużyny Ancelottiego: Luka Modric i James Rodriguez to ogromny zastrzyk kreatywności. Ten pierwszy ma motorek w nogach, drugi potrafi zagrać wspaniałą, prostopadłą piłkę do napastników. Trio BBC, które dwa miesiące temu przypominało grupę rozbitków, dziś znów jest postrachem rywali. Szczególnie Cristiano Ronaldo. Udało mu się przezwyciężyć zapaść formy z początku roku, znów wyprzedza Leo Messiego w klasyfikacji najskuteczniejszych graczy La Liga.

Niewykluczone, że Ancelotti zagra dziś w ustawieniu 4-4-2, a nie klasycznym dla „Królewskich” 4-3-3. Gareth Bale był ostatnio kontuzjowany i dopiero dwa dni przed dzisiejszym hitem na Calderon wrócił do treningów. Gdyby zastąpił go Isco, druga linia Realu na pewno nie dałaby się zdominować tak łatwo, jak ostatnio. Bezdyskusyjnie Real przystępuje do starcia z Atletico w najlepszym momencie.

Liga Mistrzów to ostatnie rozgrywki, gdzie „Królewscy” zależą od siebie. W Primera Division zmniejszyli stratę do Barcelony do dwóch punktów, ale wciąż muszą liczyć na jej kolejne potknięcie. Dla najbogatszego klubu świata awans do czwórki najlepszych na kontynencie jest obowiązkiem. Gdyby się nie powiódł, latem doszłoby do kolejnego trzęsienia ziemi na Bernabeu, a dymisja Ancelottiego stałaby się, jeśli nie pewna, to przynajmniej bardzo prawdopodobna.

Atletico jest w innej sytuacji. Szefowie klubu przedłużyli kontrakt z Diego Simeone do 2020 roku. „Życie to sztuka wyboru, a ja wybieram Atletico” – skomentował na Twitterze trener kuszony ofertami przez najbogatsze kluby. Szefowie z Calderon złamali niechlubne zasady: w Hiszpanii posada trenera jest najmniej pewną ze wszystkich. Argentyńczyk jest jednak symbolem odrodzenia Atletico, o którym wspomina Ramos. W trzy lata zdobył z nim aż sześć trofeów. Fani wierzą, że da im to najważniejsze. Cholchoneros grali w finale Pucharu Europy dwa razy (1974 i 2014), dwa razy przegrywając w traumatycznych okolicznościach. Sztuka do trzech razy?

Atletico też przeżywało ostatnio sporą zapaść formy. Po triumfie 4:0 nad Realem w kolejnych pięciu meczach ligowych uciułało raptem sześć punktów. To w tym czasie biło się w 1/8 finału Ligi Mistrzów z Bayerem Leverkusen awansując dopiero po karnych. Jak mówił Ramos, „Colchoneros” przetrwali niemiecki egzamin, bo umieli cierpieć na boisku. I po raz pierwszy w swojej historii w rywalizacji międzynarodowej wyciągnęli wygrany los w loterii jedenastek.

W ostatnim czasie gracze Atletico wyglądają na przemęczonych. W sobotę tylko zremisowali w Maladze 2:2. Ich snajper Mario Mandżukic leczył uraz, dziś zagra w podstawowym składzie, ale w jakiej formie? Simeone potwierdził też, że w bramce stanie Jan Oblak.

Bukmacherzy znów stawiają na „Królewskich”, w dzisiejszym meczu widzą równowagę, ale w dwumeczu to zespół Ancelottiego wydaje im się mocniejszy. Joan Miranda przypomina, że Real jeszcze w tym sezonie z Atletico nie wygrał: cztery razy przegrywając i dwa razy remisując. Ale dziś w wyższej formie jest chyba sławniejszy z madryckich klubów. – Derby pożerają nie tylko nogi, ale i głowę – powiedział jeden z działaczy Atletico opisując napięcie przed hitem w Lidze Mistrzów.



 
1 , 2
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac