blog Darka Wołowskiego
RSS
niedziela, 23 marca 2014

Czy niepokonany w 31 meczach Real Madryt pozbawi Barcelonę złudzeń dotyczących obrony tytułu mistrzowskiego? Kolejne Gran Derbi to znaczący egzaminem dla obu stron.

Kiedy 26 października Barcelona zwyciężała na Camp Nou Carlo Ancelotti mógł wydawać się kolejnym trenerem Realu, który zalicza równię pochyłą. Sergio Ramos w roli defensywnego pomocnika, sprowadzony kosztem 91 mln euro Gareth Bale jako wysunięty napastnik i Cristiano Ronaldo, który skarżył się kolegom, że wszystko w zespole działa źle. „Bronimy się w dziesięciu, nikt nie atakuje, tak nie możemy grać” – mówił. W tamtym meczu sprowadzony do Barcelony Neymar wyglądał jak mody bóg. Zdobył gola na 1-0, zdawał się rosnąć przy każdym kontakcie z piłką. Alexis Sanchez do dziś wspomina, że tamten lob nad Diego Lopezem po którym było 2-0, definiuje go jako piłkarza.

Jak wiemy od tamtej pory wszystko zaczęło się zmieniać. Ancelotti już nigdy nie pozwolił sobie na tak karkołomne roszady co skutkowało serią 31 meczów bez porażki – najdłuższą w wielkiej karierze szkoleniowca Milanu, Chelsea i PSG. „Mam najbardziej kompletny zespół z jakim kiedykolwiek pracowałem” – wyznał niedawno, co biorąc pod uwagę styl gry zespołu, nie brzmiało jak żart, czy normalna w takich wypadkach kurtuazja. Dziś to Neymar ogląda plecy Bale’a. W tym swoistym wyścigu numerów dwa w obu hiszpańskich klubach, debacie poddawana jest forma Brazylijczyka. „Widzę Bale’a unoszącego się nad murawą” – powiedział ostatnio bramkarz Barcy Victor Valdes, co dobrze oddaje stan Walijczyka.

Neymar? Jeden z jego byłych trenerów z Santosu stwierdził, że nie jest szczęśliwy w drużynie, w której wszyscy grają na kogo innego. Czy to tylko przejaw zawiści Brazylijczyków wobec pozycji Leo Messiego, w końcu pochodzi z Argentyny, czy faktyczna ocena stanu ducha wschodzącej gwiazdy „Canarinhos”. W kadrze pięciokrotnych mistrzów świata 22-letni napastnik jest punktem centralnym, Brazylijczyków boli serce, gdy widzą, co robi w Barcelonie. Oni oczywiście uważają, że to nie tylko jego wina, alarmy w kraju gospodarzy mundialu nasilą się, gdy zaliczy na Santiago Bernabeu kilka minut, bez znaczenia.

Po raz 19 Victor Valdes stanie naprzeciwko Cristiano Ronaldo. Na początku mecze z Katalończykami były dla Portugalczyka traumą. Teraz jest inaczej, dorósł do roli kogoś, kogo można stawiać na równi z Messim, a ostatnio nawet wyżej od Argentyńczyka. Zaliczająca dołek formy Barca uczepia się dziś swojego lidera, licząc na jego skuteczność mogącą przedłużyć szanse w walce o tytuł. Porażka na Santiago Bernabeu to coś na co zespół Gerardo Martino nie może sobie pozwolić, jego szanse obrony mistrzostwa spadną wtedy praktycznie do zera.

Przez ostatnie lata Real próbował gonić Barcelonę. Nawet jeszcze kilka miesięcy temu, gdy słabnący Katalończycy wygrali ligę docierając do granicy 100 pkt. Dziś przewagę pod każdym względem zdają się mieć Królewscy, co muszą jednak udowodnić na boisku. Trudniej się gra z pozycji faworyta.

Ranna Barcelona wciąż może być jeszcze groźna, zwłaszcza, że od czasu do czasu zdarzają jej się mecze, gdy zachwyca. Jeśli Katalończycy czekali na dzień, w którym będą mogli zrehabilitować się za tegoroczne porażki w Bilbao, San Sebastian, czy Valladolid, to on właśnie nastał. Gdyby lokomotywa z Madrytu nie natrafiła na solidną przeszkodę,  pomknie po tytuł. Gonić ją może lokalny rywal z Vicente Calderon, ale też z marnymi szansami. Triumf nad Barceloną, to ostatnia rzecz, której brakuje Ancelottiemu. Pięć miesięcy temu wyglądał jak szkoleniowiec totalnie przestraszony, dziś panuje nad najtrudniejszą szatnią świata z lekkim, pogodnym uśmiechem. W 90 minut klasyku dużo się może jednak zmienić.



czwartek, 13 marca 2014

Atletico, Barcelona i Real Madryt – liga hiszpańska będzie miała w ćwierćfinale Champions League najwięcej reprezentantów, którzy woleliby nie wpaść na siebie.

„Jest mi wszystko jedno, na kogo trafimy w losowaniu, może być nawet rywal z Primera Division” – powiedział Diego Simeone. W ankiecie dziennika „Marca” kibice drużyny wypowiadają się inaczej, większość z nich (57 proc) wolałaby uniknąć derbów Madrytu. Atletico zagra w ćwierćfinale Champions League pierwszy raz od 1978 roku, kiedy odpadło z rozgrywek z FC Brugge. Znaczące są reakcje mediów w Hiszpanii, które obliczają zyski zadłużonego klubu z Vicente Calderon. Drużyna Simeone zarobiła już na premiach za awans i wygranych meczach 21 mln euro.

W przypadku Barcelony i Realu Madryt kwoty tego rzędu nikogo nie zajmują. Awans do ćwierćfinału jest tylko pierwszym etapem, wstępem do walki o najwyższe cele. Wczoraj drużyna „Taty” Martino udowodniła, że motywacji może zabraknąć jej do ligowej młócki w Valladolid, ale rozgrywki o Puchar Europy wciąż budzą w niej chęć do walki. Poza Neymarem wszyscy zagrali niezły mecz. Manchester City, ani przez chwilę nie okazał się dla Katalończyków równym rywalem.

Dziennik „Marca” już martwi się losowaniem. Gdyby 21 marca okazało się, że w ćwierćfinale Ligi Mistrzów dojdzie do Gran Derbi, po raz kolejny (tak jak w 2011) Barca i Real zagrałyby ze sobą cztery razy w ciągu 24 dni, wliczając w to ligę (23 marca) i finał Pucharu Króla (16 kwietnia).

Na szczęście Jose Mourinho i Pep Guardiola zmienili miejsce pracy i zapewne tak złych emocji jak trzy lata temu, seria klasyków by nie wywołała. Kibice Realu chcieliby podjąć w ćwierćfinale Bayern, a więc chyba jednak zatęsknili za Katalończykiem. To prawda, że rywalizacja w Pucharze Europy byłaby o wiele ciekawsza, gdyby w ćwierćfinale Real trafił na Bayern, a Barcelona na Chelsea (o ile awansuje). Lub odwrotnie. Pojawienie się Guardioli na Camp Nou, prowadzącego Bawarczyków, którzy przed rokiem spuścili Barcy tak ciężkie  lanie, też wyglądałoby szlagierowo. Tak jak powrót Mou na Santiago Bernabeu, gdzie przeżył niedawno najgorszy sezon w karierze, a sądząc po jego wypowiedziach, piłkarzom Realu nigdy tego nie darował.

Wydaje się więc, że cofnięcie przepisu blokującego możliwość wylosowania przeciwników z tych samych lig już w ćwierćfinale, było złym posunięciem. Kto w Niemczech chciałby oglądać teraz rywalizację Borussii Dortmund z Bayernem Monachium, lub na Wyspach kolejne starcie Manchesteru United z Chelsea, jeśli rzecz jasna, oba kluby wywalczą awans, co jest bardzo niepewne w przypadku mistrza Anglii.

Powie ktoś, że w rywalizacji o tytuł najlepszej drużyny Europy taka „blokada” jest czymś sztucznym, ale wydaje się, że jednak służy rozgrywkom. Półfinał to jest ten etap, gdzie blokady obowiązywać nie powinny. Z drugiej strony UEFA chciała uniknąć bratobójczych finałów, bo doświadczenia z 2000 roku (Valencia – Real), 2003 (Milan – Juventus), 2008 (Chelsea – Manchester United) i 2012 (Borussia – Bayern) nie były nadzwyczajne.  Tak źle i tak niedobrze.

Być może więc Simeone ma rację, trzeba grać nie zwracając uwagi na losowania i regulaminy. Tegoroczne ćwierćfinały mają szansę być najbardziej pasjonującymi w historii rozgrywek, jeśli Manchester odrobi stratę dwóch goli z Pireusu, pozostaną w rywalizacji same potęgi. Oczywiście można mieć wątpliwość, czy da się do nich zaliczyć Atletico i Borussię, ale oba kluby zatrudniają teraz wyjątkowych trenerów i piłkarzy.

Gdybym miał podpowiadać losowi zaproponowałbym takie rozwiązanie: Borussia Dortmund – Manchester United, Bayern Monachium – Atletico Madryt, Real Madryt - Chelsea, Barcelona – PSG. Wielkie emocje gwarantowane, ale bez względu na wyrok losu (niektórzy twierdzą, że sterowany) i tak nam ich nikt nie odbierze.



niedziela, 09 marca 2014

Być może od czasów galaktycznych Real Madryt nie grał tak efektownie jak pod ręką Carlo Ancelottiego. Ostatnią szansą Barcelony zdaje się być Gran Derbi na Santiago Bernabeu.

 „Bez gry, bez liderów, bez wstydu” – nie pamiętam, by w ostatnich pięciu latach dziennik „El Pais” tak ostro recenzował zespół z Katalonii. W tym czasie barcelończycy stali się dumą niemal całej Hiszpanii, a takie kompromitacje jak sobotnia z Valladolid właściwie im się nie zdarzały.  Trzeba jednak powiedzieć, że porażka 0-1 wpisuje się logicznie w całą serię słabiutkich meczów zespołu Gerardo Martino, który w 9 ostatnich grach zostawił na boisku 11 punktów. Z tego aż 9 w lidze, która uchodzi za jedną z najmniej wyrównanych w Europie.

„Barca uparła się, by oddać tytuł” – tytuł z barcelońskiego „Sportu” mówi wszystko. W odróżnieniu od porażki z Realem Sociedad w San Sebastian, Real Valladolid nie musiał wznieść się na szczyty, by pokonać Katalończyków. A gdyby nawet, to Neymar, Messi i Pedro powinni poradzić sobie bez trudu z defensywą drużyny, dla której szczytem marzeń jest utrzymanie. To nie jest wyrównana liga angielska, to rozgrywki w Hiszpanii, w których ponoć trójka liderów uprawia inną dyscyplinę.

Forma Barcelony zademonstrowana w Valladolid może martwić jej fanów nawet w obliczu rewanżowego meczu 1/8 finału Champions League. Jeśli zespół rozbitków nie weźmie się w garść do środy, może mieć kłopot z obroną zwycięstwa 2-0 z Etihad Stadium. W Barcelonie biją na alarm, bo mimo narastających kłopotów w poprzednich sezonach, drużyna nie wyglądała na aż tak bezradną jak dzisiaj.

W tym tygodniu Neymar wrócił do Barcelony opromieniony hat trickiem w towarzyskim meczu „Canarinhos”, po czym na boisku w Valladolid nie miał ani jednego poprawnego zagrania, lub udanego dryblingu. Pedro rozstrzygnął hit Hiszpania – Włochy, by trzy dni później, w meczu z ligowym szarakiem nadawać się do zmiany po 5 minutach. Co powiedzieć o Leo Messim, który nawet z rzutów wolnych kopał piłkę lekko, prosto w ręce bramkarza?

Być może kłopoty Barcy nie wyglądałyby aż tak poważnie, gdyby Real Madryt przemierzał boiska Primera Division w wolniejszym tempie. Drużyna Carlo Ancelottiego gra z wielkim rozmachem, a repertuar jej atutów wykracza daleko poza perfekcję kontrataków, którą osiągnęła w czasach Jose Mourinho. Może to prawda, że niektórzy trenerzy i niektóre kluby powinny trzymać się od siebie z daleka. „Królewscy” mają swój styl, swoją tradycję i „poprawianie” jej siłą, to chyba jednak działanie pozbawione sensu. W każdym razie dziś „Królewscy” grają tak efektownie, jak w ostatnio w rozkwicie ery galaktycznej. Modric, Alonso, Di Maria, żeby wymienić wyłącznie piłkarzy drugiej linii, zdają się czerpać pełnię satysfakcji z zadań, które trener powierza im na boisku.

Dobrze, że rewanżowe El Clasico na Santiago Bernabeu jest już w niedzielę 23 marca. Może do tego czasu dystans między Realem i Barceloną nie będzie na tyle duży, by hit hiszpańskiej ligi sprowadził się do gry o prestiż. Katalończycy dostali dość sygnałów ostrzegawczych w ostatnich tygodniach, jeśli one ich nie obudzą, zapewne tytuł mistrzowski będą musieli oddać.



środa, 05 marca 2014

Czy Diego Costa przywróci reprezentacji Hiszpanii charakter, który straciła z odejściem Carlesa Puyola? Dziś naturalizowany Brazylijczyk debiutuje w starciu z Italią.

Dzień Diego Costy. Tak opisują mecz z Włochami hiszpańskie media. Wczoraj tematem dnia była jednak deklaracja Carlesa Puyola, że po sezonie rozstaje się z Barceloną. Nie wie jeszcze, co dalej, ostateczną decyzję podejmie w czerwcu. Plaga kontuzji przyspiesza koniec kariery najlepszego obrońcy w historii hiszpańskiej piłki.

Trener Cesare Prandelli nie ma co do tego wątpliwości. Gdyby nazwisko Puyol tłumaczyć na włoski, brzmiałoby ono Baresi, Maldini, albo Cannavaro. O ile jednak wybitny obrońca w Serie A jest czymś tak samo normalnym, jak to, że w Brazylii po Pele przyszedł Romario, a potem Ronaldo, o tyle Hiszpania długo może poczekać na następcę Puyola. Stoperzy nowej generacji, czyli Serio Ramos i Gerard Pique mają jeszcze przed sobą długą drogę.

Puyol grał sercem i duszą – w najlepszym znaczeniu tego stwierdzenia. Nie był typem boiskowego cyngla wykonującego wyroki, ale człowiekiem nadającym charakter całej drużynie. Pique mówi, że traktował go jak anioła stróża, zawsze, gdy coś zawalił, lub coś zaniedbał, znajdował tam głowę, lub nogę Carlesa. Wszyscy wspominają półfinał mistrzostw świata w RPA, gdy Xavi z Iniestą nie potrafili złamać obrony Niemców. Trzeba było sięgnąć po wariant B, czyli uruchomić bombowiec. Arne Friedrich (185 cm wzrostu) i Per Mertesacker (198) zobaczyli jak przelatuje nad nimi pewien kudłaty „kurdupel” (178 cm) torując Hiszpanom drogę do finału.

Puyol był odwiecznym wariantem B tak dla drużyny narodowej, jak Barcelony. Grał i myślał inaczej niż wszyscy Hiszpanie, nigdy się nie poddawał, motywowały go chwile, kiedy przeciwnik okazywał się lepszy. Pokazywał klasę, w chwilach, gdy otaczający go geniusze czuli się bezradni. Broń składał pod prysznicem, wtedy kończyła się jego warta.

Dlatego Vicente del Bosque tak nastawał na Carlesa, by nie odchodził z kadry po afrykańskim mundialu. Puyol zapragnął jeszcze wybrać się do Polski i na Ukrainę. Organizm się zbuntował, choć najwytrwalsi jego fani wierzyli, że jakimś cudem odrodzi się na Brazylię. Ale to już nie nastąpi. Koniec jest bliski.

Do reprezentacji Hiszpanii wchodzi dziś inny gracz o unikalnym charakterze. Diego Costa przeszedł w ostatnim czasie drogę od pospolitego, boiskowego zabijaki, do jednego z najlepszych napastników na świecie. Prandelli nie widzi problemu, podobnie jak Vicente del Bosque. Trener Włochów zauważa, że ta odmienność Costy powinna stać się atutem Hiszpanii. Na Euro 2008 wielka drużyna Luisa Aragonesa powstawała przy znaczącym udziale innego naturalizowanego Brazylijczyka Marcosa Senny.

Costa sprawdzić się nie musi. Wtedy będzie w zespole mistrza świata wariantem B. Del Bosque może grać z fałszywym środkowym napastnikiem, udowodnił to na Euro 2012. Cesc, Xavi, Iniesta, Silva (w rezerwie Cazorla i Mata), a teraz jeszcze na pełnych prawach Thiago Alcantara, który w Bayernie osiągnął dojrzałość – to grupa piłkarzy zdolnych zrobić wodę z mózgu każdemu rywalowi. Naturalizowany napastnik może stanowić tylko wartością dodaną, ale na mundialu w Brazylii nie będzie miał Del Bosque piłkarza bardziej głodnego zwycięstw.

Prandelli dzisiejszego sparingu z Hiszpanami grać nie chciał. Z jego punktu widzenia potrzebny był Włochom raczej łatwy, spokojny rywal. W czasie, gdy piłkarze zaaferowani są wojną klubową, towarzyski mecz drużyn narodowych ma więcej wad niż zalet. A przecież, kiedy oba zespoły wyjdą dziś na Vicente Calderon i spojrzą sobie w oczy, zapomną o tym, że to gra bez stawki. Honor nie pozwoli nikomu odstawić nogi.



niedziela, 02 marca 2014

Real nie przegrał 28. meczu z rzędu, choć nigdzie nie był tego tak bliski, jak na Vicente Calderon. Jedni nazwą derby Madrytu bitwą, inni tylko bijatyką, zakończoną sprawiedliwym podziałem łupów.

Gdyby 22 piłkarzy Atletico i Realu wyszło na mecz z gołymi torsami, trzymając noże w zębach i pałki w dłoniach, bitwa pewnie też zakończyłaby się remisem. Niewiarygodne jak człowiek ze znużoną miną, „uzbrojony” w elegancki garnitur i krawat potrafi natchnąć drużynę duchem wojennym. Carlo Ancelotti w klasyfikacji na naczelnego macho wśród trenerów zająłby pewnie znacznie mniej eksponowane miejsce niż Jose Mourinho, tymczasem piłkarze Realu idą za nim na wojnę mając mniejsze opory, niż wtedy, gdy do walki zagrzewał ich pyskaty Portugalczyk.

Atletico, wiadomo - 11-osobowa kopia swojego trenera. Dla Diego Simeone futbol nigdy nie była grą talentu. Raczej wojną z tymi, którzy umieją więcej, są lepiej wyszkoleni, uważani za bardziej wtajemniczonych, ale miękną po uderzeniu łokciem w szczękę. Jeśli liga angielska jest ligą walki, to w całym sezonie trudno znaleźć tam tyle brutalnych starć ile w derbach Madrytu.

Na Vicente Calderon walczono, a nie grano w piłkę. Diego Costa udowodnił, że można robić jedno i  drugie. Że reprezentacja Hiszpanii potrzebuje kogoś takiego jak on, bo ani Fernando Torres, ani David Villa, a już na pewno Roberto Soldado nie mają dziś nawet 30 procent jego pasji do gry. Impuls ze strony Brazylijczyka może pomóc Vicente del Bosque obudzić  obrońców tytułu na zbliżającym się mundialu w jego ojczyźnie.

Real uratował punkt, choć przez godzinę pozwolił się wciągnąć w wymianę ciosów. To sprzyjało drużynie Simeone mimo wszystko mniej wyposażonej w geniusz czysto futbolowy. Argentyńczyk potrafi zrekompensować kilkaset milionów euro różnicy w cenie graczy klubów takich jak Barcelona i Real Madryt. W tym sezonie Primera Division zdobył z nimi w trzech meczach aż 5 pkt. Jeśli nie utrzyma się w wyścigu po tytuł, będzie to związane z gorszymi wynikami z rywalami teoretycznie słabszymi.

Dobrze, że Real nie wygrał, bo na to nie zasłużył. Tak jak liga hiszpańska nie zasłużyła na mistrza, który zasypia po zdobyciu gola w 3. minucie. Jeśli „Królewscy” wyciągną z tego odpowiednią naukę, mogą stać się drużyną znakomitą, do której wciąż jednak sporo im brakuje. Co innego wojna na kuksańce i łokcie, w której Pepe, Ramos i Xabo Alonso odnajdują się jak ryba w wodzie, co innego gra o zwycięstwo, którą muszą prowadzić Ronaldo, Benzema, Di Maria i Modric. Drużyna z wyższą kulturą gry nie może tracić z pola widzenia swoich celów, zastępując je odnajdywaniem atawistycznej frajdy w mordobiciu.



Derby Madrytu będę dla Realu najdoskonalszą miarą postępu, jakiego dokonał pod ręką Carlo Ancelottiego. Od 22 lat mecz największych stołecznych drużyn nie był tak znaczący w walce o tytuł mistrza Hiszpanii.

„Gramy z najsilniejszą drużyną” – mówi Diego Simeone. To samo, twierdził niespełna dwa miesiące temu, gdy Atletico Madryt podejmowało na Vicente Calderon Barcelonę. Nie sądzę jednak, by Argentyńczyk stosował dymną zasłonę, po prostu w futbolu czas płynie szybko.

28 września Atletico Madryt przybyło na Santiago Bernabeu dając Realowi wszechstronną lekcję futbolu: gry w defensywie i ofensywie, organizacji i charakteru. Zwycięstwo 1-0 nie oddawało przewagi gości w każdym elemencie, wydawało się nawet, że zmiana w układzie sił między madryckimi klubami, potrwa długo.

Nie potrwała. Okazało się, że Ancelotti miał swój plan, i dziś zbiera tego efekty. Zwycięstwo z Schalke w Gelsenkirchen 6-1 było demonstracją siły drużyny, która bać się nie musi nikogo. Nie tylko w kraju, ale też poza granicami, kiedy dziennik „Marca” zorganizował ankietę, kogo chcą fani „Królewskich” za przeciwnika w ćwierćfinale Champions League, pierwsze miejsce zajął Bayern Monachium. Bayern siejący strach we wszystkich zakątkach Europy. Realowi marzy się rewanż za półfinał sprzed dwóch lat, który przegrał po rzutach karnych.

Czy są „Królewscy” w tej chwili blisko nr 1 w Europie? Może przekonamy się o tym dzisiaj. Bramkarz Thibaut Courtois zwrócił uwagę, że drużyna z Gelsenkirchen była dla „Królewskich” wymarzonym rywalem zostawiając mu masę miejsca do gry za plecami środkowych obrońców, niezbyt sprawnych, szybkich i ruchliwych. Belgijski gracz zapewnia, że Atletico będzie bronić inaczej, i właśnie w dziele zbiorowym, a nie indywidualnych utarczkach Diego Costy z Pepe i Ramosem rozstrzygnie się powodzenie w tym meczu. Gospodarze potrzebują zwycięstwa, są zmotywowani po traumie, jaką zgotowali im „Królewscy” w półfinale Pucharu Króla (0-3 i 0-2). Jeśli dziś przegrają, Real pomknie po tytuł z prędkością światła. I ta cała opowieść o wielkim wzlocie Atletico skończy się jak zawsze.

Bale, Benzema, Ronaldo – Real dawno przestał być zależny wyłącznie od goli Portugalczyka. W czasie jego dyskwalifikacji na trzy mecze „Królewscy” nie zauważyli nawet, że go nie ma. Wbili lokalnym przeciwnikom 10 bramek. Rewelacyjny Jese dorasta do zastąpienia każdego, musi jednak czekać na swoją kolej na ławce. Bale, piłkarz sprowadzony za 91 mln euro, ma póki co pierwszeństwo. Tym bardziej, że Walijczyk szybko uczy się ligi hiszpańskiej i nie potrzebuje już tyle wolnego miejsca.

W odróżnieniu od Realu jego najgroźniejsi rywale Atletico i Barcelona mieli ostatnio ciężkie chwile. Od sześciu punktów straty, do trzech punktów przewagi - „Królewscy” pokonali tę drogę dość szybko. Jeśli utrzymają obecną formę, trudno ich będzie zatrzymać. Para Modric – Xabi Alonso funkcjonuje znakomicie, Angel di Maria, i Karim Benzema są bliscy szczytu formy. Dziś starcie z „Królewskimi” to misja z wyższej półki wobec tej z końca września. Jeśli Atletico jej sprosta, liga hiszpańska może być jeszcze fascynująca, jeśli nie będzie miała oczywistego faworyta.



Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac