blog Darka Wołowskiego
RSS
niedziela, 29 marca 2015

Decyzja o wystawieniu do bramki na mecz z Irlandią Łukasza Fabiańskiego dowodzi, że ponad przywiązanie do nazwisk selekcjoner Adam Nawałka stawia zasady.

Uchodzący za konserwatystę trener reprezentacji Polski dokonał wolty w bramce w kluczowym momencie. Jeszcze jesienią podczas ostatniego meczu kadry ze Szwajcarią zawodnik Swansea Łukasz Fabiańki uchodził za numer 3 w jego kadrze. Wojciech Szczęsny z Arsenalu bronił w meczach o punkty, w sparingu Nawałka pozwolił pograć parze rezerwowych Artur Boruc - Fabianski. Pierwszego wystawił w podstawowej jedenastce, drugi wyszedł do gry po przerwie.

Nie ma wątpliwości, że Nawałka wolałby nie zmieniać hierarchii bramkarzy. Ideałem jest stabilizacja, szczególnie na tak delikatnej pozycji. Ale hierarchia zmieniła się sama, Szczęsny stracił miejsce w Arsenalu. Bronić co prawda nie zapomniał, ale przerwa w regularnych występach w Premier League mogła wywołać u niego frustrację i niepewność. Stąd Nawałka, który deklarował, że podstawą powołań do reprezentacji jest pozycja klubowa, został zmuszony do reakcji.

Wydawało się, że postawi na Boruca. Co prawda gra tylko w angielskim drugoligowcu, ale jego Bournemouth jest liderem zmierzającym do Premier League. Przez lata Boruc pokazywał wielki bramkarski potencjał, kariera klubowa (Legia, Celtic, Fiorentina, Southampton) jest i tak zdecydowanie poniżej skali jego talentu. Kibice kadry pamiętają doskonale jak ratował honor kadry Pawła Janasa (mundial 2006) i Leo Beenhakkera (Euro 2008). Prawda, że jego wzloty były równie spektakularne jak upadki. Kiedy zawalał eliminacje mundialu w RPA, jego kiksy w starciach ze Słowakami i Irlandią Płn obrastały w legendy.

Boruc był w centrum zainteresowania, czy grał dobrze, czy źle. Albo dyskutowano o jego wadze, albo o konfliktach z trenerami. Przed Euro 2012 w Polsce pytano Wojciecha Szczęsnego kto jest najlepszym polskim bramkarzem? Odpowiedział: - Boruc. Wściekał się na to selekcjoner Franciszek Smuda: „Ty bronisz w reprezentacji, więc ty jesteś numerem 1” - przekonywał. Boruc zawsze miał jednak niezwykłą charyzmę, superstrzelec ekstraklasy Tomasz Frankowski opowiadał, że każdy napastnik, który się z nim zatknął pamiętał to długo.

Stereotyp mówi, że większym „wariatem” od bramkarza może być w drużynie tylko lewoskrzydłowy. Gdybyśmy na skali „szaleństwa” mieli ustawić dzisiejszą trójkę golkiperów Nawałki: Boruc wyprzedzałby Szczęsnego i zdecydowanie Fabiańskiego. Atuty tego ostatniego są wręcz przeciwne. To raczej spokój, przewidywalność i poprawność.

Charyzmy zwykle Fabiańskiemu odmawiano. Dobry, zdolny, ale też grzeczny, ułożony, wręcz stworzony do roli rezerwowego, którą przez 7 lat pełnił w Arsenalu. Najpierw u boku Manuela Almunii, potem Szczęsnego. Wreszcie się tym znudził. Po transferze do Swansea udowadnia, że jest jednym z lepszych specjalistów w swoim fachu w lidze angielskiej. Jeśli Nawałka chciał być wierny ustalonym przez siebie zasadom, musiał uznać Fabiańskiego za pełnoprawnego kandydata do gry w Dublinie przeciw Irlandii. I na zgrupowaniu okazało się, że niedawny numer 3 jest dziś numerem 1. Pozostaje pytanie, czy wierność zasadom opłaci się dziś selekcjonerowi?

wtorek, 24 marca 2015

Kiksy znanych bramkarzy - pod takim hasłem przebiegł miniony weekend ligowy w Europie. Neuer, Courtois, De Gea, a nawet najmniejszy na tej liście, ale swojski Arkadiusz Malarz. Największe gromy tradycyjnie spadły jednak na Ikera Casillasa.

Villiam Vecchi to trener bramkarzy Realu Madryt. Ten sam, który wprowadził nowy trend zatrudniania dwóch golkiperów podobnej klasy ostro rywalizujących ze sobą. W poprzednim sezonie w lidze do bramki Realu stawiał Diego Lopeza, w rozgrywkach pucharowych Ikera Casillasa. Liczni zwolennicy Lopeza musieli być w szoku, gdy okazało się, że Primera Division jest jedynym frontem, na którym Real przepadł.

W tym sezonie wiele klubów w Europie ma na liście zatrudnionych dwa znane, bramkarskie nazwiska. Rywalizacja gigantów bramki Petra Cecha z Thibautem Courtoisem nie zapewniła Chelsea zwycięstw na wszystkich frontach. Co więcej nie wyeliminowała błędów, w ostatnim meczu ligowym The Blues Courtois zawalił gola w meczu z Hull na 2:2. Miał jednak szczęście, było dość czasu, by koledzy odpowiedzieli golem na 3:2.

Mniej szczęścia miał Manuel Neuer, którego pozycja w Bayernie i światowej piłce jest pomnikowa. Niemiec wdarł się na podium Złotej Piłki 2014, a wielu ekspertów twierdziło, że powinien wygrać. Stałby się drugim bramkarzem w historii z tym prestiżowym, indywidualnym wyróżnieniem. Jego zmiennikiem w Monachium jest Pepe Reina, ale nawet po kiksie Niemca w meczu z Borussią Moenchengladbach zakończonym szokującą porażką 0:2 na Allianz Arena, nikt nie ośmieli się kwestionować klasy Neuera.

David De Gea miał tyle samo szczęścia co Courtois, przepuścił strzał w krótki róg Danny’ego Sturridge’a kiedy w hicie ligi angielskiej Manchester United prowadził z grającym w dziesiątkę Liverpoolem 2:0. Kiks genialnego Hiszpana nie oznaczał straty punktów, więc sprawa rozeszła się po kościach. Wayne Rooney mógł sobie nawet pudłować z karnego.

Arkadiusz Malarz zastąpił w bramce Legii Duszana Kuciaka, uchodzącego przez ostatnie lata za bezdyskusyjny nr 1 w ekstraklasie. Co roku fani z Łazienkowskiej drżeli, by Słowak nie znalazł sobie lepszego pracodawcy, teraz Henning Berg znalazł sobie lepszego bramkarza. Niestety Malarz popełnił błąd w meczu z Lechem, interwencja rękami za polem karnym, czerwona kartka i wolny (zamieniony na gola) - zaowocowały porażką 1:2.

Iker Casillas - czyli pierwszy bohater tej opowieści - stoi pod pręgierzem od 24 miesięcy. Postawił go tam Jose Mourinho i tak zostało. Błąd w finale Ligi Mistrzów w Lizbonie, naprawił Sergio Ramos golem wyrównującym w 93. min. Od tamtego czasu Iker mało miał spokoju.

Wydawało się, że w niedzielnym Gran Derbi na Camp Nou niczego nie zawalił, oba gole dla Barcelony padły po błędach stoperów. A jednak nie. Dociekliwi ludzie mediów nagrali reakcję Villiama Vecchiego na strzał Luisa Suareza z 55. min. Do tej chwili Real dominował, był lepszy, ale długi przerzut Daniego Alvesa i strzał Urugrajczyka wszystko zmienił. Suarez bajecznie przyjął piłkę, ponieważ był niedaleko od bramki, Casillas pilnował krótkiego rogu spodziewając się, że ewentualne uderzenie w długi zablokuje Pepe. Ale Portugalczyk z zadania się nie wywiązał.

Trener bramkarzy Realu zareagował na stratę gola wściekłością. Z ruchu warg odczytano, że zaklął, skoczył i krzyknął: - Dlaczego nie rękami?! A więc uznał, że była w tym jednak wina Casillasa, który wyciągając się w bramce zasłonił rękami krótki róg, a w długim zostawił nogi. Wygląda na to, że Iker jest winien zawsze, nawet gdy wykona wszystko zgodnie z regułami rzemiosła.

Z ciekawych cytatów po Gran Derbi w pamięć zapadły mi dwa. - To fantastyczne wygrać tak ważny mecz grając słabo - skomentował grę Barcelony Johan Cruyff. Luis Suarez wynoszony pod niebiosa za zwycięskiego gola, powiedział: - A miałem poczucie, że zagrałem źle.

Faktycznie w końcówce spotkania seryjnie tracił piłkę, gdyby Real zdołał wyrównać, nikt by mu tego nie wybaczył. Ale nie wyrównał i wszyscy w Barcelonie są szczęśliwi. Cierpieli katusze gdy na Camp Nou dominował Real, by potem popaść w drugą skrajność - przeżyć euforię niespodziewanego zwycięstwa.

To wszystko pokazuje różnice losu bramkarza i napastnika. Jeden gra do pierwszego pudła, drugi pudłuje ile wlezie do pierwszego trafienia. Za wszystkim stoi jednak wynik - on rozgrzesza tak bramkarzy jak i napastników. Świat futbolu zrobił się zerojedynkowy - nie ma słodkich porażek, nie ma cierpkich zwycięstw.

niedziela, 22 marca 2015

Gol obrońcy po stałym fragmencie gry i środkowego napastnika po długim przerzucie piłki – Barcelona rozstrzygnęła Gran Derbi dzięki nowym atutom, w które wyposażył ją Luis Enrique.

Zwycięstwo 2:1 na Camp Nou daje Katalończykom cztery punkty przewagi. Daje im zastrzyk optymizmu i wrażenie, że wracają. Wracają do gry o najwyższe cele, choć przed rokiem atuty Barcy zadawały się wyczerpane. Przemęczony Messi, coraz słabsi Iniesta z Xavim i nieustanna, zbyt często jałowa gra w ataku pozycyjnym.

Dziś Barca gra inaczej, nie wstydzi się kontrataku i długich podań. I nawet jeszcze głębszy kryzys pomocy nie skazuje jej na porażki. Drużyna Luisa Enrique nie musi wygrywać bojów o środek pola, woli wygrywać mecze. Podczas Gran Derbi miało się wrażenie, że to nie tylko Luis Suarez i Jeremy Mathieu musieli dostosować się do drużyny, ale także drużyna do nich. Jak się kupuje walczaków, trzeba walczyć i Barca walczy znacznie więcej niż poprzednio.

To nie jest może rewolucja, nie chodzi o wyrzeknięcie się zasad, ale poszerzenie liczby środków, którymi dysponuje zespół. Były długie momenty: między 1:1, a 2:1, kiedy Katalończycy zdawali się prosić Real o najniższy wymiar kary. „Królewscy” osiągnęli wielką przewagę, ale Barca trzymała remis, by jednym, długim zagraniem zadać cios niespodziewany, wręcz skrytobójczy. Drużyna Pepa Guardioli była jak taran w baletkach mielący wszystko, co spotkał na drodze. Dziś Barcy na taką grę nie stać, dobrze, że Messi i reszta są tego świadomi.

Real zagrał dobry mecz, jak można się było spodziewać. Barca była uważana za faworyta, więc presja spoczywała na niej. Wynik 2:1 nie oddaje nerwowości i liczby błędów po obu stronach. To był mecz zwariowany, w którym każdy z napastników miał swoje szanse. W Realu najsłabszy był jednak Gareth Bale, nieprzystający do Ronaldo i Benzemy. Choć ci dwaj też znikali z pola widzenia, ale gdy się pojawiali fani gospodarzy drżeli. Gol dla Realu był bajeczny: Modric-Benzema-Ronaldo rozegrali akcję meczu. Nie wystarczyła nawet do remisu, co pokazuje, jak solidną pracę w destrukcji wykonał  Pique, Mathieu i Mascherano.

Zwycięstwo 2:1 sprawia, że w dwumeczu lepszy jest Real (3:1 na Bernabeu). A w Hiszpanii bezpośredni bilans ma ogromne znaczenie. Tyle, że teraz „Królewscy” muszą się martwić jak skracać dystans do lidera. Do końca sezonu zostało 30 pkt do zdobycia. A Barcelona podejmuje Valencię, wyjeżdża do Atletico i Sevilli. Nie mówiąc o tym, że punkty traciła z Sociedad, Malagą i Celtą, a więc teoretycznie może się potknąć także w meczach z niższą klasą średnią.

Najciekawsza jest jednak ewolucja, której ze stylem gry dokonał Enrique. Jak widać zwycięstwa, punkty i gole są w stanie uzasadnić wszystko. To nie znaczy, że tę nową Barcę ogląda się z niechęcią. Jej gra jest ciekawsza, bardziej różnorodna, choć bywa rwana, szarpana, często bazuje na charakterze. Stałe fragmenty gry stały się atutem Katalończyków – a przecież z tym walkę przegrał nawet Guardiola, w okresie swojego szczytu. Gran Derbi było egzaminem dojrzałości Barcy Enrique, ale egzamin ostateczny wciąż jeszcze przed nią.



piątek, 20 marca 2015

Liderujaca lidze hiszpańskiej Barcelona uchodzi za faworyta niedzielnego Gran Derbi na Camp Nou. Ale ustępujący jej o punkt Real Madryt będzie groźny jak ranne zwierzę.

Co się dzieje z Cristiano Ronaldo? Laureat dwóch ostatnich edycji Złotej Piłki daje oznaki frustracji większej niż kiedykolwiek wcześniej. Trudno poznać jego wersję, bo po porażce 2:3 z Schalke w Champions League (Real awansował do ćwierćfinału wygrywając w Gelsenkirchen 2:0), Portugalczyk ogłosił, że do końca sezonu będzie milczał. Media próbujące dociec przyczyn kryzysu skazane są na analizowanie mowy ciała Ronaldo. A jest ona przebogata, od dosadnych gestów dezaprobaty wobec kolegi z drużyny Garetha Bale’a, po odczytane z ruchu warg przekleństwa pod adresem kibiców z Santiago Bernabeu.

Wiadomo, że początek roku 2015 jest dla Ronaldo wyjątkowo trudny. Na gali FIFA, gdzie w styczniu odebrał swoją trzecią Złotą Piłkę, publicznie obiecał, że ma zamiar doścignąć Leo Messiego z Barcelony (cztery nagrody dla gracza roku). Tymczasem w 16 meczach Realu od 4 stycznia do 15 marca zdobył zaledwie 9 goli, co na kogoś, kto ma średnią powyżej bramki na mecz jest wynikiem słabym. Messi w 19 spotkania Barcelony tego roku pokonał bramkarzy aż 20 razy. Więcej niż cały madrycki tercet BBC.

W środowym rewanżu z City w Lidze Mistrzów Argentyńczyk zagrał tak, że trener Barcy Luis Eurigue powiedział: - To najlepszy piłkarz w historii. Strzelec jedynego gola Ivan Rakitic dodał, iż nawet piłkarze z Manchesteru mieli frajdę patrząc, co wyprawiał na boisku. Brzmi paradoksalnie, bo Messi zakładał siatki rywalom i wkręcał ich w murawę. - Dawno gra nie sprawiała mi takiej przyjemności – przyznał.

Dodał, że jego radość wiąże się z wspaniałym momentem, który przeżywa drużyna. Barcelona zaczęła rok od traumatycznej porażki z Realem Sociedad, kiedy Luis Eurique posadził na ławce Messiego i Neymara, a media hiszpańskie grzmiały, że popadł w konflikt z największą gwiazdą zespołu, co niechybnie doprowadzi do jego dymisji.

Do dymisji nie doszło, za to Barca odzyskała formę i pozycję lidera ligi hiszpańskiej. Dotarła do finału Pucharu Króla. Od czasu do czasu wznosi się na wyżyny przypominające czasy pracy Pepa Guardioli. Trio Neymar, Suarez, Messi bezdyskusyjnie wygrywa rywalizację z madryckim BBC (Bale, Benzema, Ronaldo). Real popadł w kryzys, odpadł z Pucharu Króla, w lidze spadł ze szczytu po czterech miesiącach. Ronaldo zaczął ostentacyjnie wściekać się na Bale’a. Najpierw za egoizm w grze, potem każdy pretekst był dobry. Kibice z Madrytu poparli na początku Portugalczyka, swojego największego bohatera. Zaczęli gwizdać na Walijczyka. W ostatnim ligowym meczu z Levante, gdy Bale zdobył dwa gole, Ronaldo nie chciał nawet ich świętować, co odnotowały wszystkie media w Europie. Komentatorzy w Anglii wzięli Walijczyka w obronę, oceniali, że robi się z niego w Madrycie kozła ofiarnego. Nawet taki ekscentryk jak Christo Stoiczkow (były piłkarz Barcy) ocenił, że tak ostentacyjne bojkotowanie kumpla z drużyny, zakrawa na obłęd.

Na tym nie koniec. Po meczu z Schalke Internet obiegły zdjęcia jak kapitan Realu Iker Casillas gestem wyciągniętego palca zmusza Ronaldo do tego, aby podziękował kibicom za wsparcie. Wtedy jeszcze Portugalczyk posłuchał, ale po spotkaniu z Levante już nie. Zaklął i poszedł do szatni. Jakby był ponad wszystko.

Media spekulują, że Ronaldo chce, by prezes Realu Florentino Perez na specjalnie zwołanej konferencji wziął go w obronę. Powiedział jak jest wielki i ważny dla klubu. Kilka dni temu Perez wystąpił publicznie ze wsparciem dla trenera Carlo Ancelottiego, Casillasa i Bale’a, po tym jak madrycka prasa podała, iż w razie porażki w niedzielę na Camp Nou szkoleniowiec zostanie zwolniony z posady.

Ogólny obraz przed Gran Derbi jest taki, że Barcelona jest zjednoczona, a Real rozbity. To sprawia, że bukmacherzy zdecydowanie wyżej oceniają szanse Katalończyków. Aby zintegrować najlepszą drużynę świata w 2014 roku, Ancelotti zaprosił swoich piłkarzy do restauracji specjalizującej się w wykwintnych daniach z owoców morza. Czy to przywróciło spokój królewskiej drużynie? Czy 30-letni Ronaldo zapomni o urazach na Camp Nou? Czy będzie pamiętał, że 17 mln euro pobierane rocznie z kasy klubu, to wielkie zobowiązanie?

Wśród wielu złych, jest dobra wiadomość dla Ancelottiego. Do gry wrócili Luka Modric i Sergio Ramos – kontuzjowani liderzy pomocy i defensywy. Poza Jamesem Rodriguezem włoski trener Realu może wystawić na Camp Nou najlepszych. Skład Realu jest oczywisty: Casillas – Carvajal, Pepe, Ramos, Marcelo – Isco, Modric, Kroos – Bale, Benzema, Ronaldo. Ancelotti jest głuchy na podpowiedzi, by zmienił ustawienie z 4-3-3 na 4-4-2 sadzając Bale’a na ławce. Mimo iż oba mecze z Barceloną, które Włoch wygrał, jego Real grał systemem 4-4-2. To był finał Pucharu Króla przed rokiem, kiedy kontuzję leczył Ronaldo, a potem 25 października 2014, czyli w pierwszym ligowym meczu obu drużyn w tym sezonie. Uraz Bale’a sprawił, że Real zagrał dwójką napastników i czwórką pomocników rozbijając Barcę 3:1.

Jedyny raz, gdy przeciwko Katalończykom zagrał cały tercet BBC to był mecz z marca rok temu na Santiago Bernabeu. Goście wygrali 4:3, a Messi zdobył hat-tricka.

Mimo wszystkich trudnych dla Realu okoliczności Ancelotti chce wystawić w niedzielę na Camp Nou skład bardziej ofensywny. Liczy, że drużyna zareaguje jak ranne zwierzę. Tego najbardziej obawiają się w Barcelonie. – Zasługują na szacunek, a im większe mają kłopoty, tym robią się bardziej niebezpieczni – ocenia Messi.

Obawa, a wręcz lęk przed Realem to sprawa powszechna nie tylko w Hiszpanii. Pep Guardiola, dziś trener Bayernu zwierzał się kiedyś, że „Królewscy” byli traumą jego dzieciństwa. Bo ile razy, jako chłopak kibicujący Barcy, wierzył, że Real jest w kryzysie, tyle razy goście z Madrytu wznosili się na wyżyny na Camp Nou.

Aby wygrywać Barcelona musi być w formie. I ostatnio jest. Zdobyła najwięcej bramek w Primera Division (78), najmniej straciła (16), Messi jest liderem strzelców z 32 golami (Ronaldo ma 30), a trio Neymar, Suarez, Messi jest znacznie skuteczniejsze niż BBC. Luis Eurique mówi, że zespół jest w szczycie możliwości, ale zastrzega, że to nie daje mu w meczu z Realem żadnej gwarancji. Real szczytu dyspozycji do zwyciężania nie potrzebuje. Taki jest charakter tej drużyny. W 1998 i 2000 roku „Królewscy” wygrywali Champions League, choć w lidze hiszpańskiej spisywali się słabiutko - 17 lat temu na koniec sezonu stracili do Barcelony 11 pkt, a przed 15 laty zajęli piąte miejsce w Primera Division. Europa i tak leżała u ich stóp.

Rozpędzona Barcelona i Real w kryzysie? A różnica w tabeli wynosi zaledwie 1 pkt. Dlatego niedzielne Gran Derbi ma tak ogromną wagę. Jeśli Katalończykom uda się zadać decydujący cios, będzie to może ostateczne uderzenie w morale wielkiego rywala. W ostatnich latach to Barcelona częściej ogrywała Real, lecząc się ze swojego historycznego kompleksu. Od 2009 roku Katalończycy zdobyli tytuł mistrza Hiszpanii pięć razy, „Królewscy” zaledwie raz. Mimo wszystko Ronaldo znalazł sposób na Barcelonę, wbił jej 14 goli z czego większość (8) na Camp Nou.

czwartek, 19 marca 2015

Ivan Rakitic zaryzykował śmiałą tezę, że oglądanie w środę na Camp Nou Leo Messiego sprawiało frajdę nawet rywalom z City. To musiała być frajda przyprawiona masochizmem.

Luis Enrique uważa, że Messi jest najlepszym graczem w historii. Egzaltowana uwaga trenera, czy trzeźwa wypowiedź kogoś, kto w głębi duszy za Argentyńczykiem przesadnie nie przepada? Jeremy Mathieu wygadał się we francuskiej prasie, że konflikt między Messim i szkoleniowcem Barcy doprowadził do tego, że komunikują się przez pośredników. Jak to dziwnie się składa, że Messi i Ronaldo zdają się tworzyć rodzaj naczyń połączonych z tą różnicą, że gdy jednemu przybywa, to drugiemu ubywa formy.

W sumie jednak Messi wie, że to, co najistotniejsze wciąż przed nimi. Że choć rywalizację największych strzelb w historii piłki wygrywa na początku roku zdecydowanie (20:9), ale już w niedzielę po Gran Derbi wszystko może wyglądać inaczej. Portugalczyk lubi Camp Nou, zdobył tam osiem bramek. Póki co Barcelona jest liderem ligi hiszpańskiej, imponuje formą, w Lidze Mistrzów City zmiotła z powierzchni ziemi, choć wynik 1:0 na to nie wskazuje. Tyle tricków, dryblingów i siatek, ile założył w środę Messi nie zdarzyło się od czasu, zanim niespodziewanie po czterech latach dominacji w światowej piłce, popadł w kryzys. Dziś znów gra bez apatii, z radością, ale pewnie dobrze wie, iż nie musi tak być zawsze. Fizycznie Argentyńczyk nie jest niezniszczalny.

Gra Messiego była olśniewająca, przyćmił zupełnie rywali i Neymara z Suarezem. W drugiej części gry dorównywał mu tylko Joe Hart, wykonując kilkanaście spektakularnych parad. Problemem Barcy był brak skuteczności: Suarez i Neymar podejmowali większość złych decyzji. A nawet Messi, gdy trafił w bramkarza City z pięciu metrów.

W Champions League zostały trzy kluby hiszpańskie (Real, Atletico, Barcelona), dwa francuskie (PSG i Monaco), portugalski (Porto), włoski (Juventus) i niemiecki (Bayern). Wszyscy powtarzają, że słabych już na tym poziomie nie ma, ale w skrytości ducha liczą, że w piątek los przydzieli im Monaco. To z pozoru najsłabsza drużyna w tym gronie. Porto? Nieprzewidywalne, sposób, w jaki poradziło sobie z Bazyleą, robi wrażenie. Monaco pokonało Arsenal, ale jak widzieliśmy w rewanżu był w tym element przypadku.

Kluby Premier League znowu na deskach, i to chwilę po podpisaniu rekordowej umowy na prawa telewizyjne. Tak bogaci i tak słabi? Być może, prawda jest jednak taka, że siła liga angielskiej, poza tą marketingową, polega na równomiernym podziale. W Hiszpanii wszystko co najlepsze połykają Barca i Real, potem Atletico i od niedawna Valencia. Reszta to w przeważającej liczbie biedacy. W Niemczech jest inaczej, ale możliwości Bayernu to dla reszty kosmos. Można chyba uznać, że Borussia jako europejska nowa siła, przestała właśnie istnieć.

Anglicy muszą odbudować swoją potęgę. Stać ich na to, ale czy umieją? Trzeba podźwignąć angielskie rozgrywki bez Anglików, bo nawet wspaniały wieczór Harta na Camp Nou nie zmienia faktu, że w czołówce najlepszych graczy świata, czyli tam gdzie na samym szczycie zasiadają od siedmiu lat Ronaldo z Messim próżno szukać kogoś z nazwiskiem brzmiącym po angielsku. Ciekawe dlaczego Brytyjczycy nie umieją wzorować się na Niemcach, których futbol spektakularnie wyszedł z dołka? Gdyby nie przesądy, powinni wziąć przykład właśnie z nich. Można stworzyć Thomasa Muellera, Matsa Hummelsa, nawet Toniego Kroosa, na angielską wersję Messiego nie ma co czekać.

środa, 18 marca 2015

Mecz Atletico z Leverkusen wyglądał chwilami tak, jakby gospodarzy prowadził któryś z poprzednich trenerów. Klub z Madrytu zdołał jednak przełamać klątwę karnych.

Gdyby wczorajszy pojedynek na Vicente Calderon opisać słowami Prusa, trzeba by stwierdzić, że było w nim tyle piękna, ile trucizny w zapałce. Na naszych oczach dokonał się jednak przełom w europejskim futbolu - po raz pierwszy zobaczyliśmy zespół z Niemiec, który nie potrafi zamieniać na gole piłki ustawionej na jedenastym metrze.

Gracze z Leverkusen byli skazani na wygranie serii rzutów karnych: mieli lepszych strzelców, lepszego bramkarza, mniejsze ciśnienie w głowach (nie byli faworytami tego dwumeczu), a jednak pozwolili Atletico przełamać swoją klątwę. Klub z Calderon trzy razy rozstrzygał sprawę awansu w rzutach karnych w rozgrywkach europejskich i zawsze przerywał. Wczoraj karta się odwróciła, ale głównie dzięki rywalom z Niemiec, bo gracze Diego Simeone strzelali po staremu - trzy na pięć. Pokraczny Jan Oblak nie dokonał między słupkami niczego nadzwyczajnego, a jednak został bohaterem. Tak podziwiane w ostatnich latach zmiany w futbolu niemieckim, który zatęsknił za artyzmem, mają widać swoje ciemne strony.

„Pelotazo” i „rebote” - to dwa słowa opisujące wczorajsze wydarzenia na Calderon. Pelotazo, czyli długa piłka, kopana z całą mocą bez zawracania sobie głowy do kogo. Mecz wyglądał chwilami jak zawody w siatkonodze na ogromnym boisku, tak jedni, jak drudzy kopali ochoczo, wysoko, z całego serca, jakby pojedynek piłkarski polegał na czymś zupełnie innym, niż to do czego przywykliśmy.

Zanim jednak goście z Leverkusen zorientowali się, że tak trzeba, stracili bramkę przez „rebote”, czyli piłkę odbitą. Atletico wrzuca ją w pole karne, tam gromadzi duże siły do walki powietrznej, a gdy rywal za krótko ją wybije dopada jeden z miejscowych i kopie w kierunku bramki z całej siły. Wczoraj szczęśliwcem był Mario Suarez.

Od chwili gdy straty z pierwszego meczu Atletico odrobiło już nie potrafiło zagrozić bramce gości. Wciąż dominowały długie, niecelne zagrania, bieganina, chaos, w którym zagubił się talent i pomysły 22 piłkarzy. Można było podziwiać walkę. I przede wszystkim cierpienia obu stron. Gracze Atletico i Leverkusen cierpieli, rozbijając sobie nosy i piszczele, z nimi cierpiał widz przez pełne 120 minut.

Ciekawe co sądzą szefowie wszystkich tych bogatych klubów, którzy marzą o zatrudnieniu Diego Simeone. Jest geniuszem, ale przede wszystkim od psucia gry, a nie jej tworzenia. Czy Manchester City lub PSG chciałyby grać w taki właśnie sposób jak Atletico wczoraj? Na szczęście istnieje druga strona medalu - gdy gracze z Vicente Calderon są w formie i trafiają na odpowiedniego przeciwnika potrafią stworzyć takie arcydzieła jak ostatnie derby Madrytu.

Wczorajsze Atletico z tym sprzed 40 dni nie miało wiele wspólnego. Ale potrafiło cierpieć jak zwykle i tym swoim cierpieniem, mękami zapracowało na szczęśliwy awans do ćwierćfinału. Europejski sen trwa, a to dla klubu kluczowe. To właśnie w Lidze Mistrzów trzeba zapracować na lepszą i bardziej stabilną przyszłość. Atletico wciąż ma długi, wciąż gra na kredyt i wciąż pokazuje charakter - niezłomny.

Mimo wszystko Simeone musi dokonać znaczonej zmiany jakości w grze, gdyby razem z drużyną marzył jednak o powtórnym awansie do finału Champions League. Samo „pelotazo” i „rebote” już dalej nie wystarczy. Gdyby rywalem był wczoraj Bayern Monachium, Atletico nie byłoby już dziś w Europie. Na szczęście ten kontrolowany chaos, który tak lubi Simeone jest znacznie skuteczniejszy w starciach z przeciwnikami lubiącymi porządek. Atletico burzy go po mistrzowsku i w ten sposób uzyskuje przewagę. W starciach z Leverkusen niewiele było do zburzenia, więc drużyna z Madrytu wbrew własnej naturze, zmuszona była tworzyć. Może właśnie dlatego wyglądała chwilami, jakby prowadził ją jeden z wcześniejszych szkoleniowców, którzy kompletnie nie mieli pomysłu na grę Atletico.

poniedziałek, 16 marca 2015

Interpretacją mowy ciała Cristiano Ronaldo zajmują się niemal wszystkie media w Hiszpanii. I niemal wszystkie tropy prowadzą do Garetha Bale’a.

Problem numeru 1 i numeru 2 w Realu Madryt nie powinien się zacząć. Hierarchia była tak jasna i oczywista, że Bale’owi nie pozostało nic innego niż tylko aspirować do miana ucznia swojego mistrza. Przy prezentacji na Santiago Bernabeu zachowywał się tak, jak Neymar przybywający na Camp Nou („przychodzę umocnić pozycję Messiego”): Walijczyk powtarzał z uporem, że Ronaldo jest najlepszy na świecie, a on jest tu tylko po to, by tę „najlepszość” uczynić jeszcze widoczniejszą.

W pierwszym sezonie sprawy mały się znakomicie. Gol Bale’a dał Realowi Puchar Króla, pierwsze trofeum w erze Carlo Ancelottiego. Ronaldo w finale z Barceloną nie grał, ale Walijczyk dotrzymał słowa danego kibicom.

Tego samego dokonał w maju w Lizbonie, zdobywając w dogrywce bramkę na 2:1 w starciu z Atletico. Real grał najważniejszy mecz w erze Ronaldo, najważniejszy od 12 lat, gdy galaktyczni zdobyli dla niego dziewiąty Puchar Europy. „La Decima”, a potem inne honory, włącznie ze Złotą Piłką za 2014 rok zostały złożone do stóp Portugalczyka, współczesnego symbolu klubu. Bale wyrastał na bohatera, ale co najwyżej z numerem 2.

Trudno powiedzieć kiedy to się zaczęło, ale od jakiegoś czasu Ronaldo zaczął traktować boiskowe poczynania Walijczyka z wielką irytacją. Nie starał się być jak Leo Messi przyjmujący hołdy Neymara i odwzajemniający się komplementem, że Brazylijczyk zajmie kiedyś jego miejsce. Ulubionym zajęciem operatorów kamer na początku 2015 roku stało się wyławianie chwil, w których Ronaldo przeklina, krzyczy, lub wymachuje rękami dając jasno do zrozumienia, że Bale (a może jeszcze coś innego?) doprowadza go do szału. Po meczu z Schalke, gdzie Ronaldo wbił dwie bramki zszedł do szatni oznajmiając, że postanowił milczeć do końca sezonu.

Bale jest ulubionym piłkarzem Florentino Pereza. Prezes dał za niego 91 mln euro i nie wyobraża sobie, by oglądać Walijczyka na ławce. To samo było z Karimem Benzemą, w przypadku którego upór prezesa się opłacił. O ile jednak z Francuzem Ronaldo odnalazł nić porozumienia, o tyle z Walijczykiem nie może.

Ile w tym wszystkim faktów, a ile dziennikarskich fantazji? Sergio Ramos po niedzielnym meczu z Levante nie mógł twierdzić, że nie dostrzega frustracji największej gwiazdy. Tłumaczył jednak, że Ronaldo wścieka się na siebie, bo taki ktoś jak on, kto przywykł do zdobywania 60 goli w sezonie, kiedy zdobywa 40, uważa to niemal za sportowy upadek. Być może wybujałe gesty Portugalczyka faktycznie dotyczą bardziej jego samego niż kolegów z zespołu, ale musi wziąć pod uwagę, że ich interpretatorzy dostrzegają co innego.

Był moment, gdy kibice z Santiago Bernabeu zaczęli patrzeć na Bale’a krzywo, były gwizdy, ironia, a to wszystko, chcąc lub nie, podkręcał największy, boiskowy idol. Media na Wyspach są oburzone, jak tak bezwzględnie i bez pardonu można traktować swojego piłkarza? Doradzają Bale'owi natychmiastową ucieczkę ze stolicy Hiszpanii.

Walijczyk ma swoje wady, gra zbyt egoistycznie, przesadnie wierząc w moc swoich mięśni. Wydaje się czasem, że bliżej mu do sekcji lekkoatletycznej Realu Madryt. Ale taki sam był wcześniej, gdy królewski klub zaliczał najbardziej owocne 12 miesięcy w swojej historii.

Nikt by się tym wszystkim nie zajmował, gdyby rok 2015 był dla Realu spacerkiem po kolejne trofea, ale drużyna ma kłopoty, spuściła z wysokiego tonu, więc w Madrycie nerwowo poszukuje się przyczyn. Jedną z nich mógłby być rozpad chemii trio BBC. Jeśli Bale faktycznie znalazł się w nawiasie między Ronaldo i Benzemą, to scenariusze dla „Białych” są co najwyżej szare. A Gran Derbi na Camp Nou zbliża się milowymi krokami.

czwartek, 12 marca 2015

Dla PSG batalia na Stamford Bridge była czymś więcej niż tylko testem klasy. Zbudowana za katarskie petrodolary drużyna zdała wreszcie egzamin charakteru.

Thiago Silva wzniósł się do nieba obiektu Chelsea. W przenośni i dosłownie. Wyskoczył z futbolowego czyśćca, na który był skazany od chwili, gdy niczym zdesperowany junior pomógł sobie rękami w walce o górną piłkę we własnym polu karnym. Absurdalna interwencja kapitana PSG dała gospodarzom jedenastkę, gola na 2:1 i wszelkie szanse awansu do ćwierćfinału. Thiago Silva musiał odkupić swój grzech, by znaleźć się w raju.

W114. minucie zmagań, z których goście aż 86 walczyli w dziesięciu, wzniósł się ponad całą defensywę Chelsea, ponad Branislava Ivanovica, Gary'ego Cahilla, a szczególnie Johna Terry’ego. Trzy wieże ze Stamford Bridge, które tyle razy grą powietrzną niszczyły rywali. Mając za plecami tę czwartą – Thibauta Courtoisa Chelsea straciła gola w sposób absolutnie paradoksalny. Zwłaszcza, że kilkanaście sekund wcześniej, przy poprzednim kornerze bitym z lewej strony Thiago Silva ostrzegł gospodarzy, że szykuje ostateczny atak na twierdzę Stamford. Courtois obronił wspaniałą główkę, przy drugiej okazał się bezradny. To był moment decydujący, ale do niego nie sprowadzał się heroizm gości.

Jeśli komuś w Paryżu powinno zależeć na zwycięstwie w Champions League, to Zlatanowi Ibrahimovicowi najbardziej. Szwed pochylił się jak do modlitwy, gdy po pół godzinie rewanżu sędzia pokazał mu czerwoną kartkę. Zlatan opinię ma fatalną, wiele razy jego ataki furii niszczyły wysiłek drużyny. Wydaje się, że tym razem na wyrzucenie z boiska nie zasłużył. Mimo wszystko z pokorą przyjął wyrok na siebie i zespół. Przed rokiem PSG broniło w tym samym miejscu przewagi dwóch goli i odpadło. Wczoraj musiało zdobywać bramki, Szwed mógł przeczuwać, że szanse na awans przepadły wraz z jego czerwoną kartką.

PSG pomogła Chelsea – zespół o mentalności swojego przywódcy.  Jose Mourinho to nie lew futbolu, ale raczej lis. Mając przewagę zawodnika gospodarze nie ruszyli do ataku. Czekali aż PSG się zmęczy i samo wykrwawi. Tymczasem goście dostali czas, by przyzwyczaić się do nowej sytuacji. Opanowali nerwy i zniechęcenie. Z każdą chwilą rośli. Aż w końcu zakiełkowała w nich myśl, że na Stamford Bridge jest nadzieja na coś więcej niż godną porażkę.

Jest coś osobliwego w tych nowych drużynach gwiazd stworzonych za obrzydliwie wielkie pieniądze. Coś nieokreślonego, coś co każe je traktować jak zbiór drogich najemników. Trudno uwierzyć, że Cavani, Thiago Silva, David Luiz, czy Ibrahimovic od dziecka marzyli o grze w PSG. Że gdy wyrośli na wybitnych piłkarzy, postanowili bronić kolorów, które od dawna kochali. Do wyboru Paryża skusiła ich wielka kasa, tak jak kasa skusiła gwiazdy Manchesteru City. Oba kluby mają gwiazdorskie szatnie, ale nie mają tego spoiwa, jakiejś magii tworzącej Bayerny, Barcelony, Reale i Liverpoole. Tak może się wydawać kibicom.

Gdy patrzyło się na grę w Lidze Mistrzów PSG i City trudno było opanować wrażenie, że bez względu na wyniki, kasa zgadza się tam piłkarzom.

Chelsea, wzniesiona za pieniądze byłego oligarchy, była jednak czymś innym. Jose Mourinho, John Terry, a kiedyś Frank Lampard udowodnili, że fortuna Romana Abramowicza nie jest dla nich skarbcem Ali Baby, z którego trzeba czerpać jak najszybciej i jak najwięcej. Zespół ze Stamford Bridge swoją tradycję zmagań w Champions League napisał złotymi literami. PSG tworzyło własną dopiero wczoraj. Oczywiście paryżanie byli w półfinale rozgrywek w 1995 roku, ale to były zupełnie inne czasy. Po inwestycjach Qatar Sports Investments wrócili na europejskie salony. Traktowani jednak czasem jak nowobogaccy, którym słoma z butów wystaje.

Oczywiście Thiago Silva, David Luiz, czy Ibrahimovic nie muszą się z tym stereotypem zgadzać. W końcu wszyscy piłkarze pracują dla pieniędzy: i w Monachium, i w Barcelonie, i w Madrycie i w Liverpoolu. Być może to co stało się wczoraj na Stamford Bridge ma więc znaczenie donioślejsze niż się powszechnie sądzi. PSG pokazało charakter, a właściwie zdefiniowało go sobie na nowo. Być może urodził się i wyrósł kolejny faworyt Champions League? Na pewno zespół z Paryża ma dość sportowej klasy, by go zaliczać do wielkich. Wczoraj pokazał, że niczego mu nie brakuje, że petrodolary to tak samo mobilizująca waluta, jak każda inna.

Mam nadzieję, że nikt nie odbierze moich słów jak wulgarnego stawiania znaku równości między ambicją i pieniędzmi. To oczywiste, że Zlatan i Thiago Silva mają dość kasy, by myśleć o futbolowej nieśmiertelności. Wczoraj zrobili ku niej mały krok. Jeśli tak jak na Stamford Bridge będą walczyć nadal, PSG szybko zdobędzie status Chelsea. Na zespół Mourinho nikt nie patrzy podejrzliwie. Jeśli dostrzegamy w Portugalczyku jakąś zmianę, to polega ona raczej na tym, że utracił swoją nadludzką moc wygrywania wielkich wojen w Champions League.

A PSG? Zostało odbudowane niemałym kosztem. Wczoraj urodziło się jednak na nowo. Status krezusa, wzbogaciło emocjami, walką, wysiłkiem i poświęceniem, czyli wszystkim tym, co kibice cenią najwyżej.

środa, 11 marca 2015

Gwizdy fanów z Bernabeu, okrzyki „wynocha” i „dość” oraz wyznanie Ikera Casillasa: - Sięgnęliśmy dna. To reakcje na porażkę z Schalke w Lidze Mistrzów. Porażkę bez konsekwencji.

„Co za wstyd, ale wstyd” – szeptał Cristiano Ronaldo do Karima Benzemy. Trudno powiedzieć, czy Portugalczyk miał na myśli cały zespół, czy kogoś konkretnego, bo w mixed zone po meczu przestrzegł dziennikarzy, że nie będzie się wypowiadał do końca sezonu. Po raz pierwszy od 15 lat Real Madryt stracił cztery bramki w pucharach na swoim boisku, w dodatku z Schalke, przeciwnikiem, którego w ubiegłym roku na tym samym etapie rywalizacji w Champions League połknął (9:2 w dwumeczu). Wtedy jednak "Królewscy" byli w formie, teraz sięga ona dna kryzysu. Przynajmniej tak wydaje się kapitanowi drużyny, który nie bronił dobrze, ale w końcówce wczorajszego starcia ocalił dwoma interwencjami awans do ćwierćfinału. Gdyby obrońca tytułu odpadł ze skazywanymi na porażkę Niemcami, byłby to futbolowy koniec świata.

Wygwizdywani po meczu piłkarze Realu chcieli jak najszybciej uciec do szatni. Casillas się wściekł, nakazał im powrót, by podziękowali publiczności za przybycie na stadion i wsparcie. Real wygrał pierwszy mecz w Gelsenkirchen 2:0, w rewanżu to miał być spacerek. I był, „Królewscy” spacerowali po boisku przyglądając się jak rywal wbija im kolejne bramki. Szanse ocaliły dwie główki Ronaldo i gol Benzemy. Gdyby jednak Schalke trafiło do siatki raz jeszcze, megasensacja stałaby się faktem.

„W ten sposób daleko nie zajedziemy” – wyznał Carlo Ancelotti. Kibice przybywający na Bernabeu liczyli, że w meczu przeciętnym przeciwnikiem zobaczą odradzającą się drużynę. Do gry wracał kontuzjowany 5 miesięcy Luka Modric, na 10 dni przed Gran Derbi na Camp Nou fani Realu poszukiwali dobrych wieści. Przecież w dwóch ostatnich meczach ligowych drużyna Ancelottiego zdobyła tylko punkt, straciła pozycję lidera. Nie było lepszej okazji, by się przełamać niż mecz z Schalke. Tymczasem pojedynek mający dać dowody aspiracji piłkarzy, stał się jeszcze jednym w kolekcji niemocy. Jeśli ta niemoc nie zostanie szybko przełamana, najlepszy klub ubiegłego roku może ponieść totalną klęskę.

Kibice wściekają się na Garetha Bale’a, który w ubiegłym sezonie, zaraz po transferze z Tottenhamu, został jednym z bohaterów zespołu. Dziś jest bez formy, ale Ancelotti upiera się, że gdyby poszukując winnych chciał wysłać Bale’a na ławkę, musiałby to samo zrobić z wszystkimi graczami drużyny. Włoch trwa przy ustawieniu 4-3-3 z tercetem BBC w ataku, fani klubu uważają, że powinno nastąpić przejście na 4-4-2, by wzmocnić środek pola. Od jakiegoś czasu pomocnicy Realu nie dają sobie rady, więc zespół rozpada się na dwie części, niemające ze sobą kontaktu. Obrońcy nie są dostatecznie wspierani, napastnicy nie dostają dobrych podań. Ancelotti upiera się przy swoim, słusznie zauważając, że cztery trofea w ubiegłym roku udało się wywalczyć w ustawieniu ultraofensywnym.

Jedynym do którego nikt nie ma żalu jest Modric, który wczoraj zagrał pierwszy raz w tym roku fatalnym dla drużyny z Madrytu. – W pojedynkę nikt naszych problemów nie rozwiąże – powiedział. Real ma 10 dni, by się pozbierać, inaczej przegra na Camp Nou z Barceloną i szanse na mistrzostwo zmaleją istotnie. Ancelotti wierzy jednak, że w futbolu wszystko dzieje się szybko. Że ta drużyna pełna wielkich nazwisk będzie miała dość dumy, by w meczu z największym swoim rywalem zagrać tak, jak oczekują kibice. Z pewnością Realu lekceważyć nie można. Jest jak drzemiący lew. Pytanie czy nie obudzi się za późno?

poniedziałek, 09 marca 2015

Barcelona z Realem, Atletico z Valencią i Sevilla z Villarreal – sześć klubów hiszpańskich w trzech parach aspirujących do podboju Europy.

Remis na Vicente Calderon dokonał jasnego podziału Primera Division. Prowadzona przez Portugalczyka Nuno Valencia może czuć się już przywrócona do czołówki. Zwycięstwo nad Realem Madryt, tym, który wygrał 22 kolejne mecze, triumf nad Atletico na Estadio Mestalla i wczorajszy podział punktów w rewanżu, zwracają nadzieję byłej europejskiej potędze. Tak jak przewidywał Diego Simeone drużyny ligi hiszpańskiej mają prawo do wysokich aspiracji, ale ściganie się z dwoma kolosami na dłuższym dystansie wciąż wydaje się być tylko bajką dla grzecznych dzieci.

Pocieszający w tej bajce jest fakt, że przepaść futbolowa między Atletico i Valencią, a Barceloną i Realem jest znacznie mniejsza od ekonomicznej. To znaczy, że Simeone z Nuno, czyli gwiazdy trenerskie ligi hiszpańskiej wykonują kawał dobrej roboty. Odrodzenie Atletico za sprawą szkoleniowca z Argentyny wniosło do La Liga nowe, wielkie emocje. Pod koniec ubiegłego sezonu, czuło się, że cała Hiszpania znużona dominacją wielkiej pary, trzyma kciuki za zespół z Vicente Calderon. W tym sezonie wszystko wraca do normy, na szczycie tabeli są ci, co zwykle. Real i Barcelona biją się o tytuł mistrzowski, Atletico z Valencią o pozycje w Champions League.

Trzecia para ma najmniej wdzięczne zadanie. Grzegorz Krychowik nie krył, tak jak nikt z Sevilli, że ich marzeniem jest walka o czwarte miejsce, na to jednak drużyna Unaia Emery’ego ma potencjał mimo wszystko za niski. To jedyny zespół z czołówki, który nie potrafił pokonać nikogo z rywali go wyprzedzających. Atletico obija Real na kwaśnie jabłko, Real obił Barcelonę w pierwszym Gran Derbi, Valencia pokonała „Królewskich” i zdobyła na Atletico 4 pkt. Villarreal potrafił zdobyć Vicente Calderon, tymczasem Sevilla zdołała dotąd zatopić tylko „Żółtą łódź podwodną”. Pech chciał, że oba kluby spotkają się teraz w 1/8 finału Ligi Europy, a w międzyczasie zmierzą się jeszcze w meczu ligowym.

Te sześć zespołów gwarantuje lidze hiszpańskiej sukces w Europie. Nie ma w tym gronie nikogo przypadkowego, o dołączeniu do niej mogą myśleć Baskowie z Bilbao, ale to już w następnym sezonie. To dobrze dla Primera Division, że jest kilka miejsc w Hiszpanii, gdzie mecz z Realem i Barceloną jest czymś więcej niż okazją do zapełnienia stadionu. Im więcej klubów podniesie rękę na kolosy, tym lepiej dla dramaturgii rozgrywek.

Nieodległe są czasy, gdy Barcelona i Real odwiedzały Walencję, Bilbao, czy Sevillę jak głęboką, piłkarską prowincję. Dziś wielcy drżą na sam dźwięk słowa Vicente Calderon, choć Atletico przeżywa trudne dni. Kiedy rok temu Barcelona trafiła na Atletico w ćwierćfinale Ligi Mistrzów jej prezes Josep Mari Bartomeu zdawał się być zadowolony. Rzeczywistość temu zadowoleniu zaprzeczyła.

Zabrakło zaledwie kilkudziesięciu sekund, by na listę zdobywców Pucharu Europy został wpisany trzeci hiszpański klub. Simeone pokazał, że można, wyzwanie podjął Nuno, Emery, Marcelino. Być może opowieść o lidze, która rozpada się na dwie części (nieprzyzwoicie bogatą i zapyziałą z biedy), przestaje być aktualna? Może rządzący nią zrozumieją, że taki stan rzeczy jest właśnie idealny?

Już wkrótce kluby hiszpańskie zaczną sprzedawać prawa telewizyjne razem, być może poczucie wspólnoty interesów stworzy podstawy czegoś lepszego? Skończy z zaściankowym myśleniem każdego o sobie. Jeśli nie, Hiszpanie wciąż będą patrzeć z zazdrością na Wyspy, gdzie produkt futbolowy nie jest lepszy, ale jego wartość trzykrotnie wyższa.

 
1 , 2
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac