blog Darka Wołowskiego
RSS
poniedziałek, 30 listopada 2015

Nie uważam, by Robertowi Lewandowskiemu stała się krzywda, że nie znalazł się w trójce najlepszych piłkarzy 2015 roku. Miał jednak nie mniej argumentów niż Cristiano Ronaldo.

Leo Messiego i Neymara zostawiam w spokoju. To jest rok Barcelony, drużyny, która w ostatnich 12 miesiącach zdobyła wszystkie ważne trofea prezentując grę chwilami wręcz zjawiskową. Oczywiście plebiscyt FIFA i France Football nie jest nagrodą za trofea, ale indywidualną premią dla kogoś, kogo można by uznać za indywidualność nr 1.

Broniący trofeum Cristiano Ronaldo zdobył w 2015 roku 48 goli (dla kadry i klubu), tyle samo co Messi, Lewandowski 46, Neymar 45, Aubameyang 44, Luis Suarez i Zlatan Ibrahimovic po 40. To z pewnością jakiś argument na korzyść Portugalczyka, jeśli uznamy go za jedynego godnego finału z reszty świata, czyli spoza klubu z Katalonii. Ale nagrodą za gole jest Złoty But, który Portugalczyk wygrał.

W 2015 roku Ronaldo nie osiągnął żadnego celu, poza awansem Portugalii na Euro 2016. Królem strzelców kwalifikacji był Lewandowski, który poprowadził na Euro Polskę. Poza tym jest mistrzem Niemiec. Bayern, tak jak Real przepadł w półfinale Champions League.

Miniony rok był dla Portugalczyka wręcz słaby. Tak jak słaby dla jego drużyny za co najmniej winny Carlo Ancelotti zapłacił posadą. W półfinale Champions League z Juventusem Real uważany był za zdecydowanego faworyta, ale przegrał. Lewandowski i Bawarczycy odbili się od Barcelony, od tej samej, od której odbijali się wszyscy łącznie z Realem, który przegrał z nią wyścig o mistrzostwo Hiszpanii.

Co więc przemówiło za wyborem Ronaldo? Jego niebotyczna medialność i przyzwyczajenie głosujących. Od 2007 roku Portugalczyk wypadł z finałowej trójki plebiscytu Złota Piłka tylko raz (2010 rok), trzy razy go wygrywał, triumfował w dwóch ostatnich edycjach, więc teraz dostał głosy i znalazł się w finale przez zasiedzenie. Jest wielkim strzelcem, jednym z najlepszych dziś, a może i w historii, ale w ostatnich 12 miesiącach niewiele było argumentów na potwierdzenie tej wielkości. W każdym razie Lewandowski miał ich nie mniej, poza tym, że jest w gronie kandydatów kimś nowym.

piątek, 27 listopada 2015

Ostatnie dwa miesiące dały odpowiedź na pytanie, jak może wyglądać Barcelona bez Leo Messiego. Neymar zdawał być może swój najpoważniejszy egzamin.

Im gorzej poza boiskiem, tym lepiej na nim. 188,8 miliona reali, czyli równowartość 47 milionów dolarów - majątek tej wartości należący do rodziny Neymarów, ich rodzinnych firm kazał zablokować brazylijski sąd na wniosek urzędu skarbowego. Podejrzewa się, że piłkarz i jego ojciec winni są fiskusowi w swoim kraju koło 16 mln dolarów w związku z transferem piłkarza z Santosu do Barcelony. Reszta to zaległe podatki z tytułu praw wizerunkowych i marketingowych w latach 2011-2013, czyli zanim piłkarz wyjechał do klubu z Katalonii oraz kary za oszustwa podatkowe. Brazylijski sąd ogłosił swoją decyzję 25 września, w przeddzień ligowego meczu Barcelony z Las Palmas.

Ojciec Neymara tłumaczy, że zawsze działał uczciwie, ale jego głos brzmi jak wołanie na puszczy. Neymarowie prowadzą wojnę na wielu frontach, także z władzami Santosu, które uważają, że przy transferze do Barcy ich klub został wykiwany na grube miliony. Najbardziej zawiłą, skomplikowaną i głośną transakcję w dziejach piłki bada też sąd hiszpański, a po dwóch latach od pojawienia się Neymara w Barcelonie, transferem zajęła się także FIFA. Szefowie Barcy i Neymarowie stworzyli prawne monstrum, które zaczęło pożerać własny ogon.

Jakieś 30 godzin po ogłoszeniu decyzji brazylijskiego sądu, Neymar wyszedł na Camp Nou w podstawowym składzie Barcelony przeciw Las Palmas. Już w jednej z pierwszych akcji lider Katalończyków Leo Messi zderzył się z rywalem, noga wygięła mu się nienaturalnie i po kilku minutach poprosił o zmianę. Czuł, że przegrywa walkę z bólem.

Neymar i pozostali gracze gospodarzy byli w szoku. Co prawda, po dwóch golach Luisa Suareza, Barcelonie udało się wygrać 2:1, ale diagnoza o zerwanym więzadle w kolanie i 8 tygodniach przerwy Messiego brzmiała jak epitafium dla najlepszej drużyny poprzedniego sezonu.

Barca zaczęła nowe rozgrywki słabo, tracąc masę goli. Cztery w Superpucharze Europy z Sevillą, cztery w pierwszym meczu Superpucharu Hiszpanii w Bilbao z Athletic, cztery na Balaidos w lidze przeciw rewelacyjnej Celcie. Od połowy września do połowy października bramkarze z Katalonii ani razu nie zakończyli meczu na zero. Błędy w obronie nadrabiali napastnicy, kiedy jednak kontuzjował się Messi na klub padł blady strach. Argentyńczyk miał wrócić na klasyk z Realem (21 listopada), do tego czasu w Barcelonie ogłoszono akcję minimalizacji strat.

Dzienniki w Katalonii, ale i całej Hiszpanii zachowywały się w myśl hasła „umarł król, niech żyje król”. Na pierwszych stronach gazet przypomniano Neymarowi jak wiele kosztował. Barca sprowadziła go na Camp Nou jako księcia futbolu, który kiedyś zastąpi samego króla. Te dwa miesiące miały być próbą i przedsmakiem tego, co za kilka lat nastąpi nieuchronnie.

Trzy dni po męczarniach z beniaminkiem z Las Palmas, Barca podejmowała w Lidze Mistrzów Bayer Leverkusen. Drużynę, której w 2012 roku Messi wbił pięć goli w jednym spotkaniu. Barca wygrała tamten dwumecz 10:2, tym razem grała jednak słabiutko. Do 80. minuty goście z Niemiec prowadzili. W 100 sekund Sergi Roberto i Luis Suarez zdobyli jednak dwa gole.

Neymar starał się podjąć wyzwanie. „To jest teraz twoja drużyna Ney” - zachęcała prasa w Katalonii. Brazylijczyk biegał, walczył, kiwał, sprawiał jednak wrażenie nadgorliwca, który zamiast robić swoje, próbuje wszystko załatwić na własną rękę. Tak samo było cztery dni później w Sewilli, gdzie Barcelona przegrała 1:2 ligowy mecz z drużyną Grzegorza Krychowiaka, pierwszego Polaka w La Liga, który założył opaskę kapitana.

Neymar szalał, miotał się, ale nie potrafił zapanować nad drużyną. Nie wyglądał jak lider, ale ktoś, kto nieudolnie chce wskoczyć w buty Messiego. Buty zbyt duże dla każdego. Tak się wtedy wydawało. Męki i rozterki Neymara dostrzegł jego słynny rodak Juninho Pernambucano. Poradził, żeby 23-latek był sobą, zamiast na siłę naśladować Argentyńczyka. Drużyna potrzebowała Neymara w najlepszej wersji, zamiast nieudolnej kopii najlepszego piłkarza na ziemi.

I mniej więcej wtedy zaczął się przełom. Neymar z pomocą Luisa Suareza wyprowadzili zespół na prostą. Od następnego meczu z Rayo, w którym Brazylijczyk trafił do siatki aż cztery razy, zaczął się wzlot Barcelony. Wciąż bez Messiego.

Neymar czarował na boisku jak Ronaldinho. W ten sposób historia zatoczyła koło. Messi sięgnął szczytu, bo chciał dorównać Ronaldinho, punktem odniesienia dla Neymara był Messi. Zadziałało.

Spektakularny marsz Barcelony prowadzonej przez Brazylijczyka trwał do klasyku na Santiago Bernabeu, gdzie Neymar zdobył gola i popisał się asystą nieprawdopodobnej urody przy bramce Andresa Iniesty. W tym meczu przy stanie 3:0 wrócił Messi. Już razem rozbili Romę w Lidze Mistrzów 6:1, a polski bramkarz Wojciech Szczęsny powiedział, że wynik zrekompensowała mu frajda patrzenia na kosmiczny futbol Barcelony.

Neymar wciąż bywa krytykowany za skłonność do symulowania fauli, kłótnie z sędziami, nonszalancję wobec rywali. Krytycy zwracają uwagę, że znakiem firmowym Brazylijczyka jest przesadna skłonność do sztuczek i popisów, z których niewiele wynika. Przed piątą bramką dla Barcy w meczu z Romą Neymar dostał długą piłkę z prawego skrzydła. Mógł przyjąć normalnie, ale zrobił to krzyżakiem, potem pobiegł do przodu, podał do Suareza, a Messi zakończył akcję celnym strzałem.

Neymar był wszędzie, nic nie działo się bez jego wiedzy. Przy pierwszym golu podał do Daniego Alvesa na 40 m tak, że rodak i Suarez zostali sami przed Szczęsnym. Przy drugiej bramce podał do Suareza, który asystował Messiemu, przy trzeciej centrował, po czym Suarez wbił gola strzałem z woleja. Przy czwartej zaczął akcję wykończoną przez Pique. W uznaniu zasług, przy stanie 5:0 Messi dał mu strzelać karnego. Szczęsny obronił, skuteczna była dobitka Adriano. Może i dobrze, że coś się w końcu Neymarowi nie udało, żeby zachował chłodną głowę.

- Tyle mówiono o messiuzależnieniu Barcelony, a drużyna pokazała, że nic takiego nie istnieje - mówił Messi, zadowolony z kolegów. Zapytano Neymara, czy jego rola po powrocie Argentyńczyka nie będzie trudniejsza? Czy nie będzie zmuszony wykonać kroku wstecz? Powiedział, że przez całe dwa miesiące kontuzji tęsknił za Leo. Bo gra z Argentyńczykiem jest frajdą dla każdego. Luis Suarez dodał: - U nas nie ma dyskusji: strzelam ja, strzela Ney, obaj wiemy, że numerem 1 jest Messi.

Jedno martwi dziś fanów z Katalonii. Co prawda wczoraj media doniosły, że Neymar przedłuża kontrakt do 2021 roku z pensją 15 mln netto za sezon, co oznacza, iż będzie trzeci wśród najlepiej opłacanych na świecie po Messim i Ronaldo. Ojciec Neymara czuje się jednak osaczany przez skarbówkę. - W Hiszpanii nie dają nam pracować, jeśli to się nie zmieni, będziemy musieli wyjechać - powiedział.

Wiadomo, że Brazylijczyka chciałby każdy klub na ziemi, latem zabiegał o niego Manchester United. Neymar został w Barcelonie, ale nikt nie wie, czy ostatecznie. Te jego ostatnie dwa miesiące były na boisku wspaniałe. Być może to jednak on, a nie Robert Lewandowski zapracował na finał Złotej Piłki, skoro miejsca Messiego i Cristiano Ronaldo są niepodważalne.

środa, 25 listopada 2015

Ciekawe, co ma na myśli Luis Enrique mówiąc, że najlepsze dopiero nadejdzie, po tym jak jego drużyna wbiła 10 goli Realowi i Romie.

W ośmiu ostatnich meczach Serie A piłkarze z Rzymu oddali tylko 5 pkt. Do prowadzącego Interu tracą trzy. Roma nie jest w ciężkim kryzysie, mimo wszystko mecz na Camp Nou skończył się dla niej zanim się zaczął. Goście statystowali drużynie unoszącej się w innym wymiarze, choć po zwycięstwie na Bernabeu 4:0 Luis Enrique wyznał, że z trudem panuje nad entuzjazmem. I przypominał, że futbolowe cmentarze pełne są tych, którzy czuli się mocarzami.

To, co się stało z Katalończykami może uchodzić za misterium. Od września do połowy października tracili gole w każdym meczu. Nawet przeciw Las Palmas, gdy kontuzji doznał Leo Messi. Wymęczyli zwycięstwo 2:1, po czym w spotkaniu z Leverkusen na Camp Nou wygrali cudem, przegrywając do 80. minuty. Wreszcie przyszła porażka w Sewilli. Neymarowi zarzucano wtedy, że zamiast grać po swojemu, na siłę pcha się zbyt duże buty małego Argentyńczyka.

Ale to właśnie od kapryśnego Brazylijczyka poszedł impuls - znaczy powoli dojrzewa. Luis Suarez dołączył się do fiesty pod hasłem „minimalizowanie strat do czasu powrotu lidera”. Wykręcili 150 procent normy, dziś, gdy wrócił Messi, rywale głowią się: „jak długo to potrwa”? Barca jest solidna w tyłach, od 20 października straciła jedną bramkę, drugą wczoraj z Romą przy prowadzeniu 6:0. Żeby opisać styl gry Katalończyków trzeba by bawić się w poetę. Tymczasem trener drużyny mówi, że najlepsze dopiero nadejdzie. Co to znaczy? Puste słowa? Czy faktycznie jest coś na rzeczy?

Wygląda to tak jakby w Katalonii wymyślili najlepszy sposób na futbol: najładniejszy i najbardziej wydajny, choć wydawałoby się, że trudny i zawiły. Ale wchodzi do gry debiutant Samper i nie widać różnicy. W tym sensie kryzys La Masii jest przesadzony. Jasne, że Barcelona nie wychowuje świetnych środkowych napastników, dlatego musiała sprowadzić Suareza, wcześniej Villę, Ibrahimovica, Henry’ego, czy Eto’o. Ale pomocników produkuje w wystarczających ilościach, by jej gra wciąż wyglądała tak samo. Z Guardiolą, czy bez. Czasem przyspiesza, czasem zwalnia, czasem porywa, innym razem zanudza, ale zawsze w ramach podobnej estetyki.

Przed dzisiejszym starciem z Juventusem w Turynie Manuel Pellegrini wspomniał, że jego City interesuje tylko wygranie grupy. Chce pójść z drużyną krok dalej niż w poprzednich dwóch latach, gdy w 1/8 finału trafiał na zespół z Katalonii. W świadomości rywali, tych którzy podziwiają Barcę i tych, którzy jej nie znoszą, funkcjonuje jak ściana z betonu. Bez młota pneumatycznego jej nie przebijesz, młot mają póki co tylko na Allianz Arena. A jak widzieliśmy wiosną to był jednak tylko młotek.

Jeszcze niedawno Cesar Luis Menotti, wielbiciel Guardioli mówił o Barcelonie, jak o drużynie przeciętnej. Przekonując rodaków z River Plate, że tytuł klubowych mistrzów świata jest na wyciągnięcie ręki. Jego zdaniem Barca Guardioli była nietykalna, ta, którą prowadzi Luis Enrique do poprzedniczki nie dorasta. Tymczasem teraz wrażenie jest inne. Iniesta jest znów w wielkiej formie, Busquets gra jak natchniony, jakby Xaviego i Mascherano ktoś połączył w jedno. Sergi Roberto rośnie na gwiazdę, Rakitic wprowadza element nieprzewidywalności do schematów z la Masii. A ofensywne trio, które stworzył Messi z Neymarem i Suarezem jest być może najlepsze ze wszystkich. W 2015 roku zdobyli 15 bramek więcej niż cały Real Madryt (121:106).

Na szczęście dla rywali, nikt nie rozdaje tytułów w listopadzie i grudniu. Gdyby tak było przed rokiem jako pierwszy Real Madryt Carlo Ancelottiego obroniłby trofeum w Lidze Mistrzów. Jak wiemy wystrzelał się jesienią. Wiosna należała do Barcelony, która rosła. Real słabł, jakby źle rozłożył siły, pomylił się planując sezon, lub dał się ponieść entuzjazmowi jego pierwszej części.

Ale kto by się martwił wielką formą? Leo mówi z radością, że koledzy udowodnili, iż nie istnieje nic takiego jak „messizależność”. Opowiada, że dłużyło mu się siedzenie na trybunach, ale patrzył na drużynę bez lęku. Czuł, że może wracać kiedy chce, że nic się nie stanie złego.

Zapytano Suareza czy jest dumny z tego, że jest najlepszym strzelcem Barcy w Lidze Mistrzów, drugim w Primera Division (po Neymarze). Odpowiedział, że ani on ani Brazylijczyk nie próbują konkurować o pozycję numer 1 mając świadomość, że byłoby to żałosne. Jest nim zawsze ten sam, frajdą jest gra u jego boku. Być może poukładana hierarchia w szatni jest fundamentem sukcesu. A o to niełatwo w zespole, gdzie graczy anonimowych właściwie nie ma. Ciekawe jak w to wszystko wpasują się Arda Turan i Aleix Vidal, na których fani z Camp Nou przestali czekać? A jeszcze kilka tygodni temu nerwowo wypatrywali stycznia.

Jak prezes Realu Madryt zechce zażegnać kryzys w klubie? Klasycznie, sięgnie po nowych piłkarzy. Pierwszy na jego liście będzie polski napastnik Bayernu Monachium.

Nie ma pewności, czy mający wyjątkowo stabilne podstawy finansowe klub z Bawarii odda Roberta Lewandowskiego. Ale kwota, którą zaproponuje Real może otrzeć się o strefę światowych rekordów. Polak jest w Madrycie ceniony bardzo wysoko, tymczasem Florentino Perez pilnie potrzebuje teraz właśnie kogoś takiego. Jego własny autorytet sypie się w gruzy po klęsce z Barceloną 0:4.

Real to specyficzny klub, jego socios tworzą rozdaj państwa, od nich zależy wybór i los prezesa, który musi utrzymać poparcie, chcąc wytrwać na stanowisku. Jeśli traci wyborców, tak jak Perez po porażce z Barceloną, powinien działać. Po zakończeniu klasyku kibice na Santiago Bernabeu wyciągnęli białe chusteczki i pomachali nimi na znak, że żądają zmian. Domagali się zmiany nie tylko trenera, ale i prezesa. Perez musiał poczuć się zagrożony, choć publicznie dał Rafie Benitezowi wotum zaufania, sam uznając się za ofiarę kampanii wrogów klubu.

W środę, gdy Real będzie grał z Szachtarem w Lidze Mistrzów prezesa czeka jeszcze przeprawa w sądzie. W 2012 roku na jego wniosek zmieniono zapis w statucie klubu. Wprowadzono poprawkę, że na prezesa Realu może kandydować tylko ktoś, kto jest socio od 20 lat, w dodatku jego osobisty majątek poświadczony w bankach hiszpańskich (nie zagranicznych) wynosi aż 15 proc budżetu klubu, czyli w granicach 90 mln euro. Doprowadziło to do sytuacji, że w wyborach na prezesa w 2013 roku wystartował tylko jeden kandydat – Florentino Perez. W środę sąd pierwszej instancji w Madrycie rozpatrzy skargę grupy socios Realu, którzy uważają, że zmiany z 2012 roku ograniczają w klubie wolność wyborów.

Wróćmy jednak do kłopotów królewskiej drużyny, bo one są kluczowe. W sobotnim hicie ligi hiszpańskiej wszyscy trzej piłkarze ofensywnego trio BBC kompletnie zawiedli, ten najsławniejszy 30-letni Cristiano Ronado daje sygnały, że nie jest w stanie, lub nie chce być dłużej symbolem Realu Madryt. Słaba forma, plus liczne wywiady sugerujące, że ma zamiar opuścić królewski klub sprawiają, iż Real będzie szukał nowej twarzy, zdolnej tchnąć entuzjazm w rozbitą drużynę. Lepszej twarzy niż Lewandowski nie ma na futbolowym rynku. Może Leo Messi, może Neymar, lub Luis Suarez, ale oni grają w Barcelonie.

Kłopot z Ronaldo to jeszcze nie koniec. Gdyby nawet udało się odbudować formę piłkarza po trzydziestce i przekonać go do pozostania w klubie, Karim Benzema ma poważny konflikt z prawem. Oskarżony o udział w szantażu kolegi z kadry Mathieu Valbueny ulubieniec Pereza zrobił dużo, by stracić szacunek fanów Realu. Tak czy siak w ataku „Królewskich” miejsce z pewnością się zwolni. W swoim komentarzu po klasyku naczelny madryckiego dziennika „As” Alfredo Relano wymienia nazwisko Lewandowskiego na pierwszym miejscu. Edena Hazarda z Chelsea na drugim. W grę może wchodzić jeszcze Paul Pogba, ale on ponoć jest już po słowie z Barceloną.

Pamiętam scenę z początku 2005 roku, gdy za pierwszej kadencji Pereza w Realu, prezes spotkał się z kibicami. Sytuacja była podobna do dzisiejszej, galaktyczna drużyna z Figo, Zidanem, Brazylijczykiem Ronaldo i Beckhamem przeżywała głęboki kryzys. – Prezesie, sprowadź nam Robinho – prosili kibice. Młody Brazylijczyk z Santosu był wtedy najgorętszym nazwiskiem na rynku. Latem wylądował w Madrycie, ale sytuacji drużyny nie zmienił. Perez podał się do dymisji w lutym 2006 roku. Stworzył jednak tradycję - Real do dziś jest klubem rozwiązującym swoje problemy za pomocą wielkich transferów. Dlaczego teraz miałoby być inaczej?

Czyste spekulacje? To fakt. Ale wiadomo jak działa Perez. Gdy jest źle, obiecuje kibicom nową gwiazdę, która tchnie w nich nadzieję na przyszłość. Kiedy latem 2009 roku wracał na Santiago Bernabeu wstrząsnął Europą za pomocą transferów za 260 mln euro: Kaki, Xabiego Alonso, Benzemy, Ronaldo. Dwóch pierwszych już w klubie nie ma, czas dwóch kolejnych zdaje się dobiegać końca. Real potrzebuje zmian, klasyk udowodnił to ostatecznie, choć nikt nie wie co się wydarzy do końca sezonu.

Bayern będzie chciał zatrzymać Polaka, ale cena sięgająca 100 mln euro jest do rozważenia. W 2000 roku nikt sobie nie wyobrażał, że Real wydrze Barcelonie Luisa Figo, tak jak 9 lat później Cristiano Ronaldo z równie bogatego Manchesteru United. Zwłaszcza, że trener i guru z Old Trafford Alex Ferguson miał alergię na Real i Pereza. Mawiał: „im nie sprzedałbym nawet wirusa”. Ale gdy Perez i Real uprą się na jakiegoś gracza, to go zdobywają, tak było z Tonim Kroosem z Bayernu, który tuż po wygraniu mistrzostw świata w Brazylii dostał na Santiago Bernabeu znacznie wyższą pensję.

Prezes Realu uważa, że najwięcej zarabia się na graczach najdroższych. Kilka razy bił transferowe rekordy. Tak było z Figo, Zidanem, Ronaldo, Garethem Bale. W Madrycie środki na Lewandowskiego się znajdą, najbogatszy klub świata dostanie jeszcze solidny zastrzyk z transferu Ronaldo, który ma kontrakt do 2018 roku i wciąż musi kosztować dużą kwotę, jeśli zechce odejść dwa lata przed jego wygaśnięciem.

Są dziś dwa kluby, do których piłkarz Bayernu może odejść bez poczucia, że decyduje się na zawodowy krok wstecz. To Barcelona i Real. Przy czym w zespole z Katalonii wszystkie miejsca w ataku są zajęte - Luis Suarez i Neymar stają się tak samo nietykalni jak Leo Messi. Jeśli więc nie wydarzy się coś w rodzaju kataklizmu, Lewandowski „skazany” jest na Madryt.

niedziela, 22 listopada 2015

Rzadko jedna porażka w 1/3 sezonu jest tak brzemienna w skutki, jak może być ta, którą poniósł wczoraj na Santiago Bernabeu Real Madryt. Barcelona rozgniotła wielkiego rywala na miazgę.

Hiszpańskie media spekulują, że zastępcą Rafy Beniteza może być Zinedine Zidane. To do Florentino Pereza pasuje, zawsze wolał rozwiązania galaktyczne, zamiast przyziemnych. Kontakt z Ziemią jest jednak teraz na Santiago Bernabeu wyjątkowo potrzebny, drużyna wyglądała wczoraj jak budowla, pod którą ugięły się fundamenty. Benitez niedobry, Ronaldo się nie nadaje, Perez powinien odejść – kibice mogę być sfrustrowani, szefowie powinni zachować przytomność. Navas, Danilo, Carvajal, Ramos, Pepe, Varane, Marcelo, Kroos, James, Modric, Kovacic, Ronaldo, Bale, Benzema, Isco, Jese – wydaje się, że kapitał ludzki jest jednak zbyt duży, by uznać się za pobitych ostatecznie.

Kiedy Barcelona przegrywała w Vigo 1:4 jeszcze przed urazem Leo Messiego, ten sezon zapowiadał się dla niej na znacznie trudniejszy od poprzedniego. W dodatku Celta wywołała obrońcy trofeum wojnę totalną, poszła na wymianę ciosów i złamała Katalończyków. Kilka tygodni później na ten sam stadion przyjechała drużyna Beniteza i potrafiła wygrać 3:1. Kto mógł wtedy przypuszczać, że 21 listopada Barca przyjedzie na Bernabeu mając taki komfort?

Nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być lepiej. Real przegrał 0:4, odebrał lekcję nie mniej gorzką niż 5 lat temu, gdy padł na Camp Nou 0:5. Wtedy też nie dał znaku życia, wiosną bardzo poważnie zagroził Barcy w drodze po tytuł i do finału Champions League.

Kiedy Barcelona frunie, każdy rywal pada. Trzeba to przyjąć do wiadomości, choć boli, ale jest poza zasięgiem mieszkańców Ziemi. Wiosną przekonali się o tym mistrzowie Anglii, Francji, Niemiec i Włoch. Tak naprawę Real Madryt był najbliżej Katalończyków - zwycięstwo 2:1 w klasyku na Camp Nou było dla gospodarzy wyjątkowo szczęśliwe.

Real, a właściwie Pereza zżarła niecierpliwość i buta. Wylał z pracy Carlo Ancelottiego, bo nic nie wygrał. No to przy Benitezie różnica między Barcą i Realem tylko się powiększyła. Zamiast przyjąć do wiadomości, że Katalończycy są teraz najmocniejsi w historii, mają pokolenie genialne, bo nawet taki Sergi Robero wydaje się dziś pomocnikiem unikalnym, który w każdym innym klubie byłby mózgiem drużyny.

Trzeba to przeczekać, uzbroić się w cierpliwość, nie zjadać własnego ogona. Tak jak przeczekano każdy zespół kandydującego do miana drużyny wszech czasów. Skończył się Real z Alfredo di Stefano, Ajax Johanna Cruyffa, Bayern Franza Beckenbauera, skończył Milan z Gullitem, Van Bastenem i Rijkaardem, skończy się wielka passa Barcelony. Póki co trwa, trzeba minimalizować straty, zamiast porywać się z motyką na słońce. I nie wykonywać ruchów desperackich, które zamiast pomagać, szkodzą. Stawiam tezę, że najcięższą porażkę w sezonie Real ma już za sobą.

sobota, 21 listopada 2015

Plagi urazów to już przeszłość, Real i Barcelona mogą zagrać na Santiago Bernabeu w składach galowych. Tylko czy zdecydują się na to trenerzy? Na papierze wychodzi mi idealny remis 3:3.

Skąd się wziął? Porównajmy obie jedenastki:

BRAMKARZE

Keylor Navas – Claudio Bravo, czyli 1:0 dla Realu

Lekarze Realu Madryt robili wszystko, by Keylor Navas przezwyciężył kłopoty ze zdrowiem. Kostarykanin jest nie tylko najlepszym graczem Rafy Beniteza, ale też czymś w rodzaju talizmanu drużyny. Z nim w bramce Real nie przegrał, nie stracił więcej niż jednego gola w meczu. Gdy go zabrakło w Sewilli, skończyło się na porażce 1:3 i słabiutkiej grze zastępcy Kiko Casilli. Jeśli jest bramkarz zdolny rzucić wyzwanie Manuelowi Neuerowi to właśnie Navas, opinia obiegowa głosi, że solidność w tyłach, którą wypracował w Realu Rafa Benitez to mit – wszystko opiera się na wspaniałej grze bramkarza z Kostaryki.

Claudio Bravo to gracz znacznie powyżej solidności, wobec niepewnej gry Ter Stegena, jego odpowiedzialność, spokój był zbawienny dla defensywy Barcelony. Mimo wszystko tak spektakularnych meczów jak Navas nie miał. Wydaje się, że dziś przewagę na linii bramkowej może mieć Real.

OBROŃCY

Danilo, Ramos, Varane, Marcelo – Alves, Pique, Mascherano (Vermaelen), Alba, czyli  2:1 dla Realu

Jeśli gwizdy Santiago Bernabeu mają brzmieć dla Pique jak symfonia, lepiej by stoper Barcelony wzniósł się dziś na swój najwyższy poziom. Przed rokiem zawalił El Clasico na tym samym stadionie, jego zagranie ręką w polu karnym przyniosło Realowi wyrównanie. To było moment zwrotny, gospodarze odwrócili losy meczu wygrywając potem 3:1. Nie jest do końca pewne, kto będzie partnerem Pique w środku obrony: wracający po kontuzji Vermaelen to ogromne ryzyko. Belg jeszcze nie grał tak trudnego meczu. Nie jest oczywiste, czy w szczycie formy dorasta do wymagań takiego rywala jak Real, a co dopiero tuż po wyleczeniu urazu. Ale Luis Enrique zostawił w domu Marca Bartrę, widać, że Belga jest pewien. Jeśli Messi nie zagra od początku, trener Barcy ma ustawić zespół w systemie 4-4-2, stawiając Vermaelena w roli stopera i przesuwając Mascherano do drugiej linii.

W sumie siły jednej i drugiej defensywy wyglądają podobnie. Na prawej stronie nieprzewidywalni Brazylijczycy, zdolni zrobić tyle dobrego, ile złego. Barca już wygrywała mecze dzięki Alvesowi, ale też je przegrywała przez jego błędy. Na lewej stronie dwaj gracze urodzeni do roli skrzydłowych: Marcelo i Alba wnoszą bardzo dużo do ataku, co czasem odbija się w tyłach. Środkowych obrońców solidniejszych ma Real. Ale Pique kiedy ma swój dzień, potrafi grać symfonię w pojedynkę. Uznajmy, że bilans w tyłach wychodzi na remis, a więc sumując punkty z bramkarzami jest 2:1 dla gospodarzy.

POMOCNICY

Isco (James), Modric, Kroos - Sergi Roberto, Busquets, Iniesta (Mascherano), czyli 3:2 dla Realu

Od tygodnia madridismo kłóci się o Casimiro. Odzyskany z FC Porto Brazylijczyk, klasyczny defensywny pomocnik zapewniający drużynie równowagę, jest ulubionym graczem Rafy Beniteza. Ale kibice z Bernabeu chcą, by ich drużyna zagrała dziś bardzo ofensywnie. Trzy punkty straty do Barcelony, rola gospodarza zmuszają „Królewskich” do postawienia wszystkiego na jedną kartę. Tą kartą jest zwycięstwo. W ankiecie „Marki” fani nie widzieli miejsca dla Casimiro. Ich linia pomocy wyglądała tak: James, Modric, Kroos, a więc trzech graczy bardzo ofensywnych. Podobno Benitez za Kolumbijczyka wstawi Isco, także piłkarza, który mógłby grać w ataku.

Jeśli trener Realu ulegnie naciskom i Casimiro wycofa ze składu, pomoc „Królewskich” zyska na sile w ofensywie, ale Barcelonie pozostanie więcej miejsca pod bramką Navasa. Mecz będzie wymianą ciosów, czego chcą gospodarze. Ale to może być także atutem gości. Jak się to skończy? Nie da się przewidzieć. Sergi Roberto był ostatnio w świetnej formie, choć zdrowy jest już Ivan Rakitic, on zachowa miejsce w drużynie. Wesprze go Sergio Busquets, mózg Barcelony, obok zagra genialny Iniesta, lub Mascherano, gdyby Luis Enrique zdecydował się na Vermaelena w defensywie i wariant 4-4-2. Wtedy Iniesta przesunie się do przodu, by wspomóc Neymara i Luisa Suareza. Wszystko zależy o tego, czy ten największy jest już zdolny do gry przez 90 minut. Messi może zacząć mecz na ławce, Luis Enrique mówił, że po dwóch miesiącach leczenia kontuzji Argentyńczyk nie ma prawa być w formie.

NAPASTNICY

Bale, Benzema, Ronaldo – Neymar, Suarez, Messi (?) czyli remis 3:3

Udział w meczu Benzemy stoi pod znakiem zapytania. Ale jeśli cudownie się wyleczy, Real na niego czeka. W jakiej formie może być piłkarz, który tak długo zmagał się z urazem? W jakiej formie psychicznej, po tym jak dowiedział się, iż jest oskarżony w procesie o szantażowanie Mathieu Valbueny? Francuz musiałby zostawić za sobą bardzo wiele rzeczy, by dziś błyszczeć tak jak w ostatnich klasykach. Bale zagrał w Sewilli pierwszy raz po kontuzji. Efekt? 1:3 – pierwsza porażka Realu. Ronaldo jest ostatnio bez formy, jego humory, nieprzemyślane słowa w wywiadach sprawiły, że stracił część serc kibiców z Bernabeu. BBC w rozsypce? Ale jego teoretyczny potencjał wciąż jest ogromny. Ta trójka piłkarzy może wygrać mecz dla Realu, lub sprawić, że będzie bezradny. Gdyby Benzema nie mógł jednak zagrać, jego miejsce zajmie James – ulubieniec Bernabeu. Chyba, że Benitez też zdecyduje się na 4-4-2 i wystawi jednak w pomocy Casimiro. Ale tym naraziłby się bardzo kibicom. Czy starczy mu charakteru? Aby sprostać presji El Clasico trzeba być twardym.

Neymar i Suarez są postrachem w La Liga, a odkąd kontuzji doznał Leo Messi zdobyli wszystkie bramki dla Barcy w meczach ligowych. Wywindowali drużynę na szczyt, wydawali się nie do zatrzymania. Katalończycy bez Messiego mieli minimalizować straty do Realu, tymczasem go wyprzedzili. To zasługa tej pary, przede wszystkim. Neymar po prostu unosił się nad boiskiem. Ale Bernabeu to inny wymiar, nie to, żeby Brazylijczyka przerastał, ale to bez porównania najtrudniejsze wyzwanie. Mimo wszystko w ataku przewagę ma Barca. Jeśli Messi poczeka do 60. minuty na ławce, by potem pojawić się na boisku, to może powtórzyć się scenariusz z wrześniowej wyprawy do Madrytu na Vicente Calderon, gdy w końcówce wszedł zdobyć zwycięską bramkę. Teraz będzie jednak o to znacznie trudniej.

piątek, 20 listopada 2015

Klasyk może być pierwszym meczem sezonu, w którym Real i Barcelona zagrają w składach galowych.

- Kim jestem, żeby dawać rady Messiemu - zaśmiał się Luis Suarez, gdy zagadnięto go o pewna nieistotną zbieżność losu. 12 miesięcy temu wracał do gry na Satniago Bernabeu po dyskwalifikacji za ugryzienie Chielliniego. Messi nikogo nie ugryzł, ale od dwóch miesięcy leczy uraz. Dziennikarz doszukał się podobieństw w sytuacji obu gwiazd.

Gdy zbliża się El Clasico każdy szczegół może być ważny. Absurdem jest jednak, by to Suareza dawał rady Messiemu. Piłkarzowi, który w Gran Derbi zapisał osobny rozdział. Do końca nie będzie wiadomo w jakim stanie jest noga Argentyńczyka. Czy Luis Enrique wpuści go na plac gry od początku, czy też przytrzyma go jak asa w rękawie pokerzysta?

„Marca” donosi, że Gerad Pique zostanie przyjęty na Bernabeu, jak 15 lat temu Luis Figo na Camp Nou. Zbędne podgrzewanie napięcia, czy dogłębna znajomość realiów? Real będzie potrzebował od swoich fanów wsparcia innego typu. Drużyna ma wyciągnąć rękę po trzy punkty, każde inne rozwiązanie będzie dla niej porażką. Przede wszystkim porażką Rafy Beniteza. Nowy trener, który od początku walczy z łatką defensywnego, ma 90 minut na to, by ją z siebie zerwać. I na chwilę odetchnąć.

Modric, Kroos, James w pomocy, Ronaldo, Benzema, Bale w ataku, do tego Marcelo, Ramos, Varane, Danilo i być może ten najważniejszy - Keylor Navas. Na ławce Isco, gdyby losy spotkania ułożyły się tak, że trzeba by było wzmocnić atak, oraz Casimiro z Pepe, gdyby można było wzmacniać tyły. Potencjał ogromny, ale... Barcelona ma co najmniej taki sam. To od lat urok Gran Derbi.

Benzema walczy z urazem i do ostatniej chwili nie będzie wiadomo, czy zagra. Bale był po kontuzji bez formy, w Sewilli wypadł fatalnie, niewiele lepiej Ronaldo. Kroos też jest póki co tylko cieniem mistrza świata, Danilo wciąż nie zrobił definitywnego kroku na wyższy poziom po przeprowadzce z Porto. Benitez wcale nie ma więc łatwego wyboru i banalnej roboty. Casimiro był u niego dotąd kluczowym graczem, odsunąć go od gry w takim momencie? Tylko dlatego, że tak chcą kibice?

Ktoś zauważył, że to pierwsze Gran Derbi od lat, kiedy na ławce usiądzie dwóch hiszpańskich szkoleniowców. Ale jak mówi Jorge Valdano w takich meczach decyduje klasa piłkarzy, a nie stolikowe strategie i plany wyrysowane na kartkach. Claudio Bravo wrócił do równowagi, tak jak cała linia obrony Barcy z Albą, Pique, Danim Alvesem i...No właśnie, kto czwarty? Vermaelen, Mathieu, a może jednak Mascherano? Dla Argentyńczyka miejsce musi się znaleźć, pytanie: w defensywie, czy pomocy? Iniesta i Busquets są pewniakami, obok nich Rakitic, który się leczył, czy Sergi Roberto? W ataku Neymar, Suarez, no i Messi - kwestia czy od początku? Jeśli nie, jako trzeci w tridente będzie Iniesta.

Mało prawdopodobne, by trenerzy nie wtrącili do gry swojego trzy grosze. Mamy jednak szansę zobaczyć obie wielkie drużyny w najsilniejszym składzie. Barcelona ma zapas trzech punktów i z pozoru mniejszą presję. Ale porażka może być ciosem tak ciężkim, że jedni i drudzy zrobią co mogą i za wszelką cenę. Przed rokiem Suarez debiutował w Barcelonie na Santiago Bernabeu, Katalończycy też mieli bezpieczną przewagę w tabeli, ale triumf Realu 3:1 był punktem zwrotnym. Po nim Barca nie podniosła się na mecz z Celtą. Podniosła się znacznie później zgarniając potrójną koronę. Ważnym krokiem, był wygrany klasyk na Camp Nou.

środa, 18 listopada 2015

Gdyby wierzyć sugestiom hiszpańskiej prasy, po sezonie trzykrotny laureat Złotej Piłki opuści Real Madryt.

– Z tym trenerem nie osiągniemy nic – miał powiedzieć o Rafie Benitezie Ronaldo do prezesa Realu Florentino Pereza. Tak twierdzi dziennik „El Confidencial”, powołując się na anonimowych świadków rozmowy. Perez chciał porozmawiać z Ronaldo na temat jego ostatnich wypowiedzi.

Promując swój biograficzny film Portugalczyk udzielił kilku wywiadów, z których wynika, że nie jest pewien swojej przyszłości. Powiedział na przykład, że do swojego poprzedniego klubu Manchesteru United czuje ogromny sentyment, że nie wyklucza powrotu na Wyspy, a nawet ponownej współpracy z Jose Mourinho. Słowa z pozoru niewinne, o dużym stopniu ogólności, ale wzmacniające sens sceny, która miała miejsce po meczu Real – PSG w Lidze Mistrzów. Portugalczyk podszedł wtedy do trenera gości Laurenta Blanca i szepnął mu coś do ucha. Dziennik „Le Parisien” twierdził, że to były słowa: „Gracie świetnie, to byłby dla mnie honor pracować z panem”.

Po pierwszej w sezonie porażce Realu w Sewilli, prasę hiszpańską obiegły zdjęcia wściekłego Portugalczyka krzyczącego coś do kapitana drużyny Sergio Ramosa. – To co powiedział, to nasza sprawa – wyjaśnił Ramos. Wszystko składa się jednak na obraz frustracji, niezadowolenia, złego samopoczucia wielkiej gwiazdy w klubie z Santiago Bernabeu.

Nikt z Realu nie towarzyszył Ronaldo w londyńskiej premierze jego biograficznego filmu. Klub tłumaczy to w ten sposób, że szykuje się do premiery w Madrycie. W Londynie gośćmi honorowymi Portugalczyka byli Alex Ferguson i Carlo Ancelotti, dwaj trenerzy, których wyróżnia ponad pozostałych i którzy doprowadzili go do triumfów w Lidze Mistrzów.

Podsyciło to plotki o złych, lub co najwyżej chłodnych relacjach z Benitezem. Od kiedy latem ogłoszono, że Hiszpan zastąpi Ancelottiego, zaczęły się spekulacje, że nowy trener przychodzi po to, by zwiększyć rolę w zespole ulubieńca Pereza Garetha Bale’a. W ubiegłym sezonie relacje między dwoma najdroższymi graczami w historii były trudne. Ronaldo wściekał się na zbyt egoistyczne zagrania Walijczyka, a nawet po jego golach nie świętował z drużyną. Agent Bale’a poskarżył się wtedy prasie, że jego klient powinien być inaczej ustawiany na boisku. I właśnie nowe ustawienie wymyślił Benitez. Tyle, że nie mógł go wprowadzić w życie, bo Walijczyk był od tygodni kontuzjowany (urazu doznał na meczu reprezentacji).

Jedno jest bezdyskusyjne. Ronaldo ustawiany przez Beniteza na środku ataku, zaczął sezon słabo. A nawet jak na niego bardzo słabo. W Primera Division zdobył 8 goli, aż pięć z nich w jednym spotkaniu z Espanyolem. Poza tym gra źle, nie wygrywa indywidualnych pojedynków, nie daje zespołowi tyle, ile wymaga się od czterokrotnego laureata Złotego Buta (nagroda dla najlepszego strzelca lig europejskich).

Wszystko to powoduje, że cierpliwość Pereza do Ronaldo jest na wykończeniu. Tak twierdzą media w Hiszpanii. Podobno prezes powiedział: „a niech znajdzie klub, który zapłaci jego klauzulę odejścia i będzie spokój”. Ronaldo ma kontrakt z Realem do 2018 roku, ale klauzula odejścia jest zaporowa i wynosi aż miliard euro! W lutym piłkarz kończy 31 lat, to jasne, że nawet PSG, Manchester City, Manchester United, czy Chelsea nie zapłacą tyle. Według dziennika „Marca” w ubiegłym sezonie City proponowało 168 mln. Ale nawet gdyby Real wziął 96 mln, czyli tyle ile zapłacił sześć i pół roku temu, zrobiłby bajeczny interes. Piłkarz zdobył do dziś 326 bramek dla „Królewskich”.

Każdy z czterech wymienionych klubów ma powód, by kupić Ronaldo. United buduje nową drużynę, Chelsea popadła w kryzys, PSG potrzebuje następcy dla 34-letniego Zlatana Ibrahimovica, City chce impulsu, by przebrnąć barierę 1/8 finału Ligi Mistrzów.

Rzecz jasna Real będzie potrzebował zastępstwa dla Ronaldo, logicznie rzecz biorąc najlepszym byłby Robert Lewandowski z Bayernu. I właśnie nazwisko Polaka obiegło hiszpańską prasę. To wszystko podsycają kłopoty Karima Benzemy oskarżonego w sprawie o szantażowanie kolegi z kadry Mathieu Valbueny.

Za trzy dni Real podejmuje Barcelonę w hicie ligi hiszpańskiej. „Królewscy” mają trzy punkty straty do Katalończyków. Gdyby nie wygrali, na Beniteza spadnie fala krytyki. Po porażce wręcz ogromna. I na trenera i Ronaldo, podejrzewanego o to, że jego entuzjazm do gry w Realu wygasł.

poniedziałek, 16 listopada 2015

Zdobywając 22. tytuł, tym razem z New York Cosmos Raul Gonzlez Blanco zakończył karierę piłkarską. Ten niezwykły rozdział trwał od 29 października 1994 roku do 15 listopada 2015. 1013 meczów, 427 goli mówi wiele i nie mówi niczego.

Roberto Carlos powiedział niedawno, że o ile Ronaldo tworzy legendę Realu na boisku, o tyle Raul robił to na boisku i poza nim. Gdy Portugalczyk pobił rekord bramek dla „Królewskich”, Gonzalez Blanco pierwszy popędził z gratulacjami. Nie chodzi o to, by umniejszać rolę Cristiano, dziś w obliczu zawieruchy i dywagacji dotyczących jego odejścia z klubu, o to zbyt łatwo. Rekordy Portugalczyka, jego nadludzkie dokonania strzeleckie przetrwają, ale drugiego takiego jak Raul nie było. I nie będzie.

Był postacią pozytywną i zarazem tragiczną. Tragiczną, bo jego odejście z La Roja rozpoczyna jej złoty okres. Symboliczna jest scena kłótni z kibicem, który domagał się powrotu Raula do kadry, a nieżyjący już selekcjoner Luis Aragones w furii krzyknął: „Powiedz mi co reprezentacja zdobyła z Raulem?”. To jeden z paradoksów sportu, Aragones poświęcił najlepszego gracza, by wstrząsnąć całym krajem i odciąć się od fatalnej przeszłości. Pamiętam mundiale i Euro z udziałem Raula i mógłbym przysiąc, że w apatycznej drużynie La Roja był jedynym, który wierzył w cokolwiek. Może gdyby w Korei i Japonii sędziowie byli uczciwi? Może. Ale sukcesy drużyny narodowej oglądał już tylko w telewizji.

Nie odważę się rozstrzygać na ile decyzja Aragonesa była aktem frustracji, na ile przejawem geniuszu, wyniki przyznają rację zmarłemu trenerowi. Czasem najlepszy piłkarz może nie pasować do koncepcji, jedno jest pewne: Raul zniósł zsyłkę z godnością. Tak jak z godnością zniósł odejście do Schalke z Realu, który dał mu wszystko, do którego trafił z Atletico, gdy oszalały prezes Jesus Gil zlikwidował sekcje młodzieżowe na Vicente Calderon.

Przemijanie było dla niego czymś naturalnym, więc po zdjęciu korków z nóg, szybko nauczy się chodzić w butach cywilnych.

Aby zdać sobie sprawę, kim był Raul wystarczy zacytować Pepa Guardiolę. Zdaniem barcelonisty, zatwardziałego separatysty napastnik Realu to najwybitniejszy piłkarz w historii hiszpańskiej piłki. W 2001 roku otarł się o Złotą Piłkę, był drugi za Michaelem Owenem. Zabrakło 36 pkt. Ale Raul nie kolekcjonował tytułów indywidualnych, choć przecież seryjnie bił strzeleckie rekordy, a dziennikarze pisali o Raulu Madryt.

Sławy unikał, nigdy nie traktował jej jak swojej własności. Ilekroć dziennikarze z Madrytu potrzebowali piłkarza, który pojechałby do szpitala, lub na jakiekolwiek spotkanie z dziećmi, zawsze przychodzili do Raula. Nie odmawiał spełniając prośby bez śladu pretensji. Był legendą, ale zachowywał się jak chłopak z sąsiedztwa. Po prostu człowiek.

Rozmawiałem z nim kilka razy, bo Raul uważał, że otwartość na media jest częścią jego zawodu. W 2000 roku, w starej Ciudad Deportiva siedzieliśmy razem pół godziny na schodach z betonu. Rozmawialiśmy o ćwierćfinałach z Manchesterem United, tuż przed tym jak Real i Raul zdobyli Old Trafford eliminując z gry obrońców tytułu. Nie chciał autoryzacji, ufał obcym, ale po zakończeniu zapytał, czy nie mógłbym mu przysłać gazety z naszym wywiadem. – Będzie po polsku – powiedziałem zdumiony. - Właśnie – odpowiedział wyjaśniając, że kolekcjonuje rozmowy ze sobą pisane w językach, których nigdy nie dane mu będzie się nauczyć.

Ronaldo chce być królem piłki, Raul uważał się za jej dłużnika. Czuł, że popularność, pieniądze, powodzenie są zbytkiem luksusu, na który zapracował przez przypadek, bo rzesze fanów zechciały postawić futbol na piedestale. Jak każdy dłużnik honorowy starał się spłacać swoje długi. Skromny, pracowity, wolny od narcyzmu, choć z solidnym poczuciem własnej wartości. Nie wolny od pasji na boisku, nawet złej, prowadzącej do oszustw, jak słynny gol w meczu z Leeds zdobyty ręką.

W Schalke niemieccy fani pokochali go od pierwszego wejrzenia, w dodatku z marszu poprowadził klub do półfinału Ligi Mistrzów. Zdobył 22 tytuły, których wymieniać nie ma sensu. Skończył w Cosmosie, jak Pele, choć to porównanie mocno go krępuje i zawstydza. Tak wysoko nigdy siebie nie stawiał, choć w Madrycie uważano go za uosobienie tradycji senorio – klubu dżentelmenów. Dziś już nikt nie chce być dżentelmenem, każdy zwycięzcą.

Synowie dostali imiona po Jorge Valdano, Hugo Sanchezie, Hectorze Rialu i Lotharze Matthaeusie.

Kiedy Raul dostawał piłkę stawał się kimś innym. Za swojego gola numer 1 uważał zwycięską bramkę w meczu z Vasco da Gama o klubowy tytuł mistrza świata w 1998 roku. „Gol de Aguanis” swoją nazwę wziął z dzieciństwa. Gdy w rodzinnym San Cristobal de Los Angeles na przedmieściach Madrytu Raul grał na piaszczystym boisku z kolegami ojca, prosili go czasem, by taki właśnie slalom między obrońcami wykonał. Robił to na zawołanie. Na zawołanie oszukiwał rywali jakby bez wysiłku. To był jego styl, choć jeśli chodzi o pracowitość na boisku, dawał przykład.

sobota, 14 listopada 2015

Ilu jest wśród nas kibiców Barcelony i Realu Madryt? Ilu z nas przeniesie się za tydzień ciałem lub myślą na Santiago Bernabeu, by przeżyć kolejne starcie gigantów? Na te proste pytania nikt nie zna odpowiedzi, choć wszyscy chcielibyśmy ją poznać.

Oglądają je na zlotach, w barach, lub domach innych fanów. El Clasico jest kulminacją, ale na nim świat się nie kończy. Mateusz Wojtylak redaktor naczelny portalu realmadryt.pl wspomina wypad do Praskiej Drukarni, gdzie razem z innymi kibicami „Królewskich” najpierw 93 minuty obgryzali paznokcie, by na koniec szaleć ze szczęścia. Po zwycięstwie w derbach Madrytu Real zdobywał „La Decima”, a oni czuli się częścią wielkiej, międzynarodowej społeczności. Czekali na to 12 lat, dla wielu z nich to pół życia. Od 15 maja 2002 roku, gdy na Hampden Park w Glasgow Zinedine Zidane oddawał zwycięski strzał w finale Ligi Mistrzów z Leverkusen.

Los rzucił mnie wtedy na drugą stronę barykady. Finał Ligi Mistrzów w Lizbonie 2014 roku oglądałem na telebimach stadionu Vicente Calderon. Przeżywałem rozpacz kibiców Atletico, dla którego szansa na zdobycie Pucharu Europy zdarza się raz na 40 lat. Ale stolica Hiszpanii miała tego dnia dwie twarze. Dotarłem na Plac Kybele, pod fontannę, gdzie świętowały dwa miliony ludzi. Nad ranem z Lizbony przybyli piłkarze Carlo Ancelottiego i Sergio Ramos, zdobywca złotej bramki przemówił ochrypłym głosem.

Real świętował w Madrycie i na Pradze w Warszawie. Wideo, które nakręcił Wojtylak z kolegami zawisło na oficjalnej stronie królewskiego klubu. Polscy fani Realu nie zawsze byli tak wyróżniani. Opowiadają, że pierwsze kontakty były pełne nieufności ze strony klubu. Nie dostali zgody, by na swoim portalu używać królewskich symboli. Wojtylak stwierdził nawet, że Barcelona przyjaźniej traktowała swoich polskich fanów.

Są w Polsce trzy oficjalne penye klubu z Katalonii zrzeszające około 1200 członków. Nie tylko jeżdżą na mecze, ale biorą udział w kongresach i wyborach prezesa Barcelony. Oczywiście Polaków ściskających kciuki za Blaugranę jest w Polsce znacznie więcej. Pamiętam, gdy TVP robiła konkurs wśród widzów, jaki mecz Ligi Mistrzów chcą oglądać, zwyciężał zwykle klub z Katalonii.

Iwona Greczanik należy do FCBP, czyli Fan Club Barca Polska, największej zagranicznej penyi Barcelony. Opowiedziała mi o strzale pewnego brazylijskiego piłkarza, który odmienił całe jej życie. To samo mówi Wojtylak („Real układa mi każdy dzień”), on do ściskania kciuków za „Królewskich” przekonał nawet swoich rodziców.

Moje wspomnienie z Barcelony zaczyna się z racji wieku znacznie wcześniej niż Iwony Greczanik. Po finale na Wembley w 1992 roku kolega z katalońskiego dziennika „Sport” przysłał mi książkę „Reyes de Europa” wydaną z okazji pierwszego triumfu Katalończyków w najważniejszych klubowych rozgrywkach.  Klub czekał na to zbyt długo, zaliczył dwa przegrane finały, radość po golu Ronalda Koemana w starciu z Sampdorią przekroczyła więc wszelkie wyobrażalne dla mnie granice. Dwa lata później na finał do Aten wysłano mnie już z „Gazety”, miałem okazję poznać fanów z Katalonii, przeżyć ich rozpacz po traumatycznej klęsce z Milanem 0:4. Wtedy Barca wciąż uchodziła za klub zaprzepaszczonych szans, dopiero w ostatniej dekadzie zupełnie się to zmieniło.

Dream Team Johanna Cruyffa był pierwowzorem tiki-taki, w której zakochały się miliony ludzi. Także poza Hiszpanią, także w Polsce. Socjolog Radosław Kossakowski został kibicem klubu z Katalonii bo jako dzieciak grający w piłkę w polskim klubie chciał być jak boczny obrońca Albert Ferrer.

Dziś przygląda się społecznościom kibicowskim zawodowo. Uważa, że fani Realu to ci, którzy pokochali kiedyś galaktycznych, potem ich wielkich następców, ale przede wszystkim kolekcjonują zwycięstwa i trofea razem z ulubionym zespołem. Po stronie barcelonistów jest więcej ideologii - podziwu dla tiki-taki, klubu wychowanków i hasła „Mas que un club” będącego ciekawą lekcją historii. „Bycie cule to stan umysłu” – napisał niedawno ironicznie na Twitterze jeden z fanów Realu Madryt.

O kłótniach, zapiekłości po obu stronach barykady rozpisywał się nie chcę. Każdy z Was zna je pewnie lepiej ode mnie. Przypominają czasem Kargula z Pawlakiem - bohaterów najlepszej polskiej komedii. Jeden z kolegów po fachu uważa jednak, że zacietrzewienie wśród polskich stronników Barcelony i Realu da się porównać tylko z wojną polityków PIS i PO. Tu nie ma miejsca na argumenty, tu argumenty służą z góry ustalonym sympatiom i celom.

Wolałbym widzieć to łagodniej, bo we mnie zachwyt i pasja do Gran Derbi nie była nigdy czymś jednostronnym. Tak się stało, może przypadkiem, ale jestem jak ten parszywy sezonowiec ściskający kciuki za tych, którzy akurat grają ładniej.

Jaka jest w tym logika? Skoro wybieraliśmy Real i Barcelonę ze względów estetycznych, skoro zdecydowaliśmy się odstawić na boczny tor polskie kluby, bo ich sposób gry nasuwa skojarzenia z jaskinią, maczugą i epoką kamienia łupanego, dlaczego nie być konsekwentnym aż do końca?

W poniedziałek, na pięć dni przed El Clasico na Bernabeu w Sport.pl Ekstra czyli w Gazecie Wyborczej tekst o polskich fanach Barcelony i Realu Madryt. Ich opowieści, poglądy i stosunki wzajemne. Polecam.

 
1 , 2
Tagi
sport.pl
Dariusz Wołowski: Piszę o piłce, o sporcie, o tym co wpadnie mi do głowy
top | © Agora SA | design by kate_mac