blog Darka Wołowskiego
RSS
niedziela, 30 grudnia 2007

Oberstdorf to nigdy nie było szczęśliwe miejsce dla Adama Małysza. Kiedy siedem lat temu wygrywał Turniej Czterech Skoczni był tam czwarty. Można sobie wyobrazić nasz entuzjazm, gdy przed rokiem Polak był na podium. Wydało się, że to wielki wynik.

Dla mnie był to pierwszy TCS, którego nie spędzałem przed telewizorem, ale na skoczniach w Niemczech i Austrii. Na żywo wszystko to wygląda fajnie, ale dla kogoś, kto zna konkursy w Zakopanem jednak trochę rozczarowujaco. Dlatego sukces Polaka był tak potrzebny. Małysz do ostatniego konkursu ocierał się o podium, by w końcu od niego odpaść aż na ósme miejsce (piszę z pamięci).

Koledzy, którzy bywają na TCS od 2000 roku pocieszali mnie, że i tak nie trafiłem źle, bo rok wcześniej Polak wogóle wycofał się z Turnieju. W tym roku pocieszać się trzeba od początku. 17. miejsce w Oberstdorfie sprawia, że Małysz nie będzie się liczył w klasyfikacji generalnej Turnieju. Czym się będziemy pocieszali? Rywalizacją Morgensterna z Ahonenem, który chce wygrać TCS po raz piąty i przejść do historii.

A Małysz? Jego rolą jest prześcignięcie Nykaenena w liczbie zwycięstw w zawodach Pucharu Świata. 17. miejsce w Oberstdorfie jego szans na to nie przekreśla. Polak dziś dotkliwie przegrał, ale świat się na tym nie skończył.

Przepraszam wszystkich, którym żart o Puyolu się nie spodobał. Dla niepoznaki natychmiast zmienię temat. W Oberstdorfie zaczyna się właśnie Turniej Czterech Skoczni. Zawsze był on dla mnie czymś nadzwyczajnym: ważniejszym niż mistrzostwa świata w skokach, albo nawet zimowe igrzyska. Dziecko ma własne hierarchie ustanawiane często przez przypadek.

Jak wiadomo za dawnych czasów w Polsce zimą nie było piłki. W zasadzie nie ma i teraz, ale kiedyś nie było nawet transmisji z lig zagranicznych. Odbywający się na przełomie roku Turniej w skokach nie miał konkurencji, a TVP zawsze go pokazywała. Ojciec sadzał mnie z czystą kartką i dla zabaway zapisywaliśmy noty skoczków, a miejsca w dziesiątce Bobaka, a potem Fijasa wprowadzały nas w ekstazę.

Nie trzeba tłumaczyć o czym mógł potem marzyć ktoś chowany w takich warunkach. Kiedy Małysz wygrał 49. Turniej Czterech Skoczni poczułem jakby gwiazda betlejemska zaświeciła nad moim domem. Niestety skutek był odwrotny - zamiast nasycenia, pojawił się apetyt na powtórkę. Kiedy cud się zdaży przestaje być cudem. To co do 2001 roku było nierealne wydobyło się z krainy baśni i zaczęło żądać dalszego ciagu.

Jak wiemy od tamtej pory Małysz pokonał niemal wszystkie bariery, w zeszłym sezonie rozpoczął samotny pościg za Nykaenenem - skoczkiem wszechczasów. Nie muszę tłumaczyć kim był Nykaenen dla dzisiejszych czterdziestolatków.

Są wśród nas kibice, którzy będą podziwiać skoczka z Wisły, choćby przegrał już wszystkie konkursy do końca kariery. Są i tacy, którzy żądają nowych zwycięstw, lub tacy którym ta narodowa histeria zwana małyszomanią obrzydziła skoki. Myślę jednak, że nikomu z nich nie stałaby się krzywda, gdyby Małysz właśnie teraz rozpoczął znów wielkie latanie.

Nawet ci, którzy się nudzą na skokach wiedzą dobrze, że mają do czynienia z fenomenem jakiego poprzednie pokolenia nie znały, a przyszłe będą znały tylko z historii. Dziś znów startuje Turniej Czterech Skoczni. I wszystkie dzieciaki, których ojcowie posadzą przed telewizorem z czystą kartką papieru są w znacznie lepszej sytuacji.

Wysokich lotów wszystkim 

 

 

 

 

 

piątek, 28 grudnia 2007

Carles Puyol, kapitan Barcelony ogolił głowę na zero po porażce z Realem Madryt 0:1. Teraz znacznie bardziej przypomina strzelca złotej bramki Julio Baptistę. Niewiele brakowało, by na Baptistę musiał się zrobić także Ronaldinho. Ale mimo słabej gry, ocalił włosy.

Przed meczem z Realem, ktoś w szatni Barcy zażartował, że porażka będzie kosztować skalp ich trenera Franka Rijkaarda. Puyol się obruszył mówiac: jeśli przegramy to bedzie tylko wina piłkarzy. I stanął zakład. Przez długi czas wygladało na to, że włosy straci Ronaldinho. Założył się, że ogoli się na zero jeśli Rijkaard nie wystawi go do podstawowego składu.

Do końca wydawąło się, że nie wystawi. Mecz z Valencią tydzień przed Realem Ronaldinho przesiedział na ławie. Z królewskimi też miał grać Giovani dos Santos. W końcu Rijkaard uznał jednak, że Brazylijczyk zrobi co można, by ocalić dwa skalpy: jego i swój własny. Puścił go do gry, ale się przeliczył.

Skutek był jedynie taki, że skalp stracił Puyol. Na razie. Tyle, że jeśli idzie o skalp piłkarski, czyli posadę w katalońskim klubie, to z wymienionej trójki bohaterów tylko kapitan ocali go na pewno.

 

Zobacz łysego Puyola

  

wtorek, 25 grudnia 2007

Nie, nie jestem w górach, ale czas Świąt przypomina mi najbardziej niezwykłą Wigilię w moim życiu. Ona właśnie zdarzyła się w górach na północy Meksyku - w Sierra Tarahumara, u grupy indian spokrewnionych ponoć z Apaczami, a już napewno wyglądających jak Apacze. Długie, proste włosy, coś w rodzaju przepaski biodrowej i wychudzone postacie, którymi zachwycał się Artaud.

Tarahumaras, albo Raramuri mają wiele wspólnego ze sportem. Ich pasją są biegi na długich dystansach odbywające się w niesamowitych skalistych górach strzegących dostępu do ich malowniczych wsi.

Na początku biegu są zakłady. Zbierają się dwie wsie, które wystawiaja reprezentacje biegaczy i zakładają się kto wygra. Zabrałem skórzaną kurtkę i ruszyłem do wyznaczonego miejsca, gdzie spotkali się smętni faceci z kozami, owcami, kurami i innym dobytkiem. Kurtka moja nie znalazła uznania, musiałem postawić pieniądze, by sprostać wymaganiom rywala, który gotów był się ze mną założyć.

Targi trwały długo. Zwłaszcza, że w pewniej chwili ktoś rzucił na nas oskarżenie. Jego zdaniem jeden z ludzi z naszej wsi - Rejogoci był w zmowie z czarownikami, którzy podarowali mu pył z kości Apaczy, by rozsypał na drogę pod nogi rywali. A to miało odebrać im siły.

Bardzo dużo czasu zajęło nam przekonywanie przeciwników, że mamy intencje czyste i że chcemy zwyciężyć w uczciwej walce. Wszystko skończyło się dobrze i biegacze mogli ruszyć na trasę. Nie bardzo wiem jak do tego doszło, bo hiszpański służy indianom do robienia zakupów w mieście lub załatwiania spraw w urzędach. Mają własny język.

Bieg trwał dwie doby, do sztafet przyłączali się i odłaczali biegacze niosący palące się drewno do oświetlania drogi, jedzenie, picie i dzwonki. Pobiegałem z nimi ze trzy godziny, ale potem poszedłem spać i gdy wstałem rano sztafety dobiegały właśnie do półmetka.

Następny dzień minął mi na leczeniu zakwasów, bo bieganie po górach okazało się ciężkie. Gdy budził się kolejny świt, dźwięk dzwonków kierował się w okolice mety. Zbiegliśmy się tam wszyscy.

Dla mnie zwycięstwo nie miało tym razem najmniejszego znaczenia. Ale wygraliśmy, a ja miałem obowiązek przyjąć pieniądze od wychudzonego gościa, który przegrał ze mną, jak dla niego, dużą kwotę. Korzystając ze statusu przyjezdnego postanowiłem zakończyć sprawę nietypowo. Zaproponowałem, by zatrzymał pieniadze, bo dla mnie zapłatą była radość z uczestniczenia w biegu.

Chudzielec zmarkotniał do reszty. Nie dość, że przegrał, to jeszcze z facetem, który wogóle nie rozumiał sportu.

Wesołych Świąt

poniedziałek, 24 grudnia 2007

W internetowaj ankiecie ”Marki” aż 54 proc ludzi w Hiszpanii uważa, że Real nie obronił jeszcze tytułu. Aż 46 proc jest jednak zdania, że tak. To najlepiej oddaje siłę gran derbi, bo przed meczem na Camp Nou nikt nie ośmieliłby się nawet drukować takiej ankiety - różnica miedzy Realem i Barcą wynosiła tylko 4 pkt.

Rozumiem Fanka Rijkaarda, że trzymał Ronaldinho na boisku przez 90 minut. Teraz wiadomo, że nic to nie dało, ale jeśli się ma w drużynie takiego gościa, trzeba by kielich swoich szans wysączył do dna. Oczywiście nie będę się upierał, że Barca przegrała cały sezon, ale też dużo więcej niż jeden mecz.

Jeszcze niedawno śmialiśmy się z aspiracji Realu do 10. Pucharu Europy. Tak jak śmialiśmy się z Baptisty i Pepe. I już się nie śmiejemy. Ktoś kto potrafił tak przekonujaco wygrać na Camp Nou zasługuje na to, by traktować go poważnie.

niedziela, 23 grudnia 2007

Porażka Racingu z Sevillą 1:4 nie była dla nas wielką świąteczną przystawką przed daniem głównym Barcelona - Real. A była na to wielka szansa, bo gra na Sanchez Pizjuan to niemal taka sama frajda jak na Santiago Bernabeu, czy Camp Nou. Problem Racingu polega jednak na tym, że nie ma kreatywnego środkowego pomocnika (Colsa i Ducher nim nie są). Racing mało gra też skrzydłami, stąd atak nie jest jego największą siłą. A w ataku właśnie gra Ebi Smolarek.

Ten mecz nie mógł być dla niego dobry, bo gdy płynne ataki Sevilli sunęły pod bramkę Racingu zgrupowani pod swoim polem karnym goście zostawiali między atakiem, a pomocą i obroną więlką dziurę. Wydawało się nawet, że Smolarek i Munitis grają w jakiejś trzeciej drużynie bez najmniejszych szans pododzenia.

Po niezłym meczu na Santiago Bernabeu miałem nadzieję, że Ebi błyśnie w Sevilli. Nie błysnął i nawet nie jestem pewien czy to wyłącznie jego wina. Z drugiej strony o grze Racingu świadczy coś więcej niż wczorajszy wieczór. Jak skutecznie musieli dotąd grać świadczy fakt, że po dwóch kolejnych porażkach wciąż są na szóstym miejscu.

Ale zostawmy przystawkę, czas na danie główne. - Jedziemy na Camp Nou bez lęku - stwierdził Schuster. Dodał, że chciałby zobaczyć na boisku Rolandinho, bo poza tym, że jest trenerem, będzie też widzem spragnionym wielkiej gry. No i z ostatnich wieści wynika, że Ronaldinho będzie w pierwszym składzie. To chyba rozsądne wyjście, bo jeśli w takim meczu nie błyśnie, to kiedy?

Mając do wyboru jednego z najlepszych graczy świata, którego błysk geniuszu może rozstrzygnąć mecz lub Giovaniego dos Santosa, dla którego byłby to pierwszy w karierze wielki mecz, Rijkaard robi słusznie. Jeśli Brazylijczyk zacznie fatalnie, będzie czas na wpuszczenie Meksykanina. Oczywiście w takim meczu każda decyzja jest ryzykowna.   

 

 

 

piątek, 21 grudnia 2007

N dzisiejszym treningu Barcelony, tuż przed szlagierem z Realem Madryt Rijkaard znów zwrócił uwagę Ronaldinho, żeby wiecej pracował, mniej żartowął. Obaj rozmawiali przez kilka minut. Pare dni temu trener Barcy zawrócił Ronaldinho na trening, bo ten chciał za wcześnie iść do szatni.

Czym to się skończy? Zobaczymy w niedzielę. Jeśli tak jak z Valencia Brazylijczyk nie wstanie nawet z ławki rezerwowych, to chyba sprawa jego odejścia będzie przesądzona.

Dziwny klub ta Barca. Nikt w Katalonii nie ma wątpliwości, że w innym miejscu Brazylijczyk szybko wróci do formy. Dlaczego nie może wrócić w Katalonii? A dlaczego nawet takie legendy jak Cruyff i Maradona zdobyły w Barcelonie mniej niż Ronaldinho?

- Jeśli nie zagra Ronaldinho i Deco, tym lepiej dla nas - powiedział pomocnik Realu Julio Baptista. No, zobaczymy.

Rozmawiałem właśnie z Dariuszem Górskim, synem Pana Kazimierza. Z grobu jego taty ukradziono piłkę. Ale co ja będę pisał. Zacytuję co mi powiedział:

 - Kiedy zadzwonił do mnie dyrektor cmentarza i powiedział co się stało, odebrało mi mowę. Musiałem usiąść i złapać powietrze. Nawet teraz brak mi słów. Przecież ja nawet grobu nie ubezpieczałem, tak byłem pewny, że nic się stać nie może. Tata był w Polsce dobrem narodowym, jak mogło mi przyjść do głowy, że ktoś mógłby ograbić i zbezcześcić jego grób. Nie wierzę, że zrobił to złodziej, bo nawet taki swój honor ma. To musiała być jakaś hiena cmentarna, która sprzedała piłkę na złom, bo potrzebowała na flaszkę. Nie mógł to być nikt kto znałby ojca.Poszedłem na policję i czekam co będzie. Wierzę, że kibice z całej Polski pomogą, że jeżeli ktoś znajdzie, odkupi piłkę, zwróci ją. Wiem, że ludzie pomogą, przecież to był grób rodzinny, tam leży też moja mama. Brak mi słów.

Mnie też

Celtic nie ma z Barceloną specjalnych szans, ale Artur Boruc wylosował w 1/8 finału Ligi Mistrzów znakomicie. Po pierwsze Barcelona to jego ulubiony klub, po drugie nie ma chyba rywala na tle którego polski bramkarz mógłby łatwiej pokazać Europie swoją klasę.

Kiedy w wywiadzie dla „Gazety” Boruc powiedział, że w czerwcu ma zamiar opuścić Celtic natychmiast zadzwoniłem do kolegów z hiszpańskiej ”Marki”. Zapytałem czy możliwe jest, by Barca sprowadziła Polaka, a oni parsknęli śmiechem. - Jest tak samo prawdopodobne, że klub z Katalonii zamieni Valdesa na Boruca, jak to, że Real zamieni Casillasa na Dudka - powiedzieli.

Moim zdaniem różnica jest jednak duża. Casillas to bramkarz wybitny, Valdes tylko dobry. Oczywiście nie bramkarz Barcy będzie kluczową postacią meczów z Celtikiem. Raczej Henry, Eto'o, Messi i Ronaldinho jeśli do tego czasu zostanie w klubie. Ponieważ obrona Celtów gra katastrofalnie Boruc na pewno w lutym nie zmarznie - ani na Celtic Park, ani Camp Nou.

Mam tylko jedną obawę: by Artur Boruc nie chciał błysnąć za bardzo. Kiedyś znany hiszpański golkiper Andoni Zubizarreta powiedział mi w wywiadzie, że bramkarz nie może być gwiazdą. To znaczy nie może chcieć nią być, bo to szkodzi drużynie i w efekcie jemu samemu. Jeśli Boruc będzie grał normalnie, to zupełnie wystarczy, by potencjalni nowi pracodawcy zwrócili na niego uwagę.

czwartek, 20 grudnia 2007

Raul Gonzalez to taki facet jak Paolo Maldini - jest gwiazdą w wielkim klubie, ale naprawdę bardzo trudno znaleźć na niego haka. Ktoś przypomni gola zdobytego reką w meczu z Leeds w Lidze Mistrzów. No zgoda. Ale jak na tyle lat kariery: ani skandalu, ani konfliktu, ani szczególnie brutalnego faulu. Nic, lub prawie nic. Jego marzeniem jest skończyć z piłką w białej koszulce, ale kiedy grał źle, mówił, że jest gotów wyjechać, by nie być ciężarem dla ulubionego klubu.

Kiedy trzeba wysłać piłkarza Realu do domu dziecka, czy szkoły - zawsze jego. Sam ma zresztą czwórkę dzieci. Jest jedynym piłkarzem ”królewskich” o którym z szacunkiem pisze nawet prasa w Katalonii. I właśnie teraz przed meczem z Barceloną powiedział jakby nigdy nic, że nie ma na świecie drugiego takiego piłkarza jak Leo Messi.

Ciekawa różnica w zestawieniu z prezesem Ramonem Calderonem, który chcąc zmotywować piłkarzy Realu przed batalią na Camp Nou stwierdził, że w jego klubie nawet Kaka by się w składzie nie zmieścił. Kaka na którego punkcie Calderon ma przecież bzika.

Raul pewnie mówi co myśli, bo ktoś z jego klasą nie musi być niewolnikiem poprawności politycznej. Szanuje graczy Barcy, bo wie, że tak na prawdę właśnie to, a nie przechwałki są najlepszą drogą do zwycięstwa. Raul chce mieć uczucie, że opuszczając Camp Nou z trzema punktami dokonał czegoś niezwykłego. Bo to będzie niezwykłe. A jeśli nawet wyjedzie bez punktu na niezwykłości i tak mu nie ubędzie. Kiedy jest się wielkim graczem nie ma po co bawić się w psa, który szczeka zza płotu.

 

 
1 , 2 , 3
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac