blog Darka Wołowskiego
RSS
środa, 30 kwietnia 2008

Zgadzam się, że w dzisiejszym świecie epoki bywają bardzo krótkie. Zwłaszcza piłkarskie epoki. Drużyna zbudowana wokół Ronaldinho dała Barcelonie dwa mistrzostwa i Champions League. Brazylijczyk i spółka obiecywali kibicom epokę pełną sukcesów i niezapomnianych doznań. Można było wierzyć?

Można było wierzyć, że w tym sezonie Barca zdobędzie wszystkie trofea, a trudno było przewidzieć, że w kluczowym momencie: Henry, Eto'o, Messi, Krkic, Dos Santos nie będą potrafili zdobyć jednej choćby bramki przez 404 minuty! A przecież Barca miała w tych czterech ostatnich meczach posiadanie piłki na poziomie 65 proc, tak więc w chwili gdy doszło do walki na śmierć i życie, dobrze opłacani (budżet Barcy na ten sezon wynosił 315 mln euro) piłkarze o nazwiskach z najwyższej półki zajmowali się jałowym dreptaniem z piłką przez 260 minut!

Ta indolencja kosztowała ich stratę szans na mistrzostwo, wczoraj zakończyła się katastrofą w Lidze Mistrzów. Barcelona przegrała drugi kolejny sezon i o końcu epoki piszą już nawet ślepo zakochane w niej gazety z Katalonii.

Ciekawe jak daleko pójdą zmiany: są tacy, którzy wzywają do dymisji prezesa Laportę i tacy, którzy miłosiernie i skromnie żądają tylko głowy Rijkaarda i kilku piłkarzy. - Henry pokaż wreszcie ile jesteś wart - pisał przed meczem na Old Trafford barceloński Sport. Trener dał mu na to zaledwie pół godziny podczas których były najlepszy gracz Premier League nie zdołał odwrócić losów meczu ostatniej nadziei. I tak sen stawał się koszmarem sennym dla fanów Barcelony (cytat ze Sportu).

Dla mnie jednak symbolem kryzysu drużyny Rijkaarda jest to co w dwóch najważniejszych meczach sezonu wyrabiał Samuel Eto'o. Wczoraj oddał jeden strzał niecelny. Zawsze ma uspa pełne słów o poświęceniu dla drużyny, na Old Trafford brzmiały one jak pospolite frazesy.

Oczywiście w jakimś stopniu Eto'o tlumaczy ciężka kontuzja i fakt, że i tak jest najlepszym strzelcem drużyny. A może to właśnie było najgorsze: może kilkanaście niezbyt ważnych goli w tym hat-trick z Levante sprawiły, że wszystkim łącznie z Rijkaardem zdawało się iż kwestii kto ma wykańczać akcje drużyny w ogóle nie ma. Nawet sam Kameruńczyk nie chciał chyba widzieć swoich braków, bo przed meczami z Manchesterem ogłosił: Jeśli drużyna nie będzie zdobywać tytułów, to z niej odejdę.

W tym sezonie Barcy do wygrania nie zostało już nic. Koniec epoki.

 

 

wtorek, 29 kwietnia 2008

Pamiętacie słowa Ikera Casillasa, że Barcelona weszła w okres galaktyczny? Ja pamiętam jakie wzburzenie wywołały one w Katalonii. Wyglądało, że bramkarz Realu jest zwykłym zawistnikiem zazdroszczącym rywalom potencjału, okazał się niemal prorokiem. 

Faktycznie jednak mogło się wydawać, że tacy piłkarze jak Messi, Krkic, Dos Santos czy Iniesta będą gwarancją, iż Barcelona w etap galaktyczny nie wejdzie nigdy. Galktyczny, czyli właściwie późno galaktyczy w którym Real Madryt z Zidanem, Figo, Beckhamem i Ronaldo przegrywał wszystko co się da. Messi, Krkic, dos Santos i Iniesta to gracze młodzi, niezmanierowani, ani niewyczerpani, a jednak ich młodzienczych sił okazało się za mało.

Barca jest o 90 minut od piekła do którego będą musiały ją wysłać Czerwone Diabły. Musiały, bo między obydwoma klubami czuć sympatię i zdaje się, że w Manchesterze upadek katalońskiej potęgi nie jest powodem do kpin. Każdy chce jednak grać w Moskwie.

Barcelona będzie się starała zapomnieć o upokorzeniach dwóch ostatnich lat. Ale przyznajmy, że Manchester, który na poprzedni i obecny sezon narzekać nie może, też ma sporo powodów, by finał Ligi Mistrzów traktować jak największe z marzeń. Jest jedynym chyba z wielkich klubów, który w ostatnich 9 latach wycierpiał w europejskiej rywalizacji aż tyle.

Od początku wieku MU dotarł do półfinału Champions League zaledwie trzeci raz. Dwa poprzednie przegrał. Może z nim rywalizować Real Madryt, ale tylko w ostatnich sześciu sezonach, bo hiszpański potentat w 2000 i 2002 wygrywał Ligę Mistrzów. Nie chodzi mi jednak o porównania, ale zwrócenie uwagi, że nie tylko Barcelona gra dziś o wszystko.

Wiadomo, że porażka Manchesteru nie spowoduje dymisji trenera i rewolucji w kadrze, a tak będzie w Barcelonie po przegranej, ale wystarczy przypomnieć, że w 22 lata pracy na Old Trafford legendarny Alex Ferguson był w finale Champions League zaledwie raz. Nikt chyba nie powie, że na tym polu czuje się spełniony tak jak w Premier League, gdzie wygrywał aż 9 razy.

piątek, 25 kwietnia 2008

Na razie zupełnie bym się tym nie martwił, mimo że możliwości finansowe Meksyku są w tej dziedzinie znacznie większe. Jednym z problemów tamtejszego futbolu są astronomiczne zarobki piłkarzy ligowych, którym płacą po milionie dolarów rocznie w związku z czym wyjeżdżać do lepszych klubów im się nie opłaca.

Beenhakker pracował w Meksyku, niedawno też w Trynidadzie i Tobago, gdzie przekonał się najlepiej jak ”ambitnie” wygladają zmagania w strefie Concacaf. Meksyk może mu dać więcej pieniedzy i lepszych piłkarzy, Polska możliwość rywalizacji z zespołami ze światowej czołówki (w Concacaf liczą się tylko USA i Meksyk). Wydaje mi się, że dla Beenhakkera wybór byłby oczywisty.

Chyba, że po Euro 2008 polska myśl szkoleniowa znajdzie pretekst do kontrataku. Ale to byłaby już całkiem inna historia.

PS. Przeczytałem teksty w meksykańskim dzienniku Esto na których oparł się „Dziennik”. Beenhakker wymieniany jest tam wśród trzech kandydatów ”niemożliwych” obok Mourinho i Lippiego.

czwartek, 24 kwietnia 2008

Mecz Barcelony z Manchesterem był dowodem jak obie strony bały się siebie wzajemnie. Po bezbramkowym remisie na Camp Nou w Katalonii nie ma rozczarowania, raczej uczucie ulgi, że ten Menchester nie okazał się zespołem z innej bajki. Cokolwiek się w Katalonii mówiło i pisało, strach był ogromny. Ludzie widzieli jak drużyna Fergusona - niczym lokomotywa lub walec - zmiata rywali, podczas gry chłopaki Rijkaarda smują się po boiskach Primera Division podpierając nosami.

W czterech ostatnich meczach na Camp Nou Barca zdobyła zaledwie jednego gola (bezbramkowe mecze z Getafe, Espanyolem i MU; 1:0 z Schalke). I to jest klucz do rozwiązania kryzysu w którym tkwi. Eto'o jest cieniem siebie: wolny, bez refleksu, słaby fizycznie. Jego pojedynek biegowy z Rio Ferdidandem w pierwszej polowie był dowodem, że Kameruńczyk (najlepszy strzelec drużyny z Katalonii, choć kilka miesięcy gry zabrała mu kontuzja) jest w najsłabszej formie od chwili, kiedy założył koszulkę Barcelony.

Skoro z Eto'o nie jest dobrze, to jak ocenić formę Henry'ego? O tym co dzieje się z Ronaldinho nie wspominając. Wszysto spadło na plecy Messiego - prześladowanego na dokładkę przez kontuzje. W środę po godzinie poczuł, że za chwilę delikatne mięśnie znów mogą nie wytrzymać i sam poprosił Rijkaarda o zmianę. 

Co może się zmienić za pięć dni, gdy Barca będzie wybiegać na Old Trafford? Można by w tym miejscu przypomnieć rywalizację Manchesteru z Realem Madryt w 2000. roku. Manchester tak jak teraz był faworytem (bronił trofeum), na Santiago Bernabeu bramek nie było, a potem w Anglii mieliśmy historyczny mecz zakończony wynikiem 3:2 dla królewskich, którzy byli wtedy w lidze hiszpańskiej na piątym miejscu...

Barcelona jest dziś trzecia, w takim samym dołku jak Real osiem lat temu. Nie wiem tylko jak daleko można posuwać się w tych analogiach.

 

środa, 23 kwietnia 2008

Rozumiem frustrację fanów Liverpoolu. Ich drużyna zagrała bardzo dobry mecz, a Chelsea na remis w pierwszym starciu półfinałowym na pewno nie zasłużyła. Chciałbym jednak nieśmiało przypomnieć, że ta historia ma nie 90, ale już 480 minut. Wcześniej szczęście stało za Liverpoolem murem. Kiedy wyeliminował zespół Mourinho dzięki bramce, której nie było (Luisa Garcii), albo po rzutach kanych (przed rokiem). W końcu piłkarski fart musiał się zaśmiać i do Chelsea. Może nawet do samego Avrama Granta, który przychodząc na miejsce takiego bożyszcza jak Jose Mourinho musiał wycierpieć wiele upokorzeń. Może zasłużonych, może nie...

Byłoby to absurdalne, gdyby Chelsea - notoryczny przegrany w półfinałach Champions League w ostatnich latach przełamała swoje przeznaczenie właśnie w chwili, gdy jest najmniej zjednoczona, targana konfliktami, niepewna jutra. Jako bezstronny obserwator, który widział jak wiele ingerencji losu trzeba było, by na Anfield padł remis, pocieszam się perspektywą rewanżu.

Liverpool wciąż stać na finał, Chelsea wyczerpała już chyba limit szczęścia. W fazie pucharowej tej edycji LM drużyna Granta gra słabiej niż kiedykolwiek. Na wyjeździe nie zdobyła dotąd gola - oba w meczach z Fenerbahce i Liverpoolem padły po strzałach samobójczych. Za tydzień na Stamford Bridge powinna być wreszcie wielka gra. Chelsea nie przegrała tam meczu ligowego od niepamiętnych czasów kiedy trenerem był jeszcze Claudio Ranieri. Liverpool może awansować dzięki remisowi 2:2, nawet 1:1 i karnych. Ale najpewniej będzie musiał porwać się na zwycięstwo. Będzie ciekawie, znacznie bardziej niż gdyby feralny strzał Johna Arne Riise w 90. min w ogóle się nie zdarzył.

Jak już mówiłem rozumiem frustrację fanów Liverpoolu, ale jeszcze bardziej żal mi Norwega. Liverpool ma jeszcze na rewanż 90 minut. Nie jestem pewien, czy Riise dostanie je od Beniteza.

niedziela, 20 kwietnia 2008

Nie ujmując nic z wysiłku i klasy graczy Wisły Kraków trzeba przypomnieć, że tytuł mistrzowski był tylko warunkiem koniecznym, ale niewystarczającym, by sezon uznać za dobry. Dobry, a nawet bardzo dobry będzie wtedy, gdy najlepszy polski zespół znajdzie się wreszcie w Lidze Mistrzów.

Oczywiście wobec słabej gry Legii, przeciętnej Lecha Wisła - mająca po jesieni aż 10 pkt przewagi, wiosną po tytuł właściwie spacerowała. I ”dospacerowała” w połowie kwietnia. Bez wychodzenia na boisko - wystarczyło, że Groclin przegrał w Poznaniu i derby Krakowa mają znaczenie czysto prestiżowe. 

W Krakowie zastanawiają się co trzeba zrobić, by ten tytuł, a raczej przepustkę do eliminacji Champions League na start w niej zamienić. Niestety wygląda na to, że drużyna z wiosny to raczej krok wstecz w porównaniu z zespołem z jesieni. Mam w związku z tym lekko zwariowany pomysł. 

Mistrza Polski nie stać na wielomilionowe transfery, ale znam piłkarza, którego można by mieć za rozsądne pieniądze. Trzeba się tylko wybrać do Kadyksu i odkupić z II-ligowego klubu Kamila Kosowskiego. Rozmawiałem niedawno o nim z Mauro Cantoro i nawet Argentyńczyk potwierdził, że nie ma dziś w Krakowie piłkarza o takim wpływie na zespół. 

Do przesadnych wielbicieli Kosowskiego się nie zaliczam, ale on został stworzony dla Wisły, a Wisła dla niego. Problem jest czysto mentalny. Gdyby dyrektor Jacek Bednarz poprosił prezesa Cupiała o pieniądze na Kosowskiego, tego samego, którego puścił zimą z klubu za darmo, wyszedłby na niezłego jelenia. Oczywiste więc, że tego nie zrobi. Decyzję musiałby podjąć sam Cupiał. I pewnie też nie podejmie.

Nie wiem czy Kosowski dałby Wiśle Ligę Mistrzów (z nim też przegrywała już eliminacje), ale jest jednym z nielicznych polskich piłkarzy, który mógłby dać jej jakościowego kopa. Większego nawet niż lepszy od niego Krzynówek. 

Oddając Kosowskiego Wisła zrobiła błąd. Lepiej jednak błędy naprawiać, niż je przemilczać i mnożyć.

sobota, 19 kwietnia 2008

Porażka Atletico Madryt z Betisem sprawia, że mecz z Realem Madryt może dać Racingowi Santander czwarte miejsce w Primera Divison. Trzeba jednak pokonać lidera, choć przecież nie jest w szczytowej formie. Ciekawe czy po remisie Barcy z Espanyolem królewscy czują się już mistrzem, ale wydaje się, że mogą.

Dla Racingu miejsce za Realem, Barcą i Villarreal dajace prawo gry w eliminacjach Ligi Mistrzów to wynik ponad stan - na forach fani z Kantabrii już dyskutują, że lepszy byłby może Puchar UEFA. Skromny klub chce zacząć pierwszą przygodę w pucharach skromnie.

Mecz z Realem to okazja nadzwyczajna nie tylko dla Racingu. O ile klub z Kantabrii ma sezon wspaniały, o tyle Ebi Smolarek raczej średni (nie biorąc oczywiście pod uwagę niewiarygodnych dokonań w reprezentacji Polski). W lidze Ebi strzelił cztery gole: wszystkie słabszym rywalom, w związku z tym Polak nigdy jeszcze nie był na ustach piłkarskiej Hiszpanii. I już w tym sezonie raczej nie będzie, jeśli nie zdobędzie bramki w meczu z Realem.

Szanse są na to mniejsze niż w pierwszym meczu na Satiago Bernabeu, gdy Polak był piłkarzem podstawowego składu. Wtedy zagrał dobrze, toczył zacięte pojedynki z Cannavaro, trafił piłką w słupek bramki Casillasa, ale kiedy następnego dnia ruszyłem do hiszpańskich kiosków, by kupić wszystkie możliwe gazety, o Polaku nie było w nich więcej niż pół zdania. Real wygrał 3:1, a Raul zdobył dwa gole. I to był temat.

Pamiętam jak po transferze do Racingu polscy fani toczyli dyskusję, czy Santander to dobry przystanek w drodze do większego klubu. Od miesiąca Ebi siada w klubie-przystanku na ławce, by pojawić się na placu gry w drugiej połowie. Gdy niedawno pytałem go o przyszłość nie miał wątpliwości, że choć wszystko jest możliwe, to jednak tak grającą drużynę jak teraz Racing uważa za szczyt swoich możliwości.

Zobaczymy. Na pewno to co się ostatnio dzieje z najlepszych strzelcem w kadrze Beenhakkera trudno nazwać zastrzykiem optymizmu przed Euro 2008. Ale taki gol z Realem mógłby być wielkim bodźcem dla Smolarka. Lider z Madrytu to nie ostatni wielki rywal klubu z Santander, Racing gra jeszcze z Sevillą, ale jeśli Polak miałby mieć w Hiszpanii swoje święto, to lepszej okazji nie będzie.

Bernd Schuster mówi, że zadowoli go remis, Marcelino, że Racing nie pójdzie na wymianę ciosów. O wiele bardziej podobały mi się słowa Aldo Duschera, który obiecywał, że jeśli trzeba będzie gracze z Santander zostawią na boisku życie. Oby Argentyńczyk zaraził pasją Polaka.  

czwartek, 17 kwietnia 2008

Przeczytałem właśnie w Sport. pl siedem powodów dla których Roger na Euro jechać nie powinien. Niektórych w ogóle nie podzielam ponieważ Leo Messi lub Cristiano Ronaldo też nie są zgrani ze Smolarkiem, Krzynówkiem, czy Żurawskim, a jednak nikt nie wątpi, że do kadry Polski wnieśliby co nieco. Poza tym nikt z Rogera nie robi centralnej postaci kadry i nie wyobrażam sobie, by finary kadry grały jak Roger zagra. Chyba, że będzie grał dobrze.

Nie, Roger Guerreiro graczem klasy Messiego i Ronaldo nie jest, ale widać Leo Beenhakker ma plan jak może pomóc jego drużynie. Dlatego bądźmy miłosierni i cierpliwi. I tak wszyscy podejrzewamy, że Rogerowi chodzi o paszport, a nie o dobro kadry, że idzie o jego prywatny sukces, a nie sukces reprezentacji. Nieelegancko by jednak było dawać mu szansę mając nadzieję, że eksperyment się nie uda i w ten sposób wyjdzie na nasze.

Oczywiście całą dyskusję czy Roger powinien dostać polskie obywatelstwo zostawiam na boku. To nie jego „wina”, że dostał, za to odpowiada w tym kraju prezydent, nie jego ”wina”, że dadzą mu szansę w drużynie narodowej, bo za to odpowiada selekcjoner. Do nich można mieć żal - do Rogera - najmniejszego. Jak mówił w jednym z wywiadów Jacek Bąk i tak będzie mu ciężko. I będzie. Niech każdy kibic zdecyduje za siebie, ale ja do tego ”ciężko” swojej cegiełki dokładać nie chcę. A gdybym miał pomysł ja tego dokonać, zrobiłbym wszystko, żeby mu było lżej.

środa, 16 kwietnia 2008

Można dyskutować nad brakiem Brożka, Rasiaka, czy Jelenia, ale 31 nazwisk, które umieścił w szerokiej kadrze na Euro 2008 Leo Beenhakker nie wywołuje szoku. I dobrze. Bo znaczy to, że selekcja odbywa się według planu, a nie jest aktem desperacji czy histerii jak w przypadku Pawła Janasa, który przed niemieckim mundialem zszokował powołaniami nawet swoich asystentów.

Oczywiście nic wczoraj nie zdecydowało się ostatecznie, przed zgrupowaniem w Niemczech Holender musi odrzucić sześciu piłkarzy, a może nawet siedmiu, by zrobić miejsce dla Rogera Guerreiro. Tuż przed samymi mistrzostwami odpadnie jeszcze dwóch graczy, by do Austrii pojechało 23. Jakie szanse na wyjazd na mistrzostwa mają ci, którzy na liście Beenhakkera się nie znaleźli? Mizerne. Nikt Holendra do podania tej 31-osobowej grupy nie zmuszał - Beenhakker zrobił to, by ci,  którzy go nie przekonali mogli planować wakacje.

FC Barcelona - to jedyny reprezentant reszty Europy w półfinałach Lidze Mistrzów, a jednak niezbyt wielu życzy jej sukcesu nad dominującą w ostatnich dwóch latach Premier League. W obliczu zbliżajacego się lata transferowego właśnie Barca stanowi łakomy kąsek. Jeśli nie wygra Ligi Mistrzów dojdzie w niej do wyprzedaży graczy, których będzie można mieć za połowę ceny. Dlatego kilka klubów chciałoby zrobić dobry biznes na katalońskiej frustracji. Deco, Marquez, Zambrotta, Ronaldinho, Henry, Thuram, Gudjohnsen i kilku innych będzie do kupienia w miarę tanio, bo w wypadku klęski w półfinale z Manchesterem tylko Messi, Inesta, Valdes i Bojan Krkic mogą być pewni, że Barca będzie chciała ich zatrzymać na kolejny rok. 

Może się więc zdarzyć, że dzień rewanżu z Manchesterem będzie końcem drużyny Laporty zapoczatkowanej kupnem Ronaldinho. Przypomnijmy, że trochę przypadkowym, bo tak przecież prezes Barcy liczył na Beckhama. Ten jednak wolał Real Madryt.

Drużyna zbudowana wokół Ronaldinho dała klubowi dwa mistrzowstwa kraju i triumf w Lidze Mistrzów. Czyli dużo, a jednak mniej niż jeszcze dwa lata temu się spodziewano. Właśnie te dwa lata bez sukcesu (tak będzie jeśli Barca nie wygra Ligi Mistrzów) zburzą kataloński gwiazdozbiór, choć odejście Ronaldinho do Milanu nie zależy już w ogóle od wyników drużyny Rijkaarda.

Na mniejszą skalę Barca przeżyje więc pewnie to co galaktyczny Real Madryt. Tyle, że za wszystkich galaktycznych Real wyciągnął zaledwie 6 mln euro, które zapłacił Milan za Ronaldo. Zidane, Figo, Beckham kosztowali ponad 130 mln euro, a odeszli za darmo (Zizou na emeryturę). Barca pewnie zrobi lepszy interes. Sępy czekające na jej porażkę w Champions League już krążą. 

 

 
1 , 2 , 3
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac