blog Darka Wołowskiego
RSS
czwartek, 30 kwietnia 2009

Nie mam zamiaru zbytnio cofać się w czasie. To było zaledwie wczoraj. Manuel Almunia odpowiedział nam na pytanie czy to już czas, by Łukasz Fabiański zajął jego miejsce w bramce Arsenalu. Niestety, to jeszcze nie jest ten czas. Cała prasa europejska pisze o rękach Hiszpana, który obronił zespół przed wyższą porażką na Old Trafford i gdyby nie on, sprawa awansu Manchesteru do finału LM byłaby może rozstrzygnięta. Drugi z polskich bramkarzy Tomasz Kuszczak z Manchesteru nie siedział nawet na ławce, tam znalazł się Ben Foster, co dowodzi, że ostatni rok był dla Kuszczaka krokiem wstecz. Gdy 12 miesięcy temu cieszył się z kolegami z MU z triumfu w finale w Moskwie miał prawo wierzyć, że w kolejnym w bramce stanie własnie on. Dziś Manchester prze do Rzymu bez Polaka.

Kilka godzin przed meczem na Old Trafford inny polski bramkarz w wielkim klubie - Jerzy Dudek zderzył się z Gutim na treningu Realu Madryt. Guti o kulach opuścił klinikę i na pewno nie zagra w sobotnim hicie z Barceloną. Przykro mi to pisać, ale do tego sprowadzi się chyba cały udział Polaka w gran derbi. Kiedy Juande Ramos przychodził do Realu postawił Dudka w bramce na mecz z Zenitem w Champions League. To było w połowie grudnia, tuż przed gran derbi na Camp Nou. Polak zagrał wtedy u Ramosa pierwszy i ostatni raz. Dziś wiadomo, że odchodzi z klubu.

Ktoś zauważy, że nie powinienem czepiać się naszych bramkarzy, skoro na nich kończy się polski udział w wielkim światowym piłkarskim tygodniu (półfinały LM, gran derbi na Santiago Bernabeu). No to już się nie czepiam. Przypominam tylko, że innym bohaterem na Old Trafford był strzelec gola John O'Shea. Ani Włoch, ani Hiszpan, ani Francuz, tylko normalny Irlandczyk, czyli facet z kraju w piłce drugoligowego. Czy my nie zasługujemy, by mieć kogoś takiego? Jednego na 40 mln ludzi.

środa, 29 kwietnia 2009

Barcelona, Manchester Utd, Chelsea, Arsenal - taką hierarchię w Champions League ustanowili przed półfinałami bukmacherzy. Spróbujmy ją odwrócić stawiając sakramentalne pytanie „czy ostatni mogą być pierwszymi?”. Mogą. Drużyna Arsene'a Wengera, która słabo zaczęła sezon, osiągnęła szczyt formy właśnie w jego końcówce. Adebayor, Fabregas i cała reszta - to jest realna siła zdolna oprzeć się każdemu. Nawet obrońcy trofeum. Jak wygrywa się z Manchesterem gracze Arsenalu dobrze wiedzą.

Oczywiście brakuje im wyrachowania i doświadczenia. Nie mają kogoś takiego jak Cristiano Ronaldo, który rozstrzyga mecze strzałem z połowy boiska, lub wojownika jak Rooney dającego z siebie więcej niż wymaga trener. Gdyby jednak zsumować talenty drzemiące w piłkarzach, Arsenal nie musiałby mieć kompleksów ani wobec Manchesteru, Chelsea, a nawet Barcelony.

Problemem może być Wenger, trener tak samo bezkompromisowy jak Pep Guardiola z Barcelony. On nie dostosuje się do sytuacji, każe grać swoim młodocianym piłkarzom tak, jakby to nie było Old Trafford, ale podrzędny stadion w Premier League. Manchester na pewno nie spotka dziś na swej drodze rywala takiego, jakim wczoraj, na Camp Nou była dla Barcy Chelsea. Łatwiej będzie o gole Manchesterowi, łatwiej o bramki także dla Arsenalu. Zobaczymy znacznie lepszy mecz, bez przesadnego wyrachowania i taktycznych zawijasów.

Większość sympatii świata piłki będzie dziś po stronie Manchesteru. Razem z Barcą tworzą parę powszechnie kochaną. Dla mnie jednak sukces Arsenalu, nie tylko w półfinale, ale w całych rozgrywkach, nie byłby czymś trudnym do zaakceptowania. Drużyna Wengera gra wystarczajaco pięknie, by los darował jej niedostatki w rutynie. 

Każdy z czwórki ma ogromne atuty, przyznam jednak szczerze, że wadą Chelsea jest Guus Hiddink... Nie, zupełnie nie przeszkadza mi to, że czego się nie dotknie, zamienia w sukces. To akurat zasługuje na podziw. Do Holendra mam żal osobisty i historyczny. Chodzi o mundial w 2002 roku - jako trener reprezentacji Korei nie mógł nie widzieć skandalicznego sędziowania, które za rękę zaprowadziło jego drużynę do strefy medalowej. Po meczach z Włochami (1/8 finału) i Hiszpanami (ćwierćfinał) mógł z przyzwoitości milczeć, a jednak wychodził do dziennikarzy i bez wstydu perorował, że skargi na gospodarskich arbitrów to ordynarna fobia, która sprawia, że gdy przybysz z Europy przegrywa, szuka usprawiedliwień w azjatyckich spiskach.

Nie ma trenera, który nie powiedziałby kiedyś czegoś głupiego. W 2002 roku Hiddink nie zachowywał się jednak jak głupiec, ale jak skrajny cynik.


To był czwarty kolejny półfinał Champions League w którym Barca nie zdobyła gola na Camp Nou. Zaczęło się w sezonie 2001-2002 porażką z Realem 0:2, której już na Bernadeu nie udało się odrobić (1:1). W sezonie 2005-2006 remis z Milanem dał finał, bo na San Siro drużyna z Katalonii wygrała 1:0 po bramce Giuly'ego. Przed rokiem bezbramkowy remis z Manchesterem okazał się porażką, bo potem na Old Trafford było 0:1. Jak będzie z Chelsea?

W wypowiedziach Katalończyków po wczorajszej wojnie boksersko-zapaśniczej wyczuwa się żal do rywala za to, że nie myślał o niczym wiecej niż defensywie. Samuel Eto'o cieszył się, że w rewanżu Chelsea nie bedzie mogła grać tak samo, Guardiola wściekał się na arbitra pytając jak to możliwe, by drużyny atakujaca i przeszkadzająca dostały tyle samo kartek. Trener Barcy mógł się wściekać także na siebie, bo być może dwie zmiany, które zrobił w końcówce kosztowały drużynę zwycięstwo. Gdyby na miejscu Krkica był Eto'o, a na miejscu Hleba Henry - nastroje w Katalonii mogły być wręcz euforyczne. Ale jak wiadomo Ligi Mistrzów nie wygrywa się w jedenastu. 

Chelsea dała popis inteligencji i siły. Wobec niej atuty Barcy zostały zredukowane do minimum. Co można było przeciwstawić tej zwierzęcej sile? Technikę i szybkość. Szybkości Barcelonie z pewnoscią zabrakło - już w drugim kolejnym meczu, bo tak samo było z Valencią na Mestalla. Czy forma fizyczna drużyny jest wystarczajaca, by sprostała wyzwaniom tej części sezonu, w której wszystko się rozstrzyga? 

W ankiecie ”Marki” wciąż 56 proc fanów uważa, że w Rzymie zobaczymy chłopaków Guardioli. Wczorajszy mecz uzmysłowił wszystkim ostatecznie skalę trudności. W sobotę morderczy bój z Realem na Santiago Bernabeu, w środę trzeba zdobyć twierdzę Stamford. Trudniej być po prostu nie może - zwłaszcza, że drużyna straciła Marqueza, a na rewanż z Chelsea także Puyola. Jeśli straty na Bernabeu się powiększą to może być wielka bieda.

Na pocieszenie Katalonczykom pozostaje fakt, że są w sytuacji bez porównania lepszej niż Liverpool, który pierwszy mecz ćwiercfinałowy przegrał z Chelsea na Anfield 1:3. Piłkarze Beniteza do końca jednak bili się o półfinał. Barca ma nie mniej klasy, ale czy aż tyle charakteru?

Drużyna Guardioli obudziła w świecie wielkie nadzieje. Dzięki niej rzesze fanów uwierzyły, że górą może być futbol radosny, w którym większość graczy zajmuje się kreowaniem, a nie niszczeniem gry. Że wobec talentu piłkarzy takich jak Messi, Xavi, czy Iniesta wymyślający megastrategie jajogłowi trenerzy są bezsilni. Wczoraj bohaterem wieczoru na Camp Nou mógł się jednak czuć Guus Hiddink.

Nic się w pierwszym meczu nie rozstrzygnęło, ale ta wiara milinów fanów musiała zostać jednak poważnie nadszarpnięta.

poniedziałek, 27 kwietnia 2009

 

„Barca jest faworytem, ale my postaramy się oszukać bukmacherów, którzy na nią stawiają” - mówi trener Chelsea Guus Hiddink. Rzeczywiście specjaliści od zakładów piłkarskich uważają, że na Camp Nou zwycięstwo drużyny Pepa Guardioli jest nawet bardziej prawdopodobne niż triumf Manchesteru Utd nad Arsenalem na Old Trafford w drugim półfinale. Tak jak bukmacherzy, wielu fanów sądzi, że w Rzymie idealny finał to byłoby właśnie starcie liderów ligi hiszpańskiej i angielskiej. Na razie jednak Barca i Manchester muszą stoczyć mordercze mecze półfinałowe, a potem jeszcze utrzymać pozycje na szczycie w swoich ligach.

Hiddink jest dla Chelsea tym, kim Juande Ramos dla Realu Madryt. Odkąd przybył do Londynu drużyna zdecydowanie zmieniła styl gry i wyniki. Z Holendrem Chelsea przegrała zaledwie raz (z Tottenhamem).

Hiddink opowiada, że mecz z Barcą dwa razy rozegrał w głowie, za każdym razem wygrywając. Ale przyznaje, że w myślach jego drużyna nigdy nie przegrywa. Holenderski trener dodaje, że Chelsea musi zagrać na Camp Nou odważnie, że nie może dać się zepchnąć do obrony i zaskoczyć jak Bayern w ćwiercfinale. Chelsea chce dziś zdobywać gole, choć wie, że i tak częściej przy piłce będą gospodarze, a ona będzie w stanie przejąć inicjatywę tylko od czasu do czasu.

O odwadze mówi też Guardiola. Trener Barcy podkreśla, że jego piłkarze nie mogą się wyrzec swojego stylu. Zachowując jednocześnie rozsądek, bo rywalizacja z Chelsea nie musi się rozstrzygnąć już na Camp Nou.

Guus Hiddink trener, który doprowadził reprezentację Rosji do półfinału Euro 2008, został oddelegowany do ratowania klubu z Londynu przez jego właściciela Romana Abramowicza. Rosjanin, którego oszałamiajaca kariera finansowa zaczęła się od sprzedawania zabawek, zainwestował w Chelsea marząc, że kiedyś wygra Ligę Mistrzów. Z Mourinho i Grantem się nie udało, choć ten drugi był przed rokiem o krok. Gdyby John Terry nie poślizgnął się przy rzucie karnym...

Hiddink zdradził, kto będzie odpowiadał za Lionela Messiego. To Portugalczyk Jose Bosingwa. Holender podkreśla, że to bardzo trudne zadanie, ale on i kapitan drużyny wyżej cenią jednak innego gracza Barcelony. W plebiscycie FIFA na najlepszego piłkarza 2008 roku Hiddink i Terry głosowali na Xaviego. Uważają go za mózg drużyny, a jak podkreślają Barcelona jest w tym sezonie uważana za najlepszą drużynę w Europie właśnie dzięki swojej inteligencji.

„Technika przeciw muskułom” - tak widzi pojedynek Barcelony z Chelsea Johann Cruyff. Holender podpowiada gospodarzom najlepsze wyjście. Drużyna Guardioli musi być szybsza: o pół metra, ułamek sekundy. Cruyff podkreśla, że w ostatnim meczu ligowym z Valencią Barca nie wygrała, bo piłka miedzy Xavim, Iniestą, Messim i Eto'o krażyła za wolno. A piłkarze Hiddinka będą jeszcze szybsi niż Unaia Emery'ego.

Barca Guardioli gra futbol zniewalający. Bije kolejne rekordy (82 pkt, 94 gole w 33 meczach ligowych), ale nie może być pewna tytułu mistrza Hiszpanii, a krytycy uważają, że prawdziwy egzamin spotka ją dopiero w sobotę na Santiago Bernabeu. W Lidze Mistrzów Barcelona zdobyła najwięcej goli, ale sceptycy powtarzają, że ostatecznym egzaminem będą dla niej Anglicy. No więc nadszedł czas gry z Anglikami.


niedziela, 26 kwietnia 2009

Nie wiem jak nazwać dokonania Realu Madryt w tym sezonie. Nudzi mnie powtarzanie, że nie gra olśniewająco skoro w 18 meczach stracił tylko dwa punkty. Ustanowił też rekord klubu - ośmiu kolejnych wyjazdowych zwycięstw. A klub istnieje 107 lat. 

Gran derbi zapowiada się fascynująco. Cztery punkty, które dzielą Barcę od Realu mogą zmienić się w jeden, lub w siedem. W pierwszym przypadku sprawa tytułu byłaby jeszcze otwarta, w drugim Barca musiałaby wygrać dwa z czterech pozostałych meczów - czyli mistrzostwo miałaby w kieszeni.

Do dziś tytuł dla Realu wyglądał jak science fiction. Królewscy wygrywali z zadziwiającą konsekwencją, ale ze słabszymi od siebie. Jeśli w sobotę pokonają Barcę nikt już nie powie, że są dowodem na kryzys ligi hiszpańskiej. Choć trudno w to uwierzyć finisz ligowy staje się sprawą otwartą. A gdyby Real go wygrał, byłoby to najbardziej niewiarygodne zwycięstwo w jego historii. Wciąż jednak znacznie bliżej tytułu jest Barca. Punkt na Santiago Bernabeu jej wystarczy, choć z pewnością nie pojedzie tam grać na remis.

Największa gwiazda piłki zeszła na ziemię. Po słabszym meczu na Mestalla Barcelona uratowała remis. Straciła, czy zyskała, zobaczymy po dzisiejszym meczu Realu w Sewilli. Czy ten punkt jest ważny, skoro daje królewskim szansę zmniejszyć przewagę przed gran derbi? Ważny. Już dziś wiadomo, że choćby drużyna Juande Ramosa pokonała Sevillę, a w sobotę zespół Guardioli (nawet wysoko), ten i tak nie odda jej pozycji lidera. A więc wygrywając z Villarreal, Mallorcą, Osasuną i Deportivo Barca zdobędzie tytuł mistrzowski nawet gdyby królewscy nie oddali już punktów nikomu.

Byłoby to coś niewiarygodnego. Jest możliwe, że w 23 meczach Real straci zaledwie dwa punkty i nie zostanie mistrzem Hiszpanii. Na razie to jednak czysta teoria. Ale jest ciekawie.

piątek, 24 kwietnia 2009

Tak można określić to co stanie się w najbliższym czasie. Od połowy grudnia i gran derbi na Camp Nou emocje w lidze hiszpańskiej były letnie. Real ciągle wygrywał, Barca miała krótki okres w którym straciła połowę z 12 pkt przewagi, ale wszystko zmierzało ku temu, by rozstrzygnięcia nie zapadły przed początkiem maja.

Zaczyna się w sobotę. Barca zagra w Walencji, która odrodziła się po głebokim kryzysie. Zwyciężyła w pięciu ostatnich meczach, wróciła do walki o miejsce w Champions League, a Villa, Silva, Mata, Joaquin znowu czują frajdę ze wspólnej gry. Barcelona wyjeżdża na mecz z drużyną, która niedawno była jej prześladowcą, ale bilans trzech ostatnich meczów ligowych ma znakomity (bramki 13:0)! Jesienią, na Camp Nou nie było dyskusji kto lepszy, zespół Emery'ego przegrał 0:4 (hat trick Henry'ego).

Barca może zagrać pełnym składem, ale Xavi, Eto'o, Toure i Busquets są zagrożeni. Gdyby w Walencji zobaczyli żółtą kartkę, na gran derbi popatrzą z trybun Santiago Bernabeu. A propos meczu z Realem (w następną sobotę) - w dwie godziny sprzedano ostatnie 4000 wejściówek. Mogli je kupić tylko socios bez abonamentów. W dniu meczu sprzedane zostaną te bilety, które zwrócą posiadacze abonamentów. Kupić będą mogli tylko inni socios. Dużo ich jednak nie będzie, bo starcie gigantów zapowiada się ...nie mogę znaleźć określenia. Przed rokiem, o tej porze Real był już mistrzem, a wszystkich podniecało czy gracze Rijkaarda wykonają szpaler (pasillo).

Może być tak, że zwycięstwo Barcy na Santiago Bernabeu zapewni jej tytuł mistrzowski, a może być i tak, że triumf Realu pozwoli mu zająć pierwsze miejsce w tabeli (przynajmniej teoretycznie, bo choć Real ma gorsze bramki, może mieć lepszy bilans bezpośrednich meczów, gdyby wygrał 3:0). W tym sezonie królewscy na pozycji lidera jeszcze nie byli, Barca jest tam od 24 kolejek. I nawet jeśli przegra w Walencji, nie ma szans jej stracić wcześniej niż w Madrycie. W 34. kolejce, na cztery przed końcem sezonu.

W najbliższą niedzielę Real jedzie do Sewilli, gdzie czeka go teoretycznie najcięższy ligowy pojedynek od porażki na Camp Nou. Pepe dostał 10 meczów kary, za to będzie mógł grać Higuain. Nie wystąpią też Robben i Heinze. Królewscy mają się za to rewanżować, bo na Santiago Bernabeu Sevilla pobiła ich 4:3. Do tego dochodzi przyjazd Juande Ramosa, którego fani Sevilli mają przyjąć deszczem fałszywych dolarów. By przypomnieć, że porzucił ich drużynę dla milionowej oferty Tottenhamu. Ta szybko wyszła mu bokiem.

PS. 62 proc internautów czytajacych „Markę” uważa, że kara dla Pepe jest zbyt niska, a 15 proc, że za wysoka.

czwartek, 23 kwietnia 2009

Nie znajduję już słów, by opisać dokonania Barcelony (81 pkt, 92 gole w 32 meczach ligowych, półfinał LM, finał Pucharu Króla). Właściwie bardzo głupio się z tym czuję, bo przecież człowiek od tego ma mózg, by w największym ideale dostrzec: wady, luki, słabe strony. Taką mamy naturę. Tymczasem drużyna Guardioli ucieleśnia teraz futbolowy ideał drwiąc sobie z odwiecznego prawa człowieka do wynajdowania dziury w całym.

Nawet jeśli ktoś lubi futbol wyrachowany jak u Beniteza, czy Mourinho, nie może zarzucić, że piłkarze Barcy denerwują go improwizacją. Mam wrażenie, że to co pokazują jest najbardziej wystudiowaną formą gry w piłkę: zdyscyplinowaną chwilami w takim samym stopniu jak Liverpool (akurat ostatnie mecze drużyny Beniteza to dopiero była improwizacja).

Zastanawiam się tylko ile to może trwać? Czy nie za dużo w tym wszystkim szczęśliwego zbiegu okoliczności, poza wielką sportową klasą? Przecież Xavi i Iniesta powinni być zmęczeni po Euro. Dlaczego do diabła nie są? Ale zostawmy piłkarskich geniuszy. Taki Pique - czy to możliwe, by ten facet grał na takim poziomie? Niemożliwe jest też to, by do tego etapu sezonu Barca przetrwała bez kontuzji, kar za kartki, by do końca grała w pełnym składzie. To się na tym poziomie nie zdarza. Real, który gra raz w tygodniu, jedzie do Sevilli bez Higuaina, Pepe i Robbena.

A Barca? Nic, nienaruszona, niezłomna i jak mówią Hiszpanie ”wiecznie uśmiechnięta i uczesana”. Z Messim i bez niego. Czy Henry ma dobry dzień, czy słabszy - to nawet podając trafi do siatki, jak wczoraj. Wszyscy są zdrowi, zwarci, gotowi. Nie, to nie może być prawda.

środa, 22 kwietnia 2009

20 minut, 73 proc posiadania piłki i 2:0. Barcelona gra z Sevillą bez Messiego i Puyola. Iniesta znowu genialny, Xavi jak zwykle. Nie wiem jak będzie dalej, ale na razie drużyna Guardioli daje zdecydowany głos w debacie czy nie za bardzo zależy od Messiego. Hiszpanie mówią o Messidependencii, dziś jest Messiindependencia.

Mnie interesuje co innego. W sześciu ostatnich meczach Barca nie straciła gola, ciekawe czy atak Sevilli, choć bez Kanoute zdoła przerwać tę serię. Teraz musi już pokonać Valdesa przynajmniej dwa razy. 

PS. Posiadanie piłki spadło ponizej 70 proc, skończyło się 4:0, Messi na boisko nie wyszedł, Valdes w siódmym spotkaniu nie stracił gola. Teraz Valencia - Barca i Sevilla - Real.

Kapitan królewskich Iker Casillas powiedział, że takie zachowanie jak Pepe jest niegodne Realu Madryt. Internauci ”Marki” nie mają wątpliwości - blisko 70 proc z nich uważa, że stoper Realu powinien zostać zdyskwalifikowany na sześć, lub więcej kolejek. W Gran Derbi z Barceloną nie zagra, Real będzie też chyba musiał poradzić sobie bez Robbena, który uległ kontuzji mięśni.

Większość ludzi jest w szoku - Pepe czasem zawalał mecze, głupie faule były jego znakiem firmowym kładąc się cieniem na obrońcy o wielkim talencie. Ale to co zrobił z Casquero wykracza poza wszystkie normy. Popchnął, a potem kopał i jeszcze wyzywał. Gdy oprzytomniał, przeprosił wszystkich rozbrajajaco dodając, że przecież on brutalem nie jest.

Jasne. Pepe to nie jest piłkarz wyrachowany, w typie Claudio Gentile, który cynicznie robił rywalowi krzywdę tak, by sędzia nie mógł tego dostrzec. Ale czy to jest jakaś szczególna ”uczciwość” kopać powalonego gracza na oczach całego świata? Tym bardziej zadziwiajacy był wyrok losu, jaki spotkał stopera Realu. Mógł być przecież zdecydowanie wyższy.

Casquero stając 11 metrów przez Casillasem miał okazję własnoręcznie wymierzyć sprawiedliwość. Pepe i Realowi. Gdyby strzelił normalnie, pewnie trafiłby do siatki i Getafe już tego meczu nie mogłoby przegrać. Wtedy Pepe zastałby tym graczem, który zawalił nadzieje na tytuł swojej drużyny. Ale Casquego chciał czegoś wiecej niż sportowego zadośćuczynienia. Chciał zemsty, upokorzenia rywala, dlatego sam stał się w tym meczu bohaterem negatywnym. Uderzenie z karnego a la Panenka, gdy jest nieskuteczne staje się kompromitacją dla strzelca. Trener Getafe Victor Munoz zapytany co chciał zrobić jego piłkarz powiedział zszokowany, że nie ma zielonego pojęcia.  

I na co wyszło? Że to pokrzywdzony Casquero, a nie krzywdzący Pepe odebrał swoim kolegom trzy punkty. Tak niezbędne Realowi do mistrzostwa, jak Getafe do utrzymania w lidze.

 
1 , 2 , 3 , 4
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac