blog Darka Wołowskiego
RSS
wtorek, 31 grudnia 2013

Drugi, dobry skok w Oberstdorfie mówi więcej o aktualnej formie Kamila Stocha niż pierwszy, zły. Stąd można czerpać optymizm przed noworocznym konkursem w Garmisch-Partenkirchen.

Trudy Turnieju Czterech Skoczni są polskim skoczkom dobrze znane. Pośpiech podróży, treningów, startów wymieszany z nastrojem świąteczno-noworocznym tworzą atmosferę imprezy zupełnie unikalnej. Łukasz Kruczek nie ukrywa, że presja związana ze startem w prestiżowych zawodach, z wieloletnią tradycją tworzoną przez największych skoczków w historii, to coś znacznie więcej, niż codzienny, monotonny udział w konkursach Pucharu Świata w Titisee-Neustadt, czy Engelergu. Po to jednak Kamil Stoch i cała polska kadra pracują na swoją międzynarodową pozycję, żeby oswoić stres związaną z wyższym statusem w tej dyscyplinie. Bez tego nie da się myśleć o sukcesie podczas igrzysk. Przez ostatnie lata Stoch atakował czołówkę, dziś jako lider Pucharu Świata musi przywyknąć, że to on będzie atakowany.

Co zmieniło się między Titisee-Neustadt i Engelbergiem, a konkursem w Oberstdorfie? Trener kadry uważa, że nic. Stoch pozostał skoczkiem ścisłej czołówki, jeśli jako nowy numer 1 w PŚ miał odebrać lekcję pokory, to dostał ją na starcie Turnieju Czterech Skoczni. Od Ga-Pa on będzie atakował, tak jak lubi. Peleton dziennikarzy i kibiców poruszających się trasą wyznaczoną przez TCS, więcej mówi dziś o szansach Simona Ammanna. Jak trudne to zawody pokazuje zawodowy życiorys Szwajcara, który u progu kariery ma cztery złota olimpijskie, ale z narciarskiego wielkiego szlema rozgrywanego na przełomie roku, nigdy nie wyjeżdżał jako zwycięzca.

Wygranie Turnieju Czterech Skoczni to romantyczne marzenie każdego skoczka. Wystarczy spojrzeć jakimi owacjami witany jest w Niemczech Janne Ahonen. Fin wygrywał tu pięć razy, jest żywą legendą TCS, będą musiały minąć dekady zanim ktoś zbliży się do jego wyniku. Albo i nie, 23-letni Gregor Schlierenzauer wygrał Turniej już dwa razy. Tak Austriak, jak Stoch uważani przed imprezą za faworytów, zrobią wszystko, by pokrzyżować plany Ammanna, albo drugiego w Oberstdorfie Andersa Bardala. Jeszcze dwa tygodnie temu Norweg żalił się, że aby wygrać z Polakami trzeba poczekać aż przed konkursem zdrowo zabalują, dziś patrzy na Stocha z perspektywy przewagi 26 pkt.

Wie jednak, że nie jest to sytuacja nieodwracalna. W ciągu 9 dni startów, podczas których zawodnicy wykonują 8 skoków konkursowych, ale też cztery kwalifikacyjne i kilkanaście treningowych, zawsze zdarzy się jakiś gorszy. Stoch skakał ostatnio tak równo, że najgorsze musi już mieć za sobą. Tak wskazywałaby logika, która jednak w skokach narciarskich lubi stroić sobie żarty z ekspertów, kibiców, a przede wszystkim samych zawodników. Gdybyśmy chcieli wyciągać wnioski na temat formy Stocha na podstawie konkursu w Oberstdorfie, bardziej reprezentatywny był ten drugi, dobry skok, niż pierwszy, popsuty. Pozbawianie się nadziei na sukces Polaka w TCS nie ma póki co wystarczającego uzasadnienia. Nowy Rok, nowy skok.

sobota, 28 grudnia 2013

Dla Realu Madryt kończy się rok bez trofeum. Dla Barcelony rok naznaczony klęską z Bayernem. Dla Atletico rok nadziei. Takie było minione 12 miesięcy na szczytach Primera Division.

Jeśli 13 stycznia spełnią się prognozy bukmacherów dotyczące „Złotej Piłki”, w Realu będzie choć jeden piłkarz zadowolony z tego, co dał mu rok 2013. Cristiano Ronaldo jest faworytem murowanym, w minionych 12 miesiącach wzbogacił się o 69 goli, ale ani jedno trofeum. Końcówka rządów Jose Mourinho na Santiago Bernabeu była nieustanną konwulsją, każda ze stron oczekiwała już tylko na jej zakończenie. Jak skłócone małżeństwo, które nie chce i nie potrafi ocenić kosztów wojny domowej.

Po ogłoszeniu rozwodu ulgę poczuli nawet ci, którzy obstawiają, że klub szybko zatęsknią za twardą ręką Portugalczyka. Wiosna na Santiago Bernabeu naznaczona została konfliktami, przerywanym incydentalnie prestiżowymi zwycięstwami nad Manchesterem United, czy Barceloną. Mourinho wygrywał trudne bitwy, ale przegrał wszystkie wojny.

Przez trzy lata pracy „The Special One” przezwyciężył z „Królewskimi” fatum porażek w 1/8 finału Ligi Mistrzów, rozgrywek traktowanych w Madrycie wręcz obsesyjnie, czego prezes klubu nie ukrywa nawet w chwili składania świątecznych życzeń, lub wznoszenia noworocznych toastów. Magia otaczająca Mourinho została mocno nadwerężona przez Juergena Kloppa i Roberta Lewandowskiego, biorąc pod uwagę, jak skromnym rywalem w półfinale Champions League była dla Realu Borussia Dortmund. W dodatku po 45 minutach pojedynku na Signal Iduna Park goście mieli niezasłużony, ale fantastyczny remis 1-1. Trudno zrozumieć, w jaki sposób wygłodniała sukcesu drużyna gwiazd mogła wypuścić z rąk taki dar od losu? A jednak. Porażka z rywalem z Dortmundu powinna śnić się wszystkim do dziś, tak Mourinho spoglądającemu na nią z perspektywy Stamford Bridge, jak i piłkarzom, choć minęło pół roku. To było coś karygodnego z punktu widzenia ambicji Madrytu.

W letnim oknie transferowym Florentino Perez leczył kaca we właściwy dla siebie sposób. Znów bił rekordy wydatków wyznaczając Carlo Ancelottiego do misji przemienienia najbogatszego klubu świata w firmę sukcesu sportowego, z firmy, w której na sukces na boisku notorycznie się tylko zanosi. Ronaldo przedłużył kontrakt, wygrano bitwę o Garetha Bale’a, madrycki gwiazdozbiór znów urósł w siłę, nie sposób więc sobie wyobrazić, by Złota Piłka była czymkolwiek więcej niż trofeum pocieszenia. Madryt czeka 12 lat na „La Decima”, i jeśli nie zamierza ocierać się o śmieszność, musi się spieszyć.

Tak jak w stolicy, tak i w Barcelonie uczucie bólu, który pozostawia 2013 rok związane jest z rywalizacją międzynarodową. W lidze drużyna wyrównała rekord wszech czasów, fani puściliby zapewne w niepamięć porażki w bezpośrednich meczach z Realem, gdyby w półfinale Champions League nie stało się coś tak traumatycznego, jak się stało. Będący wzorcem zespół padł pod nokautującymi ciosami Bawarczyków, którzy wbrew Mourinho dowiedli światu, że na tiki-takę nie trzeba już szukać wyrafinowanych sposobów. Wystarczy ruszyć do przodu, by po brawurowej wymianie ciosów cieszyć się zwycięstwem pokaźnych rozmiarów.

Tuż po klęsce 0-7 krewki Gerad Pique nawoływał do rewolucji w zespole. Skończyła się ona transferem Neymara i wymuszoną zmianą szkoleniowca na skutek nawrotu choroby Tito Vilanovy. Gerardo Martino ma szukać nowych dróg rozwiązywania problemów na boisku, a przede wszystkim zadbać, by w końcówce sezonu, gdy dojdzie do ostatecznych rozstrzygnięć, gwiazdy zdolne były biegać, a nie tylko chodzić. Tyle, że te decydujące chwile mogą nadejść już w lutym, los nie był szczęśliwy dla Barcy, za rywala w 1/8 finału wyznaczył jej Manchester City. Trwająca sześć lat passa, podczas której Katalończycy docierali co najmniej do czwórki najlepszych na kontynencie, jest zagrożona. Wstrząs jaki Barca przeżyła z Bayernem ma jedną zaletę, nie da się go traktować jako przypadku, czy nieszczęśliwego zrządzenia losu. Albo Katalończycy się podniosą mocniejsi, albo rewolucja ich jednak nie ominie.

Największym wygranym 2013 roku w Primera Division jest Atletico Madryt. Dwa zwycięstwa na Santiago Bernabeu (w finale Pucharu Króla i w lidze) to wydarzenia wręcz historyczne. Diego Simeone stworzył kolektyw, ale i wylansował gwiazdy, ma to znaczenie podwójne, bo klub z Vicente Calderon tonie w długach, jak większość ligi hiszpańskiej. Gra nie idzie o jedno, czy dwa kolejne trofea, tak jak w Realu i Barcy, ale odkrycie drogi, którą mogliby podążać biedniejsi rywale dwójki kolosów, by obronić ligę przed modelem szkockim (oczywiście sprzed degradacji Rangers).

Siła, upór, determinacja, a może przede wszystkim inteligencja Argentyńczyka są modelowe. W Hiszpanii jest zwykle tak, że w okresach dominacji Barcy, reszta stara się upodobnić do niej, a w czasach prosperity „Królewskich”, oni służą za punkt odniesienia. Simeone znalazł trzecią drogę, łamiąc stereotypy. Nie utożsamia kontroli nad piłką z kontrolą nad przeciwnikiem, nie dba o czas jej posiadania, ale perfekcję organizacji obrony i kontrataku. A więc wybiera model, który nazwalibyśmy niemieckim, gdyby Pep Guardiola nie wziął się za majstrowanie przy taktyce Bayernu.

 

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Tak jak Atletico próbuje rozbić zagrażający lidze hiszpańskiej duopol Barcelony i Realu Madryt, tak Diego Costa dominację Leo Messiego i Cristiano Ronaldo. Brazylijczyk zdobył 19 goli w 17 meczach Primera Division i rok kończy, jako najskuteczniejszy piłkarz ligi hiszpańskiej.

Gracze Atletico rozjechali się po świecie z przykazaniem Diego Simeone, by z 8-dniowych wakacji wrócili w pełni formy. Test z ich profesjonalizmu zostanie przeprowadzony za pomocą tak prostego urządzenia, jak waga, wtedy okaże się, kto o siebie dbał, a kto wypoczywał siedząc przy stole. Klub płaci milionowe pensje, ma prawo wymagać, by święta nie stały się okazją do zaprzepaszczenia wysiłku ostatnich czterech miesięcy.

Drużyna z Vicente Calderon jest rewelacją sezonu w wielkich ligach Europy. Strata 5 pkt w 17 meczach ligi hiszpańskiej, klasyfikowanej jako numer 1 na kontynencie, jest miarą geniuszu argentyńskiego trenera, który budował zespół skromnymi środkami. Argentyńczyk niemający szans na tytuł szkoleniowca roku FIFA, stworzył drużynę kompletną, dojrzałą, z wyrazistym stylem nieprzystającym do standardów Primera Division. Jeśli Atletico przypomina jakiś zespół hiszpański, to najbardziej Valencię prowadzoną przez Hectora Cupera na przełomie wieków.

Twarzą drużyny jest jej trener, ale także Diego Costa. Jeszcze przed kilkunastoma miesiącami uważany za boiskowego zabijakę, lub w najbardziej optymistycznej wersji najlepszego obrońcę wśród napastników. Dziś Brazylijczyk, który wybrał kadrę Hiszpanii nie tylko perfekcyjnie przeszkadza rywalom rozpoczynać ataki, ale stał się łowcą bramek o światowym rozmiarze kapelusza.

Gdy przed sezonem hiszpańska prasa robiła ankiety dotyczące mistrza kraju odpowiedzi były dwie: Real, lub Barca. Także dwa wyjścia dostrzegali ci, których pytano o trofeum pichichi, trudno było wyobrazić sobie, że po wyjeździe Radamela Falcao, ktokolwiek będzie zdolny wtrącić się do prywatnej rozgrywki Cristiano Ronaldo z Leo Messim. Nie jest to przecież jakaś tam sobie rywalizacja, ale wielki wyścig ikon, który od sezonu 2009-2010 z zapartym tchem śledzimy wszyscy.

Messi zdobył w tym czasie 169 goli w lidze hiszpańskiej, Ronaldo 164. 25-letni Diego Costa z łączną liczbą 43 wygląda w tym zestawieniu na jedynego śmiertelnika. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę obecny sezon, Brazylijczyk jest najskuteczniejszy z 19 bramkami. Ronaldo ma jedną mniej, Argentyńczyka (8) usprawiedliwiają kontuzje.

Gdyby Diego Coscie groziła woda sodowa powinien przypomnieć sobie casus Falcao. Zniknięcie z Vicente Calderon kolumbijskiego magika ani nie rozbiło dzieła Simeone, ani nie przeszkodziło drużynie wykonać kolejnego kroku do przodu. „Dziś są jeszcze silniejsi niż przed rokiem – przyznał gracz Monaco.

Costa jest najskuteczniejszym graczem Atletico od 1941 roku, gdy w 17 meczach Pruden Sanchez trafił do siatki 26 razy. Liga składała się wtedy z 22 spotkań, klub z Madrytu wygrał ją gładko. W ostatnich latach przez zespół przewinęli się tak znakomici łowcy goli jak Hugo Sanchez, Paulo Futre, Fernando Torres, Diego Forlan, Kun Aguero, czy Falcao i żaden nie strzelał z taką intensywnością jak Brazylijczyk. Być może to kolejny dowód wyjątkowości trenera Atletico potrafiącego sprawić, by motywowani przez niego piłkarze ocierali się o granicę swoich możliwości.

Simeone przypomina graczom, żeby nie byliby jak dzieci, które szukają prezentów pod choinką. Futbolowy Mikołaj przyjdzie w maju, by ocenić, czy zasłużyli na trofea. Pierwsze miejsce w fazie grupowej Ligi Mistrzów stanie się bez znaczenia, jeśli w lutym drużyna z Vicente Calderon nie pokona Milanu. Kolosa w rozsypce, zdolnego jednak pozbierać się do walki w rozgrywkach, w których nikt nie wygrał więcej w ostatnich 25 latach. W Serie A klub Silvio Berlusconiego nie walczy już o nic, Atletico będzie rozdarte batalią na trzech frontach.

15 maja 1974 roku to data, z którą „Los Colchoneros” chcieliby się rozliczyć, i do której nawiązać. Niedługo minie 40 lat od chwili, gdy jedyny raz zagrali w finale Pucharu Europy. Na ich nieszczęście zagrali w nim zresztą aż dwa razy, do powtórki doszło dwa dni po tym, jak pierwsze starcie z Bayernem Monachium zakończyło się remisem. W 114. minucie Luis Aragones, ten sam, który w roli selekcjonera rozpoczął złotą erę „La Roja”, zdobył bramkę, wydawało się zwycięską. Ostatnia minuta dogrywki należała jednak do Niemców, wyrównał Hans Georg Schwarzenbeck. Powtórzony mecz Bawarczycy wygrali aż 4-0 rozpoczynając trzyletni okres panowania na kontynencie.

Minęły cztery dekady, Atletico znów wydaje się na tyle silne, by patrzeć odważnie na potężniejszych i bogatszych. I tylko jedno pozostało bez zmian, żeby myśleć o szczycie Europy nie wystarczy pokonać Realu i Barcelony, trzeba rzucić wyzwanie Bawarczykom. Będzie to coś bezdyskusyjnie trudniejszego niż w 1974 roku. Różnica między krezusami i klasą średnią jest dziś jeszcze zdecydowanie większa.

PS. 23 grudnia Diego Simeone skończył dwa lata pracy w Atletico. 114 meczów, 76 zwycięstw, 21 remisów, 17 porażek.



niedziela, 22 grudnia 2013

Po kwadransie starcia Barcelony z Getafe światowe serwisy szykowały się do osadzenia Atletico Madryt na szczycie Primera Division. Pedro rozwiał ich nadzieje jeszcze w pierwszej połowie meczu.

Pedro Rodriguez ma za sobą kuriozalny rok. Jego bramki pozwoliły Vicente del Bosque przetrwać kryzys klasycznych napastników. Skrzydłowy Barcelony przeciągnął kadrę mistrzów świata przez kwalifikacje brazylijskiego mundialu, stając się dla niej niemal kimś tak ważnym, jak w ostatnich latach bywali David Villa, czy Fernando Torres.

O ile pozycja Pedro w „La Roja” stawała się niepodważalna, o tyle na Camp Nou coraz bardziej skomplikowana. Transfer Neymara i eksplozja formy Alexisa Sancheza sprawiły, że często wycierał ławkę dla rezerwowych. Z Getafe na pewno by nie grał, gdyby Leo Messi nie leczył kontuzji, a Neymar nie był ukarany za kartki. A więc klasyczny hat-trick w osiem minut na Coliseum nie miałby prawa się wydarzyć.

Mimo niskiego statusu w klubie Pedro jest najlepszym strzelcem drużyny w Primera Division (10 goli). Cudze chwalicie, swego nie znacie...

To samo przeżywał Cesc Fabregas – także piłkarz ważny dla La Roja. Jakiś czas temu żalił się nawet publicznie, że Gerardo Martino nie widzi go w jedenastce galowej. Żelazna trójka w pomocy Xavi-Iniesta-Busquets była jednak rozbijana częściej, a jeśli nie, to tak jak z Getafe Cesc grywał jako fałszywy napastnik. Do trzech bramek Pedro dołożył dwie i Barcelona komfortowo obroniła pozycję lidera do końca roku.

Z ogłoszeniem sensacyjnej pozycji Atletico na szczycie Primera Division trzeba poczekać co najmniej do 5 stycznia, a być może nawet do 11 i meczu na szczycie na Vicente Calderon kończącego pierwszą rundę rozgrywek (dwa dni przed ogłoszeniem laureata Złotej Piłki). Chwile, gdy dwa hiszpańskie kolosy nie patrzą na krajowych rywali z wyżyn, są w ostatnich latach wręcz unikalne.

W meczu Atletico w składzie Barcy będzie Neymar, może także Messi, co jednak nie postawi drużyny Diego Simeone na straconej pozycji. Wicelider też źle zaczął mecz tej kolejki z Levante, przegrywał, potem jeszcze stracił prowadzenie w drugiej połowie, ale tak jak Barca pokazał charakter.

Real grał w Walencji bez Garetha Bale’a i zwyciężył na Estadio Mestalla po raz piąty z kolei. Tym razem gola na 3-2 zdobył rezerwowy Jese, po grubym błędzie bramkarza Guaity, który puścił piłkę kopniętą w krótki róg. „Królewscy” dwa razy tracili prowadzenie, ale za trzecim go już nie oddali utrzymując 5 pkt straty w tabeli do Barcelony i Atletico. Ronaldo zdobył gola (z minimalnego spalonego), ale wypadł słabo, był zbyt samolubny próbując strzelać z każdej pozycji. Bez konsekwencji.



sobota, 21 grudnia 2013

Najbardziej polski konkurs w historii Pucharu Świata zakończył się zwycięstwem Jana Ziobro i pozycją lidera klasyfikacji generalnej Kamila Stocha. Zima w polskim sporcie zapowiada się olimpijska.

20 marca 2011 roku, gdy trzecim miejscem na mamucie w Planicy karierę kończył Adam Małysz, a Kamil Stoch uczcił odchodzącego mistrza najwyższym miejscem na podium, mogło się wydawać, że na powtórkę poczekamy kilka dekad. Nie minęły trzy lata i w Engelbergu zdarzył się konkurs, który chwilami mógł przypominać mistrzostwa Polski. Dwóch na podium, Piotr Żyła szósty, Klemens Murańka siódmy, Dawid Kubacki 17. i tylko Maciej Kot wypadł nieznacznie poza dwudziestkę.

Kiedy odchodził Małysz mieliśmy wrażenie, że emocjami związanymi z jego ostatnim startem kieruje jakaś wyższa siła. Że chce uhonorować znakomitego skoczka za lata wzruszeń, których w Polsce nikt nie mógł się spodziewać. Wielki wybuch nastąpił w styczniu 2001 roku, kiedy Małysz wygrał Turniej Czterech Skoczni. Potem przez kilka lat był w światowej czołówce sam, aż do chwili, gdy pojawił się Stoch, jako ewentualny następca. Drużyny następców nie sposób sobie było wyobrazić. A jednak.

Przed Małyszem liczba polskich zwycięzców Pucharu Świata ograniczała się do dwóch nazwisk (Stanisława Bobaka i Piotra Fijasa). Jan Ziobro jest już siódmy (po Stochu, Żyle i Biegunie).

To nie jest pierwszy konkurs PŚ, który zdominowali polscy skoczkowie. 27 stycznia 1980 roku Fijas wygrał Puchar Świata na Wielkiej Krokwi o 0,3 pkt przed Bobakiem. Nigdy dotąd Polacy nie latali jednak całą ławą. W Engelbergu nie tylko Ziobro dokonał skoku na bank. Murańka jest w czołowej dziesiątce pierwszy raz w karierze.

To wielka wiadomość zwłaszcza dla tych, którzy przypomną sobie w jak nerwowych okolicznościach w styczniu 2008 roku zostawał najmłodszym skoczkiem w historii Pucharu Świata. Miał 13 lat, 4 miesiące i 24 dni, gdy naciskany przez sponsorów ojciec wymusił jego start w Zakopanem na Hannu Lepistoe. Klimek uzyskał 88,5 m zajmując ostanie miejsce w kwalifikacjach i można było się obawiać o jego przyszłość. Nie było w polskim sporcie dzieciaka poddawanego tak dużej presji.

Siłą polskich skoków jest Stoch, który jutro po raz pierwszy w karierze wystartuje w żółtym plastronie lidera Pucharu Świata. Zwykle to on gonił rywali, teraz oni będą gonili jego. Dziś pokonał Gregora Schlierenzauera z taką łatwością, że aż strach pomyśleć, iż po niedzielnym konkursie w Engelbergu skoczkowie jadą już na Turniej Czterech Skoczni. A więc tam, gdzie 13 lat temu wszystko co największe w nowożytnej erze polskich skoków się zaczęło.

Poza Małyszem żaden Polak nie wygrał TCS. Stoch był przed rokiem czwarty, ale jechał do Oberstdorfu z duszą na ramieniu. Fatalny początek sezonu sprawił, że przerwał starty w Pucharze Świata, by odbudować się trenując w Ramsau. Poskutkowało. Teraz sytuacja jest diametralnie różna, Polak pojedzie do Niemiec i Austrii jako główny faworyt.

Ale polskie skoki przestały być monodramem. Bardziej niż od samego lidera zależą od wysiłku zbiorowego drużyny. Za Małysza było tak, że rodzimy kibic ściskał kciuki tylko dwa razy w konkursie. Dziś musi je zaciskać bez przerwy, bo nigdy nie wiadomo, kto odleci. W Klingenthal Biegun, z jakąś pomocą szczęśliwych wiatrów, dziś Ziobro w konkursie zdecydowanie mniej loteryjnym. Przyszłości przewidzieć się nie da, ale sezon olimpijski zaczął się dla nas po olimpijsku.

Dodając do tego Justynę Kowalczyk, biatlonistów i łyżwiarzy aż trudno uwierzyć, że jeszcze tak niedawno polskie sporty zimowe właściwie nie istniały.



czwartek, 19 grudnia 2013

Są takie dni, kiedy prezesi Barcelony i Realu Madryt mówią jednym głosem. Śledztwo komisji europejskiej w sprawie podejrzeń o nielegalną pomoc władz lokalnych dla siedmiu hiszpańskich klubów zjednoczyło najzacieklejszych rywali.

„Chcę wierzyć, że to przypadek, a nie zorganizowana kampania przeciw Barcelonie” – mówi Sandro Rosell. „Rozpoczęto właśnie akcję prześladowania hiszpańskich klubów” – alarmuje Florentino Perez. Prezesi kolosów z Primera Division są wściekli i czują się pokrzywdzeni uważając, iż stali się przedmiotem nieuzasadnionej napaści. Rzeczywiście w ostatnich dniach lawina kłopotów zwala się im na głowy.

Sprawa letnich, amerykańskich tournee Leo Messiego, z którymi związane jest podejrzenie o pranie pieniędzy przez kolumbijską mafię narkotykową, nie uderza bezpośrednio w Barcelonę. Ostre publikacje w prasie na ten temat niesłusznie i pochopnie łączące z przestępstwem ojca piłkarza Jorge Messiego, nie są jednak dla klubu powodem do dumy. Szefowie Barcy uznają, że ktoś celowo manipulował informacjami naruszającymi opinię gracza będącego symbolem drużyny z Katalonii. Tymczasem tak hiszpańskie MSW, jak i policja umieściły obu Messich na liście świadków, a nie podejrzanych.

Kolejny głośny problem dotyczy transferu Neymara. Pewien socio klubu z Katalonii zgłosił wniosek do sądu, by sprawdzić, czy przy okazji przeprowadzki gracza z Santosu na Camp Nou wszystko odbyło się zgodnie z prawem. Sędzia dał Rosellowi pięć dni na przedstawienie stosownych dokumentów. Prezes i pozostali ludzie z zarządu Barcy twierdzą, że bez trudu dowiodą swojej niewinności.

Podobny kłopot ma Florentino Perez z transferem Garetha Bale’a. Eurodeputowany z Belgii chce, by sprawdzono, czy prezes Realu Madryt płacił za Walijczyka z pieniędzy klubowych, czy też spektakularną transakcję wartą 91 mln euro sfinansował mu zaprzyjaźniony bank (Bankia).

Trzecia sprawa dotyczy siedmiu klubów hiszpańskich: Realu Madryt, Barcelony, Athletic Bilbao, Osasuny, Valencii, Hérculesa Alicante i Elche. Trzy ostatnie w latach 2009-2013 otrzymały z kasy miejskiej regionu Walencja 118 mln euro. Z kolei cztery pierwsze nie wypełniły zalecenia unijnego z 1990 roku, by przekształcić się w spółki. Dzięki temu zaoszczędziły na podatkach spore kwoty.

Poza tym komisja chce zbadać, czy Real, Barcelona i Athletic, który właśnie wybudował nowy stadion, nie otrzymywały od władz miast zawoalowanej pomocy poprzez celowe manipulowanie wartościami ziemi i nieruchomości na ich korzyść. Kilka lat temu Unia zajmowała się już przypadkiem Realu, który wymienił 30 tys metrów kwadratowych ziemi (stary ośrodek treningowy) na 71 tys metrów kwadratowych, gdzie zbudował nowy. Tamto postępowanie nie wykazało żadnych nieprawidłowości, Perez przypomina dziś o tym.

Unia chce sprawdzić także jak to możliwe, że tonące w długach kluby I i II ligi hiszpańskiej wydają miliony na transfery, a nie stać ich na płacenie podatków. Hiszpania zawsze była rajem podatkowym dla piłkarzy, gwiazdy zjeżdżające się tam ze wszystkich stron świata oddawały fiskusowi mniej niż we Francji, Anglii, Niemczech, czy Włoszech.

Czy działania Unii Europejskiej wyglądają na zorganizowaną akcję obliczoną na osłabienie pozycji hiszpańskiej piłki? Tak twierdzi Perez i niemal tymi samymi słowami przemawia szef ligi Javier Tebas, choć twierdzi, że nie zna wszystkich przypadków. „Futbol hiszpański dominując ostatnio w Europie i na świecie narobił sobie wielu wrogów, którzy oskarżają nas o łamanie prawa, choć nic takiego nie ma miejsca” – zapewnia. Zareagował nawet hiszpański minister rolnictwa, mówiąc, że kraj mistrzów świata i Europy płaci za to, że ma dwa wspaniałe kluby i najlepszą drużynę narodową.

Sandro Rosell ogłasza pompatycznie: „Będziemy walczyć przeciw wszystkim, bo jesteśmy najlepsi”. To samo mógłby zresztą powiedzieć Florentino Perez, z którego słów wynika, że jego sposób prowadzenia futbolowego biznesu powinien być wzorem dla innych. Prezes Realu mówi wprost, iż oskarżenia przeciw jego klubowi biorą się z pospolitych plotek i pomówień, niemających nic wspólnego z faktami.

Nie ulega wątpliwości, że zawodowy futbol to biznes niechętnie poddający się normalnym prawom rynku. Władze miast traktują kluby jak wizytówkę regionu, swoją wielką dumę, a nawet przedsiębiorstwa wyższej użyteczności publicznej. Politycy chętnie grzeją się w płomieniach rozpalanych przez piłkarskie sukcesy. Każdy chce się widzieć w roli zwycięzcy.

Nie tylko w Hiszpanii. W Warszawie pani prezydent potraktowała wyjątkowo prestiżowo budowę wartego pół miliarda stadionu dla jednego tylko, dużego klubu, któremu nie kibicują przecież wszyscy mieszkańcy stolicy. A, póki co, temu klubowi bardzo daleko do sukcesów Realu i Barcelony.

środa, 18 grudnia 2013

Sześć goli Neymara zdobytych dla Barcelony w ciągu ostatniego tygodnia podsyciło entuzjazm w Katalonii. Akurat w czasie, gdy sąd ma zbadać legalność jego  transferu.

Trzy bramki przeciw Celticowi w Champions League, dwie przeciw Villarreal w Primera Division i wczorajsza przeciw Cartagenie w Pucharze Hiszpanii - to był chyba najbardziej spektakularny tydzień Neymara w Barcelonie, choć zapewne z prestiżowego punktu widzenia największą wagę miał gol zdobyty w październikowym Gran Derbi. Media w Katalonii świętują narodziny nowego idola, faktycznie jak na gracza wciąż 21-letniego Brazylijczyk daje drużynie dużo. Jeden z komentatorów barcelońskiego „Sportu” postawił nawet tezę, że to Leo Messi sprawił, iż Neymar gra teraz na Camp Nou.

Opinia o klubie to rzecz fundamentalna. W czasach, gdy prezesem był Joan Gaspart zespół z Katalonii zyskał złą sławę. Piłkarze uważali Camp Nou za miejsce, w którym najłatwiej złamać sobie karierę. Opuszczając Old Trafford David Beckham miał propozycję pracy w Katalonii, zdecydowanie wolał jednak zostać kolejnym galaktycznym na Santiago Bernabeu. Pomylił się? Ze sportowego punktu widzenia pewnie tak. Barcy wyszło to na dobre. Zdesperowany odmową Anglika prezes Joan Laporta (z pomocą Sandro Rosella) przekonał Ronaldinho, który właśnie pakował walizki w Paryżu, by przenieść się do Manchesteru. To był punkt zwrotny w historii klubu z Katalonii, tak samo ważny, jak decyzja, by pozostawić w La Masia 13-letniego Leo Messiego opłacając mu kurację hormonem wzrostu.

Pomysł transferu Neymara był w zamyśle Rosella kopią tego, co stało się dekadę wcześniej. Młody Brazylijczyk zdradzający talent na miarę Ronaldinho miał stać się lekarstwem na trudny moment zespołu, który ze szczytu zaczął osuwać się po równi pochyłej. Tym razem argumenty klubu z Camp Nou były silniejsze, Neymar uważał Barcelonę za idealne miejsce dla siebie. Nie zmienia to faktu, że aby zapewnić sobie lojalność wschodzącej gwiazdy, trzeba było wydać sporą sumę pieniędzy. Według hiszpańskiej prasy ojciec i agent zawodnika otrzymał 10 mln euro zadatku, a potem kolejne 30 mln, po to na przykład, by starczyło mu motywacji do odrzucenia umizgów Realu Madryt.

Florentino Perez ogłosił, że odstępuje od wyścigu po Neymara, bo kosztowałoby go to, co najmniej 100 mln euro. Według szacunków Barcelony wydała ona na Neymara 57 mln (17 mln dostał Santos i firmy posiadające część praw do niego). A więc Rosell ma brazylijską gwiazdę i jeszcze zaoszczędził dla klubu 43 mln. Trudno być jednak prorokiem we własnym kraju, jeden z socios Barcelony podał sprawę do sądu. Chce by sprawdzono, czy przy transferze Brazylijczyka wszystko odbyło się zgodnie z prawem. Słowem: podejrzewa prezesa, że i on sam na tym zarobił.

Bez względu na wszystko prawdziwy egzamin dla nowej gwiazdy Barcelony dopiero nadejdzie. W styczniu Katalończycy wyprawią się na Vicente Calderon, by bronić pozycji lidera Primera Division, o ile utrzymają ją do tego czasu. Atletico ma tyle samo punktów, taką samą różnicę bramek, ale o jedną mniej zdobytą. Neymar już strzelił gola na obiekcie „Los Colchoneros”, który zapewnił Barcy Superpuchar Hiszpanii. Brazylijczyk jest zresztą jedynym graczem drużyny mającym bramki we wszystkich rozgrywkach.

Czy prawdą były jego słowa, że postawił na Barcelonę, by grać u boku najlepszego piłkarza na świecie? Czas pokaże. Kontuzje Messiego sprawiły, że zbyt wiele nie grali razem. Argentyńczyk jest już ponoć zdrowy i wróci do gry w styczniu. Wtedy, jak to lubią mówić piłkarze, szumne deklaracje zweryfikuje boisko.



poniedziałek, 16 grudnia 2013

To nie pojedynek Arsenalu z Bayernem jest największym szlagierem 1/8 finału Champions League, ale dwumecz Manchesteru City z Barceloną. Ta druga para wygląda na zdecydowanie bardziej wyrównaną.

Odbieranie szans liderowi Premier League w starciu z pierwszą drużyną Bundesligi nie ma na pozór wystarczającego uzasadnienia. Przed rokiem, na tym samym etapie rywalizacji Arsenal dał się znokautować Bayernowi w Londynie, by w rewanżu na Allianz Arena otrzeć o cudowny awans. Wtedy drużyna Arsene’a Wengera radziła sobie jeszcze bez Mesuta Oezila, w lidze grała słabiej niż dziś, tocząc bój o czwarte miejsce z Tottenhamem. 12 miesięcy później „Kanonierzy” będą mocniejsi fizycznie i psychicznie, choć jedna rzecz pozostanie pewnie bez zmian. Arsenal jest zespołem mającym fundamentalne kłopoty w bezpośrednich meczach z rywalami z topu.

Dowody? Porażka z przeżywającym turbulencje (łagodnie rzecz ujmując) Manchesterem United, niemogącym złapać równowagi po stracie Aleksa Fergusona. Przegrana z Chelsea w Pucharze Ligi, teraz „Kanonierzy” szykują się do rewanżu w lidze. W ostatnią sobotę stracili aż sześć goli w pojedynku wagi ciężkiej na Etihad Stadium i choć bili się z City dzielnie, także skończyli na tarczy. W Lidze Mistrzów? Przegrali dwumecz z Borussią Dortmund, bezpośrednie zmagania z Napoli zakończyli remisem.

Choć w futbolu zabawa w przepowiadanie przyszłości jest wyjątkowo ryzykowna i niewdzięczna, nie potrafię dostrzec u „Kanonierów” dość atutów, by byli zdolni skutecznie włożyć kij w tryby maszyny Pepa Guardioli. Może Bayern wymęczy się klubowymi mistrzostwami świata? Może, ale do lutego odpocznie. Dla Bawarczyków Bundesliga to szybszy spacer po parku wobec wysiłku, jaki będzie musiał wykonać Arsenal, by utrzymać się na szczycie Premier League. Co więcej, wydaje się, że każdy z trzech pozostałych zespołów reprezentujących najbogatszą ligę świata (MU, MC, Chelsea) byłby dla mistrza Niemiec bardziej niewygodny.

Zdecydowanie bardziej wyrównana jest para Manchester City – Barcelona. Klub z Katalonii trafił najgorzej jak mógł, co nie znaczy, że Manuel Pellegrini jest zadowolony. Tyle, że losowane z drugiego koszyka City musiało trafić na kogoś silnego, to Barca miała prawo oczekiwała szczęśliwszego wyroku losu. Wicemistrz Anglii, choć w Champions League swojego potencjału ujawnić dotąd nie potrafił, ma kadrę bogatą w futbolowe perły takie jak Aguero, Silva, Yaya Toure, czy Kompany.

Przewaga fizyczna będzie zdecydowanie po stronie City, ktoś powie, że dla Barcy to żadna nowość. Katalończycy nie musieli się bać wyższych i bardziej muskularnych od siebie, dopóki byli od nich szybsi w poruszaniu się po boisku i myśleniu. Ostatnio rzadziej się to zdarza. Zespół Gerardo Martino wciąż zaliczany do faworytów Ligi Mistrzów, nie zajmuje już pozycji na ich czele. W wielkim sporze o obecny stan drużyny z Camp Nou, City odegra znaczącą rolę.

W ostatnich sześciu latach w najgorszym razie Barca docierała do półfinału rozgrywek. Ci, którzy na nią trafiali na starcie fazy pucharowej łapali się za głowy próbując opanować drżenie łydek. Jeszcze dwa lata temu Bayer Leverkusen odprawiła z 10 golami. Teraz trafia na przeciwnika tak silnego, jakiego na tym etapie nie miała od 2007 roku. Wtedy Liverpool pokonał obrońcę trofeum, co na Camp Nou było pierwszym sygnałem do dokonania głębokich reform. Guardiola przeprowadził je półtora roku później. Teraz Barca albo obroni swoją pozycję, albo czeka ją powtórka z przeszłości.



To może być najtrudniejszy rok w życiu Leo Messiego. Najpierw afera podatkowa, teraz policja podejrzewa, że kolumbijska mafia narkotykowa prała pieniądze przy okazji charytatywnych meczów „Messi i przyjaciele”.

O sprawie pisze hiszpański dziennik „El Mundo”. Według jego informacji niedawno na Camp Nou policja przesłuchała Daniego Alvesa, Leo Messiego, Jose Manuela Pinto i Javiera Mascherano. Wszyscy piłkarze Barcelony twierdzili, że wzięli udział w charytatywnych meczach „Messi i przyjaciele” nie mając pojęcia, czy coś się za tym kryje. Według „El Mundo” wszystko organizował ojciec Messiego, który jest podejrzany o to, że brał od mafii narkotykowej z Kolumbii 10 do 20 proc od kwot, które były prane przy okazji meczów charytatywnych. Policja i hiszpański MSW temu zaprzecza podając, że ojciec piłkarza nie jest wśród podejrzanych.

Chodzi o tak zwane bilety „Rzędu 0”. Wykupują je bogaci ludzie, którzy wspierają imprezę charytatywną, ale nie mają zamiaru wziąć w niej udziału. Ponieważ trudno określić ile osób je wykupiło, organizator może zgłosić właściwie dowolną kwotę. W ten sposób, według „El Mundo”, kolumbijska mafia wykorzystywała mecze drużyny Messiego do prania brudnych pieniędzy.

Zdaniem El Mundo ojciec piłkarza wykorzystał do tego ponoć dwa letnie toury zespołu Messiego i jego przyjaciół. W Limie, Chicago, Los Angeles i Medellin w 2013 roku, oraz 12 miesięcy wcześniej w Bogocie, Miami i Cancun. A przecież oficjalnie chodziło o to, by zebrać środki na działalność charytatywną prowadzoną przez fundację gwiazdy Barcelony.

To nie jest jedyny przypadek w tej międzynarodowej sprawie. Pieniądze mafii narkotykowej prane są od jakiegoś czasu podczas wielu imprez charytatywnych, na przykład koncertów rockowych.

Informacja rozgrzała hiszpańskie media. Barceloński "Sport" doniósł, że prawnicy rodziny Messiego przygotowują pozew przeciw "El Mundo" oskarżając je o zniesławienie. Dziennik złagodził swoją publikację informując, iż to nie Jorge Messi jest właścicielem fundacji "Messi i przyjaciele" nie ma więc pewności, czy w ogóle wiedział o popełnieniu przestępstwa. "Sport" twierdzi, że skontaktował się z hiszpańskim MSW i otrzymał zapewnienie, że Jorge Messi nie jest w ogóle podejrzanym w sprawie. To samo pisze El Pais.

Policja jest pewna tylko tego, że mafia wykorzystywała charytatywne mecz Leo Messiego do prania pieniędzy. To nie jedyny problem rodziny piłkarza. Niedawno Urząd Skarbowy w Barcelonie oskarżył Jorge Messiego o unikanie płacenia 4 mln euro podatków od kwot zarobionych na prawach do wizerunku jego syna. Początkowo Jorge Messi do niczego się nie przyznawał, potem zapłacił 5 mln euro.

Wygląda na to, że plaga kontuzji mięśniowych nękających Argentyńczyka nie będzie największym zmartwieniem rodziny w najbliższym czasie. Czy piłkarzowi uda się zachować koncentrację w roku mundialowym? Będzie to wymagało wyjątkowej siły. Podobno na zielonej murawie Leo zapomina o wszystkim. Teraz będzie miał do zapomnienia wyjątkowo dużo.



niedziela, 15 grudnia 2013

Mecz w Pampelunie okazał się dla Realu Madryt testem charakteru. Spodziewanym i niespodziewanym zarazem. Xavi pomógł Barcelonie wykorzystać kłopoty „Królewskich” i odskoczyć na 5 pkt.

Kiedy w 43. min przy stanie 2-0 dla Osasuny Sergio Ramos wylatywał z boiska z czerwoną kartką, do graczy Realu musiało dotrzeć, że Pampeluna to dla nich „przeklęta ziemia” (tierra maladita) bez względu na formę. Seria świetnych wyników, z jednym drobnym potknięciem, czyli bezbramkowym remisem w Pucharze Króla w rezerwowym składzie, wskazywała na to, że drużyna Carlo Ancelottiego zaczęła się zbliżać do szczytu możliwości.

W wyjazdowych meczach z Osasuną Realowi nie grało się łatwo, kto jednak w tak wielkim klubie mógł się martwić statystykami? Na dwie minuty przed przerwą sytuacja stała się dramatyczna, Ramos po raz 18. w karierze osłabił zespół z Santiago Bernabeu, któremu zostało 48 minut na zdobycie trzech bramek.

Był taki czas, gdy w podobnych sytuacjach z presją nie radził sobie Pepe. Teraz boiskowe szaleństwo dopada Ramosa, bez względu na to, czy uznamy, iż pierwsza żółta kartka była zasłużona? Nawet jeśli obrońca Realu nie faulował, sposób w jaki protestował u asystenta sędziego mógł usprawiedliwiać karę. Doprowadziło to do sytuacji skrajnej, w której drużynie z Bernabeu pomógł podźwignąć się Ronaldo.

Dla Portugalczyka nie był to dobry mecz, ale rajd z 45. min i podanie do niepilnowanego Isco pozwoliły „Królewskim” poprawić wynik jeszcze przed przerwą. W niedawnym starciu z Galatasaray w Champions League czerwona kartka dla Ramosa w niczym drużynie z Santiago Bernabeu nie przeszkodziła. Wczoraj piłkarze Realu udowodnili sobie jeszcze raz, że mają wystarczający potencjał, by wygrywać w dziesięciu. Byli o krok od zwycięstwa, skończyło się na remisie.

Marcelo stwierdził, że czuje się jak po porażce, bo drużyna aspirująca do mistrzostwa nie ma prawa rozdawać punktów gdzieś na prowincji. Tak naprawdę jednak z tego testu charakteru w Pampelunie piłkarze Ancelottiego nie wrócili na tarczy.

Barcelona była wczoraj w dość podobnej sytuacji. Po efektownym i wysokim triumfie w Champions League, miała potwierdzić wzrost dyspozycji w lidze hiszpańskiej. Przez godzinę męczyła się okrutnie, wtedy Gerardo Martino zdjął Aleksa Songa, wstawił Xaviego i wszystko stało się łatwe. Lider drużyny okazał się niezbędnym „turbo doładowaniem”, przyspieszył grę, co wystarczyło do skromnego zwycięstwa 2-1. Barcelona wciąż nie przypomina „dentysty” rozprawiającego się z bezbronnymi pacjentami (tak określił ją na początku sezonu trener Levante), ale na Camp Nou punktów nie rozdaje.

Wszystkie media hiszpańskie sławią dziś Neymara, który w dwóch ostatnich meczach zdobył pięć goli. To znacząco poprawia statystyki 21-letniego Brazylijczyka, ale chyba wciąż nie rozwiązuje wszystkich problemów. Kiedy Barcelona się „zawiesza” tak jak przez godzinę w starciu z Villarreal, Neymar nie okazuje się zdolny do wyrwania jej z tego stanu. Drybluje, ale najczęściej podaje do tyłu, bierze udział w wymianie wielu podań, które nie przybliżają drużyny ani o krok do zdobycia gola.

Tak było wczoraj do 61. minuty. Barca zdobyła gola z karnego po tym jak Jordi Alba kopnął piłką w rękę obrońcy stojącego w polu karnym. Gospodarze mieli przewagę, ale w bramce Villarreal Sergio Asenjo raczej się nudził. Aż w grze pojawił się 34-letniego Xavi, który nie ma już może dość zdrowia do ligowej młócki, ale gdy wchodzi z ławki, bezbłędnie diagnozuje potrzeby drużyny.

Wczoraj w Primera Division stało się więc coś, czego raczej nie przewidywano. To Barca ostatnio słabła, a akcje Realu rosły. Tymczasem przewaga Katalończyków wzrosła do 5 pkt, mimo wszystko „Królewskim” nie stało się nic, co powinno zachwiać ich wiarą w siebie. W krytycznej chwili pokazali charakter, pokpił sprawę Ramos, więc nonsensem jest zwalanie winy na decyzje sędziowskie.

To jednak metoda, z której chętnie korzystają oba kolosy. Kiedy Barcelona przegrała na San Mames Sergio Busquets ogłosił, że arbiter wypaczył wynik, bo powinien był pokazać czerwoną kartkę graczowi Athletic po faulu na Neymarze. Teraz Diego Lopez upiera się, że to sędzia ponosi odpowiedzialność za kłopoty Realu w Pampelunie. Ciekawe, bo jeszcze do niedawna obie strony utrzymywały, że za presją wywieraną na arbitrów stoi Jose Mourinho.

 
1 , 2
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac