blog Darka Wołowskiego
RSS
poniedziałek, 28 grudnia 2015

Opaska kapitana kadry zmieniła właściciela przypadkiem, ale nie obeszło się bez wielkiego wybuchu. Lepsze nie okazało się tym razem jednak wrogiem dobrego.

- Błaszczykowski, sam meczu nie wygrasz - mówił selekcjoner Franciszek Smuda. - Wygram, wygram - odpowiadał kapitan drużyny. Popularna reklama z czasów polskiego Euro była nieświadomą, ale celną diagnozą stanu reprezentacji Polski. Jakub Błaszczykowski był w niej Alfą i Omegą, jedynym piłkarzem grającym w każdym meczu na maksimum możliwości. Biegał, kiwał, strzelał, pracował za trzech, czym nieświadomie spychał kolegów do ról drugoplanowych. Nawet pozostała dwójka z dortmundzkiego trio, Robert Lewandowski i Łukasz Piszczek, choć miała równie wysoki status zawodowy, nie umiała dotrzymać kroku kapitanowi. To była drużyna jednego aktora, polskie Euro udowodniło to dobitnie. Przy golu z Grecją Błaszczykowski zaliczył asystę, bramkę z Rosją strzelił sam. Do awansu to nie wystarczyło.

Paradoksalnie, najmocniejszy punkt zespołu Smudy był jego słabością. Błaszczykowski dla kadry serce miał wielkie, ona była dla niego priorytetem, czuł, że musi ją dźwigać jak Syzyf. Ale kiedy drużyna zmienia się w teatr jednego aktora, który wciela się we wszystkie role, widowisko zaczyna ocierać się o groteskę. Bohater drużyny, jej kapitan i najlepszy piłkarz, stawał się chwilami jej problemem.

Nie chodzi o to, że kadra przez Błaszczykowskiego przegrywała, ale traciła walor zespołowości. To nie był zbiorowy wysiłek jedenastu ludzi, ale walka samotnego kowboja otoczonego grupą pozbawioną samoświadomości. Pozostali piłkarze nie wiedzieli co robić, chowali się za plecy lidera, który chętnie brał na siebie odpowiedzialność. W kluczowych momentach musiał czuć się jednak na boisku samotny.

Dominacja wybitnej jednostki nie musi być szkodliwa dla ogółu. Drużyny kierowane przez Zinedine’a Zidane’a i Michela Platiniego były najmocniejszymi w historii reprezentacji Francji. Przypadek Błaszczykowskiego przypominał jednak raczej Cristiano Ronaldo, który odciska takie piętno na grze Portugalii i Realu Madryt, że zaczyna ją wypaczać. Indywidualne rekordy lidera nie znajdują naturalnego związku z celami drużyny. I koło się zamyka, bo patrząc na boisko wrażenie odnosimy takie, jakby to reszta graczy notorycznie nie dorastała do poziomu swojej gwiazdy.

Przełom w drużynie narodowej firmują Adam Nawałka i Robert Lewandowski. Ale dokonał się on w jakimś stopniu dzięki przypadkowi. Zwycięstwa tworzą atmosferę, więc dziś decyzje Nawałki nabierają blasku, ale kluczowa zmiana w zespole dokonała się ze względu na ciężką kontuzję Błaszczykowskiego. Nie mógł grać na początku eliminacji do Euro 2016, więc selekcjoner zmuszony był szukać nowych liderów. Naturalny kandydat był jeden i spełnił swoje zadanie. Kiedy Lewandowski poprowadził drużynę do triumfu nad Niemcami i pierwszego miejsca w grupie po jesieni 2014, zdrowy Błaszczykowski wracał już w inne miejsce.

Człowiek tak przesądny jak Nawałka nie mógł zabrać opaski napastnikowi Bayernu, bo to on stał się nowym talizmanem zespołu. Ludzie piłki wierzą w prawa serii, przy zwycięskim mechanizmie nie należy majstrować. Wtedy Nawałka był już gotowy z wszystkich sił bronić tego, co zbudował. Lewandowski zdawał egzamin, ale nie robił wszystkiego sam: za mim poszli Kamil Glik, Grzegorz Krychowiak czy Wojciech Szczęsny tworząc coś, co nazywamy kręgosłupem drużyny. U boku nowego kapitana rozkwitał w ataku Arkadiusz Milik, drużyna wprowadzała kraj w osłupienie.

Nie znaczy to, że rola Błaszczykowskiego w zespole dobiegła końca. Przeciwnie. Dziś wreszcie ma szansę zająć się na boisku wyłącznie własną robotą. Konkurencję na prawym skrzydle ma nędzną. Jeśli pogodzi się z nową rolą w zespole, może wreszcie z nim coś osiągnąć. Dziś nie trzeba nikogo ciągnąć za uszy, tyrać za innych. Kuba nie jest już numerem 1, ale gra w lepszej drużynie. Otoczony piłkarzami dobrymi lub wręcz świetnymi, którzy w drodze na Euro na nowo zdefiniowali siebie.

Nawałka Błaszczykowskiego wciąż chce w zespole, choć na nowych zasadach. Udowodnił to jeżdżąc do Dortmundu kilka razy na rozmowy, tłumacząc swoją decyzję, nie unosząc się z powodu dąsów piłkarza. Doświadczony człowiek dał Kubie czas na zrozumienie i ugaszenie pożaru w sobie.

Drużyna podążyła tą samą drogą. Nikt z nas nie przypuszczał, że rzut karny w meczu z Gibraltarem przy wysokim prowadzeniu może mieć tak symboliczne znaczenie. Ktoś na Twitterze skomentował to ładnie: „Kuba tyle razy podnosił reprezentację, wreszcie reprezentacja podniosła jego”. Błaszczykowski grał tego dnia źle, ale dostał od reszty pozytywny impuls. Grzegorz Mielcarski powiedział wtedy, że Kuba jest zbyt dumny, by przyjmować jałmużnę. Nie była to jednak pusta demonstracja, ale elegancki gest wobec kolegi. Jego zasługi pamiętają wszyscy, ale na nich nie buduje się przyszłości. Co było, to było, dziś pisany jest nowy rozdział historii.

- Lewandowski, sam meczu nie wygrasz. - Wygram, wygram - taki dialog brzmiałby dziś kompletnie abstrakcyjnie.

wtorek, 22 grudnia 2015

Powiedzieć, że to był rok Barcelony, to nic nie powiedzieć. To jest cała dekada klubu z Camp Nou. Niestety Katalończycy próbują czasem zagłuszać własne sukcesy.

Pośród cudów z piłką, które wykonał w minionym roku Leo Messi, najbardziej przypadło mi do gustu jego zagranie poza boiskiem. Gwiazdor reprezentacji Argentyny powiedział, że fani River Plate, którzy pluli i wyzywali go na lotnisku w Tokio, to pomijalny margines wśród kibiców. Messi mówi mało i zazwyczaj niezbyt zajmująco. Nie umie, lub nie zależy mu na tym, by budować wokół siebie aurę autorytetu. Czasem jednak przebłysk naturalnego rozsądku pozwala Argentyńczykowi przetrwać w tym sportowym rejwachu, gdzie wielu lepiej wykształconych i wygadanych zatraca się we wzajemnej niechęci.

Szkoda, że tą samą drogą nie potrafi pójść Gerard Pique. Nie to, żeby jego fanfaronady były skandaliczne, ale zbyt często bazują na banalnym wyśmiewaniu się z rywali, tak pod publiczkę. Stoper Barcy znalazł liczne grono obrońców. Sam selekcjoner Vicente Del Bosque broni jego prawa do publicznego wyznawania niechęci wobec Madrytu. Pique - taki niby światowiec, obyty z mediami, partner wielkiej gwiazdy, mający aspiracje bycia prezesem klubu – okazuje się znacznie mniej pilnym od Messiego uczniem La Masii.

Ciekawe, że nie dał mu do myślenia prosty fakt. Po odejściu Xaviego Luis Enrique szukał trzeciego kapitana drużyny. Pique, który jak twierdzi wyssał Barcę z mlekiem matki, zdawał się kandydatem naturalnym, ale trener uznał, że lepszym reprezentantem zespołu jest przybysz z Argentyny Javier Mascherano. Gdy patrzy się na zachowanie obydwu, widać wyraźnie, że Mascherano chce dbać o drużynę, tymczasem Pique wyłącznie o siebie.

Nie zachwyca mnie również, gdy w przemówieniu gwiazdkowym prezes Jose Mari Bartomeu przypomina, że klub z Katalonii ma dziś więcej międzynarodowych trofeów niż Real Madryt. Za Barceloną przemawiają jej sukcesy i robią to znacznie lepiej niż Bartomeu i Pique razem wzięci. Barca wydała i wypromowała własny styl gry w piłkę, swój styl szkolenia i wychowania graczy. Pep Guardiola, który właśnie ogłosił, że odchodzi z Bayernu, jest najbardziej wziętym trenerem na świecie. Jeśli klub z Bawarii chciał uczyć się od Katalończyków, to tylko dobrze świadczy o rozsądku i skromności jego szefów. Choćby powszechnie uchodzili za arogantów. Jeśli to prawda, iż Florentino Perez był gotów oddać Guardioli ster nad Realem, to też znaczy bardzo wiele.

W tej sytuacji klub z Katalonii sam siebie wychwalać już nie musi. Wszyscy widzą, co jest grane na boisku. Nie trzeba mieć gęby od ucha do ucha. Wystarczy szeptać pod nosem, jak Messi. Byle z sensem.

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Narcystyczną słabość Barcelony wykorzystało Atletico. Real tego nie potrafił.

Nie wiem, czy słowo „narcyzm” jest w tym przypadku precyzyjne i właściwe, ale takiego właśnie użył komentator dziennika „El Pais”. Po zwycięstwie 4:0 na Santiago Bernabeu zespół Luisa Enrique zachwycił się sam sobą, co kosztowało go cztery ligowe punkty w zaledwie dwóch kolejkach. O ile remis na Mestalla był czymś zrozumiałym, o tyle oddanie punktów na Camp Nou przy prowadzeniu 2:0 wydaje się absurdem. Rywalem było Deportivo, drużyna solidna, ale z zupełnie innej półki. Wypadki się jednak zdarzają, nikt nie jest wcieleniem perfekcji, Barcelona ma szansę wyciągnąć wnioski z tej lekcji na mistrzostwach świata klubów.

Słowne przepychanki graczy Realu z Gerardem Pique osiągnęły apogeum. Sergio Ramos, jako kapitan drużyny narodowej publicznie wezwał stopera Barcy do ich zaprzestania. Poradził, by wziął przykład z Carlesa Puyola, którego przecież nazywa mistrzem. Rzeczywiście to co wyprawia Pique staje się na dłuższą metę niesmaczne, oby tylko partner Shakiry nie uwierzył w to, że słaba passa Realu ma cokolwiek wspólnego z prowadzoną przez niego grą psychologiczną. O ile słowo narcyzm może nie pasować do całej drużyny z Katalonii, to do niektórych piłkarzy na pewno.

Już w samolocie do Japonii w drodze na klubowe mistrzostwa świata gracze Barcy świętowali porażkę „Królewskich” w Villarreal. Nieprawdopodobna jest konsekwencja z jaką drużyna Rafy Beniteza trwoni swoje szanse. Mogła być dwa punkty za plecami liderów, jest o pięć. I wciąż musi liczyć na przejawy narcyzmu Katalończyków. Trudno powiedzieć jak skończy się sezon, coraz więcej wskazuje jednak na to, że w tym składzie osobowym nie będzie on wielkim triumfem Madrytu. Przynajmniej nie tej jego części, w której mieści się Santiago Bernabeu.

Benitez eksperymentuje, tym razem wysłał na ławkę Kroosa. Nie zmieniło to faktu, że zespół spędził na niczym całą pierwszą połowę, tracąc gola po strzale swojego byłego piłkarza. Roberto Soldado mogło się już nie śnić, że będzie jeszcze rozstrzygał takie mecze.  

Porażka z Villarreal to nie tragedia, doznało jej też Atletico, przyszła ona jednak w chwili najgorszej z możliwych. Keylor Navas powiedział, że drużyna jest gotowa wystawić piersi do kul, które w nią wystrzelą. Marne to jednak pocieszenie dla kibiców.

O atrakcyjność Primera Division dba za to Atletico. Drużyna Diego Simeone przegrywała z Athletic, ale znów odwróciła losy meczu. Antoine Griezmann staje się gorącym towarem na transferowym rynku, Francuz jest w tej chwili emblematycznym piłkarzem dla drugiego z liderów. Zespół Simeone emanuje skromnością i wielką wiarą we wspólny wysiłek. Simeone dokonał latem rewolucji w składzie, pozbył się kilku boiskowych „zakapiorów”, trudno powiedzieć by transfer Jacksona Martineza był strzałem w dziesiątkę, jego zmiennik Fernando Torres też nie dokonuje cudów na boisku. Ale drużyna gra. I to jak. Wygrała grupę w Champions League, w Primera Division dotrzymuje kroku Katalończykom. Drużynie, którą Simeone postawił niedawno ponad wszystkimi. Dziś to samo musi mówić o swoich chłopakach.

Największa przepowiednia Argentyńczyka się jednak nie spełnia. Przed startem ligi prorokował wielki sezon Realu. To faktycznie zdawało się niemożliwe, by w siedem lat najbogatszy klub na świecie wygrał jeden tytuł. Pozbawianie go szans już dziś, zanim końca dobiegła pierwsza runda, byłoby przedwczesne, ale póki co wiele wskazuje na to, że kolos z Bernabeu goni za własnym ogonem, zamiast za Barceloną i Atletico.

czwartek, 10 grudnia 2015

Pogrążony w kryzysie Real Madryt rozbił we wtorek Malmö 8:0, a połowę goli strzelił pogrążony w kryzysie Cristiano Ronaldo. W historycznej klasyfikacji na najskuteczniejszych piłkarzy Ligi Mistrzów wyprzedza Leo Messiego już o 9 bramek.

Posiadacz Złotej Piłki w tym meczu właściwie grać nie powinien. Real miał zapewnione zwycięstwo w grupie A, starcie z mistrzem Szwecji na Santiago Bernabeu zapowiadało się na najbardziej błahe w ostatniej kolejce Ligi Mistrzów. Rafa Benitez chciał wystawić rezerwy, dać odpocząć gwiazdom, ale nad pazernością Ronaldo na grę i gole nie da się zapanować. Portugalczyk wymógł dla siebie miejsce w składzie, tak jak chcący zapamiętać się w grze Karim Benzema. Francuz wraca po kontuzji, w dodatku ostatnio jego życie zdominowały oskarżenia o to, że wziął udział w szantażowaniu kolegi z kadry Mathieu Valebueny.

Ledwie na stadionie Realu wybrzmiał hymn LM, 60 tys. kibiców (20 tys. miejsc było pustych) wygwizdało trenera własnej drużyny. Fani Realu są na Beniteza wściekli od klęski z Barceloną 0:4. Wybuczeli też piłkarza Denisa Czeryszewa, przez którego "Królewscy" zostali wykluczeni z Pucharu Króla. Rosjanin zagrał z Cadiz, mimo iż powinien pauzować za kartki. Szefowie klubu to przeoczyli, co kibice uważają za szczyt nieudacznictwa.

Głęboki kryzys Realu, który według plotek może nawet doprowadzić do dymisji prezesa Florentino Pereza, nie znalazł potwierdzenia. Tak jak newsy mówiące o tym, że popadający w kryzys Ronaldo ma po sezonie odejść do PSG, by zrobić miejsce dla Roberta Lewandowskiego. Portugalczyk strzelił gola nawet z rzutu wolnego - pierwszy raz od siedmiu miesięcy, choć z uporem wykonuje wszystkie wolne dla "Królewskich".

W sumie Ronaldo ma już 11 bramek w rozgrywkach, co jest rekordem fazy grupowej LM. Poprzedni najlepszy wynik (9 goli) Portugalczyk dzielił z Luizem Adriano z Szachtara Donieck. Oczywiście rekord sezonu, czyli 17 trafień, też należy do Ronaldo - od 2014 roku, gdy Real zdobył "La Decima".

Przed Portugalczykiem było tylko trzech graczy Realu, którzy w jednym meczu Pucharu Europy zdobyli cztery bramki (Ferenc Puskas, Alfredo di Stefano i Hugo Sanchez). Przez ostatnie kilkanaście miesięcy Ronaldo rywalizował z Messim o tytuł najlepszego snajpera w historii rozgrywek. We wtorek jego przewaga urosła do 10 bramek (w środę Messi trafił i zniwelował stratę do 9). Trzeba powiedzieć uczciwie: informacje o sportowym zmierzchu Ronaldo wydają się przesadzone lub przynajmniej przedwczesne. Tak jak i teorie o głębokim kryzysie klubu i bezowocnej pracy Beniteza. Real obok Barcelony i Bayernu Monachium wciąż jest głównym kandydatem do zdobycia tytułu najlepszej drużyny Europy.

- A może 0:4 z Barceloną podziałało na nas jak zastrzyk motywacyjny? Pozwoliło oprzytomnieć? - zastanawiał się Ronaldo. Próbował też rozwiać wątpliwości co do swojej przyszłości, zapewniając, że na następny sezon zostanie w Realu. Mówi prawdę czy prawdy po prostu ujawnić nie może? Gdyby rzeczywiście miał dalej grać w Realu, zdecydowanie trudniej wyobrazić sobie przyjście na Bernabeu Lewandowskiego.

- Ronaldo jest dla Realu fundamentalny, stanowi bodziec do pracy dla nas wszystkich - skomentował Benitez. O gwizdach powiedział tyle, że ma dla nich zrozumienie. - Socios mają prawo wymagać.

Ponieważ z Malmö zagrali rezerwowi, miejsce w składzie dostał obrońca Alvaro Arbeloa. Tak się złożyło, że on i Benitez zanotowali już razem jedno tak samo wysokie zwycięstwo. W sezonie 2007-08 ich Liverpool pokonał 8:0 Besiktas Stambuł. Arbeloa wykorzystał triumf nad Szwedami, by wypowiedzieć przesłanie dla Barcelony. - Ostatnie lata Katalończyków nie równoważą wielkiej historii Realu - stwierdził.

Cóż, mecz bez znaczenia, grany w rezerwowym składzie okazał się niespodziewanie wielkim zastrzykiem optymizmu dla obolałej drużyny. Ronaldo pobił kolejne indywidualne rekordy, na czym mu bardzo zależy, hat tricka zdobył Benzema. Real wygrał grupę, tracąc tylko dwa punkty w Paryżu. Biednemu mistrzowi Szwecji wbił w 90 minut więcej bramek niż Manchester United w całej fazie grupowej.

środa, 09 grudnia 2015

Z Ligi Europy Sevilla dostała się do Ligi Mistrzów, z Ligi Mistrzów wróciła do Ligi Europy. Drużyna Grzegorza Krychowiaka nie awansowała do 1/8 finału, na otarcie łez bijąc finalistę z minionego sezonu.

Wygrany finał Ligi Europy z Dnipro Dnipropietrowsk był dla Krychowiaka wydarzeniem życiowym. Jego klub obronił trofeum, on został pierwszym Polakiem zdobywającym europejski laur na oczach swojej publiczności. Na Stadionie Narodowym w Warszawie Krychowiak zdobył gola na 1:1, a więc odwrócił losy rywalizacji. Premią ekstra było prawo do gry w Champions League w kolejnym sezonie. W lidze hiszpańskiej nie udało się go wywalczyć, choć drużyna pobiła swój rekord punktowy wylądowała na piątym miejscu.

Mimo sukcesu Unai Emery nie był pewny przyszłości. Plotkowano, że ma ofertę z Milanu, niektórzy dziennikarze fantazjowali nawet o Realu Madryt. W końcu przekonano go, by został w Sevilli. Triumfalnie ogłosił, że klub z Andaluzji wraca do Champions League po pięciu latach przerwy, żeby w niej zostać na dłużej. Niestety działacze klubu i tak musieli wyprzedać kilku graczy: Aleixa Vidala do Barcelony, Carlosa Baccę do Milanu, z drużyny odszedł Stephane M’bia, bo Trabzonspor lepiej płacił.

Dla Krychowiaka oznaczało to dużą zmianę, z Kameruńczykiem rozumiał się doskonale, jego miejsce zajął Steven N’Zonzi. Współpraca układała się różnie. Sevilla człapie w połowie tabeli Primera Division mając już 6 pkt straty do czwartej pozycji. Wczoraj w meczu z Juve Krychowiak i N’Zonzi wypadli dobrze. Tyle, że zwycięstwo 1:0 było już tylko na otarcie łez. Finalistę z Berlina kosztowało pierwsze miejsce w grupie. Gola zdobył sprowadzony z Turynu Fernando Llorente, oczywiście strzałem głową.

Cztery wcześniejsze mecze w LM Sevilla jednak przegrała. Zaczęła rozgrywki od zwycięstwa nad Borussią Moenchengladbach, potem była bezdyskusyjna klęska w Turynie, ale trzeci mecz mógł być przełomem. Drużyna Krychowiaka prowadziła na Etihad w Manchesterze, ale w 90. min straciła gola na 1:2. Polak był w furii, on i koledzy obiecywali zemstę na City u siebie na Ramon Sanchez Pizjuan. Gładka porażka sprawiła, że cała energia oraz nadzieja wyparowały z drużyny Emery'ego.

Przed ostatnią kolejką zespół z Andaluzji mógł już tylko uratować miejsce w Lidze Europy. Z dna tabeli była szansa awansować najwyżej na trzecie miejsce. Udało się, City wygrało grupę pokonując Borussię. Bardzo mu na tym zależało, bo w ostatnich dwóch latach trafiało w 1/8 finału na Barcelonę. To za wysokie progi dla zespołu Manuela Pellegriniego. Teraz Barcę może trafić dopiero w ćwierćfinale.

Juve spadło na drugie miejsce i obok PSG, które w grupie A przegrało wyścig z Realem będzie najgroźniejszą drużyną w drugim koszyku.

Z pewnością pierwszy kontakt z Ligą Mistrzów nie była dla Krychowiaka zbyt udany. Polak zdobył doświadczenia, ale przekonał się, że marząc o laurach, być może musi opuścić Sewillę. Tak, czy siak zespół z Andaluzji ocalił przygodę z europejskimi rozgrywkami. Wraca do Ligi Europy, której wygrał dwie ostatnie edycje.

Na pewno nie jest to klęska jak dla Manchesteru United. Trzeci na liście najbogatszych klubów świata wydał na transfery po 130 mln w ostatnich dwóch latach i przepadł w grupie z CSKA, Wolfsburgiem i PSV. Sevilla miała rywali z najwyższej półki, więc musiałaby sprawić niespodziankę. Możliwości finansowe klubu z Andaluzji są znacznie mniejsze niż mistrzów Włoch, a szczególnie wicemistrzów Anglii.

Sportowo Emery nie trafił jednak z formą drużyny. Przecież nawet w tym ciężkim sezonie budowana od nowa Sevilla, dręczona plagą urazów ma na rozkładzie w lidze Real i Barcelonę.

wtorek, 08 grudnia 2015

Dziś w Wolfsburgu Manchesteru United gra o przetrwanie w Lidze Mistrzów. Bez kapitana Wayne Rooney’a. Louis van Gaal staje na krawędzi.

Sprawa jest prosta - żeby awansować do 1/8 finału Champions League zespół z Manchesteru musi pokonać wicemistrza Niemiec na jego stadionie. Paradoksalnie w najlepszej sytuacji w grupie B jest trzecie w tabeli PSV Eindhoven, któremu do wyjścia z grupy starcza zwycięstwo nad ostatnim w tabeli CSKA Moskwa. Rosjanie mogą już co najwyżej walczyć o awans do Ligi Europy.

W poprzedniej kolejce Manchester nie potrafił wbić gola PSV na Old Trafford. To sprawiło, że znalazł się pod ścianą. Zespół Louisa van Gaala, który latem wydał na transfery 140 mln euro, cierpi okropnie pod bramką rywali. W sześciu ostatnich spotkaniach Premier League zdobył pięć goli i tyle samo w pięciu kolejkach fazy grupowej Ligi Mistrzów.

Zwycięstwo w Wolfsburgu nie jest misją niemożliwą, w miniony weekend w Bundeslidze dokonała tego Borussia z Łukaszem Piszczkiem. Ale drużyna z Dortmundu to w tej chwili europejska czołówka, maszyna do zdobywania bramek, w 15 meczach wbiła rywalom z ligi niemieckiej 42 gole, tylko o jednego mniej niż Bayern.

Tymczasem United w takiej samej liczbie meczów w Anglii uciułał 20 bramek. Sprowadzony za 50 mln euro genialny nastolatek Anthony Martial, który miał być kolejnym wcieleniem Thierry’ego Henry’ego, zaczął nieźle, ale ostatnio gra tak jak cała reszta. Ma trzy bramki w lidze, więcej o jedną zdobył tylko pomocnik Juan Mata.

Wayne Rooney zarabiający 13 mln funtów za sezon uzbierał dwa trafienia w lidze i cztery w Champions League, ale aż trzy z nich w kwalifikacjach. Jego bramka dała Czerwonym Diabłom triumf na CSKA, bez niego United byłby już bez szans na awans. Dziś kapitan nie pomoże jednak drużynie w Wolfsburgu, leczy uraz kolana, który wyeliminował go ze spotkania z West Ham. W Manchesterze został też Morgan Schneiderlin sprowadzony latem za 35 mln euro.

Kibice z Old Trafford przeżywają męki razem z drużyną. Tak jak w miniony weekend, gdy Manchester nie potrafił pokonać bramkarza „Młotów”. Mimo wszystko czwarta pozycja w Premier League i trzy punkty straty do lidera wciąż dają nadzieję nawet na odzyskanie tytułu mistrza kraju. Zwłaszcza, że wielcy rywale zachowują się jakby tego zaszczytu nie chcieli. Broniąca tytułu Chelsea myśli już o utrzymaniu, Manchester City i odradzający się pod ręką Juergena Kloppa Liverpool przegrały swoje ostatnie mecze. To sprawia, że na szczycie w Anglii jest rewelacyjny Leicester, tuż za nim wieczny przegrany Arsenal, który tytułu nie zdobył od 11 lat.

Wyniki w Lidze Mistrzów wskazują na głęboki kryzys najbogatszej ligi świata, z czterech jej reprezentantów przed ostatnią kolejką fazy grupowej pewny awansu jest tylko Manchester City.

Trudno uznać, że Manchester United źle trafił w losowaniu. Wolfsburg po sprzedaniu za 55 mln funtów Kevina de Bruyne (16 goli i 27 asyst w ubiegłym sezonie i tytuł gracza roku w Bundeslidze) musi być słabszy. PSV i CSKA to też zespoły w skali europejskiej przeciętne. A więc idealni rywale, by ich pobić i triumfalnie ogłosić powrót United do Europy.

Van Gaal pierwszy niebrytyjski trener w historii klubu z Old Trafford, pracuje w nim drugi rok. Przychodził jako zbawca po zdobyciu z Holandią medalu na mistrzostwach świata w Brazylii. United miał za sobą traumatyczny sezon z Davidem Moyesem. Jego holenderski następca nigdy w karierze nie dostał tak gigantycznym środków na transfery. Pobił rekord Wysp sprowadzając z Realu Angela di Marię (60 mln funtów), by bardzo szybko się z nim pokłócić i sprzedać do PSG. Pierwszego lata z van Gaalem nowi piłkarze kosztowali United 130 mln funtów, ale Holender wytłumaczył, że operacja zakończyła się sukcesem, bo klub wrócił do Ligi Mistrzów. Po kolejnych spektakularnych wzmocnieniach miał wykonać kolejny krok. Dziś może się jednak okazać, że to będzie krok w tył.

„Operacja Lewandowski” - tytuł okładki poniedziałkowego wydania dziennika „As” wskazuje, że Real Madryt zabiega o transfer Polaka z Bayernu Monachium. Twarde fakty kończą się jednak na wizycie Cezarego Kucharskiego na Santiago Bernabeu, gdzie agent piłkarza oglądał mecz z Getafe.

Film nakręcony przez madrycki dziennik trwa 2 minuty i 4 sekundy. Zmontowany w stylu ocierającym się o intrygę kryminalną. Zdjęcia pokazują Cezarego Kucharskiego, który razem z polskim ambasadorem w Hiszpanii i Andorze Tomaszem Arabskim siedzi w loży Santiago Bernabeu. W tekście korespondent „Asa” Guillem Balague podkreśla, że te miejsca można zająć wyłącznie na imienne zaproszenie władz królewskiego klubu.

U góry ekranu pojawia się data 5.12.2015, następuje zbliżenie na twarz Kucharskiego, wokół niej malowana jest czerwona obwódka z podpisem „agent Lewandowskiego”. Przez 2 minuty kamera śledzi Kucharskiego i jego reakcje na gole Benzemy, Bale'a i Cristiano Ronaldo. Gdy pojawia się napis: „koniec meczu”, polski agent i Arabski opuszczają swoje miejsca.

Dziennikarz Asa donosi, że Kucharski siedział blisko Florentino Pereza, z którym zna się osobiście od dwóch lat i Jose Angela Sancheza odpowiadającym w Realu za transfery. Według niego Kucharski z Sanchezem rozpoczęli delikatną operację, która ma się zakończyć przeprowadzką Lewandowskiego na Santiago Bernabeu. Ale sytuacja łatwa nie jest, bo Polak ma kontrakt z Bayernem Monachium do czerwca 2019 roku. Klub z Bawarii chce go przedłużyć, uczynić z Lewandowskiego najlepiej zarabiającego piłkarza mistrza Niemiec, ale Kucharski ma zamiar tę ofertę odrzucić. Tak twierdzi dziennikarz „Asa” i podaje, że Polak zarabia teraz w Bayernie netto 10 mln euro za sezon. Real da mu 12 mln. Więcej w królewskim klubie zarabia dziś tylko Cristiano Ronaldo.

Dalej Balague tłumaczy racje Lewandowskiego. Jego zdaniem Polak, który miał już oferty z Realu jako piłkarz Borussii Dortmund (wtedy wybrał Bayern) zawsze był świadomy, że zaistnieje na Santiago Bernabeu tylko wtedy, gdy odejdzie Ronaldo. Dziś jest to bardzo prawdopodobne, a para Lewandowski - Gareth Bale miałaby odrodzić nadzieje fanów Realu pogrążonego ostatnio w kryzysie.

Balague pisze jeszcze: „Lewandowski wie, że w królewskim klubie łatwiej niż gdzie indziej będzie mu zrealizować swoje osobiste cele i ambicje”. Korespondent „Asa” dodaje, że Polacy byli bardzo zawiedzeni, iż kapitan drużyny narodowej nie znalazł się wśród trzech finalistów plebiscytu Złota Piłka. Tymczasem medialność Realu pozwoliłaby mu konkurować w przyszłości z Leo Messim, Neymarem i Luisem Suarezem o tytuł piłkarza numer 1 na świecie.

Wątki polskie nie są Balague nieznane. W ubiegłym tygodniu był w Warszawie promując swoją książkę „Messi”. Dużo rozmawiał z polskimi dziennikarzami, którzy pytali go o zainteresowanie Realu Lewandowskim. - Bayern nie chce sprzedać Polaka? No cóż, wszyscy mamy swoją cenę - powiedział mi wtedy.

I jest w tym wiele racji. Latem 2000 roku Barcelona nie sprzedałaby do Realu Luisa Figo za żadne skarby. Ale Florentino Perez uknuł sprytną intrygę i przy okazji ustanowił transferowy rekord świata. Portugalczyk, który miał zamiar zostać w Katalonii, a tylko zaszantażować Barcę i wywalczyć podwyżkę, nagle znalazł się pod ścianą i musiał założyć koszulkę Realu. Tak samo było z Cristiano Ronaldo w 2009 roku. Trener Manchesteru United Alex Ferguson mówił, że Realowi nie sprzedałby nawet wirusa, a już kilka miesięcy później na Bernabeu w glorii najdroższego gracza w historii przenosił się jego najlepszy piłkarz.

Real i Perez mają swoje sposoby. Czy znajdą klucz, by wydobyć Polaka z Bayernu? - Perez to mój przyjaciel, on dobrze wie, że nie chcę sprzedać Roberta - mówił na niedawnym spotkaniu z polskimi dziennikarzami prezes klubu z Monachium Karl-Heinz Rummenigge.

Czy więc negocjacje między Realem i Bayernem są faktem? Czy transfer dojdzie do skutku? Czy Real rzeczywiście latem sprzeda Ronaldo, póki Manchester United i PSG są skłonne zapłacić fortunę za 31-latka? Pytań jest dużo, odpowiedzi niewiele. I szybko ich nie będzie. Przepisy FIFA mówią jasno, że Kucharski ma prawo negocjować kontrakt Lewandowskiego z nowym klubem na pół roku przed wygaśnięciem umowy z aktualnym. Tymczasem Polak będzie związany z Bayernem jeszcze przez 3,5 roku. Czyli, gdyby do transferu miało dojść latem, szefowie Bayernu musieliby wyrazić na to zgodę. W tej sytuacji cena za Polaka musiałaby się otrzeć o strefę światowych rekordów. Rummenigge chwalił się niedawno, że latem odrzucił stumilionową ofertę Manchesteru United za Thomasa Muellera.

Kilka tygodni temu, gdy rozmawiałem z Alfredo Relano, dyrektorem „Asa”, a więc przełożonym Balague, powiedział, że Robert Lewandowski to najbardziej pożądany piłkarz przez fanów Realu. - O rozmowach transferowych między Realem i Bayernem nic nie wiem - zastrzegł jednak. Może Perez zaczął od przekonania Polaka i jego agenta, a z klubem z Monachium chce negocjować gdy już Lewandowski powie mu „tak”?

Cała ta konstrukcja, choć dość logiczna, opiera się póki co przede wszystkim na spekulacjach. Nie mam jednak wątpliwości, że z czasem zawartość faktów w spekulacjach będzie rosła. Problem może polegać na tym, że na Realem wisi podobna kara zakazu transferów, jaka spadła niedawno na Barcelonę.

niedziela, 06 grudnia 2015

Dla każdego innego zespołu w Primera Division remis w Walencji byłby wynikiem dobrym. Poza Barceloną.

20 goli w czterech meczach - nieprawdopodobne statystyki ze spotkań z Realem, Romą, Sociedad i Villanovense rozpuściły kibiców Katalończyków. Po remisie w Walencji hiszpańska prasa donosi ze zdumieniem, że mistrz nie jest doskonały, nie jest nieśmiertelny. Na Mestalla zbiegło się kilka czynników, które zaszkodziły liderowi: od przesadnej pewności swego, przez najgorszą wersję Messiego, po zaprzepaszczone okazje na gole na początku meczu. Barca pudłowała, pozwalając rywalowi rosnąć, aż podniósł głowę wystarczająco wysoko.

Valencia jeszcze w tym sezonie w lidze nie przegrała, ale w Lidze Mistrzów Zenit Sankt Petersburg potrafił wywieźć z Mestalla zwycięstwo. Tym bardziej powinna to umieć drużyna taka jak Barcelona występując w składzie galowym. Ale nie umiała, dając chwilę wytchnienia i nadziei wszystkim. Były gwiazdor Realu Guti tak się ucieszył, że na Twitterze zamieścił rząd emotikonów analogicznych do tych, jakimi Gerad Pique świętował klopsa Realu w Pucharze Króla. Bawią się duże dzieci.

Gol Luisa Suareza zdobyty ze spalonego nie załatwił sprawy definitywnie. Neymar świetny na początku, gdzieś zniknął, Messi grał słabo 90 minut. I tak miał jednak asystę. W sumie mecz, w którym Gary Neville (siedząc w loży) powinien zacząć od porażki, ale goście z Barcelony okazali się dla Anglika gościnni.

Wydaje się jednak, że remis na Mestalla nie jest dla Barcy klęską. A jednak wzleciała tak wysoko, że lekkie obniżenie lotu pachnie upadkiem. Ostrzegał Katalończyków Sergio Ramos by cieszyli się dobrą chwilą póki czas. Nie posłuchali?

Patrzę właśnie na to jak lider Serie A z Neapolu przegrywa w Bolonii. W sobotę City poległo w Stoke, a Manchester United nie dał rady u siebie West Hamowi, Chelsea zrobiła bohatera z Artura Boruca. Nie mówiąc o Bayernie, który poległ w Moenchengladbach. Nie wiemy więc nawet, czy remis Barcy na Mestalla można uznać za sensację weekendu?

Ale ma on bezdyskusyjnie zalety. Odżyły nadzieje u rywali z Madrytu. Atletico zareagowało inaczej, z Vicente Calderon słychać dumę z zespołu Diego Simeone, który jest zaledwie o dwa punkty za plecami drużyny z innej planety. Real z Getafe wreszcie doczekał goli całego trio BBC, kwestia pogoni za znikającym punktem z Barcelony znów jest otwarta.

Na to wszystko Gerard Pique odpowiedział oświadczeniem: „daję głowę, że w tym roku obronimy mistrzostwo”. Wygląda na to, że ten facet nie wychował się w La Masia. Albo zapomniał o dobrym smaku, którego tam naucząją. Jego gadki działają na nerwy już nawet kumplom z drużyny. Dani Alves, inna wielka gęba Barcelony, powiedział: - Pique czego innego broni, a co innego mówi. To dotyczy reprezentacji Hiszpanii, której Katalończyk wiele dał, ale której nie mniej zawdzięcza.

piątek, 04 grudnia 2015

Real Madryt został dziś usunięty z Pucharu Króla za grę nieuprawnionego zawodnika w meczu z Cadiz. Najbogatszy klub świata będzie się odwoływał. Mijający rok jest dla niego istnym horrorem.

W 3. min Denis Czeryszew był jednym z najszczęśliwszych ludzi w Kadyksie. Jego strzał dał prowadzenie „Królewskim” w pierwszym meczu 1/16 finału Pucharu Króla. Zanim dobiegła końca pierwsza połowa gruchnęła wiadomość, która zmroziła wszystkich. Wracający z wypożyczenia do Villarreal Rosjanin nie miał prawa wyjść na boisko. Poprzednią edycję Pucharu Króla zakończył z trzema żółtymi kartkami, ostatnią dostał za faul na Luisie Suarezie z Barcelony i powinien pauzować w następnym meczu.

27 lipca Real i inne kluby dostały w tej sprawie faks z hiszpańskiej federacji, z listą piłkarzy zawieszonych, na której widnieje nazwisko Czeryszew. Dyrektor Realu Emilio Butragueno upiera się jednak, że klub z Madrytu nic o tym nie wiedział. Jego słowa potwierdzali trener Rafa Benitez i kierownik drużyny Miguel Chendo. Wszyscy przedstawiciele Realu byli wstrząśnięci i załamani. Wczoraj za niewinność klubu ręczył Florentino Perez na specjalnie zwołanej konferencji. Jeszcze przed wyrokiem ogłosił, że klub będzie się odwoływał. W sumie nikt Realu usuwać z rozgrywek nie chciał, to strata dla ogółu, ale przepisy nie zostawiały zdaje się dużego pola manewru.

Jeden z byłych sędziów Emilio Rosanes twierdzi, że gdy zobaczył Czeryszewa na liście powołanych na mecz z Cadiz, dzwonił do królewskiego klubu i wysłał faks z ostrzeżeniem. Bez reakcji.

Tuż po przerwie Benitez zdjął Czeryszewa z boiska. - Żeby pokazać, że nie mieliśmy złej woli - tłumaczył. Real wygrał 3:1 po dwóch kolejnych golach Isco. Ale będzie to zwycięstwo pyrrusowe. Jedno z najbardziej gorzkich w dziejach klubu. Wiadomo było, że jeśli szefowie Cadizu złożą wniosek do wydziału rozgrywek, prawdopodobnie będzie on zmuszony ukarać Real usunięciem z Copa del Rey. Tak było we wrześniu z Osasuną Pampeluna, która wygrała mecz z Mirandes, ale zagrał w niej nieuprawniony piłkarz.

Zarząd Cadizu zebrał się jeszcze w czasie trwania meczu. I ustalił, że odwołanie złoży. - Zrobimy to z ciężkim sercem, bo Real to dla nas klub przyjaciół - powiedział prezes Manolo Vizcaino. - Mamy jednak obowiązek bronić interesów naszego klubu. Rozmawiałem o tym z działaczami Realu i nawet oni nas rozumieją.

Wiadomość szybko przedostała się do kibiców. Zaczęły się kpiny z Realu, okrzyki „Czeryszew kochamy cię” i nawoływania, by Benitez wpuścił na boisko Davida de Geę. O transfer bramkarza Manchesteru United „Królewscy” zabiegali latem, ale sprawa rozbiła się o błąd proceduralny. Teraz kolejna wielka gafa, która takiemu klubowi nie powinna się przytrafić. Wiadomość rozeszła się lotem błyskawicy. Gerad Pique z Barcelony zamieścił na Twitterze rząd twarzyczek wyrażających zdumienie i kpinę. W Internecie powstały setki kpiących memów.

Rafa Benitez zna smak podobnego błędu. W 2001 roku jako trener Valencii wpuścił do gry w meczu pucharowym z Novelda czwartego gracza spoza Unii. Dozwolonych było trzech. Zrobił to w 91. min, ale i tak Valencię wykluczono z rozgrywek. To samo zrobił Jorge Valdano w 1994 roku jako szkoleniowiec Realu, ale rywal Compostella zadowolony z remisu nie skierował sprawy do wydziału rozgrywek.

To, co się stało w Kadyksie, jest kulminacją traumatycznej serii Realu. 2014 rok zakończył na szczycie, z czterema trofeami, jako najlepszy klub na planecie. Zwycięzca Pucharu Króla, Pucharu Europy, Superpucharu Europy i klubowych mistrzostw świata. Od stycznia 2015 na „Królewskich” spadają jednak wszystkie plagi egipskie.

Zaczęło się od zawstydzającej klęski w derbach na Vicente Calderon 0:4. Jeszcze tego samego dnia Cristiano Ronaldo przyjął gości na fieście z okazji 30-tych urodzin, a wokalista Kevin Roldan, który bawił towarzystwo umieścił zdjęcia w sieci. Kibice Realu byli zniesmaczeni.

Ich klub zakończył sezon bez trofeum, musieli patrzeć jak wszystkie laury zbiera rywal z Barcelony. Prezes Florentino Perez usunął lubianego trenera Carlo Ancelottiego. Następnym symbolicznym i przykrym obrazkiem był samotny Iker Casillas żegnający się z we łzach z Santiago Bernabeu. Szefowi Realu zarzucono, że nie umie docenić swoich legend. Ostatniego dnia okna transferowego świat futbolu śmiał się z przypadku De Gei. Wreszcie 21 listopada Real poległ w klasyku na Bernabeu 0:4, a jego kibice żądali dymisji prezesa i trenera. Dwa dni później Florentino Perez wystąpił publicznie twierdząc, że on i klub są ofiarami wrogiej kampanii. W Kadyksie Real mógł się czuć jak wśród przyjaciół. I też nic dobrego z tego nie wyniknęło. Fani najbogatszego klubu wznoszą modły, by rok 2015 już wreszcie dobiegł końca.

środa, 02 grudnia 2015

Przez 7 ostatnich lat Leo Messi był najlepszym strzelcem Barcelony. Dziś nie musi być już nawet drugim.

Po puszczeniu czterech goli bramkarz Realu Sociedad wyznał, że kiedyś pochwali się wnukom, iż grał przeciw tej trójce. Wojciech Szczęsny z Romy sięgał do siatki o dwa razy więcej, ale z jeszcze większym podziwem mówił o katach z Barcelony. Trójząb ściga swoje ofiary z furią Neptuna, robi to jednak z elegancją i wdziękiem. Liczby są porażające. Luis Suarez w 20 meczach sezonu zdobył 18 goli i zaliczył 7 asyst, lepszą średnią miał tylko sześć lat temu w Ajaksie. Neymar tak skuteczny nie był jeszcze nigdy. W17 meczach zdobył 16 bramek i miał 8 asyst. Kontuzja Leo Messiego pozwoliła mu wystąpić w 12 spotkaniach, trafić do siatki 8 razy zaliczając 3 asysty. MSN ma w tym sezonie ligowym tyle goli, ile cały Real Madryt (?).

Gdy jeden z historyków postanowił odnaleźć sezon, w którym dwóch graczy Barcelony zdobyło aż tyle bramek, musiał cofnąć się do 1950 roku, gdy Cesar i Marco Aurelio wbili ich 27. Po 12. kolejkach tego sezonu Suarez z Neymarem mają o jedną mniej.

Po meczu z Sociedad Luis Enrique zapomniał się na chwilę. Przyznał, że przez ostatnie pół godziny Urugwajczyk z Brazylijczykiem pracowali już tylko i wyłącznie na gola Messiego. Wynik brzmiał 3:0, ci dwaj byliby jednak niepocieszeni, gdyby nazwisko Argentyńczyka nie rozbłysnęło na tablicy wyników. W 90. min Neymar oszukał obrońcę balansem ciała, podał do Suareza, ten odegrał mu z pierwszej piłki, by mógł podać ją Leo jak na srebrnej tacy. - I fiesta była kompletna - skomentował trener Barcy.

Zagranie meczu i tak należało jednak do Argentyńczyka: bramkę na 1:0 zdobył Neymar po zagraniu ze skrzydła Daniego Alvesa, ten znalazł się w uprzywilejowanej sytuacji, bo Messi stojąc tyłem do bramki podbił sobie piłkę po czym podrzucił ją nad całą linią obrony. To był klucz otwierający baskijską twierdzę strzeżoną przez 22 minuty. Może kogoś to nawet śmieszyć, ale Real Madryt wytrwał bez gola na Santiago Bernabeu dwa razy krócej. W 22. minucie Roma przegrywała na Camp Nou 0:2.

Żaden rekord brazylijsko-urugwajskiej pary nie jest w stanie naruszyć hierarchii obowiązującej w szatni. Po meczu na Vicente Calderon, gdzie Messi zaczął na ławce, Neymar powiedział: - To chyba naturalne, że w chwili, gdy na boisku pojawił się najlepszy piłkarz świata i my i oni wiedzieliśmy co się zaraz stanie. W 76. min Brazylijczyk zagrał w pole karne, Suarez asystował, Messi strzelił. Diego Godin mógł tylko zakryć twarz rękami. A przecież uchodzący za najlepszego stopera w La Liga Urugwajczyk opowiadał niedawno mediom, że fenomen Argentyńczyka bierze się ze strachu przed nim. - Gdy Messi dostaje piłkę, większość hiszpańskich obrońców stoi z rozdziawionymi ustami bojąc się w ogóle do niego zbliżyć - przekonywał, co miało wyjaśniać dlaczego Lionel nie jest tak samo skuteczny i groźny w kadrze Argentyny.

Urugwajczycy postanowili jednak uhonorować nie Godina, lecz Suareza. W 500 kilometrową drogę do Salto wyruszy niedługo posąg napastnika Barcy naturalnych rozmiarów. Urugwajski artysta, który zasłynął namalowaniem twarzy Arnolda Schwarzeneggera i Marylin Monroe na camperze wykorzystywanym w serialu „Miami Vice”, wykona ważącą 60 kg figurę i swoim samochodem przewiezie ją z Pando. Stanie w rodzinnym mieście Suareza przy Paseo del Puerto (Alberto Morales Saravia wykonał też rzeźbę kultowego piosenkarza Carlosa Gardela ustawioną w Parku Centralnym).

Jeśli Messi mógłby czegoś zazdrościć Luisowi, to właśnie uznania w rodzinnych stronach. W Argentynie po przegranych finałach mundialu w Brazylii i Copa America w Chile debatowano nad pozbawieniem Leo opaski kapitana.

W minionym tygodniu, gdy prasa madrycka informowała o „pakcie ukraińskim”, czyli porozumieniu, które zawarli Cristiano Ronaldo i Gareth Bale, dla odtworzenia normalnych relacji w trio BBC, barceloński trójząb MNS udowadniał, że nie ma cienia problemów z wielkimi ego. Wiadomo, że numerem 1 jest Messi, choć jego rola w zespole się zmienia.

Po odejściu Xaviego Argentyńczyk częściej cofa się do drugiej linii, by wspomóc Iniestę i Busquetsa. Jego zagrania zawsze były chirurgicznie dokładne, ale nie mógł podawać i strzelać jednocześnie. Skupiony na zdobywaniu goli, tkwił zwykle w okolicach pola karnego. Dziś często rozrywa defensywy dalekim krosem.

Przez 7 ostatnich lat, czyli od kiedy drużynę przejął Pep Guardiola, Messi zawsze był najskuteczniejszym graczem Barcelony. Jego najniższa średnia bramek w tym okresie wynosiła 0,75, dziś spadła do 0,67 i nikogo to nie martwi. Jeden z felietonistów barcelońskiego „Sportu” postawił tezę, że najskuteczniejszy piłkarz w dziejach klubu z Camp Nou nigdy już nie będzie w nim snajperem numer 1. Ma pełnić rolę lidera, reżysera, kreatora, którego zagrania otwierają partnerom przestrzeń. Guardiola, a potem Tito Vilanova i Gerardo Martino bezowocnie poszukiwali sposobu na to, by grę Barcy uczynić wszechstronniejszą. Dopiero Luis Enrique nauczył zespół szybkiego ataku. Dzięki wycofaniu Messiego, otworzyły się przed nim nowe horyzonty.

 
1 , 2
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac