blog Darka Wołowskiego
RSS
środa, 14 marca 2018

Po sześćdziesięciu latach Sevilla wraca do ćwierćfinału Pucharu Europy w momencie najmniej spodziewanym, w miejscu, gdzie coś takiego nie miało prawa się wydarzyć.

„Mówią, że nigdy się nie poddaje” - fragment poruszającego hymnu skomponowanego na stulecie klubu z Andaluzji, na Old Trafford w Manchesterze odśpiewało 2000 najbardziej niezłomnych fanów Sevilli. Wierzyć nie było łatwo. Zaledwie 75 godzin wcześniej drużyna Vincenzo Montelli przekonała się, że Liga Mistrzów nie jest jej pisana w przyszłym sezonie.

Ligowa porażka 0:2 z Valencią na Ramon Sanchez Pizjuan sprawia, że Sevilla wróci do Ligi Europy. Może miejsce skromnego klubu jest właśnie na drugim froncie? W ostatnich 12 latach Sevilla aż pięć razy wygrywała Ligę Europy. 10 miesięcy temu jej passę złamał Manchester United i Jose Mourinho. By zrobić krok ku Lidze Mistrzów.

To właśnie dzięki Lidze Europy Sevilla zaistniała w świadomości kibiców na kontynencie. Jest klubem specyficznym, który potrafił stworzyć piłkarzy takich jak Ever Banega, czy Grzegorz Krychowiak. Argentyńczyk nie sprawdził się w Valencii, nie dał sobie rady w Atletico, ani w Interze Mediolan, zawsze miał jednak drogę odwrotu do Andaluzji, gdzie czekała na niego koszulka z numerem 10.

W Sevilli cierpliwość przedkłada się zwykle nad chorobliwe ambicje. Opuszczenie Ramon Sanchez Pizjuan okazało się początkiem równi pochyłej dla Krychowiaka, który razem z trenerem Unaiem Emerym zapracował na transfer do finansowanego za katarskie miliardy PSG. Obaj w Paryżu odbili się jednak od ściany. Może powinni pójść drogą Banegi?

Co roku Sevilla buduje drużynę właściwie od początku. Najlepsi gracze odchodzą, jak latem 2014 roku Ivan Rakitic do Barcelony, sprowadzony do Andaluzji za 2,5 mln euro, sprzedany za kwotę 8 razy większą. Pół roku temu na przenosiny do Madrytu zdecydował się reprezentacyjny skrzydłowy Vitolo, choć Atletico miało akurat zakaz transferów. Historia klubu zna dziesiątki przykładów graczy, którzy na Ramon Sanchez Pizjuan powiększali wielokrotnie swoją piłkarską wartość. Daniego Alvesa dyrektor sportowy Monchi wykupił z brazylijskiego Bahia Salvador za 850 tys euro, by po pięciu latach sprzedać Barcelonie za 35 mln. To samo z Julio Baptistą sprowadzonym z Sao Paulo za 3 mln i oddanym do Realu za 25.

Klub z Andaluzji trudni się nie tylko handlem. W swojej szkółce wychował Jose Antonio Reyesa, Sergio Ramosa, Carlosa Marchenę, Antonio Puertę, Diego Capela, czy Jesusa Navasa, który niedawno wrócił z Manchesteru City.

Sevilla odnawia się i powstaje jak feniks z popiołów. Ale ćwierćfinał Ligi Mistrzów wydawał się dla niej granicą zaklętą. Choć w 2006 roku IFFHS (Międzynarodowe Stowarzyszenie Historyków i Statystyków Futbolu) przyznało jej tytuł najlepszej drużyny świata, po tym jak gładko pokonała Barcelonę w meczu o Superpuchar Europy. Wtedy Andaluzyjczycy za sprawą skazanego potem za korupcję prezesa Jose Marii del Nido przez chwilę zamarzyli o wielkości.

W 1957 roku tytuł wicemistrza Hiszpanii dla Sevilli zdobył legendarny trener Helenio Herrera. Rok później, już bez niego, klub z Andaluzji dotarł do ćwierćfinału Pucharu Europy, gdzie odbił się od dominującego wtedy niepodzielnie Realu Madryt. Na powtórkę trzeba było czekać 60 lat. Czy sen miał prawo spełnić się w „Teatrze Marzeń”? Sevilla przegrywała w 1/8 finału Ligi Mistrzów z Fenerbahce (2008 rok), CSKA Moskwa (2010) i Leicester (2017), zawsze będąc faworytem. Tymczasem w pojedynku z Manchesterem United wydawała się skazana na pożarcie.

9 sierpnia 2013 roku United zaprosił Sevillę na Old Trafford, by uczcić swojego legendarnego weterana Rio Ferdinanda. Czując powagę chwili goście z Andaluzji przywieźli do Manchesteru najlepszych piłkarzy. Angielski gigant miał wtedy jednak inne zmartwienia. Nowy trener David Moyes, który dostąpił zaszczytu kontynuowania dzieła Aleksa Fergusona, oszczędził gwiazdy przed meczem o Tarczę Dobroczynności z Wigan. Goście byli zdecydowanie lepsi, wygrali 3:1.

Powtórka 5 lat później nikomu nie mieściła się jednak w głowie. Moyesa już dawno w Manchesterze nie ma, najbogatszy klub świata poszedł drogą na skróty. Zatrudnił Jose Mourinho, który w dwóch ostatnich latach przeznaczył na transfery 350 mln euro. Klub z Andaluzji nie wydał tyle na piłkarzy w całej swojej historii.

Kolos z Old Trafford chciał wrócić do europejskiej elity, Sevilla wydawała się rywalem idealnym. 2000 fanów z Andaluzji nie traciło nadziej po bezbrakowym meczu na Ramon Sanchez Pizjuan. Właściwie zbudowany latach 50-tych obiekt miał nosić nazwę „Grand Stadium”, zmieniła to jednak nagła śmierć ówczesnego prezesa klubu.

Trzy tygodnie temu w Andaluzji Manchester przetrwał 90 minut ataków gospodarzy. Bohaterem został jego hiszpański bramkarz David de Gea. Cynizm Mourinho zdawał się triumfować. W rewanżu błysnął jednak Francuz Ben Yedder, który wszedł z ławki i zdobył dwie złote bramki dla Sevilli.

Latem gdy jako żywa legenda Monchi odchodził do Romy, napisał list, że Sevilla na zawsze pozostaje w jego sercu. Wydawało się, że dyrektor sportowy w klubie z Andaluzji był jedynym niezastąpionym pracownikiem. Następcę Oscara Ariasa ostro atakowano za złe transfery. Po wyprawie na Old Trafford jego praca nabiera jednak nowego sensu.

A Monchi? We wtorek świętował dwa razy. Tego samego wieczoru, gdy Sevilla zdobywała Old Trafford, Roma po dekadzie wróciła do ćwierćfinału Ligi Mistrzów.

poniedziałek, 12 marca 2018

Hat-trick w ligowym meczu z Hamburgiem (6:0) sprawił, że kapitan reprezentacji Polski został najlepszym zagranicznym strzelcem w historii Bayernu Monachium. Beczka miodu, z łyżeczką dziegciu.

- Mam nadzieję, że seria Roberta nie zostanie przerwana w reprezentacji Polski - powiedział kiedyś Zbigniew Boniek. W sobotę Lewandowski spełnił życzenie prezesa PZPN. W 86. minucie ligowego meczu z HSV Hamburg sędzia podyktował rzut karny dla Bayernu. Bawarczycy prowadzili już 5:0, kapitan reprezentacji Polski zdobył dwie bramki, w sumie uzbierał ich 99 w Bundeslidze w barwach monachijskiego giganta. To był doskonały moment na jubileusz.

Polak ustawił piłkę jedenaście metrów od bramki, by wykonać „wyrok” na bramkarzu HSV. Nikt z kibiców na Allianz Arena nie miał co do tego cienia wątpliwości. Od 17 sierpnia 2014 roku, czyli meczu I rundy Pucharu Niemiec z trzecioligowym Preussen Munster (wygranego przez Bayern 4:1), Lewandowski nie spudłował z karnego. Wykonywał w tym czasie aż 24 jedenastki i wszystkie zamienił na gole. Każda seria ma kres? Ta skończyła się 10 marca 2018 roku.

W meczu z HSV stało się coś absolutnie wyjątkowego. Polak zmylił bramkarza, ale kopnął piłkę za wysoko - nad bramką. To mu się nie zdarzyło jeszcze nigdy. W całej karierze zmarnował cztery jedenastki, ale trzy wcześniejsze obronili bramkarze.

Polak i tak jest najlepszym specem od karnych w światowej piłce. Takiej serii jak on, nie miał nikt. Cristiano Ronaldo z Realu, czy Leo Messi z Barcelony wykonywali znacznie więcej jedenastek, ale ich skuteczność jest mniejsza. U Argentyńczyka sięga 75 proc.

Trzeba przyznać Lewandowskiemu, że wybrał sobie najlepszy moment na pudło. Mecz i tak był wygrany, w dodatku cztery minuty później arbiter podyktował dla Bayernu kolejną jedenastkę. Do piłki znów podszedł Polak, a więc nie było mowy, by nieudana próba zachwiała jego pewnością siebie. Ani pewnością trenera Juppa Heynckesa kto powinien wykonywać karne dla Bayernu. Tym razem Lewadnowski zdobył bramkę na 6:0. Bayern wygrał, ma 20 pkt przewagi w ligowej tabeli nad wiceliderem Schalke.

Drugi karny Polaka zapisze się w historii jako jego setna bramka w Bundeslidze zdobyta dla Bawarczyków. Lewandowski potrzebował na to 121 spotkań. We wszystkich rozgrywkach strzelił dla Bayernu 142 gole i wyprzedził najlepszego do soboty zagranicznego snajpera bawarskiego klubu Brazylijczyka Giovane Elbera (140). Przed nim są już tylko Niemcy: Dieter Hoeness (145), Roland Wohlfarth (155), Thomas Mueller (171), Karl-Heinz Rummenigge (217) i Gerd Mueller (508). Realne dla 29-letniego Polaka wydaje się więc nawet miejsce na podium.

Rzecz jasna strzeleckie rekordy są tylko tłem dla tytułów i trofeów. We wtorek Bayern gra rewanż z Besiktasem w Stambule w 1/8 finału Ligi Mistrzów. Awans do ćwierćfinału ma pewny, po zwycięstwie w Monachium 5:0. Potem zaczną się schody.

Szanse Bayernu na sukces w najważniejszych rozgrywkach bukmacherzy oceniają wysoko. Za faworyta uchodzi Manchester City, zaraz za nim jest Real Madryt i Bawarczycy na trzeciej pozycji, przed Barceloną. Klub z Allianz Arena ostatni raz wygrał Ligę Mistrzów w 2013 roku, gdy jego trenerem był ...Jupp Heynckes. Wygrał wtedy na Wembley niemiecki finał z Borussią Dortmund (2:1), której gwiazdą był Lewandowski oraz dwójka pozostałych Polaków Kuba Błaszczykowski i Łukasz Piszczek.

Latem 2014 roku polski napastnik przeniósł się do Bawarii, by dać sobie szansę na triumf w najważniejszych klubowych rozgrywkach. Ich choć w Lidze Mistrzów zdobył dla Bayernu 28 bramek, nigdy nie wrócił do finału. Trzy razy Bawarczycy z Lewandowskim przegrywali rywalizację z Hiszpanami (Barceloną, Atletico i Realem). Problemem Bayernu jest fakt, że w Bundeslidze nie ma godnego siebie rywala, a potem, gdy przychodzi do walki z najlepszymi w Europie, nie daje rady. Najwyższy czas się przełamać.

Lewandowski był mistrzem Niemiec pięć razy (dwa z Borussią Dortmund, trzy z Bayernem). Zdobywał Puchar i Superpuchar Niemiec. Królem strzelców Bundesligi był dwukrotnie i pewnie kroczy po trzeci tytuł. Ma 23 bramki, jego najbliższy rywal Nils Petersen z Freiburga zaledwie 12. I wciąż nie wyprzedził Pierre’a-Emericka Aubameyanga (13), który zimą przeniósł się do Arsenalu.

środa, 07 marca 2018

Wykorzystali agresję ultrasów, Real Madryt potraktowali jak wielkiego wroga stojącego u bram Paryża. Nie pomogło. PSG przegrało jeszcze raz, odpadło z Ligi Mistrzów w 1/8 finału pogrążając się jak co roku w wielkiej frustracji.

To nie jest zwykła porażka na boisku. To jest klęska potężnego projektu. Przedsięwzięcia, które kosztowało katarskich właścicieli PSG grubo ponad miliard euro. Jeśli chodzi o same transfery.

- Jestem wściekły, bo naprawdę wierzyłem w awans - powiedział po przegranej z Realem 1:2 prezes Paryżan Nasser Al Khelaifi. Gdy zapytano go o dymisję trenera Unaia Emery’ego dodał, że tej nocy już niczego więcej nie powie. Los Baska wydaje się jednak przesądzony. Przychodził ze skromnej Sevilli, z którą wygrywał ponad stan w Lidze Europy. W Paryżu dostał nieograniczone możliwości i drugi rok kończy Ligę Mistrzów już w 1/8 finału. Cierpliwość szejków ma swoje granice.

Al Khelaifi poruszył piekło i ziemię, ale jego zbudowany niebotycznym kosztem zespół nawet nie napędził strachu Realowi Madryt. W myśl słów prezesa klubu, Paryż miał zapłonąć przed rewanżem. I zapłonął. Policja zatrzymała chuliganów, którzy urządzili pokaz pirotechniczny w nocy pod hotelem gdzie spali piłkarze Realu Madryt. Królewskich przyjęto w Paryżu jak najzacieklejszych wrogów: wyzwiska, agresja - było wszystko. W imię „świętej unii” terminologii zaczerpniętej z czasów I Wojny Światowej, gdy Francja jednoczyła się od prawej do lewej wobec wspólnego wroga. Nawet uznawany za najwyższą światową klasę w prasie sportowej dziennik „L’Equipe” pisał o tym meczu językiem wojennym.

Kilka dni przed rewanżem Al Khelaifi zaprosił na jeden z treningów swoich piłkarzy radykalny odłam ultrasów, z przeszłością kryminalną, by zmotywowali graczy do walki. Przyniosło odwrotny skutek. Przygniecieni presją piłkarze Emery’ego wyszli na Parc des Princes bez ducha. Snuli się po boisku zamiast rzucić się do odrabiania strat (1:3) z pierwszego meczu. W drugiej połowie trybuny zapłonęły od rac, ale zaraz po tej „manifestacji” gospodarze stracili gola (Ronaldo). Na domiar złego kilka minut później ich lider Marco Verratti rzucił się z pretensjami do arbitra, choć miał już żółtą kartkę. Dostał drugą i wyleciał z boiska. W bardziej głupi sposób najważniejszego meczu sezonu nie można było oddać.

To tylko pogłębiało zbiorową frustrację. Przecież to Francuzi wymyślili rozgrywki europejskie. Ich liga uchodzi za kopalnię talentów, rozkwitają one jednak gdzie indziej. Tak jak Karim Benzema w Realu Madryt, choć ostatnio ma tam bardzo niskie notowania. Zagrał we wtorek, znów wypadł przeciętnie, ale schodził z boiska jako wygrany.

Przez dekady liga francuska uchodziła za wzór jeśli chodzi o rozsądne gospodarowanie pieniędzmi. Francuzi byli racjonalni, cierpieli jednak na brak wielkich sukcesów. Od 1956 roku w rywalizacji o tytuł najlepszego klubu Europy, na szczyt wspiął się tylko Olympique Marsylia (1993). To były czasy, gdy klubem z Marsylii zarządzał kontrowersyjny prezes Bernard Tapie, aresztowany potem za korupcję.

Na jego przykładzie Francja uwierzyła jednak, że najwyższe laury w piłce się nie tylko wypracowuje, ale i kupuje. Były prezydent Nicolas Sarkozy namówił siedem lat temu rząd kataru, by zainwestował w paryskie PSG. Pieniądze popłynęły rzeką. Ostatniego lata Al Khelaifi znowu bił transferowe rekordy. Z Neymara (222 mln euro) i Kyliana Mbappe (180 mln) uczynił dwóch najdroższych graczy w historii. Ale nie dwóch najlepszych.

Neymar w ogóle na Parc des Princes nie zagrał. Jest w Brazylii, gdzie przeszedł operację. Po meczu napisał w mediach społecznościowych, że jest mu smutno. Z powodu porażki, a jeszcze bardziej dlatego, że nie mógł pomóc kolegom. Hiszpański „El Pais” donosi, że jeszcze przed zabiegiem Al Khelaifi wysłał do Brazylii swoich wysłanników, by przekonali Brazylijczyka do odłożenia zabiegu. Miał grać z Realem, choćby na jednej nodze. Przecież zrobiono go twarzą paryskiego projektu. Spełniano każdy kaprys od królewskiego powitania pod Wieżą Eiffla po 47 mln netto rocznych zarobków. Ponoć Brazylijczyk sam decydował jak i ile trenuje, w których meczach chce odpoczywać. Światowa prasa pisała też, że faworyzowanie Neymara rozbiło jedność w szatni PSG, i że gracze Emery’ego mieli pokazać we wtorek, jak są mocni bez Brazylijczyka. Nie pokazali niczego.

Pomocnik Adrien Rabiot poprosił kibiców po meczu o wybaczenie i obiecał, że to co się nie udało we wtorek, uda się za rok. Czy ktoś w to jeszcze wierzy? Lista porażek PSG w Lidze Mistrzów jest niewiarygodna. Na czele z tą sprzed roku, gdy także w 1/8 finału przepadli z Barceloną, choć pierwszy mecz wygrali aż 4:0! Wtedy w końcówce rewanżu na Camp Nou pogrążył ich Neymar (dwa gole i asysta). Latem rekordowym kosztem wyrwali go z Camp Nou. Obronili Verrattiego, o którego zabiegała Barcelona. Efekt jest taki jak zwykle.

Na otarcie łez pozostaje fakt, że PSG nie dało rady obrońcy trofeum, najbardziej utytułowanemu klubowi w historii rozgrywek. Ale drużyna Zinedine’a Zidane’a ma teraz bardzo duże problemy. Odpadła z Pucharu Króla z Leganes, do Barcelony traci w lidze 15 pkt. Liga Mistrzów jest dla Królewskich ostatnią deską ratunku w tym sezonie. Grali w Paryżu z nożem na gardle, w dodatku bez swojego lidera Luki Modrica, który trzy tygodnie leczył uraz. Z ławki wszedł Toni Kroos (także po urazie) i Gareth Bale - po serii kontuzji nie może odzyskać formy. Na PSG wystarczyło.

wtorek, 06 marca 2018

Uczepiony ostatniej deski ratunku w Lidze Mistrzów Real Madryt przybywa na Parc des Princes w Paryżu, gdzie piłkarze PSG chcą udowodnić ile są warci bez Neymara, swojej kontuzjowanej największej gwiazdy.

222 miliony za transfer z Barcelony, plus 47 mln euro netto rocznej pensji. Te dwie stratosferyczne liczby opisują status Neymara w PSG, ale nie mówią wszystkiego. Wersję oficjalną przedstawia trener Unai Emery. Na konferencji przed rewanżem z Realem Madryt powiedział, że koledzy z drużyny zrobią wszystko, by we wtorkowy wieczór podarować swojemu kontuzjowanemu liderowi awans do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Wersja nieoficjalna, przedstawiana przez dziennikarzy mówi raczej o tym, że najważniejszy mecz w tym sezonie to dla graczy z Paryża okazja, by udowodnić, że Brazylijczyk nie jest im potrzebny.

Nasser Al Khelaifi pobił tego lata wszystkie rekordy. Wydał 400 mln euro na Neymara i francuskiego nastolatka Kyliana Mbappe. Pierwszego podkupił Barcelonie o drugiego wygrał wyścig z Realem. O ile Francuz wszedł do szatni jako skromny chłopak i został zaakceptowany, o tyle buta Neymara jest ponoć dla kolegów z zespołu nie do zaakceptowania. O przywilejach jakie ma Brazylijczyk krążą legendy. Fakt, że gdy podpisywał kontrakt w Paryżu, barwami klubu zapłonęła Wieża Eiffla, a na jej szczycie wyświetlił się napis „Welcome Neymar”. Brazylijczyk na koszt PSG bawił się ze swoimi kumplami w Saint-Tropez.

Miał wynieść PSG na wyżyny, poprowadzić do triumfu w Lidze Mistrzów. I choć w 30 spotkaniach tego sezonu zdobył 29 goli i miał 17 asyst, w najważniejszym momencie, czyli na Santiago Bernabeu w Madrycie, gdzie PSG mierzyło się z Realem w pierwszym meczu 1/8 finału Ligi Mistrzów nie zdziałał nic szczególnego. Był w cieniu Cristiano Ronaldo zdobywcy dwóch bramek. PSG prowadziło, ale straciło dwa gole w końcówce i przegrało 1:3. Dziś musi wygrać 2:0, by wystąpić w ćwierćfinale. Bez Neymara, który w spotkaniu z Olympique Marsylia doznał poważnej kontuzji i przeszedł operację w Brazylii. Drużyna musi sobie radzić bez tego, który według katarskich właścicieli miał być jej wizytówką.

Pustkę po Brazylijczyku ma zapełnić 30-letni Angel di Maria, były piłkarz Realu. Został z niego sprzedany w 2014 roku, by zrobić miejsce dla gwiazdy mundialu w Brazylii Jamesa Rodrigueza.

Kiedy PSG kupiło Neymara, Di Marii chciało się pozbyć. Proponowano go Barcelonie i innym klubom, ale do transferu nie doszło. W tym sezonie Ligi Mistrzów Argentyńczyk zagrał zaledwie 67 minut, ale w starciu z Realem dostanie wielką szansę. Chce się jej uchwycić jak pozostali koledzy z PSG, którzy uważają, że sprowadzając Neymara i obsypując go lawiną niezasłużonych przywilejów właściciele rozbili jedność szatni. Aby zmotywować graczy Al Khelaifi zaprosił na trening ultrasów z najbardziej agresywnej i kryminogennej grupy.

Real Madryt ma zupełnie inne problemy, ale nie mniejsze. Broniący tytułu Królewscy uczepili się Ligi Mistrzów jako ostatniej deski ratunku. Z Pucharu Króla odpadli z Leganes, w lidze tracą do Barcelony 15 pkt. Stawką rywalizacji z PSG jest uratowanie twarzy i sezonu. Do treningów po trzech tygodniach leczenia kontuzji wracają pomocnicy Luka Modric i Toni Kroos, nie ma jednak pewności, czy Zinedine Zidane zaryzykuje wystawienie ich na Parc des Princes.

sobota, 03 marca 2018

Kryzys Realu Madryt nie wyssał emocji z La Liga. Atletico odrobiło do Barcelony 6 pkt i walka znów się zaczyna. Jutro bezpośrednia przez 90 minut na Camp Nou.

20 maja 2007 roku Leo Messi wbił pierwszego gola Atletico Madryt. Potem było ich jeszcze 26. Dość przykładów na poparcie tezy Diego Simeone, że jego rodaka nie da się kontrolować. Messi ma swoje wady: biega mało, za to w kluczowych momentach. Wtedy Barcelona staje się naprawdę niebezpieczna.

Do 26. kolejki sezonu dotarła bez porażki. Już wiele tygodni temu zaocznie przyznano jej mistrzostwo Hiszpanii. I nagle coś się zmienia. „Jest liga” - ogłosiły media po tym jak Atletico zbliżyło się na pięć punktów.

To nie znaczy, że drużyna Simeone zmieni cokolwiek w sposobie myślenia. Przyjeżdża na Camp Nou, by do maksimum wykorzystać błędy Katalończyków. Zwycięstwo byłoby bezcenne, ale z tego co mówi trener Atletico, remis także weźmie z pocałowaniem ręki. Ważne jest, by jak najdłużej wytrwać tuż za plecami faworyta. Barca walczy przecież na trzech frontach.

Ernesto Valverde uważa, że niedzielnego starcia nie da się nazwać finałem. To nie jest mecz o tytuł jak w 2014 roku. Do końca sezonu zostanie 12 kolejek, po zwycięstwie jego zespołu emocje by przygasły, a przewaga wzrosła do 8 pkt. I tak nie jest to dystans niemożliwy do odrobienia.

Jak mówi Simeone Atletico ma w tym sezonie najmocniejszą kadrę w swojej historii. W Lidze Mistrzów przepadło w grupie, w Pucharze Króla nie dało rady Sevilli. Liga Europy ma niższą rangę. Liga jest najważniejszym frontem. Niełatwym. Ale trzeba podjąć wyzwanie.

Od porażki z Sevillą w Pucharze Króla zespół Simeone wygrał siedem meczów. Bramki 21-3. Robi wrażenie. W tym czasie Barcelona straciła aż 6 pkt w Primera Division i tylko jeden mecz z Gironą wygrała wysoko. Ousmane Dembele i Philippe Coutinho, czyli dwaj najdrożsi piłkarze w historii klubu z Camp Nou, wciąż muszą walczyć o swoje miejsce. A Valverde wprowadza ich ostrożnie, tak by nie zaburzali równowagi w grze defensywnej.

No, ale Barcelona ma duet Messi - Luis Suarez, do tego Andresa Iniestę i Jordiego Albę. Bardzo dużo atutów indywidualnych, którym Atletico ma przeciwstawić serce do walki i perfekcyjną organizację. Czyli jak zwykle.

Kryzys Realu nie pozbawił hiszpańskich rozgrywek emocji i temperatury. Drużyna Simeone przegrała w tym sezonie tylko raz, wydaje się być w formie, która pozwala marzyć. Więcej do stracenia mają Katalończycy. Trudno sobie wyobrazić zaprzepaszczenie takiej serii - 26 spotkań ligowych bez porażki, z czego 20 wygranych.

Mimo wszystko, jeśli podnosić rękę na Barcelonę, to właśnie teraz. Zespół lekko przygasł, jakby 100 proc uwagi skupił na rywalizacji z Chelsea w LM. Atletico to jednak bardzo podobna skala wyzwania.

Od miesięcy dyskutuje się na temat przeprowadzki Antoine’a Griezmanna do Barcelony w kolejnym sezonie (tylko gdzie miałby grać?). Po tym jak francuski napastnik wbił cztery gole Leganes przypomniał, że 11 jego wizyt na Camp Nou zakończyło się bez zwycięstwa i bramki. Chciałby przełamać złą passę. Ale wcale nie musi, jeśli obrońcy perfekcyjnie wykonają swoją pracę. Wszyscy czekają na pojedynek Jana Oblaka z Markiem Andre ter Stegenem. Puścili w ligowym sezonie najmniej goli, wciąż trwają spory, który jest lepszy.

Największym atutem, który odzyskała Barcelona z pomocą Valverde jest cierpliwość. Na Wanda Metropolitano długo przegrywała, ale nie straciła nerwów. Wtedy z kryzysu budził się Luis Suarez. Centrował Sergi Roberto, Urugwajczyk wygrał główkę z obrońcami. To nie był gol w stylu Barcy. I takich goli miało paść potem jeszcze wiele.

Barca odzyskiwała i traciła nieprzewidywalność. Niełatwo wywróżyć na jaki moment Katalończyków trafi jutro Atletico.

Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac