blog Darka Wołowskiego
RSS
wtorek, 30 grudnia 2014

Atletico Madryt daje swojemu najsławniejszemu wychowankowi szansę na powrót do wielkiego futbolu. Ostatnią, może niezasłużoną, na którą nie zapracował teraz, ale wiele lat temu.

W Wigilię transakcja stała się tajemnicą poliszynela. AC Milan, w którym od pół roku grał Fernando Torres, nie miał nic przeciwko wymienieniu go z Atletico Madryt na Alessio Cerciego. Tak naprawdę pogrążony w kryzysie klub z Mediolanu powinien na tym tylko zyskać. 27-letni Cerci to reprezentant Włoch, który w poprzednim sezonie w Serie A zdobył dla Torino 13 goli. Latem Atletico wydało 16 mln euro, by szybkość, przebojowość i brawura Cerciego stały się wartością dodaną w drużynie mistrza Hiszpanii.

Włoch zawiódł jednak na całej linii. Zagrał w sześciu meczach Primera Division nie zdobywając bramki. Z pewnością zasługiwał na więcej okazji do gry, ale gdy pojawił się pomysł wymienienia go na Torresa, wszyscy ludzie związani z Atletico stracili jak jeden mąż umiejętność trzeźwego myślenia.

Nawet pragmatyczny trener Diego Simeone jest entuzjastą powrotu 31-letniego piłkarza o pseudonimie „El Nino” (Dzieciak). Fernando jest symbolem, wychowankiem, dumą, miłością, a kibice uznają go wręcz za dziecko klubu z Vicente Calderon. W latach największej świetności napastnika zabiegał o niego Real Madryt. Ale miłość i lojalność wobec Atletico kazały mu zawsze odrzucać umizgi najbogatszego klubu świata. Dlatego, gdy 6,5 roku temu wszyscy doszli do wniosku, że „Dzieciak” z Vicente Calderon przerasta klasą drużynę Atletico, został sprzedany do ligi angielskiej.

Nie ma w klubie z Vicente Calderon nikogo, kto by nie wierzył, że powrót Torresa to coś wręcz magicznego. Oficjalnie transfer zostanie ogłoszony 5 stycznia, gdy we Włoszech otworzy się okno transferowe. Prezentacja odbędzie się w niedzielę o godzinie 13 i zapewne przemieni się w manifestację. Już wczoraj o godzinie 9,53 rano na swoim koncie na Twitterze piłkarz napisał: „Wreszcie wracam do domu. Dzięki wszystkim, którzy pomogli mi spełnić to wielkie marzenie. Forza Atleti”.

Zostawił klub drewniany, zastaje murowany. - Dam z siebie wszystko, a nawet więcej – obiecał piłkarz fanom z Vicente Calderon. Ci nie mają cienia wątpliwości. Do jakiego stopnia Torres jednoczy ludzi związanych z klubem pokazuje przykład Frente Atletico, grupy ultrasów usuniętych niedawno ze stadionu za brutalną bijatykę w centrum Madrytu, w której zginął ultras Deportivo La Coruna. Członkowie tej grupy świętują powrót Torresa fotomontażem pokazującym piłkarza trzymającego w rękach flagę stowarzyszenia. Podpis brzmi standardowo: „Witaj w domu”.

Torres stał się talizmanem Atletico w najcięższych czasach, gdy mając 17 lat debiutował w klubie, który pod rządami demonicznego prezesa Jesusa Gila, błąkał się w II lidze. Gil, burmistrz kurortu Marbella był w tamtym czasie aresztowany za nadużycia finansowe. Stojąc na czele Atletico potrafił wyrzucić z pracy czterech trenerów podczas jednego sezonu. Sprowadzał też niezłych piłkarzy, ale drużyna regularnie grała poniżej oczekiwań. Także po powrocie do Primera Division, gdzie Fernando został kapitanem Atletico w wieku zaledwie 19 lat.

Torres chciał grać na Vicente Calderon do końca kariery. Dlatego odrzucił lukratywną ofertę Romana Abramowicza, właściciela Chelsea. Kiedy jednak w sezonie 2006-2007 Atletico znów nie zakwalifikowało się europejskich pucharów, „El Nino” uznał, że zostając w Madrycie, niczego nie osiągnie. Postanowił wyemigrować do Premier League, Liverpool zapłacił za niego blisko 40 mln euro.

W nowym klubie nastąpił jednak dalszy ciąg nieszczęść Torresa. Hiszpański napastnik grał znakomicie, zdobywał gole, w cztery sezony trafił do siatki 81 razy w 142 meczach, z czego aż 65 w Premier League. Ale drużyna z Anfield Road nie zdobyła w tym czasie żadnego trofeum. To było dla niego impulsem do „zdrady” jak określili to fani Liverpoolu. Hiszpan opuścił klub w styczniu 2011 roku przenosząc się do Chelsea za rekordową kwotę 58 mln euro. Został w tamtym czasie najdroższym graczem w Premier League i piątym na liście najdroższych w historii, po Ronaldo, Ibrahimovicu, Zidane, Figo i Kace.

Wtedy świat Torresa przewrócił się do góry nogami. Pierwszego gola dla Chelsea zdobył dopiero w dziesiątym meczu. Odtąd Hiszpana obowiązywała przeciwna zasada: on grał słabo, strzelał mało, ale jego klub zdobywał trofea. Z „The Blues” Torres wygrał Puchar Anglii, Ligę Mistrzów i Ligę Europy, jego skuteczność w porównaniu do czasów Liverpoolu spadła w lidze angielskiej prawie czterokrotnie. Stał się w klubie ze Stamford Bridge, drugą, zbędną rzeczą. Stąd Jose Mourinho po powrocie do Chelsea w 2013 roku, zatrzymał Hiszpana tylko sezon. I bez żalu wypożyczył latem do Milanu. Na zsyłkę, ale w Mediolanie Torres trafił do siatki zaledwie raz (w przegranym meczu z Empoli) i wylądował na ławce. Nawet w pogrążonym w kryzysie klubie z San Siro okazał się bezużyteczny.

W czasie, gdy gwiazda Torresa gasła, gwiazda Atletico się zapalała. W grudniu 2011 roku trenerem zespołu z Vicente Calderon został jego były piłkarz Diego Simeone. I jak czarodziej odmienił drużynę skazaną na porażki. Wiosną 2012 Atletico wygrało Ligę Europy, a potem Superpuchar po zwycięstwie 4:1 nad Chelsea – klubem Torresa. W poprzednim sezonie drużyna odzyskała mistrzostwo Hiszpanii i dotarła do finału Ligi Mistrzów, stając się rewelacją europejskiej piłki.

Zostawiał ukochany klub, bo wyrósł ponad jego miarę. Dziś wraca do drużyny, której będzie się starał dorównać wszystkimi siłami. Włoski trener Fabio Capello uważa, że Simeone wydobędzie z Torresa co najlepsze. Że przywróci mu motywację i nadzieję. Piłkarz nie jest jeszcze stary: 31 lat skończy dopiero w marcu. Pytanie: czy „Dzieciak” nie jest już zupełnie zgraną kartą?

Torres nie jest wyłącznie legendą Atletico, ale całej hiszpańskiej piłki. Dla nie zrobił znacznie więcej. Już w reprezentacjach juniorskich zdobywał tytuły mistrza Europy okraszone premiami dla najlepszego strzelca, lub najlepszego gracza turnieju. W pierwszej reprezentacji debiutował 6 września 2003 roku w starciu z Portugalią, pierwszego gola wbił Włochom siedem miesięcy później. W 110 spotkaniach dla „La Roja” zdobył 38 goli, co w klasyfikacji strzelców wszech czasów daje mu trzecie miejsce za Davidem Villą i Raulem Gonzalezem.

W drużynie narodowej na pecha Torres mógł narzekać tylko na początku, Euro 2004 i mundial w Niemczech zakończyły się dla „La Roja” porażkami. Potem nastąpiła fantastyczna seria triumfów na Euro 2008, mundialu w RPA i Euro 2012. „El Nino” zdobywał gole w obu zwycięskich finałach mistrzostw kontynentu, w Polsce i na Ukrainie został królem strzelców turnieju.

W 2008 roku zajął trzecie miejsce w plebiscycie Złota Piłka wyprzedzony tylko przez Cristiano Ronaldo i Lionela Messiego. Wróżono mu wtedy taką samą karierę jak Portugalczykowi i Argentyńczykowi. Załamanie formy przyszło w kwiecie wieku, czyli wtedy, gdy przestał być dzieciakiem. Atletico, jego klub daje mu ostatnią szansę. Nikt inny, poza ludźmi związanymi z klubem z Vicente Calderon już w jego odrodzenie nie wierzy.

sobota, 27 grudnia 2014

71 zwycięstw w 88 meczach, czyli 80,6 procenta – żaden trener w historii Realu Madryt nie wygrywał tak często. Carlo Ancelotti okazał się bratem duchowym Vicente del Bosque.

Pamiętam dyskurs selekcjonera Hiszpanii opowiadającego o tym, czego w futbolu nie znosi najbardziej. Rzadki to przypadek, bo przecież jowialny, opanowany, wręcz misiowaty Del Bosque unika jak ognia negatywnych komunikatów. Szczególnie takich, które mogły być odebrane jako krytyka Realu Madryt. Vicente kocha królewski klub, choć nie po drodze mu z jego sławnym prezydentem.

„Nie rozumiem trenerów, którzy wciąż są w złym humorze. Budzą się z myślą, że wszyscy wokół kopią pod nimi dołki. Zawsze narzekają, wszędzie czują prowokacje i spiski. Podejrzewają swoich piłkarzy, rywali i sędziów. Zastanawiam się, po co oni w ogóle tkwią w futbolu” – cytuję selekcjonera Hiszpanów z pamięci.

Ta charakterystyka pasowała jak ulał do Jose Mourinho. Portugalczyk, szkoleniowiec bez wątpienia unikalny, popadł w Madrycie w konflikt ze wszystkimi. Nawet dziś, gdy odzyskał swoje miejsce w Chelsea, która znów czerpie z jego niekwestionowanego talentu mówi: „Kocham swoich piłkarzy” sugerując, że w stolicy Hiszpanii za tym stanem najbardziej tęsknił.

Mourinho to typ wodza, który nie widzi potrzeby dzielić się władzą. Zupełnie przeciwnie niż Del Bosque, lub obecny szkoleniowiec Realu Carlo Ancelotti. Być może Cristiano Ronaldo, Sergio Ramos i Iker Casillas nie potrafili by docenić Włocha w stu procentach, gdyby nie jego poprzednik. W czasach „Mou” Real prowadził wojnę z całym światem i tylko incydentalnie mógł czuć się zwycięzcą. Dziś świat legł u stóp „Królewskich”, a doprowadził do tego typ podobnie misiowany i jowialny jak Del Bosque.

Carlo Ancelotti zdaje się nie dopuszczać do siebie myśli, że ociekający milionami współczesny futbol jest jaskinią jadowitych węży. On w takim środowisku by nie wytrwał, widzi więc dookoła ludzi przyjaznych, pełnych szacunku i sympatii wzajemnej. Jego zachowanie wobec współpracowników sprawia, że trudno go znienawidzić. Mają z tym kłopot nawet ci gracze Realu, których regularnie skazuje na ławkę dla rezerwowych. A są wśród nich piłkarze tak znani jak Fabio Coentrao, Sami Khedira, Alvaro Arbeloa, czy Asier Illarramendi sprowadzeni do Madrytu kosztem przekraczającym 90 mln euro.

Włoch, bardziej niż inni współcześni szkoleniowcy, wierzy w istnienie czegoś takiego jak jedenastka galowa. Z wszystkich drużyn Primera Division podstawowi gracze Realu spędzili na boisku najwięcej minut. W tym widzą słabość koncepcji Ancelottiego rywale „Królewskich” oczekując, że rywalizacja na tylu frontach wciąż tym samym składem, musi doprowadzić do wyczerpania materiału. Włoch uważa, że automatyzmy wypracowane w zespole są cenniejsze niż siły do biegania. Zwłaszcza, że ma w kadrze wielu atletów, o rozmiarze płuc unikalnym nawet jak na standardy zawodowej piłki.

Oczywiście kontuzje mięśniowe nie omijają Realu, trudno je jednak uznać za plagę. Stąd przez półtora roku pracy Ancelottiego drużyna wygrała 71 z 88 rozegranych meczów. Rok 2014 kończy z obłędnym bilansem 51 zwycięstw w 66 spotkaniach, zdobywając w nich 178 goli, tracąc tylko 41. Przy czym przez okrągłe 12 miesięcy debatowano o fatalnej formie Casillasa i błędach w kryciu popełnianych przez obrońców przy stałych fragmentach gry.

Za przełomowe Ancelotti uważa zwycięstwo 2:1 nad Barceloną w finale Pucharu Króla, odniesione bez Cristiano Ronaldo. Wszyscy wspominają niewiarygodny sprint Garetha Bale’a, zapominając o tym, że w 90. minucie Casillas wygrał pojedynek sam na sam z Neymarem ocalając zwycięstwo.

Kolejne ocalił Sergio Ramos w doliczonym czasie gry finału Ligi Mistrzów z Atletico. Jeszcze trzy dni przed nim dziennikarze z Madrytu pytali Ancelottiego, czy jest świadomy, że w razie porażki zostanie wyrzucony z klubu. Według ostatnich koncepcji Carletto ma stać się Aleksem Fergusonem Realu Madryt. Brzmi to niewiarygodnie w odniesieniu do klubu, który od czasu odejścia Del Bosque (2003 rok) zatrudnił 11 trenerów.

Do błędu popełnionego w czerwcu 2003 roku Florentino Perez nigdy się nie przyznał. Wydawało mu się, że spokój Del Bosque to za mało jak na potrzeby najbogatszego klubu świata. A może galaktyczni wygrywali nie dzięki Del Bosque, ale mimo niego? Bałagan i chaos, które nastąpiły potem stały się dla Realu historyczną lekcją. Porywczy Mourinho był tylko apogeum konfliktów i walk wewnętrznych. Z Ancelottim „Królewscy” odzyskali spokój, od kibiców, przez szefów klubu, po personel sprzątający. Carlotto grzecznie kłania się wszystkim bez wyjątku, naiwnie ufając, że klub to wielka rodzina. I może to właśnie czyni go tak wyjątkowym? Przyjemnie w to wierzyć, zwłaszcza w Święta.

Real wygrywa częściej niż kiedykolwiek i ma mniej wrogów niż kiedykolwiek. To jest dzieło siły spokoju Włocha.



środa, 17 grudnia 2014

Trwa stan idylli Realu Madryt zbudowany na 21 kolejnych zwycięstwach, a hiszpańskie media stawiają pytanie, czy istnieje rywal zdolny przeciwstawić się „Królewskim”?

Drużyna Carlo Ancelottiego z przytupem przeskoczyła Cruz Azul w drodze do finału mundialu klubów. 13. zespół ligi meksykańskiej nie miał prawa przeciwstawić się rywalowi o potencjale sięgającym szczytów. Szansa na wyrównany mecz była jedna - że Meksykanie otoczą Jose Coronę szczelnym pierścieniem, a bramkarz rywali będzie miał dzień konia. Tymczasem to Iker Casillas obronił rzut karny (drugi w drugim kolejnym meczu) i już nawet jego forma nie budzi w Madrycie cienia wątpliwości.

Działa wszystko. Isco w roli pomocnika wyrasta na najjaśniejszą gwiazdę hiszpańskiej piłki. Już nie Andres Iniesta, ale właśnie urodzony w Benalmadenie 22-latek ma być liderem nowej drużyny Vicente del Bosque. Inną pozycję na boisku wymyślił mu Carlo Ancelotti, a może wręcz przypadek, lub okoliczności. W ofensywnym trio Realu nie było dla niego miejsca – wybór był jasny, cofa się, albo leci na ławkę. Wybrał grę i zachwyca. Trudno tylko jednoznacznie przewidzieć, czy wskoczył na ten poziom na chwilę, czy już raz na zawsze?

O wspierającym Isco Tonim Kroosie można powiedzieć tyle, że spełnia najśmielsze oczekiwania. Z wszystkich niemieckich graczy, którzy sięgnęli w Brazylii po tytuł mistrza świata, właśnie on najbardziej pasuje do Realu. Wystarczy spojrzeć na pozycję Samiego Khediry, który jest w Madrycie piąty rok i nigdy nie doczekał uznania. Kroos szefuje w środku pola, z marszu nawiązał telepatyczne porozumienie z kolegami, to jest ten przypadek, gdy mówi się, że język piłki nie zna granic.

Potencjał trio BBC jest ogromny, każdy z nich ma dynamit w nogach. Wczoraj wiadomością dnia był fakt, że przy zwycięstwie 4:0 Cristiano Ronaldo nie zdobył gola. Ancelotti żartuje, że zachował go sobie na finał, Portugalczyk w każdym meczu pokazuje swoją dojrzałość. Już nie jest tym narcystycznie ambitnym gościem, który przybywał do Madrytu wyobrażając sobie, że Barcelonę rozbije w pojedynkę.

Niegole Ronaldo, czyli jego akcje, jego charyzma, jego charakter, jego pazerność na wygrywanie definiują obecny Real w nie mniejszym stopniu niż gra Leo Messiego Barcelonę w latach 2009-2012. Portugalczyk zapracował w Madrycie na status półboski, i nikt mu go nie odbierze bez względu na liczbę bramek. Dziś pracuje na innych, a chwała i tak zawsze spływa na niego. Dobijając do trzydziestki jest świadomy, że jego pozycji w Realu zagraża tylko jedno – porażki.

Póki co „Królewscy” mogli zapomnieć kiedy ostatni raz schodzili z boiska pokonani. W połowie września zaliczyli wpadkę w derbach Madrytu i od tamtej pory już tylko wygrywają. Wychwalany pod niebiosa Ancelotti nie pręży muskułów, ale wskazuje palcem na piłkarzy. Tłumaczy, że mając tak wybitnych pracowników, jego robota w trenerce nigdy nie była równie łatwa.

Najważniejsze, iż gracze Realu zachowują świadomość czasu i miejsca. Mundialu klubów jeszcze nie wygrali, przed nimi wciąż najtrudniejsze. A jeśli nawet zwyciężą w finale równie zdecydowanie jak z Cruz Azul, nie daje to gwarancji na rok 2015. Zaledwie 12 miesięcy temu nieosiągalne szczyty futbolu osiągnął Bayern Monachium, a potem przyszedł półfinał Champions League i „Królewscy” strącili Bawarczyków na ziemię z wielkim hukiem. Czas w piłce płynie szybko, ery się kończą w mgnieniu oka, z jakiegoś powodu w Champions League nikt jeszcze nie obronił trofeum.

Real ma jednak pewne doświadczenia zaklęte w głowach Casillasa, Ramosa, Pepe, Ronaldo i Benzemy. Oni wiedzą, że ze szczytu zdecydowanie łatwiej się spada, niż na niego wchodzi. Gareth Bale, który w Madrycie spędził triumfalne 15 miesięcy może tego nie rozumieć. Tamci przeżyli okres dominacji Barcelony Pepa Guardioli, który był dla nich upokorzeniem goniącym upokorzenie. Przeżyli też półfinał Champions League z 2012 roku, kiedy Manuel Neuer wyśmiewał Ramosa za pudło z karnego. Ci gracze „Królewskich” przeszli przez wszystko zanim znaleźli się na szczycie. Złota głowa Ramosa, która odwróciła losy finału Champions League wciąż działa. I nie o tyle, że znów zdobył wczoraj pierwszą bramkę dla „Królewskich”. To właśnie on jest w szatni szefem robiącym wszystko, by w umysłach mniej doświadczonych kumpli nie zakwitła zgubna myśl: „jesteśmy niezwyciężeni”.

Słowa najwyższego podziwu należą się być może stoperowi Pepe. On przeszedł najgłębsze przeobrażenie. Kiedyś biegał za rywalami z kipiącym mordem wypisanym na twarzy, dziś jest najczyściej grającym obrońcą w lidze hiszpańskiej. Jeszcze na mundialu w Brazylii jego poryw autodestrukcyjnego gniewu storpedował szanse Portugalii w pierwszej połowie meczu z Niemcami. Dziś jest w tyłach Realu oazą spokoju, a klasą sportową nigdy przecież nie ustępował Ramosowi.

Między tymi wszystkimi utytułowanymi, ale też mocno doświadczonymi ludźmi zapanował stan harmonii. Tak można wnioskować z tego, co dzieje się na boisku, gdy wychodzi na nie grupa w białych koszulkach. W czasach galaktycznych Real rozpadał się na megagwiazdy i szare tło, które nie przystawało do nich, dziś „Królewscy” gwiazdy mają nie mniejsze niż Figo i Zidane, ale graczy typu Francisco Pavon, Raul Bravo, czy Oscar Miniambres próżno szukać. Jak widać uczą się nie tylko piłkarze, ale i prezesi. Polityka nierównomierności przyniosła Florentino Perezowi dość rozczarowań. Dziś Real słabych punktów nie ma. Ale rok 2015 szykuje dla niego trudności, których dziś nikt nie podejrzewa.

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Gerardo Martino był złym trenerem, mimo tego zdobył z Barceloną po 15 meczach o pięć punktów więcej niż Luis Enrique. Drużyna z Camp Nou przerodziła się dziś w jeden wielki eksperyment.

Prowadząc zespół rezerw włączył do kadry meczowej kontuzjowanego Jonathana Soriano po to tylko, by zmylić trenera rywali. Luis Enrique ma obsesję zaskakiwania, w 22 meczach tego sezonu Barcelona ani razu nie zagrała dwóch kolejnych spotkań w takim samym składzie. Zaskoczeni czują się czasem także jej piłkarze, ale jak zapewnia Marc Bartra, który z Enrique pracował w rezerwach, da się do tego przywyknąć z czasem. Władze Barcelony wybrały tego właśnie szkoleniowca, bo dla nikogo nie ulegało wątpliwości, że zespół potrzebuje głębokich reform.

Latem wydawało się, że drużyna nie będzie już korzystała z Xaviego i Daniego Alvesa. Dziś są oni obok Messiego i Busquetsa najczęściej wykorzystywanymi piłkarzami. Luis Enrique nie ma wątpliwości co do ustawienia ataku: Messi, Neymar i Luis Suarez mają w nim miejsce pewne. Miesza ustawieniem pomocników i obrońców. Chce sprawić, żeby jego ofensywne trio zdobywało jak najwięcej goli. Póki co ma ich w lidze mniej niż jeden Cristiano Ronaldo.

To niewiarygodne, ale Barcelona prowadzona przed rokiem przez „Tatę” Martino miała po 15 meczach o pięć punktów więcej niż ma zespół Luisa Enrique. Dziś byłaby liderem Primera DIvision z punktem przewagi nad śmigającymi niczym bolid „Królewskimi”. Martino nie zmieniał w drużynie zbyt wiele, doszedł do wniosku, że grupie tak wybitnych piłkarzy wystarczy przesadnie nie przeszkadzać. Początek pracy miał obiecujący, ale wiosną, w kluczowych momentach Barca zaczęła przegrywać. Najpierw w Champions League (Atletico), potem w Pucharze Króla (Real Madryt), na koniec w lidze (Atletico). I przyzwyczajeni do triumfów gracze z Camp Nou zakończyli sezon bez trofeum.

Luis Enrique przybywał do Katalonii z jasną misją. Drużyna miała się zmieniać szczególnie w grze defensywnej. Nowy trener mówił o tym, że biegać muszą wszyscy, na dowód odesłał opornego wobec gry w tyłach Gerarda Deulofeu do Sevilli. Jego zespół miewa mecze lepsze i gorsze – bilans ligowy nie jest oszałamiający: porażki z Realem i Celtą, remisy z Malagą i Getafe sprawiły, że drużyna z Camp Nou traci już 4 pkt do „Królewskich”.

Na początku sezonu kataloński dziennik „Sport” opublikował listę 10 punktów, w których Luis Enrique przewyższa „Tatę” Martino. Że nie boi się sławnych piłkarzy, że działa z pozycji szefa, a nie prosi o posłuchanie, że daje szansę młodzieży (Munir, Sandro, Rafinha). Dziś te wszystkie zachwyty brzmią jak zaklinanie rzeczywistości przestając wytrzymywać próbę czasu.

Póki co zyski z pracy nowego szkoleniowca są niejasne. Zaskakuje, miesza, unika przecieków dotyczących składu, co nie skutkuje ani oszałamiającą grą, ani wynikami. Przeciwnie. Defensywa gra być może odrobinę skuteczniej, ale pomoc – do niedawna wizytówka klubu – straciła całkowicie swoją moc. Barca była kiedyś zbiorem gwiazd pracujących na wspólne dzieło przerastające efektem każdego z graczy, nawet Messiego. Dziś zespół stracił atut jedności, mecze rozstrzyga dzięki indywidualnościom.

Trudno kwestionować dokonania nowego trenera zanim nadejdą decydujące mecze. Jedno jest pewne. To kolejny sezon, gdy Barca budzi więcej kontrowersji niż odczuć pozytywnych. Mówi o tym 35-letni już prawie Xavi wiedząc, że jego dni na najwyższym poziomie są policzone. Barca wygląda dziś jak jej kapitan – tylko chwilami przypomina siebie. Jak przebrzmiała piękność, która pewnego dnia zdaje sobie sprawę, że w dawne, fantastyczne kreacje już się nie mieści.

czwartek, 11 grudnia 2014

Luis Enrique zrewolucjonizował grę Barcelony znienacka, w sposób szokujący nawet dla swoich piłkarzy. Gdyby przegrał z PSG, odsądzono by go od czci i wiary. Ale wygrał ocalając pierwsze miejsce w grupie.

Kiedy po przegranym Gran Derbi z Realem Madryt Jeremy Mathieu poskarżył się dziennikarzom, że był zupełnie zaskoczony grą na lewej obronie, Luis Enrique wybuchnął złością. – U mnie piłkarz ma być gotowy zawsze i na wszystko – powiedział. Nie chodziło o gracza byle jakiego, 31-letni Francuz został sprowadzany na Camp Nou na specjalną prośbę nowego trenera. Barcelona wydała na niego 20 milionów euro - kwotę astronomiczną jak na obrońcę w jego wieku. Komentatorzy wyśmiewali za ten ruch dyrektora sportowego Andoniego Zubizarretę, ale sprawcą kontrowersyjnego transferu był właśnie Luis Enrique.

W środowym meczu z PSG w Lidze Mistrzów Mathieu był zaskoczony jeszcze bardziej. A z nim wszyscy inni gracze Barcelony. I nie tylko oni. Kiedy drużyna wyszła na Camp Nou dziennikarze „Marki” relacjonujący mecz na żywo przekonywali, że skrzydłowy Pedro zajmie miejsce ukaranego za kartki Daniego Alvesa na prawej obronie. Szybko okazało się to nonsensem, Pedro dołączył do Messiego, Neymara i Suareza. Defensywa Barcy została okrojona do trzech graczy Pique, Bartry i Mathieu. Ten ostatni miał zneutralizować Lucasa Mourę. Nie udało się to już w 15. minucie, gdy Francuz nie zablokował centry Brazylijczyka i PSG prowadziło po golu Ibrahimovica.

Na Camp Nou zapachniało kompromitacją. Trener ustawił zespół tak, że jego piłkarze byli kompletnie zagubieni. Andres Iniesta tłumaczył, że w tygodniu drużyna ćwiczyła taką taktykę, ale szkoleniowiec trzymał w tajemnicy do ostatniej chwili, kto ma ją wykonać przeciw mistrzom Francji. Najlogiczniej byłoby wstawić za Alvesa Andriano, to lewy obrońca, ale z prawej strony grywał często. Enrique miał jednak swój oryginalny plan – zaskakujący dla wszystkich. Aby pomóc mniej licznej defensywie, w drugiej linii znalazło się miejsce dla dwóch defensywnych pomocników (Busquets, Mascherano).

Mówili o tym znawcy Serie A. Kiedy Luis Enrique prowadził Romę, postępował właśnie w ten sposób. Grając mecze lekkie, łatwe i przyjemne, drużyna z Rzymu była ustawiana tradycyjnie, a gdy przychodziło do starć kluczowych, najważniejszych w sezonie, z wielkimi rywalami Hiszpan mieszał w składzie tak, że nikt Romy nie mógł poznać. Zwykle szkodziło to bardziej rzymianom, niż ich przeciwnikom.

Roma to jednak inny temat od Barcelony. Aby zrozumieć czym jest dla Barcy jej styl, zdefiniowany ćwierć wieku temu przez Johanna Cruyffa, trzeba by się zagłębić w historię klubu. Jest z grubsza tym, czym niepodległość Katalonii, nosi się go na sztandarach, a nie zmienia w zależności od przeciwnika i potrzeb.

Ten styl nazwany popularnie tkiki-taką do doskonałości doprowadził Pep Guardiola. Ale już on zauważył, że po latach triumfów staje się on niewydolny i przewidywalny dla rywali. Guardiola próbował ustawiać drużynę z trójką obrońców, ale gra Barcy była taka sama jak wcześniej: zawsze płynna, oparta na posiadaniu piłki.

Dekadencja zespołu trwała od 2012 roku. Zmiany były konieczne, ale trzeba ich było dokonać zgodnie z doktryną. Starania następców Guardioli były nieudane. Tito Vilanova zachorował, Tata Martino sobie nie poradził, dziś jako selekcjoner Argentyny przyznaje, że na Camp Nou powinien był zrobić wszystko inaczej.

Luis Enrique wziął sprawy w swoje ręce. Twardo, z zaciętością, czyli w swoim stylu. Po kwadransie gry z PSG dziesiątki tysięcy ludzi na Camp Nou myślało zapewne tylko o tym, kiedy szefowie klubu przepędzą go na cztery wiatry. Ale już za chwilę zaczęło się dziać coś ciekawego z punktu widzenia Katalończyków. Mascherano zagrał wspaniałą piłkę do Suareza, ten zacentrował w pole karne, a Messi wbił ją do siatki. Akcja zupełnie nie w stylu Barcelony, w której kluczem były długie zagrania!

Drugi gol był może jeszcze dziwniejszy. Zwykle w Barcelonie Neymar wysyłany jest na skrzydło, gdzie szamocze się z przeważającymi siłami rywala i oddaje piłkę do tyłu. Tym razem piłkarze PSG zrobili mu masę miejsca w środku, więc oddał precyzyjny strzał z dystansu, taki jak w reprezentacji Brazylii. W koszulce „Canarinhos” jest skuteczniejszy niż Pele w jego wieku, w Barcelonie jego atuty nikną. Czy Enrique znalazł wczoraj rozwiązanie tej zagadki wartej co najmniej sto milionów euro? Czy też to wszystko co widzieliśmy w meczu przeciw PSG stało się w jakimś stopniu przypadkowo?

Barca miała w środę więcej miejsca do gry. Wykorzystywała całe boisko Camp Nou, a nie jak to zwykle bywa ostatnie 30 metrów pod bramką przeciwnika. W wielu meczach jej fani widzieli irytujące sceny, jak megagwiazdy Barcy poszukują luki w szczelnym murze rywali. Tłok, ścisk i monotonne próby powtarzane do znudzenia, często bez efektu. „Choroba” zdawała się pogłębiać z każdym miesiącem.

Wczoraj efekt był. Każdy z wielkiego trio: Messi, Neymar i Suarez zdobył po bramce. Prasa hiszpańska jest zdezorientowana. Nie można urwać głowy trenerowi po wygranej. W dodatku nad tak silnym rywalem jak PSG. Ale gra Barcy budziła wątpliwości. Dziennik „Marca” dał tytuł informujący, że mając takie trio w ataku, fani z Camp Nou mogą być spokojni. Wiadomo, że to nie prawda. Było kilka meczów w tym sezonie (Real, Celta, Almeria), gdzie Messi, Neymar i Suarez bezsilnie bili głowami w mur ustawiony przed bramką. Być może nowa taktyka wymyślona przez Enrique jest rozwiązaniem problemu?

Trener PSG Laurent Blanc twierdził, że on zaskoczyć się nie pozwolił, a zwycięstwo Barcy to nie wynik nowatorskiej taktyki jej trenera, ale geniuszu napastników. Kiedy Enrique znowu zaskoczy wszystkich, kiedy znów dokona rewolucji w ustawieniu, nie wiadomo. Trudno przewidzieć czy wciąż będzie korzystał z tego, co wymyślił na środowy wieczór. Jaki jest jego udział w tym zwycięstwie, czas pokaże. Jedno mu się udało: Barca przestała być drużyną przewidywalną do znudzenia. Nikt nie wie jednak, czy to dobrze.



środa, 10 grudnia 2014

Pożegnanie Liverpoolu z Ligą Mistrzów wpisuje się w słabnącą pozycję angielskich klubów. Trudno to więc uznać za sensację.

Pięciokrotni triumfatorzy Pucharu Europy wrócili do rozgrywek zaledwie na chwilę. Wtorkowy remis z FC Basel na Anfield Road (1:1) skazał Liverpool na „spadek” do Ligi Europy, co jest porażką dla klubu z taką tradycją. Obecne możliwości drużyny są jednak poniżej przeciętnej europejskiej skoro taki średniak jak mistrz Szwajcarii okazał się zespołem lepszym, dojrzalszym, górującym organizacją gry, mającym większe indywidualności. Zryw w ostatnich minutach po golu z wolnego kapitana Stevena Gerrarda sprawił, że gospodarze wyrównali grając w dziesięciu (czerwona kartka Lazara Markovica) i choć nie ocalili Ligi Mistrzów uratowali chociaż twarz.

Liverpool wracał do Champions League po czterech latach przerwy, z wielkimi nadziejami, bo ofensywna drużyna Brendana Rodgersa była rewelacją ubiegłego sezonu w Premier League ocierając się o pierwszy od 24 lat tytuł mistrzowski. Atak, stworzony przez Daniela Sturridge’a, Raheema Sterlinga i Luisa Suareza Wyspiarze najchętniej żywcem przenieśliby do drużyny narodowej, tyle, że najlepszy piłkarz ubiegłego sezonu w lidze angielskiej jest Urugwajczykiem, który w dodatku wykopał Anglików z mundialu w Brazylii.

Liverpool stracił latem Suareza, który był jego liderem, rozgrywającym, snajperem i dobrym duchem. Urugwajczyk zapragnął grać u boku Leo Messiego w Barcelonie, ale Rodgers dostał za niego 80 mln euro, które mógł wydać na wzmocnienia. Graczy kupował hurtowo, ale ich jakość można kwestionować - skoro we wtorek w najważniejszym meczu tego sezonu Liverpool nie miał na boisku, ani na ławce nikogo zdolnego zagrozić przybyszom z Bazylei. Próbował Serb Markovic, ale po kilku dynamicznych akcjach uderzył rywala i wyleciał z boiska.

Liverpool nie jest dziś nawet cieniem drużyny z ubiegłego sezonu, w lidze zajmuje 9. miejsce i o grę w Lidze Mistrzów w przyszłym sezonie będzie mu trudno.

Tak się składa, że rozbrat Liverpoolu z Ligą Mistrzów zbiegł się ze słabnącą pozycją klubów angielskich w najważniejszych klubowych rozgrywkach. Angielską hossę w Europie zapoczątkował historyczny finał w Stambule w 2005 roku, gdzie „The Reds” pobili Milan, a bohaterami zostali Gerrard i Jerzy Dudek. Dla klubów Premier League nastały lata tłuste: w czterech kolejnych finałach wystąpiło aż pięć angielskich drużyn. W 2008 i 2009 roku do półfinałów Wyspiarze wpuszczali tylko Barcelonę. Aż nadeszły lata chude - w 2012 i 2014 honoru Premier League broniła Chelsea, w 2013 roku w ćwierćfinałach nie było ani jednej angielskiej drużyny.

Teraz sytuacja jest podobna. Tylko zespół Jose Mourinho zdołał wygrać swoją grupę i tylko on zalicza się do faworytów, ale z mniejszymi szansami niż Real Madryt, czy Bayern Monachium. Kiedy Liverpool wypadł z tak zwanej Wielkiej Czwórki w Anglii, zastępował go Tottenham, a potem już Manchester City, które w Lidze Mistrzów nic nie zdziałały. Sytuację pogorszył kryzys Manchesteru United - pod wodzą Alexa Fergusona w Europie nie zawodził, a nawet po odejściu Szkota, w słabiutkim poprzednim sezonie dotarł do ćwierćfinału i sprawił kłopot Bayernowi. Dziś najsolidniejsza angielska firma nieśmiało próbuje odbudować się w lidze, poza Chelsea inne kluby najbogatszej ligi świata pełnią dziś w Europie rolę szarego tła.

Dzisiejszy mecz z PSG na Camp Nou w Lidze Mistrzów jest dla Barcelony częścią większej całości - batalii o odzyskanie utraconego miejsca na szczycie. Uzbrojeni za katarskie pieniądze Paryżanie mają tak samo wysokie aspiracje.

W 2006 roku po raz ostatni Barcelona zajęła drugie miejsce w grupie Champions League. Broniąca trofeum drużyna Franka Rijkaarda dała się wyprzedzić Chelsea, prowadzonej przez Jose Mourinho. Zdecydował o tym rewanż na Camp Nou, gdzie Didier Drogba w 90. minucie ocalił dla londyńczyków remis 2:2. Mourinho świętował jakby to był finał, w swoim eleganckim garniturze padł na kolana i przejechał tak po murawie kilkanaście metrów.

Portugalczyk wiedział co robi. Zwycięstwo w grupie dało Chelsea słabszego rywala w 1/8 finału (FC Porto). Barcelona trafiła wtedy na bardzo mocny Liverpool i odpadła z rozgrywek – zespół z Anfield Road dotarł aż do finału w Atenach.

Przez kolejne siedem lat Barca ani razy nie potknęła się w fazie grupowej, zawsze kończyła ją na szczycie tabeli. I w losowaniu play offs była rozstawiana. Dziś grozi jej złamanie tej serii, jeśli nie pokona na Camp Nou Paris Saint Germain, znów będzie druga i wystawi się na groźbę trafienia w 1/8 finału na Chelsea, a co gorsza na Bayern Monachium.

Katalończycy muszą pobić Paryżan z kilku powodów. Aby wziąć rewanż za porażkę na Parc des Princes 2:3 w pierwszym meczu. Poza tym nowy trener Luis Enrique chce się uchwycić każdego symptomu pozwalającego wierzyć, że znalazł klucz do odbudowania drużyny. W 2012 roku zespół z Camp Nou, wcześniej hegemon europejskiej piłki, zaczęła popadać w dekadencję. Jego gracze wolniej biegają, wolniej myślą, stali się przewidywalni dla rywali wielkich i średnich. Sprowadzono za gigantyczne pieniądze Neymara i Luisa Suareza, ale odpowiedzialność za zespół z Camp Nou w dalszym ciągu opiera się niemal wyłącznie na barkach Leo Messiego. Argentyńczyk miewa przebłyski geniuszu, został niedawno najskuteczniejszym graczem w historii ligi hiszpańskiej i Pucharu Europy. Ale zdarzają mu się mecze, że niknie w przeciętności i nie jest w stanie wydobyć z niej kolegów. Tak było w ostatnim Gran Derbi, gdzie Real Madryt wręcz zdeklasował Katalończyków.

Doszło do tego, że gdy zapytano Ikera Casillasa o największych rywali w Champions League, bramkarz obrońców trofeum wymienił Bayern Monachium i Atletico Madryt. Pominął Barcę?! A przecież kapitan Realu i reprezentacji Hiszpanii jest ostatnim graczem „Królewskich”, którego można by posądzać o stronniczość. Po prostu Barcelona obniżyła loty, przyznał to nawet jej pomocnik Sergio Busquets ogłaszając, że drużyna, która zadziwiała świat z Pepem Guardiolą na ławce, jest już tylko historią.

Nie chcą w to uwierzyć fani Barcelony. Nie wyobrażają sobie, żeby dziś ktoś taki jak Zlatan Ibrahimovic przybył na Camp Nou i osiągnął swój cel. Szwed grał w Barcy pięć lat temu, ale został odrzucony przez Guardiolę. Poprzysiągł zemstę, dotąd jednak Barca odpierała jego ataki. Dziś miałoby być inaczej? To byłoby dla Katalończyków wyjątkowo trudne do zniesienia. Luis Enrigue nie może wystawić na prawej obronie Daniego Alvesa, prawdopodobnie zastąpi go rodak Adriano.

Paryski klub ma tak samo wielkie ambicje jak Barca. I jeszcze większe pieniądze. W ostatnich latach kilka razy okazał się od Katalończyków silniejszy na rynku transferowym. Trzej brazylijscy stoperzy Thiago Silva, Marquinhos i David Luiz byli marzeniem Barcy, dziś ich miejscem pracy jest w Park Książąt. Katarscy właściciele zainwestowali w paryski klub setki milionów, nasycili się w Ligue 1, gdzie ich drużyna jest nietykalna trzeci sezon. Aspiracje sięgają jednak europejskiego szczytu, barierą jest na razie ćwierćfinał Champions League, w którym przed rokiem powstrzymała ich Chelsea, a dwa lata temu Barcelona.

Póki co Liga Mistrzów opiera się inwazji szejków. PSG zgniata rywali we Francji, ale w Europie nawet nie wrócił na poziom, na który wspiął się w 1995 roku, po wyeliminowaniu słynnego Dream Teamu z Barcelony. Jeszcze gorzej radzi sobie Manchester City należący do bogaczy z Emiratów Arabskich, mistrzem Anglii był ostatnio dwa razy, w Champions League ponosi klęskę za klęską. Z tego powodu pracę w Manchesterze stracił Roberto Mancini, przed rokiem jego następca Manuel Pellegrini doczłapał z zespołem do 1/8 finału. Miał to być krok do przodu, następny Pellegrini obiecał wykonać teraz, tymczasem mistrz Anglii jest o włos od uwstecznienia. Dziś, bez swojego najlepszego gracza -  kontuzjowanego Kuna Aguero City musi wygrać w Rzymie z Romą, by ocalić szanse na awans, licząc w dodatku, że zrelaksowany Bayern nie pozwoli ograć się w Monachium CSKA Moskwa.



poniedziałek, 08 grudnia 2014

17 fanów Realu Madryt dostało zakazy stadionowe za obrażanie Leo Messiego i Katalonii podczas sobotniego meczu z Celtą Vigo. Trener Barcelony Luis Enrique wieszczy, że jak tak dalej pójdzie, trybuny będą świeciły pustkami.

Czasy, gdy Pep Guardiola i Jose Mourinho wcielali się w bohaterów popularnych westernów - należą już w lidze hiszpańskiej do przeszłości. Pierwszy pracuje dla lidera Bundesligi, drugi prowadzi najlepszy obecnie zespół na Wyspach. Ich następcy Carlo Ancelotti i Luis Enrique unikają słownych pojedynków. W kuriozalny sposób dzieli ich jednak sprawa, która z pozoru powinna łączyć.

Śmierć fana Deportivo Jimmy’ego w ustawce w Madrycie wstrząsnęła Hiszpanią. Niemal wszyscy mówią jednym głosem, że Primera Division ma rozpocząć marsz w kierunku wymarzonego ideału. Czy „liga pokoju” to tylko chwilowa mrzonka wywołana kacem po brutalnej jatce dwóch band kibolskich w stołecznym parku Rio? Przejawem walki z chuligaństwem w piłce jest reakcja władz ligi, która zażądała kar dla ultrasów obrażających z trybun Santiago Bernabeu Leo Messiego i Katalonię. Wiadomo, że relacje między zwolennikami Realu i Barcy nie są łatwe, dotąd reagowania na wulgarne okrzyki jednych przeciw drugim nikt nie brał nawet pod uwagę.

Tym razem wykorzystano monitoring na Santiago Bernabeu. Zidentyfikowano 17 fanów wykrzykujących obraźliwe słowa i ukarano zakazem stadionowym. Zapytany o to Ancelotti powiedział, że jego zdaniem wyzwiska to rodzaj agresji. A więc trener Realu nie szukał wykrętów, on autentycznie uważa, że eliminowanie wulgaryzmów z piłkarskich stadionów to nie jest przejaw donkiszoterii. Agresywne słowa łatwo przeradzają się w czyny. Znacznie mniejszym optymistą w tej delikatnej sprawie okazał się Luis Enrique.

- Jeśli będziemy usuwać ze stadionów tych, co obrażają i przeklinają, zostaniemy na nich sami. Nawet piłkarze znikną - powiedział trener Barcelony.

Faktycznie sprawa nie jest banalna i jednoznaczna. Dotąd uważano, że jeśli ultrasi się nie zabijają, nie walczą na pięści, kastety i pały to już wielki sukces. Lata trwało zanim FIFA i UEFA wzięły się za walkę z rasizmem na serio. Ale przekleństwa? Przecież nagminnie używają ich także piłkarze i trenerzy. Czy futbol to sport dla pensjonarek? A jeśli nie można przeklinać na stadionie, to gdzie ma człowiek wyrzucić z siebie stres i emocje? Chyba lepiej tam, niż w domu.

Oczywiście władzom ligi hiszpańskiej nie chodzi o tych, którzy przeklną pod nosem po zmarnowanej sytuacji pod bramką. Chcą walczyć z tymi, którzy wrzeszczą wulgaryzmy pod adresem rywali, nawołując do zbiorowej agresji.

Sedno sprawy jest ukryte głębiej. Realowi ze źle zachowującymi się fanami walczyć łatwiej. Miejsca na Santiago Bernabeu (81 tys) są przedmiotem marzeń większości mieszkańców Madrytu i turystów z całego świata. Opuszczone przez 17 wydalonych po meczu z Celtą, natychmiast się zapełnią. Na Camp Nou też nie jest źle, 99-tysięczny obiekt w Barcelonie to również miejsce wyjątkowo atrakcyjne turystycznie. Muzeum Barcy odwiedza ostatnio więcej ludzi niż życiowe dzieło Gaudiego - kościół Sagrada Familia. Obiekcje trenera Katalończyków dotyczą przede wszystkich stadionów w mniejszych miastach, które w czasie hiszpańskiego kryzysu zaczęły świecić pustkami. Stamtąd wyrzucać za wulgaryzmy będzie trudniej niż w Madrycie i Barcelonie.

Niechcący Ancelotti i Luis Enrique stali się ucieleśnieniem dwóch różnych wizji rozwoju futbolu. Jedni twierdzą, że pozbycie się z trybun i okolic zachowań agresywnych, zwabi na stadiony spokojnych fanów, zamożniejszych, którzy nie mają zamiaru rozbijać i niszczyć. Tak stało się w Anglii, gdzie piłka zaczęła być biznesem dla klasy średniej. Nie wszystkim się to podoba - "krawaciarze" to wciąż słowo, które sami piłkarze wymawiają z przekąsem lub niechęcią. Graczy przeraża perspektywa, że trybuny zaczną przypominać kiedyś sale operowe, gdzie nie będzie gwizdów, wrzasków i wszystkich tych naturalnych w piłce przejawów emocji. Granica między przejawami wsparcia dla ulubionej drużyny, a agresją wobec przeciwnej jest może cienka, ale wyczuwalna. 

Wydaje się jednak, że nie tyle górnolotne idee i marzenia o publiczności doskonałej określą przyszłość profesjonalnej piłki. Zdefiniuje ją przede wszystkim rynek. Florentino Perez jest w tej szczęśliwej sytuacji, że ma wybór dla kogo buduje swoją galaktyczną drużynę.

niedziela, 07 grudnia 2014

Portugalska maszyna do bicia rekordów znów wskoczyła na najwyższy bieg. Trzeba wymyślać nowe słowa, by zdefiniować Cristiano Ronaldo. Co nie przystoi najlepszemu piłkarzowi na Ziemi?

W 27 edycjach ligi hiszpańskiej do zdobycia tytułu króla strzelców wystarczyły 23 gole. Tyle zdobył Ronaldo w 13 meczach (nie grał w San Sebastian z Sociedad), dziś mógłby wziąć urlop do końca sezonu. Portugalczyk zaliczył 23 hat-trick w Primera Division, co jest jej rekordem. Gra w Hiszpanii dopiero szósty rok i już osiągnął niebotyczną granicę 200 bramek.

Sergio Ramos ma rację. Żeby definiować Ronaldo trzeba wymyślić nowe słowa, lub nawet osobny język. Zdmuchuje kolejne rekordy bez wysiłku - niczym jubilat rząd świec na torcie na przyjęciu urodzinowym.

Trudno dostrzec rysy na spiżowym wizerunku najlepszego w tej chwili piłkarza świata. Jedyną jest „padaczka” niegodna klasy Portugalczyka. Pierwszy gol w meczu z Celtą wywołał niesmak, sędzia dał się nabrać na upadek Ronaldo w polu karnym. Rywal dotknął Portugalczyka ręką, ten zrobił dwa kroki i padł jak rażony prądem. W ten sposób Celta straciła pierwszą bramkę w meczu, który i tak raczej musiała przegrać. Nawet jeśli Ronaldo było trudnej o hat-tricka, dużo lepiej wyglądałoby dziś skala jego mistrzostwa, bez symulowania przy rzucie karnym.

Nie, nie jest jedyny. Futbol na najwyższym poziomie pełen jest profesjonalnych symulantów i oszustów. Ronaldo był jednym z wybitniejszych speców w tej branży na początku swojej niebotycznej kariery. Wydawało się, że obecny status, czas, dojrzałość, zmieniły stare, złe przyzwyczajenia. Jak widać, nie do końca i nie ostatecznie.

Prasa katalońska ma używanie. Piłkarz Realu porównywany jest z pływaczką Mireią Belmonte, bo taki rzut jaki wykonał w meczu z Celtą napastnik Realu przypomina skok do basenu. „Piscinazo” (skok na główkę) - tak określa się w Hiszpanii podobne zachowania - czyli po polsku „padaczkę”.

Nie zmienia to faktu, że Real wyrównał rekord Barcelony - 18 kolejnych zwycięstw z czasów kadencji Franka Rijkaarda. Nikt nie wygrał więcej, nawet kosmiczna drużyna Pepa Guardioli w swoich najlepszych latach. „Królewscy” wydają się skazani na poprawienie i śrubowanie tej liczby, kolejny mecz w Lidze Mistrzów z Ludogorcem na Bernabeu, zapowiada się na spacerek. Ronaldo może po nim zostać najskuteczniejszym graczem w historii Pucharu Europy. 20. zwycięstwem Realu będzie wyjazd do Almerii, dwa kolejne zespół Carlo Ancelottiego (prawdopodobnie bez kontuzjowanego Jamesa Rodrigueza) powinien zaliczyć na klubowych mistrzostwach świata w Maroku. Najgroźniejszym rywalem „Królewskich” ma być argentyńskie San Lorenzo. Trudna wyprawa na Estadio Mestalla zdarzy się już w 2015 roku.

wtorek, 02 grudnia 2014

Ci, którzy szukają sensu w piłce, mają kłopot. Doszukujący się równowagi na boisku, jeszcze większy. Gdy Barcelona zagrała na Estadio Mestalla z dwoma defensywnymi pomocnikami, Real ustanowił swój rekord bez choćby jednego.

Trener, który poprowadził „Królewskich” do 17 kolejnych zwycięstw Włochem być nie ma prawa. Powinien zrzec się obywatelstwa na rzecz pracującego po sąsiedzku Diego Simeone. Carlo Ancelotti opuścił kraj ojczysty 5 lat temu i choć w jego słowniku pozostał wyraz „równowaga”, zaczął opacznie rozumieć jego sens. Po włosku Ancelotti postępował jeszcze niedawno, gdy w swoim pierwszym Gran Derbi na Camp Nou wystawił Sergio Ramosa w drugiej linii. Dziś wtopił się w marzenia fanów z Madrytu, szczególnie tej części, która w pogardzie ma „trivote”.

„Trivote” to termin stworzony dla Jose Mourinho, który w meczach z Barceloną wystawiał w środku pola trzech defensywnych pomocników. Dla fanów z Katalonii był to pretekst do szyderczego chichotu, ich zdaniem Real sam siebie redukował wtedy do rangi klubiku.

Nie minęło więcej niż kilkanaście miesięcy i co mamy dziś? Pomoc Realu gra w składzie: Isco, James, Kroos - gdyby nawet Luka Modric był zdrowy, i tak trudno byłoby się tu dopatrzyć defensywnego pomocnika. Co powiedzą fani z Camp Nou, gdy ich ulubiony Luis Enrique, który jako piłkarz wolał Barcę od Realu, wystawia w pomocy Javiera Mascherano obok Sergio Busquetsa. Tak stało się w niedzielę na Estadio Mestalla w Walencji. W dodatku ten drugi zdobył gola na wagę zwycięstwa.

Wróćmy do Realu. Ancelotti zachował w składzie tylko trzech graczy, którzy lepiej czują się w destrukcji, niż w szarżach pod drugą bramką. W tej trójce jest Sergio Ramos zdobywający jak na środkowego obrońcę sporo goli. Pozostała dwójka sierot to Iker Casillas i Pepe, bo przecież nawet para bocznych defensorów Carvajal i Marcelo nie mają zwyczaju zbyt często spoglądać w lusterko wsteczne.

Do tego gracze tak skrajnie ofensywni jak Ronaldo, Benzema, Bale - i gdzie tu równowaga? Trzeba szukać jej w detalach, dłuższym trzymaniu rywala z dala od piłki (pomysł iście barceloński). Isco i Kroos wykonali krok do tyłu na boisku (w sensie użyteczności dla drużyny do przodu), pierwszy biega znacznie więcej niż kiedyś, drugi pod względem liczby podań bije wszystkich w lidze hiszpańskiej! Niemiec! Jak do tego dopuścili Xavi z Iniestą i Busquetsem?

Kiedy w 2003 roku Real opuszczali Claude Makelele, Fernando Hierro i Vicente Del Bosque nie było jasne, za kim z nich Santiago Bernabeu zapłacze najpierw. Padło na Francuza, którego miejsce zajął David Beckam. Piłkarsko lepiej wyposażony od Makelele, ale burzący równowagę między atakiem i obroną. Przez kolejne 11 lat Real wydał pewnie ze 250 mln euro na defensywnych pomocników, by urodzony w kraju catenaccio Ancelotti udowodnił mu, że kompletnie niepotrzebnie.

Równowaga i logika w piłce nabierają dzięki obecnemu Realowi nowego znaczenia. I firmuje to wszystko facet, który wyrósł między ludźmi będącymi o krok od zapomnienia różnicy między środkowym obrońcą i napastnikiem. Czas umierać?

 
1 , 2
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac