blog Darka Wołowskiego
RSS
środa, 30 kwietnia 2014

Real Madryt wystąpił wczoraj w roli Bayernu Monachium, który przed rokiem zmiażdżył Barcelonę 7-0. „Jedziemy po Decimę” – koszulki z takim napisem prezentowali gracze Carlo Ancelottiego zaraz po zakończeniu zwycięskiego meczu na Allianz Arena.

- Nie kieruje mną żadna osobista duma czy ambicja. Kiedy pierwszy raz wszedłem na stadion Realu Madryt, poczułem w powietrzu pragnienie zdobycia tego trofeum” – słowa Carlo Ancelottiego próbują opisać tęsknotę najbogatszego klubu świata za dziesiątym Pucharem Europy. Tęsknotę narastającą przez 12 lat, która wreszcie jest bliska spełnienia. Trudno było przypuszczać, że Włochowi wystarczy na to zaledwie 10 miesięcy pracy na Santiago Bernabeu.

26 października ubiegłego roku dzieło Ancelottiego zostało poddane pierwszej weryfikacji na Camp Nou w Barcelonie, gdzie Włoch zaprzeczył własnej teorii, że w futbolu nie ma nic gorszego niż strach. Symbolem nieudanych pomysłów taktycznych nowego trenera Realu był Sergio Ramos ustawiony w roli defensywnego pomocnika. On i kontuzjowany dziś Niemiec Sami Khedira wspierali jedynego kreatywnego gracza drugiej linii Lukę Modrica.

Wczoraj na Allianz Arena Ancelotti błędu nie powtórzył, choć Real miał bronić przewagi 1-0 z pierwszego meczu na Santiago Bernabeu. Grający na swojej naturalnej pozycji środkowego obrońcy Ramos rozstrzygnął mecz w 19 minut. – To był koszmar – opowiadał skrzydłowy Bayernu Franck Ribery, który miał okazję się wczoraj przekonać, dlaczego to Cristiano Ronaldo a nie on został 7 stycznia nagrodzony Złotą Piłką. Portugalczykowi zabrakło palców u rąk, by świętować swój rekord strzelecki. Zdobył w tej edycji Champions League 16 goli, w całej karierze ma ich już 67, tyle ile Leo Messi i jest o zaledwie cztery od rekordu wszech czasów Raula Gonzaleza.

Arjen Robben stwierdził, że gole Ronaldo były „zbędne”. Już po główkach Ramosa kwestia awansu do finału w Lizbonie była rozstrzygnięta. – Może lepiej, że nie wygraliśmy 2-1, wtedy żal byłby wielki – mówił Holender. Bayern nigdy nie przegrał tak wysoko (0-4) meczu u siebie w europejskich rozgrywkach. Z Realem poległ na własnej ziemi pierwszy raz w historii, choć na Stadionie Olimpijskim i Allianz Arena grał z nim już jedenaście meczów.

Kompletnie zdruzgotany był wczoraj Pep Guardiola. Dziennikarze zadawali Katalończykowi pytania jakby przeczuwali, że jego świat się zawalił. Wizja futbolu oparta na dominacji i posiadaniu piłki, które okazało się kompletnie jałowe. Bayern był przy niej 68 proc czasu gry, wymienił 732 podania, ale zmusił Ikera Casillasa zaledwie do jednej poważniejszej interwencji. - Popełniłem błędy. Musimy przeanalizować, czy piłkarze, których mamy są w stanie rywalizować na najwyższym poziomie według mojej filozofii gry – mówił Katalończyk. Dotąd najwyższą porażką w jego karierze trenerskiej było 0-3 z Borussią Dortmund w Bundeslidze dwa tygodnie temu. Carlo Ancelotti powiedział, że wystarczy spojrzeć na sukcesy Guardioli, żeby zrozumieć, że jego wizja wcale nie została obalona, ani skompromitowana.

Nawet Franzowi Beckenbauerowi, honorowemu prezesowi Bayernu i naczelnemu krytykowi Guardioli zrobiło się żal trenera. Tłumaczył, że jedna porażka nie powinna przekreślać jego dokonań. A już na pewno tego, co osiągnęła drużyna w ostatnich czterech latach trzy razy docierając do finału Champions League i raz go wygrywając. Po potrójnej koronie zdobytej przed rokiem przez Juppa Heynckesa Katalończyk żalił się pół żartem pół serio, że dostał drużynę perfekcyjną, w której nie da się niczego ulepszyć.

Mimo wszystko zmienił w taktyce Bayernu bardzo dużo. Drużyna gra jak Barcelona bis - niestety wczoraj przypominała Katalończyków do złudzenia, tyle, że ze schyłkowego okresu. Kiedy Guardiola podpisywał kontrakt w Monachium trener Borussii Juergen Klopp pozwolił sobie na trochę uszczypliwości: „Zobaczymy jak Pep będzie sobie radził, kiedy zorientuje się, iż Messi z Iniestą zostali na Camp Nou”.

Katalończyk zdobył z Bayernem mistrzostwo Niemiec. Pod koniec marca, najwcześniej w historii. Awansował do finału Pucharu Niemiec i tylko nadzieja na obronę pozycji na europejskim szczycie przepadła wczoraj. – Zagraliśmy fatalnie, ale trzeba oddać Realowi, że był nie do pokonania – powiedział Robben. – W Madrycie pokazaliśmy jeszcze niezły futbol, na Allanz Arena to była kompletna ruina – dodał Ribery.

Polskim fanom Bayernu pozostaje jeden fakt na otarcie łez. Gdyby Bawarczycy, jako pierwsi w erze Champions League obronili trofeum, wejście Roberta Lewandowskiego do drużyny byłoby drogą przez mękę. Po klęsce z Realem Guardiola i jego piłkarze są świadomi własnych ograniczeń. Przez 180 minut rywalizacji z Ramosem i Pepe, Mario Mandżukic nie umiał wygrać choćby jednego pojedynku. Gdy przypomnimy sobie, co polski napastnik wyprawiał ze stoperami Realu przed rokiem, lub nawet na Signal Iduna Park w ćwierćfinale trzy tygodnie temu, są podstawy do nadziei, że zostanie przyjęty na Allianz Arena jako piłkarz niezbędny.



wtorek, 29 kwietnia 2014

Real Madryt rozbił Bayern w Monachium 4-0 i po 12 latach awansował do finału Ligi Mistrzów. Obsesyjne marzenie o „La Decima”, czyli dziesiątym tytule najlepszej drużyny Europy jest na wyciągnięcie ręki.

Kpiny Manuela Neuera zostały pomszczone przez Serio Ramosa. Dwa lata temu, gdy Bayern i Real także zmierzyły się w półfinale Champions League, a 210 minut gry nie przyniosło rozstrzygnięcia, trzeba było strzelać rzuty karne. Stoper „Królewskich” podszedł do piłki i kopnął ją w niebo. Triumfujący bramkarz Bawarczyków obśmiał to na Twitterze. Dziś dwie główki Ramosa po rzucie rożnym i wolnym wysłały Neuera i Bayern do piekła w zaledwie 19 minut.

Gracze Bayernu chcieli być pierwszymi, którzy obronili triumf w Champions League. Mieli zamiar czwarty raz zagrać w finale w ostatnich pięciu latach. Monachium miało płonąć podczas rewanżu z Realem, jak przestrzegał po pierwszym meczu w Madrycie prezes Bayernu Karl-Heinz Rummunigge. Wydawało się, że jeśli ktoś jest w stanie połknąć przeciwnika, to raczej broniący trofeum Bawarczycy uważani za najlepszą drużynę świata od chwili, gdy przed rokiem w półfinale Champions League przejechali jak walec po Barcelonie wygrywając dwumecz 7-0.

Tymczasem demolki faworyta dokonał na Allianz Arena Real  wygrywając dopiero pierwszy raz w historii wyjazdowy pojedynek z Bayernem. Udało się za 11 razem: dotąd bilans był miażdżący dla Bawarczyków 9 zwycięstw i remis!

Od sezonu 2009-2010 do wczoraj Ramos zdobył dwa gole w Champions League. Na Allianz Arena potrzebował 19 minut, by podwoić swoje osiągnięcie. 28-letni obrońca sprowadzony z Sevilli za 28 mln euro w 2005 roku jest jednym z symboli „Królewskich”. Choć wygrał z klubem mniej niż reprezentacją Hiszpanii (mistrz świata i dwukrotny mistrz Europy). Przed rokiem popadł w konflikt z Jose Mourinho i wydawało się, że może opuścić Madryt, gdy po powrocie kłócił się jeszcze o podwyżkę, bo należy do najgorzej opłaconych graczy Realu. Kłopoty ustały, gdy po Mourinho przyszedł Ancelotti, trener będący przeciwieństwem Portugalczyka, czyli emanujący spokojem. Wczoraj Włoch z zimną krwią żuł gumę przy ławce rezerwowych, gdy jego piłkarze zdobywali kolejne gola: jakby wbijali gwoździe do trumny obrońcy trofeum.

Przed meczem Ancelotti w swoim stylu powiedział: - Nie ma w piłce nic bardziej niebezpiecznego od strachu. Wzruszał ramionami, gdy mówiono mu, że Real w Monachium zawsze przegrywa. On sam jako trener miał z Bawarczykami doskonały bilans (4 zwycięstwa, dwa remisy), który wypracował z Milanem, i który jeszcze teraz poprawił z Realem. Jest o jeden mecz od spełnienia największego marzenia fanów „Królewskich”. I to już w swoim debiutanckim sezonie. Jedyna zła nowina dla Ancelottiego, to żółta kartka, którą dostał jego ulubiony piłkarz Xabi Alonso co sprawia, że nie zagra w finale.

Trzecim bohaterem Madrytu był Cristiano Ronaldo, który pojedzie do Lizbony, gdzie w 2002 roku jego ojciec chrzestny zabrał go do szkółki Sportingu. Ronaldo o tym marzył, bo właśnie tam wychował się jego idol Luis Figo. Dziś uczeń przewyższa mistrza. Ronaldo zdobył dwie Złote Piłki jako pierwszy Portugalczyk. Eusebio i Figo mają po jednej. Jakiś czas temu jego agent Jorge Mendes mówił, że sławny klient zostanie zapamiętany, jako najlepszy piłkarz w historii. Nawet jeśli przeważało w tym markietingowe bajanie, wiadomo, że Portugalczyk jest piłkarzem chorobliwie ambitnym, który cztery lata panowania Leo Messiego na futbolowym tronie ciężko przechorował. I za nic w świecie nie chciałby szybko stracić pozycji odzyskanej w 2013 roku. Ma 29 lat, jest najwyższy czas by poprowadził Real do sukcesu godnego najbogatszego klubu świata i najdroższego gracza w historii. Wczoraj wbił gola na 3-0 w 33. minucie po wzorcowej kontrze i asyście Garetha Bale’a. W 89. min strzelił kolejnego z rzutu wolnego. A to znaczy, że pobił rekord Pucharu Europy – czyli 16 bramek strzelonych w jednej edycji. Dotąd po 14 mieli Jose Altafini w 1963 roku i Leo Messi.

Od 2002 roku Real nie wygrał Ligi Mistrzów, wtedy dokonali tego galaktyczni z Luisem Figo i Zinedine Zidane, dziś asystentem Ancelottiego. Przez 12 lat klub wydał około miliarda euro na transfery. W tym czasie przeżył w Lidze Mistrzów mnóstwo upokorzeń. Sześć razy z rzędu odpadał w 1/8 finału, raz w ćwierćfinale i cztery razy w półfinale. Dziś przełamał fatalną passę.

Perez może czuć się wygrany, tak samo jak gracze Ancelottiego. To on sprowadził przed sezonem Bale’a gigantycznym kosztem 91 mln euro oddając Mesuta Oezila Arsenalowi.

Wielkim przegrany jest za to trener Bayernu Pep Guardiola, który jako trener Barcelony był katem Realu. W Bawarii przestawił zespół na grę kombinacyjną, jesienią Bayern demolował rywal, aż w najważniejszym momencie sezonu maszyna się zacięła. W ostatnim czasie Bawarczycy przegrali trzema bramkami z Borussią Dortmund w Bundeslidze, co było najwyższą porażkami w trenerskiej karierze Katalończyka. Real sprawił, że czarnym dniem Guardioli będzie 29 kwietnia 2014 roku. To też ważna data w historii „Królewskich”.

Iker Casillas walczył nie tylko o finał, ale o to, by nie grać ostatniego meczu przed mundialem w Brazylii. Dla niego sezon w Realu skończy się wraz z końcem rywalizacji w Champions League, w lidze hiszpańskiej do bramki staje przecież Diego Lopez. No i Casillas zagra przynajmniej jeszcze raz zanim pojedzie do Brazylii: 24 maja w finale w Lizbonie. On jeden z tej drużyny pamięta czasy, gdy „Królewscy” wygrywali Puchar Europy.

Aż strach wyobrazić sobie skalę emocji, jeśli okaże się, że do finału awansuje Chelsea i w Lizbonie Real zmierzy się z Jose Mourinho. Portugalczyk opuszczał latem Madryt jak persona non grata. Obie strony są przekonane, że mają rachunki do wyrównania.



Monachium ma płonąć. Płonąć chęcią odwetu będzie też drużyna Bayernu. Pep Guardiola inteligentnie podgrzewa atmosferę, wmawiając Niemcom, że hiszpańskie media pogrzebały już szanse obrońcy trofeum.

W prasie hiszpańskiej nie znalazłem słowa o tym, że Real jest pewny gry w finale w Lizbonie. Twierdziłby tak tylko człowiek szalony, ignorując, że od 2002 roku „Królewscy” walczyli w półfinale Champions League już czterokrotnie – bez powodzenia. Gol przewagi z pierwszego meczu w Madrycie to zadatek, który da się roztrwonić w kilka sekund, tymczasem na Allianz Arena „Królewskich” czeka w najlepszym razie 90 minut bitwy.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio Bayern był aż tak podrażniony. W rewanżu chce połknąć Ronaldo, Bele’a, a resztę na deser. Także dla Guardioli byłaby to jedna z najdotkliwszych porażek w karierze, gdyby jego zespół okazał się gorszy od Realu Madryt. Prowadzona przez niego Barcelona odpadała z Champions League z Interem i Chelsea, przeciwnikami, którzy nie odgrzewali w Katalończyku żadnych bolesnych wspomnień.

- Nasz szturm będzie trwał od pierwszej do ostatniej minuty i nawet, jeśli nie przyniesie powodzenia, zejdziemy z boiska z czystym sumieniem – obiecuje Arjen Robben.

Bayern ma jednak swoje problemy. Ostatnio został wytrącony ze zwycięskiej serii. Na Santiago Bernabeu zdołał zagrozić bramce Ikera Casillasa jeden raz, mimo iż bardzo długo utrzymywał się przy piłce. Inicjatywa była jednak pozorna, zapewne odkąd Pep buduje niemiecką wersję tiki-taki, nigdy nie czuł się tak sfrustrowany i bezradny jak sześć dni temu. A potem musiał słuchać złośliwości prawionych mu przez Franza Beckenbauera, co zapewne wywołało w nim furię.

Tematem numer 1 w Monachium jest forma Francka Ribery’ego, który według mediów nie potrafi się otrząsnąć po tym, jak Cristiano Ronaldo sprzątnął mu sprzed nosa Złotą Piłkę. Francuz nie robi ostatnio różnicy na korzyść Bawarczyków, Guardiola trzyma go w podstawowym składzie tłumacząc, że spadek formy wybitnego gracza trener musi wziąć na siebie. Poza tym nigdy nie wiadomo, kiedy skrzydłowy może odpalić. To sytuacja trudna, jak z Messim w Barcelonie: im dłużej trwa w sportowym letargu, tym bliższy wydaje się moment, kiedy się z niego wyrwie.

Dla Realu podróż do Monachium do lekkich należeć nie może. Niemcy to kierunek budzący bardzo niewiele dobrych skojarzeń. Z 27 meczów Real wygrał tam dwa, z dziesięciu na Allianz Arena i wcześniej na Stadionie Olimpijskim w Monachium „Królewscy” przegrali dziewięć i tylko raz udało im się zremisować. – Zostawmy za sobą złą przeszłość – apeluje Sergio Ramos.

Poczuciem humoru błysnął Carlo Ancelotti. On prywatny bilans z Niemcami ma dobry. Po wylądowaniu w jaskini lwa spojrzał w niebo i przypomniał z wyrzutem, że Karl-Heinz Rummenigge obiecywał mu w Monachium pożar. Miały płonąć nawet drzewa, a póki co padał deszcz.

– Bylibyśmy idiotami, gdyby wydawało mam się, że już wygraliśmy – mówi Włoch odpowiadając na słowa Guardioli. W Realu nikt nie myśli o niczym więcej poza batalią o pokonanie Manuela Neuera. Jeśli się uda, obsesja „La Decima” ma szansę zostać zaspokojona. Skoro jednak Bayern nawet pogrążony w kryzysie zawsze był rywalem skrajnie niewygodnym, to co dopiero teraz w czasach prosperity.

Droga do trzech ostatnich Pucharów Europy wiodła Real przez Niemcy. W 1998 roku trzeba było wyeliminować Leverkusen w ćwierćfinale, a w następnej rundzie Borussię Dortmund. W 2000 roku „Królewscy” ograli Bayern w półfinale, choć wcześniej dwa razy polegli wysoko w fazie grupowej. Dwa lata później  Real wyeliminowali Bawarczyków w ćwierćfinale, w finale pokonując Bayer Leverkusen. Niemcy są więc ziemią przeklętą, na której „Królewscy” umieli jednak czasem gasić pożary.



niedziela, 27 kwietnia 2014

Gol Raula Garcii może się okazać tak samo ważny jak 27 bramek Diego Costy. Dał Atletico zwycięstwo nad Valencią na Estadio Mestalla i komfort na końcówkę drogi po mistrzostwo.

Gdyby po meczu z Valencią oceniać największą gwiazdę Atletico, selekcjoner Vicente del Bosque musiałby czuć się poważnie zaniepokojony. Zmarnowane dwie banalne okazje do zdobycia bramek, przez gracza, który w Brazylii ma być wartością dodaną dla mistrzów świata, nie zostały karygodnym wykroczeniem na Mestalla, tylko dlatego, że główka Raula Garcii rozstrzygnęła spotkanie na korzyść lidera z Madrytu. To miał być egzamin decydujący, drużyna Diego Simeone go zdała.

Z 17 goli zdobytych po główkach przez Atletico, siedem strzelił Raul Garcia. Zespół Simeone zdobył już 88 pkt, najwięcej w swojej historii, musi jeszcze dołożyć sześć, by wybić wielkim rywalom z głowy mistrzostwo Hiszpanii. Mogą mu to zapewnić triumfy nad Levante i Malagą, a na Camp Nou będzie mogło jechać, by odebrać hołdy. Zasłużone. Przed rokiem, gdy w finale Pucharu Króla drużyna Simeone pobiła Real Madryt pierwszy raz od 14 lat, wydawało się, że stać ją na pojedyncze zwycięstwa, ale nie walkę na długim dystansie. Tymczasem po 35 meczach tego sezonu ma o cztery i sześć pkt więcej od zespołów o budżecie największym na świecie (trzeci w tabeli Ral ma jednak mecz zaległy).

Symboliczny był na Mestalla brutalny faul Juanfrana na Piattim. W 91. min Valencia wyprowadzała kontrę, którą trzeba było przerwać wszelkimi środkami. Boczny obrońca reprezentacji Hiszpanii, choć brutalem zawodowym nie jest – w 293 meczach Primera Division wyleciał z boiska drugi raz - wpakował się w nogi uciekającego rywala z tyłu. Simeone pewnie mu to wybaczy, jako piłkarz zrobiły zapewne to samo.

Wygląda na to, że w 10. rocznicę zdobycia tytułu mistrza Hiszpanii przez zespół inny niż Barcelona i Real, powtórzy się coś niezwykłego. W 2004 roku mistrzowska Valencia uzbierała 77 pkt, dziś z tą liczbą mogłaby myśleć zaledwie o czwartym miejscu.

Brakuje niewiele, by Simeone przełamał monopol kolosów. Wydaje się, że niemal wszyscy mu tego życzyli, znużeni monotonnym obijaniem rywali przez dwie potęgi z Camp Nou i Santiago Bernabeu. Ile tym razem trzeba będzie czekać na kolejnego rewolucjonistę w Primera Division? Oby nie dłużej niż dekadę.

Niezwykły mecz rozegrała Barcelona z Villarreal na El Madrigal. Najpierw gospodarze zdobyli dwa gole i było 2-0, po czym kolejne dwa, doprowadzając do remisu 2-2, bo trafiali do własnej bramki. Wreszcie zwycięską bramkę dla Barcy zdobył Leo Messi dedykując ją Tito Vilanovie.  Po godzinie rywalizacji wydawało się, że obrońca trofeum odpada z walki ostatecznie, tymczasem stał się cud. Póki co wygląda jednak na to, że zdecydowanie za późno.

We wtorek Real Madryt gra rewanż z Bayernem w Monachium w półfinale Champions League. „Królewscy” wciąż z szansami na pierwszą w historii potrójną koronę, równie dobrze mogą zostać na koniec tylko z Pucharem Króla. Ta druga ewentualność byłaby wielkim rozczarowaniem. Zwłaszcza w sezonie, w którym na sześć meczów przed finałem nie przegrało się jeszcze niczego.

Atletico jedzie w środę na Stamford Bridge, by zdobywać gole. Przeciw Chelsea Jose Mourinho, która zdaje się wygrywać nawet kiedy nie chce. Liverpool walczy o pierwsze mistrzostwo Anglii od 24 lat, pierwsze w karierze Stevena Gerrarda, "Mou" posłał w niedzielę do gry na Anfield rezerwowych, a jednak pokonał tak niesamowicie zmotywowanego przeciwnika. Znowu The Special One.



piątek, 25 kwietnia 2014

Dwa i pół roku trwała walka Tito Vilanovy z rakiem ślinianki. W piątek okazała się przegrana. Były trener Barcelony zmarł po operacji.

„Wszyscy jesteśmy z Tito, ściskamy kciuki” – mówił trener Realu Carlo Ancelotti na wieść o tym, że Vilanova trafił nagle do szpitala z problemami żołądkowymi i musi być operowany. To nie był zwrot grzecznościowy, niedawny trener Barcelony był zawsze wyjątkowo lubiany w środowisku. Skromny, opanowany, taktowny. A przede wszystkim naturalny, co w futbolu na najwyższym poziomie zdarza się rzadko. Mówił mało, wolał by za niego przemawiała drużyna.

W listopadzie 2011 roku wykryto u niego nowotwór ślinianki. W Barcelonie był wtedy jeszcze asystentem Pepa Guardioli. Wyleczył się, można było mieć nadzieję, że definitywnie, bo gdy Guardiola odchodził, został jego następcą. Nawrót choroby nastąpił w grudniu 2012 roku. Vilanova zostawił drużynę, pojechał do Nowego Jorku na kurację, skąd wrócił 2 kwietnia 2013. Jego zespół zdobyła tytuł mistrza Hiszpanii z rekordową liczbą 100 pkt. 19 lipca tuż przed sparingiem z Lechią w Gdańsku, gdy wydawało się, że poprowadzi drużynę dalej, nastąpił kolejny nawrót choroby.

Musi zrezygnować z pracy w Barcelonie skupiając się na leczeniu.  Od tamtej pory walczył o życie. Sił dodawał mu przykład lewego obrońcy klubu Erica Abidala, który po nawrocie raka wątroby miał przeszczep i wrócił na boisko. Dziś gra w Monaco. Po śmierci Vilanovy Abidal zamieścił zdjęcie na Twitterze, jak obaj z Tito wznoszą trofeum za zwycięstwo w lidze hiszpańskiej. „Za to wszystko, co przeżyliśmy razem nigdy Cię nie zapomnę.  Dzięki za wspólną walkę” – napisał Abidal.

Jesienią i zimą Vilanova bywał nawet na meczach Barcy. Przed tygodniem jego stan raptownie się pogorszył. Miał kłopoty żołądkowe, w czwartek przeszedł operację w centrum szpitalnym Quirón w Barcelonie. Lekarze oceniali jego stan jako krytyczny, ale stabilny. W piątek zmarł.

Komentarze pod informacją w barcelońskim dzienniku „Sport” oddają mu hołd. Kibice Realu Madryt, Athletic Bilbao i wszyscy inni Hiszpanie. „Płaczę jak dziecko, a moje łzy płyną z duszy” – napisał kibic z La Corunii. „Walczył o zwycięstwo w meczu swojego życia, ale sędzia powiedział mu, że musi opuścić boiska ziemskie, bo Bóg powołał go do prowadzenia drużyny w niebie” – pisał inny. „Jestem z Madrytu, kibic Realu. Chciałbym, żeby mój klub przegrał wszystkie mecze, gdyby to mogło wskrzesić tego niezłomnego człowieka”.

Obrońca „Królewskich” Sergio Ramos napisał na Facebooku: „Tito, to wzór siły i waleczności dl nas wszystkich”. Cesc Fabregas znał Vilanovę 14 lat. „Wszyscy cule będą Ci wdzięczni na zawsze. Takich jak Ty jest niewielu. Dzięki, że zawsze wierzyłeś we mnie, pomagałeś, motywowałeś. Z Twoją pomocą stawałem się lepszy”.

Tito miał 45 lat. Niemal całe sportowe życie spędził w Barcelonie. Do „La Masia” trafił w wieku 16 lat, ale do pierwszej drużyny się nie przebił, choć w juniorach grał z Guillermo Amorem, bramkarzem Carlesem Busquetsem (ojcem Sergio), Albertem Ferrerem. Odszedł. W jego wędrówce po klubach były Celta Vigo, Mallorka i Elche. Do Barcy wrócił w 2001 roku, by pracować z dziećmi. Wtedy prowadził słynny zespół Cadete B z Messim, Fabregasem i Pique.

Rok później prezes Joan Laporta zreformował jednak sekcje młodzieżowe, więc Tito stracił pracę. W 2007 roku miał trenować Terrassę, ale Guardiola namówił go na pełnienie roli jego asystenta w rezerwach Barcelony. Po roku razem objęli rozbity pierwszy zespół opuszczony przez Franka Rijkaarda i osiągnęli sukcesy nienotowane w historii klubu z dwoma triumfami w Champions League. 22 kwietnia 2012 roku prezes Sandro Rosell ogłosił, że następcą Guardioli będzie jego dotychczasowy współpracownik. Był czwartym trenerem w historii Barcy, który jako debiutant zdobył mistrzostwo Hiszpanii. Przed nim tylko Josep Semitier, Louis van Gaal i Guardiola. Został nagrodzony trofeum Miguela Munoza dla najlepszego trenera ligi hiszpańskiej.

Był mężem Montse Chaure, ojcem Carloty i Adriána.

czwartek, 24 kwietnia 2014

Po 11 latach Real Madryt znów wygrał pierwszy mecz w półfinale Champions League. „Królewscy” udowodnili sobie i Bayernowi, że bój o wyjazd do Lizbony nie będzie jednostronny. „Nasze kontry są zabójcze” – cieszył się Carlo Ancelotti.

Kontratak w 19. minucie przypominała futbolową wersję akcji Muhammada Aliego, którą w ósmej rundzie „Rumble in the Jungle” znokautował w Kinszasie George Foremana. Bayern miał przygniatającą przewagę na początku gry, tymczasem Ronaldo, Coentrao i Benzema wymienili piłkę tak szybko i zaskakująco, że nikt w zespole mistrza Niemiec nie zdążył zareagować. Dla każdego z trójki była to wielka chwila. Swoim genialnym, finezyjnym podaniem Ronaldo pokazał, że jest dla Realu kimś znacznie więcej niż maszynką do zdobywania bramek. Coentrao sprawił, że Madryt nie płacze za Marcelo, Benzema był tam, gdzie powinien, a przecież od 2009 roku w Realu zarzuca się mu, że instynkt strzelecki jest jego słabszą stroną.

Gdyby kilka minut później Ronaldo dokładnie przystawił nogę do piłki, dla Manuela Neuera mógłby to być wieczór wyjątkowo przykry. Ale Portugalczyk spudłował.

Tak naprawdę jednak „Królewscy” wygrali ten mecz defensywą. Jeszcze 12 miesięcy temu była dziurawa, a Pepe z Ramosem prześcigali się w kiksach, jakby chcieli do końca obrzydzić życie w Madrycie Jose Mourinho. Carlo Ancelotti zmienił tę parę desperados w solidny mur obronny. Tym solidniejszy, że mogący liczyć na wsparcie na bokach i z drugiej linii. Po raz pierwszy od dawna futbolowy świat zobaczył skrzydłowych Bayernu Arjena Robbena i Francka Ribery’ego tak bezproduktywnych w meczu o stawkę. Holender próbował swojej firmowej akcji z dryblingiem do środka i strzałem z lewej nogi, ale bezskutecznie. Za Coentrao był zawsze kolejny rywal.

W ósmym meczu na Santiago Bernabeu trener Pep Guardiola poznał w końcu smak porażki. Z Barceloną zaliczył tam pięć zwycięstw i dwa remisy.  „Jestem dumny z drużyny za sposób, w jaki utrzymywała się przy piłce” – stwierdził. Paradoksalnie Bayern stracił gola w pierwszej połowie meczu, kiedy jego „possesion” osiągnęła 74 proc. „Utrzymywani piłki jest nic niewarte, gdy rywal stwarza sobie sytuacje” – powiedział Franz Beckenbauer. „Kaiser” wciela się w rolę naczelnego krytyka Katalończyka, co sprawia, że debata wewnętrzna na temat „Barcelony bis” nabiera rozpędu.

Niechęć do tego, by Pep przerabiał na modłę barcelońską Bayern, tradycyjny niemiecki klub, w którym wartości takie jak siła, waleczność, pragmatyzm, odpowiedzialność i prostota gry w najlepszym sensie tego określenia, po takich meczach jak wczorajszy jest coraz bardziej gorąca. Monachijczycy nie muszą nikogo kopiować, „swoją” grą zdobyli Puchar Europy pięciokrotnie (więcej niż Katalończycy). Z drugiej strony nikt nie protestuje, gdy Joachim Loew w reprezentacji Niemiec robi to samo - czyli zmienia styl gry na bardziej kombinacyjny. Trudno odmówić nowemu trenerowi Bayernu prawa do własnych pomysłów, zwłaszcza komuś takiemu jak Guardiola, który pięć lat temu podniósł Barcę ze zgliszczy wygrywając z nią wszystko. Chciał Beckenbauer status quo, mógł zatrzymać Juppa Heynckesa.

Tak, czy siak, rewanż za pięć dni w Monachium będzie zapewne porywający. Do wczoraj można się było obawiać, że to raczej Bawarczycy obnażą słabości „Królewskich”. W drużynie Carlo Ancelottiego zagrało wszystko poza skutecznością. Kibice z Bernabeu znów mieli ochotę czcić święte ręce Ikera Casillasa, gdy obronił strzał Mario Goetzego w końcówce meczu. Real pojedzie na Allianz Arena mając konkretne atuty, czy Bayern pozwoli mu z nich skorzystać? Ciężko przewidzieć. Wczoraj Bawarczyków ujawnili swoje ograniczenia w tyłach i w ataku. Obrońcom brakuje szybkości, napastnikom i pomocnikom kreatywności w polu karnym. W gąszczu maszyna się zawiesza, włącza tryb jałowy, tak jak Barcelona od początku 2012 roku.

Faworytem do awansu pozostaje Bayern. Ale pierwszy raz od 11 lat „Królewscy” jadą na drugi mecz półfinału Champions League mając przewagę. 6 maja 2003 roku „galaktyczni” pokonali Juventus Turyn 2-1 po golach Brazylijczyków Ronaldo i Roberto Carlosa. Te nazwiska świadczą, jak odległe to czasy. Asystent Ancelottiego Zinedine Zidane biegał jeszcze wtedy po boisku. W Turynie lepsi okazali się Włosi, którzy pojechali na finał na Old Trafford. Tam zatrzymał ich Milan Ancelottiego.

Sen o „La Decima” trwa. Inna rzecz, że już bardzo długo. Może czas, żeby się spełnił, w klubie, który wciąż wydaje na transfery więcej niż szejkowie. Gracze „Królewskich” mają prawo być głodni sukcesu. Ronaldo wygrał Ligę Mistrzów raz, w barwach Manchesteru. To by było kuriozum, gdyby ta cała gigantyczna inwestycja dokonana przez Florentino Pereza miała spełznąć na marzeniach. Tyle, że piłka to przedmiot, któremu wszystko jedno. Kto lepiej nad nią panuje, ten wygrywa. Do przerwy 0-1, ale Bayern wciąż ma realne szanse na lizboński finał.

„Widzisz Bayernie, oto jest Real Madryt” – krzyczy dziś takim tytułem dziennik „Marca”. To raczej zbytek egzaltacji, bój o Lizbonę dopiero się zaczyna.



środa, 23 kwietnia 2014

Czy Bayern i Guardiola ugruntują opinię katów Realu? A może jak rewolucjoniści Ronaldo i Bale przełamią faworyta i po 12 latach "Królewscy" zagrają w finale Ligi Mistrzów? Pierwsze starcie wagi ciężkiej dziś w Madrycie.

Za 19,95 euro można kupić w Monachium czerwoną jak krew koszulkę z napisem "Czarna Bestia" i hasłem "Jedziemy do Lizbony". Bawarczycy są świadomi, że jeśli istnieje klub na ziemi przed starciem, z którym kibice Realu zrywają się z krzykiem w środku nocy, jest nim właśnie Bayern.

1976, 1987, 2001, 2012 - to lista porażek "Królewskich" z Bawarczykami w półfinale Pucharu Europy. Uzupełnia ją kolejna, sprzed siedmiu lat, w pierwszej rundzie fazy pucharowej. W 2000 roku na Santiago Bernabeu, gdy w meczu grupowym Bayern wygrał z Realem 4:2, Oliver Kahn wzniósł cztery palce na oczach fanów Realu, wypowiadając słowa: - Jesteśmy waszym ogrem.

Oczywiście nie zawsze było tak, że najbardziej utytułowany klub w historii dostawał lanie w rywalizacji z Bayernem. Zaledwie dwa miesiące po tym, jak charyzmatyczny bramkarz Bawarczyków próbował upokorzyć piłkarski Madryt, Real zrewanżował się Bayernowi, eliminując go w półfinale Ligi Mistrzów. A po kolejnych dwóch tygodniach pokonał w Paryżu Valencię, zdobywając Puchar Europy po raz ósmy. Dziewiąty wywalczył dwa lata później w erze galaktycznej z Figo i Zidane'em. Na dziesiąty wyczekuje jednak aż do dzisiaj.

Mimo iż dwie wielkie marki sięgały w sumie po najważniejsze klubowe trofeum aż 14 razy, nigdy nie spotkały się w finale. W tym roku była na to szansa, ale losowanie po raz kolejny skrzyżowało ich drogi wcześniej. - Bardzo się cieszę. Atletico i Chelsea byłyby dla Bayernu trudniejszymi rywalami - wypalił Kahn. Prezes Karl-Heinz Rummenigge łagodzi buńczuczne słowa byłego bramkarza. - Jedziemy na Bernabeu z pokorą i szacunkiem dla rywala. Naszą misją jest zdobycie gola.

Tak naprawdę jednak Real mierzy się dziś nie z jedną, ale dwoma Czarnymi Bestiami. Pep Guardiola stał się nią dla "Królewskich" jako trener Barcelony. Czy dziś dopisze kolejny rozdział cierpienia kibiców Realu?

- Zostawiłeś mi drużynę doskonałą - powiedział Katalończyk do swojego poprzednika Juppa Heynckesa na początku sezonu, dodając z wyrzutem, że nic w niej nie może ulepszyć. Z Heynckesem na ławce Bawarczycy wywalczyli potrójną koronę pierwszy raz w historii. Ale Pep nie byłby sobą, gdyby zostawił wszystko tak, jak było. Bayern, który przed rokiem demolował rywali szybkimi akcjami ze skrzydeł, zaczął grać kombinacyjnie. Guardiola znalazł nową pozycję dla Philippa Lahma, którego nazywa najinteligentniejszym graczem, z jakim pracował. Kapitan bywa dziś pomocnikiem, a nie tylko bocznym obrońcą, i w większym stopniu wpływa na grę drużyny. Katalończyk przeszczepił do Bawarii system gry z fałszywym napastnikiem, wtedy Maria Mandżukicia zastępuje "na szpicy" Thomas Müller. Właśnie takiej taktyki obawia się dziś trener Realu Carlo Ancelotti, uważając, że ze statycznym Chorwatem jego para stoperów Sergio Ramos - Pepe poradziłaby sobie zdecydowanie łatwiej.

Według dziennika "El Pais" największą nadzieją dla Ancelottiego są wolni stoperzy Bayernu. Ani Boateng, ani Javi Martinez, ani nawet Dante nie są dość szybcy i zwrotni, by zatrzymać trio BBC (Benzema, Bale, Cristiano Ronaldo) wsparte będącym w życiowej formie Angelem Di Marią. Jeśli Bayernowi nie będzie wychodziła gra wysokim pressingiem i natychmiastowe odbieranie piłki na połowie Realu, rozpędzeni skrzydłowi za 200 mln euro powinni być już nie do zatrzymania, wbiegając w wolną przestrzeń za obroną Bayernu. Stoperzy z Bawarii będą o tyle spokojniejsi, że za ich plecy wraca po kontuzji Manuel Neuer.

- Nie jesteśmy już faworytem Ligi Mistrzów - ogłosił Arjen Robben, bohater finału sprzed roku, a pięć lat temu gracz "Królewskich". Dodał jednak, że Bayern ma atuty, by ograć Real, tyle że ich w ostatnich meczach nie ujawnia. Faktycznie po zdobyciu mistrzostwa 7 marca (najwcześniej w historii Bundesligi) Bawarczycy nie grzeszą motywacją, formą ani wynikami. Porażka z Borussią Dortmund na Allianz Arena 0:3 wlała w serca rywali monachijskiego ogra odrobinę nadziei. Może ten Bayern Guardioli jest jednak zespołem z tej Ziemi?

Real od 12 lat żyje chęcią wygrania Pucharu Europy po raz dziesiąty, czyli zdobycia "La Decima". Z czasem chęć zmieniła się w obsesję, a Florentino Perez właściwie przestał liczyć się z kosztami. Za 96 mln euro sprowadził Cristiano Ronaldo pięć lat temu. Nie wystarczyło, to minionego lata dorzucił Garetha Bale'a za 91 mln. Przed tygodniem Walijczyk został bohaterem Madrytu po zdobyciu zwycięskiego gola w finale Pucharu Króla przeciw Barcelonie. Real ma pierwsze trofeum, ale marzy o pierwszej potrójnej koronie w swojej historii. Impulsywny José Mourinho misji nie wykonał, choć trzy razy prowadził drużynę do półfinału. Latem nadszedł czas spokojnego Carla Ancelottiego, który ma wykorzystać doświadczenie z Milanu, Chelsea i PSG. Czy wystarczy go na Bayern, czyli rozliczenie z najboleśniejszymi momentami historii Realu?

- Oni są Czarną Bestią Realu, ale moją na pewno nie. Prowadzone przeze mnie drużyny osiągały z Niemcami dobre wyniki. Ale jakie znaczenie ma to, co było? Moja nadzieja na finał płynie z formy zespołu - mówi trener Realu.



wtorek, 22 kwietnia 2014

Ich drużyny nie grają w piłkę, ale o nią walczą. Nie czują potrzeby zachwycania, żyją obsesją zwycięstw. W dzisiejszym boju Atletico z Chelsea o finał Ligi Mistrzów znaczące role mają odegrać futbolowi przywódcy Diego Pablo Simeone i Jose Mourinho.

 „Nie jestem Tito, ja urwę ci łeb” – rzucił w kierunku Mourinho wściekły German Burgos, asystent Simeone. Dialog rozegrał się w ubiegłym roku, na Santiago Bernabeu, podczas derbów Madrytu. Trwało najbardziej traumatyczne 12 miesięcy w zawodowym życiu Mourinho, który mając do dyspozycji wirtuozów miary Cristiano Ronaldo, pierwszy raz w karierze nie zdobył trofeum. Kiedy latem odchodził do Chelsea, pozostawiał w Hiszpanii wielu wrogów. Przez trzy lata pracy z „Królewskimi” toczył nieustanną wojnę z sędziami, trenerami innych drużyn, a nawet działaczami Realu i swoimi piłkarzami. Tito Vilanovie z Barcelony włożył palec do oka po Gran Derbi, co dla Hiszpanów stało się symbolem szaleństwa, w które popadał w Realu.

Paradoksalne było może to, że pracujący w Atletico German Burgos uważa siebie za wielbiciela Mourinho. Nie tego, który odchodzi od zmysłów po porażkach swojej drużyny, ale tego, który w najdrobniejszych detalach planuje każdy szczegół meczu. Jeszcze na długo przed pierwszym gwizdkiem arbitra rozpoczyna grę psychologiczną z przeciwnikiem, która ma zwiększyć szanse jego zespołu. To drugie, lepsze wcielenie Mourinho odradza się właśnie w Chelsea.

Portugalczyk sam mówi, że ma niebieskie serce. W dodatku zamiast pracy z indywidualnościami w typie Cristiano Ronaldo, woli przewodzić boiskowym wojownikom. Takim jak John Terry, albo Frank Lampard, którzy przed rokiem zdawali się na Stamford Bridge przekreśleni, a pod ręką „Mou” odzyskali utracony status gwiazd. Właśnie ta waleczność i ambicja legły u podstaw zwycięstwa „The Blues” w ćwierćfinale Champions League nad Paris Saint Germain. Finansowane przez katarskich szejków gwiazdy z Paryża grały o półfinał, piłkarze „Mou” o niego się bili, co przyniosło im upragnionego gola w 87. minucie rewanżu na Stamford Bridge.

Jeśli Mourinho jest wielbicielem piłkarskich zakapiorów, to niczego innego nie da się powiedzieć o Diego Simeone. W 2011 roku Argentyńczyk zastał w Madrycie drużynę rozbitków, zmieniając ją na własne podobieństwo. Sam był w grze bezkompromisowy, trup wokół niego ścielił się gęsto. Trudno nazwać go jednak pospolitym zabijaką, ktoś taki nie zagrałby w reprezentacji Argentyny 106 meczów. Tak jak Simeone nie można było odmawiać klasy, tak trudno jej nie dostrzec u graczy Atletico. Diego Godin, Joao Miranda, Tiago, Gabi, Raul Garcia, Diego Costa – Brazylijczyk, który na mundialu w ojczyźnie zagra dla Hiszpanii, to grypa piłkarskich komandosów. Dodając do tego błyskotliwość Koke i Ardy Turana mamy obraz zespołu, któremu szkoleniowiec Arsenalu Arsene Wenger wieszczył wielką karierę w Champions League już na początku fazy grupowej.

I rzeczywiście, pokonując Barcelonę Atletico dotarło do półfinału Pucharu Europy pierwszy raz od 40 lat. Do czasu pojawienia się Simeone, klubem wciąż rządził chaos, jakby nieodwracalnie wisiała nad nim ręka zmarłego w 2004 roku Jesusa Gila, który przez 16 lat swojej dyktatury na Vicente Calderon zwolnił 26 trenerów. Dziś madrycka drużyna wydobywa się z długów, stając się rewelacją europejskiej piłki. Powszechny podziw zjednują jej nie tylko imponujące dokonania w Champions League, ale przede wszystkim w lidze hiszpańskiej, gdzie rozbija monopol Realu i Barcelony. Od 2004 roku dwa najbogatsze kluby Primera Division zgarnęły wszystkie tytuły. Ich budżet jest o 400 mln euro wyższy niż Atletico.

Simeone znalazł na to sposób. Atletico nie gra pięknie, ale pragmatycznie. Stałe fragmenty gry opracowane przez trenera są jego znakiem firmowym. W piątek, w ostatnim meczu ligowym z Elche remis utrzymywał się do 70. minuty. Kiedy Atletico wywalczyło rzut rożny, Simeone podbiegł do linii bocznej unosząc dwa palce. Wariant numer dwa był ćwiczony mozolnie na treningach, ale opłaciło się, bo przyniósł gola Joao Mirandy. Najgorszy problem jest z rzutami karnymi: Atletico wykorzystało tylko 6 z 10 podyktowanych dla niego w tym sezonie. A przecież strzały z jedenastu metrów w rywalizacji o finał Champions League w Lizbonie mogą okazać się rozstrzygające, gdyby 210 minut walki skończyło się remisem.

Tak dumny jak Simeone mógł się czuć do soboty także Jose Mourinho. Jego drużyna jest w półfinale LM, w walce o tytuł mistrza Anglii zależała od siebie. I nagle zdarzyło się coś absurdalnego: porażka na Stamford Bridge 1-2 z Sunderlandem, ostatnią drużyną w tabeli. Frustrację Portugalczyka powiększył fakt, że zwycięski gol dla gości padł po błędzie arbitra dyktującego rzut karny. „Gratuluję szefowi sędziów” – wycedził przez zęby trener Chelsea. W przyszły weekend mecz „The Blues” z Liverpoolem miał rozstrzygać o tytule. Mourinho uwielbia takie wyzwania, potrafi zaplanować mecze na szczycie lepiej niż ktokolwiek. Ale dziś jego zespół traci do lidera już pięć punktów.

Nie jest pewne, czy dziś na Vicente Calderon zagra Eden Hazard, który leczył uraz od rewanżu z PSG. Kontuzjowany jest Samuel Eto’o. W 2012 roku Chelsea i Atletico zagrały o Superpuchar Europy, Hiszpanie wygrali 4-1, ale „The Blues” nie prowadził wtedy Mourinho.

Dla dwóch piłkarzy starcia tych drużyn są czymś wręcz symbolicznym. Napastnik „The Blues” Ferando Torres wychował się na Vicente Calderon, a strzegący bramki Atletico Thibaut Courtois jest graczem Chelsea. W umowie jego wypożyczenia do Madrytu zapisano, że za każdy mecz przeciw londyńczykom, Atletico musiałoby zapłacić 3 mln euro za mecz. Czyli 6 mln euro za dwa spotkania! Klubu z Vicente Calderon na to nie stać, UEFA przyszła mu z pomocą i uznała zapis za nielegalny. Prasa hiszpańska donosiła, że Mourinho się wściekł i zagroził, że jeśli Belg zagra przeciw Chelsea, nie zgodzi się na jego wypożyczenie do Atletico na kolejny sezon, ściągnie go do Londynu i za karę posadzi na ławce. Tyle, że media w kraju mistrzów świata gotowe są posądzać „Mou” o wszystko co najgorsze.



piątek, 18 kwietnia 2014

Jeśli Neymar, tak jak obiecywał, rzeczywiście przybył do Barcelony, by pomóc Leo Messiemu w utrzymaniu numeru 1 na świecie, przekonał się, jak szybko w piłce misja banalna i oczywista, zmienia się w niemożliwą.

Mina największej nadziei brazylijskiej piłki oddawała cały tragizm momentu, w którym Barcelona traciła szansę na Puchar Króla. Trofeum z pozoru najmniej ważne, ale w symboliczny sposób puentujące fatalny sezon zespołu z Camp Nou. Odwrócenie losów finału z Realem Madryt leżało w prawej stopie 22-latka z Brazylii, który przybywał do Barcelony jako kandydat na bohatera, by dziś wsłuchiwać się w przeraźliwe gwizdy. Pierwszy sezon Neymara w Barcelonie przypomina koszmar na jawie.

Przerażenie połączone z niedowierzaniem – można było zobaczyć na twarzy Neymara w 89. min finału z „Królewskimi”. Zaledwie cztery minuty wcześniej Gareth Bale wykonał sprint, który słusznie, czy nie przejdzie do historii rywalizacji obu wielkich, hiszpańskich klubów.  Media nazywają nowego gracza Realu „Księciem Walii”, porównują go do Usaina Bolta, wynosząc na futbolowy piedestał. Każdy z tych komplementów jest jak gwóźdź do trumny marzeń Neymara, który przecież nie uniknie porównań do Walijczyka.

Ostatniego lata Florentino Perez chciał dać za Neymara 100 mln euro. Kiedy Brazylijczyk postanowił dotrzymać wstępnych umów z Barceloną, ten nieziemski strumień gotówki został skierowany w stronę Tottenhammu i Bale’a. Walijczyk jest 2,5 roku starszy, poza tym pochodzi z nacji o znacznie niższym, futbolowym prestiżu. Zakup Bale’a był obarczony wielkim ryzkiem, eksperci wieszczyli, że nie potrafi poradzić sobie z grą kombinacyjną królującą w Primera Division. Na Estadio Mestalla przekonaliśmy się jednak na własne oczy, że szybkość, siła i witalność Walijczyka mogą być atutami nawet tam, gdzie z pozoru mało na nie miejsca.

W 89. min Neymar miał szansę to wszystko unieważnić, zmienić bieg historii. Xavi zaliczył przebłysk geniuszu rodem z dawnych lat, sprawiając, że Brazylijczyk znalazł się sam przed Ikerem Casillasem. Gdyby po jego strzale piłka inaczej odbiła się od słupka, potrzebna byłaby dogrywka. Ale Neymar spudłował o kilka centymetrów marnując największą szansę drużyny na wyrównującego gola.

Wyglądał po meczu za zagłodzony pies. To była jego osobista klęska. W dodatku znalazł się w znacznie trudniejszej sytuacji niż Xavi, Messi i Iniesta. Oni wygrali z Barceloną wszystko, on nic. Perspektywa rewolucji w drużynie i groźba chudych lat, które nadejdą, najbardziej powinna przerażać właśnie jego. W najgorszym ze scenariuszy dekadencja katalońskiego klubu może być kojarzona z jego transferem. Transferem Neymara, wielkiej nadziei Brazylii, nowego wcielenia Pelego, a przynajmniej Ronaldinho.

Mecz z Realem zakończył z kontuzją, do mundialu już w Barcelonie nie zagra. Kanarkowa koszulka kadry to dziś dla niego jedyna przyjazna perspektywa. Messi, który miał być największym sprzymierzeńcem Neymara, staje się od dziś jego wrogiem. Barcelonie nie dali razem prawie nic, w czarnym tygodniu, gdy ziemia obsuwała się spod stóp do niedawna najlepszej drużyny świata, Argentyńczyk nie wykonał nawet gestu wskazującego, że ma zamiar zapobiec nieszczęściu. Sfrustrowani ultrasi Barcy wykrzyczeli mu, że mundial w Brazylii przysłonił mu obowiązek spłacania 18 mln euro pobieranych co roku z kasy klubu.

Kredyt Messiego na Camp Nou jest jednak znacznie większy niż kredyt Neymara, który kosztował blisko 90 mln euro i dał drużynie niewiele. W przyszłości może się to oczywiście zmienić. Kiedy przywołamy ligowe El Clasico na Camp Nou, przypomnimy sobie, że pierwszy bezpośredni pojedynek Brazylijczyka z Walijczykiem wypadł zdecydowanie na korzyść nowej gwiazdy Barcelony. Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. Bale’a na mundialu nie będzie, Neymar gra w drużynie gospodarzy.

Iniesta, Neymar i Messi - trzy symbole dzisiejszej Barcelony pójdą teraz każdy w swoją stronę. Pokiereszowani fatalnym sezonem w klubie, poszukają szansy do rehabilitacji w drużynach narodowych. Messi ma obsesję, by zmierzyć się z legendą Maradony, nie dokona tego bez złotego medalu mistrzostw świta. Neymar z kolegami mają historyczny dług z 1950 roku zwany Maracanaco, o którym tak wiele opowiadali im rodzice i dziadkowie. Tylko Iniesta, bohater ostatniego finału w Johannesburgu pojedzie na mundial do Brazylii bez ostrego noża przystawionego do gardła. Na przełomie czerwca i lipca przekonamy się, jak gra się łatwiej.



czwartek, 17 kwietnia 2014

„Real pokonał smutną Barcelonę” – komentuje kataloński „Sport”. „Żegnaj Barcelono” – pisze „El Pais”. „Real ukrzyżował Barcelonę” – to tytuł z francuskiego L’Equipe. Media nie mają wątpliwości, że wielka drużyny stworzona przez Pepa Guardiolę przestała istnieć.

Gdy 90 minut gry potraktować, jako zbiorowy pogrzeb wybitnych piłkarzy, dla liderów Barcelony byłby nim wczorajszy finał Pucharu Króla przegrany z Realem Madryt. Kataloński „Sport” ogłosił, że zespół stworzony przez Guardiolę, najlepszy w historii klubu z Camp Nou, przestał istnieć. „W futbolu jesteś kimś, kiedy wygrywasz, po porażce traktują cię jak gówno” – skomentował Dani Alves. Prawy obrońca Barcy, kiedyś uważany za najlepszego na świecie na tej pozycji, zawalił wczoraj gola na 0-1. Twierdzi, że jest gotowy przyjąć gromy spadające na jego głowę.

Mimo później pory zakończenia meczu, hiszpańskie media natychmiast wyprodukowały barwną opowieść o nim. Są w nich zdjęcia opuszczonej fontanny Canaletas na Rambras w Barcelonie, pod którą Katalończycy świętowali w ostatnich latach częściej niż kiedykolwiek. Wczoraj w nocy w bezludnym miejscu sfotografowało się dwóch fanów z szalikami Realu Madryt. Większość świętowała oczywiście pod fontanną Cibeles, jak nakazuje tradycja królewskiego klubu.

Nie można sobie wyobrazić słodszej zemsty Realu Madryt. Zespół Guardiolu „upokarzał” sportowo „Królewskich” wielokrotnie. Wczoraj Real spłacił długi dopełniając koszmarnego tygodnia dla Katalończyków. W zaledwie siedem dni stracili szanse na trzy trofea przegrywając kolejno z Atletico (Liga Mistrzów), Granadą (Primera Division) i Realem (finał Pucharu Króla).

Koniec ery tej drużyny ogłaszano już kilkakrotnie. Pierwszy raz gdy w 2012 roku Barcelona przegrywała z Chelsea półfinał Champions League i oddawała Realowi tytuł mistrza Hiszpanii. Rok później Bayern Monachium zasypał Katalończyków gradem siedmiu goli w półfinale Ligi Mistrzów. Po raz pierwszy jednak od 2009 roku Barcelona przegrywa na wszystkich frontach.

Argentyński trener Gerardo Martino miał być tym, który zatrzyma dekadencję zespołu. W końcu Pique, Fabregas, Jordi Alba, Messi, Neymar, Busquets, Pedro, Alexis Sanchez to wciąż gracze młodzi. Andres Iniesta dopiero niedługo zostanie trzydziestolatkiem. Wydawało się, że ten zespół można odbudować wprowadzając do jego gry nowe schematy. Wczoraj Barca grała tak, jak zwykle: wolno, przewidywalnie, bez polotu, oblegając pole karne przeciwnika, który radził sobie z jej atakami bez większego kłopotu.

Nie byłoby tylu emocji we wczorajszym finale, gdyby młody Marc Bartra nie ruszył desperacko pod bramkę Ikera Casillasa i nie wyrównał strzałem głową po rzucie rożnym. Ale nawet on nie został bohaterem Katalonii, bo w rozstrzygającej mecz akcji Garetha Bale’a, został obiegnięty przez „Księcia Walii”. Podobno w czasie sprintu odnowiła mu się kontuzja, przez którą miał wczoraj nie grać. Lekarze pozwolili mu na występ 60 minut przed pierwszym gwizdkiem sędziego.

Na Camp Nou po latach tłustych przyszedł czas polowania na czarownice. Wściekłość, rozczarowanie, frustracja kibiców i mediów są proporcjonalne do sukcesów odnoszonych przez zespół w ostatnich 5 latach. Drużyna spada ze szczytu już od jakiegoś czasu, ale wczoraj na Mestalla sięgnęła czegoś, co dla niej może stanowić punkt krytyczny. Potrzeba zmian jest oczywista, Johann Cruyff już przed meczem ogłosił, że najlepiej, by do klubu wrócił Guardiola. Póki co brzmi to jak żart.

Już w środę twórca wielkiej Barcelony odwiedzi Santiago Bernabeu z faworyzowanym Bayernem. Półfinał Ligi Mistrzów zapowiada się szlagierowo, także ze względu na stan euforii, w którym znaleźli się „Królewscy”. Kontuzjowany Cristiano Ronaldo wczorajszy triumf oglądał z trybun, ma jednak nadzieję pomóc kolegom w boju o pierwszy od 12 lat finał Champions League. Ci nie mogli dostać lepszego zastrzyku wiary w siebie, niż wczorajsze zwycięstwo. W lidze przegrali z Barceloną dwa razy, przed finałem Pucharu Króla bukmacherzy stawiali na trzecią porażkę „Królewskich”. To, co nie udało się z Ronaldo na boisku, udało się na Estadio Mestalla bez niego.

Iker Casillas postawił na swoim. Zaczynał sezon w cieniu Diego Lopeza, dziś jest bramkarzem, którego ręce fani „Królewskich” nazywają świętymi. W Pucharze Króla nie puścił gola przez 790 minut, a nawet kiedy zdołał pokonać go Bartra, ostateczny pojedynek z Neymarem w 89. minucie wygrał. A potem ściskał Króla Juana Carlosa i wznosił trofeum. Najmniej może prestiżowe, ale zdobyte w spektakularny sposób.

Po ostatnim gwizdku arbitra Ronaldo ze współczuciem objął Leo Messiego, laureata czterech Złotych Piłek. Najlepszego strzelca w historii Gran Derbi, który w ostatnim El Clasico na Santiago Bernabeu zdobył hat-tricka. Argentyńczyk był wczoraj na boisku przez 90 minut, ale wpływ na grę miał taki sam, jak jego portugalski rywal z Madrytu.



 
1 , 2
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac