blog Darka Wołowskiego
RSS
wtorek, 30 grudnia 2008

Stwierdzenie, że Roger nie był wart naturalizacji zwyczajnie mnie razi. Zwłaszcza w ustach Cezarego Kucharskiego, którego miałem za przytomnego gościa (szczególnie poza boiskiem). Po pierwsze uważam, że skoro obywatelstwo Roger już otrzymał i nigdy nie zrobił nic, co by wskazywało, że ma kadrę w nosie, to wszczynanie dyskusji, że nie warto było, jest niesmaczne. Przypominam tylko, że to nie Roger zabalował we Lwowie.

Jeśłi idzie o względy sportowe i porówanie z Olisadebe - wydaje mi się ono nieszczęśliwe i pospieszne. Owszem Roger tylu goli dla kadry nie strzela, ale przecież całkiem odmienna jest jego rola na boisku. Porówanie z innym rozgrywajacym Gargułą jest sensowniejsze. Cenię pomocnika Bełchatowa, ale mimo to nie pamietam, by miał w kadrze takie mecze jak Roger z Niemcami czy z Austrią podczas Euro 2008. Pamiętam dziennikarzy z Austrii, którzy obiecywali nam, że na Euro 2012 w Polsce naturalizują 11 Brazylijczyków.

Prawda, że od mistrzostw Europy Roger niechętnie wciela się w rolę zbawiciela: i w kadrze i w Legii, Często zawodzi, człapie po boisku, lub podaje byle jak, Zagrał właściwie jeden świetny mecz - z Czechami (daj Boże Gargule). Ale od debiutu Brazylijczyka w reprezentacji Polski minęło zaledwie 6 miesięcy. Za krótko, by wyskakiwać z tak kategorycznymi opiniami.

Jeśli Garguła będzie lepszy, Beenhakker pewnie postawi na niego. Z Nowym Rokiem życzę mu wszystkiego dobrego. Tak jak Rogerowi z którego roliczniem proponowałbym jednak poczekać.

piątek, 26 grudnia 2008

Najlepszą klubową drużyną 2008 roku był Manchester Utd. Trudno mieć wątpliwości, choć wspaniałe mecze Diabłów zatarły nam nieco w pamięci dokonania Barcelony. Ale to w drugiej połowie roku, która w futbolu jest tą pierwszą i właściwie o niczym jeszcze nie rozstrzyga. Mistrz Anglii, najlepsza drużyna Europy i świata - to imponujace dokonania MU.

Co do Barcelony to jest kandydatem na rok 2009. Na razie wszystko maluje się pięknie. Messi, Eto'o i Henry zdobyli w lidze 33 gole - więcej niż 17 rywali z Primera Divison (wyjątki to Real i Atletico Madryt). Eto'o jest liderem klasyfikacji strzelców z 15 bramkami (średnia prawie 1), Valdes liderem rankingu najlepszych bramkarzy puszczając gola co 1,6 meczu. Barcelona jest silna w przodzie i tyłach, gra skutecznie i pięknie. Gdyby utrzymała swoje średnie pobiłaby wszystkie rekordy włącznie z tym Realu Madryt Johna Toshacka, który w sezonie 1989-90 zdobył w 38 meczach 107 bramek. Barca w 16 meczach uzbierała 48, a więc w 38 mogłaby mieć 114!

Rok 2009 będzie dla niej rokiem wielkiej szansy, ale i wielkich zagrożeń. Oczekiwania są gigantyczne, dyrektor sportowy klubu Txiki Beguiristain już mówi, że to jest Barca naszych marzeń. Może więc być tylko gorzej. Wiadomo, że najlepiej jest, gdy wielka forma zbiegnie się z wielkimi meczami, Barca co prawda błysnęła formą w starciach z hiszpańskimi potentatami, ale nawet liga nie jest jeszcze rozstrzygnięta. Nie mówiąc o Champions League.

W Barcelonie wiedzą, że trzeba zachować przytomność umysłu, by wielkie nadzieje nie skończyły się jeszcze większymi rozczarowaniami. Wszyscy łatwo darują Manchesterowi słabszą drugą połowę 2008 roku. Uznajemy to nawet za coś nolmalnego. Barcelonie słabej pierwszej połowy 2009 nie daruje nikt.

wtorek, 23 grudnia 2008

Joan Laporta powiedział właśnie, że gdy zaczynał prezesować w Barcelonie klub przypominał auto na trzech kołach, a dziś można go porównać do bolidu Formuły 1. W zasadzie lubię gościa. Po wariacie jakim był Joan Gaspart Laporta jest dla mnie facetem z klasą.

Nie przeczę, że prezes jest dla klubu kimś ważnym, ale zdaje się Laporta zapomniał jak bardzo zależy od tak banalnej rzeczy jak gole. Barcelona przypomina bolid F1, bo Eto'o, Messi, Henry i Xavi biegają w ekspresowym tempie. Przecież jeszcze pod koniec ubiegłego sezonu, czyli zaledwie 6 miesięcy temu nikt Barcy do bolidu by nie porównał - była autem na trzech kołach, a większość fanów uważała, że trzeba wymienić w nim kierowcę. I to nie tylko Franka Rijkaarda.

Laporta na stanowisku został, a o kryzysie, który trwał dwa lata szybko zapomniał. Tak jak jego kumpel z Madrytu Ramon Calderon. Dał Realowi dwa tytuły mistrzowskie i już myślał, że przy poprzedniku jest bogiem. Tymczasem zanim galaktyczna konepcja Florentino Pereza legła w gruzach dała klubowi siedem trofeów i wyniosła go do rangi najsławniejszego i najbogatszego biznesu futbolowego na tej planecie. Z bogactwa wypracowanego przez Pereza użytek robił Calderon. I na jak długo wystarczyło?

Nie mam nic osobistego przeciw Calderonowi, ani Laporcie. Gdy jednak ktoś tak bezwstydnie chwali swoje dzieło budzi to moje wątpliwości. Słuchając prezesa, który na cały świat rozgłasza jak jest u niego świetnie, zaczynam mieć pewność, że do „świetnie” musi być w istocie daleko. Jedno jest pewne: świetnie swoją pracę w Barcelonie wykonują piłkarze.

piątek, 19 grudnia 2008

Sevilla, Schalke, Benfica, Spartak Moskwa, Feyenoord, Nancy, Racing Santander, Brugge, Rosenborg, Portsmouth - wyliczam drużyny, które przepadły w fazie grupowej Pucharu UEFA. By jeszcze raz uświadomić sobie, że Lech dokonał czegoś znaczącego. Pucharowi UEFA jest i będzie w głębokim cieniu Ligi Mistrzów, ale choć pieniądze i stawka są w nim znacznie niższe, to już rywale porównywalni. Sevilla, Schalke, Benfica, Spartak, Feyenoor, Rosenborg miały i to wcale nie tak dawno momenty świetności w Champions League. Nie chodzi jednak o to, by czerpać dziką satysfakcję z tego, że polski klub wspiął się w tym roku wyżej od nich. 

Udinese wygrało grupę D w której mierzyło siły m.in z Tottenhamem (wyeliminował Wisłę). 11. zespół Serie A to z pewnością dla klubu z Poznania kolejny test jak daleko mu do średniej europejskiej. Nie wiem czy Lech jest w stanie Włochów pobić, ale kiedy przypominam sobie jeszcze raz klęskę z Terekiem Grozny (2004 rok w II rundzie eliminacyjnej Pucharu UEFA) tym bardziej jestem wdzięczny, że tym razem drużyna z Poznania daje nam szansę debatowania nad rywalem, którego znamy. Po prostu Lech jest dziś w europejskiej hierarchii tam, gdzie powinny być drużyny z kraju 40-milionowego.

Oby ten etap rozgrywek nie był dla klubu z Poznania incydentem, tak jak niestety incydentem była dla Wisły Kraków IV runda i pamiętny dwumecz z Lazio. Satysfakcja byłaby pełna, gdybyśmy za dwa-trzy lata przyzwyczaili się do Lecha w tym towarzystwie. Stadion w Poznaniu będzie się idealnie do tego nadawał, a w końcu awans do Champions League stanie się logiczną konsekwencją, a nie - jak dotąd- pobożnym życzeniem.

środa, 17 grudnia 2008

Z tym pożeraniem Feyenoordu to Smuda lekko przesadził. Ale nie szkodzi skoro polski klub wreszcie wygrał na De Kuip z Feyenoordem, skoro w końcu mamy drużynę, która przebrnęła fazę grupową Pucharu UEFA. Będzie znów w Polsce pucharowa wiosna, pierwszy raz od 5 lat. 1/16 finału Pucharu UEFA to jeszcze nie mistrzostwo świata, ale dla polskiego klubu prawie, prawie.

Lech losowany był z najgorszego koszyka jako kandydat do ostatniego miejsca w grupie H. CSKA było poza zasięgiem, Deportivo miało być drugie. I tak było. Feyenoord ma teraz słabą drużynę, ale to firma mająca więcej pucharowych sukcesów niż wszystkie kluby polskie razem wzięte. Może to brzmi jak wspomnienia kombatanckie, ale jak przez mgłę pamiętam, gdy eliminował Legię w półfinale Pucharu Europy. 38 lat temu. Wypada przypomnieć, gdy chce się lepiej zrozumieć to, z czym musiał zmierzyć się Lech. Trzeba było nie tylko wygrać z cudzą słabością, ale też przełamać długoletnie kompleksy. Nikomu w Polsce na De Kuip dotąd wygrać się nie udało, a przecież dopiero niedawno (2002-2003) Legia wygrała z Utrechtem zostając pierwszym polskim klubem, który wyeliminował z pucharów klub holenderski. Dlatego byłem pewien, że dzisiejszy mecz, choć dla Holendrów bez znaczenia - nie będzie dla Lecha łatwy.

I nie był. Zapowiadane przez trenera Lecha pożeranie Feyenoordu się nie odbyło, ale drużyna Smudy zasłużenie wygrała awansując z silnej grupy. Mnie to w zasadzie wystarczy. Choć nie rezygnuję z emocji i awansu do kolejnej rundy. Może zamiast bezpodstawnie śnić o Lidze Mistrzów wypada zacząć od Pucharu UEFA.

poniedziałek, 15 grudnia 2008

Przeglądając składy z 156. gran derbi (tego sławnego, pół roku temu podczas którego piłkarze Barcy wykonali pasillo na Santiago Bernabeu) zaszokowało mnie coś z pozoru oczywistego. Składy Realu i Barcelony były niemal takie same jak w sobotę. W Realu grali Pepe, Heinze i Diarra. Ale w Barcelonie? Za Zambrottę i Bojana Krkica, teraz zagrali Eto'o i Dani Alves. To wszystkie zmiany w podstawowej jedenastce.

Eto'o byłby pewnie zagrał i w tamtym meczu przegranym 1:4, ale był zawieszony z kartki. Tak więc w Barcelonie dokonała się w zasadzie jedna podstawowa zmiana: ale przyjście Daniego Alvesa, rzecz jasna, wszystkiego nie tłumaczy. Reszty dokonał Guardiola i ci sami ludzie lepiej umotywowani.

Jaki z tego wniosek? Że nie trzeba wymienić wszystkich piłkarzy, żeby mieć całkiem inną drużynę. Warto by szefowie Ralu się nad tym zastanowili zanim z kasy ich klubu zaczną wypływać grube miliony.

„Madrid cabron saluda al campeon” - z tą przyśpiewką fanów Barcelony po raz pierwszy zetknąłem się po finale Ligi Mistrzów 16 lat temu. Na Wembley w 1992 roku Real nie grał, ale dla kibiców z Katalonii pierwszy triumf w Champions League (klub z Madrytu miał ich już sześć) był okazją do satysfakcji wobec wielkiego rywala. Barcelona nie pokonała wtedy wyłącznie Sampdorii, ale przede wszystkim swój madrycki kompleks.

„Madrid cabron saluda al campeon” (Real rogacz kłania się mistrzowi) wykrzyczał też Samuel Eto'o, gdy sięgnął z Barcą po pierwsze mistrzostwo. Przeprosił, ale dla wszystkich pozostało jasne, że niechęć między obydwoma klubami datująca się od dytkatury Primo de Rivery przez dyktaturę generalissimusa Franco będzie „zarażała” kolejne pokolenia. Nawet ludzi przybywających z czarnej Afryki.

Kibice i piłkarze z Katalonii wcale nie byli oryginalni, bo gdy Real wygrywa, przyśpiewka zmienia się w „Barca cabron saluda al campeon”. Tak było w ostatnich dwóch latach. Stąd w sobotę potrzeba odreagowania w Katalonii była gigantyczna. Po zwycięstwie z Realem Josep Guardiola przyznaje, że będzie mu trudno sprawić, by jego piłkarze utrzymali nogi na ziemi.

Bo dla Barcelony zwycięstwa nad Realem są cezurą. Testem, czy ich drużyna przeżywa moment tak niezwykły, jak się zdaje. Wszyscy widzieliśmy, że nawet w szczycie formy w jakim jest drużyna Guardioli strach przed Realem, choćby w najcięższym kryzysie, miał wielkie oczy. Dziś Barcelona czuje pełnię swej wielkości, choć znacznie lepsze mecze zagrała z Atletico, Sevillą czy Valencią. Nic to. „El Mundo Deportivo” zapytało fanów Barcy „kto jest najgroźniejszym konkurentem do mistrzostwa”? I co myślicie? Real Madryt! Mimo że traci do ich drużyny 12 pkt, a Valencia tylko osiem.

W lidze hiszpańskiej nikt nigdy 12 pkt do lidera nie odrobił. Real czeka więc misja specjalna. Ramon Calderon nie planował wielkich zakupów już zimą, ale został zmuszony do zmiany zdania. Niech drżą szejkowie z Manchester City, choć wygrali pierwsze starcie (o Robinho) następne może należeć do Calderona. Mimo wszystko od strony sportowej jego klub jest wciąż większą gratką dla piłkarza z ambicjami.

W Madrycie robią sporo, by to się zmieniło. Poświęcili Bernda Schustera, łatwo było, bo Niemca w stolicy Hiszpanii nie lubił nikt. Ale też nikt nie jest tak głupi, by nie pamiętać, że to nie on odpowiada za maniacką kampanię o Cristiano Ronaldo. Calderon tak bardzo chce się odróżniać od swojego poprzednika, że ...działa tak samo. Tylko nieskutecznie. Kiedy Florentino Perez chciał Figo, Zidane'a, Beckhama, czy Ronaldo to ich zwyczajnie miał. Bez znaczenia, że trzeba było ich wyrwać Barcelonie, Juventusowi, Manchesterowi, czy Interowi Mediolan.

Na swoim blogu Rafał Stec obliczył, że z wszystkich wielkich klubów w Realu posada trenera najbardziej przypomina robotę sapera. Calderon wydał majątek na drużynę którą ma. Teraz okazuje się jednak, że w Madrycie drużyny nie ma. Juande Ramos namawia prezesa do jak najszybszych zakupów. Nie zauważono dotąd, że Real ma jednego skrzydłowego (Robben) wobec czego trudno mu rozwinąć skrzydła.

Ramos ma kontrakt tylko do czerwca. A wtedy może trzeba będzie kupować według nowej koncepcji. Z całym szacunkiem dla dokonań klubu z Madrytu przypomina on dziś giganta, który zamiast do pogoni za uciekającą zdobyczą, z lenistwa zabrał się do pożerania własnego ogona. Real ma czas, by odrobić 12 pkt do Barcelony (23 mecze). Zwłaszcz, jeśli ta będzie miała kłopot z utrzymaniem nóg na ziemi. Ale czy ma na to pomysł? Wątpię. Ciągłe zmiany odpowiedzi na tak proste pytanie: „jak ta drużyna ma grać” są nie tylko kosztowne, ale i zgubne.

 

środa, 10 grudnia 2008

Artur Boruc, Tomasz Kuszczak i Jerzy Dudek wywalczyli dziś w Lidze Mistrzów 7 pkt. Tylko bramkarz MU puszczał bramki co nie przeszkodziło drużynie zająć pierwszego miejsca w grupie. Nikt z tej trójki nie mógł być pewny występu - Boruc przeżywa najtrudniejsze chwile w karierze, Kuszczak mógł zacząć wątpić, że to on ma byc następcą van der Sara, Dudek ogłosił, że odchodzi z Realu, by stanąć jeszcze między słupkami kiedykolwiek. Prawdopodobieństwo, że Juande Ramos da mu szansę było bliskie zeru. A jednak.

Koledzy dziennikarze z Hiszpanii są pewni, że z Barceloną zagra Iker Casillas, a manewr z Dudkiem miał mu dać chwilę na odpoczynek. Psychicznie mistrz Europy i kandydat do Złotej Piłki musi być zmęczony. Widać to po jego grze, przestał dokonywać cudów w bramce Realu. Dudek miał z Zenitem pracy mało, ale niczego nie zawalił. Co z tego wyniknie? Hiszpanie są pewni, że dla Polaka absolutnie nic.

Jeszcze pewniejsze jest to, że z szansy jaką dostał dziś Dudek nic nie wyniknie dla reprezentacji Polski. Jej największą nadzieją jest Łukasz Fabiański - czyli ten, który akurat szansy nie dostał. A więc dzisiejszy wieczór potwierdził nie tylko to, że Polska bramkarzami stoi, ale jednocześnie, że selekcjoner nie ma wcale na tej pozycji kłopotów bogactwa.

Jest Boruc w kryzysie, jest pokłócony z selekcjonerem Kuszczak, jest Dudek reanimowany na chwilę i Fabiański, który w Arsenalu nie gra. Jak to w naszej piłce - nie ma wiadomości dobrej z którą nie wiązałaby się zła.  

Stwierdzenie, że nie ma niespodzianek w Champions League jest w zasadzie prawdziwe. W zasadzie, bo drugie miejsca Interu czy Chelsea nie były planowane. Szczególnie drużyna Jose Mourinho zrobiła wiele, by skomplikować sobie przyszłość. A przecież Portugalczyka zatrudniono w Mediolanie po to, by zespół przełamał fatum ciążące nad nim od lat 60-tych. Czyli zdziałał coś wreszcie w Pucharze Europy.

Juz to czuję Inter - Barcelona w 1/8 finału i Mourinho po raz kolejny zostanie skazany na powrót na Camp Nou. O mały włos latem nie został tam trenerem. Był to akt rozpaczy po fatalnych dwóch latach Franka Rijkaarda. Dziś wszyscy na Camp Nou się cieszą, że postawili na opcję łagodną - Guardiolę. Los lubi płatać figle więc stawiam na Inter jako rywala Barcy w kolejnej rundzie.

W ogóle obsada drugich miejsc jest niezła: poza Interem, Chelsea, Atletico Madryt i prawdopodobnie Villarreal, Real, Porto, Lyon - właściwie nie wiem czy jest uzasadnienie bić się o zwycięstwo. Szlagierów w 1/8 będzie więcej. Na szczęście dla faworytów jest kilka miesięcy, by coś w klubie zmienić.

Real Madryt ma nowego trenera, Schuster dostał 7 mln euro odprawy. Juande Ramos ma dokonać kilku transferów. Hiszpańska prasa już spekuluje kto jest jego ulubionym piłkarzem (Zokora, Arszawin itd). Zima nie będzie w Madrycie spokojna. Jedno jest pocieszajace. W Lidze Mistrzów nie może być w tym roku gorzej niż w ostatnich czterech, gdy europejski rekordzista zatrzymywał się na pierwszej rundzie pucharowej.

 

wtorek, 09 grudnia 2008

Juande Ramos za Bernda Schustera. Kiedy w klubie jest źle, najłatwiej zwolnić trenera. Możnaby zmienić prezesa, ale tego musiałby dokonać sam prezes. Wiadomo, że o to trudniej. Za Schusterem nikt długo płakał nie będzie, dziennikarze go nie lubili, kibice też nie. Z piłkarzami Niemiec pożegnał się wysyłając SMS-a. Dla kontrastu starczy wspomnieć lament graczy Chelsea po zwolnieniu Mourinho.

Calderon zatrudniał Schustera po to, by Real grał pięknie, bo samo wygrywanie, za Capello, nie wystarczało. Real jednak pięknie nie grał, na dodatek ostatnio zaczął przegrywać. I to czasem z rywalami, którzy kompleksy kolosa noszą głęboko w sercu. Żeby przeciętniackie Getafe wygrywało z Realem, albo nawet silna Sevilla przyjeżdżała na Santiago Bernabeu po trzy punkty, oba kluby muszą nie tylko grać lepiej, ale wznieść się ponad świadomość kto tu w istocie jest silniejszy.

Z kompleksem Realu nie będzie musiała walczyć Barcelona, choć w ostatnich dwóch latach rywal z Madrytu obijał ją jak chciał. Ale grając jak dziś, Barca jest poza zasięgiem Realu. Celowo piszę ostatnie zdanie, choć wyniku gran derbi nie uważam za pewnik. Po prostu wypowiedział je Schuster, co było ostatecznym impulsem, by go wylać z pracy. Dziennik ”Marca” opublikował dziś na pierwszej stronie koszulkę Realu z podpisem, że w tych barwach nie można wątpić. Zbytek patosu?

Sytuacja w Madrycie do niego jednak dojrzała. Uznano, że Schuster nie jest w stanie wstrząsnąć piłkarzami, że zawalonego przez Calderona i Mijatovica lata transferowego będzie używał jako tarczy ochronnej do końca. Po porażce z Getafe przyszła porażka z Sevillą i zapowiedź klęski na Camp Nou - czego nikt w Madrycie zaakceptować nie mógł. Nawet w Barcelonie Guardiola i Laporta przypominają jednak, że najbardziej bać się trzeba rannego lwa.

Co znaczy Ramos w Madrycie? Czy będzie pracował jak w Sevilli z którą zdobył dwa razy Puchar UEFA, czy jak w Tottenhamie, który zostawił na ostatnim miejscu w Premier League. Podobno Angole mieli mu za złe, że zakazał piwa i frytek. Jak w takim razie radzi sobie w Liverpoolu Rafa Benitez?

Nie da się ukryć, że Real wziął Ramosa w akcie rozpaczy. Podpisał kontrakt do końca sezonu. Nie jest to sytuacja normalna, kiedy wielki klub stawia na trenera w którego wierzy. Real Ramosa sprawdza. Na początek rękami (nogami) Barcelony.

Z Sevillą Ramos ograł Barcę w pamiętnym Superucharze Europy - dwa lata temu. Tylko, że Schuster - zanim trafił do Realu - z Getafe pobił klub z Katalonii 4:0 w półfinale Pucharu Króla. Wielkiej kariery w Madrycie mu to nie zapewniło.  

 

 
1 , 2
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac