blog Darka Wołowskiego
RSS
poniedziałek, 30 marca 2009

Po katastrofalnym meczu w Belfaście piłkarze reprezentacji Polski zebrali dziennikarzy, by powiedzieć im, że stoją za Beenhakkerem murem. Nie wiem, czy ten mur jest w stanie obronić selekcjonera. Wiem, że piłkarz najdobitniej przemawia na boisku. I tam właśnie swoje oddanie Beenhakkerowi mogliby okazywać nasi reprezentanci. Bo jeśli wciąż będą grać tak jak ze Słowacją, czy Irlandią Płn Holendrowi akcje poparcia dadzą w praktyce bardzo niewiele.

Rozumiem, że piłkarze chcą bronić Leo przed nienawiścią działaczy PZPN, którzy mają zamiar pozbawić ich selekcjonera. Ci, którzy go nie znoszą, nie są jednak ”wrażliwi” na niczyje argumenty. Tak więc spokojnie i bez wyrzutów weźcie się Panowie za granie, a nie za gadanie. Choćby od meczu z San Marino. I pamiętajcie, że nie da się obronić trenera porażkami. Nawet najlepszego.


niedziela, 29 marca 2009

To co spotkało w meczu z Irlandią Płn Artura Boruca wywołało we mnie więcej współczucia niż złości. Jak każdy upadek sportowego idola.

Gdy bezwzględnie zastosować zasadę, że piłkarz jest taki, jak jego ostatni mecz, Boruc powinien ogłosić, że zmienia zawód. To co wyprawiał w Belfaście nie da się nazwać inaczej niż zawodowym harakiri. Pierwszy gol - zawalony - wyszedł do dośrodkowania i nie sięgnął piłki, przy tym, gdyby nie wyszedł, złapałby ją pewnie zgraną głową przez Irlandczyka. Przy drugiej bramce Boruc został na linii, choć Evans strzelał z sześciu metrów. Dlaczego nie ruszył do dośrodkowania? Jeśli bał się powtórzyć błąd, popełnił kolejny. Wreszcie bramka na 1:3 - nawet gdyby połowę winy wziął na siebie podający mu Żewłakow i tak świat okrąży kompromitująca scena jak spanikowany bramkarz macha nogą nad piłką, która podskakując na kępce trawy kpi sobie z jego nieszczęścia. Strach, który towarzyszył Borucowi w Belfaście powoli narastał, znajdując swoją kulminację właśnie w tym kiksie. Dla mnie to wszystko było nadmiarem, przesadą, groteską: normalny, zawodowy bramkarz nie różnił się niczym od chłopca, którego na podwórku kumple wcisnęli siłą między słupki.

Nie wiem kiedy Artur Boruc wróci do reprezentacyjnej bramki i czy kiedykolwiek jeszcze w niej stanie. A przecież zaledwie 9 miesięcy temu takie stwierdzenie brzmiałoby jak absurd. Po Euro w Austrii mogliśmy mieć poważne wątpliwości co do drużyny, ale też absolutną pewność, że ma ona między słupkami gwiazdę, która zejdzie ze sceny najwcześniej po Euro 2012. W glorii.

Już na mundialu w Niemczech Boruc udowodnił, że właśnie jemu z całej drużyny narodowej do poziomu europejskiego najbliżej. Po Euro 2008 nie było w kadrze piłkarza, który nie czułby, że bramkarzowi zawdzięcza coś osobiście. Drużyna Beenhakkera wracała na tarczy, Boruc był jedynym, który mógł chodzić z podniesionym czołem. A za rogiem zdawały się czekać Bayerny i Milany.

I nagle, właściwie bez jasnego powodu, wszystko zaczęło się walić. Alkoholowy wybryk na Ukrainie był sygnałem ostrzegawczym. Boruc go przegapił, ale też miał prawo czuć się w kadrze i Celtiku na tyle pewnie. Dziś po pewności nie został ślad. Z największej gwiazdy obu drużyn stał się facetem, którego przy życiu (w sensie sportowym) trzyma brak konkurencji. Celtic jest - póki co - na niego skazany, reprezentacja w Belfaście też była skoro Fabiański zachorował dzień przed meczem. Boruc nie mógł odmówić gry nawet, gdyby czuł, że to będzie dla niego ciężki dzień. Na ławce był już tylko absolutny debiutant Łukasz Załuska.

Stanął w bramce na nieszczęście swoje i reprezentacji. I tak jak kiedyś ratował kolegom skórę, tak teraz na całej linii pokpił sprawę. Drużyna przegrywa i wygrywa razem, nie chodzi o dokonywanie sądu nad bramkarzem, ale gdyby grał jak Boruc sprzed 9 miesięcy Polska - przy wszystkich kiksach i błędach obrony - pewnie nie straciłaby w sobotę gola.

Uniknięcie tej katastrofy bramkarz miał w zasięgu swoich rąk. Ale ręce i nogi mu drżały. Nie zgadzam się z tezą, że nie był skoncentrowany, po pierwszym straconym golu, był raczej roztrzęsiony. Dziś nie podejmuję się przewidywać ile może potrwać powrót do równowagi i czy w ogóle nastąpi. To będzie zależało od Boruca. Czy potrafi ocenić sytuację, w której się znalazł.


sobota, 28 marca 2009

Najgorszy mecz drużyny Leo Beenhakkera nie musiał skończyć się porażką. O klęsce w Belfaście nie zdecydowała nawet fatalna forma, lecz szczyt głupoty, na który wspięli się piłkarze Beenhakkera. Wydawało się, że po bratysławskim koszmarze Artur Boruc wyczerpał limit błędów na 10 lat do przodu. Dziś zawalił dwa gole, przy trzecim nie zrobił nic. Nie wiem czemu komentatorzy TVP nie byli pewni, czy bramka w 10. min obciąża polskiego bramkarza, bo była to wyłacznie jego wina. Zostawmy w spokoju biednego Wawrzyniaka, choć mógł zachować się lepiej, ale Boruc wyszedł do piłki i miał obowiązek ją wybić, lub złapać. 

Ale określenie ”szczyt nonszalancji i głupoty” nie dotyczy tylko bramkarza, choć gdyby zagrał na swoim poziomie mecz mógł być nawet wygrany. Absolutnie niezasłużenie, bo nawet ci najrozsądniejsi grali jak ostatni głupole. Był taki moment w pierwszej połowie, gdy Żewłakow podał piłkę do Boruca, a ten skiksował i krzyknął stoperowi jasno: ”następnym razem wywal ją w aut”. Żewłakow, nie junior przecież, ale nestor drużyny i jej kapitan, zrobił w drugiej połowie to samo. I właściwie każdy z Polaków miał dziś po kilka tak idiotycznych zagrań.

To czego dokonał Boruc przy golu na 1:3 było jak zachowanie chłopca, który chce pokazać kolegom z podwórka co może się stać, gdy go nie posłuchają. Tylko, że to nie była gra podwórkowa, ale mecz o mundial 2010. Bramkarz mógł piłkę wybić, mógł przyjąć, mógł zagrać głową, piersiami i nogami, kopnąć w cztery strony świata. Boruc zachował się lekceważąco wobec siebie, kolegów, Beenhakkera, reprezentacji Polski i jej fanów. To z pewnością najgorszy dzień jego kariery, choć w ostatnich czasach wydawało się, że gorzej być raczej nie może. Tylko współczuć.

Porażka 1:3 w Budgoszczy z Finami na inaugurację kadencji Beenhakkera (el Euro 2008) już nie jest najgorszym koszmarem tej drużyny. Skazanej dziś na wygranie wszystkich meczów do końca eliminacji - łacznie z pojedynkami w Czechach i na Słowenii. Ale o tym dziś, nie da się nawet marzyć.


piątek, 27 marca 2009

Trauma jaką piłkarze reprezentacji Polski zafundowali sobie w Bratysławie, ma w Belfaście definitywnie pójść w zapomnienie. Piłkarze Leo Beenhakkera wzmocnieni psychicznie zwycięstwami w sparingach z Irlandią i Walią chcą przywieźć do kraju trzy punkty, które pozwolą im odzyskać pełną kontrolę nad tym co dzieje się w grupie. Nawet remis będzie wynikiem złym, a przecież na wyjeździe Irlandczyków z Północy nie zmogli Czesi, a w eliminacjach do Euro 2008 w Belfaście polegli Szwedzi, Duńczycy i Hiszpanie. To były dla Irlandii niewiarygodne zwycięstwa, których zazdrościć może im każdy, z Polakami na czele. A gdybyśmy cofnęli się o kolejne dwa lata, w eliminacjach MŚ 2006 w Belfaście pobita została także Anglia. Już to sprawia, że przed wyjazdem do Irlandii wszystkim zapala się czerwona lampka.

Na szczęście my mamy swoje wspomnienia. Gol Żurawskiego z rzutu rożnego już na początku gry sprawił, że ostatni wyjazd naszej kadry do Belfastu w eliminacjach mundialu w Niemczech był w miarę lekki, łatwy i przyjemny. Tamto zwycięstwo 3:0 było znacznie okazalsze niż rewanż w Warszawie, gdzie Polacy męczyli się bardzo, a uratował ich znowu Żurawski - tym razem tuż przed końcem. W sumie jednak kadra Pawła Janasa pozostawiła wrażenie, że polscy piłkarze mimo rozlicznych wad, mają jednak swoje sposoby na żywiołowego rywala. Są lepsi, ale przecież lepsi i to znacznie są Anglicy, Szwedzi, Duńczycy i Hiszpanie.

Skoro irlandzki żywioł zmiatał najsilniejszych, nie wypada się puszyć przesadnie. Stawka jest zbyt wysoka. Piłkarska reprezentacja Polski ma za sobą trzy bardzo złe występy w turniejach finałowych (MŚ2002, MŚ2006, Euro2008) poprzedzone jednak zawsze znakomitymi kwalifikacjami. Nasi mistrzowie eliminacji grają z drużyną, która na wielkiej imprezie nie była od 1986 roku. Już 23 lata.

Ciekawe co będzie z Kubą Błaszczykowskim. Czy zagra od początku, by pomóc drużynie stawić czoła rozpędzonemu rywalowi, czy wejdzie do gry w chwili, gdy po nerwowym początku mecz bitwą być już przestanie. W Belfaście na pewno będą trudne chwile, Beenhakker musi zgadnąć kiedy obolały skrzydłowy Borussi przyda się drużynie najbardziej.

Gra w Belfaście to wielka szansa dla Roberta Lewandowskiego i Ireneusza Jelenia. Pierwszy ma pokazać, że jest już w stanie grać w kadrze coś więcej niż epizody. Jeleń jest w formie życiowej - Beenhakker daje mu kolejną szansę - chyba najważniejszą. Wypada też liczyć na Rogera - oby nie tylko na przebłyski, a jeśli już, to niech się zdarzą w chwilach decydujących (jak z Walią). No i cały fundament drużyny (Mariusz Lewandowski, Dudka, Wasilewski, Żewłakow, Wawrzyniak, Krzynówek, Boruc albo Fabiański). Czeka ich misja trudna, ale przecież wykonalna.


czwartek, 26 marca 2009

Może ktoś zna piłkarza, którego twarz umieszczono na banknotach lub monetach. I to nie okolicznościowych, ale takich, których używa się na codzień. Jeśli nie było takiego przypadku, to Diego Armando Maradona ma szansę być pierwszy. Znając stosunek Argentyńczyków do futbolu, nikogo by to nie zaskoczyło.

Centralny bank Argentyny ma zamiar zmienić wizerunki na kilku banknotach i monetach peso. Chce, by pojawiły się tam twarze ludzi ze świata tzw kultury popularnej, które na świecie kojarzą się z Argentyną. Koło Filatelistyczne i Numizmatyczne z Santiago de Estero zgłosiło Maradonę, a jego prezes Juan Carlos Barron uważa, że wizerunek Diego na banknotach dobrze wpłynie na turystykę w kraju. - Wystarczy przypomnieć, że kiedy ostatnio wybrał się do Indii czekało na niego 50 tys ludzi - przypomniał.

W sumie jestem za. Chętnie kupię peso z wizerunkiem piłkarskiego idola. Boję się jednak o niego samego. Aktualny selekcjoner reprezentacji Argentyny i tak uważa siebie za istotę wyższą. Co będzie, gdy weźmie do ręki banknoty ze swoją podobizną? Turystyce w Argentynie to pomoże, ale może zaszkodzić futbolowi.


To nie jest tytuł mój, pochodzi z prasy katalońskiej i jest ciężkim oskarżeniem rzuconym pod adresem największego rywala Barcelony. 19 tytułów dotyczy czterdziestolecia, od lat 50. do końca 80. Adwokat Jordi Medina, który dwa razy kandydował na prezesa Barcelony opisał sprawę na swoim blogu (www.critvalent.blogspot.com).

Medina kwestionuje osiem mistrzostw, które Real zdobył z Alfredo di Stefano. W 1953 roku piłkarz podpisał kontrakt z Barceloną, a potem grał w Realu stając się jego największą legendą. Medina uważa, że transfer di Stefano do „królewskich” był możliwy wyłacznie dzięki władzy frankistowskiej. Drugi argument dotyczy pięciu lat podczas których po budowie Camp Nou reżim Franco osłabiał ekonomicznie przeciwnika Realu odmawiając Barcy zmiany przeznaczenia gruntu po starym stadionie Les Corts do czego klub z Katalonii miał prawo. Trzeci argument dotyczy José Plazy, który przez 13 lat szefował hiszpańskim sędziom piłkarskim. W tym czasie Barca była mistrzem zero razy, Real 11 razy i dwa razy Atletico Madryt.

Nie mam ambicji, by rozstrzygać zawiłości historyczne dotyczące trudnych relacji dwóch najpotężniejszych hiszpańskich klubów. Nie ma jednak wątpliwości, że reżim Franco lubił błyszczeć blaskiem sukcesów Realu Madryt, który w latach 56-66 wygrał Puchar Europy aż sześć razy. Franco uważał za wroga Barcelonę, bo jego wrogami byli Katalończycy. Tuż po wojnie domowej reżim wprowadził zakaz używania katalońskiego języka i flagi. Nakazał też zmianę nazwy klubu z FC Barcelona, na hiszpańskie CF Barcelona. Klub stał się symbolem opozycji (nie tylko katalonskiej) i rzecz jasna musiał być zwalczany. W sposób bezpośredni lub pośredni.

Jeden z większych skandali wydarzył się w 1943 roku gdy w finale Pucharu Generalisimusa Barca wygrała pierwszy mecz 3:0. Przed rewanżem piłkarzy Barcy odwiedził w szatni wysłany przez Franco szef bezpieczenstwa wewnętrznego. Real wygrał 11:1.

Ale dwa lata później Barca zdobyła mistrzostwo kraju i nawet franksistowski reżim temu nie zapobiegł, a sukces powtórzyła w 1948 i 1949 roku. W 1968 Barca wygrała finał Pucharu Generalisimusa na oczach Franco na Santiago Bernabeu, a jej trenerem był Salvador Artigas republikański pilot z czasów wojny domowej. Zwycięstwa Barcy nie były więc zakazane.

Nie znaczy to, że Katalończykom było w tych czasach łatwo. W latach 1961-84 Barca tylko raz była mistrzem Hiszpanii, w tym czasie Real zdobył 20 tytułów. Polityka musiała hamować rozwój klubu z Katalonii, ale przecież Franco zmarł już w 1975 roku. Nikt nie powie też, że generał „załatwił” Realowi sześć triumfów w Pucharze Europy (w 1961 roku Barca była pierwszą drużyną, która wyeliminowała „Królewskich” z europejskich rozgrywek. Sama uległa jednak potem Benfice). Jeśli Real był na tyle silny, by dominować wtedy w Europie, dlaczego nie miałby dominować w Hiszpanii?

Jak już mówiłem nie mam danych, by rozstrzygnąć zasadność katalońskich roszczeń. Na zdrowy rozum pod tekstem o 19 tytułach zrabowanych przez Real, bym się jednak nie podpisał.


środa, 25 marca 2009

Futbolem argentyńskim wstrząsnął właśnie konflikt dziesiątek. Selekcjoner Diego Armando Maradona i jego dotychczasowy gwiazdor Juan Roman Roquelme uznali, że w tym barszczu, jakim jest kadra Argentyny, jeden grzybek zupełnie wystarczy. Nie wszyscy fani zrozumieli nawet, o co im poszło. Ja też długo nie mogłem zrozumieć.

Kilka tygodni temu w jednym z programów w telewizji, Maradona powiedział, iż chciałby przesunąć Riquelme do przodu. Że nie potrzebuje, by kręcił się przed stoperami, ale dawał więcej asyst Messiemu i Aguero. Później Maradona telefonował do piłkarza wielokrotnie, ale Riquelme nie odbierał telefonu. W końcu ogłosił, że z Maradoną mu już nie po drodze i choć serce będzie mu krwawić, obejrzy afrykański mundial w argentyńskiej telewizji.

Dziennikarze natychmiast pobiegli z tym do selekcjonera. Ten przytomnie odpowiedział, że do trenera właśnie należy wybieranie piłkarzowi pozycji i zadań na boisku. Innym powodem do „obrażenia” Riquelme mogło być zdanie Maradony „kadra Argentyny to Mascherano i dziesięciu innych”. Juana Romana to uraziło? „To dlaczego nie obraził się Messi?” - odpowiedział uzasadnionym pytaniem Maradona.

Przez lata to właśnie Diego był w futbolu argentyńskim naczelnym skandalistą. Nonsensami, które wygadywał można było wytapetować wszystkie stadiony w Buenos Aires. Kibice bardzo bali się, że kiedy stanie na czele narodowej drużyny, natychmiast skłóci wszystkich ze wszystkimi.

I jak widać Maradona konfliktów nie uniknął, ale ten pierwszy nie obciąża go w wielkim stopniu. Riquelme ma tak samo rozbudowane ego, choć nie wiadomo, na jakiej podstawie tak samo urosło. Można nie przepadać za Maradoną, ale jako piłkarz poprowadził Argentynę do dwóch finałów mistrzostw świata (1986 i 90 z czego wygrany ten pierwszy). A co zrobił Riquelme? Wywalczył złoty medal igrzysk w Pekinie, gdzie w każdej drużynie mogło grać tylko trzech seniorów.

Trzeba mieć trochę nosa zanim człowiek wybierze sobie piłkarskiego idola. Ja chyba nosa nie mam, skoro parę lat temu postawiłem na Juana Romana Riquelme. Pamiętam swoje oburzenie przed mundialem w 2002, gdy Marcelo Bielsa nie zabrał go do Korei i Japonii, bo uznał, że jest postacią zbyt dominującą, a on nie chce, by w drużynie wszystko kręciło się wokół jednego człowieka. Wszystko kręciło się wokól Riquelme na mundialu w Niemczech, ale Argentyńczycy zakończyli start w ćwierćfinale. Wtedy obrażony na krytyków zrezygnował z kadry pierwszy raz. Maradona dawał mu szansę rewanżu...

Nie inaczej było w klubach. Albo trener układał wszystko wokół Riquelme (a tak było w Boca i do czasu w Villarrealu), albo nie dało się z nim pracować (w Barcelonie i końcówce w Villarreal). Władzą na boisku nie umiał się dzielić. Jest nawet coś pociągającego w postawie tak bezkompromisowej. Pod warunkiem, że nie dotyczy to sportów zespołowych.


wtorek, 24 marca 2009

Jeszcze miesiąc, nawet mniej. 22 kwietnia na Camp Nou przyjeżdża Sevilla i właśnie wtedy sprawy wejdą w fazę rozstrzygnięć. Tym, którzych dominacja Barcelony i Realu Madryt obrzydza trochę ligę hiszpańską zalecam cierpliwość. Para gigantów idzie ramię w ramię, ale nie mogę sobie nawet wyobrazić, że tak będzie do końca. Zostało 10 kolejek z czego połowa zapowiada się niesamowicie.

Nawet jeśli 22 kwietnia nic się wielkiego na Camp Nou nie wydarzy, to już tydzień później Real pojedzie do Sewilli, Barcelona zagra na Mestalla w Walencji. 3 maja gran derbi na Santiago Bernabeu, a potem jeszcze Barca podejmuje Villarreal z którym Real zagra tydzień później mecz wyjazdowy. Wszystko zakończą dwie kolejki pozornie bez emocji, choć drużyna Guardioli gra ostatni mecz w La Corunii.

Katalończycy mają 6 pkt przewagi. Zdaje się, że po traumatycznej końcówce lutego, lider doszedł do siebie. Ale będzie teraz grał po dwa mecze w tygodniu, gdy rywal z Madrytu zaledwie jeden. „Królewskim” została tylko liga, za to Barca między Valladolid i Recreativo zagra na Camp Nou z Bayernem, a potem rewanż w Monachium miedzy Recreativo i Getafe. Kolejny mecz to już będzie ten z Sevillą. A potem, być może półfinały Champions League z Liverpoolem lub Chelsea i 13 maja finał Pucharu Króla z Athletic Bilbao. To też będzie piłkarska wojna.

Trzeba pamiętać, że jest jeszcze tych pięć z pozoru łatwych kolejek, w których Barca może co prawda zwyciężyć tak efektownie jak ostatnio z Malagą (6:0), tylko jeśli dwóch podstawowych graczy schodzi kontuzjowanych (Toure i Iniesta), to już nie wiadomo: śmiać się, czy płakać.

Barcelona przejdzie więc przez próbę ognia zanim zweryfikują się słowa Laporty, że drużyna Guardioli jest spadkobierą dream teamu. W Madrycie zdania są podzielone. Metzelder mówi, że 6 pkt straty to jest nic, Marcelo, że bardzo dużo. Już niedługo się przekonamy. Jedno jest pewne: chłopaków z Katalonii czeka ostra harówa. Chór zachwyconych powinien jeszcze poczekać. Emocje ma jednak gwarantowane.

PS. Do tego całego wysiłku graczy Barcy dodajmy dwa mecze reprezentacji Hiszpanii z Turcją w el MŚ 2010. Xavi - jeśli będzie zdrowy, będzie grał, a Busquets i Pique być może.


niedziela, 22 marca 2009

Nie mam piłkarzom do zarzucenia nic poza brakiem skuteczności - powiedział trener Legii po meczu z Górnikiem. Wolne żarty. Akurat jestem z pokolenia, które Jana Urbana pamięta z boiska dobrze. Jego wspaniałą grę w Górniku, bardzo dobrą w kadrze, fenomenalną w Osasunie. Pisałem już o swoim letnim wypadzie do Pampeluny, gdzie uświadomiono mnie, że być może w całej historii klubu nie mieli tam lepszego piłkarza. Do Koseckiego, Zibera, Stańka, czy Trzeciaka nie chcą go nawet porównywać.

Niemożliwe jest więc, by ktoś taki nie widział co umieją jego obecni ”pupile”. Urban nie może tego powiedzieć otwarcie, bo skończyłoby się skandalem. A poza tym płacą mu za pracę z tymi, których ma. Trener Legii chciałby, by jego drużyna długo trzymała piłkę, rozgrywała ją, dominowała. Koncepcja dobra, jeśli na się do niej wykonawców. Tymczasem trener Legii ma w pomocy Gizę, Iwańskiego, Jarzębowskiego, Rybusa, Radovica, Rogera. Gdy grają jak w sobotę nie starcza na zwycięstwo z ostatnią drużyną w tabeli. Do Rogera i Radovica paradoksalnie żalu mam mniej, choć czasem na boisku irytujaco się lenią. Jestem jednak przekonany, że lepszej druzynie, daliby więcej.

Z Gizą, Iwańskim i Jarzębowskim linia pomocy Legii nigdy nikogo nie zdominuje. Poza Odrą Wodzisław raz do roku. Urban, zamiast wychwalać słabych piłkarzy, powinien zażądać wzmocnień. Bo gdyby ci byli rzeczywiście dobrzy, to musiałoby oznaczać, że on nie jest dobrym trenerem.


piątek, 20 marca 2009

Real, Chelsea, Barcelona lub Bayern i prawdopodobnie Manchester Utd - droga Liverpoolu do triumfu w Lidze Mistrzów nie będzie usłana różami. Manchester, który nie miał szczęścia w losowaniu 1/8 finału (trafił na Inter), teraz mógł odetchnąć. Zagra z FC Porto, a potem z Arsenalem bądź Villarrealem i dopiero w finale trafi na klub swojego rozmiaru.

Trener Barcelony Josep Guardiola nie chciał grać z Arsenalem. I pewnie w tej edycji nie zagra. Nie znaczy to, że dla kolejnego z faworytów Champions League losowanie było dobre. Było złe. W Barcelonie bardzo wierzą w magię Camp Nou, gdzie klub z Katalonii potrafi odrobić wszelkie straty. Tymczasem u siebie gra pierwszy mecz z Bayernem, a potem także na Camp Nou pierwszy półfinał. To co Katalończykom podarował los w zeszłym sezonie (Celtic i Schalke), odebrał w tym. Był przy tym przewrotny, bo przed rokiem Barca była w fatalnej formie i sam fart mógł ją zaprowadzić najwyżej do półfinału.

Nie ma szczęścia Roman Abramowicz. Właściciel Chelsea wydał przeszło pół miliarda funtów marząc o triumfie w Champions League. Nie dał mu go Mourinho, nie dał Grant, bo Terry poślizgnął się przy decydującym karnym. Teraz czas na Hiddinka. Tyle, że droga do finału pod górę. Juventus już klub z Londynu ma za sobą, ale Liverpool pobił go w tym sezonie już dwa razy. Na ławce londynczyków siedział wtedy jeszcze Scolari. Półfinał z Barceloną lub Bayernem też do łatwych należał nie będzie - obok Liverpoolu to właśnie Chelsea będzie miała najtrudniejszą drogę po wielkie trofeum. Przynajmniej w teorii.

Arsenal, Villarreal i Porto uważane były za słabsze w tej bardzo mocnej ósemce. Wszystkie trafiły do połowy drabinki z Manchesterem. Los chyba chce, by wreszcie ktoś obronił trofeum, które przyznaje się za zwycięstwo w Champions League.

Jak wiadomo jednak, na losowaniu wszystko dopiero się zaczyna, a nie kończy.


 
1 , 2 , 3
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac