blog Darka Wołowskiego
RSS
czwartek, 30 marca 2017

System VAR wspomagający pracę sędziów piłkarskich za pomocą analizy wideo budzi kontrowersje. FIFA testowała go w towarzyskim meczu Francja - Hiszpania i to on zdecydował o zwycięstwie „La Roja” 2:0.

Prawdopodobnie Video Assistant Referee (VAR) będzie wykorzystywany już podczas mistrzostw świata w Rosji, choć FIFA twierdzi, że póki co tylko testuje system. Pierwsze próby odbyły się w grudniu podczas klubowych mistrzostw świata w Jokohamie i Osace, gdzie krytykowali go nawet zwycięzcy piłkarze Realu Madryt. Zawodziła komunikacja między asystentem analizującym materiał wideo, arbitrem technicznym i sędzią spotkania. Decyzje podejmowano za długo, wywoływały one dezorientację kibiców i piłkarzy.

We wtorek w Paryżu na Saint Denis FIFA zaprezentowała udoskonaloną wersję systemu VAR i jak się okazało technologia przyćmiła nawet wielkie gwiazdy biegające po boisku. Hiszpanów bardziej niż ich własna drużyna elektryzował występ 18-latka z Monaco Kyliana Mbappe, którego przyszłość już wiązana jest z Realem Madryt. Nawet tak spokojny piłkarz jak Antoine Griezmann wściekł się po meczu na dziennikarzy. - Kurde, ależ wy jesteście trudni do zniesienia. Zostawcie chłopaka w świętym spokoju, niech się cieszy grą z Monaco - stwierdził napastnik Atletico Madryt. O systemie VAR Griezmann powiedział tyle, że zmienia futbol. I dał do zrozumienia, że wcale nie na lepsze.

Nikt jednak nie był oburzony zwycięstwem Hiszpanów. Nawet francuskie media przyznawały, że było zasłużone. Bohaterem dnia został Gerad Deulofeu, który w 67. min został sfaulowany w polu karnym przez Laurenta Koscielny’ego, a w 77. zdobył bramkę na 2:0. W pierwszej chwili gol Deulofeu został anulowany ze względu na spalonego, ale sędzia Felix Zwayer skontaktował się z arbitrem pomocniczym Danielem Siebertem, a ten otrzymał sygnał od siedzącego przed wideo Niemca Tobiasa Stielera, że bramka była prawidłowa. Deulofeu na spalonym nie był.

Podjęcie decyzji zajęło 30-40 sekund. Przez te 40 sekund kibice i sami piłkarze czekali w ciszy i napięciu.

VAR odcisnął piętno na wyniku i przebiegu meczu już w 48. min, gdy Griezmann zdobył głową gola dla Francji przy stanie 0:0. 80 tysięcy ludzi na Saint Denis świętowało, posypało się z trybun konfetti, gdy arbiter główny konsultował decyzję z asystentem od wideo. Trwało to też koło 30 sekund. I okazało się, że w tej akcji były dwa minimalne spalone, czego na żywo sędziowie nie dostrzegli.

Radość Francuzów okazała się przedwczesna. Tłum sfrustrowanych fanów gwizdał potem z całych sił. Ale trener Francuzów Didier Deschamps pochwalił nowy system. - W tym meczu obie decyzje podjęte z pomocą VAR były na naszą niekorzyść, ale przecież wszyscy chcemy, by futbol był bardziej sprawiedliwy, no nie? Przyjdzie taki dzień, gdy technologia nam pomoże - powiedział.

Szkoleniowiec Hiszpanów Julen Lopetegui zauważył, że za wygraną Hiszpanii nie stoi VAR, ale jego drużyna. To Lopetegui dał szansę wychowankowi Barcelony Deulofeu, który jest piłkarzem Evertonu wypożyczonym do Milanu. Przez trzy lata, czyli do lipca 2018 roku Barca zachowuje prawo pierwokupu. Czy z niego skorzysta?

„Hiszpania lubi VAR” - napisał po meczu na Saint Denis madrycki dziennik „Marca”. Ale „El Pais” ma wątpliwości, bo koniec końców nawet z wykorzystaniem wideo decyzje podejmuje człowiek, który może się mylić. Karny Kościelnego na Deulofeu część kibiców uzna za wątpliwy nawet po obejrzeniu kilku powtórek z różnych ujęć kamery.

Wydaje się jednak, że VAR wkrótce wejdzie do futbolu na stałe, i z pewnością będzie miał wielu zwolenników i tyle samo krytyków. FIFA zastrzega, że sędziwie będą wykorzystywali podpowiedź asystenta od wideo tylko w szczególnych przypadkach: przy sprawdzeniu, czy piłka minęła linię bramkową, czy gol został zdobyty prawidłowo, czy drużynie należy się rzut karny, lub czy zawodnik powinien zostać ukarany czerwoną kartką.

Tak się dziwacznie złożyło, że w tym samym czasie materiał wideo legł u podstaw kary dla Leo Messiego. Podczas meczu Argentyna - Chile w eliminacjach MŚ w Rosji kapitan Albicelestes zwyzywał sędziego liniowego, ale nikt tego nie usłyszał, nawet poszkodowany. Analiza powtórek nie pozostawiła złudzeń, że Messi przeklinał na arbitra, za co FIFA zdyskwalifikowała go na cztery mecze. W lidze angielskiej takie praktyki są normalne.

W strefie wywiadów Saint Denis o technologię wideo zapytano stopera Barcelony Gerarda Pique. - Sędziowie zawsze sprzyjają tym, którzy grają w białych strojach - powiedział robiąc oczywistą aluzję do barw Realu Madryt (we wtorek białe stroje mieli Hiszpanie, Francuzi niebieskie). A potem Pique tak się nakręcił, tak ostro zaatakował królewski klub, że to jego kontrowersyjne zarzuty, a nie system VAR zdominowały czołówki hiszpańskich mediów.

Porażka 0:2 w La Paz dopełniła czary goryczy. Na cztery kolejki przed końcem eliminacji mundialu w Rosji wicemistrzowie świata są na piątym miejscu w tabeli dającym prawo tylko do baraży. I nie mają Leo Messiego.

31 sierpnia Argentyńczycy pojadą do Urugwaju. Krótka podróż może być brzemienna w skutki. To będzie piłkarski bój na śmierć i życie, „Urusi” przegrali trzy ostatnie spotkania w eliminacjach rosyjskich mistrzostw (z Chile, Brazylią, Peru) i z bezpiecznego miejsca osunęli się w rejony, gdzie gra idzie o najwyższą stawkę. Drugą w tabeli Kolumbię i ósme Peru dzieli zaledwie 6 pkt.

Argentyna jest na piątej pozycji, a czuła się już prawie wiceliderem. „Czarny dzień od początku do końca” - napisał o wtorku argentyński dziennik „El Clarin”. Kilka godzin przez meczem z nie walczącą już o nic poza honorem Boliwią przyszła wiadomość z FIFA, że za obrażenie sędziego liniowego po zwycięskim meczu z Chile kapitan Argentyny Leo Messi zostaje zawieszony na cztery kolejki. Wróci dopiero 10 października, kiedy wicemistrzowie świata będę kończyli eliminacje w Ekwadorze. Czy do tej pory zachowają szanse na awans?

Można w to wątpić patrząc na to co stało się w La Paz. Argentyna zagrała bez Messiego przegrywając 0:2 z zespołem, który dawno stracił szanse na awans. Sami Boliwijczycy byli rozczarowani, prezydent kraju Evo Morales napisał na Twitterze słowa wsparcia dla najlepszego piłkarza świata. Stwierdził, że zna futbol i wie, że taka kara spadła na Messiego tylko dlatego, że jest na świeczniku, komu innemu by ją darowano.

Argentyńskie media wietrzą spisek. „El Clarin” poinformował, że o karę dla Messiego postarał się brazylijski szef sędziów w Ameryce Płd Wilson Seneme. Sędziowie spotkania Argentyna - Chile nie wpisali skargi na pięciokrotnego laureata Złotej Piłki do protokołu meczowego, obserwator FIFA też niczego nie zauważył i nie słyszał. Zadzwonił do niego Seneme, który sytuację jak gwiazdor Barcelony ubliża arbitrowi bocznemu zobaczył w telewizji. I nakazał korektę raportu, na podstawie którego FIFA wydała wyrok o dyskwalifikacji.

Oczywiście federacja Argentyny odwoła się od decyzji, może kara zostanie skrócona. Tamtejsza prasa skontaktowała się już z Diego Maradoną, nowym ambasadorem FIFA, który powiedział jednak, że ze sprawą nie ma nic wspólnego. I nie będzie się mieszał.

Co stanie się z drużyną bez Messiego? Ostatnio Argentyna przepadła w eliminacjach do mundialu 47 lat temu. Nie pojechała w 1970 roku do Meksyku, gdzie po tytuł sięgał Pele z Brazylią. Od tamtej pory „Albicelestes” wywalczyli dwa tytuły mistrza świata, trzy lata temu przegrali dopiero finał z Niemcami na Maracanie. Do tego doszły dwie porażki w ostatnich finałach Copa America, co skłoniło Messiego do ogłoszenia, że kończy grę w reprezentacji. Cały kraj nakłonił go do powrotu, bo bez niego drużyna narodowa fatalnie zaczęła eliminacje do mistrzostw w Rosji zdobywając 5 pkt w czterech meczach. Z Messim w czterech kolejnych wywalczyła 9 pkt.

Wydawało się, że sytuacja jest opanowana. Po porażce z Boliwią prasa argentyńska przypomina jeden z najgorszych momentów w dziejach drużyny narodowej. Na mundialu w USA w 1994 roku Argentyńczycy grali bajecznie kierowani przez Maradonę. Po stracie zdyskwalifikowanego lidera natychmiast odpadli z turnieju.

Na drugim biegunie wobec Argentyny jest dziś Brazylia. Jeszcze 30 marca 2016 roku, czyli dokładnie rok temu „Canarinhos” zaglądał w oczy strach. Po sześciu meczach eliminacji mieli zaledwie 9 pkt i byli poza strefą awansu. Od tamtej pory wygrali 8 spotkań, Neymar i reszta zmartwychwstali, grają znów „jogo bonito”, lub jak pisze prasa europejska tiki-takę. Po drodze piłkarze Brazylii zdobyli w Rio złoty medal igrzysk, w eliminacjach mundialu mają w tabeli aż 9 pkt przewagi nad drugą Kolumbią i awans właściwie pewny. Różnica bramek Brazylii to plus 25, różnica bramek Argentyny to plus 1! Przepaść.

31 sierpnia w 15. kolejce spotkań Urugwajczycy i Argentyńczycy będą trzymać kciuki za Brazylijczyków, by pokonali zagrażający im Ekwador. Do czego to doszło.

poniedziałek, 27 marca 2017

Mimo sensacyjnego remisu w Kazachstanie piłkarzom Adama Nawałki wystarczyło zaledwie pięć meczów, by wypracować sześć punktów przewagi nad rywalami. Czy ktoś z nich ma jeszcze prawo wierzyć w doścignięcie Polaków w kwalifikacjach rosyjskiego mundialu?

Teoretycznie wszystko było dość łatwe do przewidzenia. W Podgoricy mierzyła się 64. drużyna rankingu FIFA z dwunastą. Zwycięstwo Polski nie jest więc sensacyjne. Ale jest ważne z kilku powodów. Trzy punkty przybliżają drużynę do mundialu, są też mocnym ciosem w morale przeciwników. Bo zapewne zaczęli oni właśnie walkę o drugie miejsce w grupie E i baraże.

Takiej przewagi w eliminacjach mundialu w Rosji nie wywalczyła żadna drużyna w strefie europejskiej. W grupie C Niemcy mają pięć punktów więcej od Irlandii Północnej.

Robert Lewandowski zdobył w tych kwalifikacjach 8 goli, tylko o jednego mniej niż Cristiano Ronaldo. W Podgoricy kapitan perfekcyjnie strzelił z wolnego, co od kilku miesięcy stało się jego specjalnością przybliżając go jeszcze bardziej do statusu napastnika totalnego. Tak jak kiedyś wysiłki Lewandowskiego nie miały przełożenia na wyniki zespołu narodowego, tak teraz rozstrzyga mecze mimochodem, bez konieczności wznoszenia się na wyżyny. Wczoraj zdobył 43. bramkę w reprezentacji, brakuje mu tylko dwóch do będącego na drugim miejscu w klasyfikacji wszech czasów Grzegorza Lato.

Swojego najważniejszego gola w kadrze zdobył też w Podgoricy Łukasz Piszczek. Ma wyjątkowe szczęście do eliminacji mistrzostw świata. Dotąd strzelał jednak w przegranym 1:3 meczu z Ukrainą i w wygranym 5:0 starciu z San Marino. Kwalifikacje do mundialu w Brazylii zakończyły się porażką Polski, wczorajszy gol Piszczka ma znacznie większe niż tylko statystyczne. Polacy pokonali wicelidera tabeli w jego twierdzy. Nie pękli w walce wręcz, a jeśli chodzi o umiejętności byli drużyną o znacznie wyższej kulturze gry.

Selekcjoner dostał też wczoraj potwierdzenie, że sensowny jest jego upór w sprawie Piotra Zielińskiego. Pomocnik Napoli błysnął kluczowym podaniem do Piszczka w chwili, gdy drużyna najbardziej tego potrzebowała. Czarnogóra wyrównała stan meczu, po czym wciągnęła sfrustrowanych Polaków w chaotyczną wymianę ciosów. Niespełna 23-letni Zieliński miał dość klasy, żeby uspokoić wydarzenia na boisku, które wymykały się spod kontroli. Cztery minuty przed zwycięskim golem Adam Nawałka zdecydował się wprowadzić do gry drugiego napastnika. Trzeba było zdjąć jednego z pomocników, teoretycznie tego najbardziej ofensywnego, by zachować równowagę w drużynie. Ale Nawałka wycofał Karola Linetty’ego rozgrywającego akurat przeciętny mecz. Zieliński został na boisku, by wziąć udział w najładniejszej akcji Polaków.

Przez dekady selekcjonerzy polskiej kadry bezskutecznie poszukiwali kreatywnego pomocnika. Przywykliśmy do gry bez niego tak mocno, że inaczej sobie już nie wyobrażamy. Jan Tomaszewski uważa, iż wystawianie w drugiej linii kogoś o tak ofensywnej charakterystyce, szkodzi drużynie, zakłóca równowagę między atakiem i obroną. Nawałka ma swoje zdanie, w Zielińskiego wierzył niezachwianie nawet po nieudanym eksperymencie z wystawieniem go w meczu z Ukrainą na Euro 2016.

W Podgoricy Polska poradziła sobie bez gracza tak fundamentalnego jak Grzegorz Krychowiak. To pokazuje, że Nawałka ma kilka opcji, a niezastąpiony jest tylko Lewandowski. To ważna informacja, bo w kolejnym meczu z Rumunią w Warszawie nie zagra ukarany za kartki Kamil Glik. Coś z tą wielką dziurą w środku obrony trzeba począć.

10 czerwca Polacy zaczną rundę rewanżową eliminacji do rosyjskich mistrzostw świata. Teoretycznie do awansu mogą wystarczyć im zwycięstwa nad Kazachami i Ormianami. Sytuacja drużyny Nawałki jest zaskakująco wręcz komfortowa. Czy to jeszcze w ogóle można zepsuć? Można, ale po co?

czwartek, 23 marca 2017

Zinedine Zidane, Diego Simeone, Luka Mordic, a nawet Andres Iniesta. Nie trzeba być Jose Mourinho, by od czasu do czasu zaprzeczać sobie.

Przerwa reprezentacyjna to czas, gdy media hiszpańskie cierpią najbardziej. Jak sprzedać czytelnikowi mecz z Izraelem, nawet jeśli stawką jest rosyjski mundial? Można pisać o tym jak Sergio Ramos i Gerard Pique zakopują na zgrupowaniu La Roja odwieczny topór wojenny. Wypomnieć im, co mówili o arbitrach po meczach przegranych, a co po zwycięstwach Realu, czy Barcelony.

Obaj są w gruncie rzeczy synami jednej matki. „O sędziach nie rozmawiam” - mówią, gdy błędy zdarzają się na korzyść ich zespołów, po czym uderzają w dzwony i tony ofiary, gdy pomyłki arbitrów krzywdzą ich drużyny. Ramos o sędziach nie mówi ostatnio, ale po półfinałach Ligi Mistrzów z 2011 roku mówił bardzo chętnie. „Są rzeczy, z którymi nie da się walczyć” - stwierdził wtedy po odpadnięciu Realu z Barceloną. Pique odwrotnie: w 2011 roku na temat pracy sędziów milczał, ostatnio bywał aktywniejszy, gdy w lidze Barca ogląda plecy „Królewskich”.

Ale to nie jest ulubiona gra dwóch reprezentacyjnych stoperów. W Hiszpanii w tę grę zaangażowani są niemal wszyscy, jakby kraj rozpadał się na dwie części. W dni wolne od rywalizacji ligowej media mają czas na wypominanie bohaterom ich pochopnych deklaracji sprzed lat.

Niedawno Diego Simeone ogłosił, że w Hiszpanii mógłby prowadzić inny klub niż Atletico, byle to nie był Real Madryt. Dziennik „Marca” natychmiast wyszukał publikację z 17 kwietnia 1994 roku, kiedy „Cholo” grał jeszcze w Sevilli. Stwierdził wtedy, że gdyby miał opuścić Ramon Sanchez Pizjuan to wyłącznie po to, by grać na Santiago Bernabeu. Potem przez lata zmieniło się w jego myśleniu wszystko.

20 grudnia 1998 roku laureat Złotej Piłki Zinedine Zidane zwierzał się magazynowi „Don Balon”, że najbardziej chciałby grać w Barcelonie. Trzy lata później był drugim galaktycznym w Realu. I do dziś jest jego symbolem.

Kilkanaście lat temu w rubryce „Temat dnia” dziennik „Marca” zrobił dwie strony o Rafaelu Marquezie. Meksykański stoper grał wtedy w Monaco, ale bez przeszkód pozwolił się sfotografować w koszulce Realu. Opowiadał, że tam widzi swoją przyszłość. I sukcesy. W 2003 roku podpisał kontrakt z Barceloną, w której zdobył wszystkie trofea i gral aż do 2010 roku.

9 lat temu dziennikarze katalońskiego „El Mundo Deportivo” odwiedzili w Zagrzebiu Lukę Modrica. Grał wtedy dla Dinama, ale mówił, że zainteresowanie Barcy to dla niego wyjątkowy zaszczyt. - Rozmawiam dużo o Barcelonie z Robertem Prosineckim, a kiedy wybrałem się na Camp Nou, wielu katalońskich kibiców mnie zaczepiało ze względu na podobieństwo do Johana Cruyffa - opowiadał.

Wyszukano też film, na którym mały Andrea Iniesta deklaruje się jako zapamiętały kibic Realu Madryt. Jak widać obu kolosów z „La Liga” nie dzieli aż tak wiele jak się z pozoru wydaje.

Na koniec o trenerze Manchesteru United Jose Mourinho, który ogłosił niedawno, że woli wygrać Ligę Europy niż zdobyć czwarte miejsce w Premier League. A jeszcze trzy i pół roku temu jako szkoleniowiec Chelsea mówił w wywiadzie dla BBC, że nie chce wygrać Ligi Europy. Było to niedługo po tym jak LE z Chelsea zdobył Rafa Benitez, którego „Mou” nie znosi. Wtedy Portugalczyk uważał, że przyzwyczajanie graczy Chelsea do faktu, że Liga Europy to istotne rozgrywki, jest poniżej godności klubu.

środa, 22 marca 2017

Na Camp Nou miało powstać kolumbarium dla prochów 30 tys zmarłych kibiców Barcelony. Sprzedano tysiąc miejsc, interes upadł, kibice zostali oszukani. Sprawa trafiła do sądu.

Prawnik Antoni Freixa był w zarządzie Barcelony do 2015 roku, kiedy sam stanął do wyborów na prezesa klubu i je przegrał. Pracował jednak w Barcy bardzo długo, za kadencji aż trzech prezesów: Joana Laporty, Sandro Rosella i Josepa Marii Bartomeu. Z tym pierwszym współpracował w latach 2003-2005, by po głośnym konflikcie razem z Rosellem podać się do dymisji. Gdy Rosell doszedł do władzy, Freixa został rzecznikiem zarządu klubu. Po odejściu Rosella, współpracował z Bartomeu.

I to właśnie Freixa przyniósł do Barcelony pomysł cmentarnego biznesu. Nie jest on nowy: kolumbaria mają inne hiszpańskie kluby: Betis Sewilla, Espanyol czy Atletico Madryt. Ich najwierniejsi kibice mogą spocząć na cmentarzach na stadionie, lub w okolicach. Barcelona ma swój cmentarz Les Corts, ale pomysł wygospodarowania miejsc na 30 tys urn z prochami w murach legendarnego stadionu Camp Nou miał wygenerować 90 milionów euro.

Co więcej Barcelona, a właściwie wynajęta przez nią firma, chciała sprzedać swój pomysł za granicę. O krok od zakupu był angielski Manchester City - klub gdzie pracuje trener Pep Guardiola, a wysokie funkcje pełnią byli działacze Barcy. City zrezygnowało, gdy firma reprezentująca Barcelonę zażądała od nich 3 mln funtów na początek. Były plany, by pomysł kupiło też brazylijskie Corinthians Sao Paulo.

Espai Memorial Barcelonista - tak miał nazywać się cmentarz na Camp Nou. Na pomysł wpadł biznesmen Santi Bach z firmy Giem Sports. Dotarł do szefostwa Barcelony przez szwagra Freixy. Wszystkim pomysł się spodobał, wszyscy mieli na tym zarobić. Okazało się, że w latach 2011-2015 kiedy pomysł powstał i upadł, Freixa dostał od Giem Sports 200 tys euro. Prawnik twierdzi, że to za wykonane dla firmy usług prawniczych, ale prowadzący śledztwo w sprawie mają poważne wątpliwości, czy nie mają do czynienia z korupcją. Aferę opisuje między innymi największy hiszpański dziennik „El Pais”.

Bach odszedł już z Giem Sports zmuszony do tego przez kibiców żądających zwrotu pieniędzy. W sądzie się nie stawia, póki co ignoruje wezwania.

Co na tym zyskiwała Barcelona? Bach obiecał jej 6 mln euro i 5 procent od sprzedaży patentu za granicę.

Pomysł nie doczekał realizacji, bo stadion Camp Nou będzie modernizowany. Dopiero wtedy można by wrócić do koncepcji Espai Memorial Barcelonista. A tymczasem trzeba było wykorzystać miejsce na cmentarzu Les Corts. Zmianę planów ogłoszono w 2014 roku, tyle, że niedługo potem Giem Sports zbankrutowała. Kibice, którzy kupili miejsca w kolumbarium podali do sądu Bacha, Freixę i prezesa Barcy Josepa Marię Bartomeu. W 2014 roku przedłużył on umowę klubu z Giem Sports.

Jest jeszcze jeden kluczowy szczegół w sprawie. W marcu 2013 roku szefowie Barcelony zapytali władze miasta o możliwość budowy kolumbarium na Camp Nou i dostali odpowiedź odmowną. „Legendarny stadion to obiekt sportowy w związku z czym nie można wykorzystywać go jako miejsca pochówku”.

Szefowie Barcelony nie czują się winni. Przeciwnie, też uważają się za ofiary Bacha i jego firmy. Twierdzą, że w całej tej sprawie cierpi wizerunek klubu i chyba w tym względzie akurat się nie mylą.

niedziela, 19 marca 2017

Drugie miejsce drużyny w Vikersund to jeden z najbardziej spektakularnych sukcesów polskich skoczków w tym sezonie. I być może klucz do zwycięstwa w Pucharze Narodów.

- Szalony, niesamowity, historyczny i tak można mnożyć epitety - mówił o konkursie drużynowym rozemocjonowany Maciej Kot. - Tylu tak dalekich lotów nigdy nie widziałem: dwa rekordy świata, dwa rekordy Polski, ufff. I to drugie miejsce w konkursie, świetne dla nas.

Adam Małysz opowiadał, że po wielu skokach dyrektor Pucharu Świata Walter Hofer głęboko oddychał z ulgą, widząc jak zawodnicy ocierają się o granicę bezpieczeństwa. Rekord świata bił Norweg Stefan Johansson (252), a potem Austriak Stefan Kraft. Piotr Żyła dwa razy poprawiał rekord Polski (243 i 245,5), a Maciej Kot (244,5) i Kamil Stoch (243) poprawili rekordy życiowe.

8 sekund w powietrzu - to daje skoczkom emocjonalnego kopa. Po konkursie nikt nie mówił o wynikach, ale o frajdzie z utrzymywania się w locie tak długo. To działa jak najlepszy motywator. Wszyscy to podkreślali.

Kot żałował trochę, że skrócił swoją rekordową próbę. Ale zabrakło mu doświadczenia. - Pierwszy raz byłem na tej skoczni aż tak daleko, minąłem już wszystkie linie, czułem, że mogę lecieć dalej, a jednak pojawił się odruch obronny. I spadłem ma ziemię. A mogłem polecieć ponad 250 m - spekulował.

Zachwycony był Stoch, który po obu lotach uderzał pięściami w pierś. Może rekord Polski wynosiłby jeszcze więcej, ale po rekordzie świata Krafta, sędziowie obniżyli Kamilowi rozbieg o dwie belki. Polak i tak skakał fenomenalnie, w nieoficjalnej klasyfikacji indywidualnej przegrał tylko z Kraftem. Awansował na trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej Raw Air wyprzedzając Norwega Andreasa Stjernena o 0,3 pkt! Niewyobrażalne, że różnica mogła być tak minimalna po ośmiu startach.

Ale najważniejsze tego dnia było zwycięstwo drużyny nad Austriakami i Niemcami. Jedni i drudzy niebezpiecznie zbliżali się do Polaków w Pucharze Narodów. Loty to raczej ich domena, a skocznia w Vikersund zachęca do skoków o długości ćwierć kilometra. Okazało się jednak, że stereotyp, iż Polacy nie są dobrymi lotnikami, w sobotę stanął pod ogromnym znakiem zapytania. Polacy powiększyli przewagę nad Austriakami o 50 pkt i nad Niemcami o 150. A poza tym odwrócili tendencję, bo w ostatnich konkursach rywale cały czas się do nich zbliżali.

- Dla mnie to żadna niespodzianka. Wiedziałem, że stać ich na wszystko - mówił Małysz. Ale i jemu trudno było zapanować nad emocjami.

Paradoksalnie Piotr Żyła, który dwa razy poprawił rekord Polski (w serii próbnej 243 i w pierwszej serii konkursowej 245,5) miał słabszą drugą próbę (192) i indywidualnie uzyskał dopiero 16. wynik dnia. Dawid Kubacki też miał pierwszy skok lepszy (210), ale w drugim wiatr wiał mu w plecy (194,5). Ogólnie Polacy nie zepsuli jednak ani jednego skoku i w tym tkwiła ich siła. Poza ich zasięgiem byli tylko Norwegowie, ale walka trwała do ostatniego skoku. Stający na rozbiegu jako ostatni Stjernen musiał uzyskać 210 m, by zapewnić gospodarzom zwycięstwo.

Stefan Horngacher uważa, że konkursy drużynowe są ciekawsze od indywidualnych. Być może przez austriackiego szkoleniowca Polaków przemawiają emocje osobiste. Jako skoczek zdobył pięć medali mistrzostw świata i dwa olimpijskie - wszystkie w drużynie. Patrząc na to co się działo w sobotę w Vikersund, można jednak przyznać Horngacherowi rację.

W tym sezonie jego skoczkowie zrobili kilka rzeczy spektakularnych. Zdominowali Turniej Czterech Skoczni, zdobyli tytuł mistrzów świata w Lahti. Ale koniec sezonu zapowiadał się na bardzo trudny, może nawet kryzysowy. Raw Air zmieniał się dla Polaków w drogę przez mękę. Stoch stracił tu pozycję lidera Pucharu Świata, do wczoraj zanosiło się na to, że i drużyna nie wytrwa do końca w plastronach liderów Pucharu Narodów. Polski kontratak nastąpił w najbardziej odpowiednim momencie. Żyła, Stoch, Kot i Kubacki pokazali, że mają dość charakteru, klasy i siły, by odeprzeć atak najwytrawniejszych lotników.

piątek, 17 marca 2017

Juventus - Barcelona i Bayern Monachium - Real Madryt to hity ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Borussia Dortmund trafiła na Monaco, a Atletico Madryt na Leicester.

Hiszpańskie stwierdzenie „Bestia Negra” przywoływane jest w takich przypadkach. Wystarczyło spojrzeć na kamienny wyraz twarzy Emilio Butragueno, by zrozumieć czym dla najbardziej utytułowanego klubu w Pucharze Europy jest taki rywal jak Bayern Monachium. Na Santiago Bernabeu wróci trener Carlo Ancelotti, który wygrywał z Realem „La Decima”, czyli zaliczył dziesiąty triumf w Lidze Mistrzów. Jego asystentem i uczniem był Zinedine Zidane, dziś prowadzący „Królewskich” samodzielnie. Przed rokiem Real triumfował w rozgrywkach jedenasty raz po finale z Atletico na San Siro. Ale kiedy w 2014 roku „Królewscy” wygrywali w Lizbonie po raz dziesiąty, w półfinale rozbili Bayern (5:0 w dwumeczu). I tego mogą obrońcy tytułu obawiać się najbardziej, bo w wieloletniej rywalizacji obu klubów wygrywa zwykle raz jeden raz drugi.

Z pewnością w chwili gdy Bayern trafiał na Real, całe Monachium zakrzyknęło: "uwaga na główkę Ramosa". A cały Madryt "uwaga na Polaka".

Robert Lewandowski znów zagra na Santiago Bernabeu jak w 2013 roku z Borussią Dortmund. Wtedy wbił cztery gole w pierwszym meczu półfinału w Dortmundzie i stal się marką globalną. Real zabiegał o Polaka cały poprzedni sezon, ale do transferu nie doszło. Kibice w Madrycie znów będą mogli się przekonać kto jest lepszy: Lewandowski, czy Karim Benzema. A może Polaka trzeba zestawiać raczej z Cristiano Ronaldo, bo to wśród napastników najwyższa półka, na którą Francuz wskakuje tylko od czasu do czasu.

To będą starcia porywające. Real gra futbol nieprawdopodobnie wyrachowany i ekonomiczny. Bayern gra bardziej kombinacyjnie, Ancelotti miał nawet uprościć jego styl po niemieckiej wersji tiki-taki wprowadzonej przez poprzednika Pepa Guardiolę. Niemcy są bardziej głodni sukcesu. Wygrali Ligę Mistrzów ostatni raz w 2013 roku. Potem Real zwyciężył w niej aż dwa razy. I ponoć bardziej liczy się dla niego mistrzostwo Hiszpanii. Taki rywal jak Bayern wywoła jednak na Bernabeu 110 proc mobilizacji.

Być może największy apetyt na triumf w rozgrywkach ma jednak Juventus Turyn. On najczęściej przegrywał w finałach, ostatnio z Barceloną w 2015 roku. W Berlinie Katalończycy triumfowali 3:1. Byli jednak w lepszej formie niż teraz. Za to Juventus wciąż rośnie w siłę. Szanse na półfinał są dziś 50:50. Dwa lata temu świat żałował Gianluigiego Buffona - legendarnego 37-letniego wtedy bramkarza, którzy bezskutecznie marzy o triumfie w Champions League. Gigi dał sobie kolejną szansę, być może wygra upragniony puchar tuż przed czterdziestką. Najpierw trzeba jednak pokonać Barcelonę, która miewa kryzysy, ale i przebłyski wielkiej gry. W 1/8 finału odrobiła cztery gole straty z Paryża w starciu z PSG. - Wygrana 6:1 na Camp Nou pozostaje w historii, ale żeby miała większy sens, powinniśmy wygrać całe rozgrywki - mówi stoper Barcy Gerard Pique.

Wszystko inne, czyli mecze Borussia Dortmund - Monaco i Atletico - Leicester będą w cieniu hitów. Pierwsza para to pojedynek polsko-polski Łukasza Piszczka z Kamilem Glikiem. Dwóch obrońców Adama Nawałki powalczy o półfinał, dla Piszczka to nic nowego, grał już w finale z 2013 roku, kiedy Borussia przegrała z Bayernem 1:2.

Niech Was nie zwiedzie niska pozycja Atletico w lidze hiszpańskiej. Po trzech porażkach w finale Pucharu Europy "Colchoneros" postawili na te rozgrywki. Leicester to wymarzony rywal, choć pokonał Sevillę wyprzedzającą Atletico w tabeli La Liga. Tym razem Anglicy muszą zrobić trzy razy tyle, by w rozgrywkach przetrwać. Po Barcelonie, Bayernie, Realu i Juventusie Atletico jest jednym z faworytów do zwycięstwa w tej edycji Champions League.

Pierwsze mecze odbędą się 11 i 12 kwietnia w Monachium, Turynie, Dortmundzie i na Vicente Calderon w Madrycie. Rewanże 18 i 19 kwietnia.

wtorek, 14 marca 2017

CR7 jest najlepiej główkującym graczem ligi hiszpańskiej, w której najwięcej goli głową w tym sezonie zdobył Sergio Ramos. Ale kibice i tak najchętniej dyskutują o błędach arbitrów.

Już pod koniec lutego dziennik „Marca” informował o powołaniu do życia nowych linii lotniczych. Gra słów w tytule odwoływała się do faktu, że piłkarze Realu Madryt zdobywają strzałami głową blisko 22,6 proc bramek. Od tamtej chwili nic się nie zmieniło, ostrzeżenie nie podziałało na rywali. W dwumeczu 1/8 finału Ligi Mistrzów Napoli, choć zdecydowanie górowało w rozgrywaniu piłki po ziemi, uciułało dwie bramki. „Królewscy” zdobyli trzy po główkach i dorzucili trzy wbite nogami.

Od lutego tendencja jeszcze się nasiliła. Ze 122 bramek zdobytych w tym sezonie, 31 gracze Zinedine’a Zidane’a wbili głową. A więc 25,4 proc. W La Liga z 68 goli, po główkach padło 20 - czyli 28,98 proc. Ostatni mecz ligowy z Betisem rozstrzygnęły głowy Cristiano Ronaldo i Sergio Ramosa. Real po raz kolejny przegrywał, tak jak w ostatnim czasie dwa razy z Napoli, z Villarreal, czy Las Palmas, ale potrafi odwracać losy rywalizacji. Często głową.

CR7 jest najlepszym w lidze hiszpańskiej specem od gry w powietrzu, zdobył głową 46 bramek, jedną więcej niż Bask Aritz Aduriz. Ramos jest liderem tego sezonu z sześcioma skutecznymi główkami w lidze i 10 we wszystkich rozgrywkach. Ciekawe co by było, gdyby trenerzy juniorów Sevilli nie pomylili się w ocenach i odkryli, iż Sergio nie jest materiałem na środkowego obrońcę, ale na środkowego napastnika. W defensywie popełnia czasem proste błędy, za to pod przeciwną bramką jest nieprawdopodobnie wręcz skoncentrowany.

Oczywiście mecz z Betisem nie obył się bez sędziowskich kontrowersji. Fani Barcelony uważają, że Mateu Lahoz był dwunastym graczem gospodarzy. I przeciwnie: fani z Madrytu nie chcą uznać „remontady” wszech czasów z PSG, bo ich zdaniem nie doszłoby do niej, gdyby nie pomyłki sędziego Deniza Aytekina.

Stereotyp mówi, że charakter ma Real. Zwracał na to uwagę sam Pep Guardiola uważając to za jedną z największych wartości w hiszpańskiej piłce. Jako dzieciak, a potem piłkarz Barcelony podziwiał u wielkich rywali głębokie przekonanie, że każdy wynik da się odwrócić. Po latach nauczyła się tego nawet reprezentacja Hiszpanii i „Duma Katalonii”.

Jeden z felietonistów dziennika „El Pais” napisał, że nie trzeba mieć wcale obsesji, by dyskutować o pracy arbitra. Aytekin popełnił błędy krzywdzące PSG, tak jak Lahoz błędy krzywdzące Betis. Kuriozalne jest jednak umniejszanie w ten sposób wysiłku rywali.

Mecz Barcelona - PSG komentowało dla telewizji angielskiej czterech byłych wielkich piłkarzy. Kiedy Sergi Roberto zdobył bramkę na 6:1, wszyscy zerwali się z miejsc w dzikim szale. Można zrozumieć Gary’ego Linekera, on grał w Barcelonie u Johana Cruyffa. Ale taki Michael Owen był przecież piłkarzem Realu Madryt. Rio Ferdinand zdobyłby dwa Puchary Europy więcej, gdyby w finałach z 2009 i 2011 roku jego Manchesterowi United nie stanęła na drodze Barcelona. Steven Gerrard też nie ma osobistych powodów, by kochać Katalończyków. Prawdopodobnie cała angielska czwórka przeżyła tak głęboką radość czując, że na Camp Nou dzieje się coś historycznego.

Rzecz jasna każdy z nas ma prawo sam oceniać jakie emocje są mu bliskie. Wielu ludzi uważa, że ukształtowały ich przeżycia meczów z podwórka. Wtedy przekonywaliśmy się jak trudno zrobić z piłką to, co wyprawia Leo Messi, czy CR7. Albo król przestworzy Serio Ramos.

O stopera Realu zapytano Juana Romana Riquelme. Odpowiedział, że w lidze argentyńskiej by sobie nie postrzelał, bo tam stoperzy nie pozwoliliby mu w ogóle wybić się w powietrze. Wniosek jest taki, że w Europie obrońcy pracują gorzej. To podobny argument jaki kiedyś wysunął Diego Godin wobec Messiego. Urugwajczyk powiedział, że w Hiszpanii większość obrońców kłania się w pas, gdy widzi, że Leo nadciąga z piłką. I na tym polega cały ten fenomen?

Aby obalić tezę Riquelme wystarczy zdanie z relacji z finału klubowych mistrzostw świata z 2014 roku, gdzie Real Madryt wygrał gładko 2:0 w Marrakeszu z San Lorenzo. „W 37. minucie z rzutu rożnego dośrodkował Toni Kroos, a Sergio Ramos zgubił w polu karnym kryjącego go Mario Yepesa i strzałem głową z pięciu metrów dał „Królewskim” prowadzenie”.

Teza Godina sama się wyśmiewa. Obrońcy w Europie są ciapami, w czasach, gdy każdy kopiący piłkę Latynos marzy o pracy w wielkich ligach?

Wolę myśleć, że Messi to zjawisko. Tak jak nadlatujący z nieba niczym jastrząb Sergio Ramos.

piątek, 10 marca 2017

Zinedine Zidane stworzył drużynę na własne niepodobieństwo. Real Madryt to najbardziej ekonomiczny zespół świata i najlepszy w powietrzu.

Stawianie pomników Ramosowi? Przesada. Choć lista jest imponująca. 7 marca jego dwie główki w Neapolu wprowadziły Real do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. 10 grudnia 2016 roku zdobył bramkę głową w doliczonym czasie meczu z Deportivo, w którym „Królewscy” pobili hiszpański rekord meczów bez przegranej. Dziennik „Marca” zasugerował wtedy, by 93. minutę nazwać oficjalnie „minutą Ramos” i wprowadzić do międzynarodowej nomenklatury.

3 grudnia Barcelona prowadziła z Realem na Camp Nou 1:0, gdy Sergio wyskoczył ponad wszystkich. Burę dostał biedny Arda Turan za faul na lewym skrzydle, a nie na przykład środkowi obrońcy gospodarzy. Bo wiadomo, że jak jest wolny w ostatniej minucie, to szanse Realu i Ramosa rosną.

10 sierpnia główka Ramosa dała Realowi dogrywkę w Superpucharze Europy. I szansę na pokonanie Sevilli. 

20 grudnia 2014 roku Ramos zdobył gola głową w finale klubowych mistrzostw świata, a cztery dni wcześniej jego główka otworzyła wynik w meczu półfinałowego z meksykańskim Cruz Azul. Za całokształt dostał tytuł najlepszego piłkarza tamtego turnieju. Przekonaliśmy się, że Real może mieć inną twarz niż wszechobecna Cristiano Ronaldo.

24 maja 2014 roku Ramos oddał głową strzał najważniejszy. W 93. minucie finału Ligi Mistrzów z Atletico Madryt przy stanie 0:1. Dwa lata później jego bramka też da „Królewskim” dogrywkę i zwycięskie karne w finale z Atletico. Tyle, że wtedy wepchnie piłkę do bramki nogą.

29 kwietnia 2014 roku dwie główki Ramosa rozbiły faworyzowany Bayern Monachium w półfinale Champions League. Lista niewiarygodna jak na środkowego obrońcę.

Ale w skłonności do kreowania bohaterów jednostkowych nie powinniśmy przesadzać. Ktoś potrafi tę piłkę zagrać tak, by Ramos mógł wyskoczyć ponad innych i strzelać. Toni Kroos, Dani Carvajal, Marcelo, Luka Modric to asystenci doskonali. Real w ogóle nie ma sobie równych w grze w powietrzu. Ani w Hiszpanii, ani w Europie.

5 lutego 2017 roku po bezbramkowym meczu w lidze z Celtą bilans Realu wyglądał tak: z 98 bramek w sezonie, aż 22 „Królewscy” zdobyli strzałami głową. Co daje 22,4 procenta. Ciekawy jest jednak fakt, że te 22 bramki główkami strzelało aż 11 piłkarzy. Zdecydowanie najwięcej Ramos, ale też Mariano, Asensio, Lucas Vazquez i James.

Zinedine Zidane stworzył dzieło osobliwe. Jego Real rzadko zachwyca, kreuje grę, odpala fajerwerki. Najczęściej dostosowuje swój wysiłek do klasy rywala. Czasem przesadzi z ekonomiką ruchów jak w ligowym meczu z Las Palmas. Real prowadził, a potem dał sobie wbić trzy bramki. Stracił Garetha Bale’a, ale odrobił dwa gole w dziesiątkę. W 89. min RC7 zawisł w powietrzu dwa piętra ponad obrońcami i strzałem głową doprowadził do remisu.

A jak zdobył Karim Benzema wyrównującą bramkę w pierwszym meczu z Napoli na Santiago Bernabeu? Głową.

Gareth Bale? Proszę bardzo. 26 lutego do 64. minuty Real przegrywał wyjazdowy mecz z Villarreal 0:2. Zanosiło się na katastrofę, gdy Walijczyk zdobył główką gola kontaktowego. A w 83. minucie Marcelo zacentrował z lewego skrzydła na głowę Alvaro Moraty i „Królewscy” wygrali 3:2.

Real zdobywa gole niekonwencjonalnie. W książce „Futbonomia” autorzy stawiają tezę, że trenerzy angielskich klubów powinni zakazać strzałów zza pola karnego. Bo w Premier League tylko 2 procent prób kończy się bramką. Tymczasem gracze Zidane’a w pierwszym meczu z Napoli zdobyli dwa gole po strzałach z dystansu. Jak widać Zidane nie jest wyznawcą futbolu statystycznego.

Francuz przeżył bardzo to co się stało z Realem po zdobyciu La Decima. Widział jak po wspaniałym roku 2014 drużyna Carlo Ancelottiego wiosną całkowicie opada z sił. I zostaje z niczym na koniec sezonu. Dlatego jako trener sam zawzięcie stosuje rotację. James i Isco siedzą na ławce, ale odgrywają swoje role. Odpoczywa nawet Ronaldo przez lata traktujący swój organizm jak maszynę. Real nie chce miażdżyć, rozbijać, dominować rywali, chce wygrywać najniższym nakładem sił. Czasem się to mści, jak w Walencji, czy Sewilli, gdzie „Królewscy” zostawili 6 pkt ligowych. W tym drugim meczu Ramos zdobył samobója, co przypomina, że nie jest bohaterem bez skazy. Póki co drużyna Zidane’a wychodzi jednak na swoje.

W czterech z ostatnich siedmiu meczów Real pierwszy tracił gola. W pięciu z nich przegrywał, trzy razy nawet dwoma bramkami, co podkreśla jego umiejętność odwracania losów spotkań. Z tych siedmiu meczów „Królewscy” wygrali pięć, jeden zremisowali, jeden przegrali.

Zizou był wirtuozem na boisku, na ławce zachowuje się jak ekonomista. U niego gracze o bardzo dużym potencjale grają tak, jakby zachwycać nie chcieli, a chwilami myśleli wręcz już o następnym meczu. Po co robić demonstracje siły, przedstawienia, rozbijać rywali w proch i pył na oczach Europy? Tylko wzmaga się w nich stan gotowości i chęć odwetu. Lepiej wygrywać skromnie, chwilami drepcząc. Tak też da się zajść do celu. Udowodnił to Real przed rokiem, gdy w tak mało atrakcyjny sposób wygrał Ligę Mistrzów.

czwartek, 09 marca 2017

Kiedy w 94. minucie i 39. sekundzie Sergi Roberto zdobył szóstą bramkę, Leo Messi pobiegł świętować na trybuny. Barcelona dokonała rzeczy, która nie udała się nikomu w rozgrywkach europejskich, odwracając losy rywalizacji po porażce 0:4.

Unai Emery stwierdził, że na katastrofę PSG wpłynął sędzia. Rzeczywiście karne na Neymarze i Luisie Suarezie były dyskusyjne, szczególnie ten drugi, kiedy Urugwajczyk wykonał dramatyczny pad w polu karnym jakby otrzymał niewidzialny cios karate w szyję. Javier Mascherano przyznał też, że w 85. minucie sfaulował Angela di Marię biegnącego sam na sam z Markiem Andre ter Stegenem. Kontrowersji w tym dziwacznym meczu było kilka, wielu komentatorów po golu Edinsona Cavaniego w 62. minucie ogłosiło już nawet, że w ćwierćfinale Ligi Mistrzów jest PSG.

Jeszcze na trzy minuty przed końcem wynik wciąż brzmiał 3:1, więc Barcelonie do awansu brakowało kolejnych trzech bramek. Wtedy na Camp Nou objawił się pewien iluzjonista i nie był to tym razem Leo Messi.

Zdjęcie Argentyńczyka górującego nad jedną z trybun Camp Nou ze wzniesioną ręką przypomina Michaela Jordana w locie z piłką nad koszykarską obręczą. Barcelona dokonała niemożliwego, dziennik „Marca” napisał, że cuda się jednak zdarzają. Gol Sergiego Roberto był w jakimś stopniu symboliczny, to przecież wychowanek klubu, który jako nastolatek tak bardzo chciał spełniać marzenia na Camp Nou, że odrzucił ofertę Realu Madryt.

Sergi Roberto grał świetnie na początku sezonu, ale ostatnio przeżył zapaść formy. Tak jak cała Barcelona, która trzy tygodnie temu dostała ciężkie lanie w Parku Książąt. Przed rewanżem na Camp Nou trzeba było szukać rozwiązań nadzwyczajnych - przecież do środy nikomu w jakichkolwiek europejskich rozgrywkach nie udało się odwrócić losów rywalizacji po porażce w pierwszym meczu 0:4.

Osiem dni przed rewanżem z PSG Luis Enrique ogłosił, że po sezonie rozstaje się z klubem. W swojej pożegnalnej mowie wspomniał o ekstremalnym wyzwaniu w Lidze Mistrzów, które najbardziej leży mu na sercu. Tego samego dnia Barca odzyskała pozycję lidera ligi hiszpańskiej. Zaczął się błyskawiczny proces przekonywania wszystkich, że w rywalizacji z PSG nie wszystko stracone. Uwierzyli w to piłkarze Enrique.

Trener Barcy zdecydował się na grę w ustawieniu 3-4-3, Sergi Roberto, podobnie jak drugi z bocznych obrońców Jordi Alba wylądował na ławce. Rolę fałszywego skrzydłowego spełniał Rafinha, w 76. min, gdy duża część kibiców Barcelony ocierała łzy rozczarowania, zastąpił go Roberto. W tym czasie gospodarze opierali swoje nadzieje na Neymarze, który plątał się w jałowych dryblingach, tracąc piłkę. PSG wyjeżdżało z kontrami, po których powinno zdobyć drugą bramkę - gwóźdź do trumny Barcelony. Goście zgrzeszyli jednak nadmiarem nonszalancji. Kara miała być za to najwyższa.

W 88. minucie Neymar zabrał się na poważnie za spełnianie swojej obietnicy, że sam wbije dwa gole. Perfekcyjnie wykonany rzut wolny, kopnięta przez niego piłka wpadła w górny róg bramki, co wywołał oklaski na Camp Nou. Brzmiały one jak podziękowanie kibiców za poświęcenie i wiarę do końca, które pozostały bez nagrody. Chwilę później Suarez padł w polu karnym, a sędzia wskazał na jedenastkę. Minęła 90. minuta, gdy Neymar zdobył gola na 5:1. Temperatura na Camp Nou była już bliska wrzenia.

5 doliczonych minut nadziei udało się wykorzystać. Pod bramkę PSG pobiegł Ter Stegen, a Neymar dopadł do odbitej piłki. Za plecami nie miał nikogo, ale odważył się na drybling, po czym przerzucił piłkę lewą nogą nad całą linią obrony PSG. Sergi Roberto sięgnął jej wyciągniętą nogą, Kevin Trapp był bez szans na reakcję.

Wśród migawek pokazujących eksplozję radości na Camp Nou, można znaleźć film jak kibice otoczyli samochód Messiego. Leży na nim tłum pukający w szybę i skandujący nazwisko gwiazdora. - A teraz co - pyta żona. - A teraz już stąd nie wyjedziemy nigdy - odpowiada piłkarz z uśmiechem.

Jedną z tajemnic tej niepowtarzalnej, historycznej nocy w Barcelonie jest fakt, że Messi nie rozegrał wcale wielkiego meczu. Podobnie Luis Suarez. Tym razem bohater był zbiorowy, wysiłek wszystkich, wysoki pressing, walka wręcz o każdy metr z silniejszymi fizycznie rywalami okazała się kluczem do bram ćwierćfinału.

Wychowanek Realu Madryt Jese, który został sprzedany do PSG, skąd Emery odesłał go do Las Palmas przypominał przed meczem, że Barcelona nie jest specjalistką od spektakularnego odwracania losów rywalizacji. Nie ma tego w tradycji, w DNA, wielkie „remontady” to domena Realu. W Madrycie wspomina się ducha Juanito, legendarnego wojownika, który nie był piłkarskim geniuszem, ale przewyższał innych sercem do walki. Kogoś takiego Barcelonie brakowało. Znakiem rozpoznawczym zespołu z Camp Nou jest ofensywny, kombinacyjny futbol. Tiki-taka zaprowadził go na szczyty.

W ostatnich 11 latach Barca wygrywała Ligę Mistrzów cztery razy doganiając pod względem liczby triumfów Bayern Monachium (pięć). Przed nią jest tylko Real (11 zwycięstw) i Milan (7). Te cztery barcelońskie zwycięstwa w Champions League łączą nazwiska Messiego i Andresa Iniesty zdjętego w środę z boiska w 65. min, po golu Cavaniego, który wydawał się rozstrzygać dwumecz na korzyść PSG.

Niedawno w sklepach Barcelony pojawiło się piwo z etykietą upamiętniającą zwycięskiego gola Ronalda Koemana z finału Pucharu Europy w 1992 roku na Wembley. Niemal ćwierć wieku temu Barca przełamała fatum tych rozgrywek, wcześniej przegrywała w finale dwa razy (1961, 1986). Mówiło się, że ma kompleks Pucharu Europy. Dziś już o tym pamięta niewielu, Messi z Iniestą zatarli to w zbiorowej pamięci. Katalończycy zmienili się w zwycięzców, ale dzięki talentowi, polotowi, finezji. PSG zmogli jednak twardością i sercem do walki na przekór stereotypom.

 
1 , 2
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac