blog Darka Wołowskiego
RSS
czwartek, 31 marca 2016

Za nimi dopiero trzecia część drogi na rosyjski mundial, ale pytanie, choć szokujące staje się uzasadnione: czy pierwszy raz w historii Brazylia może nie zagrać w finałach mistrzostw świata?

Dobiegała 91. minuta gry w Asuncion, gdy techniczny, choć mocny strzał prawego obrońcy Barcelony Daniego Alvesa ocalił dla Brazylii remis 2:2. Do 79. minuty Paragwaj utrzymywał prowadzenie 2:0 i trudno przewidzieć, co by się stało, gdyby nie błąd bramkarza Justo Villara. Hulk, który w drugiej połowie zmienił Fernandinho strzelał z 25 metrów, na siłę, ale w środek bramki. Villar odbił piłkę przed siebie, a potem przepuścił ją pod pachą po słabej dobitce Ricardo Oliveiry. Pięciokrotni mistrzowie świata uwierzyli, że jeszcze nie przegrali.

Po meczu Dani Alves był przeszczęśliwy. Opowiadał dziennikarzom, że mecz w Paragwaju był dla Brazylii nie tylko testem klasy, ale i charakteru. Bez ukaranych za kartki Neymara i Davida Luiza, drużyna Carlosa Dungi miała pokazać, że nie jest przypadkową zbieraniną. Alves motywował kolegów w szatni, chcieli razem udowodnić, iż są godni kanarkowej koszulki - wciąż kultowej. W klubowej piłce 33-letni obrońca zdobył wszystko: 5 trofeów z Sevillą i aż 21 z Barceloną, w kadrze zagrał 89 razy zdobywając jedynie Puchar Konfederacji, czyli trofeum drugiej kategorii.

Głębokie niespełnienie w drużynie narodowej jest u brazylijskich piłkarzy dominujące w ostatnich latach. Sięgnęli dna 8 lipca 2014 roku, gdy w półfinale mundialu w ojczyźnie przegrali z Niemcami 1:7. Trener Luiz Felipe Scolari zapłacił za to posadą, zastąpił go Dunga z myślą, że gorzej być już nie może. A jednak. Przed niespełna rokiem Brazylia odpadła w ćwierćfinale Copa America po porażce z Paragwajem. To było jeszcze jedno potwierdzenie, że wielkie futbolowe imperium nie wyrasta już nawet ponad rywali z własnego kontynentu.

W październiku wystartowały eliminacje do mundialu w Rosji, w Ameryce Płd najcięższe ze wszystkich, gdzie 10 zespołów gra każdy z każdym mecz i rewanż. W takich warunkach o przypadkowe rozstrzygnięcia szczególnie trudno. Po sześciu meczach Brazylijczycy są na szóstym miejscu, nie dającym nawet prawa do gry w barażach. Do Rosji pojadą cztery najlepsze drużyny, piąty zagra w play off z rywalem z innego kontynentu.

Można więc zadać sobie pytanie: z czego cieszył się Alves w Asuncion? Brazylia ocaliła remis z Paragwajem, ale w sześciu rozegranych meczach eliminacji wygrała tylko u siebie z Wenezuelą i Peru - dwoma z trzech najsłabszych zespołów na kontynencie obok Boliwii. Pozostałe siedem drużyn walczy o mundial zaciekle, lidera tabeli od siódmej pozycji dzielą tylko 4 pkt. Urugwaj prowadzi i jest w euforii po odzyskaniu Luisa Suareza ukaranego za ugryzienie na mundialu w Brazylii Giorgio Chielliniego. „Kanibal” wrócił do gry i 25 marca zdobył gola w meczu z Brazylią (2:2), wczoraj asystował przy zwycięskiej bramce Edinsona Cavaniego w starciu z Peru. Także wczoraj pierwszą porażkę poniósł rewelacyjny Ekwador, przegrał w Kolumbii 1:3 po dwóch bramkach Carlosa Bakki. Ekwadorczycy nie wygrali wyjazdowego spotkania z Kolumbijczykami od 1965 roku. - Inaczej się człowiek czuje, gdy ma poparcie wszystkich wokół - powiedział James Rodriguez, gdy pytano go dlaczego w kadrze gra tak dobrze, a w Realu Madryt tak słabo. Oczywiście w Hiszpanii odebrano to jako poważny zarzut wobec klubu.

Radość z gry odzyskała nawet Argentyna, która fatalnie wystartowała, gdy Leo Messi leczył kontuzję kolana. Dziś pięciokrotny laureat Złotej Piłki znów prowadzi do tanga, w meczu z Boliwią zdobył 50. bramkę w drużynie narodowej. Do rekordzisty Gabriela Batistuty brakuje mu zaledwie sześciu. Po serii trzech zwycięstw „Albicelestes” awansowali na trzecie miejsce w tabeli. Chilijczycy wygrali wczoraj 4:1 w Wenezueli i tylko dla kibiców w Brazylii niewiele jest dobrych wieści. Chyba, że ocalenie w Paragwaju - porażka byłaby wstępem do katastrofy.

Jest jeden taki kraj. Tylko Brazylia grała we wszystkich XX turniejach finałowych o mistrzostwo świata. Ona zdobyła najwięcej tytułów - pięć, ona wydała największą liczbę artystów futbolu. Czasy świetności minęły? Na pewno minęły czasy, gdy eliminacje mundiali były dla Brazylijczyków formalnością. Kiedyś przechodzili przez nie spacerkiem. Dopiero 25 lipca 1993 roku w swoim ósmym starcie w kwalifikacjach „Canarinhos” przegrali pierwszy mecz, w dodatku w boliwijskim La Paz na wysokości 3,6 tys mnpm.

Potem takich porażek uzbierało się jeszcze 10, ale Brazylia zawsze na mundialu grała. Kibice w najbardziej zapadłych zakątkach globu nawet nie mogli sobie wyobrazić rywalizacji o Puchar Świata bez niej. Póki co wciąż nie muszą, do końca eliminacji w Ameryce Płd 12 kolejek. We wrześniu drużyna Dungi pojedzie do Ekwadoru, a potem podejmie Kolumbię. Łatwo nie będzie. Zwłaszcza drużynie o tak ograniczonych możliwościach i tak zachwianej pewności siebie. Testem charakteru dla Brazylijczyków jest dziś każdy mecz.

środa, 30 marca 2016

Ośmiu prezesów Barcelony obejrzy z trybun Camp Nou sobotni klasyk z Realem Madryt. Czy wydarzenia na boisku wytrzymają konkurencję ze zbiorowym hołdem dla Johana Cruyffa?

Tym razem nie 17. minuta i 14. sekunda – w zwyczajowym okrzyku niepodległości na pamiątkę końca wojny katalońskiej. W sobotę 2 kwietnia fani z Camp Nou złożą hołd Cruyffowi w 14. minucie klasyku – ten numer wielki idol nosił na koszulce. Wiele lat temu oddał numer 9 koledze z Ajaksu, sięgnął do szafy i wyciągnął przypadkowo 14. Po wygranym meczu zatrzymał go na szczęście.

W ostatnich dniach miejsce pamięci poświęcone zmarłemu Holendrowi na stadionie Barcelony odwiedziło 50 tys. ludzi. Genialny piłkarz, trener i wizjoner za życia konfliktowy, stał się po śmierci symbolem pojednania.

Cruyff był doradcą prezesa Joana Laporty od 2003 do 2010 roku. Wtedy otrzymał tytuł prezesa honorowego. Zrezygnował z niego, gdy Laportę zastąpił Sandro Rosell, w klubie z Katalonii zmiana ekipy rządzącej nigdy nie przebiegała w pokoju. Rosell pozwał do sądu Laportę, co było sygnałem do nieustającej wojny na górze. Były prezes sprzymierzeńców miał mocnych – obok Cruyffa także Pepa Guardiolę.

W sobotę wszelkie wojny, przede wszystkim domowe mają ustać. Przed miejscem poświęconym Cruyffowi Rosell i Laporta podali sobie ręce. Hołd Holendrowi składał też przez ostatnie dni Real Madryt. Prezes Florentino Perez podczas wizyty w miejscu pamięci na Camp Nou powiedział, że „ktoś taki jak Johan nigdy nie powinien był nas opuszczać”. Dzień po śmierci 68-letniego Holendra, treningi drużyn z Santiago Bernabeu zaczynały się od minuty ciszy. W Barcelonie wciąż myślą jak uczcić zmarłego, rozpatrywany jest pomysł, by jego imię nosił stadion. Proponowano, by bramą Cruyffa nazwać wejście numer 14, ale zdecydowano, że to za mało, jak na rozmiar postaci.

W cieniu żałoby dwie wielkie drużyny rozpoczęły przygotowania do sobotniego meczu. Jego sportowy ciężar nie jest tym razem przytłaczający. 10 pkt przewagi Barcelony nad trzecim Realem sprawia, że kwestię mistrzostwa Hiszpanii uważa się za rozstrzygniętą. „Królewscy” przegrali pierwszy klasyk na Bernabeu 0:4, co dodatkowo zmniejsza jego szanse. W Hiszpanii o kolejności w tabeli przy równej liczbie punktów decydują bezpośrednie mecze.

Wygrana „Królewskich” w sobotę byłaby jednak nie do przecenienia. Nie tylko ze względów prestiżowych. Katalończycy znów nazywani są najlepszą drużyną świata, oderwali się od konkurencji, w powszechnej opinii zagrozić im może Bayern Monachium w drodze po obronę potrójnej korony. Żaden klub takiej sztuki jeszcze nie dokonał, by rok po roku zgarnąć trzy najważniejsze trofea. Barcelona może być pierwsza.

Drużyna Luisa Enrique nie przegrała 39 ostatnich meczów, bijąc rekord Hiszpanii. Zespół Zinedine’a Zidane’a trwał w tym czasie w niepewności i rozchwianiu wzbierającym jak fala po porażce w derbach z Atletico. Od tamtej chwili Real bardzo pomału podnosił głowę, debata dlaczego magia wielkich indywidualności ginie gdzieś na zielonej murawie przysłoniła porównania z Katalończykami. Barca jawi się jako faworyt na sobotę i potęga niemal niedościgniona.

Gdzieś w sercach fanów Realu tli się nadzieja, że trudna sytuacja wyniesie piłkarzy Zizou na wyżyny motywacji. W poprzedniej kolejce Barca zremisowała tracąc przewagę dwóch goli nad Villarreal, a więc też miewa chwile słabości. W dodatku Leo Messi, Luis Suarez, Javier Mascherano i Dani Alves dołączą do drużyny dopiero w czwartek, zmęczeni walką o punkty w eliminacjach rosyjskich mistrzostw świata i lotem za Atlantyk. Kara za żółte kartki pozwoliła Neymarowi wrócić do Barcelony wcześniej.

Real ma mniejszy problem. Tak jak Barca „Królewscy” zwolnili na zgrupowania reprezentacji aż 9 piłkarzy. Większość z nich grała w Europie mecze towarzyskie, których znaczenie jest bez porównania mniejsze niż w Ameryce Płd. W niedzielnym sparingu Hiszpanii w Rumunii w podstawowym składzie zagrało aż czterech graczy Luisa Enrique i ani jeden Zidane’a. Lewy obrońca Barcy Jordi Alba zakończył je z urazem i zaczął walkę z czasem przed sobotą.

Zmęczenie może być więc problemem Barcelony. Jej gwiazdy wrócą do klubu 48 godzin przed sobotnim meczem. 15 miesięcy temu w podobnej sytuacji Luis Enrique posadził na ławce w meczu ligowym w San Sebastian będących po podróży Messiego i Neymara. Barca przegrała z Realem Sociedad, czego trener omal nie przypłacił posadą. To było jednak przesilenie i ostatni konflikt w szatni klubu z Katalonii. Od tamtej pory Barca zdominowała klubowy futbol. Czy w sobotę Real Madryt będzie w stanie przerwać nieustające święto?

poniedziałek, 28 marca 2016

Zachowując czyste konto w sparingu z Rumunią Iker Casillas wyrównał rekord Europy w liczbie występów w drużynie narodowej. Dokonania hiszpańskiej legendy budzą jednak mieszane uczucia.

Porównania bywają zwodnicze. A jednak obecny bramkarz Porto może czuć się dotknięty i rozżalony. We Włoszech 38-letni weteran Gianluigi Buffon jest zjawiskiem, herosem powszechnie uwielbianym. Nawet po ostatnim finale Ligi Mistrzów przeciw Barcelonie, gdy zawalił przy golu Luisa Suareza na 1:2, włoskie media wysławiały jego opatrznościowe interwencje utrzymujące Juventus w grze do ostatnich chwil.

Buffona i Casillasa łączy wiele. Przez dekadę rywalizowali o tytuł bramkarza numer 1 na świecie. Ostatnio jeden i drugi znalazł się w głębokim cieniu Niemca Manuela Neuera, ale to o trzy lata starszy Włoch uważany jest za bramkarza „ponadczasowego”.

Casillasa ostatni raz nazywano „Świętym” prawie cztery lat temu. Niezapomniana jest scena z finału Euro 2012 roku w Kijowie, gdy w 90. minucie kapitan Hiszpanów prosi sędziego, by przez szacunek dla pobitych rywali z Włoch nie przedłużał spotkania. Italia przegrywała 0:4, Buffon i inni mieli dość. Kilka minut później Iker wznosił nowy Puchar Henriego Delaunaya. Zdawał się być nietykalny.

Legendarnego bramkarza Realu sprowadził na ziemię ówczesny trener „Królewskich” Jose Mourinho. W grudniu 2012 roku skazał go na ławkę uznając, że sława i powodzenie odcisnęły piętno na jego formie. Przez chwilę wydawało się, iż konflikt może nawet wzmocnić status Ikera. Tracący popularność w Hiszpanii „The Special One” robił ze sławnego bramkarza kozła ofiarnego. Wyglądało to na konflikt osobisty, a nie profesjonalny, niestety dla Casillasa zaczął on wtedy przegrywać rywalizację ze sprowadzonym do klubu Diego Lopezem.

Następca Mourinho Carlo Ancelotti rozwiązał dylemat tak, że w lidze bronił Lopez, w pucharach Iker. Pierwszy był wyżej ceniony przez kibiców, ale to drugi podnosił trofea. Z Lopezem między słupkami Real w Primera Division był trzeci, z Casillasem zdobył Puchar Króla i 10. w historii klubu Puchar Europy. Po wygranym z Atletico finale w Lizbonie widziano jednak w bramkarzu antybohatera, ze względu na błąd przy golu Diego Godina.

Po sezonie prezes Florentino Perez sprzedał Lopeza do Milanu, by zwiększyć komfort pracy Ikera. Efekt był odwrotny do zamierzonego. W oczach dużej części kibiców Realu Casillas był faworyzowany nieadekwatnie do swojej ówczesnej formy.

W kadrze było to jeszcze bardziej widoczne. Im bardziej Mourinho poniżał Ikera, tym bardziej selekcjoner Vicente del Bosque go wynosił. Casillas stał w bramce „La Roja” podczas klęski na brazylijskim mundialu, i miejsca nie stracił nawet po niej. Weterani David Villa, Xavi i Xabi Alonso odchodzili, on trwał między słupkami coraz bardziej irytując i dzieląc opinię publiczną.

Hiszpania od lat ma następcę. 26-letni David de Gea z Manchesteru United był okrzyknięty geniuszem już parę lat temu. Broni bardzo dobrze, chwilami wręcz fenomenalnie, mimo wszystko Del Bosque wciąż każe mu czekać na swoją szansę.

Spirala niechęci wobec Ikera nakręcała się długo. W hiszpańskich mediach eksponowano każdy jego błąd, sugerując, że czas zejść ze sceny. Latem Casillas nie wytrzymał, zostawił Real, odszedł do Porto. Według powszechnej opinii czas na zmianę warty także w drużynie narodowej. Ale Del Bosque wciąż się waha. Cztery dni temu w sparingu z Włochami (1:1) selekcjoner wystawił do bramki De Geę i bramkarz Manchesteru wypadł świetnie. Dziennikarze sugerowali mu potem, że nie jest traktowany uczciwie. - Rywalizacja z Ikerem jest zdrowa i sprawiedliwa - odpowiedział. Mówi szczerze, czy jest politycznie poprawny?

W niedzielnym sparingu z Ruminią (0:0) zagrał Iker i nie puścił gola. Hiszpańscy komentatorzy nie wyobrażają sobie jednak, by na Euro 2016 znów do bramki stawał Casillas. Ale jest to możliwe. Choć sam powiedział, że jego koniec jest coraz bliższy. Czuje atmosferę wokół siebie.

Iker zagrał w kadrze po raz 166 - to rekord Europy, który dzieli z Łotyszem Vitalijsem Astafjevsem. Buffon ma 155 występów. Do rekordu świata hiszpańskiemu bramkarzowi brakuje 18 meczów. Egipcjanin Ahmed Hassan zagrał w reprezentacji 184 razy.

Czy Hiszpanie życzą sobie ciągu dalszego? Z 35-letnim Ikerem jest tak: wielu uważa, że jest śpiewem przeszłości, ale gdy samotny i we łzach ogłaszał, że opuszcza Real, wszystkim zrobiło się żal. Przypominali, że symbol najlepszych lat hiszpańskiej piłki nie zasługuje na wychodzenie tylnymi drzwiami.

sobota, 26 marca 2016

640 dni spędził na wygnaniu Luis Suarez, ale gdy znów założył „najpiękniejszą koszulkę na świecie”, ocalił dla Urugwaju punkt w meczu z Brazylią

Natal i Recife w stanie Pernambuco dzieli 255 km. Niewiele jak na standardy brazylijskiego giganta. Dla Luisa Suareza ten dystans mierzony był czasem. Symbolizował stracone niemal dwa lata. Stracone nie całkiem, bo w rok w Barcelonie wygrał więcej niż wcześniej przez całą karierę. Ale po ugryzieniu Chielliniego na mundialu i zawieszeniu przez FIFA spędził 640 dni na wygraniu. Wczoraj wrócił jakby nigdy nic.

Suarez żalił się, że potraktowano go jak bandytę. Faktycznie kara była znacznie bardziej surowa, niż dla boiskowych złoczyńców na zimno łamiących nogi swoim przeciwnikom. Ale Urugwajczyk był recydywistą, trzeci raz rzucił się z zębami na przeciwnika, trzeba było to przerwać. Choć cena była wysoka.

Miał czas na terapię, na której uświadomił sobie ostatecznie, że szkodzi wyłącznie sobie. 640 dni minęło i wrócił do kadry na mecz z Brazylią. Tym razem batalia idzie o mundial w Rosji, mecze w Ameryce Płd są brutalne, zacięte, a poziom bardziej wyrównany niż w Europie.

Dzień wcześniej Argentyna z Leo Messim odrobiła straty pokonując Chile na wyjeździe. Tu gdzie niespełna rok temu przegrała finał Copa America. W hicie 5. kolejki Brazylia podejmowała Urugwaj, a Neymar Suareza, z meczu zostanie pamiątkowe zdjęcie jak Urugwajczyk obejmuje i pociesza kumpla z klubu.

Frustracja Brazylijczyków była ogromna. W 25. min prowadzili 2:0, po znakomitym podaniu Neymara do Renato Augusto. 45 tys ludzi wydawało się, że rywal jest martwy. Urugwaj uwielbia grę z kontrataku, jego siła leży w defensywie, która została złamana po 39 sekundach. Brazylijczycy wymienili 10 podań po czym Douglas Costa wbił piłkę do bramki „Urusów”.

Edinson Cavani i Luis Suarez doprowadzili do remisu tuż po przerwie. David Luiz znów został sportowo obnażony przez napastnika Barcy (tak jak w Paryżu podczas meczu PSG- Barca w LM). To była 45. bramka Luisa dla Urugwaju. Neymar wciąż ma o jedną więcej, ale marne to dla niego pocieszenie. Brazylię czekają najtrudniejsze eliminacje MŚ w całej historii. Kiedyś to była formalność, dziś po 5 kolejkach do Rosji pcha się co najmniej 7 zespołów. Między drugim w tabeli Urugwajem, a siódmą Kolumbią są trzy punkty różnicy i wszystko może się wywalić do góry nogami po następnych meczach.

Luis znów się uśmiecha, jak mówiono kiedyś na podwórku "opala zęby". I niech tak zostanie, mimo wszystko świat piłki jest weselszy z nim, niż bez niego.

czwartek, 24 marca 2016

Gdyby wybrać najważniejszego człowieka w historii Barcelony byłby to Johan Cruyff. Ale co w tym dziwnego, skoro szukając numeru 1 w dziejach piłki efekt mógłby być taki sam.

Cruyff nie musiał nauczyć się katalońskiego, by być symbolem Katalonii. Ponoć odmówił Realowi Madryt, ze względu na związki z dyktaturą Franco. Pewnie krytycy Johana znajdą w jego życiorysie przykłady jak mocno kierował nim własny interes, a nie idee. Ale prawda jest też taka, że odrzucił wiele intratnych propozycji.

To on stworzył La Masię, reformując ją na podobieństwo szkółki Ajaksu. Na jego konto idzie sukces Pepa Guardioli, w końcu to on doradził prezesowi Joanowi Laporcie, by zrobił z niego trenera pierwszej drużyny latem 2008 roku. Reformował Ajax i Barcelonę, tworzył i burzył w reprezentacji Holandii, najpierw pomagając Bertowi van Marwijkowi, a potem ze względu na przesadnie pragmatyczny styl gry wyparł się go. Mimo srebra mundialu w RPA. Dla Cruyffa nie był to argument.

Legenda głosi, że jako piłkarz zrezygnował z wyjazdu na argentyński mundial świadomy tego, że jest pożywką dla junty. W przypadku Cruyffa trudno oddzielić legendy od faktów. Ale nie o to dziś chodzi. „Kogoś kto był tak wielki i uczynił lepszym twojego największego rywala, zasługuje na największe honory. Spoczywaj w pokoju geniuszu” - napisał na Twitterze obrońca Realu Alvaro Arbeloa.

Z dzieciństwa pamiętam anegdotę wyczytaną z prasy. Johann, jeszcze jako piłkarz, sprzedawał samochód. Kiedy kupiec zapytał dlaczego ma kosztować więcej niż nowy, usłyszał odpowiedź: „przecież to auto, którym jeździł Cruyff”.

Skromnością nie grzeszył. Ale też budził szacunek konsekwentnie broniąc futbolu przed mechanizacją. Był zaciekłym, zdeklarowanym wrogiem takich trenerów jak Jose Mourinho zdecydowanie przed tym jak objął Real. Uważał, że Portugalczyk i jemu podobni zabijają pierwotny w futbolu pierwiastek radości. Tam gdzie piłkarze się męczą, męczą kibiców, co może prowadzić do zwycięstw, ale na krótką metę.

Wymyślał różne teorie, które brzmiały jak absurd, by za chwilę zabrzmieć prawdziwie. Był kłótliwy, waleczny, zadziorny na boisku i poza nim. Zarzucano mu, że rządzi Barceloną, Ajaksem, reprezentacją Holandii nie biorąc za nic odpowiedzialności. Czasem odpowiedzialność go jednak dosięgała.

Mam jedno osobiste wspomnienie z Cruyffem. Dzień przed finałem Ligi Mistrzów w Atenach byłem na oficjalnym treningu Barcy. Twórca Dream Teamu założył się z Christo Stoiczkowem, czy ze skrzyżowania linii bocznej i środkowej trafi piłką w poprzeczkę trzy razy. I Bułgar trafił raz, drugi, trzeci. - Kłótnie z nim sprawiały, że rosłem jako piłkarz - mówił.

Gdy patrzyłem na sposób w jak Barca z Romario i innymi gra w dziadka (po hiszpańsku rondo), wydawało mi się, że drużyna o tak bajecznych umiejętnościach musi być niezwyciężona. 24 godziny później tę teorię brutalnie zweryfikował Milan Fabio Capello, czyli trenera uchodzącego za zdecydowanego pragmatyka. Romantyzm Cruyffa dostawał surową lekcję pokory. Czyżby?

Johan jako wizjoner ignorował logikę. Wyglądał na człowieka, któremu fakty nie są potrzebne do weryfikacji własnych tez i pomysłów. Myślał jak Hegel: „jeśli im przeczą, tym gorzej dla faktów”. Kilka miesięcy temu, gdy okazało się, że ma nowotwór mówił, że to tylko kolejny mecz. Potem ogłosił nawet, że prowadzi 2:0. Ten przeciwnik okazał się jednak za silny.

Dziś wielu jego wyznawcom pozostają słowa Johana „jestem nieśmiertelny”. Może da się znaleźć w historii lepszego piłkarza, może lepszego trenera, może większego teoretyka futbolu. Ale kogoś, kto tak spektakularnie łączył wszystko w jednym, chyba nie sposób. Dla jednych był geniuszem, dla innych szarlatanem - to chyba klasyczne przy tym rozmiarze kapelusza.

Adam Nawałka nie stworzył tych piłkarzy, ale stworzył tą reprezentację.

Sukces nigdy nie jest sierotą. Mówiąc „sukces” nie mam na myśli zwycięstwa nad Serbią. To był sparing, w którym Polacy popełnili zbyt wiele błędów, ale dali kolejny dowód, że mają odwagę iść do przodu. Przez lata drużyna narodowa była bierna, w myśl zasady, że najdumniejszym dziedzictwem naszej piłki jest gra z kontry. Polscy piłkarze oddawali więc piłkę i inicjatywę, próbując żyć z cudzych błędów. I rok po roku zwijali się w futbolową poczwarę, na której wysiłki patrzyło się w mękach. W kwalifikacjach do brazylijskich MŚ wyprzedzili w grupie Mołdawię i San Marino, koszmar polegał jednak na tym, że w ataku pozycyjnym radzili sobie sprawniej tylko od tych ostatnich będących w okolicy 200. pozycji w rankingu FIFA.

Prezes Zbigniew Boniek, który uwielbia podkreślać, że to on wymyślił Nawałkę jako selekcjonera, do dziś upiera się, iż polskim żywiołem jest kontra. Dlaczego nie, to jasne, ale nie zawsze rywal pozostawia na to dość miejsca. Czasem trzeba cierpieć w ataku pozycyjnym i drużyna Nawałki podejmuje wyzwanie. Dlatego nie jest bezradna i pozbawiona ognia.

Do obecnego selekcjonera zaczęła przekonywać mnie jego elegancja. Kiedy dekadę temu 90 proc ludzi w futbolowym środowisku czekało aż Leo Beenhakker wyłoży się w eksperymencie przerobienia kadry na zespół próbujący narzucać własne warunki na boisku, Nawałka przyłączył się do trenerskich desperatów. Nic w tym zaskakującego? Praca przy reprezentacji była wtedy dla niego nobilitacją? To prawda. Ale Nawałka do dziś nie wyparł się tego, co przy Beenhakkerze zyskał, choć Boniek i reszta guru naszej piłki uważa Holendra za groźnego szkodnika. O tyle taka postawa wymaga od selekcjonera osobowości, że Boniek to jego przełożony.

Nie chodzi o to, by robić z selekcjonera jedynego ojca sukcesu. To byłoby uproszczenie. Nie da się ukryć, że ma przywilej pracy z pokoleniem, jakiego w naszej piłce nie było od dziesięcioleci. Robert Lewandowski osiągnął światowy status, jaki przed nim miał tylko Boniek. To oczywiste, że Nawałka nie stworzył go jako piłkarza stawianego dziś obok Cristiano Ronaldo. Ale doprowadzenie do sytuacji, w której napastnik Bayernu daje z siebie tyle samo w kadrze co w klubie, idzie na konto obecnego selekcjonera.

Może to przypadek, może Lewandowski, Krychowiak, Glik, Piszczek i cała reszta akurat dojrzała do poziomu reprezentacyjnego? Może coś „zatrybiło”, może Nawałka czerpie z siły grupy, która swoją moc zawdzięcza sukcesowi w klubach? Gdyby porównywać piłkarzy obecnej kadry, z tymi z czasów Beenhakkera jest gigantyczna zmiana na lepsze. Ale wszystkich wymienionych miał w drużynie Franciszek Smuda i Waldemar Fornalik. Byli w innym stadium rozwoju? To prawda. Trudno jednak przypuszczać, żeby Nawałka nie miał z tym nic wspólnego.

Słyszałem niedawno od ludzi z PZPN, że wyczerpuje się cierpliwość Nawałki do Kuby Błaszczykowskiego. Że skrzydłowy wciąż się dąsa, jest z boku, widzi w selekcjonerze krzywdziciela, który niesprawiedliwie pozbawił go opaski kapitana i pozycji w drużynie. Że to już tylko kwestia czasu. A jednak okazuje się, że to tylko plotki. Gdyby Nawałka szukał pretekstu pozbycia się Błaszczykowskiego, dziś go ma. Kuba wylądował na ławce w Fiorentinie, w Borussii Dortmund potrzebny nie jest, jego sytuacja zawodowa stała się nie do pozazdroszczenia. Kadra i Euro 2016 to ostatni promyk nadziei, światełko w tunelu. Widać, że selekcjoner nie chce go pozbawić Błaszczykowskiego. A Błaszczykowski się odwdzięcza, czyli wszystko jest jak być powinno.

Zmiana dotyczy jednak nie tyle konkretnych piłkarzy, co mentalności grupy. Polacy z Nawałką za sterami chcą grać w piłkę, a nie trwać na boisku. Może to jest ta jasna strona księżyca, o której wspominał Beenhakker? Ale zostawmy Holendra, liczy się tu i teraz. Nie wiem, czy Polacy wyjdą z grupy na Euro 2016, ale to co robią na boisku nie przekreśla nadziei.

poniedziałek, 21 marca 2016

Mecz z Sevillą był dla Realu lekkim, ale wyczuwalnym zastrzykiem optymizmu przed El Clasico. Na nieskazitelnej twarzy Barcelony rywal dostrzegł minimalne usterki.

„Jeśli będziemy grali jak dziś, możemy dokonać rzeczy wielkich” i „W ten sposób daleko nie zajedziemy” - te dwa stwierdzenia padły z ust tej samej osoby, w odstępie zaledwie siedmiu dni. I oczywiście dotyczą tej samej drużyny. Zinedine Zidane, tak mówił o swoich piłkarzach po zwycięstwie nad Sevillą i po zwycięstwie nad Las Palmas tydzień wcześniej. Ten drugi mecz był katastrofą od strony estetycznej, beniaminek całkowicie zdominował najdroższy zespół na świecie. Wysoki triumf nad drużyną Unaia Emery’ego, w meczu, w którym błysnęło trio BBC, był Realowi potrzebny jak łyk wody ciężko skacowanemu (Grzegorz Krychowiak zagrał 90 minut, ale od "Marki" dostał najniższą notę w drużynie).

2 kwietnia o 20,30 piłkarze Zidane’a wybiegną na Camp Nou. I nawet remis niczego im nie da. 10 pkt straty na 8 kolejek przed końcem, powszechnie uznaje się, że gra w El Clasico idzie raczej o prestiż, zdobycie przewagi psychologicznej niż o tytuł mistrza Hiszpanii. Po starciu z Realem Katalończyków czeka trudny wyjazd do San Sebastian, ale potem już tylko mecze lekkie, łatwe i przyjemne. Przynajmniej w teorii. Gdzie tu gubić punkty?

Ale El Clasico nie jest pozbawiony znaczenia praktycznego. Ostatnio Real pogrążył się w niepewności i konwulsjach, na Santiago Bernabeu kwestionowano wszystkich: od Florentino Pereza, przez Zidane’a po Ronaldo. W tym samym czasie Barca śrubowała swój rekord 39 meczów bez porażki. Jeśli nie przegra 40. zdobędzie tytuł i wszystkie siły skoncentruje na Champions League.

Remis z Villarreal Luis Enrique potraktował ze spokojem, choć drużyna straciła prowadzenie 2:0. Ucierpiał Mathieu, który zmienił Pique po czym Barca straciła dwa gole, w tym on wbił samobója. Trener Katalończyków zauważył jednak, że lider powiększył przewagę nad wiceliderem. Faktycznie to Real zbliżył się do Barcelony, ale z trzeciej pozycji. Porażka Atletico sprawia, że Katalończycy mają nad nim 9 pkt. Gdyby zespół Diego Simeone wygrał, miałby 6, a gdyby Barcelona poległa z Realem, przewaga miałaby szansę stopnieć do 3 pkt. Znajdowanie zagrożenia dla Barcy w lidze ociera się o tworzenie teorii mało prawdopodobnych. Póki tytuł wciąż jest w grze...

Jeśli czegoś może dokonać Real na Camp Nou to dać sobie zastrzyk energii na Ligę Mistrzów. W wywiadzie dla „El Chiringuito” Paulo Dybala powtórzył truizm, że tak jak Barca nie gra nikt. - Mają aktualnie najlepszych piłkarzy świata, w ataku nikt im nie dorówna - mówił. Oczywiście nie był w stanie zapewnić, że Katalończycy obronią Puchar Europy, ale jego zdaniem sprawa rozstrzygnie się między nimi i Bayernem. Real? Ma nowego trenera i potrzebuje czasu. To zdanie Dybali. W rzeczywistości Real czasu ma najmniej ze wszystkich. I margines błędu dawno wykorzystany.

piątek, 18 marca 2016

Największego pecha w losowaniu par ćwierćfinałowych Champions League miała Barcelona. A może jednak Atletico Madryt.

Drużyna Diego Simeone była ostatnim wyborem Katalończyków. I nie ma się czemu dziwić. Najlepsza obrona świata znów stanie naprzeciwko najlepszego ataku. Atuty Leo Messiego, Luisa Suareza i Neymara opisuje 106 bramek we wszystkich rozgrywkach, ale Diego Godin, Jose Gimenez, Juanfran i Filipe Luis tworzą sito, przez które przecisnąć się trudniej niż przez zasieki Alcatraz. 13 bramek straconych w La Liga i tylko trzy w Champions League. W 37 spotkaniach! Jan Oblak to kandydat do trofeum Zamorry tak pewny, jak Leo Messi w plebiscycie Złota Piłka.

Czas będzie ponaglał Katalończyków, są faworytem, pierwszy mecz grają u siebie, więc okazji do skontrowania Atletico nie dostaną wielu. A zespół Luisa Enrique kontrować lubi, Neymar z Suarezem uwielbiają przestrzenie, choć oczywiście radzą sobie też w tłoku. 24 miesiące temu Atletico odprawiło Barcę w ćwierćfinale Ligi Mistrzów i to była ta jedyna porażka Katalończyków przed półfinałem od 2007 roku. A potem jeszcze goście z Calderon wydarli Barcy tytuł mistrza Hiszpanii na Camp Nou.

Rachunki krzywd zostały od tamtej pory wyrównane. W starciach Simeone z Luisaem Enrique ten drugi notuje same wygrane. Ostatnią w lidze 2:1, ale żaden z meczów w tym roku nie kosztował Barcelony więcej wysiłku. Z pewnością nic nie przyjdzie Katalończykom łatwo także w kwietniu. W ankiecie „Sportu” na najlepszego rywala Atletico zajęło ostatnie miejsce. Pierwszy był Real Madryt. Katalończycy wiedzą jak bronią „Królewscy” i choć w tych meczach ożyłoby 100 lat historii, o zdobycie każdego gola byłoby łatwiej. A przecież trio MSN żyje z goli.

Barcelonę czeka morderczy wysiłek, nieporównywalny z tym, który trzeba było włożyć w pokonanie Arsenalu. Przeszczęśliwi z wyroków losu mogą być kibice w Monachium i na Santiago Bernabeu. Bayern wykrwawił się na Juventusie, drugi taki rywal byłby nieszczęściem. Benfica gra futbol radosny, ofensywny, gdzie konsekwencja nie jest wartością nadrzędną. Podobnie Wolfsburg, który z Realem ma szanse o tyle, i ile „Królewscy” mu je dadzą.

Bardzo ciekawie zapowiada się pojedynek milionerów z Kataru z milionerami z Arabii Saudyjskiej. City w końcu osiągnęło ćwierćfinał, a więc Manuel Pellegrini zdążył w ostatniej chwili. Półfinał na pożegnanie z Etihad byłby wielką sprawą. I stawiałby następcę, czyli Pepa Guardiolę pod presją. Nie mówiąc już o tym jak wyglądałoby na przykład starcie o finał City-Bayern.

W drugim Barcelona mogłaby zagrać z Realem, a kibice z Katalonii dostaliby okazję się przekonać, czy wielki rywal, jest rzeczywiście w takim kryzysie jak im się wydaje. Dużo pasjonujących wariantów drzemie jeszcze w Lidze Mistrzów, choć dobiega końca. Losowanie ćwierćfinałów było takie jakby UEFA posłuchała Karla Heniza Rummenigge i rozstawiła faworytów. Jeśli Real, Barcelona i Bayern przez nie przebrną, to będziemy mieli powtórkę sprzed roku. Wtedy czwartym do gry był Juventus. Teraz też mógłby być, ale wpadł na Bayern już w 1/8 finału. I o mało nie wywołał kolejnego trzęsienia ziemi. Bawarczycy ocaleli w ostatniej chwili, w ćwierćfinale los oddał im to, co wcześniej zabrał.

Póki co na wyroki losu może narzekać Barcelona. Przed rokiem pokonała City, PSG, Bayern i Juventus, mistrzów czterech z pięciu najlepszych lig. Teraz po Arsenalu trafia na Atletico, w półfinale już raczej „wolnego” losu nie będzie.

środa, 16 marca 2016

Miała być nowa drużyna szanująca własne korzenie. Ale korzenie okazały się silniejsze. Atletico Madryt jest zbyt nieporadne w grze ofensywnej, by zaliczać je do faworytów Ligi Mistrzów.

Enrique Cerezo nie jest fanatycznym wyznawcą „cholizmu”. Nie obowiązuje go wskazanie, by nie wybiegać w przyszłość dalej niż do kolejnego meczu. Dzięki niemu wiemy, jakie cele stawia sobie drużyna Diego Simeone. „Nie spoczniemy, póki nie wygramy Ligi Mistrzów”. Prezes Atletico chce rozliczyć się z bolesną przeszłością - dwoma finałami (1974 i 2014) przegranymi w dramatycznych okolicznościach. A poza tym wyścig po tytuł najlepszej drużyny Europy jest już jedynym, w którym klub zależy od siebie. Z Pucharu Króla odpadł, w lidze traci do Barcelony 8 pkt.

Pytanie: czy tak wielki cel jest w ogóle realny? Można wspomnieć teorię, że dzięki napastnikom wygrywa się mecze, ale trofea dzięki obrońcom. W defensywie drużyna Simeone rzeczywiście olśniewa. W 29 kolejkach Primera Division Jan Oblak sięgał do siatki zaledwie 12 razy. A przecież Atletico rywalizuje z Barcą i Realem, a także Villarrealem, Sevillą, Athletic czyli zespołami wymiatającymi w rozgrywkach europejskich. Trudno porównać je do Bayernu, to hegemon Bundesligi, a przecież Manuel Neuer został pokonany 13 razy w 26 meczach. PSG? 15 bramek straconych w 30 spotkaniach Ligue 1, a więc także średnia gorsza niż drużyny Simeone.

Pod względem defensywnym wszystko na Vicente Calderon gra, potwierdza to Liga Mistrzów - trzy gole stracone przez 750 minut!

Problem jest przeciwny. Atletico zdobywa o połowę mniej bramek niż faworyci Pucharu Europy Barcelona, Real, Bayern, czy PSG. Niedawno w Katalonii dyskutowano o uzależnieniu od Leo Messiego, a na Santiago Bernabeu od Cristiano Ronaldo, ale ci dwaj zdobywali po 50 goli w lidze. Tymczasem Antoine Griezmann ma 16, a następny snajper Atletico to Fernando Torres, który pokonał bramkarzy tylko 5 razy. W Champions League trafił do siatki dopiero wczoraj przeciw PSV. Oczywiście w serii rzutów karnych. W lidze włoskiej Sampdoria zdobyła 43 bramki, ale ona zajmuje w tabeli 14. miejsce.

Tymczasem wicelider uchodzących za najbardziej ofensywne i techniczne rozgrywki na świecie ma fundamentalne problemy ze skonstruowaniem ataku. Przez 210 minut nie potrafił się przebić przez defensywę PSV Eindhoven, drużyny, która nie uchodzi za wzorzec w grze obronnej.

W walce o tytuł w Europie to może być problem, a właściwie to musi być problem na etapie ćwierćfinałów. Przed rokiem Atletico rozbiło Real w derbach Madrytu 4:0. Przez cały sezon obijało kolosa jak chciało: w lidze, Pucharze Króla, Superpucharze Hiszpanii. Ale w ćwierćfinale Ligi Mistrzów nie potrafiło pokonać Ikera Casillasa. I odpadło. Dziś trudno wykluczyć scenariusz podobny.

Simeone też widzi problem. Latem wydał 75 mln euro na trzech graczy ofensywnych: Yannicka Ferreirę Carrasco, Luciano Vietto i Jacksona Martineza. Mówił o rewolucji w sposobie gry, z poszanowaniem tradycji drużyny walczącej. Do Interu odszedł stoper Joao Miranda za 15 mln euro, ale z Chelsea wrócił lewy obrońca Filipe Luis. Simeone nie bał się rozbić pary Godin-Miranda, bo miał młodego Jose Marię Gimeneza, a poza tym sprowadził Stefana Savica z Fiorentiny za 25 mln euro. W tyłach bilans wyszedł na zero. A nawet drużyna jest mocniejsza.

Ale w ataku? Martinez już gra w Chinach skąd dobiegło biadolenie, że Atletico jest koszmarnie trudnym miejscem pracy dla napastnika. W FC Porto wszyscy grali na niego, na Vicente Calderon wciąż był samotny. Atletico jest szczęśliwe, że od Chińczyków odzyskało pieniądze i na tym sprawa klasycznego środkowego napastnika się zamknęła. Sportowo to jednak inwestycja chybiona. Tak jak Vietto, póki co, który jest cieniem napastnika z Villarreal. W poprzednim sezonie zdobył 12 bramek w Primera Division, w tym jedną. Tyle co obrońcy Gimenez, Godin i Filipe Luis!

Ale to tylko pół prawdy, że Vietto, czy Martinez okazali się niewypałami transferowymi. Opiewany system gry Simeone jest dla wszystkich napastników wymagający. Zwłaszcza takich, którzy nie są samowystarczalni.

Miała być rewolucja w grze Atletico z poszanowaniem tradycji. Mamy tradycyjne zalety i ograniczenia. Cierpiętnicza mentalność Cholchoneros skutkuje na rywali, którzy są niecierpliwi, zapamiętują się w ataku, zaniedbują tyły. Gdy przeciwnik sam potrafi cierpieć, gdy nie daje Atletico miejsca do gry, wtedy metoda Simeone nie skutkuje. Tak jak nie skutkowała na PSV.

Oczywiste jest, że każda drużyna ma ograniczenia. Czy ta z Vicente Calderon nie ma ich jednak za dużo, by aspirować do tytułu numeru 1 na kontynencie?

wtorek, 15 marca 2016

Z zatrudnieniem Dariusza Wdowczyka w Wiśle Kraków mamy kłopot. I każdy musi rozwikłać go na własną rękę.

Czy wszyscy zasługują na drugą szansę? Czy na drugą szansę zasługuje trener umoczony w aferę korupcyjną? Ktoś, kto oszukiwał kibiców dla zysku. Jaką okolicznością łagodzącą jest fakt, że takich oszustów było w polskiej lidze mnóstwo? Że do wyjątków należeli uczciwi, a korupcja była niepisanym prawem powszechnie obowiązującym? To nie są pytania łatwe, a właściwie wszystkie mogą dotyczyć Wdowczyka. 20 lat temu młodzi trenerzy, którzy kształcili się za granicą, poznając zawodowy futbol w wyższej fazie rozwoju, stanowili dla ekstraklasy nadzieję na lepsze jutro.

Wdowczyk wrócił z Anglii, pracował jako trener w Polonii Warszawa, Orlenie Płock, Widzewie Łódź, Koronie Kielce i Legii Warszawa. Ze stołecznymi klubami zdobywał mistrzostwo kraju, trzecioligowy klub z Kielc wprowadził do II ligi metodami, za które został zatrzymany przez Centralne Biuro Antykorupcyjne. Postawiono mu zarzut przekupywania sędziów. Ponieważ przyznał się do winy, dobrowolnie poddał karze, więc obyło się bez procesu. Sąd w Kielcach skazał go na trzy lata więzienia, w zamieszeniu na pięć lat, grzywnę 100 tys zł i trzyletni zakaz pracy w zawodzie trenera. PZPN zakaz pracy przedłużył do 7 lat, ale po czterech komisja trenerska PZPN udzieliła mu licencji, a trybunał arbitrażowy przy PKOl przywrócił prawo powrotu do pracy trenera.

Wdowczyk przeprosił, powiedział, że chce się zrehabilitować, szansę dała mu Pogoń Szczecin, gdzie pracował półtora roku zaczynając od uratowania zespołu przed spadkiem. Taką samą misję ma w Krakowie. Wisła jest w strefie spadkowej, wczoraj Wdowczyk zadebiutował zwycięskim meczem z Termalicą w Niecieczy. Jego zatrudnienie wzburzyło jednak wielu ludzi w Krakowie, którzy uważają, że przeszłość trenera plami dobre imię klubu.

„Ile razy mogę przepraszać za błędy z przeszłości?” - pyta Wdowczyk broniąc się. Uważa, że zasłużył na szansę rehabilitacji i formalnie nie ma podstaw, by mu jej odmawiać. Jest człowiekiem inteligentnym, z ogładą, nie pozbawionym klasy, byłym świetnym piłkarzem, reprezentantem Polski. Dlatego łatwo uwierzyć w to, że druga szansa w piłce mu się jednak należy. Przecież odbył karę, odcierpiał, ma prawo do normalnego życia.

Nie wiem co by jednak było, gdyby jakiś klub ekstraklasy zdecydował się zatrudnić Janusza Wójcika? Wójcik ma opinię cynika, ale jego udział w aferze korupcyjnej i kary za to były łagodniejsze od kar Wdowczyka.

Można przypuszczać, że te dwa przypadki się różnią, choć Wójcik też miał okres wzlotu jako selekcjoner i poseł. Przypomina się jednak kariera Nikodema Dyzmy. W jego przypadku znacznie trudniej uwierzyć w skruchę, poczucie winy, uświadomienie sobie zła, którym jest korupcja w piłce. Do lipca 2003 roku takie sprawy nie podlegały w ogóle policji, ani prokuraturze, dopiero 13 lat temu do kodeksu karnego wprowadzono przestępstwo przekupstwa w sporcie. Wójcik świętował wtedy ćwierć wieku pracy trenera zaczynając misję ratowania ekstraklasy dla Świtu Nowy Dwór. To z tamtego czasu pochodzi słynna anegdota, gdy powiedział prezesowi i piłkarzom, że to już nie czas na trening, ale na telefony do odpowiednich osób. Potem wpadł na korupcji za którą otrzymał karę niższą niż Wdowczyk - dwa lata więzienia w zawieszeniu na pięć i dwuletni zakaz pracy w zawodzie.

Porównanie Wójcika z Wdowczykiem też sprawy nie rozstrzyga. Łatwiej uwierzyć w metamorfozę drugiego. Z tego założenia musieli wyjść szefowie Pogoni, a teraz Wisły. Choć w przypadku klubu z Krakowa można mieć poczucie, że działa jak desperat. Zabawa w rosyjską ruletkę z trenerami zaczęła się tam przed rokiem, od zwolnienia Franciszka Smudy. Kazimierz Moskal wydawał się idealnym człowiekiem na to stanowisko, ale wyleciał z pracy, bo szefowie Wisły wciąż dumnie patrzyli na szczyt tabeli zapominając, że z wielkości drużyny pozostały zgliszcza. Po porażce w derbach z Cracovią drużyna Moskala była siódma z 13 pkt straty do lidera z Gliwic. Dziś dystans się podwoił, a zespół walczy o byt. Wdowczyk ma działać jak kamikadze. A wszyscy ci, którzy są oburzeni nominacją dla niego, powinni chyba kierować swój żal do właściciela klubu.

 
1 , 2
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac