blog Darka Wołowskiego
RSS
wtorek, 28 listopada 2017

Gol Leo Messiego, którego nie dostrzegł arbiter niedzielnego meczu Valencia - Barcelona (1:1), to kolejny dowód, że Primera Division jest zaściankiem sędziowskim.

Jedna z firm bukmacherskich, w dodatku od niedawna sponsorująca drużynę koszykarzy Realu Madryt, postanowiła bramkę Messiemu zaliczyć. Wypłaciła wygraną wszystkim tym, którzy w meczu na Estadio Mestalla postawili na remis, ale dodatkowo tym, którzy obstawiali wygraną Barcy 2:1.

Messiego to rzecz jasna nie pociesza, długo debatował z arbitrem o tym golu. Już go nawet świętował, gdy zorientował się, że Iglesias Villanueva go nie dostrzegł. W dodatku zaraz po tej akcji nastąpiła kontra Valencii, gracze Barcy byli tak zaaferowani protestami, że omal sami nie stracili bramki. I tak zamiast 1:0 dla nich, byłoby 0:1, ale włoski napastnik Valencii Zaza kopnął piłkę obok słupka.

Niemal wszyscy widzieli, jak w 30. minucie po strzale Argentyńczyka bramkarz Valencii Neto popełnia błąd, puszcza piłkę do bramki, by potem desperackim rzutem wygarnąć ją zza linii. - Wszyscy widzieli, poza tym, który powinien to widzieć - skomentował Andres Iniesta. Kapitan Barcelony nie mówił ani o antykatalońskich spiskach, ani słabości arbitrów, ale konieczności wykorzystania technologii VAR, czyli wideosędziowania. W takich przypadkach jest nieoceniony.

Liga hiszpańska jako jedyna z wielkich lig Europy nie używa ani VAR-u, ani GLT, czyli goal line technology do sprawdzenia czy piłka była w bramce, czy nie. Ma to wprowadzić od przyszłego sezonu. Od dawna zabiegała o to Barcelona, ale władze ligi i federacja tłumaczyły, że to drogo kosztuje (4 mln euro). Jak wiadomo poprzedni prezes federacji Angel Maria Villar, który rządził nią niemal trzy dekady, został aresztowany za korupcję. Szef ligi Javier Tebas zapewnił, że VAR zostanie wprowadzony w następnym sezonie, że wszyscy są za: i władze ligi i federacji i szefowie sędziów. - Gdybym was przekonywał, że gola Messiego nie widziałem, nazwalibyście mnie ślepcem - powiedział do dziennikarzy. Ale dodał, że w Hiszpanii zwlekano z VAR, bo wprowadzający go Włosi, Portugalczycy i Niemcy mieli kłopoty. Hiszpania postanowiła czekać, by ich uniknąć. - Nie sądzę, żebyśmy przez to zwlekanie wystawiali naszą ligę na pośmiewisko Europy - mówił Tebas. I dodał, iż liczy na to, że po korupcyjnym trzęsieniu ziemi federacja zacznie wreszcie działać normalnie.

Najbardziej kuriozalnie zabrzmiał jednak prezes hiszpańskich sędziów Victoriano Sanchez Arminio, który powiedział, że sędzia Iglesias Villanueva spisał się w niedzielny wieczór znakomicie. Popełnił zaledwie jeden błąd. - Wy to widzicie w telewizji, sędzia jest na boisku i widzieć tego nie musi. VAR? GLT? Trzeba wydać masę pieniędzy, by uniknąć sytuacji, która zdarza się raz, lub dwa razy w sezonie - tłumaczył.

Na braku VAR problem hiszpańskich sędziów się jednak nie kończy. Ich poziom od lat uchodzi za żenująco słaby w porównaniu z poziomem najlepszej ligi świata. Stąd o arbitrach w Hiszpanii mówi się na okrągło. Ziarno pada na żyzną glebę, bo nie ma kraju w Europie, gdzie spiskowa teoria futbolowych dziejów byłaby w takiej cenie jak w Hiszpanii. Niedawno Real Madryt ogłosił, że błędy sędziów zabrały mu w tym sezonie już 11 pkt! Gdyby nie one, drużyna z Santiago Bernabeu byłaby liderem ligi! To komunikat wyjątkowo kontrowersyjny, który wywołał burzę, bo zaraz media w Katalonii wyliczyły 32 przypadki, gdy sędziowie pomagali Królewskim, a szkodzili Barcelonie. Z kolei biedniejsi rywale Barcy i Realu są przekonani, że hiszpańscy arbitrzy sprzyjają gigantom.

Problem postanowił rozwiązać naukowiec z Autonomicznego Uniwersytetu w Madrycie, który za pomocą prostej teorii statystycznej wyliczył jaki wpływ mają błędy sędziów na układ tabeli. I wyszło mu, że bliski zeru! A więc to, co sądzi przeciętny hiszpański kibic, to mity?

poniedziałek, 27 listopada 2017

Tego podpisu i tego zdjęcia od miesięcy domagały się miliony kibiców Barcelony. Wśród nich słynny pieśniarz, poeta i aktor Joan Manuel Serrat, który napisał do władz klubu oraz piłkarza płomienny list. I w końcu jest. Nowy kontrakt do 2021 roku. Z roczną pensją 40 mln euro.

Leo Messi rozegrał to jak mistrz suspensu. Podpisy jego ojca Jorge oraz prezesa Josepa Marii Bartomeu widniały na jego nowej umowie z Barceloną od prawie pół roku. Nic one jednak nie znaczyły dopóki kontraktu nie podpisał sam piłkarz. Tymczasem 30-letni Argentyńczyk zwlekał i zwlekał. Taki stan to pożywka dla plotek i spekulacji. Czyżby Messi się wahał, czy ostatnich lat wielkiej kariery nie spędzić gdzie indziej?

Negocjacje trwały 12 miesięcy. Od grudnia 2016 roku, kiedy jego ojciec i agent spotkał się pierwszy raz w tej sprawie z Bartomeu. Już miesiąc wcześniej prezes Barcy ogłosił: - Przedłużyliśmy kontrakt z Neymarem, teraz czas na Messiego.

Dziś brzmi to ironicznie. Barcelona dała podwyżkę Neymarowi i podniosła w jego kontrakcie klauzulę wykupu do 222 mln euro. Wtedy wydawało się, że to kwota zaporowa, ale tego lata PSG obalił mit. Katalończycy stracili Brazylijczyka, co tylko spotęgowało poczucie, że przyszłość klubu zależy od negocjacji z Messim. On jest największym symbolem zespołu z Camp Nou.

Głos w sprawie zabierali wszyscy, choć podobno rozmowy kontraktowe przepływały bez zakłóceń. Czy chodziło o pieniądze? Na pewno w jakimś stopniu. W styczniu 2017 roku dyrektor wykonawczy Barcelony Oscar Grau powiedział publicznie, że w sprawie nowego kontraktu dla Messiego trzeba zachować zdrowy rozsądek. Wzburzyło to szatnię. Luis Suarez odpowiedział, że Leo to najlepszy piłkarz świata, a zadaniem klubu jest przedłużenie z nim umowy, a nie szukanie zdrowego rozsądku.

Tydzień temu nerwowo nie wytrzymał Joan Manuel Serrat - słynny pieśniarz, poeta i aktor kataloński. Niby Katalonia ma teraz poważniejsze problemy związane z próbami oderwania się od Hiszpanii, ale sprawa Messiego nie cierpiała zwłoki. Serrat napisał list otwarty w dzienniku „El Pais” przypominając szefom Barcy, że za 45 dni, czyli 1 stycznia 2018 roku Leo zyska prawo negocjowania z innymi klubami. Tłumaczył Bartomeu, że są piłkarze warci każdych pieniędzy. Przy okazji wspomniał o dyrektorach światowych banków zarabiających krocie, którzy zajmują się głównie sianiem społecznego chaosu, tymczasem Messi przepełnia radością serca milionów ludzi.

Na koniec Serrat przypomniał o Neymarze, którego Barcelona straciła. I zasugerował, że straty Messiego by nie przeżył.

Nie będzie musiał. W sobotę Leo złożył długo wyczekiwany podpis, a świat obiegło okolicznościowe zdjęcie. Będzie zarabiał 40 mln euro za sezon. Po doświadczeniach z Neymarem Barcelona podniosła klauzulę wykupu Argentyńczyka z 300 mln euro, do 700 mln. Messi związał się z klubem z Camp Nou do 34. roku życia. Co potem? Może spełni obietnicę, że skończy karierę tam gdzie zaczynał w Newell’s Old Boys z rodzinnego Rosario. Ale jego dom to Barcelona. Tak powiedział w sobotę, gdy pozował do zdjęć.

Dlaczego wybrał właśnie ten moment? Bo Barcelona osiąga teraz naprawdę dobre wyniki. Jest liderem ligi hiszpańskiej, wygrała grupę w Lidze Mistrzów i awansowała do 1/8 finału. Niedawno umowę z klubem przedłużył Andres Iniesta. Messi zdobył w tym sezonie 12 bramek w lidze i trzy w LM. Klub udowodnił mu, że wciąż ma pomysł i potencjał na to, by utrzymać się na szczycie. Na konferencji prasowej przed hitowym meczem z Valencią (1:1), trener Ernesto Valverde powiedział, że ten długo wyczekiwany podpis to dla Barcelony wielka nowina. Dodał jednak, że gdy patrzył z jakim zaangażowaniem Messi pracuje podczas meczów i treningów, nie miał cienia wątpliwości, że Argentyńczykowi nawet przez myśl nie przeszedł pomysł, by opuścić Camp Nou.

środa, 22 listopada 2017

We wtorek w Lidze Mistrzów horror z Liverpoolem (3:3) godny finału, w środę poruszająca informacja, że u trenera Eduardo Berizzo zdiagnozowano raka prostaty. Według słów swojego hymnu Sevilla nie poddaje się nigdy.

Berizzo szalał przy linii bocznej, jak najszczęśliwszy człowiek na ziemi. Cała jedenastka graczy Sevilli zbiegła do niego świętować gola Argentyńczyka Guido Pizarro już w doliczonym czasie gry. W twarzy Juergena Kloppa i kibiców Liverpoolu odbijało się najgłębsze zdumienie. Ich drużyna prowadziła do przerwy 3:0, a jednak nie zdołała utrzymać wyniku.

To był mecz tak dramatyczny jak legendarny finał Ligi Mistrzów w Stambule 12 lat temu. Wtedy Liverpool przegrywał z Milanem do przerwy 0:3 i wydawał się rozbity. Ale drużyna z Jerzym Dudkiem w bramce pokazała waleczne serce, odrobiła straty i zdobyła tytuł najlepszego klubu Europy po dogrywce i karnych.

We wtorek Liverpool przebył tę drogę w przeciwną stronę. Po pół godzinie gry prowadził na Ramos Sanchez Pizjuan 3:0. Roberto Firmino pozwolił sobie na gest, który poruszył i zabolał fanów gospodarzy do żywego. Gdy kopał piłkę do pustej bramki Sevilli odwrócił głowę. Gracze Sevilli odebrali to jak lekceważenie.

Rzadko się zdarza, by klub z Andaluzji przyćmił w mediach Real Madryt. We wtorek się udało, choć Królewscy wygrali 6:0 w Nikozji z Apoelem. Ale było to zwycięstwo pyrrusowe, i tak drużyna z Santiago Bernabeu jest druga w grupie za Tottenhamem. Tymczasem zespół z Ramon Sanchez Pizjuan dokonał małego, futbolowego cudu. Po kwadransie drugiej połowy było już tylko 3:2 dla gości z Anfield, bo do ich bramki dwa razy trafił Wissan Ben Yedder, chłopak z biednej rodziny, który chwali się niezachwianą wiarą w siebie. Francuza nie było już na boisku, gdy Sevilla wyrównała. Pizarro zdobył najważniejszego gola w karierze, a fragment hymnu Sevilli „Mówią, że nigdy się nie poddaje” przytaczają wszystkie hiszpańskie media. Włącznie z madryckimi, które sławią charakter zespołu Berrizo. Pisze on niezwykłą historię w europejskiej rywalizacji, gdy stał się hegemonem Ligi Europy (wygrał ją 5 razy w ostatnich 12 latach).

Gdy wybrzmiał gwizdek na przerwę z trybun rozległy się gwizdy. Kibice uznali, że 0:3 to wstyd. W przerwie w szatni Berizzo miał powiedzieć piłkarzom o swojej chorobie. Jest w klubie od czerwca, przyszedł z Celty, z którą dotarł do półfinału Ligi Europy. Na Ramon Sanchez Pizjuan zastąpił rodaka Jorge Sampaoliego (podjął się pracy w reprezentacji Argentyny). Ma 48 lat, karierę zaczynał w tym samym klubie co Leo Messi - Newell’s Old Boys, w czasach gdy zespół był na dnie. Uchodził za gracza wyjątkowo agresywnego, który gra na granicy reguł. I tak zagrała Sevilla w drugiej połowie meczu z Liverpoolem.

Remis 3:3 otwiera przez Sevillą drogę do wyjścia z grupy. Wystarczy remis w ostatnim meczu z nie walczącym już o nic słoweńskim NK Maribor. Liverpool, gdyby wygrał na Ramon Sanchez Pizjuan, miałby awans pewny i to z pierwszego miejsca, tymczasem teraz musi zdobyć co najmniej punkt podejmując na Anfield Spartaka Moskwa. Jeśli przegra, a Sevilla zremisuje w Mariborze, wszystkie trzy kluby walczące o awans będą miały taką samą liczbę punktów (9), ale Liverpool będzie miał z nich najgorszy bilans i zostanie zesłany do Ligi Europy.

- „Nigdy się nie poddaje” było lepsze od „Nigdy nie będziesz sam” - powiedział rozentuzjazmowany prezes Sevilli Jose Castro odnosząc się do hymnów obu klubów. - Przeżyliśmy na Ramon Sanchez Pizjuan kolejną magiczną noc - dodał.

Rano klub potwierdził przecieki medialne, że u Berizzo zdiagnozowano raka prostaty i że rozpoczyna leczenie. Pierwszy zareagował słynny Monchi, były dyrektor sportowy klubu, dziś pracujący w Romie. - Jesteś w najlepszym miejscu na świecie, żeby się nie poddawać i wygrać tę walkę - napisał na Twitterze. Słowa wsparcia płyną ze wszystkich strony, także od trenera Paris Saint Germain Unaia Emery’ego, który zdobywał z Sevillą Ligę Europy.

poniedziałek, 20 listopada 2017

BBC ma tyle samo bramek co Paulinho i dwa razy mniej niż Morata. Statystyka daje ogromne pole do popisu tym, którzy chcą uzasadnić kryzys Madrytu.

29-letni Paulinho przybywał do Barcelony z ligi chińskiej. Jego transfer kosztował 40 mln euro. Polski kibic pamiętał go z czasów gry w ŁKS, klub z Łodzi był za biedny by zrobić dobry interes na Brazylijczyku. Kibic Barcelony uważał, że to uwłacza klubowi. Jak można płacić fortunę za piłkarza, którego wyśmiewano w Tottenhamie? Dziś skruszony socio z Camp Nou pisze do Paulinho list ze słowami. „Przepraszamy. Nie zasłużyliśmy na ciebie”.

Brazylijczyk jest w Barcy tylko rezerwowym. Jego cztery bramki zdobyte w lidze nie są dla klubu żadnym zbawieniem. Ale zespół z Katalonii wyprzedza Real Madryt o 10 pkt, każdy pretekst jest więc dobry, by pokazać skalę upadku najlepszej drużyny w Europie.

Cristiano Ronaldo odebrał nagrodę UEFA i FIFA na gracza roku, za chwilę przyłączy się do nich France Football, który wciśnie Portugalczykowi piątą Złotą Piłkę. Tymczasem Paulinho ma od niego cztery razy więcej goli w lidze, sam zdobył tyle ile Bale, Benzema i CR7 wzięci razem. Taki Motara, sprzedany z Madrytu latem do Chelsea ma 8 goli w Premier League: dwa razy tyle co trio z Madrytu za które zapłacono 220 mln euro.

To co się dzieje jest skracaniem perspektywy do minut spędzonych na boisku. Nikogo już nie obchodzi, że Bale, Benzema i Ronaldo wygrali dla Realu trzy razy Champions League w ostatnich czterech latach. Każdy z nich miał w tym wielki udział, ale to nieistotne, liczy się tu i teraz, czyli porównanie do Moraty i Paulinho po 12 kolejkach ligi angielskiej i hiszpańskiej.

Real zdobył w tym sezonie o 12 goli mniej niż w poprzednim. CR7 nie jest już młodzieniaszkiem, Benzema też nie, a Bale to facet notorycznie leczący wszystkie możliwe urazy. Nie zmienia to faktu, że ani Morata, ani Paulinho, choć są dobrymi piłkarzami, nie dokonali aż tyle. Statystyka ma sens, gdy używamy jej z sensem. Ronaldo skazywano na emeryturę już kilka razy, zawsze z niej wracał. Ale pewnie kiedyś jednak nie wróci. Co nie zmieni faktu ile zdziałał w Madrycie.

Real wygrał dwa ostatnie sezony. Szybko znaleźli się jednak chętni, by pochować go teraz po 12 kolejkach ligi hiszpańskiej. A przecież tak niedawno w Superpucharze Hiszpanii wydawało się, że hierarchia w piłce wygląda zupełnie odwrotnie. Królewscy zapracowali na jakiś margines zaufania, tak jak ich trener, który dziś wydaje się niektórym średnio zdolnym figurantem. A niedawno twierdzili wręcz, że z CR7, Benzemą, Ronaldo, Ramosem, Modricem, Kroosem, Casemiro dwa Puchary Europy w 18 miesięcy wygrałby nawet przypadkowy przechodzeń spod Santiago Bernabeu.

Są teorie do których bardzo łatwo dobrać statystyki. Nic one nie będą warte, jeśli Zidane i Real ockną się w 13. kolejce ligi hiszpańskiej. Barcelona jedzie w niej na Estadio Mestalla. Jeśli przegra, to może się szybko okazać, że kosmiczny kryzys Realu i jego gwiazd jest śmiechu warty.

niedziela, 19 listopada 2017

Bezbramkowy remis w pierwszych derbach na Wanda Metropolitano sprawia, że oba madryckie kluby tracą do lidera z Camp Nou 10 pkt. Trudno uwierzyć jednak w rozstrzygnięcie po 12 kolejkach ligi hiszpańskiej.

Zinedine Zidane przypomina, że gdy w styczniu 2016 obejmował Real, strata do Barcelony też była ogromna. Finisz Królewskich był wtedy spektakularny, łącznie z triumfem na Camp Nou, ale tytuł z minimalną przewagą jednego punktu i tak zdobyli Katalończycy. Real odebrał im go przed rokiem, mimo porażki na Santiago Bernabeu i gorszego bilansu klasyków. Zidane ma wszelkie podstawy, by wierzyć w drużynę dysponującą potencjałem tak ogromnym, że jako pierwsza potrafiła obronić trofeum w erze Ligi Mistrzów. Spektakularne powroty Królewscy mają wpisane w DNA i choćby na to nie wyglądało są groźni dopóki tabela daje im choćby cień szansy. W 12 kolejkach tego sezonu stracili do Barcy 10 pkt, ale w teorii są w stanie je odrobić w czterech następnych meczach. A więc mogą być liderem jeszcze przed końcem jesiennej rundy rozgrywek. Tyle, że patrząc na ich formę, niewiele na to wskazuje.

Zidane wie, że margines błędu przepadł. W 12 meczach Barcelona straciła dwa punkty, grając tak dalej, pobije wszystkie historyczne rekordy. Tylko czy ta niezwykła efektywność Katalończyków jest do utrzymania? Drużyna Ernesto Valverde nie olśniewa, ale zmieniła się w maszynę do koszenia punktów. Kostropata gra skrojona na miarę obecnej formy i potencjału zespołu, bardzo Katalończykom służy. Choć już w następnym meczu jadą na Estadio Mestalla z jednym stoperem (Gerad Pique będzie pauzował za żółte kartki). A przecież Valencia to wicelider ligi, gra w tym sezonie rewelacyjnie.

Valverde został w środku defensywy Samuel Umtiti - najlepszy transfer Barcy ostatnich lat. Zaczyna przypominać Erica Abidala, który na Camp Nou naznaczył własną erę. Kto będzie tym drugim stoperem? Javier Mascherano jest kontuzjowany, wystawienie Thomasa Vermaelena to ekstremalne ryzyko.

Znakomite wyniki Katalończycy zawdzięczają motywacji. Lanie w Superpucharze Hiszpanii jakie dostali od Realu, wywołało właściwą reakcję. Jak widać łatwiej się czasem otrząsnąć po porażkach niż zwycięstwach. Być może Królewscy poczuli się za wcześnie panami Europy. Ale de facto nimi są, trudno więc mieć pretensje. Albo oprzytomnieją, albo latem na Santiago Bernabeu będą zmiany. A może wreszcie pojawi się tam Robert Lewandowski?

Dla Atletico derby to kolejny remis-porażka. Z wielkim rywalem, ale jednak. Diego Simeone omal nie dostał zawału serca, gdy w trzeciej minucie Correa był sam na sam z bramkarzem i kopnął niecelnie. Taki cios zadany Realowi na początku, miałby kolosalne znaczenie.

Drużyna Simeone poniosła w tym sezonie zaledwie jedną porażkę z Chelsea w Lidze Mistrzów, ale jej sytuacja jest zła. Na nieskutecznego Antoine’a Griezmanna sypią się gromy. W styczniu, gdy do drużyny dojdą reprezentanci Diego Costa i Vitolo, będzie już ona grała prawdopodobnie w Lidze Europy, bez szans na tytuł w Hiszpanii. A przecież argentyński trener Atletico mówił, że będzie miał wtedy najsilniejszą kadrę w dziejach klubu.

Sobotnie derby Madrytu nie były meczem spektakularnym: ale walki nie zabrakło, trup ścielił się gęsto. Sergio Rams zszedł w przerwie ze złamanym nosem po ciosie Lucasa. Media w Hiszpanii znów piszą o konieczności wprowadzenia VAR czyli wideoarbitra, bo sytuacji kontrowersyjnych było wiele. Real czuje się oszukany, jak zwykle w tym sezonie, gdy traci punkty. - Jesteś taki słaby - powiedział Isco do międzynarodowego arbitra Davida Fernandeza Borbalana.

Kłótnie w Madrycie nie zmieniają faktu, że Karim Benzema zaliczył kolejny słaby mecz i kibice Realu ostatecznie tracą do niego cierpliwość. Zmieniło go cudowne dziecko Marco Asensio, ale to było za mało na twardą defensywę Atletico. Tyle, że prasa hiszpańska uważa, że wystawianie Benzemy kosztem Asensio to niemal sabotaż.

Cristiano Ronaldo wciąż ma w lidze jedną bramkę, „Marca” informuje, że w Realu to kwestia „wagi państwowej”. Niedawno CR7 tak się zdenerwował, że założył się z kolegami, iż będzie jeszcze w tym sezonie królem strzelców Primera Division. Do Leo Messiego z Barcelony, lidera najskuteczniejszych, traci już jednak 11 bramek. Wyśmiewany po transferze za 40 mln defensywny pomocnik Barcy Paulinho (rezerwowy na CN) ma tyle samo goli w lidze, co cała madrycka BBC.

poniedziałek, 13 listopada 2017

Uwięziony w strefie Concacaf nie porzuca mocarstwowych ambicji. Meksyk skrywa być może jedną z najdziwniejszych tajemnic światowej piłki. Dziś gra sparing z Polakami.

Tak samo jak Robert Lewandowski, najbardziej znany meksykański piłkarz Chicharito Hernandez nie zagra w Gdańsku z powodu urazu mięśniowego. Kolumbijczyk Juan Carlos Osorio podobnie do Adama Nawałki da szansę dublerom. Polacy nie wygrali z Meksykanami od mundialu w 1978 roku, gdy bramki zdobyli Zbigniew Boniek (dwie) i Kazimierz Deyna.

- Niektórzy nazwą mnie głupcem, albo szaleńcem, ale my do Rosji pojedziemy po tytuł mistrza świata - powiedział niedawno Andres Guardado. W piątek 31-letni piłkarz Betisu Sewilla zdobył gola z karnego w towarzyskim meczu z Belgią w Barukseli. Meksykanie zremisowali 3:3, choć piąta drużyna rankingu FIFA wystawiła najmocniejszy skład z Romelu Lukaku (Manchester United), Edenem Hazardem (Chelsea) i Kevinem de Bruyne (Manchester City) w ataku. Hazard zdobył gola, Lukaku dwa, Meksykanie odpowiedzieli bramkami Guardado i Hirvinga Lozano (PSV Eindhoven).

Guardado, dziś kapitan Meksyku zagrał w reprezentacji 143. spotkanie, niedawno wyprzedził legendarnego Rafaela Marqueza (141), który dwa razy wygrywał Ligę Mistrzów z Barceloną.

Kariera Guardado jest dość typowa dla jego kraju - gdy wystrzelił jako wielki talent, interesował się nim sam Real Madryt. Skończyło się na transferze za 7 mln euro do Deportivo la Coruna i przez dekadę gry w Europie: w Hiszpanii, Holandii i Niemczech nadzieja meksykańskiej piłki ugrzęzła w przeciętności. Tak samo jak Carlos Vela, bohater zwycięskiego dla Meksyku mundialu do lat 17 w 2005 roku. Albo bracia Giovani i Jonathan dos Santosowie, kiedyś wschodzące gwiazdy Barcelony, dziś dożywający swoich dni w Los Angeles Galaxy w amerykańskiej lidze MLS.

Całemu meksykańskiemu futbolowi można by dać tytuł „Niespełnienie”. Z dwoma wyjątkami. Hugo Sanchez i Rafael Marquez wspięli się na futbolowy szczyt z Realem i Barceloną. Ten drugi był kapitanem Meksyku na czterech mundialach (w Korei i Japonii, Niemczech, RPA, Brazylii). Ostatnio wybuchł skandal, gdy został oskarżony o kontakty z mafią narkotykową.

Fikołki Hugo Sancheza, którymi świętował swoje spektakularne gole dla Królewskich zdobywane często strzałem przewrotką, były synonimem najwyższego kunsztu na przełomie lat 80. tych i 90-tych. W książce „Blaski i cienie futbolu” Urugwajczyk Eduardo Galeano opisał historię jak podczas wojny domowej w Jugosławii nazwisko Sancheza uratowało dwóch meksykańskich dziennikarzy aresztowanych w Sarajewie. Żołnierze mierzyli do nich z karabinów maszynowych, gdy ich dowódca spojrzał w paszporty i wykrzyknął „Hugo Sanchez”. Ale miłość Sancheza i Meksyku nie należała do łatwych, zagrał w kadrze tylko 58 razy zdobywając 29 goli. Kulminacją był meksykański mundial w 1986 roku, gdy reszta kadrowiczów ogłosiła, że gwiazdora Realu w drużynie narodowej nie potrzebuje.

Ostatecznie zagrał, ale zdobył tylko jedną bramkę. Gospodarze dotarli do ćwierćfinału, gdzie zderzyli się z Niemcami. W 65. min Thomas Berthold dostał czerwoną kartkę i przez 35 minut Meksykanie nacierali w przewadze. Ale po bezbramkowym meczu historyczna szansa przedarcia się do strefy medalowej przepadła w serii rzutów karnych. Bo odporność psychiczna to od pokoleń pięta achillesowa Meksykanów.

Wystarczy przywołać mundial w Brazylii sprzed trzech lat, gdy w batalii o ćwierćfinał aż do 88. minuty Meksyk prowadził z Holandią 1:0. Ale zdążył stracić dwie bramki, drugą w czwartej minucie doliczonego czasu, po wyjątkowo wątpliwym karnym. Holendrzy pognali potem po medal, a 125 milionów Meksykanów znów pogrążyło się w zbiorowej depresji. Fatum jakieś? Na szóstym kolejnym turnieju o mistrzostwo świata drużyna narodowa Meksyku odpadała w 1/8 finału.

Jak wyjaśnić taką serię? Przecież biorąc pod uwagę potencjał: liczbę ludności i wielką popularność piłki, Meksyk powinien być co najmniej trzecią siłą Ameryki po Brazylii i Argentynie. Ale wciąż tkwi w izolacji w strefie Concacaf, gdzie jego rywalami są USA, Honduras, Gwatemala, Kostaryka, czy Panama. To prawda, że w 1993 roku Conmebol zaprosił Meksykanów do udziału w Copa America, gdzie z marszu, jeszcze z Hugo Sanchezem dotarli do finału, by ulec Argentynie 1:2. Ale, choć trudno to zrozumieć, mistrzostwa Ameryki wciąż są dla działaczy meksykańskich imprezą drugiej kategorii, czasem wysyłali na nie drugą reprezentację, lub młodzież, by pierwsza drużyna rywalizowała o Złoty Puchar Concacaf - imprezę prestiżową wyłącznie w Ameryce Środkowej.

Liga meksykańska jest bogata, piłkarze niechętnie z niej wyjeżdżają, nawet do Europy. A najsilniejsze meksykańskie kluby nie rywalizują w Copa Libertadores, bo grają w czymś tak egzotycznym jak Concachampions, czyli Lidze Mistrzów strefy Concacaf.

Izolacja tłumaczy wszystko? A może trzeba sięgnąć do korzeni cywilizacji. W ruinach Teotihuacan pod miastem Meksyk, Chichen Itza na Jukatanie czy Palenque w Chiapas zobaczyć można resztki boisk do gry w pelotę (czyli piłkę). To była gra rytualna, po której czasem składano ofiary z graczy. Starożytni Meksykanie (Majowie, Aztekowie i inni) byli katastrofistami, wierzyli, że świat zmierza ku nieuchronnej zagładzie. I tak katastrofa futbolowa spotyka Meksykanów do dziś, raz na cztery lata, gdy drużyna narodowa jedzie po tytuł mistrza świata, a wraca po pierwszym meczu fazy pucharowej.

piątek, 10 listopada 2017

Edinson Cavani zdobył dla Urugwaju aż 39 bramek z czego ani jednej w Copa America i tylko dwie w przegranych meczach na mundialu.

To było niemal dokładnie pięć lat temu. 14 listopada 2012 roku w towarzyskim meczu w Gdańsku Cavani i Luis Suarez zrobili trzykrotnie miazgę z polskiej defensywy. Każdy zdobył po golu, pierwszego wbił Kamil Glik, który skiksował po tym jak dał się wyprzedzić Cavaniemu pędzącemu do centry Suareza z lewego skrzydła. Zbigniew Boniek debiutował wtedy w roli prezesa PZPN, a piłkarska reprezentacja Polski była na zawstydzającym 54. miejscu światowego rankingu.

W piątek Suarez nękał Glika już nie będzie. Kryzys formy sprawił, że napastnik Barcelony, który w tym sezonie zdobył zaledwie trzy bramki, do Warszawy nie przyjechał. Duet z Salto od dekady straszący obrońców na całym świecie został rozbity. Na Stadionie Narodowym zagrożeniem dla Polaków będzie Cavani - w życiowej formie.

Dla 30-letniego Edinsona gra w reprezentacji Urugwaju jest spełnieniem marzeń. Ale też nieustającą próbą wyjścia z cienia. Najpierw Diego Forlana, największej gwiazdy mundialu w RPA, który poprowadził zespół do strefy medalowej. Potem Luisa Suareza, napastnika zaledwie o trzy tygodnie starszego, urodzonego w tym samym miejscu, w Salto porcie na rzece Urugwaj przy granicy z Argentyną. Suarez debiutował w kadrze dokładnie rok i dzień wcześniej od Cavaniego. Przeciw Kolumbii. Także Kolumbijczycy byli rywalem Urugwaju w debiucie Edinsona. W swoim pierwszym meczu w kadrze Suarez zdobył bramkę i wyleciał z boiska. Cavaniemu udało się zatrzymać na golu. 6 lutego 2008 roku na Estadio Centenario Urusi przegrywali z Kolumbią 0:2, gdy w 74. minucie Edinson wszedł za Forlana. I po trzech minutach zdobył bramkę, a niedługo potem wyrównał Suarez.

Od tej pory byli nierozłączni. Ich nazwiska figurują na czele listy najlepszych strzelców w dziejach reprezentacji Urugwaju. Luis zagrał w niej 95 razy, Edinson nawet o jeden mecz więcej. Ale to napastnik Barcelony częściej trafiał do siatki (49 bramek). Gdzie im jednak do osiągnięć legendarnych graczy Urusów - dwukrotnych mistrzów świata (1930 i 1950) i dwukrotnych mistrzów olimpijskich (1924 i 1928).

Na mundialu w RPA Suarez i Cavani przegrali 2:3 mecz o trzecie miejsce z Niemcami. Gole zdobyli wtedy Edinson i Forlan. Drugą swoją bramkę w mistrzostwach świata Cavani strzelił także w przegranym spotkaniu, na inaugurację w Brazylii Urugwaj uległ Kostaryce 1:3. Jedynym tytułem jaki dwie wielkie strzelby zdobyły dla kraju to triumf w Copa America 2011 roku w Argentynie. Cavani nie zdobył wtedy bramki, nie strzelił jej także w kolejnych dwóch edycjach imprezy. Większość ze swoich 39 goli dla reprezentacji wbił w eliminacjach i meczach towarzyskich.

Szczególnie dramatyczna była dla niego Copa America w Chile dwa lata temu, gdzie w ćwierćfinale obrońca gospodarzy Gonzalo Jara sprowokował Cavaniego wsadzając mu palce między pośladki. Cały mecz chodził za Urugwajczykiem powtarzając mu, że jego ojciec już nigdy nie wyjdzie z więzienia. Edinson był wstrząśnięty po tym jak Luis „Gringo” Cavani, były piłkarz jadąc pod wpływem alkoholu zabił motocyklistę. Napastnik Urusów uderzył Jarę i wyleciał z boiska, a grający w dziesiątkę goście stracili bramkę i odpadli.

Pierwszy trener Edinsona wspomina, że chłopiec był psotny. Często bił się z kolegami na treningach, a potem błagał, by nie dowiedział się o tym ojciec. Fascynowały go ptaki, polował na nie, ale gdy zobaczył gołębie w parku potrafił przyglądać się im godzinami. Mając 15 lat wyjechał z Salto do Danubio, gdzie 11 lat temu zadebiutował w pierwszej drużynie. Tam jeden z kolegów namówił go, by wstąpił do międzynarodowego zrzeszenia „Sportowcy dla Chrystusa”. Kościół pomógł mu przetrwać burzliwy wiek dojrzewania. Kiedyś Papież Franciszek zaprosił Edinsona do Watykanu, ale trener Urusów Oscar Tabarez nie pozwolił piłkarzowi opuścić zgrupowania.

Z Danubio trafił do Palermo (tam nadano mu przydomek „El Matador”), a potem Napoli, gdzie za ponad 100 goli był tak kochany, że pisano dla niego piosenki, nazwano pizzę jego nazwiskiem i wyprodukowano ciastka jego marki. Latem 2013 roku za 64 mln euro przeszedł do PSG, gdzie był najdroższym graczem w historii Ligue 1 do czasu letnich transferów Neymara i Mbappe. We trzech mają zdobyć dla Paryża Ligę Mistrzów, zaczęli od masy goli, ale też wewnętrznych konfliktów. Kłótnia z Brazylijczykiem o rzut karny w ligowym meczu z Lyonem była głośna w całej Europie. Co zwycięży? Rozsądek, czy wielkie ego każdego z nich?

czwartek, 09 listopada 2017

Zagrał w kadrze więcej razy niż Jan Tomaszewski i jakikolwiek inny polski bramkarz. Żegnając się meczem z Urugwajem może mieć jednak poczucie niespełnienia.

Był pogodny, letni dzień, ale nastroje w ekipie mroczne. Tracąc gola w 91. minucie meczu z gospodarzami Polska żegnała niemiecki mundial. Spotkaliśmy się we czterech w jakiejś skromnej knajpce nieopodal ośrodka kadry Pawła Janasa. To wtedy sfrustrowany Artur Boruc wypowiedział głośne zdanie: - Mundial jest raz na cztery lata, a my go spieprzyliśmy.

Te słowa trafiły na okładkę dodatku mundialowego „Gazety Wyborczej” jako najbardziej celne podsumowanie mistrzostw.

Nie. Mundial nie jest raz na cztery lata. Jest czasem raz w życiu. Tak było w życiu Boruca, który zawalił potem kwalifikacje do mistrzostw w RPA. Kiksy w meczach ze Słowacją i Irlandią Płn, całkowicie rozbiły zespół Leo Beenhakkera. I ani Boruc, ani żaden inny polski piłkarz na mundialu nie zagrał do tej pory.

Do Rosji nie pojedzie. 1 marca 2017 roku w wieku 37 lat ogłosił, że w kadrze już nie wystąpi. Miał dość pozycji rezerwowego za plecami Wojciech Szczęsnego i Łukasza Fabiańskiego. Gdyby na rosyjskie mistrzostwa się wybrał, byłby to wyjazd turystyczny.

Borucowi pozostanie więc wspomnienie z 2006 roku, gdy jako jedyny piłkarz kadry Janasa mógł wracać do kraju z podniesioną głową. Tego pięknego dnia, gdy rozmawialiśmy po porażce z Niemcami, przekonywał, że bronił tylko te strzały, które Lukas Podolski, Miroslav Klose i Michael Ballack oddali prosto w niego. Nie chciał przyjąć roli bohatera przegranej sprawy. Ale taką rolę wyznaczył mu los i w Niemczech i dwa lata później na Euro 2008 w Austrii i Szwajcarii. Wszyscy mówiliśmy, że był jedynym, który nie zawiódł. Zdaniem Zbigniewa Bońka pokazał wręcz klasę światową. Tyle, że grał w zespole, który nie dorastał do tego poziomu.

Jeszcze raz wspomnę nasze spotkanie po meczu z Niemcami. Gdy siedzieliśmy i rozmawialiśmy z Borucem i Michałem Żewłakowem do stolika podeszła grupa urodziwych kobiet z twarzami wymalowanymi na biało-czerwono. Poprosiły o autograf bramkarza. Dla nich Boruc był bohaterem.

Jego problem polegał jednak na tym, że nadmiar pewności i powodzenia mocno uderzał mu do głowy. Już z pierwszego zgrupowania kadry po Euro 2008 wyleciał za alkohol. Beenhakker przywrócił go do drużyny na eliminacje MŚ w RPA i to właśnie tam - w 28 marca 2009 roku na Windsor Park w Belfaście Boruc z Żewłakowem wyreżyserowali najbardziej kuriozalnego gola jakiego reprezentacja Polski straciła w całej swojej historii.

Boruc wyleciał z kadry nie raz. Za alkohol usunął go także Franciszek Smuda przed Euro 2012 w Polsce i na Ukrainie. Posłał do bramki młodego Szczęsnego i kipiał z wściekłości, gdy Wojtek powtarzał w wywiadach, że najlepszym polskim bramkarzem jest Boruc.

Bo potencjał Boruca był właściwie nieodgadniony. Opowiadał o tym Tomasz Frankowski, który zdobył w ekstraklasie 167 goli i był cztery razy królem strzelców. „Franek, łowca bramek” przyznawał się do kompleksu Boruca, tłumaczył, że bramkarz ma taki spokój, poparty tak niezwykłym refleksem, że w pojedynku z nim napastnik się kurczy, gubiąc większość swoich atutów. Niektórzy twierdzili, że Boruc nie traktuje futbolu poważnie, stąd taki luz nawet w najbardziej dramatycznych momentach meczu.

Jest kontrowersyjny. Nawet jako bramkarz Celticu, jeździł na mecze Legii z jej fanatycznymi kibicami, urządzając na trybunach tak zwany „młyn”. Prowokował fanów protestanckiego Rangers, wykonując przed ich trybuną znak krzyża. Na brzuchu wytatuował sobie małpę z napisem „Rangers” na jej tyłku. Został nawet ukarany przez szkocką federację za pokazanie kibicom rywali środkowego palca. Celtic karał go za złamanie zakazu picia alkoholu podczas zgrupowania.

W 2007 roku „La Gazzetta dello Sport” uznała go za trzeciego bramkarza świata. Zasłynął interwencjami w meczach z Milanem i Manchesterem United w Lidze Mistrzów. Ale do wielkiego klubu nie trafił, wylądował w Fiorentinie, gdzie w dodatku długo walczył o pozycję numeru 1. Tak samo było w Anglii - w Southampton i Bournemouth. Na pewno nie pomagała mu niska pozycja polskiej piłki i słaba renoma naszych graczy, gdy był u szczytu możliwości.

Pożegnalny mecz z Urugwajem będzie jego 65. występem w kadrze. Legendarny Jan Tomaszewski zagrał w niej 63 razy. Gdyby jednak zestawić Boruca z najlepszymi na świecie: 40-letni Gianluigi Buffon wystąpił w reprezentacji Włoch 173 razy, 36-letni Iker Casillas w Hiszpanii 167 razy. Obaj mieli w sobie mniej szaleństwa poza boiskiem i zdecydowanie więcej rozsądku. Boruc bywał jak bomba zegarowa. Może dlatego klub z najwyższej półki nie był mu pisany? Może giganci unikali gracza tak nieobliczalnego? Jeśli więc zostanie legendą to w Polsce i Szkocji.

Tagi: Boruc
10:44, wod
Link Komentarze (1) »
piątek, 03 listopada 2017

W ostatnich dwóch dekadach wygrali Ligę Mistrzów dziesięć razy, w poprzednich czterech latach byli jej hegemonem. A może obecny sezon zwiastuje kres dominacji Primera Division?

Uniesiona dłoń i cztery palce Roberta Lewandowskiego przeszły do historii Pucharu Europy. 24 kwietnia 2013 roku Polak wbił cztery gole Realowi Madryt zagradzając mu drogę do finału na Wembley. Niestety dla kapitana reprezentacji były to tylko miłe złego początki. W każdym kolejnym sezonie jako napastnik Borussii Dortmund, a potem Bayernu Monachium mierzył się z rywalami z Hiszpanii. I choć zdobywał następne bramki, Real, Barcelona i Atletico stały się dla niego murem nie do zwalenia.

Lewandowski nie jest tu zresztą żadnym wyjątkiem. Niemiecki finał z 2013 roku poprzedzał erę czterech kolejnych triumfów hiszpańskich. Cały kontynent boleśnie poczuł siłę Primera Division. Do tradycyjnej pary gigantów La Liga Realu i Barcy dołączył zespół Diego Simeone. Od ponad 50 miesięcy do finału Champions League Hiszpanie wpuścili wyłącznie Juventus Turyn, po to tylko by Barcelona w Berlinie i Real w Cardiff spuściły mu tęgie lanie.

Dominację klubów La Liga w rywalizacji międzynarodowej podkreślają wyniki Ligi Europy, gdzie w poprzednich 14 latach Atletico, Sevilla i Valencia zwyciężały aż 8 razy.

Dlatego to co się dzieje w tym roku „uciśniona” Europa przyjmuje z ulgą. Hiszpańscy giganci, choć wciąż należą do faworytów Champions League, nie wyglądają już na nietykalnych. Brylują budowane za petrodolary Paris Saint Germain i Manchester City, komplet 12 pkt po czterech kolejkach fazy grupowej zdobył odradzający się pod ręką Jose Mourinho Manchester United.

Tymczasem Hiszpania się męczy. Atletico stanęło na granicy nieszczęścia. I to w sezonie, przed którym Simeone ogłosił, że klub dysponuje najmocniejszą kadrą w swojej historii. W styczniu, gdy wygaśnie zakaz transferów nałożony przez FIFA, do zespołu dołączą dwaj reprezentanci Hiszpanii: Vitolo i Diego Costa. Ale wtedy drużyna będzie już rywalizować prawdopodobnie w Lidze Europy. Dwa remisy z Azerami z Karabach Agdam to dla Atletico wręcz kompromitacja. Roma i Chelsea są już praktycznie poza zasięgiem. I tak klub, który dotarł do finałów w 2014 i 2016 roku, a od czterech lat w Lidze Mistrzów znalazł tylko jednego pogromcę (Real Madryt), teraz pożegna rozgrywki w fazie grupowej.

Największe poruszenie wywołuje jednak kryzys Królewskich. Pierwsza drużyna, która w erze Ligi Mistrzów obroniła trofeum, popadła w nagłą i niespodziewaną stagnację. Środowa klęska na Wembley z Tottenhamem 1:3 niczego co prawda nie przesądza, Real prawdopodobnie awansuje do 1/8 finału z drugiego miejsca w grupie. Ale w stolicy Hiszpanii szok jest ogromny. „Real sięga dna” - napisał dziennik „Marca”. A jeden z felietonistów „El Pais” mówi o destrukcji zespołu. Cristiano Ronaldo otwarcie skrytykował politykę klubu w letnim oknie transferowym tłumacząc, że Pepe, James i Morata, których prezes Florentino Perez się pozbył, czynili drużynę znacznie silniejszą.

W fazie grupowej Ligi Mistrzów Real nie przegrał od 5 lat. Z rywalem z Anglii od 2009 roku. Obie serie przerwał na Wembley Tottenham, który zaledwie cztery dni wcześniej przegrał ligowy mecz z Manchesterem United.

W ten scenariusz wpisuje się klęska Sevilli 1:5 ze Spartakiem w Moskwie dwa tygodnie temu, a także bezbramkowy remis Barcelony w Pireusie z Olympiakosem we wtorek. Oba hiszpańskie kluby zdołają pewnie wyjść z grupy, Katalończycy swoją prawdopodobnie wygrają. Barcelona wygląda najbardziej solidnie w całej Primera Division. W lidze ma aż 8 pkt przewagi nad Realem. Mimo wszystko też nie jest maszyną do wygrywania jaką była w czasach Pepa Guardioli i pierwszym sezonie Luisa Enrique. Latem straciła Neymara, 30-letni napastnik Luis Suarez jest cieniem siebie. Cały ciężar dźwiga na barkach Leo Messi, który oprócz kreowania gry w 14 meczach w lidze i Lidze Mistrzów zdobył 15 bramek.

Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac