blog Darka Wołowskiego
RSS
piątek, 30 grudnia 2016

Dobiega końca rok, w którym piłkarska reprezentacja Polski i jej kapitan Robert Lewandowski weszli na wyższy poziom. Nie szkodzi, że dziennikarze głosujący w plebiscycie „France Football” nie umieli tego dostrzec.

 „Mamy zaszczyt poinformować, że Robert Lewandowski przedłużył kontrakt z Bayernem do 2021 roku” - napisał na swojej stronie internetowej bawarski klub. Media całego świata obiegły zdjęcia prezesa Karla-Heinza Rummenigge ściskającego dłoń kapitana reprezentacji Polski. W tym uścisku można było doszukać się pewnej symboliki. Rummenigge sam był jednym z najwybitniejszych napastników w dziejach Bayernu.

Symboliki jest jednak więcej. Poprzedni kontrakt Polaka obowiązywał do 2019 roku, czyli zawodnik wypełniłby go w 31. roku życia. Przedłużenie umowy jest dowodem, że klub docenia wartość Lewandowskiego. I chce się zabezpieczyć na dość odległą przyszłość. W 2021 roku Polak skończy 33 lata, nie jest pewne, czy kontrakt w Bawarii wypełni, bo Real Madryt o nim nie zapomniał. Bayern może być jednak spokojny, że w razie czego wynegocjuje odpowiednią kwotę transferu.

Aby nakłonić Polaka do przedłużenia umowy, trzeba było zaproponować mu wyższe zarobki. Bayern podniósł Lewandowskiemu pensję z 11 mln euro za sezon do 15 mln - to górna granica zaakceptowana przez zarząd. Polak będzie zarabiał tyle co Thomas Mueller, co też jest znaczące. Kilka lat temu, gdy w Borussii gwiazda Lewandowskiego dopiero zaczynała błyszczeć, jego agent Cezary Kucharski usłyszał od szefów klubu z Dortmundu, że u nich Polak nie może zarabiać tyle, co Niemcy. W Bayernie, najbogatszym, największym i najsławniejszym zespole Bundesligi Lewandowski przełamał wszelkie stereotypy. Przy okazji zostaje najlepiej zarabiającym polskim sportowcem.

Przedłużenie umowy z polskim napastnikiem odbyło się zaledwie dzień po ogłoszeniu wyników plebiscytu „France Football”. Dla Bayernu nie miało najmniejszego znaczenia, że klasyfikacji Złotej Piłki Lewadnowski spadł z czwartego na 16. miejsce. W tym roku zagłosowąło na niego zaledwie trzech dziennikarzy: z Polski, Słowenii i Mongolii. Wszyscy trzej umieścili go na trzecim miejscu swojego rankingu.

Zareagowali koledzy z kadry. Grający na co dzień w lidze francuskiej Kamil Grosicki wyśmiał werdykt na Twitterze. Skrzydłowy Stade Rennais doskonale wie jaki jest wkład kapitana w sukces reprezentacji. Na Euro 2016 Lewandowski zdobył jedną bramkę i to mu wypominają krytycy. Zwolennicy wskazują na fakt ile potu zostawił na murawie. Pracowitości, determinacji i poświęcenia graczowi Bayernu nie dało się odmówić, nawet jeśli podczas mistrzostw we Francji nie był w szycie formy. Wskazywał na to Zbigniew Boniek, prezes PZPN, opowiadając jak przykład Lewandowskiego ciągnie w górę całą drużynę. Wielu w kadrze go naśladuje, wszyscy chcieliby otrzeć się chociaż o taką karierę.

A przecież relacji prezesa z kapitanem podszyte są pewną ambiwalencją. Boniek i Lewandowski to kandydaci na gracza nr 1 w historii polskiej piłki. Kiedyś napastnik Bayernu pozwolił sobie na uwagę, że niedawno zdał sobie sprawę, iż Boniek strzelał po 5-6 bramek w sezonie. Sam zdobywa 10 razy więcej, ale trudno to wszystko przeliczyć, to dwaj inni piłkarze. Boniek był w Widzewie pomocnikiem, w Juventusie napastnikiem, a w Romie obrońcą. Lewandowski grywał na pozycji numer 10, ale właściwie przez całą karierę jest klasyczną dziewiątką.

Bońka i Lewandowskiego łączy jedno. Ten pierwszy prowadził reprezentację do medalu mistrzostw świata w Hiszpanii, w Meksyku w 1986 roku kadra zdołała tylko wyjść z grupy. Lata zapaści zmieniały się w dekady, dopiero drużyna Adama Nawałki z Lewandowskim potrafiła ponownie pojechać na wielki turniej i przetrwać pierwszą fazę. Ćwierćfinał Euro 2016 był największym sukcesem kadry od 30 lat.

Krytycy Lewandowskiego zauważają, że medalu nie zdobył. Tak jak wciąż nie pobił rekordu Włodzimierza Lubańskiego w liczbie goli zdobytych dla biało-czerwonych. Lubański ma 48, Lewandowski 42, rozdziela ich jeszcze Grzegorz Lato (45). Kwestią miesięcy jest kiedy napastnik Bayernu przeskoczy legendy. Czy ma szansę poprowadzić drużynę do medalu mundialu w Rosji, to kwestia zdecydowanie mniej oczywista. Spór o to kto był największy będzie trwał bez względu na wszystko. Lewandowski to jednak pierwszy piłkarz od 30 lat, który ma prawo stawać obok gigantów naszej piłki.

W mijającym roku zdobył 47 bramek. Wiosną został królem strzelców Bundesligi, jesienią jeszcze przykręcił śrubę. 26 goli w tym sezonie to najlepszy wynik na świecie. Dla kadry zdobył 7 bramek w kwalifikacjach mundialu w Rosji, dla Bayernu 12 w Bundeslidze, 5 w Lidze Mistrzów i trzy w Pucharze Niemiec. Imponująca regularność.

Trener Carlo Ancelotti powiedział kiedyś o Lewandowskim, że to typ poważny, który nie wchodzi do szatni sypiąc dowcipami. Najchętniej przemawia na boisku, jeden z najbardziej utytułowanych szkoleniowców w historii stawia Polaka obok Luisa Suareza i Gonzalo Higuaina w pierwszym rzędzie najlepszych obecnie środkowych napastników.

Był nim już w latem 2014 roku, gdy trafiał do Bayernu. W klubie z Bawarii miała paść ostateczna odpowiedź o granice możliwości Lewandowskiego. Nikt nie miał gwarancji, czy rozkwitnie jeszcze mocnej w tak gwiazdorskim gronie. Tymczasem wciąż szedł do przodu. W tym roku nauczył się wykonywać rzuty wolne, w ten sposób rozstrzygnął mecz z Atletico w Lidze Mistrzów.

Sceptycy nie mają mocnych argumentów. Ale trwają przy swoim, uważając, że pozycja Lewandowskiego w światowej piłce jest u nas przeceniana. Dlatego werdykt „France Football” ma być jak kubeł zimnej wody. Tyle, że to zabawa, plebiscyt, raczej test popularności niż klasy. Trzy dekady temu wygrał go napastnik tak przeciętny jak Igor Biełanow.

piątek, 23 grudnia 2016

Rok 2016 przyniósł spełnienie jednemu z najlepszych piłkarzy w historii. I do niedawna jednemu z najbardziej sfrustrowanych. CR7 wreszcie został żywym pomnikiem Realu Madryt.

„Messi jest mieszkańcem innej planety” - napisał madrycki dziennik „Marca” komentując akcję z 67. minuty derbów Barcelony, gdy na ośmiu metrach Argentyńczyk ograł czterech obrońców Espanyolu i oddał strzał na bramkę, co zakończyło się golem Luisa Suareza. Trwa 13. sezon Lionela w pierwszej drużynie klubu z Katalonii. Nigdy kibice z Camp Nou nie odwrócili się od niego. Zawsze wielbili go bezwarunkowo i bezgranicznie. Nawet gdy prokuratura skazywała jego i jego ojca za malwersacje finansowe, klub wydał komunikat: „kto podnosi rękę na Messiego, podnosi ją na Barcelonę”.

Lojalność klubu z Katalonii wobec swojej największej gwiazdy przekraczała czasem granice rozsądku. Jego szefowie spełniali wszystkie zachcianki Argentyńczyka, dbającego o to, by być najlepiej opłacanym graczem na świecie.

Zupełnie inaczej traktował Real Madryt Cristiano Ronaldo. A przecież w jednej ze swoich książek legendarny trener Manchesteru United Alex Ferguson wspomina, że CR7 porzucił uwielbiające go Old Trafford, by spełnić swoje największe marzenie. Marzeniem z dzieciństwa urodzonego na Maderze Portugalczyka były triumfy na Santiago Bernabeu. Gdy latem 2009 roku przenosił się do Madrytu nie mógł nawet przypuszczać, że jego relacje z kibicami Realu będą tak szorstkie i trudne. W osiem sezonów zdobył dla klubu nieziemską liczbę 380 goli, w 367 spotkaniach. Jest najlepszym strzelcem w jego historii, ale dopiero w ostatnich 12 miesiącach podbił serca kibiców.

„Możesz odejść, ale przynieś tyle kasy, żebym mógł kupić Messiego” - tymi słowami zwrócił się do CR7 prezes Florentino Perez, gdy cztery lata temu gwiazdor ogłosił dziennikarzom, że „jest smutny. I w klubie wiedzą dlaczego”. Z tej deklaracji Portugalczyka kpiło pół Europy. O ile Messi zawsze był cichutki i uważał na słowa, o tyle CR7 potrafił wypalić z grubej rury. Teorie o jego narcyzmie i monstrualnie wielkim ego znajdowały powszechne potwierdzenie. Tak jak stereotyp, że Messi to geniusz naznaczony ręką boską, a on przypomina tylko robokopa, lub podrasowany silnik bolidu Formuły 1.

CR7 przez lata kochało się trudniej niż Messiego. Zarzucano mu, że swoje rekordy stawia ponad dobro drużyny. Tylko raz poprowadził Real do mistrzostwa Hiszpanii. Nawet wśród kibiców „Królewskich” pokutowało przekonanie, że Ronaldo potrafi wbić cztery gole słabemu rywalowi, maltretować go w pojedynkę, ale kiedy trzeba poprowadzić zespół do wielkich wyzwań, brakuje mu osobowości. W zbiorowej pamięci fanów Realu funkcjonuje mit Junanito, w gruncie rzeczy piłkarza dość przeciętnego z przełomu lat 70-tych i 80-tych, który ze względu na niewiarygodną wolę walki prowadził drużynę do nieprawdopodobnych zwycięstw w rywalizacji europejskiej.

CR7 tej siły i charyzmy odmawiano. Aż do meczu z Wolfsburgiem w ćwierćfinale ostatniej edycji Ligi Mistrzów. Pierwszy mecz Real przegrał 0:2. Gdyby nie wygrał 3:0 rewanżu na Santiago Bernabeu i odpadł z rozgrywek, cały sezon poszedłby na marne. A debiut Zinedine’a Zidane’a na ławce trenerskiej Realu nie okazałby się takim hitem. Trzy gole Ronaldo, jego pasja, jego dowództwo pozwoliły przełamać Niemców. I „Królewscy” ruszyli po 11. triumf w Pucharze Europy.

Wreszcie kibice Realu, którzy kilka razy wygwizdywali Ronaldo, zobaczyli w nim wielkiego wojownika. A Perez postanowił zrobić z niego symbol klubu. Ustały debaty na Bernabeu, czy 31-letni gwiazdor nie znalazł się aby na równi pochyłej. Przecież jeszcze 12 miesięcy temu wydawało się prawdopodobne, że Real sprowadzi latem do Madrytu Roberta Lewandowskiego.

Dziś królewski klub jest w końcu syty. Wreszcie dostrzega w CR7 futbolowego giganta, godnego by wspierać go bez względu na wszystko i nosić na rękach. Tak jak Barcelona nosi na rękach Messiego. Ronaldo się odwdzięcza, nawet gdy nie jest w szczycie formy. W ostatnich derbach Madrytu z Atletico strzelił trzy bramki. W ostatnim meczu tego roku zdobył hat-tricka w klubowych mistrzostwach świata. Zanosiło się na sensację stulecia, w finale Real przegrywał 1:2 z japońską Kashimą, zespołem ze zdecydowanie niższej półki. CR7 grał słabo, ale trzy razy strzelił na bramkę i wystarczyło. - Ludzie uwielbiają mnie krytykować, jestem dla nich w piłce tym złym. A ja lubię udowadniać na boisku, że nie mają racji - powiedział. Dla kibiców Realu zabrzmiał wiarygodnie. Ich już na każdym kroku nie musi przekonywać.

wtorek, 20 grudnia 2016

53 mecze, zaledwie dwie porażki i aż trzy trofea - w klubowej piłce to był rok trenerskiego debiutanta, który podniósł z kolan Real Madryt.

Wymęczone zwycięstwo po dogrywce w finale klubowych mistrzostw świata z japońską Kashimą pozostawi w postronnych kibicach wspomnienia ambiwalentne. Czy to jest wielki sukces, gdy jedna z najdroższych drużyn w historii męczy się 120 minut z rywalem trzeciej kategorii? Zinedine Zidane patrzył na to inaczej. Dla trenera Realu jego piłkarze wygrali kolejny pojedynek z własną słabością. - Odkąd przyjechałem do Japonii, cierpię z powodu zmiany strefy czasowej. Ani jednej nocy nie przespałem normalne - powiedział. Francuzowi nie chodziło o siebie, ale o usprawiedliwienie piłkarzy. Real rozgrywał 53. mecz w 2016 roku przegrywając zaledwie dwa. Drużyna, która zdobyła trzy tytuły z pewnością zasłużyła na dobre słowo.

Triumfował Florentino Perez, dla którego wybór Zidane’a był sprawą honoru. Ich relacje są bardzo bliskie. Latem 2006 roku Francuz postanowił skrócić karierę na boisku zrzekając się rocznej pensji - kontrakt z Realem obowiązywał go do czerwca 2007. Nie postąpił tak żaden z galaktycznych.

Pereza na Santiago Bernabeu nie było od lutego 2006, jako pierwszy prezes Realu zrezygnował z posady licząc, że nowe władze zapanują nad chaosem w drużynie. Zidane został doradcą Pereza, który wiele razy korzystał z autorytetu Francuza. Na przykład w kluczowej chwili, gdy zaplanował swój powrót latem 2009 roku. Obiecał kibicom, że razem z nim do Realu wrócą powszechnie szanowani Jorge Valdano i Zizou.

Od tamtej chwili Francuz robił w klubie różne rzeczy. Valdano odszedł po konflikcie z Jose Mourinho, zamknięty w sobie Zinedine przetrwał wszystkie burze. Z „Mou” pracować nie chciał, dystansował się w milczeniu od wojny, którą Portugalczyk wydał Barcelonie. Jego pozycja i autorytet w klubie tylko rosły, nikt nie protestował, gdy zdecydował, że licencję trenerską zdobędzie we Francji, a nie Hiszpanii.

W Carlo Ancelottim Zidane znalazł pokrewną duszę. Uważa się za ucznia Włocha. Wydawało się, że przejmie po nim Real, ale Perez dał mu jeszcze czas, by nabył doświadczenia w rezerwach. Nie był to okres dla Zidane’a udany, ale też drużyna Rafy Beniteza popadła w kłopoty w ciągu zaledwie kilku miesięcy. Hiszpan chciał być surowym szefem dla piłkarzy, podjął walkę, w której skazany był na klęskę. Porażka z Barceloną 0:4 na Bernabeu pachniała nieszczęściem. Kompromitacja w Pucharze Króla, gdzie na mecz z Cadiz wystawiono nieuprawnionego Denisa Czeryszewa. Zespół Beniteza zdobył 37 pkt na 54 możliwych do zdobycia w La Liga. Sytuacja dojrzała do tego, by w nowym roku Real miał nowego trenera.

Zidane mówi mało. Do dziś jego hiszpański nie jest doskonały. Potrafi jednak wykorzystać tę niezwykłą aurę, którą zdobył przemawiając na boisku. Dla wielu z obecnych graczy Realu był idolem z dzieciństwa. Mówił o tym nawet Cristiano Ronaldo. W karierze Zizou tyle było wzlotów i upadków, że wystarczyłoby dla kilku graczy.

Zidane zganił swoich piłkarzy jeden raz, po pierwszej porażce w derbach z Atletico. Zauważył, iż w kluczowych pojedynkach z rywalami niektórzy odstawiali nogę od piłki. Potem mówił mało, zwykle chwalił, dodawał wiary w siebie. - Z natury jestem facetem myślącym pozytywnie, choć na to nie wygląda - opowiada.

Faktycznie jego zaciętość, małomówność tworzą wokół niego aurę postaci tragicznej. Kibice pamiętają niekontrolowane wybuchy na boisku, z tym definitywnym w finale mundialu w Niemczech.

Ale Zizou jako trener narzucił sobie optymizm. Nawet wbrew własnej naturze. Benitezowi nie chciało przejść przez gardło, że CR7 jest najlepszym graczem na świecie. Francuz stwierdził niedawno, że w całej swojej historii Real nie doczeka drugiego gracza, który zrobiłby dla niego więcej niż Ronaldo. Padło to z ust Zidane’a tak naturalnie, że nikt nie ośmielił się zaprzeczyć.

Francuz należy do tej grupy trenerów, którzy mocno wierzą w inwencję graczy. Sergio Ramos sugerował, że treningi Beniteza były żmudne, skomplikowane, nieczytelne, podczas gdy Zizou natychmiast wszystko uprościł. Jakby nie widział w futbolu wielkiej filozofii, jakby wszystko miało oprzeć się na talencie piłkarzy. Francuz zawsze wolał być w cieniu, taki jego charakter. Po zwycięskim finale Ligi Mistrzów na San Siro wyznał, że przemawianie do tłumów wciąż jest dla niego męczarnią. Mówi, bo musi.

Dziennik „Marca” napisał specjalny okolicznościowy tekst pod tytułem: „Historia pewnego uścisku”. Po odebraniu trofeum za klubowe mistrzostwo świata Perez wbiegł na murawę, by uścisnąć podopiecznego. Na transfery piłkarzy wydał grubo ponad miliard euro. Tymczasem jedną z najlepszych decyzji było postawienie na czele drużyny francuskiego introwertyka o wielkim autorytecie. Ten autorytet obronił Pereza, któremu 12 miesięcy temu kibice z Bernabeu powiewali białymi chusteczkami. Mało kto to pamięta, ale prezes na pewno.

Zidane kończy rok z nominacją do trójki najlepszych trenerów w plebiscycie FIFA. Sam by się tam nie umieścił. Ale nie to go zajmuje. Realowi przypomina się analogiczny rok 2014. Ancelotti zdobył cztery trofea, jesienią wywalczył tytuł klubowego mistrza świata. Wiosną drużyna słaniała się jednak na nogach, zakończyła sezon z pustymi rękami. Włoch został zwolniony z klubu. Podobno Zizou wie co zrobić, żeby się to nie powtórzyło. Jeśli jego Real różni coś od tego sprzed dwóch lat, to przede wszystkim fakt, że gra zdecydowanie bardziej ekonomicznie. Mecz z Kashimą nie był wyjątkiem, w całym 2016 roku królewska drużyna rzadko wygrywała łatwo. Może tylko w debiucie Zidane’a, gdy wbiła pięć goli Deportivo la Coruna. Pięć goli jak piątka, którą Francuz nosił dekadę temu na białej koszulce.

czwartek, 15 grudnia 2016

Po półfinale mundialu klubów, w którym Real wygrał 2:0 z meksykańską Americą, hiszpańskie media grzmią, że wideo wprowadza zamęt do sędziowania.

 „Wideoklops” - to tytuł dziennika „Marca”. Gazety hiszpańskie cytują trenera Realu Zinedine’a Zidane’a, który mówi o zamieszaniu wywołanym przez arbitra po golu Cristiano Ronaldo. - Mnie się to wideo nie podoba, to nie jest futbol - powiedział pomocnik Realu Luka Modric. Faktycznie przy drugim golu Ronaldo w 93. min, Portugalczyk świętował już bramkę i zwycięstwo, kiedy arbiter wykonał rękami gest pokazujący ekran. Gracze Realu zrozumieli, że chce skonsultować decyzję z arbitrami od wideo, by sprawdzić, czy RC7 nie był na spalonym. Meksykanie zrozumieli natomiast, że gola nie ma. Chcieli jak najszybciej wznowić akcję, by wykorzystać kilkadziesiąt sekund meczu, które im pozostały. Ostatecznie arbiter gola jednak uznał, bo Ronaldo na spalonym nie był. Potwierdziła to analiza wideo.

Polemikę związaną z wykorzystywaniem wideo przez sędziów wywołał już pierwszy półfinał, gdzie kolumbijski klub Atletico Nacional z Medellin przegrał sensacyjnie 0:3 z japońskim Kashima Antlers. Pierwszy gol dla gospodarzy mistrzostw został zdobyty z rzutu karnego. Węgierski sędzia Victor Kassai posłużył się wideo, by go podyktować. Dostrzegł nieprzepisowe zagranie obrońcy Atletico, ale zignorował przy tym spalonego, na którym był faulowany piłkarz Kashimy. Tak, czy siak Kassai przeszedł do historii jako pierwszy sędzia, który wskazał na jedenastkę korzystając przy tym z wideo. FIFA testuje właśnie nowy system na mundialu klubów w Japonii.

Hiszpańskie media cytują Modrica, który przyznał, że działacze FIFA odwiedzili hotel graczy Realu przed startem mundialu klubów, by zaznajomić ich z nowinką w sędziowaniu. Ale Chorwat i wielu graczy „Królewskich” zignorowało wykład, myśląc raczej jak niesforni uczniowie w szkole o niebieskich migdałach. A teraz są niezadowoleni.

Nie ma jednak wątpliwości, że eksperyment ukazał, iż to co wydaje się tak proste i oczywiste, oczywiste nie jest. Dzięki wideo sędziowie mieli unikać grubych błędów i pomyłek, ale ich decyzje podejmowane przy wsparciu technologii, wywołują wiele innych kontrowersji.

Dziennik „El Pais” pisze, że choć wideo jest z pewnością pomocne w sędziowaniu, to minie bardzo dużo czasu zanim świat futbolu: piłkarze, sędziowie i kibice nauczą się go i zaakceptują. Wygląda jednak na to, że decyzje arbitrów piłkarskich będą wywoływały kontrowersje zawsze, nawet wtedy, gdy wideo stanie się w piłce normą, a sędziowie będą w z niego korzystali znacznie lepiej niż dziś.

środa, 14 grudnia 2016

Drastyczny spadek kapitana reprezentacji Polski, z czwartej pozycji na 16. w wyścigu po Złotą Piłkę gorzej świadczy o plebiscycie niż napastniku Bayernu Monachium.

Zdaje się, że sam piłkarz z wyrokiem dziennikarzy z całego świata się nie zgadza. Zaśmiał się z niego na Twitterze i na tym wyczerpał temat. Faktycznie, gdy 12 miesięcy temu Lewandowski stanął tuż za podium plebiscytu na gracza roku, mogliśmy wierzyć, że przełamał bariery popularności i medialności. Był tuż za Leo Messim, Cristiano Ronaldo i Neymarem - trzema markami o globalnym zasięgu. Trzeba zwrócić na to uwagę, bo Złota Piłka to swoisty konkurs piękności, gdzie klasa piłkarska jest tylko jednym z warunków sukcesu.

22 września 2015 roku Lewandowski trafił pod strzechy. Pięć goli w 9 minut wbitych Wolfsburgowi sprawiło, że mówili o nim nie tylko eksperci i kibice. Polak zwrócił na siebie uwagę tej części świata, która nie zaczyna dnia od wyników i wiadomości sportowych. Zapisał się w księdze rekordów Guinnesa.

Tamten wyczyn dał Polakowi światowy rozgłos, tak naprawdę jednak ze sportowego punktu widzenia ligowy mecz z Wolfsburgiem był całkowicie drugorzędny. I bez zwycięstwa w nim Bayern zostałby mistrzem Niemiec. Klub z Bawarii potrzebował raczej goli Polaka pięć miesięcy wcześniej, w starciach z Barceloną w półfinale Ligi Mistrzów. Lewandowski zdobył jednego, ale mistrz Niemiec przegrał 3:5.

Nie ma cienia wątpliwości, że w 2016 roku Polak wykonał kolejny ważny krok w karierze. Został królem strzelców Bundesligi, Bayern obronił tytuł. W półfinałach Champions League Polak znów wbił tylko jedną bramkę, a Bawarczycy polegli z Atletico Madryt.

Do dokonań w Bayernie Lewandowskiemu można doliczyć to co zdziałał z reprezentacją Polski. Poprowadził ją do ćwierćfinału mistrzostw Europy we Francji, a zaraz po tym jesienią umieścił na czele grupy w kwalifikacjach mundialu w Rosji.

W tym sezonie Polak zdobył 26 goli - najwięcej na świecie. Nie ma tylu ani Ronaldo, ani Messi. Ostatnio opanował nową umiejętność - zdobywa bramki z rzutów wolnych. Nie ma cienia wątpliwości, że w tym roku znów się rozwinął, jest jeszcze lepszym piłkarzem niż 12 miesięcy temu. I ktoś taki spada z czwartego na szesnaste miejsce w plebiscycie Złota Piłka. To po prostu niedorzeczność, ukazująca paradoksy plebiscytu.

Nie dyskutuję z głosującymi dziennikarzami, przyjmuję ich werdykt. W końcu to tylko zabawa, choć osiągnęła światowy prestiż. Kapitanowi reprezentacji Polski to klasy nie ujmuje, pokazuje jednak jak mocno blichtr przysłania spokojny osąd ludzi, którzy z futbolu żyją.

Zabawa „France Football” ma swoje wady i zalety. Musimy je akceptować. Ale nie mamy obowiązku zgadzać się z nimi.

poniedziałek, 12 grudnia 2016

CR7 po raz czwarty został wybrany na piłkarza roku na świecie. I wciąż musi gonić Leo Messiego.

Kiedy Cristiano odbierał Złotą Piłkę pierwszy raz, mógł poczuć się panem na futbolowym tronie. W 2008 roku miał zaledwie 23 lata, a już wtargnął na szczyt Ligi Mistrzów z Manchesterem United. Kolejne cztery lata odbierał jednak lekcję pokory. Jego monstrualne ego ranił widok nagrody dla najlepszego piłkarza świata w rękach młodszego o ponad dwa lata Leo Messiego.

Toteż kiedy Portugalczyk odbierał w końcu upragnione trofeum za 2013 rok, zaniósł się płaczem. Łkał rzewnie wzbudzając zdumienie całego świata. Sam opowiadał potem, że dzień, w którym wręczana jest Złota Piłka zaznacza w kalendarzu czerwonym kolorem. Budzi się spięty z nerwów z motylami w żołądku. Nie może się skupić na niczym, ani znaleźć sobie miejsca. Wielu kibiców ma mu to nawet za złe, uważając, że narcyzm Portugalczyka przeszkadza mu wnikać najgłębiej w istotę piłki - sportu zespołowego. Tymczasem dla niego Złota Piłka - nagroda indywidualna jest cenniejsza niż Puchar Świata zdobyty dla kraju.

Chyba nie jest to jednak takie oczywiste. CR7 zadał kłam tej teorii 10 lipca tego roku w szatni stadionu Saint Dennis gdzie w finale mistrzostw Europy Portugalia pokonała Francję 1:0. Ronaldo wytrwał na boisku zaledwie 25 minut, znoszono go z kontuzją zalewającego się łzami. A po zwycięstwie zafundował kolegom płomienne wyznanie, że to największy dzień w jego życiu.

Ronaldo owiewa wiele tajemnic. Na przykład skrywana tożsamość matki jego syna. CR7 jest wielkim produktem futbolowym, najlepiej zarabiającym sportowcem świata według Forbesa. Stworzył własne marki, teraz firmuje budowę sieci hoteli. Wszyscy jego trenerzy, także jedyny, z którym się zaprzyjaźnił - Alex Ferguson z Manchesteru mieli problem jak wycisnąć maksimum dla zespołu z tak chorobliwego indywidualisty. Większości z nich się jednak udawało, egoizm Ronaldo płynął z pasji wygrywania. Nic innego się nie liczyło dla tego chłopaka urodzonego na Maderze, portugalskim archipelagu na Atlantyku, który jest obcy rodakom z kontynentu.

Liczyła się też rodzina. Ronaldo latami bezskutecznie walczył o życie ojca alkoholika. Starszego brata udało mu się jednak wyciągnąć z narkotyków. Sam cierpiał na najmniej szkodliwe dla zdrowia uzależnienie. Uzależnienie od piłki. Kiedy ma ją przy nodze, świata wiruje jak szalony. W dzieciństwie był chudy jak pająk, nie miał jeszcze nic wspólnego z gladiatorem wyrzeźbionym setkami godzin najwymyślniejszych ćwiczeń na siłowni.

W 2014 roku odbierał Złotą Piłkę trzeci raz. Wykonał wtedy podczas gali dziki okrzyk, którym gracze Realu Madryt świętowali zwycięstwa w Lidze Mistrzów. I znów miliony fanów były w konsternacji. Nie ma piłkarza o większej sile oddziaływania w mediach społecznościowych.

W Portugalii uważają go za ambasadora numer 1. Kiedy sięgał po Złotą Piłkę drugi i trzeci raz parlamentarzyści jednogłośnie podejmowali uchwałę o przekazaniu piłkarzowi gratulacji w imieniu swoim i narodu. Przed nim prestiżową nagrodę zdobywali dla Portugalii Eusebio (1965) i Luis Figo (2000). CR7 ma już cztery Złote Piłki. Ale to wciąż mniej niż Messi.

czwartek, 08 grudnia 2016

Niezwykły ze względu na sukces kadry rok 2016, ma swój nieoczekiwany ciąg dalszy. Skazywana na klęskę w Europie Legia przetrwała w niej do wiosny.

Przed meczem ze Sportingiem Jacek Magiera obiecywał grę zdyscyplinowaną w tyłach i radosną w ataku. Ale w poprzednich pięciu meczach Ligi Mistrzów Legia straciła 24 gole! Jak zagrać na zero z tyłu? Misja niemożliwa? A jednak się udało dzięki niezwykłej ofiarności piłkarzy.

„Czy Legia pasuje do Ligi Mistrzów” - to pytanie zadał jeden z polskich dziennikarzy Łukaszowi Piszczkowi. Był 14 września, prawy obrońca Borussii stał w strefie wywiadów mocno zmieszany. Przed chwilą jego drużyna rozbiła mistrza Polski 6:0. Cóż miał powiedzieć reprezentant Polski poza kurtuazyjnym, że skoro się zakwalifikowała to ma prawo grać w elicie. Tamten dzień zapamiętany też ze względu na skandal na trybunach za co UEFA zamknęła potem stadion na mecz z Realem Madryt.

Jeśli to co zobaczyliśmy w meczu ze Sportingiem Lizbona jest miarą postępu, który dokonał z Legią Jacek Magiera to można uznać go za futbolowego magika. Gdy przychodził zespół był mentalnie zdruzgotany, zajmował po 10. kolejkach aż 14. miejsce w ekstraklasie (10 pkt). Po 8 kolejnych spotkaniach z nowym trenerem suma punktów wzrosła do 29, a Legia awansowała na czwarte miejsce w ekstraklasie. Po drodze wygrał trzema golami różnicy z liderami Lechią i Jagiellonią oraz z Lechem. To jakościowo skok w inny wymiar.

Drużyna rozkwitła, Radovic, Odjidja Ofoe, Priovic, Bereszyński, Malarz, Guilherme, Moulin są innymi piłkarzami, a przecież niecałe trzy miesiące temu wszyscy grali z Borussią. Najdłuższą drogę przeszedł jednak kapitan Jakub Rzeźniczak, który był na początku sezonu karnie zesłany do rezerw. W tym samym miejscu, gdzie Legia legła z Borussią odtańczyła wczoraj taniec zwycięstwa.

Cztery dni po klęsce Legii na inaugurację Ligi Mistrzów Sporting przegrał ostatni mecz w lidze portugalskiej. W siedmiu spotkaniach od tamtej pory jest niepokonany, co daje mu drugie miejsce w tabeli między Benfiką i Porto. To pokazuje jego klasę. Drużyna Jerge Jesusa to co najmniej europejski średniak, czyli poziom do jakiego w najśmielszych marzeniach aspiruje Legia.

Legia grała w Lidze Mistrzów ostatni mecz, ale pierwszy pod presją wyniku. Wcześniej jedynym jej marzeniem było nie przegrać zbyt wysoko. Legioniści sprostali wyzwaniu i żegnają Ligę Mistrzów godnie. Zanosiło się na sportową katastrofę, a skończyło sukcesem. Można nawet postawić tezę, że takiej drużyny jaką ma teraz Magiera w Warszawie nie było od dekad. Pytanie czy uda się ją utrzymać? Jeśli tak, to być może na hymn Ligi Mistrzów, który wybrzmiał wczoraj przy Łazienkowskiej ostatni raz tej jesieni, nie trzeba będzie czekać w nieskończoność.

Mistrz Polski zarobił w fazie grupowej 16,7 mln euro. Po awansie do Ligi Mistrzów właściciele Legii obiecywali, że gigantyczne premie pójdą na rozwój, na budowę ośrodka, na wprowadzenie klubu na wyższy poziom. Oby o tym pamiętali.

wtorek, 06 grudnia 2016

Real Madryt podejmuje Borussię Dortmund w meczu o pierwsze miejsce w grupie i utrzymanie morale na najwyższym poziomie.

„Władca ostatniej minuty” – pisały madryckie media o Sergio Ramosie. Kapitan drużyny w 90. minucie ocalił dla Realu remis El Clásico na Camp Nou. Ten gol wpisuje się całą serię podobnych – stoper uratował klubowi dwa ostatnie finały Champions League. W Lizbonie w 2014 roku trafił do siatki Atlético, gdy dobiegała końca trzecia minuta czasu doliczonego.

Ale Ramos był też bohaterem klubowych mistrzostw świata dwa lata temu. Zdobywał pierwsze bramki w półfinale z meksykańskim Cruz Azul i w finale z argentyńskim San Lorenzo. Wtedy został wybrany na piłkarza turnieju przypominając wszystkim, że w Realu jest kilka gwiazd z dużym ego. „Na Santiago Bernabéu powinien grać najlepszy piłkarz na świecie, ale dlaczego nie miałbym to być ja” – to retoryczne pytanie przypisują Ramosowi dziennikarze z Hiszpanii.

Gdy sytuacja jest trudna, stoper często biega do przodu, swoją nadzwyczajną skuteczność potwierdził także w tym sezonie zdobywając bramkę, która dała Realowi dogrywkę w Superpucharze Europy z Sevillą. Ostatecznie „Królewscy” zdobyli trofeum.

Dwa lata temu, gdy Real bronił Pucharu Europy prowadzony przez Carlo Ancelottiego, jesień też miał wspaniałą. Włoch w ogóle jednak nie rotował składem, uważał, że automatyzmy między piłkarzami to wartość nadrzędna. Wiosną „Królewscy” stracili impet, nie zdobyli trofeum, Ancelotti został zwolniony.

Zinedine Zidane uczy się na błędach poprzednika, a raczej musi się uczyć, bo od początku sezonu aż 14 jego graczy leczyło urazy. Ramos dopiero co wrócił do gry, Kroos właśnie wraca, a Bale dopiero w kwietniu. Jeden piłkarz wydaje się dziś w królewskiej kadrze niezastąpiony i nie jest to ani Ramos, ani Ronaldo. Chorwat Luka Modrić to serce drużyny.

Ostatni raz klub z Madrytu nie wygrał grupy w Lidze Mistrzów cztery lata temu. Dał się wtedy wyprzedzić Borussii Dortmund, co grozi mu także teraz. Tamta Borussia Jürgena Kloppa z polskim trio szykowała się do gry w finale na Wembley. W półfinale pobiła Real raz jeszcze, Robert Lewandowski zdobył cztery bramki w Dortmundzie.

Dzisiejsza Borussia Thomasa Tuchela to dopiero materiał na wielki zespół. Jak wyrównaną i silną ma kadrę przekonała się Legia na Signal Iduna Park tracąc osiem goli, choć Tuchel po szlagierze z Bayernem w Bundeslidze wystawił na zespół z Warszawy rezerwy. W Madrycie nie zagrają kontuzjowani Raphaël Guerreiro i Mario Götze, ale zespół z Dortmundu nie ma zamiaru bronić remisu, który da mu pierwsze miejsce w grupie.

Tuchel stara się doprowadzić do stanu, w którym jego drużyna będzie grał ultra ofensywnym systemem 3-1-2-4. Jego zadaniem jest stworzenie drużyny widowiskowej, takiej, którą 80 tys. ludzi na Signal Iduna Park będzie oglądało z wypiekami na twarzy. Uważa, że zwycięstwo 1:0 to za mało. Chce gradu goli, akcji, spięć podbramkowych i ma piłkarzy, którzy ten ideał mogą wcielić w życie. Tuchel mówi, że podanie jest jak nuta wpisana w pięciolinię, dobierając nuty odpowiednio, trener komponuje melodię drużyny. Borussia ma brzmieć pięknie, nawet na Santiago Bernabéu, gdzie faworytem jest obrońca trofeum. Zespół Zidane’a nie przegrał 33 spotkań z rzędu. Jeszcze jedno i wyrówna klubowy rekord ustanowiony w czasach Leo Beenhakkera (sezon 88/89).

Real nie może dziś tylko nie przegrać. Musi pokonać Borussię, by wygrać grupę. – Bardzo nam na tym zależy. Nie będziemy kalkulowali – ostrzega Zidane. Tuchel podejmie rękawicę.

Być może jednak akurat w tej edycji Ligi Mistrzów drugie miejsce w grupie nie jest aż takie złe. Bo będąc na pierwszym można wylosować w 1/8 finału Bayern Monachium albo Manchester City. A na drugim – Monaco albo Leicester.

sobota, 03 grudnia 2016

Klasyk na Camp Nou jest potwierdzeniem, że jeśli nawet Barcelona nie jest w kryzysie, to bardzo daleko od szczytu możliwości.

Nieprawdopodobna jest wiara z jaką Sergio Ramos rusza w pole karne rywali Realu. Bez goli stopera era CR7 byłaby być może bardzo uboga. Ronaldo bije strzeleckie rekordy, ale kropkę nad „i” stawia kapitan. Tak było w Lizbonie i Mediolanie - w dwóch wygranych ostatnio przez Real finałach Ligi Mistrzów.

Na Camp Nou Ramos dokonał swoistego aktu sprawiedliwości. Real grał dobrze, odważnie, to Barcelona nie podjęła walki wręcz. Chciała przechytrzyć „Królewskich” i była tego bardzo blisko. Katalończycy pokazali jednak, że są bardzo dalecy od formy. To jasne, że gdyby Neymar trafił do siatki na 2:0, zamiast kopać piłkę Panu Bogu w okno, Barcelona by wygrała. Ale Real pokazał tego dnia więcej charakteru. To jest 32 mecz bez porażki drużyny Zinedine’a Zidane’a, ciekawe czy dobra dyspozycja jesienią da się utrzymać? Kiedy „Królewscy” bronili Pucharu Europy z Carlo Ancelottim na ławce, też znakomicie zaczęli. Wszystko posypało się wiosną, czyli w najważniejszym momencie.

Barcelona gra dziś bardzo przeciętnie: wolno, jednostajnie. Tak jak w debiutanckim sezonie Luisa Enrique. Ale nie przesadzajmy z porównaniami. Katalończycy mają sporo zmartwień. Sześć punktów straty do Realu, gdzie je odrabiać jeśli nie w bezpośrednim starciu u siebie w domu?

Barcelona zaprzepaściła szansę, Real swoje umocnił. Jest teraz bardziej zdecydowanym faworytem do mistrzostwa niż przed klasykiem. „Królewscy” nie grają wielkiej piłki, ale bardzo skuteczną. W Barcelonie nie ma dziś piłkarza w formie zbliżonej do Luki Modrica. Sergio Busquets zagrał w klasyku dobrze, ale od początku sezonu ma poważne luki w koncentracji.

Real wierzył w swoje atuty, Barcelona zbyt dużo kalkulowała. Tak jest wtedy, gdy w gwiazdach z Katalonii pojawia się wątpliwość. Gospodarze próbowali oddać Realowi piłkę, żerować na jego błędach - czyli robić wszystko co teoretycznie nie leży w ich naturze. To nie znaczy, że tego co zobaczyliśmy na Camp Nou w wykonaniu drużyny Luisa Enrique nie da się nazwać tiki-taką, ale zobaczyliśmy jej bardzo uproszczoną wersję, wręcz ubogą.

Przyparta do muru Barcelona, czy nękany kontuzjami, ale wciąż niepokonany Real Madryt? Kto będzie górą w dzisiejszym hicie na Camp Nou?

W lipcu na specjalną prośbę Zinedine’a Zidane’a Real zatrudnił 54-letniego Antonio Pintusa. Włoski spec od przygotowania fizycznego podjął właśnie pracę w Olympique Lyon, ale na sygnał z Madrytu spakował walizki i natychmiast opuścił Francję. Zidane’a zna z czasów, gdy pracowali razem w Juventusie. Wielki gwiazdor przekonał się wtedy, że nie ma lepszego speca od kontuzji mięśniowych. Ponieważ urazy mięśni zawodników były w ostatnim czasie plagą na Santiago Bernabeu, trener Realu postanowił wezwać starego kumpla.

Pintus przygotował piłkarzy do nowego sezonu. Zidane opowiadał, że cierpieli - każde zajęcia z Włochem kończyło 30 minut biegu. Po czterech miesiącach rywalizacji liczba urazów mięśniowych w Realu znacząco spadła, co nie znaczy, że Zidane ma mniej zmartwień. Jego piłkarze cierpią inne rodzaje kontuzji. Operowany niedawno Gareth Bale, który do gry wróci w kwietniu, był 14. graczem Realu zmagającym się w tym sezonie z kłopotami zdrowotnymi. Na Camp Nou nie zagrają też Toni Kroosa i Alvaro Morata, zdaniem hiszpańskiej prasy na ławce usiądzie wracający do zdrowia Casemiro, który nie jest jeszcze w formie.

Pintus nie rozwiązał więc wszystkich problemów, o dziwo Zidane radzi sobie sam. A przecież miał opinię trenera średnich lotów, który bazuje na dobrych relacjach z piłkarzami. Tymczasem łata wyrwy w składzie, wykorzystuje różne rozwiązania taktyczne. Poza notorycznie sfrustrowanym Kolumbijczykiem Jamesem Rodriguezem, wszyscy inni piłkarze w kadrze Realu są zadowoleni, każdy gra i czuje się ważny.

Dziś na Camp Nou Kroosa zastąpi Isco - bohater niedawnych derbów Madrytu z Atletico. Za Bale’a zagra Lucas Vazquez. Dziesiątkowany kontuzjami Real nie przegrał 31 spotkań, w lidze wypracował 6 pkt przewagi nad Barceloną. Ale też tak trudnego testu jak dziś, jeszcze nie miał. Katalończycy podejmują drużynę Zidane’a przyparci do muru. W tym sezonie zawalili już kilka meczów - w ostatniej kolejce tylko poważny błąd sędziego pozwolił im uratować remis 1:1 w San Sebastian.

Drużyna Luisa Enrique musi dziś wygrać. Gdyby przegrała, jest strata wzrośnie do 9 pkt i choć do końca rozgrywek pozostaną aż 22 mecze, Real znajdzie się w superkomfortowej sytuacji. - Zwycięstwo na Camp Nou to byłby wielki krok w stronę tytułu - mówi były selekcjoner Vicente del Bosque. Dyrektor barcelońskiej gazety „Sport” uważa wręcz, że sprawa mistrzostwa byłaby zamknięta. Nie zgadza się z tym Luis Enrique. Przyrzeka walkę do 38. kolejki.

Nikomu na tytule mistrza Hiszpanii nie zależy bardziej niż „Królewskim”, którzy w ostatnich ośmiu latach zdobyli go zaledwie raz. Barcelona aż sześć razy. Lider pomocy Luka Modric powiedział niedawno, że odzyskanie mistrzostwa jest dla Realu ważniejsze niż obrona tytułu najlepszej drużyny Europy.

Na Camp Nou wraca Cristiano Ronaldo, który w kwietniu, w poprzednim klasyku zdobył zwycięską bramkę. To był przełom dla drużyny Zidane’a, od tamtej pory przegrała już tylko raz. Portugalczyk zaczął ten sezon od wyleczenia kontuzji, potem był ostro krytykowany, strzelał mało bramek, by w ostatnich dwóch kolejkach zdobyć aż pięć. I już jest liderem strzelców ligowych (10 goli) przed Leo Messim (9).

Argentyńczyk to z kolei piłkarz, który w meczach Barcelony z Realem zdobył najwięcej bramek (21). Ronaldo ma ich 16 i jest na trzecim miejscu w klasyfikacji wszech czasów za nieżyjącym Alfredo di Stefano (18). Tyle, że w pięciu ostatnich klasykach Messi nie trafił do siatki, co podkreślają madryckie media sugerując, że obrońcy Realu znaleźli na niego sposób. Ilekroć Barcelona była jednak w kłopotach, zawsze odwoływała się do swojego asa. A on nie zawodził. Suarez i Neymar strzelają mniej niż w poprzednim sezonie, Messi wciąż bije rekordy, choć cofa się często do drugiej linii, gdzie bierze na siebie rozegranie piłki.

Dziś przekonamy się ile warte są różne teorie obrastające jak bluszcz obie wielkie drużyny. Barcelona straciła w lidze już 15 pkt - to jej najgorszy start w rozgrywkach od 2008 roku. Real przeciwnie. Gdyby wygrał na Camp Nou zaliczyłby najlepszy początek sezonu w całej swojej historii, jeszcze lepszy niż w 2012 roku, gdy na koniec drużyna Jose Mourinho dotarła do granicy 100 pkt.

Luis Enrique nie ma za to aż takich kłopotów z urazami. Dziś może wystawić wszystkich najlepszych, do zdrowia wrócił Andres Iniesta, i choć zagra z marszu, może przywrócić błysk drużynie.

Prognozuje się, że suma zakładów na ten mecz w samej Hiszpanii sięgnie 25 mln euro. Bukmacherzy stawiają na gospodarzy, choć już nie tak zdecydowanie jak w kwietniu, gdy w pierwszym klasyku trenera Zizou jego zespół mając w tabeli 10 pkt straty, sensacyjnie zdobył Camp Nou. I zaczął nabierać rozpędu. Nie za często olśniewa na boisku, potrafi zagrać słabo jak w Warszawie z Legią, ale swoje cele osiąga z morderczą precyzją.

 
1 , 2
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac